Ostatnie wiadomości

Strony: [1] 2 3 ... 10
1
Historie Postaci / Odp: Z szuflady Bleistifta - rodzina
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Joseph Bleistift dnia Marzec 05, 2021, 02:36:32 »
                Wziąłem głębszy wdech. W uszach dźwięczała mi jeszcze jej opowieść o nogach, o pękających marzeniach, o błędach jakie popełniła. Może mogła mieć tak jak ja, stąd ta pojedyncza, ale mocna nić zrozumienia między nami? Oboje przeszliśmy coś w pewnym stopniu podobnego, w tym samym czasie w tym samym mieście. Wiedziała, co może się dziać w mojej głowie, jak powiedziałem tylko zdawkowo o "pieprzonych rozkazach", jak powiedziałem, że musiałem czasem zostawiać jeszcze żywych pod gruzami, bo były inne priorytety. Ściągnęła mnie na ziemię, nim dałem się ponieść wspomnieniu jednym prostym gestem - podając mi rękę, wyrywając mnie z powodzi paskudniejszych myśli zwykłym-niezwykłym dotykiem. Jej “Nie zapomniałam - zaakceptowałam to i poszłam dalej” było dla mnie bardzo autentyczne - było czymś, co po prostu musiałem usłyszeć, już nie pierwszy raz. Zazwyczaj dobrze sobie z tym radziłem - minęło dużo lat, ale wtedy, kiedy wspomnienie wracało, dobrze było mieć kogoś kto przerwie flashback, wyrwie z gonitwy myśli, będzie wiedział że trzeba, że to się dzieje. A znalezienie kogoś takiego wśród grona nieznajomych było graniczące z cudem.

                 “Nie zapomniałam - zaakceptowałam to i poszłam dalej” brzmiało tak prosto, tak oczywiście, a jednak tak proste i oczywiste nie było, przynajmniej nie zawsze. Trzeba iść dalej - słyszałem to nie raz, sam sobie to mówiłem i przyjmowałem za swoją drogę, ale gdy bywały gorsze dni... Choć szedłem tą ścieżką, ścieżką o nazwie “trzeba żyć dalej”, zdarzało mi się tracić ją z oczu gdy za dużo się rozglądałem, oglądałem, zatrzymywałem, jakby umykała sprzed mych stóp. A teraz przed sobą miałem jedno - perspektywę spędzenia dnia ze wspomnieniem przeszłości. Jeden głupi sen sprawił, że teraz do końca dnia moja była narzeczona będzie do mnie wracać, jak zasłyszany fragment muzyczny siedzący w głowie, skłaniający do tego by go nucić, choć bardzo się już nie chce. Jedyną radą na to było czekanie, aż przejdzie samo albo przesłuchanie utworu do końca.

               Zadałem sobie w głowie pytanie, jak tym razem chcę uciec od tych wspomnień - czy szukając jakiejś ucieczki w inne myśli, czy wracając do tego pamięcią, w pełni świadomy, że to jak wbijanie sobie kołka w samo serce. Wstępnie nastawiłem się na pierwszą opcję i zacząłem się rozglądać po sali w której leżałem - cztery łóżka, pacjenci pogrążeni w śnie, żaden z nich nawet nie chrapał, po sali nie kręciły się żadne pielęgniareczki, po prostu nic co mogłoby mnie nieco rozproszyć. Moja noga, ta złamana, również wybitnie nudna, cała w usztywnieniu nie przykuła mojej uwagi na zbyt długo. We własnej głowie skazywałem się na porażkę i samotność ze wspominkami - jakie to żałosne, prawda? Praktycznie bezdomny facet, który się jeszcze odrobinę niekomfortowo czuje się przy huku petard, wspominający eks narzeczoną, jedyny bilet do normalności po przeżyciach w wojsku, który podarł rezygnując z niej gdy… Łatwo by było powiedzieć “zasłużyła”. Zapewniłoby to oczyszczenie, które może byłoby potrzebne, ale byłoby… Zbyt płytkie. Nie wiem, nie wiem cholera czy zasłużyła. Może ja też zasłużyłem na to co się stało - choć każdy próbował mi wmówić, że nie ponoszę za to winy, ja wiem, że nic nie dzieje się bez przyczyny. To co mną teraz zawładnęło to nie tęsknota za nią - tylko może tęsknota za lepszymi czasami, gdy mniej wiedziałem i wściekłość, ta zimna, nie wiem czy o to, że byłem takim frajerem, czy o to, że… Może byłem ślepym głupcem, przeoczyłem moment, w którym zaczęło być źle, może można było inaczej, może mogłem coś zrobić? Agresywniej oparłem głowę o poduszkę i zazgrzytałem zębami - to akurat mogłem. Przecież było dobrze. Nie wróciła w żadnej myśli już.. Od dwóch sezonów. To na pewno tylko i wyłącznie nagromadzenie emocji. Przez tę informację o mieszkaniu zaczynałem dramatyzować i na mgnienie oka przestałem jasno widzieć swoją przyszłość - ja, wbrew pozorom optymista, marzyciel -  więc moja głowa jakże mądrze przypominała mi, jak to było, gdy myślałem, że mam wszystko. “Wszystko” - aż kwaśny uśmiech wpełzł mi na usta. “Wszystko”. W każdym innym dniu powiedziałbym, że z takim “wszystkim”, wolałbym po stukroć “nic”, co wbrew pozorom nie brzmiało ani trochę mniej depresyjnie, ale za to niosło mniejszy ładunek “nostalgii”. Zapewne zadręczałbym się kolejnymi godzinami, jak zwykle nie dochodząc do niczego więcej niż spieprzonego zmarnowanego dnia i powtarzanego za każdym razem postanowienia “zapomnieć, żyć dalej”, ale na korytarzu zapanowało spore poruszenie. Znajome głosy. Słodka Lysso przygotuj mnie na to. Znalazłem w sobie siłę, by usiąść tak, że spuściłem nogi z łóżka, a kwaśną minę zamieniłem na blady uśmiech… I się zaczęło.

                Do sali najpierw wjechał wózek, prowadzony przez moją mamę, Orimi. Niektórzy mogliby mnie uznać za maminsynka, ale nie wstydzę się tego, że to właśnie ona jest dla mnie inspiracją i wzorem. Zawsze potrafiła tak zaczarować słowem, że nieważne co się działo, nigdy się nie poddawaliśmy, wszystko przetrwaliśmy dumnie, z podniesionymi z godnością głowami, dbając nie tylko o siebie, ale i o innych. Ta obecnie pięćdziesięciopięcioletnia kobieta w swoim życiu znalazła czas na wydanie 12 bestsellerów z cyklu “Jadeit”, na wychowanie czwórki umagicznionych dzieciaków, a także na sukcesywne dbanie o to, by wszyscy mieli co zjeść, radzili sobie z nauką, wiedzieli coś o naszych korzeniach i historii Kintaju i starczyło jej jeszcze czasu na pilnowanie, by jej mąż był mężem szczęśliwym - nie pamiętam zbyt wielu kłótni, ale za to pamiętam, jak wielkim wsparciem byli dla siebie wzajemnie, niezależnie od tego, jak się nam wiodło, ile pieniędzy mieliśmy i jak bardzo stresujący dzień w pracy miał mój ojciec. Przy jej łagodności surowość mojego ojca, Henrika wpojona mu pasem przez jego ojca, czyli mojego dziadka gdzieś znikała, jak mrok przeganiany przez ciepły płomyk świecy, pozostawiając w moim ojcu człowieka rozsądnego, acz ostrożnego, może aż za bardzo momentami - tata był postrachem wszystkich adoratorów moich sióstr, gdy były młodsze, a i aktualnym mężom czy partnerom patrzył na ręce. Ten już nieco siwiejący, o przerzedzonych włosach emerytowany sześćdziesięcioletni oficer Hebanowych szedł zaraz za swoją żoną i tłumaczył coś ożywionym tonem pielęgniarce, która próbowała mu tłumaczyć co mi jest i dlaczego limit odwiedzających to góra 2 na pacjenta, ale wtedy na korytarzu mignęła jedna znajoma twarz uzdrowicielki. Przez króciutką chwilę widziałem, że sylvari pokazała gestem pielęgniarce, że jest w porządku. Nie zdążyłem jednak zobaczyć co tam się dalej działo, bo za moim ojcem do sali wkroczyła moja starsza siostra, Isabell zasłaniając mi widok. Podekscytowana, z ogromną torebką na ramieniu. Jak ją znam, zapewne  wypakowała ją jakimiś słoikami i książkami, skutecznie maskując swoją wyprostowaną postawą i imponującym rozmiarem torebki jak wielki ciężar nosiła, a przecież miała dziecko pod sercem. To był przecież taki ważny czas, mimo że brzuszek jeszcze nie był dobrze widoczny, w końcu nie minął nawet sezon… Zawsze musiała zgrywać niepotrzebnie twardzielkę. Z Isabell zawsze najmocniej łączyły mnie książki, muzyka i poezja. Choć pozornie byliśmy bardzo różni od siebie, to jednak zawsze gdzieś znajdowaliśmy wspólny grunt. No i w tym zgrywaniu twardzieli - cała nasza rodzina taka była, ale ja i Bell byliśmy przypadkami tragicznymi, przynajmniej jeśli chodziło o niemartwienie najbliższych. Szyk zamykał Jonathan, mój starszy brat. Dumny, wymęczony tata trójki trojaczków, sierżant Hebanowych, ten który kilkanaście lat temu przyjmował postawę siły i przesuwał meble po mieszkaniu, żebym nie złapał go w zabawie w berka, a ja zawsze go przechytrzałem teleportując się na meble i z mebli zamiast biegać wokół nich. Tak zamordowaliśmy kilka stolików, ulubiony barek taty i dwie komody, a i niezliczoną ilość razy zarobiliśmy lekko pasem, tak dla przykładu, jak akurat mama nie patrzyła. To właśnie on - facet dojrzały, spokojny, wyważony, niewzruszony odezwał się jako pierwszy szorstkim żartem:
                - No proszę. Joejoe w szpitalu po raz drugi w tym sezonie. Może abonament Ci wykupić, kartę stałego pacjenta?
                - Och, skończ Tan - mama fuknęła na niego i zaraz przeniosła wzrok na mnie - Jak się czujesz Joe?
                Otworzyłem usta. Nie zdążyłem odpowiedzieć na żadne z tych pytań. Mój ojciec - niedyplomowany specjalista z zakresu szybkiej pobieżnej oceny medycznej za pomocą wzroku wtrącił:
                - Nogi na miejscu, ręce też, głowa jeszcze nie odpadła. Miejsce innym pacjentom zajmuje. - tata był tylko pozornie taki zrzędliwy - widziałem że cieszy się na mój widok, chyba spodziewał się zastać mnie w gorszym stanie. Ale i na to nie zdążyłem opowiedzieć, bo wkroczyła moja siostra.
                - Joe! Przyniosłam Ci rosołu, pierogów i książek! - Isabelle wypchnęła się naprzód z tą swoją torebką. Wyciągnąłem dłoń i oczywiście, też bardzo chciałem zademonstrować jak bardzo nic mi nie jest. Mimo kołowania w głowie użyłem zaklęcia duchowej dłoni, żeby przechwycić jej torebkę jednym ruchem, drugą ręką łapiąc za własny medalik Lyssy, którego mi nie zdjęli w szpitalu. Chyba coś mi się dźwignęło w żołądku, ale ukryłem dyskomfort pod szerokim uśmiechem.
                - Mamo, tato, Bell, Tan - odezwałem się do grupki, wyjmując przy tym słój rosołu z torby siostry. Właściwie to rosołu było w tym mało - więcej mięsa, warzyw i makaronu, a nawet jajko tak jak lubiłem. Byłem rozczulony, odrobinę, no kto by nie był? Dobiegałem do trzydziestki, a miałem lepsze wsparcie w tym szpitalu ze strony rodziny niż niejedno dziecko, które się tu znajdowało. Co więcej, ich obecność skutecznie podnosiła mnie na duchu, mimo naprawdę kiepskich okoliczności w jakich się znalazłem - dzięki nim w momencie zobaczyłem świat w jasnych kolorach, mimo że zaczynał powoli czernieć. Głupie wrażenie że nie mam przyszłości i jestem tylko jakimś bylekim z bylekąd bez mieszkania, nękany jakimiś wspomnieniami i jeszcze bez możliwości swobodnego przemieszczania się, do czasu zakończenia leczenia gdzieś znikało - nie byłem bylekim z bylekąd, miałem ich, naprawdę byli cali, Nisheera nie kłamała, a ja dałem się wcześniej ponieść gonitwie głupich myśli jak… skończony głupek. Po prostu - to był dzień wielu emocji, dzień wielu zaskoczeń i dzień, w którym byłem jednak wrażliwszy, niż zazwyczaj, bo skazany na siebie - i tylko tyle. Tak jak wcześniej dotyk Nish wyrwał mnie z marazmu, tak teraz ich obecność mi pomogła się ogarnąć. Nie mogłem się nie uśmiechnąć - Nie musieliście… Ja zaraz bym stąd wyszedł i Was odwiedził. Prawie nic mi nie ma, wypuszczą mnie za dwa dni. Bell, za noszenie takich ciężarów w ciąży chyba powinienem na Ciebie nakrzyczeć. Tutaj, teraz, publicznie.
                - Tralalala. Jeszcze stresuj ciężarną kapryśną elementalistkę ognia - zakryła uszy i pokazała mi język. Wspominałem, że Isabelle ma aktualnie 31 lat, a zachowuje się jakby nie miała 13? Zaraz jednak podeszła bliżej mi pomóc z wypakowywaniem - wyjęliśmy i upchnęliśmy w szpitalnej szafce jeszcze pudełko pełne pierożków kintajskich i dwie książki - nowy tomik wierszy autorstwa Kao Ganga oraz moją ulubioną część "Jadeitu" pióra mojej matki. Znałem ją na pamięć i na wyrywki, ale zawsze lubiłem do niej wracać, w końcu byłem jej pierwszym fanem i czytelnikiem. Pozornie niezauważając mojego zadowolenia z tych darów i ogólnego rozczulenia, Bell burczała dalej, oczywiście w żartobliwym oburzeniu - Ty też nie lepszy jesteś tak swoją drogą. Wstrząśnienie mózgu, złamana noga i inne. A siedzi jak panisko, magii używa i zgrywa się, że o, taki w pełni sił. I jeszcze mówi że nic mu nie ma, pff!
                - Noga usztywniona, wstrząśnienie zostało wykluczone. Naprawdę, jest w porządku, byliście u Ulri? - odezwałem się na swoją obronę i skierowałem rozmowę na inny temat, moją młodszą siostrę byleby nie gadali o mnie.
                - Te wieczne “nic mi nie jest” plagą tej rodziny. Chyba wychowaliśmy Was na diamentowych ludzi z tą twardością - moja mama aż się uśmiechnęła, ale zaraz odpowiedziała - Byliśmy przez chwilę. Zmienił nas jej narzeczony, ale opowiadał, jak mu pomogłeś z destroyerami. Dzięki Tobie uniknął poważnych poparzeń.
                - Był w potrzebie, to żołnierz i… Przecież to jak rodzina. Ulri wlecze go ze sobą od dwóch lat na wszystkie święta, urodziny i wesela w rodzinie. Przynajmniej jest z kim się napić - uśmiechnąłem się delikatnie. Zerknąłem na Jonathana który westchnął jedynie nieco ciężej, napotykając mój wzrok. Był trochę wykluczony z takich rzeczy jako dumny i zmęczony tata trzech demonów, nie dzieci. Najbardziej szalony plan w jego głowie to aktualnie "wyspać się" .
                - To jak tak “nic” Ci nie jest Joe to chodź, przejedziemy się na dziedziniec szpitala. Nie będziemy tu hałasować przy wszystkich. - Bell wskazała wręcz zapraszająco wózek przywieziony przez mamę. Jonathan właściwie nie czekając na żaden rozkaz czy prośbę natychmiast mnie przeniósł z lekkością na niego, nie bacząc na moje nieme protesty, że dam radę sam. Postawa siły wojownika skutecznie mu pomagała w tym zadaniu.
                - Jak 27 lat temu tylko wózek inny - mama uśmiechnęła się pogodnie, ale to mój szarmancki w tym momencie ojciec zastąpił ją przy wózku, żeby się nie męczyła. W ciągu tych 27 lat odkąd ostatni raz byłem w wózku trochę jednak się nabrało masy, a wózki w szpitalach z jakiegoś powodu lubiły skręcać nieco w prawo i zgrzypieć w tym jednym momencie podczas obrotu koła.

                Wyjechaliśmy z sali. Na korytarzu panował spory szum więc nie chcieliśmy jeszcze dokładać, dlatego chwilę milczeliśmy. Najpierw uważnie spojrzałem na członków mojej rodziny - każde z nich wyglądało na niedraśnięte podczas zawieruchy, więc mogłem się tylko cieszyć. Chwilkę podziwiałem odrapane ściany korytarza, pełne drobnych ubytków szczególnie na wysokości odpowiadającej wysokości łóżek czy wózków pacjentów zapewne po zderzeniach ściana-wózek. Zerkałem na pielęgniarki, które w pośpiechu przemykaly między salami - oczywiście te młodsze i bardziej urodziwe, zaszczycając je jednym krótkim spojrzeniem, które nie miało prawa im się wydać choćby troszkę niestosowne. Wyminęliśmy wózek kobieciny rozwożącej posiłki po salach - zapachniało grzybową i jakby mortadelą. Tym bardziej cieszyłem się, że Bell jednak przywiozła mi coś z domu. Nie będę głodował, udając brak apetytu albo sen byleby tylko wymigać się od szpitalnego jedzenia.

                Dotarliśmy zaraz na mały dziedziniec. Smętna zakurzona fontanna ze starą rzeźbą Melandru wyznaczała jego środek, a po bokach stały ławki i rosły już zmarniałe krzewy, trzymane jeszcze wśród żywych jakąś niewyjaśnioną siłą i uporem roślin. Zobaczyłem w końcu światło dnia - było południe. Tan zdmuchnął kurz z jednej z ławek - był to popiół, prawdopodobnie nieuprzątnięty jeszcze po starciu. Mama zaś podeszła bliżej krzewów i załamała ręce.
                - Te ciężkie powietrze je prawie zabiło. Patrzcie czy ktoś nie idzie, dobrze? Coś z tym zrobię, będzie przyjemniej.
                - Orimi… Twój syn jest w szpitalu, a Ty o kwiatkach myślisz? - mój ojciec już chciał się z nią łagodnie spierać, ale i on wiedział, że to bez sensu.
                - W porządku, na pewno będzie milej. Zresztą, kobieca podzielność uwagi i to niepodważalny fakt - odezwałem się natychmiast, by nikt nie poczuł się winny niepoświęcania mi 100% uwagi. Wszyscy wiedzieliśmy, że moja mama zaraz skorzysta z jakiś zaklęć łowcy, by nieco pomóc tym roślinom, więc ojciec pomógł Tanowi oczyścić ławkę, żeby rodzina miała gdzie usiąść, z czego Bell natychmiast skorzystała, panosząc się na samym środku. Ja zaś jak ostatni kołek siedziałem na wózku obróconym przodem do nich. Odchyliłem głowę w tył, przymknąłem na moment jedno oko, zaś spojrzenie drugiego wbiłem na krótko w niebo. Dość niebieskawe, mimo pyłu, który wciąż jeszcze unosił się w powietrzu. Od czasu, gdy Aurene oczyściła kawał brandu częściej mieliśmy dobrą pogodę. Zagadnąłem zaraz:
                - W ogóle… Jak po ataku? Nikomu nic się nie stało?
                - U nas w porządku  - Bell uśmiechnęła się do mnie pogodnie - Wszyscy przetrwaliśmy. W ogóle to dość daleko od naszych mieszkań czy domu rodziców te Destroyery się pojawiały - ja to tylko widziałam harpię przez okno, ha. Ale z daleka. Mieszkanie cioci Floriany i wujka Gustawa ma dziurę w ścianie, ale naprawią w trzy dni. Nawet dziadek John ma się nieźle, choć do jego sąsiadów wbiegło kilka destroyerów. Ale wszyscy znamy dziadka… - westchnęła ciężko. Po tym westchnięciu już wiedziałem wszystko. Nasza rodzina bardzo chętnie wykorzystywała magię w życiu codziennym, a akurat dziadek John był chodzącym przykładem osoby, która chyba wszystko by robiła magicznie niezależnie od wieku i stanu zdrowia.
                - Osiemdziesiąt pięć lat i przekonanie, że ma werwę 20-sto latka. Co tym razem? Gang shade'ów bez kontroli czy całun w jego wieku? A może jeszcze porwał zabytkowe ostrze Oni z gabloty na ścianie?
                - Całun, bez zabierania ostrza Oni. Jakimś cudem jego bohaterzenie nie doprowadziło go do żadnych obrażeń, poza stłuczeniem ręki. - Tan zdał mi rzetelny raport.
                - Gdy babcia Mei jeszcze żyła żyła, jakoś mogła na niego wpłynąć. A tak to… ma tylko nas. I Was - wtrąciła mama - Po wszystkim musicie go odwiedzić, ale…Jak już takie poważne sprawy omawiamy... Joe. Musimy Ci coś powiedzieć. Trochę nie wiem jak się za to zabrać, ale Twoje mieszkanie… - odezwała się moja mama. Wszedłem jej w słowo:
                - Wiem - uspokoiłem ich. Byli dość zaskoczeni i nieco skonsternowani - pewnie się spodziewali że przynoszą złe wieści i wahali się jak to zrobić - Naprawdę, nie martwcie się. Coś zastępczego prędko znajdę.
                - Możesz zatrzymać się u mnie! - Bell natychmiast wyskoczyła z propozycją, szybko otrząsając się ze zdumienia - Może byś rozruszał mojego Chena, bo odkąd za niego wyszłam, spasł się niemiłosiernie.
                - Albo u mnie. Pomożesz przy trojaczkach… - Tan się uśmiechnął. Nie miał złudzeń, że odmówię, ale na pewno byłbym nieocenioną pomocą… Gdybym miał zapędy masochistyczne.
                - Oczywiście do nas też możesz wrócić. Zawsze jesteś mile widziany - no i w  końcu mielibyśmy znów syna w domu. Na dłużej niż tylko obiad co parę tygodni. - mama wysunęła ręce spomiędzy gałęzi krzewu. Jej magia zadziałała - liście odzyskały życie i piękny zielony kolor.
                - Nowa młodość - zażartował mój ojciec wtórując jej. Wiedziałem, że mogę na nich liczyć, wszystkich, ale podjąłem inną decyzję.
                - Nie, przecież stary kawaler nie będzie mieszkał z rodzicami - zażartowałem, nie wiedząc w jakie bagno się pakuję tym stwierdzeniem, nie dostrzegłem w porę chytrego spojrzenia Bell - Naprawdę coś wymyślę.
                - No tak, tak. Zawsze radę dasz. A Joe, a… Słuchaj. Dostałeś list. Kim jest Annie? - Bell spytała niby to luźno, ale jednak coś mi w tym nie grało. Może to przez to, że właśnie Bell o to zapytała.
                - Annie? - miałem złe przeczucia. Oczywiście, znałem, nawet kilka. Ale tylko o jednej teraz pomyślałem - Sprecyzuj, Bell.

                Podala mi list, patrząc na moją reakcję. Zresztą, nie tylko ona. Tym bardziej, że list był otwierany już wcześniej, więc moją pierwszą reakcją było gniewne spojrzenie na rodzinkę, całą. Dopiero potem wbiłem wzrok w kartkę papieru.


Cytuj
Witaj.
Doszły mnie słuchy o ataku, który miał miejsce w Ebon. Mam nadzieję że tobie ani twojej rodzinie nic się nie stało. Jeżeli potrzebujecie jakieś pomocy poinformuj mnie o tym. Również jeżeli czegoś trzeba w miasteczku, koce, materiały do remontu, zapasy... cokolwiek również daj znać a cos postaram się zorganizować.
Annie


                Pomyślała o mnie. Znów. Nie pierwszy raz, a przecież… Nie miała prawa wiedzieć że wyślą nas do Ebonhawke z oddziałem, nie mogła wiedzieć, że akurat tu byłem, aż tak dużym echem obiło się, że moje miasto oberwało? Do tego ja przecież byłem tylko miernym kompanem z gildii i to jeszcze cierpiącym na migreny. Potencjalnym zagrożeniem na misji. Marudą, który kilka razy gadał do niej, kiedy w końcu zrobi sobie wolne. Dupkiem, który wtrącił się w nie swoje sprawy i jednym zdaniem ochrzanił buraka, zarzucającego jej coś bezpodstawnie. Facetem, który raz zaprosił ją na domową lazanię, żeby wymusić na niej choć jeden wieczór z odpoczynkiem, bo widział jej zmęczenie tym wszystkim co ją otacza, no dowiedział się, że nigdy nie jadła takich rzeczy, a potem żartował, że może szafranu brakowało albo drobinek złota, śmiała się, nie odmówiła propozycji wyskoczenia do klubu z karaoke, tak nieodpowiedniego dla jej statusu społecznego, poszliśmy potańczyć, było przyjemnie. Ja tylko chciałem być miły, przecież w końcu…

                - To tylko moja przełożona - odpowiedziałem zwyczajnym tonem rodzinie, jakimś cudem starając się nie uśmiechać. Nie myśleć teraz, jak bardzo to było miłe, że o mnie pomyślała, o moim mieście, o mojej rodzinie, zapamiętała że są dla mnie ważni i jeszcze chciała pomóc. Na pewno pisała tak do każdego Ligowicza z zagrożonych terenów. To mnie uspokajało.
                - "Tylko" przełożona pisze take listy? - Bell ciągnęła mnie za język. Rodzinka zamieniła się w grono pilnych słuchaczy.
                - Pracujemy nad pewnym śledztwem. Najwyraźniej jej zależy, by zespół był w komplecie i pełnej dyspozycji - wyjaśniłem szybko, by Bell nie wyskoczyła z niczym niepokojącym i porzuciła ten temat, niechętna do skomplikowanych spraw, ale się przeliczyłem.
                - Akurat. Ładna jest? Kiedy ją zaprosisz na rodzinny obiad z nami?
                - Bell… - mama próbowała ją powstrzymać, ale bezskutecznie.
                - Lubi koty? Muzykę, śpiewać, tańczyć? Co robi na codzień?
                - Bell. Jest moja szefową. Nic o niej nie wiem, poza tym co muszę - odpowiedziałem siląc się na spokój. Postanowiłem, że odpiszę na jej wiadomość, że jest dużo pracy w mieście i że nie gdzie będzie mnie kilka dni, żeby nie wiedziała, że znów wylądowałem w szpitalu. Łaskotało mnie wspomnienie jej troski już ostatnim razem gdy wylądowałem w lecznicy - wtedy, przez omdlenie z tych migren. Zaproponowała mi wtedy przeprowadzkę do siebie. Żebym "nie był sam", choć w życiu nie uskarżałem się na samotność. Jakiś niepokojący dreszcz przemknął przez mój kręgosłup - nie powinenem o tym myśleć w taki sposób, na pewno tylko chciała pomóc, nic poza tym - Zapiszę wam zaraz odpowiedź, jakby tylko któreś z Was było uprzejme na tyle, by je wysłać...
                - Już wysłałam - Bell była uśmiechnięta od ucha do ucha… A ja umarłem właśnie w środku. W momencie oblał mnie zimny pot, a po kręgosłupie znów przemknął lodowaty chłód, wzdrygnąłem się.
                - Co napisałaś? - odezwałem się takim niepokojąco spokojnym tonem, że aż mama złapała mnie za ramię. Tak na wszelki wypadek.
                - Ach. Że mamy się dobrze, a Ty nie masz mieszkania chwilowo, nie dziękuj. A, i o zbiórkach, że pewnie będą, jak się chce dorzucić, ale nam nic nie potrzeba.
                - Bell.
                - Nie, naprawdę normalny list. - odpowiedziała prędko. Moment mierzyłem ją spojrzeniem ale… Przypomniało mi się, że dała mi pierogi i rosół, a także, że pomyślała o książkach. Przymknąłem oczy i rzuciłem jedynie chłodno, aby jej uświadomić, jak wielki błąd popełniła.
                - Bell, skoro Ty jej odpisałaś, ona jest gotowa pomyśleć, że jestem w okropnym stanie.
                - ...No to pewnie tu przybiegnie i przy okazji ją obczaimy. Jeju, Joejoe. Ogarnij się. Teraz laski wolą szczerych facetów, a nie twardzieli na siłę, autentyczny w ogóle nie będziesz.
                - To moja przełożona - powtórzyłem z uporem maniaka. Tak, zdecydowanie, ta panika, która mnie ogarnęła była spowodowana faktem, że nie chciałem wyjść na nieudacznika, z którego nie ma pożytku w oczach przełożonej, skoro znowu jest w szpitalu. Uczepiłem się tej myśli. Przecież gotowi mnie odsunąć od śledztwa albo wyrzucić z gildii, skoro co chwila obrywam, ląduję w szpitalu i nie można na mnie polegać.
                - No to skoro tylko przełożona, to nie masz co się martwić. Ale po Twojej reakcji widzę, że albo bardzo byś jej nie chciał, albo bardzo byś ją chciał. Nie bądź taki. Opowiedz coś.
                - To arystokratka, koleżanka, nic więcej - uznałem, że to wystarczy. Moja rodzina była zaznajomiona z moją historią. Nie, żebyśmy mieli uraz do arystokratek. Tylko raczej pewien… Dystans.
                - Oho. Nie zaprzeczył! - Bell uśmiechnęła się szerokim uśmiechem, nie do końca znając pojęcie dystansu i czasem taktu - Ale się cieszę że się wyleczyłeś z Amber w końcu. Nareszcie.
                - Bell. Bądźmy profesjonalni. Żadnych. Takich. Okej? Bo to przełożona. - już zaczynałem się tym męczyć, tym bardziej, że wspomniała o Amber i jeszcze te insynuacje...
                - Dowódczynią najemników arystokratka? Jak fajnie! Masz coś chyba szczęście do wyjątkowych pań. Tylko te pochodzenie nasze Joe nie za wysokie progi?
                - Bell. - wtrąciłem znacząco.
                - W sumie mamy jakieś tam arystokratyczne korzenie - Tan spojrzał na mojego ojca, nie pomagając mi - Pra albo praprababcia nie była aby z rodu var Maelius?
                - No i zostaje jeszcze Kintaj od mamy mamy - Bell podłapała.
                - O ile to prawda… To nasze arystokratyczne korzenie zanikły kilka pokoleń temu. Wiecie, że to było około 1170 AE. Jakoś u nas chyba ważniejsza była zawsze miłość, a nie wpływy, intratne małżeństwa i podtrzymywanie na siłę czystości arystokratyczności rodu. -  mama pospieszyła z wyjaśnieniem, nieco stopując moje rodzeństwo.
                - Wpadliście w szał po tym liście? - jęknąłem, już nie mogąc ich znieść. W tym dniu było za dużo emocji. Naprawdę nie myślałem, nie chciałem myśleć w tych kategoriach. Nie chciałem myśleć, nie dziś, nie w tym roku, nie o kimś poza moim zasięgiem, bo po co. Po prostu się kolegowaliśmy, a moja rodzina była czasami straszna.
                - Joejoe, w porządku. Wiesz jak bardzo te baby lubią sobie pogadać, a Jonathan z nimi - skwitował to mój ojciec, kończąc temat. Uśmiechnąłem się do niego z ulgą. W końcu.


***


                Bez regularnie wpadającego żołdu Hebanowych oszczędności topniały w zastraszającym tempie. Początkowa sielanka i zachwyt większą ilością czasu dla siebie ustąpiły miejsca kłótniom i pretensjom. Z dorywczymi pracami jakich się podejmowałem jakoś starczałoby na życie z tygodnia na tydzień, skromnie, ale razem, tyle że... jakoś nie starczało, a ja wcale nie miałem lekko i nie mogłem znikąd wyczarować większej gotówki - już nie było czasu. Najmowałem się a to do pomocy przy prostym remoncie, a to pracowałem na niepełnym etacie w redakcji przy prasie drukarskiej, a to śpiewałem w zaprzyjaźnionej knajpie do kotleta za grosze albo cholera nawet pozowałem do kalendarza już za porządniejszą gotówkę, ale to akurat jednorazowo. W końcu ile razy do roku potrzebne są kalendarze? Koniec końców często musiałem szybko kołować bylejaką robotę w dzień przed opłatami - przecież wiedziałem, co ile kosztuje, co kupuję, kontrolowałem to, wszystko trafiało do notesu, wiedziałem, kto przepuszcza oszczędności bez konsultacji ze mną, o to też się kłóciliśmy. Doszło do tego, że wracając z jakiejś dorywczej roboty nawet w domu, w tym małym mieszkaniu ja naprawdę skrzętnie unikałem Amber, karmiąc ją wiecznymi wymówkami, a ona mnie. Zazwyczaj kładłem się wcześniej spać albo ona udawała, że śpi. Mieliśmy siebie dość.

                Wracałem do domu w nieregularnych porach. Czasem wyjątkowo się ociągała, zanim mnie wpuszczała do mieszkania, zawsze wściekła, że jej przerwałem pośniadaniową drzemkę, wieczór z gramofonem, poobiednie lenistwo. Zauważyłem, że wyjątkowo często potrzebowaliśmy majstrów do różnych usterek domowych. Zawsze umykali jakoś tak wyjątkowo w momencie, w którym akurat wracałem, czasem zostawiając robotę rozpieprzoną do dokończenia następnego dnia. Kłóciliśmy się z Amber o to, że zamawia fachowców, jak ja mogę wszystko zrobić sam, że kupuje najdroższe wino. Kłóciliśmy się, że nie daję jej kwiatów i błyskotek, że nie zależy mi jak wcześniej, że to moja wina, że jestem nieudacznikiem. Byłem przemęczony. Myślałem nawet, że tęsknię za wojskiem.

                Do dziś pamiętam, jak raz poszedłem do ojca, prosić go o pożyczkę, bo naprawdę, już nic nie miałem, a nie chciałem brać na siebie długów. Pamiętam, jak wręczył mi gotówkę i spytał prosto:
                - Czemu Amber nie pójdzie do pracy?
                - Tato, przecież ona nie może pracować jako kelnerka, czy sprzedawczyni a do niczego nie ma kwalifikacji. A jak ktoś jej ubliży, położy na niej rękę? Zresztą, ma być moją żoną. To mój obowiązek o nią zadbać...
                - Synu, zastanów się co robisz.  - przerwał mi krótko.

                Nie miałem czasu się zastanowić. Jakimś cudem z dnia na dzień Amber zmieniła się nie do poznania. Znów była tą Amber, w której się zakochałem. Zapomniałem o tamtym gorszym sezonie. Przecież się zdarza - wszyscy byliśmy zestresowani zmianami, a Amber najbardziej. Przecież wybierając mnie, a nie swoją rodzinę straciła prawie wszystko. Musiałem jej zapewnić stabilność i bezpieczeństwo - wszak to właśnie je poświęciła dla mnie. Tym bardziej, że pewnego wieczora powiedziała jedno zdanie, które wywróciło moje życie do góry nogami jeszcze bardziej:
                - Za niespełna trzy sezony zostaniesz ojcem, Joe. Musimy wszystko przyspieszyć.
2
Historie Postaci / Witaj nieznajomy.
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Mimetka dnia Luty 28, 2021, 18:11:04 »
   Czasem Annie uważała się za niezwykle cwana i dość przebiegłą osobę. Nawet bywały momenty kiedy pod postacią nic nie wyrażającej buźki, kryła się roześmiana z własnej przebiegłości osoba. Niekiedy potrafiła sobie nawet wyobrażać, jak to stoi i po prostu śmieje się z wszystkich, wytykając im jak bardzo powierzchownie oceniają innych i widzą tylko to co im jest wygodnie widzieć. A u niej widzieli rozsądną, sztywną kobietę, która nieszczególnie grzeszy poczuciem humoru i chęcią rozerwania się. No dobrze, nie ukrywajmy, była taka a przynajmniej przez większość czasu. Praktycznie przy lidze nie zdarzały się momenty kiedy jej podskórny mały diabełek mógł w ogóle wyjść z kącika, nieco się wyszumieć i znowu wrócić w odmęty zapomnienia, czekając na kolejną okazję do zaistnienia.
   Leciutko uniosła kącik ust gdy przewracała stronę książki. Tytuł na okładce nie zachęcał ciekawskich oczu by zainteresowali się jej zawartością. Księgowość. Jak zaoszczędzać 0.21324 sekundy na obliczeniach. Nikt normalny by na to nawet nie chciał spojrzeć a w Anni diabełek chichrał się w najlepsze. Oczywiście zawartość była całkowicie daleka od tej którą sugerował tytuł.. W tym momencie Annie przerzucała kartkę jednego z wielu gorących romansów w które bezkarnie się zaczytywała przy wszystkich. Zawsze skrupulatnie ukrywając je w okładkach jakiś starych książek wykupywanych w antykwariatach tylko po to by brutalnie zedrzeć z nich sztywną okładkę, która miała chronić jej wizerunek. Nawet jej najbliżsi przyjaciele nie mieli pojęcia o tym co wyczynia z tymi biednymi książkami na strychu. Nikt nigdy nie pomyślał aby tam wejść. A na pewno znalazł by istne cmentarzysko porzuconych okładek i książek do których kiedyś te należały. Jak i również całą stertę romansów które mimo że posiadają elementy które zawsze wywoływały w niej wypieki na policzkach, nigdy nie przechodziły dalej. Oj na erotyki to nawet by jej podskórny diabełek nie byłby wstanie aż tak odważnie wyskoczyć z ukrycia.
   To były rzeczy tylko zarezerwowane dla niej. Które miały ją cieszyć w samotności, które sprawiały, że dni stawały się znośne a ona nie zatracała się w swojej powadze, powoli wypalając się jak świeca. Miała kilka takich sekrecików, ale o nich również nikt nie wiedział. I nikt nigdy by się nie domyślił, że właśnie dzięki nim wiele przytłaczających rzeczy które przeżyła, nie załamały jej. Drobiazgi sprytnie ukryte a jednocześnie tak bardzo na widoku. Strona Annie której nikt nie chce zobaczyć ani odkryć.
   Sięgnęła dłonią po swoją filiżankę z herbatą która powinna stać nieopodal. Jednak nie trafiła w nią i musiała oderwać wzrok od książki. Przy okazji rzuciła sobie okiem na karczmę i tego jak kilka osób w przeciwległym końcu pomieszczenia wesoło sobie rozmawia. Podniosła filiżankę do ust i już miała wrócić do sceny gdzie Carlos właśnie odkrywał zdradę Quancity gdy wzrok jej utkwił w mężczyźnie który właśnie podchodził w jej stronę.
Przyglądała mu się przez chwilę. No co jak co, ale musiała sama przed sobą przyznać, że był to przystojny na pierwszy rzut oka mężczyzna. No ale mało to takich na świecie. Choć tym razem w głowie zakołatało jej wrażenie, że gdzieś już go widziała. Nie poświęciła jednak tej myśli zbyt dużo czasu nie widząc za bardzo sensu aby się nad tym zastanawiać. Równie dobrze mógł jej po prostu przypominać kogoś, kogo już widziała albo rozmawiała. Czarnowłosy mężczyzna o jasnej cerze i dobrze zbudowanej sylwetce to przecież żadna nowość ani nic co tak bardzo mogło by sprawić, że czymś się wyróżniał. Przysiadł niedaleko Annie i złożył zamówienie u Nathana. Sama blondynka raczej wróciła do swoje książki ciekawa co ten Carlos zrobi i na tym by się wszystko mogło skończyć. Ona by sobie czytała, nieznajomy by sobie siedział z swoim zamówieniem i każde ostatecznie poszło by w swoją stronę. Nie ukrywajmy. Karczma Ligowa to w końcu tylko karczma i może do niej wejść absolutnie każdy. Nie ma wymogu gadania z każdym kto jest w środku, witania się z nieznajomymi od progu czy znania w ogóle samej ligi. Przecież wchodząc do innej karczmy, restauracji, sklepu czy w ogóle jakiegokolwiek publicznego miejsca, to jedyną osobą jaką witasz to może być sprzedawca, barman czy kelner. Nie witasz każdego gościa tylko przez to że byli oni przed tobą w środku. No przecież to bez sensu nawet jak dla osoby takiej jak Annie, która od zawsze była uczona manier i kultury. I zawsze, ale to zawsze fenomen karczmy Pod Pijanym Kojotem ją zaskakiwał. Kiedyś nawet postanowiła sprawdzić, czy po drodze nie ma jakiś znaków, że na przywitanie od wejścia dostaje się darmowe piwo.
   Niestety nie znalazła nic co by mogło wskazywać na jakiś głębszy sekret tego dziwnego zjawiska, więc odpuściła. Najwyraźniej większość osób które tu przychodziły z jakiegoś tajemniczego powodu uznawały, że trzeba się witać. A może tu chodziło, że osoby w środku wyglądają tak groźnie, że lepiej powiedzieć to dzień dobry niż zaraz stracić głowę. Annie prawie parsknęła herbatą jak sobie wyobraziła w tym momencie jak ligowicze się rzucają się na nowego nieznajomego z księgą z zasadami savoir-vivre  i zaczną go nią okładać.
   Aż nie umiała się powstrzymać by ukradkiem nie spojrzeć na gościa i ponownie go ocenić. Na słabego nie wyglądał, raczej mógłby nawet się postawić niektórym i prędzej samemu ich zdzielić ową książką. Ten zaś siedział sobie spokojnie, kompletnie nieświadomy tego, jakie to dziwne myśli krążyły po głowie blondynce obok niego. Z lekkim uśmieszkiem znowu wróciła do swojej książki gdy jednak mężczyzna o fioletowych oczach sam na nią spojrzał i postanowił zagadać.

   Nieznajomy, który w jej wyobraźni był okładany książka do etykiety przez ligowiczy okazał się dziennikarzem. I na dodatek, nie sprowadzało go w te strony nic wielkiego, przełomowego czy choćby jakikolwiek interes do gildii. Poszukiwanie natchnienia, inspiracja, chęć napicia się piwa. Nawet i z początku nie miał być osobą, która w ogóle do kogoś tutaj zagada. Posiedzi, napije się, może złapie jakąś luźną myśl która nada kształt nowemu artykułowi. Takie rzeczy jednak się nie stały. W zamian dostał ulotkę o gildii najemniczej, która posiadała łatwą do przekręcenia nazwę. W dodatku nie do końca nawet wierzył w ta prawość i działania zgodnie z literą prawą. To ostatnie nawet Annie nie zaskoczyło jakoś szczególnie. Nikt nie spodziewa się by najemnicy byli do końca tacy nieskazitelni jak starają się to mówić. A i sama doskonale wiedziała, że prawo posiada wiele interpretacji, często zbyt luźnych co bez wyrzutów sumienia liga wykorzystuje. Sama była przecież tego jednym z lepszych przykładów. Jak trzeba było, jak ktoś z jej przyjaciół byłby zagrożony, jak by coś miało zagrażać członkom tej społeczności... jest w stanie nagiąć tak prawo, że zostanie z niego jedynie sama nazwa. Taka była. Taki diabeł siedział pod jej skórą, który zrobi wszystko by chronić miejsce które stało jej się domem.
   Ale przecież dziennikarz nie musi o tym wiedzieć. Więc jak przystało na dobrego opiekuna przedstawia ligę w jak najkorzystniejszym świetle, kompletnie pomijając te ciemne kąty z ukrytymi diabełkami innych osób, których nie trzeba widzieć od razu. A przecież nie spodziewała się, że dziennikarz faktycznie pojawi się tu ponownie. Mimo wyrażenia chęci współpracy. No dobrze, chce to czemu nie. Darmowa reklama w zamian za łykniecie kilku przygód w takiej społeczności i zobaczenia na własne oczy z czym przychodzi się jej mierzyć. Nawet nie musi się zapisywać do gildii, luźna współpraca z której obie strony będą miały korzyści. Czemu by nie? 
   Joseph Bleistift zostawił Annie w przekonaniu, że będzie to raczej krótka znajomość, która zakończy się bardzo szybko. Czysta współpraca na kilka przygód w której jedyne wrażenie jakie po sobie zostawił to to, że skądś go kojarzy i był bardzo szarmancki.
 


3
Historie Postaci / Krótki żywot fajerwerki
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Ez dnia Luty 26, 2021, 19:58:27 »
Krótki żywot fajerwerki

   Kolejna raca przecięła ciemne niebo i eksplodowała na dziesiątki kolorowych iskier, które rozleciały się we wszystkie strony. Zwyczajne noce w mieście nigdy nie robiły na nim specjalnego wrażenia, ale teraz lekki uśmiech malował się na jego ustach, kiedy obserwował coraz to nowe fajerwerki rozjaśniające noc jaskrawym blaskiem. Jakkolwiek do jego ukochanej natury było im daleko i przesłaniały mu naturalne piękno gwiazd, tak nie mógł wyzbyć się raczej pozytywnej myśli, że przypominają mu dmuchawce. No i że po prostu przyjemnie mu się je ogląda, w końcu były częścią noworocznych obchodów. Za każdym razem, kiedy przed lub po służbie pojawiał się tu, na festiwalu, odnosił wrażenie, że przechodzi przez portal do innej rzeczywistości. Takiej, gdzie na chwilę można było zapomnieć o wszystkim, co dzieje się na zewnątrz i po prostu odetchnąć głębiej. A tego teraz potrzebował, kiedy tak ciężko było o bezpieczną i wolną od zmartwień podróż gdzieś przed siebie, bo to przecież najbardziej kochał. Żaden był z niego bohater mimo nauk Bladej Matki, nienawiści do Smoków i żalu, który wciąż do siebie miał za swoją wcześniejszą pasywność. Nawet mimo ponownej służby przy Wardenach, w którą się wplątał przecież z własnej woli... a do której teraz nie mógł wykrzesać z siebie większych emocji. Jego serce i głowa nadal były gdzie indziej, nie na froncie walki o wolność i bezpieczeństwo dla wszystkich, jak zapewne powinny, ale im dłużej o tym myślał, tym bardziej wygasały iskry po pierwotnym fajerwerku nadziei, który na chwilę się w nim rozbudził. Łuna gasła, niebo znów ciemniało, a on miał wrażenie, że te wszystkie lata były po prostu marnowaniem czasu. Ucieczką. Nawet jeśli tyle się przez ten czas w nim zmieniło...
   Przymknął oczy, odetchnął głębiej i spojrzał z powrotem na niebo i gwiazdę całego pokazu, która śmignęła w górę z głośnym sykiem, tylko po to, by zaraz wybuchnąć i objawić się na niebie w co najmniej niepokojąco wyglądającej iluzji głowy wołu. I to jeszcze z lampionami zawieszonymi u rogów. Nie był już tak zdziwiony tym widokiem jak za pierwszym razem, ale wciąż uznawał go za zdecydowanie specyficzny. Chociaż zbliżająca się paszcza zwierza zaczynała go już nawet trochę bawić.
   - A kogóż to moje oczy widzą - odezwał się nagle głos nie dalej jak kilkanaście centymetrów od ucha Kerriana. - Prawie cię nie poznałem, tak szeroko się teraz uśmiechasz.
   Sylvari ledwo opanował drgnięcie, wyrwany ze swojego małego świata przemyśleń i zerknął w bok zaskoczony, prosto na bladą twarz otoczoną jeszcze bielszymi włosami i rozjaśnioną dodatkowo szerokim uśmiechem.
   - Kai... - Kerrian odezwał się zaskoczony, sięgając odruchowo dłonią do własnych ust, co najmniej jakby chciał swój uśmiech ukryć, ale nawet jeśli, to i tak było już za późno. Albinos zaśmiał się i przysiadł obok znajomego na krawężniku, nie czekając na zaproszenie.
   - Długo się nie widzieliśmy, co? Od kiedy Nisai zrobił się jeszcze bardziej zajęty. Kto by pomyślał, że to w ogóle możliwe? Nie wierzę, że wrócił do pomieszkiwania w kwaterach Vigilu, mnie zostawił Demona do karmienia, a sam wpada do mieszkania raz na tydzień, jak nie rzadziej. Chyba powinienem zacząć myśleć, że mnie unika - stwierdził wielce urażonym tonem, choć po jego twarzy wyraźnie było widać, że żartuje. - To co cię tu sprowadza? Nie sądziłem, że jesteś wielkim fanem tłumnych rozrywek w wielkich miastach. Nie po tym wszystkim, czego mi naopowiadałeś.
   Sylvari odpowiedział na ten słowotok z lekkim uśmiechem na powrót wkradającym się na jego usta:
   - Mi też miło cię widzieć. I mógłbym właściwie spytać o to samo, nie spodziewałem się ciebie tutaj zobaczyć. Ale że zapytałeś pierwszy... Festiwal na Księżycowy Nowy Rok to jeden taki wyjątek, kiedy naprawdę lubię... gdzieś tu po prostu być.
   - I pewnie nie ma to kompletnie żadnego związku z tym, że to kintajskie święto? Tak myślałem - skwitował Kai, widząc rosnący uśmiech na twarzy towarzysza. - To teraz lepiej powiedz, że z tej okazji przeczytałeś cały ,,Jadeit" i mogę przestać uważać na spoilery.
   Kerrian pokręcił lekko głową, a jego ton brzmiał na przepraszający:
   - Wybacz, nie miałem ostatnio czasu, żeby usiąść i wsiąknąć.
   - Mhm - mruknął Kai, patrząc na niego z jakąś pobłażliwością. Jakby nie dowierzał jego słowom. Bo przecież ten wcale nie siedział przed nim właśnie tu, na festiwalu. - To co innego ciekawszego miałeś do roboty?
   - Współpracuję teraz z Wardenami przy reakcjach na trzęsienia i destroyery - podsumował drugi nadzwyczaj zwięźle.
   - A więc ty też, hm... - Kai oderwał wzrok od Kerriana i spojrzał w stronę centrum festiwalu. Zdawać się mogło, że gdzieś w jego głosie rozbrzmiała jakaś smutniejsza nuta, ale mężczyzna zaraz wrócił do normalnego tonu: - W sumie powinienem był się tego spodziewać. Jesteście do siebie z Nisaiem dość podobni pod tym względem. I z innymi paladynami światłości - parsknął, unosząc wzrok ku czystemu już od jakiegoś czasu niebu. Sylvari tymczasem przyglądał mu się w milczeniu, nieprzyzwyczajony do słyszenia takiego tonu z jego strony. Czyżby i on mierzył się teraz jakimiś mniej lub bardziej negatywnymi myślami? Zawsze zdawał się być pozbawiony wszelkich trosk, niezależnie od sytuacji, a jego reakcja teraz, przy takim akurat temacie... Kerrian nie był pewny, czy białowłosy w ogóle potrafi walczyć, ale być może ten zazdrościł mu po prostu możliwości takiego udzielania się. Jemu, który najchętniej zamieniłby ową opcję na chwilę relaksu pośród natury z kimś, kto właściwie mógł już nie istnieć... Zdążył się już nieco zorientować w fascynacji Kaia w stosunku do wszelakich przygód, na które ten sam nie miał możliwości się wybrać ze względu na swoją przypadłość. Mimo iż jego blada cera nie wyglądała chorowicie przy białych włosach i jasnych oczach, to zdążył się już dowiedzieć, jak wrażliwa była na światło słoneczne i jak skrupulatnie albinos zmuszony był go unikać. Zdecydowanie nie nadawałby się na takie akcje przy szczelinach.
   - Co? Chyba cię nie uraziłem "paladynem światłości?" - Kai przewrócił oczami, uśmiechając się i wybijając Kerriana z rozważań. Sylvari pokręcił powoli głową, postanawiając nie drążyć głębiej. Może za dużo sobie wyobrażał na tym polu. Zdecydowanie za dużo teraz myślał, w każdym razie.
   - Zastanawiałem się, jak daleko odbiegniesz od tematu, co cię tu sprowadziło - wymyślił naprędce, przypominając sobie, że ten nie zdążył mu wyjawić swojego powodu pojawienia się na festiwalu.
   - Właściwie to mam z kimś tu umówione spotkanie - przyznał białowłosy z lekkim uśmieszkiem.
   - Hm. Z Nisaiem?
   Człowiek parsknął na tą sugestię.
   - Jasne, na pewno bym wtedy siedział i tu na niego czekał, podczas gdy on będzie się stroić w domu, mieszkanie obok mnie.
   Sylvari przyglądał mu się chwilę, szukając w pamięci innych osób, które przy albinosie poznał, ale dosłownie nikt nie przychodził mu do głowy. Za to teraz zauważył, że ten w sumie chyba był ubrany nieco schludniej i lepiej niż zwykle, chociaż ręki nie dałby sobie za to uciąć. Ale nawet jeśli, to styl zupełnie mu się nie zmienił - ubrania miał czarne, w jego uszach tkwiły srebrne kółka, a szyję oplatał skórzany choker, którego dość razy już miał okazję oglądać, żeby zaakceptować tą specyficzną ozdobę.
   - Nie musisz trudzić swojej kwiatkowej głowy, jeśli się zastanawiasz, kto to. Raczej nie mieliście okazji się poznać - uspokoił go albinos, uśmiechając się chytrze. - No ale póki co jeszcze go nie ma, a ja w sumie przyszedłem nieco się rozejrzeć przed czasem. I chyba znalazłem sobie dobrego przewodnika, jak myślisz? - spytał, tonem i wyrazem twarzy sugerując Kerrianowi, że to właśnie o niego chodzi, a ten na szczęście problemów ze zrozumieniem przekazu nie miał.
   - W porządku, mogę ci pokazać to i owo.
   Zadowolony z tej odpowiedzi człowiek zeskoczył, więc zwinnie z krawężnika wysepki na chodnik pod nimi.
   - W takim razie zapraszam szanownego mistrza obchodu na przód wycieczki. - Ukłonił się teatralnie, dłonią wskazując drogę ku centrum festiwalu. Kerrian zaraz dołączył do niego na dole z lekkim uśmiechem.
   - To co najbardziej cię interesuje?
   - Wszystko, wiadomo. Możesz mi wskazać najlepsze stoisko z jedzeniem, jakieś rozrywki, ładne rzeczy... Co tam uznasz za stosowne.
   Sylvari poprowadził więc towarzysza w kierunku większego tłumu.
   - Jak się masz, tak w ogóle? Niczego ci nie brakuje, jak Nisaia nie ma?
   - Bez przesady, inwalidą nie jestem - zaśmiał się białowłosy. - Radziłem sobie przed Nisaiem, poradzę sobie i bez niego za ścianą na co dzień - zapewnił, wzruszając ramionami i kierując spojrzenie ku festiwalowym bibelotom różnego rodzaju wystawionym na pobliskim straganie. Nic jednak nie przyciągnęło jego oka na dostatecznie długo, więc zaraz przeniósł wzrok dalej, próbując dojrzeć cokolwiek na kolejnym stoisku mimo przemieszczającego się na jego linii wzroku tłumku. Kerrian uniósł kąciki ust, kiedy człowiek nawet w pewnym momencie stanął na palcach.
   - W sumie to z jedzenia mogę ci polecić tylko bezmięsne opcje, pasuje?
   Kai wzruszył ramionami.
   - Wszystko jedno. Chociaż jak robią jedną rzecz dobrze, to resztę pewnie też mają nie najgorszą.
   Sylvari wskazał mu więc po drodze miejsca, które odwiedzał najczęściej, w raczej krótkiej opinii streszczając, co tam poleca najbardziej i dlaczego.
   - A więc tak... pierożki, sajgonki, bułeczki, zupa z dodatkami, kulki ryżowe, ciasto ryżowe, długi makaron, smażone warzywa... - wyliczał Kai na palcach, których powoli zaczynało mu u dłoni brakować.
   -  No i ciastka z wróżbą też są całkiem smaczne, ale tego raczej potrawą do najedzenia się bym nie nazwał.
   Kai parsknął rozbawiony, rozkładając ręce i porzucając liczenie.
   - Chyba jesteś tu regularnym gościem, co? I chyba też fortunę zostawiłeś tu na tym festiwalu. A wydawało mi się, że odwrotnie to wszystko powinno działać i te wszystkie zawieszki, koperty i celebracje mają fortunę przynosić.
   Kerrian zaśmiał się cicho, bo mimo wszystko drugi miał rację w sporej części.
   - No fortuna nie oznacza tu tylko samych pieniędzy. Ale masz rację, może nieco za dużo się tu stołowałem ostatnimi czasy. Ale co poradzić, jak takie święto jest tylko raz do roku.
   - Zawsze możesz nauczyć się sam robić te wszystkie rzeczy. Może nawet mógłbyś mnie czymś wtedy poczęstować. Chociaż nie wiem, czy w tej waszej karczmie w ogóle wolno wam rządzić się w kuchni.
   - Hm. Towarzyszom chyba po części tak, często widzę, jak sami sobie coś przygotowują. Chociaż to w większości chyba, kiedy stoją za barem... Ale w sumie nie mieszkam już w karczmie.
   - Nie? - Kai przeniósł na niego wyraźnie zainteresowane spojrzenie. - To gdzie?
   - Właściwie to mieszkam teraz tu, w Divinity's.
   - I nie zaprosiłeś mnie jeszcze do siebie? - spytał teatralnie wręcz oburzonym tonem Kai, przystając. - Wiedziałem. Więc i Nisai, i ty mnie unikacie. Co ja z wami mam. A tak ciężko o ciekawego rozmówcę w dzisiejszych czasach.
   W pierwszej chwili sylvari nie załapał żartu, ale po wspomnieniu Nisaia tylko uniósł kąciki ust.
   - Wybacz, mieszkam teraz ze znajomymi. Albo raczej, dołączyłem się do ich mieszkania, że tak powiem. Nie wiem, czy powinienem sobie tak od razu spraszać gości.
   - Spodziewałbym się, że wolałbyś coś swojego - przyznał białowłosy, chyba przyjmując takie wytłumaczenie i nie wracając póki co ewentualnego zaproszenia. - Cichszego, nie w środku Divinity's.
   - Takie miałem plany na początku, ale dostałem lepszą ofertę. - Sylvari uśmiechnął się lekko do siebie. - Więc szkoda byłoby nie skorzystać. Przyzwyczaiłem się, że są obok, kiedy mieszkaliśmy razem w karczmie.
   - No skoro tak mówisz. W sumie tu też może być względnie cicho. O ile mieszkasz dość wysoko. - Kai ruszył ponownie z miejsca, podchodząc do stoiska zastawionego małymi figurkami zodiakalnych zwierząt z przewagą tegorocznego Woła. Sylvari podszedł ten kawałek za nim, ale zaraz się zatrzymał, widząc, że albinos ledwo spojrzał na modele i zaraz skierował wzrok gdzie indziej, w bok, ku obrzeżom festiwalowego placu, jakby coś tam zwróciło jego uwagę bardziej.
   - Mhm, dzięki za wycieczkę, przewodniku. Wygląda na to, że czas już na mnie - odezwał się po chwili intensywnego wypatrywania i przeniósł wzrok na towarzysza. - Jak się spotkamy następnym razem, to liczę na zaproszenie na nowe lokum - dodał jeszcze z szerokim uśmiechem, nie dając Kerrianowi za wiele czasu na odpowiedź poza krótkim "do zobaczenia". Mrugnął jeszcze do niego i zaraz zniknął w tłumie. Chociaż zniknął może było zbyt przesadnym określeniem, bo jego biało-czarna sylwetka nieco wybijała się wśród festiwalowego złota i czerwieni, kiedy sylvari odprowadzał go wzrokiem jeszcze chwilę.  Trochę był ciekawy, kto był zdolny wyciągnąć Kaia z domu w tak kolorowe i głośne miejsce. I zaraz się dowiedział, stwierdzając przy tym, że albinos miał rację, zupełnie nie kojarzył tego mężczyzny. Nie dosłyszał, o czym rozmawiali, ale wnioskując po zaskoczonym wyrazie twarzy mężczyzny, ten również nie był jeszcze przyzwyczajony do nagłych pojawień się albinosa za swoimi plecami. Sylvari uśmiechnął się do siebie pod nosem, przyglądając im się jeszcze chwilę, nim ruszył kupić ostatnie kulki ryżowe tego wieczoru i dołożyć jeszcze trochę do pozostawionej na festiwalu fortuny.
4
Historie Postaci / Zwyczajny dzień?
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Mimetka dnia Luty 21, 2021, 03:49:37 »
   Przez okno zaczęły wpadać pierwsze promienie słońca demaskując maciupeńkie drobinki kurzu tańczące w powietrzu. Annie kompletnie nieprzytomnie wpatrywała się w to zjawisko. Słońce wdzierało się coraz głębiej w gabinet ukazując kolejny upływ czasu jaki mijał od świtu. Promienie padały teraz na stolik na którym stała filiżanka z niedopitą herbatą oraz imbryczek wypełniony całkowicie zimnym naparem, talerz z smętnie wyglądająca sałatką, którą miała zjeść ale kompletnie nie miała na nią apetytu. Otwarta gazeta na nieinteresującym ją artykule o politycznych przepychankach w ministerstwie. Niedbale rzucona poduszka na sofę i koc który nadal złożony leżał koło poduszki. To wszystko sprawiało jak by czas kompletnie się zatrzymał dla tego pomieszczenia. Wyłączając w nim nawet jakikolwiek dźwięki. Jak by zapauzować na chwilę wszystko, i tylko ten kurz przypominał, że jednak tak się nie stało.
   Zegar wybił godzinę ósmą rano a Annie podskoczyła na fotelu całkiem wyrwana z swojego lekkiego otumanienia. Wszystko ruszyło i wbiło się brutalnie w dziewczynę, spanikowane myśli które wystraszone przez zegar w pierwszej chwili nie wiedziały nawet co się dzieje. Gwar uliczny oznajmiający, że życie wcale się nie zatrzymało. Bicie serca które teraz miała wrażenie jak by nagle przypomniało sobie o tym że ma bić by na chwilę przyśpieszyć by nadrobić to co straciło. Ciężkość powiek, które od kilku godzin przynajmniej powinny być zamknięte by dać odpocząć ciału i pozwolić się naturalnie zregenerować. Ale tym razem nie spełniły swojego zadania, więc musiały jakoś o tym dać znać.
   Annie podniosła dłoń do oczu by lekko je przetrzeć. Czuła że najchętniej by je teraz zamknęła i dała chwilę odpocząć choć za bardzo ją obecnie sen przerażał. Nie chciała do tego wracać. Do tego poczucia strachu, przegranej, sytuacji bez wyjścia, obrzydzenia. Zmęczenie wydawało jej się obecnie komfortowym rozwiązaniem, które daje jej możliwość odkładania tego co może nastąpić gdy tylko zamknie oczy. Ciężko westchnęła odsuwając dłoń i zerkając na swoje biurko aby przypomnieć sobie co robiła w tym czasie kiedy kompletnie odpłynęła. Praca... no tak. Dużo pracy. Bierze na siebie więcej niż powinna i ma tego pełną świadomość. Ale to potrafi najlepiej. Pracować. Nie jest super towarzyska, sztywniara, trudna do zaakceptowania przez wiele osób, oschła psuja zabaw... Pokręciła głową wyrzucając z siebie te myśli. Zmęczony umysł podsuwa zawsze ponure myśli. Odchyliła się na krześle by spojrzeć na sufit. Trudno dzisiaj będzie się skupić na swoich obowiązkach, a miała ich całkiem sporo do nadrobienia. Czekało ją kilka spotkań i do tego miała jeszcze dyżur w lidze przez co wszystkie swoje spotkania musiała przenieść na popołudniowe godziny a to zazwyczaj oznaczało, że nawet nie ma pojęcia kiedy ten dzień się zakończy. Ale za nim to się zacznie musi się odświeżyć i przebrać a na szczęście to nie pierwsza nocka którą miała zarwać w biurze na pracy więc zawsze miała kilka ubrań na zmianę. A zaletą bycia dyrektorem w własnej firmie jest prywatna mała prywatna łazienka z prysznicem, który teraz w swojej zimnej formie da na pewno kopa pobudzającego aby jakoś to przetrwała... a później. Później się pomyśli.

   W niecała godzinę później Annie stała w recepcji rozmawiając z swoją sekretarką. Wyglądała jak  gdyby ta kobieta, która niedawno bała się zamknąć oczy kompletnie nie istniała. Zamiast tego stała tu wyprostowana w szpilkach kobieta odziana w elegancką i obcisłą sukienkę z narzuconym na to krótkim żakietem z bufkami. Do tego nieodłączne szpilki aby dodać sobie kilka centymetrów w wzroście jak i podkreślić i tak już niezłe nogi. W pracy rzadko kiedy nosiła rozpuszczone włosy, które wtedy sięgały praktycznie końca jej pleców. Stawiała na koki czy inne wiązania które ujarzmią je na cały dzień. I dzisiaj również tak było. Mocno związane w gruby kok z którego i tak kilka kosmyków niesfornie się wydostały... a może i specjalnie, by opadać nieco na twarz i odciągać uwagę od zbyt mocno przykrytych makijażem worków pod oczami. Po naniesieniu kilku poprawek w grafik, spakowała kilka dokumentów nad którymi miała pracować w nocy a kompletnie nie umiała na nich się skupić i ruszyła do karczmy by spędzić tam swój dyżur. Raczej nie przypuszczała aby ktokolwiek przyszedł do niej to przynajmniej może zmiana otoczenia pomoże w przejrzeniu zaległości.

   Tak jak przypuszczała, dyżur przebiegł jak w większości przypadków bez nagłych ligowych spraw, więc mogła się na chwilę skupić na swojej pracy. Choć nim na dobre się rozkręciła, uświadomiła sobie, że już dawno powinna wyjść i wręcz biec do Divinity na spotkanie zarządu Domu Mody Oswald. Wyjątkowo nienawidziła tych spotkań. Została głową rodziny i prezesem rodzinnej firmy, wzięła na siebie całe to bagno przykryte pięknem jedwabi czy damasków o delikatnych koronkowych wzorach. Każdy wie, że z rodziną najlepiej wychodzi się na portretach i z jej było tak samo. Spojrzenia kierowane na nią głównie były okraszone niechęcią może i nienawiścią. Słuchali się jej bo musieli, ale zdawała sobie sprawę, ze tylko jedno małe potknięcie z jej strony i bardzo szybko wykorzystają to aby się jej pozbyć z stołka. Rządne władzy ciotki, wujkowe, kuzyni czy kuzynki, którzy jako członkowie rodu posiadali swoje udziały w firmie.
   Sama kilku już takich osób się pozbyła z firmy uznając ich po dokładnej analizie jako tych, co działają na szkodę rodu. Szemrane interesy na boku, układy i układziki, wykorzystywanie swoich wpływów do niekoniecznie legalnych spraw. Już jakiś czas temu postanowiła, że wyprostuje ten ród do tego jakim był kiedyś. Prosty ród, skupiony na tworzeniu mody, wyznaczaniu pewnych trendów na lata, będący inspiracją dla innych, obierający pewne nowe kierunki które mają być przełomowe. Choć mało osób tak o tym myśli. Ciuch to ciuch. Oswaldowskie ciuchy są drogie, nie stać ludzi na nie, ale to mniejsze zakłady krawieckie podglądają od nich co ma być modne.
   Tego sezonu niebieski to szyją niebieskie, innego brązy więc zamawiają bele brązowych materiałów i szyją z nich koszule zainspirowane ta którą widzieli u Oswaldów. Nie, nie zgapiają. Inspirują się. Więc jedna rodzinna firma jest pewnego rodzaju natchnieniem innych w tej dziedzinie. I to Annie chce osiągać. A przynajmniej jeżeli chodzi o markę główną, bo An:et jest spełnieniem jej marzenia o własnej firmie bez żadnego zarządu, bez narzucania gigantycznych cen gdzie na jedną suknie stać tylko niewielki procent społeczeństwa. Gdzie każdy może wejść i nie jest zatrzymany przez ochronę a ekspedientka nie chce go obsługiwać. Miejsce w którym moda zderza się z praktycznością... i udaje jej się to. I to bardzo dobrze. Nie dość, że dała prace setka ludzi nie tylko na szwalniach, ale nawiązała współprace z małymi firmami i innymi przedsiębiorcami zapewniając im dobre warunki na umowach. Ale kosztowało ją to sporo nieprzespanych nocy, nerwów, negocjacji i wkładu finansowego, który musiała sama sobie zapewnić bo to miało być jej dziecko a nie dziecko Oswaldów. Dlatego podjęła się inwestycji.
   Niepewny grunt ale udało się wyszła w tym wszystkim na duży plus, że po dłuższym czasie nastąpiło otwarcie wszystkich sklepów jednocześnie. Ale komuś to zaczęło przeszkadzać. Włamanie w Lwich Wrotach skutecznie postawiło ją przed kolejną przeszkodą, która pojawiła się na jej drodze. Poradzi sobie i z tym. Zawsze sobie poradzi. Czy sama czy z przyjaciółmi, których w jej życiu zaczęło się robić coraz więcej.

   - Zleciłaś wycenę modernizacji szwalni i to w Lwich Wrotach? Przecież w pierwszej kolejności powinny być te w Divinity modernizowane.
   Annie przeniosła lekko nieprzytomny wzrok na ciotkę Klementynę, która nie omieszkała nadać swojemu głosu nieco pretensjonalnego tonu. Poprawiła się na swoim fotelu który zajmował miejsce na szczycie długiego szklanego stołu. Zaraz po Klementynie odezwał się jej syn Wiktor. Ledwo co udało mu się skończyć odpowiednią szkołę z zarządzania a już cioteczka wkręciła go do zarządu, przekazując mu pakiet udziałów.
   - Przecież to nieopłacalne. Tam się szyje dla klasy średniej jedynie, to tu powinno się inwestować jak najwięcej. Najlepszym rozwiązaniem będzie modernizacja szwalni w Divinity a te
maszyny od nich przekazane do Lwich.
   Buc jeden... Ale temu bucowi kilka osób potaknęło kiwając głową i mrucząc coś pod nosem że to lepsze rozwiązanie.
   - W ogóle powinniśmy rozważyć sens utrzymywania tamtego sklepu, ktoś nam zaczął robić konkurencje tam. - Kilka par oczy z wyrzutem spojrzało na Annie, oczywiście piejąc do jej An;Et.
   Blondynka posłała im uroczy uśmiech, wyprostowała się na krześle i spojrzała po nich wszystkich... i nagle uderzył ją ten już znany ból głowy. Zamroczyło jej przed oczami, które na chwilę przymknęła. Bogowie byleby nie teraz. Zacisnęła mocniej zęby by tylko zachować kamienny wyraz twarzy. Byle by nie pokazać, że coś jest nie tak. Nie tutaj, nie przed tymi ludźmi, którzy by się na pewno ucieszyli widząc ją w fatalnym stanie.
   - Szwalnie w Divinity były modernizowane zaledwie... - Pulsujący ból głowy się nasilił i z trudem powstrzymała się by nie przyłożyć dłoni do skroni. Słowa też przy takim bólu trudniej się składały w jakąś logiczną całość. - kilka lat temu. - Poczuła, że zrobiło jej się duszno, chciałaby teraz poluzować kołnierz sukienki. Pomasować czoło, zajęczeć choćby z bólu by dać mu jakoś ujść. - A ta w Lwich chyba od ćwierćwiecza nie była modernizowana. - Z trudem wypowiedziała te słowa i aby zająć się czymkolwiek zaczęła zgarniać swoje dokumenty z stołu. Ręka jej ciążyła, obraz lekko się rozmywał ale za wszelką cenę chciała by to był jedynie ta pojawiająca się migrena a nie utrata przytomności. A zmęczenie jakie oganiało ją z braku snu potęgowało bodźce. Zgarnięte dokumenty schowała do teczki. Poczuła jak w środku zaczyna dygotać bo z duszności nagle zrobiło jej się zimno. - Resztę omówimy jak otrzymam wycenę. - Wstała z fotela a wraz z nią podnieśli się wszyscy i patrzyli jak Annie wychodzi z konferencyjnej. Nic nie zauważyli mimo że każdy krok musiała chyba z kilka razy przemyśleć by nie był tym który spowoduje utratę równowagi. A nogi ciążyły.
   Z trudem opuściła budynek w którym siedzibę miało biuro Oswaldów i dopiero na świeżym powietrzu ból zaczął powoli odchodzić aż ostatecznie znikł. Dopiero teraz pozwoliła sobie na pomasowanie skroni i cichy jęk. I tak czuła się fatalnie przez przesiedzenie całej nocy w biurze to ten nagły ból kompletnie jej nie pomógł. Sprawił, że teraz czuła się beznadziejnie. Teczka ciążyła jej w dłoni a nogi zaczęły niemiłosiernie boleć od szpilek. A przed sobą miała jeszcze tyle rzeczy do zrobienia. Ostatecznie zakończyło się na tym, że kupiła napój energetyczny i go duszkiem wypiła.

   Dwa kolejne spotkania miała na mieście w czym jeden był obiadem biznesowym co w sumie jej bardzo pasowało bo już zapomniała kiedy miała coś w ustach. Na jej szczęście ból głowy nie pojawił się ponownie więc mimo że miała trudności z składaniem myśli w jakąś całość nawet mogła zaliczyć spotkania do całkiem udanych. Teraz wystarczyło wrócić do biura i przyjąć jeszcze dwie osoby oraz spotkać się z Seraph odnośnie tego włamania w Lwich Wrotach. Po tym posiedzi jeszcze chwile nad grafikiem zapewne z Danielem by omówić plan na następne dni. A co dalej?
Prawidłowo powinna w końcu położyć się spać. Odpocząć. Ale sama myśl napawała ją wewnętrznym drżeniem. Z jednej strony wiedziała, że to są jedynie sny i nic jej nie grozi, ale z drugiej ich realność i to doskonałe trafienie w jej największe strachy były zbyt... no za bardzo na nią działały by umiała tak po prostu przyłożyć głowę do poduszki i bez obaw zasnąć.
Nie wiedziała czy na pozostałych one działają również tak mocno jak na nią, ale sądząc po tym jak inni również wyglądali i jak bywali niedospani i zmęczeni, nie była jedną która je przeżywała. I choć już zdarzyła zaobserwować, że niektórzy przeszli z tym jak by do porządku dziennego, ona nadal je przeżywała za każdym razem gdy tylko zamykała oczy i odpływała. Raz po razie budziła się z krzykiem, przerażeniem i poczuciem bezsilności. Sytuacje w których była stawiana w swoich snach były bez wyjścia, nie mogła w nich nic zrobić. Po prostu wrzucano ją na głęboką wodę stawiając przed paskudnym wyborem. A później... Aż odruchowo potarła się po ramionach czując ponownie jak te paskudy ją obłażą i się wzdrygnęła.
   - Coś nie tak panno Oswald?
   Seraph? Moment jak to Seraph? Aż w pierwszej kolejności rozejrzała się nerwowo po swoim gabinecie. Znowu śni? Gdzieś jej umknęły z życia spotkania jakie miała jeszcze odbyć. A może odbyła a zmęczony umysł kompletnie ich nie zarejestrował, albo już tak działała na automacie, że nie wie nawet co robiła. Na bogów znowu śni? Spojrzała nieprzytomnie i z lekkim przestrachem na przedstawiciela prawa. Nie, to nie ta osoba i jest sama. To nie sen...
   - Proszę o wybaczenie. - Odezwała się lekko drżącym głosem do służbisty który miał jej przedstawić postępy w sprawie śledztwa. Albo już przedstawił? Sama nie wiedziała i usilnie starała się jakoś uporządkować ostatnie godziny w głowie, ale nie umiała się w ogóle na nich skupić. Pomasowała się po skroniach czując powracający ból głowy. Znowu migreny? A może sygnał, że organizm jest na wycieczeniu i domaga się odpoczynku. - Przepraszam, czy możemy to przełożyć na jutro?
   - Oczywiście. - Mężczyzna odpowiedział po dłuższym milczeniu, który poświęcił na przyglądaniu się Annie i jej stanu. Jednak ostatecznie postanowił ruszyć do wyjścia. - Na pewno wszystko w porządku? - Dopytał się przed wyjściem ale otrzymał twierdząca odpowiedź.
   Annie dłuższy czas siedziała przy biurku po wyjściu służbisty. Gabinet pogrążał się w mroku zwiastując nadejście kolejnej nocy. Próbowała poukładać sobie wszystko w głowie. Przypomnieć sobie spotkanie, rozmowy, nawet przyjście Serapha. Ale była jedna wielka pustka. Całkowicie gdzieś się wyłączyła a myślenie o tym ponownie potęgowało migrenę. Cóż obecnie nic nie poradzi na to. Lepiej wrócić do domu i ostatecznie położyć się spać. Przeboleć kolejny koszmar albo liczyć na szczęście, że ta noc będzie ich pozbawiona i wypocznie odpowiednio.
   Ledwo wstała od biurka i poczuła jak nogi jej miękną a obraz całkiem stał się ciemny.

   Nie wie ile czasu była nieprzytomna ale gdy wróciła jej świadomość odezwał się ból na poziomie żeber. Musiała uderzyć w fotel gdy upadała. Pewnie będzie siniak. Powoli i z trudem pozbierała się do siadu i chwilę tak została wpatrując się tępo w jeden ciemny punk na ziemi. Nawet już nie miała siły myśleć. Podniosła się powoli z ziemi i ruszyła do domu mając jedynie nadzieję, że nikogo nie spotka po drodze i nie będzie musiała się z niczym tłumaczyć czy zapewniać, że będzie na siebie uważać.
5
Newsy / Wyniki wyborów - Luty 2021
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Nisheera dnia Luty 21, 2021, 03:01:41 »
W głosowaniu wzięło udział 6 z 18 uprawnionych do głosowania Towarzyszy, co dało nam frekwencję około 33%. Czyni to wybory ważnymi.

100% głosów było na "Tak", zatem kadencja Falknera zostaje przedłużona o kolejne trzy miesiące.

Gratulujemy!
6
Historie Postaci / Z szuflady Bleistifta - gra pozorów
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Joseph Bleistift dnia Luty 20, 2021, 04:36:45 »
                Smutek, żal i zawód, splecione w jedno uczucie - tęsknotę za czymś co było, co mogło być wyrwały mnie ze snu, pozostawiając po tym śnie podobny brak spokoju ducha jak w pierwszych sekundach po koszmarze. I nie wiem, czego bardziej mi żal - że sen się skończył, czy tego, że w ogóle się wydarzył. Minęło zdecydowanie zbyt wiele lat, by te wydarzenia miały jeszcze cokolwiek dla mnie jeszcze znaczyć, a mimo to bursztynowooka trucizna z jakiegoś powodu uparcie wciąż mnie nawiedzała bez zapowiedzi, zawsze zostawiając po sobie posmak goryczy trudniejszy do usunięcia, niż obraz krwawiącej Michelle z malinowych Koszmarów; bo Michelle budziła jeszcze chociaż moje współczucie i wiedziałem, że kiedyś odzyska spokój.

                 Wyrwany ze snu o przeszłości, ocknąłem się w ciemności, a tępy ból głowy przypominał mi dosadnie że żyje, czego zaraz odrobinę pożałowałem przez jego wierne towarzystwo. Miałem wrażenie, że cały się kleję. Wszystko mnie mrowiło, a palce nawet jakby drętwiały. Wokół było dość… Cicho. Słyszałem oddechy, odległą krzątaninę, szmery i szelesty. Wyczułem zapach kawy, tak nie pasującej do sytuacji, choć kuszący… Myśli płynęły wolniej niż woda w bagiennym zapchanym ścieku.

                Sapnąłem niespokojnie. Wewnętrzny twardziel, który lubił dochodzić do głosu w najgorszych momentach uznał, że to nie pora na tracenie czasu w łóżku, trzeba się rozeznać w sytuacji i łyknąć jakieś prochy na ból głowy. Słuchając tych podszeptów spróbowałem się natychmiast podnieść do siadu, ale - jak łatwo się domyśleć - pożałowałem. Kołowanie w głowie natychmiast mnie położyło spowrotem, ale coś po tym podrygu samodestrukcji wracało na swoje tory. Przypominałem sobie co się wydarzyło - akcję w mieście, upadek, utratę przytomności.

                - Spokojnie, unikaj gwałtownych ruchów. Tak myślałam, że się zaraz przebudzisz - usłyszałem kobiecy aksamitny i spokojny głos tuż obok.
                - Co z Ebonhawke? Co z moim oddziałem, czy wszyscy są cali? Gdzie moja rodzina, Yoru, mój dowódca? Przekazałem wiadomość? - rozgorączkowałem się. Może głos mógł działać hipnotyzująco na niektórych, ale nie na mnie, nie teraz, nie mogłem być spokojny. Zdołał mnie jednak utrzymać w ryzach na tyle, że przynajmniej się nie wierciłem - budził zaufanie.

                Właścicielka głosu chyba zdawała sobie sprawę, że trzeba do mnie powoli, wbrew temu czego chciałem, bo najpierw tylko przyłożyła chłodną, nieco szorstką rękę do mojego czoła. Poczułem na twarzy kropelki wody i orzeźwiający chłód. Migrena i szum jakby się wyciszały pod wpływem tego dotyku, a do tego wyczułem też zapach medykamentów i subtelną woń szałwi.

                - Po kolei. Obroniliście Ebonhawke. - zaczęła od najlepszej wiadomości; mówiła dość powoli bym mógł jakoś przyswoić informacje - Twój oddział… Jest w całości. Kilka osób hospitalizujemy, tak jak Ciebie bo znajdujesz się w głównym szpitalu w mieście. Yoru jest pod opieką stajennego. Co do Twojej Twojej rodziny… Kontaktowałam się z nimi, wiedzą gdzie Cię szukać, powinni Cię jeszcze dzisiaj odwiedzić. Wszyscy przetrwali atak, w szpitalu przebywa jedynie Ulrica Bleistift. Ale nie denerwuj się, Twoja siostra ma się dobrze, upewniłam się o tym osobiście, tak samo, jak upewniłam się, że przy zbyt gwałtownym przebudzeniu nie dostarczysz sobie zbyt wielu bodźców naraz - podejrzewałam wstrząśnienie mózgu. Reakcja na bodźce prawidłowa, mowa niezaburzona, funkcje motoryczne bez zarzutu, kontaktujesz, jest w porządku. Pewnie kręci Ci się tylko w głowie i czujesz się nieco skołowany, ale to wina zatrucia dymem. Kolejnego w ciągu tego sezonu, patrząc po Twojej kartotece medycznej.
                - T-tak. Kim.. Kim jesteś? Znamy się? - spytałem. Ledwo poczułem, że dłoń została cofnięta, jej właścicielka zabrała się za zdejmowanie ze mnie opatrunku. Zapach szałwi stał się jeszcze intensywniejszy. Skądś miałem przeczucie, że medyczka nie jest człowiekiem i wydawało mi się, że jednak kojarzę ten głos, do tego bardzo dobrze znała moją sytuację, a to było dość wyjątkowe jak na uzdrowiciela w szpitalu, mimo to i tak dopytałem jak idiota - Możesz tu być?

                Odzyskałem wzrok ledwo zdjęła z moich oczu ostatnią warstwę bandaży. Biały kitel, na ramieniu przepaska z czerwonym ankhem, uniwersalnym symbolem medyków. Blada skóra złożona z liści, kilka charakterystycznych płatków w miejscu kości policzkowych i brwi. Dwukolorowe błękitno pistacjowe pnącza zwinięte w koka, dziś z tyłu głowy, a nie z boku jak zazwyczaj. Skupione i czujne oczy barwy przydymionego błękitu, obserwujące mnie z nieco niepokojącą przenikliwością i bystrością. Szerokie usta, muśnięte turkusowym barwnikiem, którego lubiła używać na co dzień rozciągnęły się lekko w delikatnym uśmiechu. Może mieliśmy niewiele okazji by pomówić, ale nie mógłbym jej nie rozpoznać i chyba musiała to zauważyć, bo nie odpowiedziała pierwsze z pytań.
                - Mogę. Wicedyrektorka szpitala to jedna z moich najserdeczniejszych przyjaciółek z przeszłości, z czasów jak zaczynałam, 1328AE. Pozwoliła mi tu pracować przez kilka dni, póki będzie największe zapotrzebowanie na medyków. Zresztą, są potrzebne każde ręce do pracy - spoważniała. Jej “ręce do pracy” jednak nie pracowały w tym momencie - sylvari sięgnęła po kubek z czarną kawą, który położyła przy moim łóżku pewnie zanim się obudziłem i upiła łyka. Zwróciła się do mnie dość poważnym tonem - Muszę przyznać, że jesteś dość wyjątkowym pacjentem. Większość zamiast pytać o miasto i rodzinę, pyta o swoje rany, albo o to kiedy stąd wyjdzie. Myślisz czasem o sobie?
                - To… nie do końca tak. - chciałem zełgać, choć miała rację - rzadko myślałem o sobie.. Pod spojrzeniem tych przenikliwych oczu czułem, że kłamstwo będzie nie w porządku, nie szukałem odpowiedzi zatem zbyt daleko. Prawdę mówiąc, mój stan był dla mnie mało istotny teraz - żyłem, byłem w szpitalu, moje ręce dalej działały, a umysł pracował - Po prostu… To jest dla mnie teraz istotniejsze.
                - Albo może po prostu kochasz swoją rodzinę i miasto i masz duszę protagonisty-bohatera, który niestety czasami zapomina zadbać o siebie w tym wszystkim. To nic złego - dla świata. Z kolei dla ciebie… Cóż, życzę Ci by kończyło się w najgorszym przypadku co najwyżej tak jak teraz - uśmiechnęła się blado, ale pod skórą czułem, że choć pozornie właśnie mnie pochwaliła, to jednak jest to nieco głębsze.

                Może nie powinienem się tak nad tym rozdrabniać, ale nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że w ten sposób chciała mnie subtelnie zganić - przekaz "mniej ryzykuj, myśl też o sobie, martwy nikomu nie pomożesz", tylko wypowiedziany znacznie… Milej. Naprawdę, zupełnie jakby w ładnym opakowaniu zamknęła słowa “myśl czasem o sobie, bo prędzej czy później zginiesz i przestaniesz być tym dobrym protagonistą” i nie miałem prawa jej odmówić racji. Przecież… Wystarczyłoby spojrzeć w górę, użyć egidy, cokolwiek, nie teleportować się w miejsce, w które zaraz może uderzyć meteor, nie lecieć na pałę, bo rozkaz i pośpiech. Tylko skąd mogła wiedzieć jak było? Czy ja aby nie przesadzałem, nie popadałem w paranoję? Chyba moja mina przyłapanego na czymś szczeniaka skutecznie ją utwierdziła w przekonaniu, że dobrze strzeliła z tym stwierdzeniem, ale nie nękała mnie więcej jakimikolwiek morałami, za to żeby mnie przywołać do rzeczywistości wprowadziła mnie w zawiłości medyczne dość konkretnie, bez ostrzeżenia:
                - Miałeś złamanie otwarte lewej nogi w dwóch miejscach z przemieszczeniem, kilka poważnych stłuczeń, rozcięty łuk brwiowy, podejrzenie wstrząsu mózgu - to ostatnie właśnie rozwiane, a te pierwsze leczą się. Za dwa dni pozwolą Ci opuścić lecznicę o kulach z ortezą stabilizującą, a najwcześniej za 5 dni będziesz mógł się poruszać normalnie.
                - Dziękuję - znów przyglądałem się jej jak zahipnotyzowany i bez zrozumienia. Jak to, złamanie otwarte i wypuszczą mnie pojutrze? Musiała dojrzeć w moich oczach pytanie, bo zaraz podjęła się próby wyjaśnienia mi tego fenomenu.
                - Specjalizuję się w chirurgii i leczeniu magicznym, a złamania, stłuczenia, rozcięcia to standard po takich starciach. A im szybciej żołnierz wróci do służby tym lepiej dla wszystkich… dlatego masz też na sobie moje alchemiczne pasty na przyspieszenie regeneracji, nie tylko przydziałowe. - skromnie spuściła wzrok, jakby to było coś niestosownego. Utkwiła go w kubku kawy. Wiedziałem co chciała przez to powiedzieć - była medykiem, nie powinna nikogo faworyzować, niezależnie od pobudek, ale najwyraźniej czasem lubiła coś nagiąć dla większego w jej opinii dobra lub z sympatii. Nim miałem jednak sposobność dopytać, zmieniła zręcznie temat - Mam teraz akurat przerwę, Joseph i… Chcesz się czegoś napić, kawy, herbaty, wody? Przynoszę Ci niestety złe wieści.
                - Złe wieści? - powtórzyłem nieprzytomnie za nią. Nie myślałem o piciu, choć czułem się, jakbym w gardle miał trociny.
                - Tak. Niestety, nie możesz wrócić do mieszkania. Kamienica w której mieszkasz, właściwie większość kamienic w ścisłym centrum miasta uległa uszkodzeniu i istnieje ryzyko, że się zawali. Mają rozpocząć prace umocnieniowe, ale nie wiadomo kiedy się zakończą. Masz gdzie się zatrzymać? - Nish obserwowała mnie uważnie. Na początku nie dotarło to do mnie - byłem pochłonięty dyskretną analizą rozmówczyni i sposobu jej wypowiedzi. Ewidentnie biła od niej jakaś taka troska, czułem, że upewnia się, czy wszystko w porządku i czy może jednak nie zemdleję od tej informacji. Skłamałbym, jakbym powiedział, że mnie to absolutnie nie ruszyło - po prostu dotarło to do mnie po kilku sekundach. Moje mieszkanie… Miałem tam swój naprawdę ważny zbiór rzeczy związanych z Kurzickami może jedyny taki w Ebonhawke, moje rękopisy, wszystkie nieudane eksperymenty literackie, moje płyty, książki, część oszczędności, maszynę do pisania… W pierwszym momencie od razu chciałem wstawać i iść ratować co się da. W łóżku trzymały mnie jednak trzy rzeczy - słabość mojego ciała, rozsądek i to, że widziałem w poważnych oczach Nisheery też niewypowiedziane współczucie. Jeszcze brakowało, żeby ona zaczęła się o mnie martwić, a miała wystarczająco dużo swoich pacjentów i spraw na głowie.
                - To tylko mieszkanie, coś na pewno znajdę zastępczo na czas remontu - zagrałem perfekcyjnie wzorowe przyjęcie tej informacji, ale nie sądziłem, że elementalistka tak łatwo to łyknie. Wolałem od razu zmienić temat, żeby nie miała jak drążyć co powiedziałem i czemu tak. Zadałem jej pytanie, na które raczej nie będzie znała odpowiedzi, byleby zbić jej myśli na inny tor - Wiesz może co z mieszkaniami mojej rodziny, mają się gdzie podziać?
                - Niestety nie wiem, ale kamienice bardziej na uboczu nie oberwały tak, że coś stało się z konstrukcją, więc możesz być dobrej myśli. Ale Ty… Wiesz, jak coś to możesz się zatrzymać w karczmie. Masz status kompana, pokoje wspólne są dla was za darmo, zresztą mieszkają tam aktualnie tylko Kang i Kerrian, bardzo spokojni lokatorzy. - sylvari nic mi nie narzucała, za co mogłem być jedynie wdzięczny, ale musiałem odmówić tej propozycji.
                - Dziękuję, ale raczej będę szukał czegoś swojego, chociażby pokoju. Mam już jakieś swoje przyzwyczajenia - uśmiechnąłem się do niej lekko. Nie odpowiedziała tym samym, tylko lekkim skinieniem głowy.
                - Rozumiem. Chciałam tylko, żebyś wiedział, że masz jeszcze tę opcję. Wierzę, że dasz sobie radę, ale w razie czego możesz na nas liczyć.

                Emanowała bardzo specyficzną aurą, jakby zaraźliwym spokojem - nie byłem sylvari, ale czułem to dość wyraźnie. Nie był to ten irytujący spokój i brak wzruszenia godny kamienia, tylko taki… Bardzo życzliwy rodzaj spokoju. Przez tę ulotną chwilę mogłem uwierzyć, że wszystko będzie w porządku. Chciałbym się w tym zatracić, ale nie umiałem się temu w pełni poddać. W głowie coraz głośniej dźwięczało mi echo tego, że właściwie jestem bezdomny. Skazany na marny pokój w jakiejś podłej gospodzie albo zmuszony do powrotu przed płótna i pod pędzle. Karczma Ligi była jakąś opcją, ale… Miałem swoje przyzwyczajenia, pracę, swoje “demony”. Dzielenie z kimś pokoju nie byłoby najlepszym pomysłem, potrzebowałem ciszy i spokoju. Z pewnością cała najbliższa rodzina pospieszy z podobnymi propozycjami pomieszkania u nich, ale… Wszyscy mieli swoje życia. Ulrica układa sobie dopiero życie z narzeczonym, Isabelle spodziewa się dziecka ze swoim mężem, Jonathan już ma trójkę, a rodzice… Przecież też już zdążyli odzwyczaić się od mieszkania ze swoimi pociechami. Nie mogłem im tego zrobić, zmusić do wywracania swojego życia do góry nogami. Z drugiej strony...To naprawdę tylko mieszkanie. Inni przecież mają gorzej niż ja. Muszę się wziąć w garść.
                - Wiem. A wy na mnie, jak zapanuję nad swoją sytuacją. - odpowiedziałem jedynie zgrywając twardziela. Musiała chyba nie raz, nie dwa w lecznicy widzieć takie zachowania, co ja jej chciałem udowodnić? Aczkolwiek nie kłamałem. Naprawdę chciałem wrócić jak najszybciej do akcji. Sprawa Malin czekała na wyjaśnienie, do tego te napady na magazyny An;Et… No i moje zobowiązania wobec wojska. Nie brałem pod uwagę w ogóle opcji, że zrezygnuję.

                Sylvari podniosła się i zaczęła się krzątać wokół mojego łóżka. Milczałem moment, po prostu z nią współpracując, a ona ułożyła mnie tak bym wygodnie siedział i postanowiła mi podać butelkę wody, którą ochoczo przyjąłem. Upiłem łapczywie kilka łyków i odstawiłem ją na stoliczek. Może jednak medycy umieli czytać w myślach, gdy usta ich pacjentów mówiły co innego lub nie mówiły wcale.
                - Dzięki… raz jeszcze. Gdzie leży Ulrica? Też wyjdzie tak szybko?
                - Może szybciej niż Ty, błyskawicznie się goi. Poszarpana i poparzona noga, magiczne leczenie i około 30 szwów. Straciła nieco krwi, więc jest nieco osłabiona ale przytomna. Sala 10, tylko nie kuśtykaj tam jeszcze - pamiętaj o swojej nodze, dopiero się zrasta. Sama chciała tu do Ciebie przybiec mimo swojego stanu, musieliśmy ją pwstrzymywać
                - Urli jest twarda - przyznałem, choć jeszcze kilka lat temu widziałem w niej kruszynę, którą musiałem chronić przed starszymi chłopakami i wrednymi koleżankami z podwórka. A po latach, w 1328 to właśnie Ulri uchroniła mnie przed podjęciem najgorszej decyzji w życiu i była dla mnie największym wsparciem, gdy przechodziłem przez coś ciężkiego; nawet jak ją wyrzucałem drzwiami to wracała oknem i to dosłownie. Przypomniałem sobie, że Nish również wspomniała ten rok - uznałem że warto będzie dopytać - Mówiłaś że byłaś w Ebonhawke w 1328 AE.
                - Tak, służyłam w szpitalu polowym - odpowiedziała krótko. Zerknęła na zegarek, upiła kawy - Też tam wtedy byłeś?
                - Tak, ale nie jako pacjent. Z tego moje miasto się podniosło, to temu też da radę  - przyznałem zaraz, nieco bardziej hardo, by sprawiać wrażenie większego optymisty niż byłem w tamtym momencie. Nie umknęło mi jednak te jej spojrzenie na zegarek - Spieszysz się?
                - Jeszcze nie, tylko się upewniałam, że jeszcze mam trochę czasu. A miasto na pewno się podniesie - zapamiętałam Was jako żelaznych, zahartowanych ludzi. Chcesz o tym pogadać? - znów jakby odczytała moje myśli - zdecydowanie chciałem posłuchać. Co mogło ją łączyć z Ebonhawke? Nie kojarzyłem jej, a znałem swoje miasto świetnie, przynajmniej w tamtym czasie.
                - Tak. Mieszkałaś tu wcześniej i po prostu byłaś na miejscu kiedy… Wszystko się zaczęło?
                - Nie. Przyszłam tutaj wtedy z posterunku Ostrza Śmierci, wcześniej mieszkałam tam w zaprzyjaźnioną popielczą Bandą. Po prostu, po przelocie smoka spakowałam medykamenty i przyszłam, nieść pomoc na tyle na ile potrafiłam. - odpowiedziała zwyczajnie, jakby mówiła o wyjściu na zakupy. Nie mogłem się nadziwić.
                - Mówiłaś, że dopiero zaczynałaś… Dlaczego to zrobiłaś, nie bałaś się?
                - Bałam - przyznała, nie wahając się nawet, ale uśmiechnęła się delikatnie - Ale ten strach dodał mi nieco determinacji i mobilizacji. Poszłam bo… Wiedziałam, że muszę, że nie będę mogła spojrzeć na siebie w lustrze, jak udam, że nie widzę tego cierpienia. Wiedziałam, że nie zbawię świata, ale mogłam uratować jakiś świat - cudzy. Więc skoczyłam na głęboką wodę.
                - Tak, to było… Straszne - przyznałem natychmiast, też się nie wstydząc prawdziwych emocji, jeszcze - Nikt się tego nie spodziewał, a czempiona Kralkatorrika zwabił do Ebonhawke umagiczniony ładunek podrzucony przez… Kogoś, kto w sumie swoje pobudki motywował nieco wykrzywioną troską o ludzi Ebonhawke - Separatystów. To co zobaczyłaś… Pewnie musiało być dla ciebie szokiem. Nie żałujesz tego, że tu przyszłaś wtedy? - nie obawiałem się już o to, że speszę ją osobistymi pytaniami. Chciałem ją jedynie popchnąć do dalszych zwierzeń. Wydawało mi się, że gdy się otwiera, zaczynam widzieć ją naprawdę - nie ukrytą za fasadą uprzejmych odpowiedzi, werbalnych testów i wnikliwych obserwacji.
                - Czy szokiem.. Tak. Wtedy tak - odpowiedziała i spojrzała mi głęboko w oczy. Może tego nie powiedziała wprost, ale jej oczy od tego czasu musiały widzieć i straszniejsze rzeczy. Może też, jak ja z tą walką z Primordusami w Ebon - naoglądałem się tego tyle, że gdy przyszło co do czego, miałem chłodniejszy umysł niż powinienem, ale potem sylvari poruszyła dość trudny i mniej ogólny temat - Wiesz, paradoksalnie najgorsi byli pacjenci, których wyjmowali z gruzów. Zmiażdżenia, odłamki w ciałach, nie było do końca wiadomo czy mamy do czynienia z napiętnowanym kryształem, czy z kamieniami. I… - zatrzymała się na moment. Sam też zacząłem ciężej oddychać, to było stresujące nie tylko dla niej. Spojrzała na mnie ze zdziwieniem - a potem ze zrozumieniem. Gdy skinąłem głową, kontynuowała - Wiesz…Musiałam amputować nogi małej dziewczynce. Całe życie przed nią… Całe życie bez nóg, z bólem fantomowym, bez możliwości gonienia za piłką… Gdy słyszałam, jak piła trze o kość, to nie umiałam oprzeć się wrażeniu, że tak pękają marzenia. Cięłam… I płakałam. A potem dopiero dotarło do mnie, że tak naprawdę to ją ocaliłam. Postanowiłam sobie jednak, że nigdy, jeśli jest nadzieja nie zrezygnuję z walki o cudze marzenia i zwykłe życie, amputacja to ostateczność
                - Ty musiałaś amputować. Mogłaś ratować. A ja… Ja miałem ręce związane rozkazem. Musiałem ich zostawiać, wiesz? Żywych, pod gruzami. Bo. Pieprzony. Rozkaz. Priorytety.

                Ledwo to powiedziałem, wzdrygnąłem się. Na moment się wyłączyłem i wbiłem wzrok w ścianę - zrobiłem sobie to na własne życzenie, sam pytałem, sam zacząłem temat. Wtedy… Musiałem niejednokrotnie podejmować decyzje kto powinien zostać ocalony, a kto nie, a dla kogo nie ma już nadziei, a moje osądy nieczęsto pokrywały się z tymi narzuconymi przez sztywne rozkazy. Chciałem wyjąć każdego - a nie mogłem. I z tego wszystkiego najbardziej pamiętałem ciała powyginane w straszny sposób. Oczy - mniej lub bardziej martwe. Kurz na pozbawionych życia martwych gałkach ocznych. I ten upiorny skrzek kruków. Bo trzeciego dnia pracy nie dość, że walczyliśmy ze zmęczeniem, z gruzami i własnym sumieniem, to jeszcze z nimi.


                Poczułem jej dłoń, otulającą moją na tyle szczelnie, na ile drobne palce jej pozwalały. Nie była ciepła, ale była najcieplejszą rzeczą, która mnie spotkała w ostatnim czasie - w takim momencie, tak… Niespodziewanie. Podniosłem wzrok na weterankę, kogoś kto widział setki jak nie tysiące śmierci, która zwyczajnie wiedziała, co zrobić w takim momencie gdy odpływałem. Rozumiała. A jak tylko pomyślałem, co zrobiła w takim momencie najbliższa mi wtedy osoba… Zacisnąłem szczęki mocniej. Nie chciałem, by Nish zobaczyła coś, czego nie chciałem pokazać - jak bardzo jestem miękki, gdy tylko to roztrząsam. Przyciągnąłem ją do siebie, przytulając ją tak, by nie widziała mojej twarzy i tego pustego spojrzenia, tego napięcia mięśni, grymasu. To czego nie chciałem jej pokazać to nie łzy - ich się nie wstydzę, choć jest ich niewiele. To była złość i rozczarowanie. Przeżywałem to w mikroskali jeszcze raz - wspomnienie rozkazów, wspomnienie powrotu do domu.
                Tulona ledwie poltorametrowa drobinka zesztywniała w pierwszym momencie, ale rozluźniła się nieco po chwili i nawet nieśmiało mnie odtuliła. Praktycznie obca kobieta, domyślała się częściowo co się dzieje w mojej głowie. Milczała, jakby zdając sobie sprawę, że potrzebuję jeszcze chwili, zmęczony udawaniem że jest w porządku, że było. Wdychałem zapach rozmówczyni, tę uspokajającą szałwię, starałem się dojść do siebie. Uciszyć przykre wspomnienie, przełknąć wstyd i znów zepchnąć na dno umysłu jak wielkim frajerem wtedy byłem.

                - Wiesz… Ja też... Bardzo ciężko to zniosłam, to był szok, popełniłam błędy, nie wszystko poszło dobrze. Nie zapomniałam - zaakceptowałam to i poszłam dalej. Ty też możesz i wiem, że na pewno dasz radę. A właściwie - to już dajesz. Wróciłeś przecież do oddziału, przeskoczyłeś tą… Traumę, tak mogę to nazwać. Nie poddałeś się i… Przetrwałeś, tak? No to tego się trzymamy - lekko odklepała w moje plecy jak w matę na sali treningowej. Zaraz jednak rozładowała napięcie jednym zdaniem - A teraz wybacz, ale mnie wypuść, bo jak mnie jakaś pielęgniarka zobaczy, to mnie rozerwą tu na strzępy. Wpadłeś co najmniej pięciu z nich w oko.
                - Dziękuję, Nish - skinąłem jej głową, wypuszczając ją. Faktycznie nadmierne zainteresowanie zawsze było dla mnie jakimś problemem, ale przekute na żart pozwoliło mi się szybciej ogarnąć - I… Przepraszam za to bo…
                - Wiem. Jest w porządku, Joe. Rozumiem to. - wtrąciła najspokojniejszym ze swoich tonów, nie pozwalając mi dokończyć. Wiedziałem, że mówi szczerze. Wypuściła moją rękę - Zajrzę do Ciebie później, dobrze? Może nie czekają mnie amputacje, ale już po mojej przerwie.


                Wymieniliśmy uśmiechy i skinięcia głową i wyszła. Najbardziej w tym wszystkim zaskoczyło mnie to, że ja spytałem o Ebonhawke, a ona po prostu zaczęła opowiadać, jak to się zaczęło. Nie bała się pytań o emocje, o wrażenia, o porażki i ten dramat, wydarzenie jakie najbardziej na nią wpłynęło z tego wszystkiego. Zobaczyłem w niej ten błysk, którego szukam dla swoich artykułów. Tę uzależniającą pasję. Przyglądałem się jej dłoniom otulającym kubek i nie mogłem pozbyć się z głowy jednego niezadanego pytania, które na pewno nie będzie miało odpowiedzi. Ile już osób ocaliła? A ile z nich nawet jest świadoma, nie spojrzała jej w oczy, nieprzytomna na czas zabiegu? To było… Inspirujące. Zaczęła od zera i strachu, niepewna swojej sytuacji i umiejętności, a zaczerpnęła z tego siłę do działania i rozwoju, nie poddając się. Opuściła przyjaciół, wśród których czuła się bezpiecznie skazując się na tułaczkę przez groźne ziemie, żeby nieść pomoc poszkodowanym nieznajomym i to bezinteresownie, w moim mieście. Jej słowa trafiały do mnie. Może przez ten tembr głosu, może przez to, że mówiła o tym tak otwarcie, tak osobiście, a zarazem tak z dystansem - minęło wszak sporo czasu.
                Poczułem się tak, jakby ktoś po upadku pomagał mi rozłożyć skrzydła i delikatnie pomógł mi w powrocie do dalszego lotu ciepłym przyjemnym podmuchem wiatru - szczególnie te “bardzo ciężko to zniosłam, to był szok, nie wszystko poszło dobrze. Nie zapomniałam - zaakceptowałam to i poszłam dalej. Ty też możesz i wiem, że na pewno dasz radę”.  Wprawdzie nie rozmawialiśmy bardzo długo, raptem 20 minut, ale zdołała mnie podnieść na duchu. Dała mi coś czego zabrakło mi te kilka lat temu w 1328 AE gdy wróciłem do domu, do kogoś, kto nie potrafił tego pojąć, a ja to wtedy zwyczajnie zaakceptowałem.


***


                - TRZY DNI CIĘ NIE BYŁO, GNOJU!
                Uchyliłem się przed nadlatującym talerzem, nie mając siły go zręcznie złapać. Trzask porcelany nie zdołał mnie ani trochę obudzić. Nieprzytomnymi oczami zauważałem porozwalane po mieszkaniu poduszki, pomazane farbą ściany, wywaloną na podłogę zawartość szuflad z moimi prywatnymi dokumentami i zapiskami. Słuchałem jej półprzytomny ze zmęczenia, okradziony z luksusu snu i prysznica w ciągu ostatnich dni. Moje łokcie już nie dawały rady się zginać dokładnie, kolan praktycznie nie czułem, a palce miałem tak opuchnięte od pracy fizycznej, że… Jeszcze nie myślałem, jak zdejmę rękawice. Nie docierało do mnie. Nic, do końca. W głowie miałem tylko te gruzowiska i uwięzionych. I tę okrutną selekcję.Tych próbujemy ratować i wyciągać, tych nie. To było nawet gorsze od interwencji w mieszkaniach samobójców - tam widziałem często makabryczne skutki decyzji dorosłych ludzi, tu - według wytycznych musiałem podejmować makabryczne w skutkach decyzje o życiu dorosłych ludzi. Po tych trzech dobach pustka i zimno w moim sercu były nie do zniesienia. Od gruzowiska do gruzowiska, moje serce coraz bardziej przeradzało się w jedno z nich… Nie umiałem udawać, że nic się nie stało, miałem wrażenie, że chwilowo nie czuję już nic. Nie chciałem czuć czegokolwiek obrzucany wyzwiskami, zamiast głaskany troską i spokojnymi pytaniami pełnymi zrozumienia dla mojej pracy i tego co działo się w mieście.

                - PRZYZNAJ SIĘ, NA PEWNO SYPIAŁEŚ U JAKIEJŚ WYWŁOKI, GNIDO! NIE NA TAKIE ŻYCIE SIĘ PISAŁAM!

                 Nie wierzyłem, nie chciałem wierzyć, że jest tak oderwana. Nie widziałem teraz irracjonalności jej oskarżenia, nie widziałem zniszczeń, nie widziałem zamachu na moją prywatność, widziałem tylko ją - moją bursztynowooką ukochaną, która z pewnością zrobiła to wszystko, bo nie mogła wytrzymać ze stresu. Zawiodłem ją. Poświęciła dla mnie tak wiele - majątek, tytuł, kontakt z rodziną, a ja skazywałem ją na godziny bez końca, pełne strachu czy w ogóle wrócę z warty albo z akcji nie mając z tego nic poza kolejnymi koszmarami, rozwiewanymi przez słodycz jej miłości czekającej na mnie w domu. Czara goryczy się przelała. Wciąż mówiła i mówiła o kobietach, o nerwach, o wściekłości… A ja nie słuchałem. Ująłem jej dłoń w swoje, ucałowałem ją w czoło, spojrzałem jej głęboko w oczy i odezwałem się.
                - Masz rację. Mam dość. Rezygnuje z Hebanowej Awangardy. Znajdę normalną, bezpieczną pracę i będziemy mogli być razem. Bez stresu, nerwów, tak jak obiecałem.

                Miałem wrażenie, że jej oczy rozszerzyły się ze zdziwienia. Nie pamiętam, jak trafiłem do łóżka, pamiętam, że obudziłem się po ponad 17 godzinach w wysprzątanym mieszkaniu, jakby obrazy i krzyki sprzed zaśnięcia były tylko kiepskim snem albo żartem, a ukochana czuwała przy moim łóżku. We włosy miała wpiętą kintajską ozdobną szpilkę z jadeitu, a na palcu - pierścionek zaręczynowy, który nosiła od pół roku. Nie zapytałem o nic, ciesząc się że po prostu jest ze mną, ta jedyna stała w moim życiu. Jedyna stała - która miała wkrótce wywołać w nim trzęsienie, po którym ślady pęknięć noszę do dziś.
7
Newsy / Wybory Luty 2021
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Nisheera dnia Luty 19, 2021, 01:28:51 »
Od dzisiaj (18.02.2020) przez 48h każdy członek Ligi Sześciu Filarów z rangą Towarzysza bądź wyższą może oddać swój głos w wyborach na Radnego. W tym miesiącu decydujemy, czy Falkner ma zachować stanowisko.


Aby oddać głos, należy wysłać prywatną wiadomość na konto Wybory o treści TAK, jeśli Falkner ma zostać, lub NIE, jeśli uważacie inaczej. (link bezpośredni do okna wysyłania PW) Pamiętajcie, każdy głos się liczy.
8
Historie Postaci / Z szuflady Bleistifta
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Joseph Bleistift dnia Luty 16, 2021, 00:59:19 »




              Oko Północy za każdym razem mnie zachwycało. Na wartach, jakie pełnię codziennie lubię się rutynowo przejść po historycznym kompleksie, po którym przed wielu laty chodzili dumni ludzie, noszący te same barwy, które są na moim pancerzu - Hebanowa Awangarda, a wśród nich Gwen Thackarey - askalońska bohaterka. Z opowieści mojego ojca i dziadków zapamiętałem ją jako niezwykłą kobietę o ogromnej determinacji; dziewczynkę, która straciła wszystko - dom, rodzinę, nację, spokój, młodość i wytrzymała lata w kajdanach, a ostatecznie jako wzór - niemniej to nie liczba popielczych trupów, jaką za sobą zostawiła sprawiła, że w moich oczach urosła do tak wysokiej rangi, tylko droga jaką przeszła. Thackarey w bardzo młodym wieku wytrzymała to, czego nie zdołałby udźwignąć niejeden dorosły. Kochała wolność i nigdy z niej nie zrezygnowała, nigdy się nie poddała, nie złamała. Nie zapomnę jak wielkie wrażenie wywarła na mnie opowieść o tym, że ta młoda dziewczyna w pełni świadoma tego, że kolejna próba ucieczki odbierze jej przywilej szybkiej śmierci jeśli da się złapać podjęła ryzyko. Gwen przeskoczyła ponad szare człowieczeństwo zmuszające większość do podporządkowania się i tkwienia w marazmie dla ocalenia życia i oszczędzenia sobie części bólu. Niezależnie od ceny nie zamierzała się wyrzec godności człowieka. Nie dość, że odzyskała wolność, to jeszcze stoczyła bój z samą sobą, odzyskała spokój, to jeszcze przyjęła barwy Hebanowej Awangardy, ostatecznie dosłużywszy się nawet stopnia dowódcy. Opowieść o Gwen wrastała we mnie głębiej z każdym kolejnym rokiem, popchnęła mnie ku Hebanowej Awangardzie mocniej niż namowy dziadka, ojca, wuja czy brata, pomogła mi zdecydować o odejściu z wojska w imię większej wolności, ponownie mnie jednak znów do niej przyprowadziła, gdy poczułem, że inni są w potrzebie, że to już pora. Dlatego też mury Oka pamiętające tak odległe czasy mimo że umiejscowione w chłodnych Dreszczogórach są dla mnie bardzo przytulne i zdają się mnie rozgrzewać - a raczej zagrzewać - od środka. Otoczony nimi często wracam myślą do opowieści o Gwen, by nie zapomnieć, nie pozwolić sobie zwątpić w siebie.



***


              Pluton Pasht pod dowództwem sierżanta L. Owsona liczy około 20 osób i stanowi jedną z grup wyznaczonych do stacjonowania Oku Północy. Jego członkowie otrzymują rozkazy związane głównie z ewakuacją oraz ochranianiem ludności cywilnej podczas akcji i nagłych wezwań, a oczekuje się od nich przede wszystkim trzymania nerwów na wodzy, daru przekonywania, a także dużej sprawności fizycznej i wachlarza zaklęć do szybkiego reagowania jeśli dojdzie do ataku. W praktyce głównie siedzą w Oku Północy oczekując na wezwanie, które i tak nadchodzi często za późno by wykorzystać ich umiejętności związane z zapobieganiem stratom w cywilach - przecież oddziały na zagrożonym miejscu podobno świetnie sobie radzą i mają sytuację pod kontrolą i wsparcie wzywa się zbyt późno. Koniec końców sztab nie prowadzi normalnego naboru do oddziału - szuka wśród aktualnych lub byłych żołnierzy z doświadczeniem. Takich, którzy będą doskonale sobie zdawać sprawę, że przydział, choć niewymagający siedzenia w okopach i pozwalający na powrót do własnego łóżka tylko pozornie wydaje się być lekki, jak dla żółtodziobów i gaduł. Kiedy nie ma już czasu na ewakuację ludności Pasht’owie muszą się przebijać przez największe kłębowisko wroga, ponieważ cywile zazwyczaj nie mają się jak bronić. Nie zawsze się udaje, często jest dość krwawo - to główny powód przyjmowania wyłącznie weteranów,  którzy niejedną śmierć w życiu widzieli, jednak ów powód jest też przyczyną tego, że skład grupy jest dość płynny. Co kilka tygodni, a przy bardziej obfitujących w przykre wydarzenia misjach nawet co kilka dni ktoś jednak… Wypada, nie mogąc do końca znieść tego napięcia. Zdarzają się przypadki, że ktoś z naszych ląduje w szpitalu, na dłużej. Albo w trumnie, na zawsze. Nie jest to może bardzo częste, bo większość z nas potrafi zadbać o siebie i o innych, ale wciąż. Jesteśmy oddziałem i to wojskowym. Choć ufamy sobie w terenie, spędzamy ze sobą czas na wartach, ogrywamy się w karty czy kości, narzekamy na tutejszą kuchnię i chłód, mamy swoje żarty, oglądamy portreciki narzeczonych i małżonków tych szczęściarzy albo szczęściar bądź nieszczęśników i znamy się z imienia, nazwiska, ksywy… Nigdy nie możesz mieć najbliższych i najserdeczniejszych przyjaciół w oddziale. Bo jeśli, nie daj Lysso coś się stanie oddział traci nie jednego, a co najmniej dwóch naraz.


              Tego dnia dostaliśmy wezwanie - nagły skok energii, Destroyery w Ebonhawke. Hebanowi na miejscu potrzebują wsparcia. Dowódca potwierdził gotowość grupy, wyruszyliśmy. Pojawiliśmy się w południowo wschodniej części miasta. Wspomogłem drużynę okrzykiem, by Ci bez wierzchowców mogli się przemieszczać szybciej. Ludność cywilna barykadowała się w domach albo umykała uliczkami miasta. Widziałem popielców… Ziemia się trzęsła. Ja znów trochę się trząsłem, choć powinienem przywyknąć, widziałem to nie raz w koszmarach, przez krwawe maliny. Wszystko wydawało mi się nawet nieco… Nierealne. Jakbym się oderwał od rzeczywistości, zamknął oczy, śnił albo raczej koszmarzył, znowu. Przetrwam do końca, zostawię oddział by ratować cywili, biec za przeciwnikami wbiegającymi do domostwa. Zobaczę dziecko skryte za sofą, matkę przygwożdżoną do ziemi, trzy sekundy do śmierci, nie zdążę, przegram z czasem choć całe życie trenuję, by być natychmiast w mgnieniu oka i z nim wygrać… Dobiję przeciwnika za późno, gdy metalicznie cuchnący szkarłat zacznie wyciekać z ciała matki, a jej straumatyzowany syn wybiegnie na zewnątrz, w niebezpieczeństwo. Pomknę za nim, zgubię go, zobaczę ostatniego żywego członka mojego oddziału i jego desperacką próbę ratowania życia, nie zdążę mu pomóc, znów się spóźnię. Poczucie winy zacznie mnie dławić - zostawiłem oddział, nie zdążyłem, ja nie zdążyłem, już nie ma dokąd zdążyć… I nie wiem, co bardziej mnie dusi, śmierć matki na oczach dziecka czy moja niesubordynacja i śmierć oddziału, czy to, że znów nie zdążyłem, nie zdążę, nie zasługuję, czuję, że jestem śmieciem, jestem zerem, jestem… Człowiekiem, który już się nie podniesie, który ginie w środku. Jednak ten człowiek mimo wszystko jednak się budzi zlany potem, nieufny wobec swoich zmysłów, gotów pięścią wybić dziurę w ścianie, niezdolny do krzyku, pusty, martwy, choć żywy. Po chwili milczenia pełnego powracającego echa poprzednich emocji przytomnieję, a po pierwszej czarnej kawie niezależnie od pory poranka lub nocy jestem gotowy zacząć nowy dzień - to był przecież tylko powtarzający się koszmar. Jestem zmęczony, przywykłem, nie mam sił znów tego roztrząsać. Nie jestem chory - to tylko te przeklęte maliny, trzymam się tego, że to jest najważniejsze, że nie oszalałem, choć szaleństwo może być tego następstwem. Zniechęcony wizją psychiatryka biorę się w garść, zawsze - wiem, że to minie, nie jestem w tym sam, jestem zdrowy, tylko mam paskudne sny. Nie pierwsze, nie ostatnie. Nie po drodze mi się zatrzymać i się poddawać. Jedyne co to... Bardzo cierpiała na tym moja wena twórcza, w redakcji ostatnio zajmowałem się jedynie korektami, nie pisząc nic swojego.


              “Tu i teraz” mocno się różniło od zakłócających mój spokój koszmarów i prędko wróciłem do rzeczywistości. Popielcy, zamiast wykorzystywać sytuację, tak jak to robili w moim koszmarze po prostu nam pomagali, mając te same rozkazy co my, z tego samego źródła. Ja tym razem cały czas trzymałem się dowódcy i oddziału. Cała akcja ze strony sztabu została dobrze zaplanowana - każda grupa miała swój sektor do upilnowania, nie było pustych miejsc, a jak trzeba było, to w każdym z oddziałów był choć jeden człowiek, zdolny do pełnienia funkcji gońca, wyróżniony przepaską na ramieniu. Z nieba spadały meteoryty i przeciwnicy, ale tym razem Yoru - mój warclaw - była ze mną i nami wszystkimi. To zaskakujące jak kilkaset kilogramów za plecami uzbrojone w pazury i rogi oraz mocny pancerz może uspokoić człowieka i podbić pewność siebie. Yoru została stworzona do walki, dlatego czasem walcząc z destroyerami - a to nie był jej pierwszy raz - czuła się jak ryba w wodzie. Kiedy trafiła pod moją opiekę, zaczęliśmy ją szkolić z instruktorem głównie do tego, by powalała i przyszpilała do ziemi większość przeciwników, a skaczące wybuchające kraby odrzucała w locie ogonem lub rogami z dala od oddziału. Dzisiejsza operacja szła nieźle - w naszym sektorze szybko neutralizowaliśmy zagrożenia, a cywile byli bezpieczni w budynkach, czekali tylko na transfer do Divinity’s, przygotowani do ewakuacji wtedy kiedy będzie to możliwe - czyli  jak pozostałe sektory na drodze do bramy zostaną oczyszczone. Nie było żadnych wyrw, nie zostaliśmy odseparowani od siebie, mogliśmy się wymieniać barierami, zawsze byliśmy w zasięgu oddziałowego elementalisty wody więc gorąc nam nie dokuczał, a pożary były gaszone natychmiast. Przydzielono nam dziś nawet dodatkowego umagicznionego medyka. Nie sprawiło to, że nagle wszystko stało się bardziej kolorowe i sielankowe, a cała akcja była rutynowa i standardowa jak najprostsza z procedur - część mieszkańców była bardziej zaniepokojona tym, że pomagają im również popielcy. Musieliśmy więc baczyć nie tylko na Destroyery, ale również na ewentualne bunty czy sabotaż. Choć minęło ponad 8 lat od zawieszenia broni wielu mieszkańców miasta wciąż wolałoby nie widzieć nawet pół charra przez okno.

              Oczekiwaliśmy rozkazy lub nowych przeciwników, pilnując się wzajemnie, spokojni na tyle, na ile można być, gdy Twoje miasto jest atakowane, czyli niezbyt. Ja się trzymałem najlepiej ze wszystkich, bo… Ostatnie noce dały mi tyle okazji do przeżywania tragedii mojego miasta, że nieco oziębłem, oderwałem się od tego, jakoś bardziej niż inni. Kocham moje miasto, wiem, że mieszka w nim moja rodzina i wiele osób, które nie mogą się obronić, a fakt, że destroyery zaatakowały nagle tak duże miejsce jest zatrważający, ale dopóki trwa akcja nie mogę pozwolić sobie na choćby cień paniki czy wahania - ciałem i myślami tu i teraz, minimalizować straty, o tragedii pomyśleć dopiero, kiedy ze sceny zejdą ostatni jej aktorzy - Destroyery i służby porządkowe oraz pomocnicze, a emocje opadną. A przynajmniej się staram i nie zawsze wychodzi, choć miną pokażę niewiele - póki mamy mundur, jesteśmy żołnierzami, a nie zwyczajnym sobą.


              Z tego dnia mam nieco mgliste, nieco rwane wspomnienia, mimo tego pozornego spokoju - momentami działałem wręcz automatycznie, jakby ciało samo wiedziało co robić. Pamiętam kilka konkretnych rzeczy. Rozkaz dowódcy:
              - “Blinks” - sierżant rzadko zwracał się do mnie nazwiskiem - Wy coś za spokojni jesteście, na jednej nodze sprawdzić sektor 9D i wrócić z raportem czy oddelegować chłopaków tam.

              Pamiętam lekkie ukłucie lęku, gdy pozwoliłem sobie na myśl, że odseparowuję się od oddziału. Pamiętam drogę - mógłbym ją przejść z zamkniętymi oczami, gdyby nie fakt, że musiałem uważać na meteoryty i lepiej też widzieć, dokąd się teleportuję. Skracałem trasę możliwie jak najbardziej, chcąc dostać się jak najszybciej do dobrego punktu, z którego dobrze widziałbym sektor. Ot, teleportacja na krawędź jednego z balkonów, podciągnięcie, teleportacja wyżej, na daszek. Manewr możliwy tylko w dobrym pancerzu zapewniającym mobilność i na balkonach z mocnymi kratami i przy płaskich dachach. Pamiętam, że się rozglądałem, mimo dymu drażniącego oczy. Pamiętam widok kogoś znajomego - narzeczonego mojej siostry - którego dosłownie zaczynały obłazić kraby, gotowe zaraz wybuchnąć. Pamiętam swój własny wybuch - wybuch determinacji jaśniejszej niż płomienie destroyerów - rozpędziłem się i wybiłem się z dachu w wyskoku, tylko po to, by teleportować się bezpiecznie na ziemię, nim się z nią spotkałem. Pamiętam dotyk - złapałem prędko znajomego za ramię i znów wykonałem kolejny skok w przestrzeń tym razem z nim, tam gdzie mogłoby być bezpiecznie. Nie śmiałem myśleć o tym, co jak nie zdążę - o potencjalnym kalectwie Gilberta, o histerii mojej siostry, o własnym poczuciu winy - nie mogłem. Gilbert był przecież tylko innym żołnierzem, bo póki mam mundur, nie ma przyjaciół i więzi - nie ma gorszego kłamstwa. Dlatego musiałem zdążyć, przecież po to trenowałem - nie mogłem w siebie wątpić, nie tam. Udało się.

              Oddział Gilberta radził sobie gorzej, ale to dlatego, że niedawno spadły tu dwa meteoryty. Pomyślałem, że mają pecha albo coś szczególnie przyciąga tu przeciwników, ale nie drążyłem - miałem tylko sprawdzić czy sobie radzą, a teraz miałem na głowie kilka krabów. Gilbert jednak zebrał się do kupy, miotnął falą chaotycznej energii w kraby nadkruszając je i zmuszając w ten sposób do wybuchu. Klepnął mnie w ramię w podzięce, ale nim zdążył coś powiedzieć, jego dowódca mnie wypatrzył, zauważył oznaczenia oddziału i przepaskę gońca. Ryknął, oddelegowując, tym razem spowrotem:
              - Goniec z Pasht! Przyślijcie medyka i z dwóch strażników do obstawy!
              - Aye.

              Zasalutowałem nim się oddaliłem. Pamiętam, że ruszyłem tym razem biegiem przez uliczki, teleportując się tylko od zakrętu do zakrętu. Manewrowałem między truchłami Destroyerów, a przemieszczałem się na tyle szybko, by ewentualny ogon mnie nie doścignął, z uliczki do uliczki. Powinienem oszczędzać siły, ale to nie była pierwszyzna - gdybym się spóźnił, większa szansa że ktoś zginie.  Pamiętam jeszcze ostatnią prostą. Pamiętam, że krzyknąłem, o medykach, o wsparciu… Ale mój głos zagłuszył trzask kilka metrów za moimi plecami, zdecydowanie za blisko.

              Gwałtowny wstrząs sprawił, że upadłem, naraz zalała mnie fala gorąca, jeszcze dobra przyjaciółka migrena też dała o sobie znać, coś zaczęło mnie przygniatać. Nie mogłem się odwrócić, byłem przygwożdżony do ziemi, a ból stawał się nie do zniesienia. Obraz rozmazywał mi się przed oczami; mimo pyłu i piachu zdawał się momentami bieleć. Zawroty głowy nie zdołały zatrzymać moich rąk, które ciągnięte niczym przez niewidzialne sznurki siły woli złapały kostkę brukową i próbowały mnie pociągnąć dalej naprzód. Ostatnie co pamiętam to eksplozję bólu i kolejny, tym razem inny trzask od którego zrobiło mi się jeszcze słabiej, a także Yoru biegnącą w desperacji w moją stronę bez jakiejkolwiek komendy.

              Mogę być twardy, mogę walczyć ze strachem, przetapiać go w determinację i pewność siebie, wbiegać prosto w ogień, mknąć na przekór naprzeciw. Dostrzegać, słuchać i czuć wszystko to, co powinienem, wtedy kiedy powinienem, a dopiero w czterech pustych ścianach podskoczyć czasem, gdy ktoś na zewnątrz odpali fajerwerki albo budzić się w środku nocy z jakiegoś koszmaru o którym szybko zapomnę po pierwszych łykach kawy. Mogę przywoływać w pamięci obraz Gwen z opowieści, które słyszałem jako dziecko i szukać w tym jakiegoś oparcia, z którego będę mógł się wybić, by być bardziej żołnierzem, a nie człowiekiem. Ale… Niezależnie od tego, co dzieje się, gdy stoję pewnie na dwóch nogach… Jestem pewny, że na skraju przytomności nie myślałem o tym, jak wstać, jak się wyrwać, tylko o tym, że bardzo nie chcę zostać kaleką, nie chcę umierać, nie tak, nie tam, nie teraz. A wiedziałem, że dzielą mnie od tego sekundy albo i mniej, a ja jestem bezsilny.


***


              Złote loki spływały kaskadą na mój tors. Bielutkie zęby za roześmianymi wargami, sprawdzającymi moją wytrzymałość każdym kolejnym pocałunkiem złożonym na mojej szyi, gdy udawałem, że śpię, żeby ta chwila tylko trwała, przegrywając z każdym kolejnym, coraz bardziej. Otuliłem ją bez ostrzeżenia ramionami, przyciągając ją do siebie bliżej, jakby zaraz miała zniknąć, odejść jak poranna mgła ledwie zerwie się mocniejszy wiatr i już nie zdążę się nią nacieszyć. Blada skóra bez skazy, poza jednym drobnym pieprzykiem pod lewą łopatką była pod opuszkami moich palców była niczym aksamit - miękka, gładka i nieco chłodna. Nigdy nie uznawała kołder i piżam, nawet w sezonie Kolosa czy Zefira.

              Dźwięczny śmiech zerwał się z jej ust ten pełen rozbawienia skromny uśmieszek zamieniając w pełny wyszczerz, ograbiony z niewinności, gdy próbowała się wyrwać. Zaczęła mnie łaskotać agresywnie, śmiejąc się nawet głośniej niż ja, próbujący celowo bardzo nieporadnie unikać jej rąk szukających drogi na moje żebra i wyżej, ja opuszczający gardę, ja podziwiający niesamowity codzienny widok - ją, opadającą na poduszki obok mnie gdy już się zmęczyła tą walką.

              Zwróciła twarz ku mnie, zarzucając jedną z rąk na moją klatkę piersiową, jakby przygarniała do siebie worek stu milionów złotych monet. Przymrużyła jedno ze swoich bursztynowych oczu i wydęła wargi w minie pełnej udawanego zamyślenia, jakby zastanawiała się, co teraz ze mną począć; drugie było zaś wpatrzone we mnie jak w obrazek. Lubiła mówić, że robi tak, by jedno oko mogło odpocząć, kiedy drugie wpatruje się we mnie, by nie uronić żadnej z chwil razem. A ja lubiłem myśleć, że to była miłość.
9
Historie Postaci / Krew i Miłość
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Erza dnia Luty 12, 2021, 00:19:30 »


1
Szok i Zaprzeczenie


Są rzeczy, które ceny nie mają, są bezcenne. Najłatwiej poznać takie rzeczy po tym, że raz utracone, są utracone na zawsze. Śmierć ważnej dla Ciebie osoby, jest właśnie tym. Czymś co nigdy nie wróci, a pozostawi jedynie ból i cierpnie, które już nie minie. Wraca każdego ranka i każdej nocy. Płomyk nadziei, żar ciepła w końcu gaśnie. Nastaje ciemność, a w niej ... w końcu nic nie pozostanie.
Przyjdzie cicho. Niezapowiedziana i nieproszona. Nigdy nie ma na nią odpowiedniej chwili. Zawsze jest gościem nie na czas.

- Czcigodna rodzino, szanowni goście. Zebraliśmy się dziś, aby towarzyszyć w ostatniej drodze zmarłemu Sierżantowi, Trevorowi Crowley. Jego śmierć zaskoczyła i zasmuciła nas wszystkich ... - rozbrzmiewał donośny głos mężczyzny, prowadzącego uroczystość pogrzebową.
Każde kolejne wypowiadane przez kapłana słowo, stawało się nieme dla Mirien. Nastała cisza i pustka, przerywana jedynie przez delikatny i cichy stukot kropel deszczu uderzanych o narastające na ziemi błoto, oraz przeszywające trzaski piorunów. Czuła jak zimno powietrza dotyka jej skóry, jak powoli palce drętwieją, a usta sinieją. Nie słyszała już nic, a czas jakby się dla niej zatrzymał. Twarze zebranych były niczym maski założone na spektakl. Udawane współczucie, kłamliwe słowa, wyuczone gesty, fałszywe spojrzenia. Nikt nie był tu prawdziwy. Jej dziko zielone oczy, teraz przekrwione i zmęczone od płaczu, zaczęły wędrować po teatralnych twarzach. Cisza została przerwana, a ona sama zaczęła słyszeć za dużo. Płacze, jęki, szlochy, przeprosiny, kondolencje, pocieszenia... wszystko zaczęło ją atakować, każde słowo pożerało.
Zaczęła panicznie się obracać, wystraszonym wzrokiem szukać ucieczki w czarnym tłumie. Jej chłodne dłonie szukały wsparcia... w głowie szumiało, a w oczach zaczął pojawiać się mrok.  Serce waliło, zaczęło braknąć jej powietrza. Nagle usłyszała wielki huk, a zaraz potem kolejny. Dopiero wystrzeliwana honorowa salwa przez żołnierzy Seraph, całkowicie wyrwała ją z tego amoku. Jej nadal wystraszone oczy powędrowały do tego, co nieuniknione. Tego, od czego starała się cały czas uciekać wzrokiem. Ciemno-brązowa trumna, a na niej ułożona biała flaga z wyszytym złotym ornamentem. Barwy które tak dobrze znała, a teraz nie mogła na nie patrzeć. Jej sino-szkarłatne usta wykrzywiły się w bólu, który rozrywał ją cały czas od środka, zabierając głos.
- Mirien?! Mirien?!  Mirien?! - usłyszała wołający ją głos. Głos niosący się echem i jakby stłumiony, który ledwo do niej docierał. Potem była już tylko ciemność...


2
Gniew i Żal


Trudniej jest wydobyć kogoś z otchłani niż pomóc mu wyjść z rowu. Niektóre otchłanie są bardzo głębokie, a na ich dnie niewiele już z człowieka zostaje. Mirien nie chciała niczyjej pomocy, nie chciała nikogo widzieć, a tym bardziej słuchać. Cierpiała po cichu, w samotności, zamykając się na cały świat. Każdy dzień wyglądał tak samo, przepełniony bólem i niemocą, a przede wszystkim żalem do siebie samej. Ich małżeństwo zaaranżowane przez rodziców nie było najlepszym, a na pewno nieprzeżyte tak, jakby chciała to wspominać. Kochali się, lecz nie mieli dla siebie czasu, a ich uczucia przez to bywały wymuszone, co tylko pogłębiało boleść jej duszy. Spędziła tak dobry rok, przestając pracować, godząc się ze swoim losem i nasilającym cierpieniem. Było to zwyczajnie łatwiejsze niż zaakceptowanie tego, co się stało.
Był zimny i wietrzny wieczór, a ogień w kominku powoli się tlił, strzelając drobnymi iskrami co jakiś czas. Mirien siedziała w fotelu, przykryta kocem, wgapiając się pustym wzrokiem w tańczące płomienie, które odbijały się swym ciepłym blaskiem w jej dziko zielonych oczach, kiedy rozległo się walenie kołatką do drzwi. Nie reagowała, przymknęła jedynie powieki, licząc, że ten niezapowiedziany gość po prostu zrezygnuje i odejdzie. Przeszedł ją lekki dreszcz, kiedy tym razem ktoś zaczął walić w drzwi z pełną determinacją. Ciężko westchnęła i wygrzebawszy się spod koca, ruszyła do drzwi, powoli je otwierając. Przybyłym okazał się William Butcher, człowiek, z którym dane było jej pracować na stanowisku koronera przez kilka dobrych lat.
Mężczyzna był średniego wzrostu o czarnych, gęstych włosach, zaczesanych elegancko ku tyłowi, zaś jego lico zdobiła bardzo gęsta broda. Liczył sobie 40 lat, jednak przez swoją aparycję uchodził za starszego. Kobieta na jego widok jedynie westchnęła i mruknęła z niezadowoleniem:
- Czego chcesz? – i takiego przywitania się spodziewał, niczego innego po niej nie oczekiwał, na co jedynie się uśmiechnął i pokazał grubą kopertę.
- Przychodzę jedynie po poradę w sprawie zawodowej – uniósł obie dłonie lekko w górę, przyjmując bezbronną pozę i niewinną minę. Z niezadowoleniem wypisanym na twarzy, otworzyła drzwi, wpuszczając go do środka. William wszedł, rozglądając się chwilę po pomieszczeniu, które zbytnio nie zmieniło się od poprzedniego razu, kiedy do niej zaglądał, a robił to regularnie raz w miesiącu. Porządek trzymała, taka już była, jednak nie można było tego stwierdzić o niej samej. Wychudła i zmarniała na twarzy, poświęcając swą przyszłość dla teraźniejszości, w której trwała bez życia. Patrzył na nią z litością, pamiętając, jak mimo swojego wyrachowania, pełną życia kobietą była. Ona zaś nie mogła znieść tego spojrzenia. Ściągając brwi w złości, wyrywała mu kopertę, w której to sprawie niby zawitał do jej domu. Dużego i pustego, pełnego pokoi i ogrodu, z którego i tak nie korzystała.
- Z czym jest problem?- Zapytała chłodno, wyciągając plik złączonych ze sobą kartek dokumentów, które niegdyś sama wypełniała. Był to protokół lekarski z przeprowadzonej sekcji, lecz wypełniony tylko połowicznie, bez wskazanej przyczyny śmierci.
- Czy w płucach odłożył się tłuszcz? –  zapytała, nie podnosząc wzroku znad kartki, zaś Will rozsiadł się wygodnie i zmarszczył brwi, niby to w wielkim zastanowieniu. Całe to przedstawienie było tylko po to, by ją odwiedzić. Zawsze to robił, a ona nie oponowała. Choć starała się za wszelką cenę pokazać wielkie niezadowolenie z jego odwiedzin, tak gdzieś w głębi wyciągała dłoń, by choć przez chwilę zapomnieć.
- Hmm, nie zauważyłem – mruknął jedynie, na co ona na niego spojrzała i uniosła lekko brwi.
- To nie jest ofiara pożaru. Ktoś umyślnie spalił ciało – odparła, chowając dokumenty do papierowej, dużej koperty, którą od razu rzuciła z wielką niedbałością na dzielący ich stolik. Mężczyzna nie komentował, a jedynie mruknął, zbierając się w sobie, by powiedzieć to, na co w końcu się zdobył po tak dużym czasie.
- Mirien… minął już rok. Wróć chociaż do pracy, nie musisz z nikim rozmawiać, a nikt nie będzie Cię o nic pytać. Na Bogów! Przecież nie wrócisz mu życia, siedząc tutaj i gnijąc! – nie wytrzymał. Nie planował aż takiej eskalacji, lecz nie wiedział już jak ją podchodzić. Liczył na wybuch, gdyż taka właśnie była. Spokojna i niepozorna, na swój sposób urocza, a w niespodziewanej chwili eksplodując złością, niszcząc wszystko, co napotka. Lecz nie tym razem. Mirien po prostu milczała, co jeszcze bardziej go przeraziło. Cisza trwała, której on teraz nie śmiał przerwać.
- Dobrze – odparła krótko, nawet na niego nie patrząc. Co takiego mogło się stać? Co się zmieniło? Pytań miał wiele, lecz ponownie nie śmiał zapytać, co by nie zburzyć tego, co dziwnym trafem powstało. William jedynie skinął głową i chciał już coś powiedzieć, kiedy Mirien na niego groźnie spojrzała i przemówiła bez większych emocji.
- Daj mi 3 miesiące, muszę coś jeszcze załatwić – tak… nie mogła Trevorowi wrócić życia, jak powiedział, ale czy na pewno? Czy istniał jakiś sposób, by niemożliwe stało się prawdą?
I tak oto z tych niepozornych słów wypowiedzianych przez jej współpracownika, w głowie Mirien pojawiły się potworne myśli. Pokłosie porażki, żalu, goryczy i złości. Tam, na samym dnie, zrodził się najgorszy i bezwzględny pomysł.


3
Upadek


Podróż na Elonę była czymś ekscytującym i chaotycznym zarazem. Ślepym impulsem, za którym Mirien podążała z pełną determinacją, szukając czegoś, co było niemożliwym dla zwykłego śmiertelnika. W tej dalekiej i zapomnianej części Tyrii chciała znaleźć sposób, by wskrzesić zmarłego męża. Odnaleźć jego duszę w odmętach mgieł i wsadzić niczym drogocenny klejnot w nowe ciało, a do tego dopuścić się najgorszego.  Była gotowa poświęcić wszystko i każdego, w tym skalać swą duszę złem najczystszym w swej postaci, zadając cierpienie niewinnej osobie, by tylko osiągnąć swój cel.
Tak też wykorzystując swoje dawne kontakty z Durmand Priory, do którego przed kilkoma laty należała, wyruszyła wraz z ich ekspedycją do tej pustynnej krainy.
Docierając do Amnoon, serca Kryształowej Oazy, od razu odczuła skutki innego klimatu, a przede wszystkim słabej kondycji swego ciała, po ponad roku wegetacyjnej egzystencji. Ostre słońce ją drażniło, a wysoka temperatura męczyła, stąd większość dnia starała się przebywać w okolicznej bibliotece, w poszukiwaniu sposobu do realizacji swego bestialskiego planu. Wieczory zazwyczaj spędzała sama, nie będąc jeszcze w gotowości otworzyć się na świat, a wyjątkiem od tego była Alice Quesperiel, jej dawna przyjaciółka,  z którą poznały się w Zakonie Durmanda. Bardzo wysoka kobieta o ponętnych kształtach, fiołkowych oczach i czarnych, krótko przyciętych włosach. Łączyła je nie tylko wspólna profesja, ale czysta, koleżeńska sympatia.
Spotkały się na barce, gdzie aktualnie stacjonowała Liga Sześciu Filarów, gildia, z którą Mirien miała wyruszyć na misję w głąb pustyni. Panowała tam iście sielska atmosfera. Wszędzie rozwieszone były prześwitujące gardinki i lampiony, a podłogę zdobiły kolorowe dywany i wielkie poduszki. Mimo bogatego zagospodarowania i wielu przebywających tam osób, było to przestronne miejsce, gdzie wiatr muska włosy, a morska bryza przynosi ukojenie po gorącym dniu. Kruczo-włosa kobieta stała za barkiem, obsługując kilka osób. Zdawała się być przy tym kokieteryjna, rzucając kusicielskie spojrzenia w stronę mężczyzn, jak i kobiet. Taka była i taką właśnie Mirien ją zapamiętała, lecz nigdy jej nie przeszkadzało frywolne podejście koleżanki do tych spraw, a wręcz przeciwnie. Pani koroner zawsze patrzyła na jej podboje z lekkim rozbawieniem, co było sporą odskocznią od stylu życia, jaki sama prowadziła.
Przytuliły się na powitanie oraz obie nieco ożywiły, co przede wszystkim było sporą zmianą dla Mirien. Od ponad roku nie podała nikomu nawet ręki, a teraz mogła poczuć na swym ciele przyjemne i niewymuszone objęcie.
- Dobrze Cię widzieć, Alice – powiedziała szczerze i z równie przyjemnym uśmiechem na twarzy, który zawsze dodawał jej uroku i blasku zielonym oczom.
- Ciebie również, napijesz się czegoś? – zapytała z cwanym uśmieszkiem i nie czekając na odpowiedź, szykowała kielichy, które zaraz napełniła rubinowym winem, dodając jeszcze coś od siebie. Rodzina nekromantki posiadała własną gorzelnię i może to właśnie dzięki temu dziewczyna miała rękę do przygotowywania alkoholu i tworzenia ciekawych połączeń trunków, z których ewidentnie słynęła.
- Widzę, nieźle się tutaj urządziliście – odparła krótko, upijając od razu nieco zaserwowanego napitku, rozglądając się jednocześnie po przewijających się tutaj osobach, odruchowo zatrzymując dłużej wzrok na męskich przedstawicielach rasy ludzkiej. Wszak bardzo możliwe, że niedługo będzie potrzebowała ciała.
Alice swoje wiedziała i nie umknęło jej bystrym oczom, że przyjaciółka zmizerniała, będąc jedynie cieniem dawnej osoby. Była na pogrzebie jej męża i od tamtego czasu nie widziała kobiety, szanując jej decyzję o braku kontaktu z kimkolwiek. Jednak mimo tego w jej głowie budziło się zwątpienie i zaskoczenie, jej nagłym pojawieniem się w tej części Tyrii. Cieszyła się z jej widoku i ewidentnym powrotem do żywych, lecz nie zmieniało to faktu, że coś ją w tym wszystkim niepokoiło.
- Tak, całkiem tutaj przyjemnie. Wszyscy razem i to w jednym pomieszczeniu – poruszyła znacząco brwiami, a jej zawadiacki uśmiech mówił sam za siebie, na co Mirien krótko się zaśmiała.
- A Ciebie co tutaj sprowadza, moja droga? – dodała po chwili Alice, lecz z jej tonu ciężko było wyczuć jakąkolwiek podejrzliwość, a jedynie luźne pytanie.
- Poszukiwanie wiedzy i nowych zaklęć, czyli zapewne to, co większość osób z Kryty – nie skłamała, lecz też nie powiedziała do końca prawdy.
Resztę wieczoru spędziły na bardzo luźnej rozmowie, głównie wspominając czasy wspólnego pobytu w Priory, śmiejąc się przy tym i wychylając kilka kolejnych kieliszków.
Opuszczając barkę, Mirien była już mocno wstawiona, co ewidentnie było widać po jej głupkowatym uśmiechu, lecz nie po jej chodzie. Co jak co, ale spędzając wiele lat na nauce baletu, kobieta wyrobiła sobie świetną równowagę, postawę ciała i zawsze kroczyła z pełną gracją, a procenty były zbyt słabym powodem, by to zmienić. Wychodząc już na pomost, wpadła na kogoś, a tym kimś był bardzo wysoki i postawny mężczyzna, o szerokich ramionach, czarnych włosach i niebieskich oczach. Pani koroner zatrzymała się i wpatrywała się w człowieka z zaciekawieniem, rozchylając przy tym lekko usta. Był idealnym kandydatem do jej nikczemnego planu, a przecież na pustyni zdarzają się różne wypadki.
- Przepraszam, czy po śmierci mogłabym wykorzystać Pana ciało do badań? – zapytała całkiem poważnie, lecz każdy dostrzegłby to, że kobieta była ewidentnie pijana, na co nieznajomy tylko uniósł brwi w zdziwieniu, pokręcił głową i ją wyminął. Wsiadając na jedną z łódek, która miała ją dowieźć na brzeg, Mirien szeroko się uśmiechnęła, patrząc z uciechą w ciemne niebo, rozświetlone jedynie bladym blaskiem księżyca i gęsto rozsianych gwiazd. Już niedługo się spotkamy, a wtedy wszystko naprawię – pomyślała.

***

Kolejny dzień przywitał ją nie tylko ciepłymi promieniami słońca, ale i bólem głowy, a był to dzień wymarszu do krainy Elon Riverlands, położonej na południe od Kryształowej Oazy. Jak się można było spodziewać, wielogodzinna podróż w siodle po wczorajszej libacji okazała się torturą samą w sobie, lecz ani na moment nie dając zwątpienia co do jej planów. Nie po to przebyła pół świata, by nagle się wycofać.
Wioska, w której się zatrzymali, to zamieszkała przez rzemieślników i rolników Palawa’s Grace, najbardziej wysunięta na południe osada. Ludzie tam prowadzili proste życie, skupiając się głównie na zapewnieniu bytu swym rodzinom. Zatrzymali się w jednym z prostych, kamiennych budynków, które mocno różniły się od tych, widzianych w Krycie. Niektóre z nich miały na swych dachach skromne, lecz przyjazne dla oka ogrody. Mirien nadal trzymała się na uboczu, mało z kim rozmawiając i odzywając się tylko wtedy, kiedy była o coś pytana.  Zdążyła już wypocząć, kiedy kolejnego dnia nadszedł czas by ruszyć na misję, która jak liczyła, mogła być kluczem do jakichkolwiek informacji, które mogły przybliżyć ją do naprawienia błędów przeszłości.
Nie nastawiała się, że odpowiedź czeka na nią tuż za rogiem, że już po samym przybyciu na ten piaskowy wygwizdów znajdzie rozwiązanie. Nastawiała się, że przyjdzie jej się zmierzyć z ciężką pracą, lecz nie spodziewała się tego, że już na pierwszej misji przyjdzie jej zginąć. Stanęli do walki całą grupą i mimo dania z siebie wszystkiego, pełnych podziwów uników, została wciągnięta w ruchome piaski. Tonęła, grunt się pod  nią osuwał, wciągając coraz mocniej i coraz głębiej, aż zniknął znad powierzchni jej ostatni palec. Nie oponowała. Nie walczyła z tym, co się działo. Tam, na dnie otchłani, odnalazła odpowiedź.



4
Odkupienie



- Teraz Échappé! Pamiętaj, by na koniec wykonać Petit!
– pobrzmiewał surowy głos nauczycielki w jej głowie, kiedy wykonywała zgrabne skoki, przechodząc miękko z zamkniętej pozycji V w otwartą. Poruszała się z pełną gracją, a każdy jej ruch był przemyślany, choć i to nie wystarczyło, by zaimponować i spełnić wymagania Pani Eloise. Kiedy tylko skończyła 12 lat, Ojciec zadecydował, że będzie uczyć się tańca, co by nabrać zgrabności i powabu. Od dziecka była typową chłopczycą, co to woli biegać po dworze i uczyć się szermierki, lecz mając lat 17, kiedy zbliżał się czas mariażu, rodziciel nie ustępował i zgodził się na jej dołączenie do Zakonu Durmanda pod warunkiem, że będzie kontynuować naukę baletu. Jej Matka była zawodową tancerką, a kiedy zmarła po porodzie swej jedynej córki, Ojciec starał się za wszelką cenę wychować Mirien tak, by przypominała jego ukochaną, co nie było łatwą sprawą, biorąc pod uwagę ostry i wybuchowy temperament młodej damy.
Właśnie to wspomnienie poprzedziło jej przebudzenie. Nieco mgliste i odległe, a jednocześnie przypominając jej, jak wtedy się czuła, jakie emocje nią targały. Zaczęła odtwarzać dalszy bieg wydarzeń i jego wszystkie następstwa z pełnymi detalami, a wtedy przyczyny i konsekwencje stały się wyraźne, utrwalając w ostatecznej formie. Przeszłość wydawała się jej zawsze niezmienna, lecz zrozumiała jak bardzo się myliła. To, w jaki sposób porządkowała wspomnienia, mogło zmienić wiele i podlegać gruntownym korektom. Prawda sprawiła, że przeszłość faktycznie mogła odejść w przeszłość i nie przeszkadzała już w zbudowaniu nowej przyszłości. Czy to oznacza, że całkowicie o niej zapomniała? Wręcz przeciwnie. Nie wykreślała swych błędów z życia, czy pamięci, ani nie winiła za nie innych. Chciała naprawić to, co mogła, zdając sobie sprawę ze swych własnych słabości i niedoskonałości. Miała przed sobą wyzwanie i ciężką pracę, której była gotowa się podjąć.
Kiedy się zbudziła, przed nią siedział czarnoskóry mężczyzna, oraz czekał przygotowany posiłek. Mimo drążenia tematu i wielu pytań ten zdawał się nie znać odpowiedzi lub z jakiegoś nieznanego jej powodu nie chciał zdradzić, jakim cudem przeżyła ten wypadek. Przecież pamiętała, jak wciągają ją piaski, jak tonie…co również się potwierdziło, kiedy wróciła do wioski, gdzie większość miała ją już za zmarłą. Porzuciła swe wszystkie obecne plany, poświęcając najbliższe tygodnie na szukanie odpowiedzi. Mimo przeczytanych wielu ksiąg i przebytych rozmów z miejscowymi mieszkańcami nie poznała powodu zrządzenia losu, dzięki któremu przeżyła, bądź powróciła z martwych. Może tak musiało być i z brakiem odpowiedzi wróciła do Kryty, zabierając się z jednym z morskich handlarzy. Będąc ponownie w stolicy, pierwszym krokiem który podjęła, było sprzedanie domu, a za uzyskane pieniądze kupiła małe, lecz przytulne mieszkanie w Salmie, a resztę złota przekazała na sierociniec. Nie potrzebowała bogactw i luksusów, a brak oszczędności tylko ją motywował, by wrócić prędko do pracy, co też uczyniła. Nikomu nie zdradziła tego, co wydarzyło się w Elonie i nikt z jej współpracowników nie śmiał nawet wypytywać o cokolwiek, podchodząc do niej ostrożnie na każdym kroku. Jeżeli czystym złem jest zadanie komuś cierpienia dla samego cierpienia, to dobrem jest wszystko to, co jest diametralnie temu przeciwne. Dobrem jest wszystko to, co temu zapobiega i z takim też nastawieniem zaczęła żyć Mirien. Wyrachowania i ciętego języka wyzbyć się nie potrafiła, lecz jej dowcip się wyostrzył, co jeszcze bardziej tworzyło z niej nieprzewidywalną mieszankę, gdzie mało kto wiedział, czy żartuje, a może mówi poważnie.


5
Koszmar Powraca


Minęły ponad 2 lata od śmierci jej męża i dobry rok od powrotu z Elony, spędzony głównie na ciężkiej pracy, która pochłaniała większość jej czasu. Mirien nadal stroniła od przyjęć, czy wystawnych spotkań, ograniczając się jedynie do rzemiosła, które szczerze i prawdziwie lubiła, zaś wolne dni poświęcała na powrót do formy sprzed lat. Oddany przyjaciel jej Ojca, Henry Frazer uczył ją szermierki, kiedy była jeszcze młódką, a na wznowienie nauki zareagował bardzo chętnie i z wielką radością. Treningi nie tylko umocniły jej ciało i przywróciły jego świetność, ale przede wszystkim pomagały jej się odstresować. Można by rzec, że odnalazła harmonię. Poczucie spełnienia, czystość myśli i pełne wdzięczności zrozumienie i zaakceptowanie swojego miejsca na ziemi, jednak jedna kwestia pozostawała niezmienna. Mirien czuła się samotna, a każdy powrót do pustego mieszkania, gdzie witała ją głucha cisza, napełniał ją melancholią. Ta równowaga, którą udało jej się osiągnąć, musiała w końcu zostać poddana testowi, którego nie mogła się spodziewać.
Pasmo niefortunnych trafów ponownie wywróciło jej życie do góry nogami.

***

Zaginął Joachim Blake, młody chłopak, który pracował w miejskim Prosektorium jako asystent. Mirien i młodzieńca łączyła czysto służbowa relacja, jednak mimo tego, wieść o znalezieniu jego ciała ją poruszyła, a w szczególności fakt, że jego śmierć bardzo przypominała tą, jaką zginął jej mąż. Sprawy zdawały się prawie identyczne, co tylko wzbudziło poruszenie wśród szlachty, a przede wszystkim Seraph. Już raz była podejrzana o dokonanie brutalnej zbrodni na swym życiowym partnerze, co nie omieszkał się podkreślić w gazecie pewien detektyw, niejaki Angus Prestor, insynuując, że kobieta dopuściła się najgorszego, by odziedziczyć spadek. Sprawa po gruntownym śledztwie została umorzona, gdyż nic na to nie wskazywało, tym bardziej że Pani Koroner sprzedała dom, a złoto przekazała na sierociniec. Znała procedury, znała ten schemat, gdzie pierwsze podejrzenia padały na rodzinę, najbliższych znajomych i współpracowników. Musiała na nowo przejść ten koszmar, grając w nim ponownie główną rolę. Jednak nie to w tym wszystkim było najgorsze. Zrządzenie losu zakpiło z niej jak nigdy dotąd, kiedy okazało się, że do prowadzenia śledztwa powołano kogoś z zewnątrz, a tym kimś okazała się jej niedoszła ofiara.
Sekcja miała odbyć się późnym wieczorem i tak jak nakazywały procedury, w obecności przynajmniej jednego przedstawiciela jednostki zbrojnej, którą w tym wypadku było Seraph.
Noc była chłodna i spokojna zarazem, lecz nie można było tego powiedzieć o samej Mirien, w której głowie kotłowało się wiele myśli. Rozległo się pukanie do głównych drzwi Prosektorium, a już po chwili stanął w nich ten sam mężczyzna, którego spotkała na barce w Elonie. Wysoki i dobrze zbudowany, o nieco śniadej cerze, czarnych włosach i niebieskich oczach.
- Sierżant Farrand Humfrey, przybyłem by asystować Pani w badaniu sekcyjnym Joachima Blak’a – rzekł chłodno i bez większych emocji. Przez dobrą chwilę Mirien milczała, nie potrafiąc wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Ta sytuacja była tak kuriozalna, że miała ochotę się po prostu roześmiać, lub zacząć krzyczeć. Zachowała zimną krew i zebrała się w sobie, by nie wyjść na obłąkaną.
- Mirien Rose, lekarz sądowy – odparła krótko, podchodząc bliżej, by podać mu rękę na przywitanie i spojrzeć ciekawsko w oczy, co było dosyć nietypowym i śmiałym posunięciem. Zareagował lekkim zdziwieniem, lecz po chwili kulturalnie skinął głową i uścisnął jej dłoń. Na całe szczęście incydent na barce pozostał tylko w jej wspomnieniach, które teraz nie dawały jej spokoju.
Skierowali się do najważniejszego i niezbędnego miejsca w budynku, czyli sali sekcyjnej. Zimnego i ponurego pomieszczenia, zapachem przyprawiającym o mdłości nawet największego twardziela, jednak ku jej zaskoczeniu, Sierżant zdawał się być tym nieporuszony, zachowując przez cały czas kamienny wyraz twarzy. Przystanął u boku stołu, obserwując ją jakby nieobecnym wzorkiem, kiedy ta przeszła do oględzin ciała. Zwłoki przybrały już zielonkawo-fioletowego odcienia, a zmiany gnilne we krwi spowodowały pojawienie się smug dyfuzyjnych, zdobiąc ciało marmurkowymi wzorami. Z głowy denata wystawały powbijane patyki, przypominające poroże, lub koronę, a na klatce piersiowej widać było sporo ran kłutych. Mirien zbadała ich umiejscowienie, wymiary i spisała charakterystykę uszkodzeń tkanek, po czym przeszła do ogólnych pomiarów ciała. Kolejnym etapem było otwarcie kolejno trzech jam ciała. Klatki piersiowej, jamy brzusznej i czaszki. To właśnie w tym momencie większość asystujących zbrojnych wymiękała, odwracając wzrok, lub nawet wychodząc z sali. Mirien miała już za sobą wieloletnie doświadczenie i fach w ręku, co było widać w każdym jej ruchu i geście, który wykonywała. Skalpelem rozcięła skórę od samych obojczyków, ciągnąc cięcie ku dołowi w wielki Y. Przy przecinaniu warstw tłuszczu i mięśni, przez które musiała się przedrzeć, użyła nieco więcej siły. Otwierając już całkowicie klatkę, rozwarła ją kleszczami i przeszła do oględzin narządów wewnętrznych, oceniając je pod względem urazów, czy zmian chorobowych. Po sprawdzeniu serca i płuc wyciągnęła żołądek z zawartością, jelita, wątrobę i nerki, umieszczając je w specjalnych słojach. Ostatnim krwawym rytuałem było otwarcie czaszki. Po rozcięciu skalpu i wywróceniu go na część twarzy denata, zaczęła rozłupywać czaszkę dłutem i młotkiem. Całość trwała wiele godzin i przez cały ten czas Seraph nie zmienił swego wyrazu twarzy ani nie odwrócił wzroku, co powodowało jeszcze większe zdumienie Pani Koroner. Czy przez lata służby był aż tak wypaczony? Czy może okropieństwa, których był świadkiem spowodowały, że otwarty człowiek, krojony na jego oczach nie robił już żadnego wrażenia? Zaprzątało to jej głowę przez cały czas, jednak całe to zamyślenie zostało przerwane, kiedy już zszywała i obmywała ciało zmarłego.
- Pani Rose, jakie relacje łączyły Panią ze zmarłym? – zapytał spokojnym głosem, patrząc na nią przenikliwie. A więc taka była jego taktyka? Milcząc przez większość czasu, kiedy pracowała i wykorzystując teraz jej zmęczenie, aż powie coś, co może zostać odebrane dwuznacznie? Zszyte i umyte ciało przykryła białym prześcieradłem, po czym podparła dłonie na biodrach, a na jej twarzy malowało się nic innego, jak poirytowanie.
- Oczywiście, że czysto służbowa relacja. Był moim asystentem, dobrym asystentem– dodała po chwili, natrafiając swymi dziko zielonymi  ślepiami na jego wzrok. Nie ustępowała spojrzeniem, co on sobie myślał?! Miała już dosyć kolejnych podejrzeń i insynuacji. Była już tym po prostu zmęczona. Podeszła do niego bliżej, stając zaraz przed nim i zadarła dumnie głowę, gdyż był sporo od niej wyższy i zaczęła wymachiwać dłonią w brudnej rękawiczce mu przed twarzą.
- Sierżancie Humfrey! Dobrze się nam pracowało i nie było między nami nic, co mogłoby wykazać choćby cień nienawiści – mruknęła ze złością, choć szczerze, na co on tylko westchnął. Nawet jej oburzenie go nie ruszyło, dalej był spokojny i zrównoważony. Czy mogło istnieć coś, co w końcu wyprowadzi go z równowagi? Z jednej strony chciała szybkiego i pokojowego rozwiązania tej sytuacji, a z drugiej poruszyć go, zakłócić tą jego wewnętrzną dyscyplinę.
- Pani Rose, o nic Panią nie oskarżam, a wręcz przeciwnie, chcę po prostu rozwiązać tę zawiłą sprawę – rzekł tym swoim beznamiętnym tonem, który doprowadzał ją do białej gorączki. Kolejną godzinę spędzili na dyskusji, lecz już o nieco spokojniejszym zabarwieniu z jej strony. Na sam koniec przyszła jej do głowy pewna myśl, a raczej pomysł.
- Sierżancie, jeśli chce Pan poznać znajomych Pana Blake’a, rozeznać się jak wygląda od wewnątrz cała ta zakłamana śmietanka, to mogę to ułatwić. Jestem zaproszona na jutrzejsze przyjęcie  w posiadłości Lorda Edwarda Dessaix – wypaliła nagle, kiedy miał już wychodzić. Przez chwilę milczeli oboje. Ona zaskoczona swoją propozycją, on zaś myśląc nad tym, jaką decyzję podjąć.  W końcu skinął jedynie głową i krótko zapytał.
- O której po Panią przyjść? – jak zwykle bez większych emocji, jakby pytał o to, czy będzie dzisiaj padać deszcz.

***

Minęło dobrych kilka lat od jej ostatniego uczestnictwa w wystawnym przyjęciu, jakie to serwowała socjeta Divinity’s Reach. Pełnego przepychu, zakłamania i nadętej atmosfery, oraz wymuszonego humoru. Zgromadzenie zdominowane było nudnymi osobnikami, pozerami, którzy przybyli jedynie po to, aby inni mogli podziwiać ich piękno, elegancje i status. Rose czuła zawsze się zmęczona panującą tam atmosferą, a przede wszystkim wszędobylskim zakłamaniem w różnej postaci. Lubiła za to szokować, nie przeszkadzało jej bycie na językach śmietanki towarzyskiej, lecz tym razem pojawienie się u boku nieznajomego mężczyzny wprawiło wszystkich w niemałe osłupienie i konfuzję. Ubrana była w przylegającą sukienkę, odkrywającą całe ramiona i dekolt. Szkarłatny gorset związanym był tak, że nie jedna panna by zemdlała z braku tchu. Dół kreacji zwieńczony był czarnymi piórami, sięgającymi kolan, odkrywając w zalotny sposób na swym przodzie uda kobiety. Całość stroju podkreślała jej figurę i kontrastowała na tle porcelanowej cery, a co się tyczy u jej boku Sierżanta? Nie odstawał od niej ani trochę. Odziany w elegancki strój wieczorowy, którym był ciemny frak i biała koszula. Wyłogi tej charakterystycznej marynarki o długich połach, przypominających ogon jaskółki, zdobione były satyną, zaś z brustaszy wystawała rdzawa poszetka. Wchodząc do głównej Sali, cała atencja skupiała się na nich i to właśnie wtedy Mirien odczuła jego słaby punkt. Rozpracowała go, co zmalowało na jej licu zadowolony i zawadiacki uśmiech. Czyżby Sierżant nie odnajdował się w tego typu miejscach?
Trzymając go pod rękę, zeszli schodami, kierując się nieco na ubocze. Nie minęła chwila, a zostali poczęstowani szampanem, który oboje przyjęli. Zdążyli zamienić jedynie kilka słów, kiedy podszedł do nich współpracownik Mirien, William Butcher. Wymienili uprzejmości i chwilę porozmawiali, skupiając się głównie na przebiegu przyjęcia, oraz poznając najnowsze plotki, lecz żadna z nich nie wnosiła nic do toczonego się śledztwa. W końcu Will poprosił Mirien do tańca, na co skinęła grzecznie głową, a kiedy ujął jej dłoń, podążyła z nim na parkiet. Humfrey chwilę im się przyglądał, marszcząc brwi w lekkim zamyśleniu, lecz co mu chodziło po głowie, wiedział tylko on. Pani Koroner mogła być zimna, arogancka i szorstka na pierwszy rzut oka, lecz w tańcu to wszystko znikało. Na jej twarzy malował się spokój, zaś jej ciało poruszało się z nienaganną gracją, lekkością i wdziękiem. Zdawała się być inną osobą. Jego zaduma została jednak  przerwana przez komentarze dochodzące od towarzystwa przed nim, a te, były zadziwiająco niepochlebne w stronę Pani Rose.
- Słyszałam, że ponoć to ona zabiła swego męża – mówiła z zawiścią kobieta z wyjątkowo wysokim upięciem włosów, z którego sterczało coś przypominającego obumarłe kwiaty.
- A widziałaś tego jej zalotnika, z którym przyszła? – prychnęła rudowłosa dziewczyna, wachlując się mało zgrabnymi ruchami.
- Podobno to Seraph. Jak widać Rose chyba lubi być obracana twardą ręką– i tu Humfrey słysząc tę wymianę zdań, cicho prychnął ze śmiechu, lecz na tyle dyskretnie, że nikt tego nie zauważył. To był chyba pierwszy raz, kiedy się uśmiechnął od dobrych kilku dni. Minęło jeszcze trochę czasu, nim Mirien wróciła, a Farrnad  w tym czasie miał okazję nieco podsłuchać rozmów innych gości, czy nawet przeprowadzić kilka konwersacji, które niestety były bezowocne.
Rose bawiła cała ta sytuacja i to jakie spojrzenia sięgały w ich stronę. Podchodząc do Sierżanta, ujęła jego dłoń i tylko krótko rzuciła:
- Zatańczmy – na co on zdążył powiedzieć tylko krótkie „ale”, zaś jego twarz zdradziła go jeszcze bardziej, na co Mirien się tylko serdecznie i ciepło uśmiechnęła. Nie mógł jej odmówić. Położyła wolną dłoń na jego ramieniu, zaś on swoją ujął ją w talii.
- Poprowadzę – rzuciła cicho. Nie musiał mówić nic, już po jego minie wiedziała, że nie potrafił tańczyć.  Przybliżyła się do niego  i spojrzała w oczy, a wtedy ich spojrzenia na siebie natrafiły. Lecz nie była już to potyczka, a bodziec ciągnący jedno ku drugiemu.
Wiodła go prostymi krokami 2 na 1, tak by mogli cieszyć się z bliskości i chwilowego zapomnienia w muzyce. W nastrojowych dźwiękach fortepianu i skrzypiec. Trwali tak przez dobrych kilkanaście minut, aż w pewnym momencie myśli Mirien odbiegły w pewne rozmarzenie, a na ciele poczuła przyjemne ciepło, a po jej plecach przeszedł lekki dreszcz. Jeszcze chwila, a by go pocałowała.
Musiała się nieco opamiętać i wrócić na ziemię, tak też odstąpiła kroku, uśmiechnęła się blado i zainicjowała, by się rozdzielili i nieco pozbierali informacji, gdyż właśnie w tym celu tutaj przybyli.
Jeszcze przez dobrą chwilę jej serce biło mocniej i nie mogła poskładać myśli. Czy on też to poczuł? Czy to może jej pokuta miała tak właśnie wyglądać? Kiedy okiełznała już swoje wytwory umysłu, postanowiła przejść się na piętro wspaniałej rezydencji, by trafić na taras widokowy i się nieco przewietrzyć. Jednak to, czego była świadkiem wprawiło ją w osłupienie. Na kamiennych kaflach zdobiących obszerny balkon w kałuży pełnej krwi, leżało ciało mężczyzny. Z jego głowy wystawało małe, lecz prawdziwe poroże zwierzęcia, zaś jego usta były otwarte w niemym krzyku. Rose nie musiała sprawdzać jego funkcji życiowy, gdyż widziała na pierwszy rzut oka, że był martwy. Zaczęła analizować znamiona śmierci na jego ciele, szukając jednocześnie jakiegoś śladu, który mógłby wskazać coś istotnego w tej sprawie. Nie minęła chwila, a zebrała się grupa ludzi i nie było dla nikogo zaskoczeniem, że podejrzenia znowu padły właśnie na nią.
I ją i Sierżanta czekało długie przesłuchanie. Czuła się rozdarta, a małe poczucie winy znowu powróciło. Była niewinna, lecz los znowu układał się tak, by nie zapomniała o tym, co było.
Czy Farrand ją podejrzewał? Czy uważał, że może mieć w tym wszystkim jakiś udział? Jeśli tak, to nie dawał o tym znaku. Nie traktował jej inaczej, a wręcza czasami patrzył na nią z pewną troską w oczach. Jedyne ślady, które śledczy znaleźli na miejscu zbrodni, to resztki magii cienia, zaś nic, co by mogło wskazywać Panią Koroner na winną całego zajścia. Sprawa jak wiele innych toczonych się na terenach Divinity’s Reach pozostała nierozwiązana, zaś Humfrey musiał wracać do swojej jednostki w Ebonhawk. Mirien nie śmiała mu cokolwiek powiedzieć o swoim emocjach i uczuciu, którego nawet nie była pewna. Tak też ich drogi się rozeszły, a każde z nich wróciło do swoich obowiązków.


6
Rok Później


Niebo było pochmurne, a od samego rana zbierało się na deszcz, którego zwiastujący zapach unosił się w powietrzu. Mirien siedziała już od kilku godzin w swoim gabinecie, wypełniając zaległe protokoły lekarskie z przeprowadzonych sekcji. Świece na jej stole powoli gasły, roztapiając resztki wosku, co dało jej znak, że powoli czas kończyć pracę. Wyciągnęła się w fotelu, odchylając głowę do tyłu, kiedy usłyszała trzask zamykanych drzwi wejściowych, a zaraz potem stłumiony przez dzieląca ich odległość głos i śmiechy. Wstała niechętnie i wyszła na hol, a tam zajadle gawędzili William, jej współpracownik, oraz Ian, nowy portier i asystent. Splotła ręce na piersi i spojrzała na nich, mrużąc lekko ślepia w zastanowieniu. Co oni tak rozrechotani? Co tym razem? William, mimo iż uchodził za poważnego i dorosłego mężczyznę, był wielkim plotkarzem. Żadna wieść, czy okoliczna bajęda nie mogła mu umknąć. Jeśli ktoś kogoś zdradził, znieważył, lub wydarzył się wielki skandal, wielce prawdopodobnym było, że Butcher już znał szczegóły. Spojrzała podejrzliwie na jednego, to na drugiego, pytając z przekąsem:
- Co tym razem? – mruknęła krótko, zgrywając poirytowaną, choć tak naprawdę lubiła słuchać ich opowieści. Nigdy nie skarżyła się na własne problemy, czy samotność, którą odczuwała. Nie chciała uchodzić za ofiarę, robiąc zawsze dobrą minę do złej gry. Mimo wielkich zmian, dzięki reorganizacji swojego jestestwa i spojrzenia na świat, potrafiła wyjść naprzeciw chaosowi, który targał jej życiem. Obrać cel na przekór morzu problemów, ale jedna rzecz zawsze pozostawała niezmienna. Była samotna.
Mężczyźni spojrzeli po sobie, nie będąc pewni, czy jej powiedzieć. Wszak William mimo bycia gawędziarzem, stronił, by cokolwiek mówić na temat Mirien, która była na pewien sposób jego przyjaciółką, jak również nie powtarzał jej tego, co zdołał usłyszeć na mieście na jej temat. Tym razem sprawa była nieco inna, to i młody Ian, chłopak o perlistych włosach i miodowych oczach nie mógł się powstrzymać, i znając historię Mirien, od razu wypalił:
-  Byliśmy zanieść protokoły do siedziby Seraph i widzieliśmy Twojego… - urwał, gdyż Will szturchnął go łokciem i chrząknął. Spojrzał na młodzieńca znacząco, dając mu tym samym znak, by trzymał gębę na kłódkę, by samemu przekazać jej tę wieść w nieco bardziej wyszukany sposób.
- W stolicy jest Sierżant Humfrey, prowadzi śledztwo– dodał w końcu, uważnie obserwując jej reakcję. I tu ich rozczarowała. Wiedziała, że czekają na jakąś sensację. Powstrzymując uśmiech, wzruszyła ramionami i wróciła do swojego gabinetu, by zacząć się przebierać. Ian nie wytrzymał i ruszył za nią żywym krokiem, mówiąc z przejęciem.
- Mirien, a jeśli to przeznaczenie? Miłość? – kobieta głośno westchnęła i spojrzała na chłopaka z poirytowaniem na twarzy.
- Nie rozpoznałbyś miłości, nawet gdyby wyskoczyła z krzaków i Cię w dupę kopnęła …a przeznaczenie to za mało – dodała po chwili, zakładając już na ramiona długą, wełnianą pelerynę.
Dołączył do nich William, opierając się o ścianę plecami z dumnym uśmiechem pośród gęstej, czarnej brody. Patrzył na nich jak na najlepsze przedstawienie. Sytuacja go bawiła, lecz pamiętał Mirien na przyjęciu. Wyraz jej twarzy i spokój, który zawitał po tak długim okresie cierpienia i rozgoryczenia. Chciał po prostu, by była szczęśliwa.
- Mirien... – zaczął powoli i ostrożnie. – Nie wiem jak długo tutaj zwita, wiem tyle, że prowadzi śledztwo, a mój znajomy zdradził, że ma przesłuchiwać cyrulika z dolnej dzielnicy.
- I co ja mam zrobić? Hę? – mruknęła do obojga, zawieszając dłużej wzrok na starszym mężczyźnie.
- Wyjść naprzeciw i rzucić się w ramiona? Jesteście niepoważni…- ponownie westchnęła i pokręciła głową, zmieniając obuwie.
- Zasługujesz na szczęście tak jak każdy inny– Rzucił luźno William, po czym wyszedł z jej gabinetu, kierując się do swojego, a w jego ślady poszedł młodszy asystent.
Filozofy zasrane, pomyślała nekromantka, kierując się już do wyjścia. Zdawała sobie sprawę, że w tym, co mówili, była jakaś racja, lecz ciężko było jej to przyznać. Wyszła z prosektorium bez słowa, chcąc znaleźć się jak najszybciej na zewnątrz i odetchnąć głęboko. Zbliżał się wieczór, a niebo było sino-granatowe, zaś na uliczkach miasta już paliły się latarnie. Powietrze było wilgotne, a deszcz zbierający się od samego rana był coraz bliżej. Spacer jej nie zaszkodzi, a może wręcz pomoże na poukładanie myśli. A co, jeśli go spotka? Co mu powie? Po co to wszystko? Szybko odgoniła te ponure myśli i po prostu ruszyła. Będzie się zastanawiać, jak dojdzie co do czego. A tymczasem ruszyła na bardzo długą przechadzkę do dolnej dzielnicy.

***

Południowa dzielnica stolicy mocno różniła się od pozostałych. Nie było tu pięknych pomników, ozdobnych roślin, czy tak atrakcyjnych architekturą domostw, a przede wszystkim był to dystrykt zamieszkany przez najbiedniejszych. Była to pora, gdzie większość ludzi spędzała już czas w swych czterech kątach, a powoli kropiący deszcz tylko sprawiał, że uliczki świeciły pustkami. Mirien nasunęła na głowę głęboki kaptur, gdyż mżawka przybierała na sile, zagłuszając niosący się cichym echem stukot jej obcasów. Nie liczyła na wiele, choć gdzieś wewnątrz miała nadzieję, że jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności trafi na Farranda. Przechodząc z wąskiej uliczki w główną, która prowadziła do miejsca gdzie swoją praktykę prowadził cyrulik Konstantin, usłyszała strzały. Po jej plecach przeszedł dreszcz, a serce mocniej zabiło. Przyspieszyła kroku, a tuż za rogiem zobaczyła ciemną postać, trzymającą broń, a w dalekiej oddali sylwetkę Seraph. Ten specyficzny rynsztunek rozpoznałaby wszędzie. Bez większego zastanowienia ruszyła na nieznajomego, zaś ten ją widząc, rozpłyną się w cieniach. Zatrzymała się nagle, potrzebując chwili na uspokojenie, po czym powolnym krokiem ruszyła w stronę Sierżanta. Deszcz przybierał na sile, a spod jej głębokiego kaptura zawitał lekki uśmiech. Humfrey nadal stał z mieczem w dłoniach, gotów do ataku, jakby wróg miał zaraz wyskoczyć z jakiejś strony. Nie mógł się jej spodziewać, co jeszcze bardziej ją ekscytowało w tym wszystkim, mimo wcześniejszego zagrożenia. Wszystko jakby w tej chwili przestało się dla niej liczyć, a czas jakby zatrzymał.  Lecz to, co nastąpiło, kiedy do niego podeszła, nie mogłaby wysnuć, czy przewidzieć, choćby i bardzo chciała. Ostrze trzymanego przez mężczyznę miecza świsnęło, tnąc od dołu ku górze, po lekkim ukosie, tym samym rozcinając Mirien od samego uda, aż po brzuch. Przez kilka sekund stała w osłupieniu, kiedy zaczęła lać się z niej krew, a usta i oczy rozchyliły w wielkim zdziwieniu, aż w końcu padła na ziemię, a wtedy kaptur opadł. Zrobiło jej się zimno, a skóra zaczynała być mokra od deszczu. Co się właściwie stało? To pytanie zadawała sobie nie tylko ona, ale i sam Sierżant. Sprawa, którą prowadził, była bardzo zawiła, a chwilę temu, ktoś targnął się na jego życie. Był przekonany, że to jakaś heksa ku niemu kroczy i zaraz rzuci jakieś przekleństwo, czy inne złorzeczenie. Skąd ona się tu wzięła?
- To tak mnie witasz? Na balu byłeś bardziej czuły– tyle zdołała wymamrotać, nim straciła przytomność. Humfrey niedowierzał temu, co się właśnie stało, temu, kogo skrzywdził.
Wiedział jedno. Nie mógł pozwolić jej umrzeć, czuł już teraz, że ta sytuacja zostanie z nim na zawsze, ciągnąc się niczym nawiedzający go koszmar. Bez większego zastanowienia, ściągnął swój czarny tabard, by zatamować narastające krwawienie. Wziął ją na ręce i w lejącym się na nich deszczu ruszył do posterunku Seraph, by jak najszybciej udzielono jej pomocy. Do siedziby zbrojnych wszedł z pełnym impetem, a prowadzący razem z nim śledztwo młodszy Sierżant Young zadziałał instynktownie, zrzucając wszystko ze swego biurka, na którym Humfrey ułożył ranną. Na medyka nie trzeba było długo czekać. Wszystkimi targały emocje, a przede wszystkim Farrandem, który nie potrafił się uspokoić, dopóki nie był pewien, że Rose nie zagraża już najgorsze. Poszkodowana skończyła z czterdziestoma szwami, ciągnącymi się od środka uda po ukosie do samego brzucha. Całe szczęście w nieszczęściu, że rana nie była głęboka i nie naruszyła przede wszystkim żyły głównej, czy narządów wewnętrznych. Po wszystkim Mirien została przeniesiona do szpitala wojskowego, a w placówce zbrojnych trwała cisza i krwawe pobojowisko, przypominające szpital polowy, niż reprezentatywny hol jednostki zbrojnej. 


7
Na Przekór Wszystkiemu


Kiedy obudziła się kolejnego dnia, nie wiedziała w pierwszej chwili, gdzie się znajduje. Gdzieś daleko dochodziły jakieś dźwięki i głosy, a do jej nozdrzy docierał zapach specyficzny tylko dla takich placówek. Jednak to dopiero jej rana, boląca i ciągnąca dała jej znać, gdzie się znajduje, przypominając jednocześnie, co się stało. Chciała usiąść, rozejrzeć się, lecz założone szwy były tak dokuczliwe, że skutecznie to utrudniały. Potrzebowała dłuższej chwili i kilku prób, by chociaż usiąść, a i tak towarzyszyło temu spore skrzywienie na twarzy i cichy syk z ust. Pomieszczenie szpitalne, w którym była, mieściło wiele łóżek, a każde z nich miało własne kotary, które sprawiały choć cień prywatności. Wyposażenia stanowisk pacjentów obejmowały również małe szafki oraz krzesło. Mirien póki co nie miała ze sobą żadnych rzeczy prywatnych, a dopiero William późnym wieczorem przyniósł jej niezbędne drobiazgi. Cieszyła się z jego odwiedzin, lecz to nie na niego czekała. Koroner już słyszał co nieco, a Mirien całą sytuację kwitowała krótko: znalazła się w złym miejscu, o złym czasie. I w taką wersję wydarzeń też chciała sama wierzyć, lecz brak persony, przez którą tutaj wylądowała, napawał ją obawami, jeszcze bardziej komplikując sprawę z każdą chwilą. Czy aż tak bardzo bał się jej spojrzeć w oczy? A może była tak mało znaczącą osobą, że nie zamierzał w ogóle jej odwiedzić? Nie potrafiła winić go za to, co się stało. Owszem, było to działanie impulsywne, w skutkach, prawie że śmiertelne, lecz cały czas sobie tłumaczyła i chciała w to wierzyć…to był tylko wypadek. Chciała po prostu…by tu był.

***

Był to trzeci dzień pobytu Mirien w szpitalu. Czuła się już o wiele lepiej, a ból nie był aż tak dokuczliwy, jak na samym początku. Zbliżał się wieczór, a nekromantka siedziała na łóżku, oparta o jego wezgłowie, czytając książkę. Na stoliku paliła się świeca, rzucając migoczący cień jej sylwetki na lekko zasuniętą kotarę. Przestała już się zastanawiać nad sytuacją, która ją spotkała, przechodząc jak zwykle dalej, bo co jej pozostało? Tak myślała do czasu, kiedy usłyszała cichy szczęk zbroi. Jej oczy odruchowo otworzyły się szerzej w zaskoczeniu, lecz nie zamierzała dać tego po sobie poznać. Siedziała tak dalej, czekając, aż gość sam podejdzie i odezwie się pierwszy. Sierżant zapukał lekko w drewniany bok łóżka, na co kobieta powoli rozchyliła materiał, starając się za wszelką cenę mieć neutralną i pozbawioną emocji minę. Nie można było powiedzieć tego o Humfreyu, którego lico pokazywało zakłopotanie, jakby szykował się na najgorsze, jakby miała zaraz na niego wyskoczyć z pazurami i wydrapać mu oczy. W pewnym sensie miała na to ochotę, lecz nie za to, co się stało, a że tak długo zajęło mu pojawienie się tutaj.
- Dobry wieczór, Sierżancie – rzuciła oschło w jego stronę, odkładając książkę na bok, wgapiając się w niego bez słowa. No i co teraz powiesz cwaniaczku, pomyślała.
- Dobry wieczór, przepraszam, że to tyle zajęło, ale miałem sporo spraw do załatwienia – odparł spokojnie i tutaj wcale nie kłamał, gdyż już kolejnego dnia udał się do znajomej sylvari,Nisheery, która była bardzo dobrą uzdrowicielką. Znali ją oboje, liściasta była opiekunką w Lidze Sześciu Filarów.
- Zacząłem już działać, by pomóc Ci jak najszybciej wrócić do zdrowia. Wiem, że żadne słowa nie wymażą tego, co się stało, ale bardzo Cię przepraszam, myślałem, że to ktoś inny. Byłem przekonany, że jest ich więcej… – mówił dalej, patrząc pełnym wyrzutów wzrokiem. Z jego głosu biła szczerość i prawdziwa skrucha, której Rose nie mogłaby mu ująć. Kiedy to powiedział, na jej stoliku postawił tabliczkę czekolady.
- Usiądź proszę – odparła krótko, skinąwszy głową na krzesło obok, które od razu przysunął i usiadł przed nią. Mirien również zmieniła nieco pozycję tak, by siedzieć całkowicie przed nim, z zaciśniętymi zębami, by nie wykazać choćby cienia dyskomfortu.
- Gdybym tylko mógł, Ci to jakoś…- i tu urwał, gdyż nekromantka chwyciła go za kark i przysunęła bliżej ku sobie. Był to impuls, a te zdarzały się coraz częściej w jego towarzystwie. Nagłe, niepochamowane i pełne emocji. Przez chwilę po prostu patrzyła swymi dziko zielonymi ślepiami w jego niebieskie i nieco rozmarzone spojrzenie.
- Uszczęśliwiaj mnie, za każdy szew na mojej skórze – sama nie wiedziała dlaczego to powiedziała. Z jednej strony czuła, że chciała po prostu przy nim być, a z drugiej, by poczuł się tak jak ona. Targany wyrzutami sumienia, znosząc jednocześnie samą bliskość drugiej osoby. W końcu poluźniła rękę, czekając na jego reakcję, która jak zawsze ją zaskakiwała i to właśnie w nim uwielbiała. Zaskakiwał ją, był dla niej czymś nieodgadnionym i pociągającym jednocześnie.
Farrand chwycił za tabliczkę, którą przyniósł, rozwijając powoli i skrupulatnie sreberko, po czym ułamał kawałek i bez żadnego słowa, czy zapytania, włożył jej w usta. Jak widać, wziął sobie do serca jej słowa i zaczął od razu. Ich rozmowa trwała jeszcze przez dobre dwie godziny, polegając między innymi na wzajemnym karmieniu się, aż nieco starsza wiekiem pielęgniarka wyprosiła Humfreya. Było już późno, a kobieta obejmująca opiekę nad pacjentami obserwowała dwójkę z daleka. Powinna wyprosić Sierżanta już dobrą godzinę wcześniej, lecz nawet z daleka czuła pewną więź łączącą tę dwójkę, to nie chciała im przeszkadzać. Odstępstwem od tego była inna, młoda uzdrowicielka, która przez większość wizyty Seraph pożerała go wzrokiem, a na drugi dzień była na tyle śmiała, by wypytać ciekawsko Mirien, kim jest ten „przystojny przedstawiciel jednostki zbrojnej”. Rose czując co jest na rzeczy, ponownie zadziałała instynktownie, odpowiadając z cwanym uśmieszkiem na ustach: „narzeczony” – tym samym poskramiając  gorące zapędy kobiety. 
Farrand odwiedził nekromantkę jeszcze dwukrotnie, zaś w ostatniej wizycie towarzyszyła mu Nisheera. Sylvari mimo wielu ciążących na niej obowiązków, znalazła czas, by obejrzeć ranę Mirien i co więcej, pomóc wrócić jej do zdrowia. Rose była pod wrażeniem altruistycznego podejścia liściastej do pracy i jej skłonności do niesienia bezinteresownej pomocy, nie goniąc jednocześnie za błahymi i krótkowzrocznymi ambicjami. To po prostu było jej powołanie.

***

Nekromantka w końcu opuściła Szpital Wojskowy, mając co jakiś czas regularne spotkania z sylvari, w celu zmniejszenia widoczności blizny i szybszej rekonwalescencji. Skaza na jej ciele zostanie już na zawsze, lecz nie przeszkadzało jej to jakoś bardzo. Nie miała w zwyczaju nosić strojów mocno odkrywających ciało, a z czasem blizna i tak zblednie. Mirien również szybko wróciła do pracy koronera, a co więcej, zdecydowała się dołączyć do Ligii Sześciu Filarów. Czuła jakąś wewnętrzną potrzebę sprawdzenia się, zrobienia czegoś nowego, bez pobudek czysto osobistych.
Coraz częściej wpadała do Karczmy Pod Pijanym Kojotem, by po prostu kontemplować przy kawie, jednocześnie wypełniając raporty i protokoły sekcyjne. Czuła się ponownie rozdarta. Z jednej strony pragnęła Farranda, zaś z drugiej nie chciała, by robił coś tylko dlatego, że czuł się winny. Chciała prawdziwego uczucia, szczerego i pełnego ciepła, którym nigdy nikt jej nie obdarzył. Nie wiedziała, co mu siedzi w głowie, co tylko doprowadzało ją do jeszcze większego szaleństwa. Jej uczucie do niego tylko narastało i przybierało na sile. Wiedziała, że prędzej czy później będzie musiała przeprowadzić z nim tę rozmowę. Myśli o tym, co mogłoby być, były niczym sen. Piękny i czarowny, lecz każdy sen, zbyt długo śniony, zamienia się w koszmar, a z tego budzimy się z krzykiem. Jej miłość do niego mogła być darem, którego nie sposób zdobyć nawet magią, lecz taki dar, jeśli nie odwzajemni się go czymś równie cennym, stopi się niczym okruch lodu, zaciśnięty w dłoni. Zostanie tylko żal, poczucie straty i krzywdy.
Siedziała właśnie w głębokim fotelu, wypełniając protokół z wczorajszej sekcji, popijając jednocześnie kawę. Zajmowała jedno ze spokojniejszych w karczmie miejsc, usytuowane nieco na boku, gdzie o dziwo dało się popracować. Odcięła się całkowicie od tego, co działo się w pozostałej części gospody, nie zwracając większej uwagi na przebywające w niej osoby. Zbierała się powoli do wyjścia, kiedy usłyszała znajomy szczęk zbroi. Pakując dokumenty do torby, uniosła głowę, a na jej ustach zawitał lekki i serdeczny uśmiech.
- Odprowadzić Cię? – zapytał spokojnie Sierżant, przez chwilę badając ją wzrokiem, na co Mirien skinęła głową i wstała. Ruszyli do wyjścia. Farrand pewnym i ciężkim krokiem, zaś Mirien póki co mogła zapomnieć o gracji, kuśtykając jeszcze lekko na kontuzjowaną nogę, co nie umknęło jego uwadze i zaproponował jej swoje ramię, stanowiąc dla niej silne oparcie. Ujęła go pod rękę i tak spacerowali wolnym krokiem, ścieżką prowadzącą do drogowskazu. Przez większość drogi po prostu milczeli, oboje czując pewne napięcie i coś wiszącego w powietrzu. Wieczór był wyjątkowo ciepły i spokojny, a w okolicy zdawało się nie być żywej duszy. Gdzieś w oddali, z pobliskiej wioski dochodziło jedynie głuche szczekanie psów. Mirien w końcu się zatrzymała i podjęła temat, który tak odwlekała, bojąc się poznać prawdę. Nie chciała dłużej tego ciągnąc. Nie na takich warunkach.
- Farrand, nie chcę byś robił to wszystko tylko dlatego, że czujesz się winny. Nie chcę kolacji i sprawiania, bym była szczęśliwa, bo czujesz taką powinność wobec mnie, po tym, co się stało- jej serce przyspieszyło, a oddech stał się płytki. Stała naprzeciw niego, unosząc głowę nieco do góry, by móc patrzeć prosto w jego oczy.
- Mirien… - zaczął spokojnie, a jeśli się denerwował, to nie było tego po nim widać. Postąpił krok do przodu i kontynuował.
- Nie robię tego, tylko dlatego. Naprawdę… - wpatrywał się w nią, a na jego licu malowało się opanowanie i pewne urzeczenie.
- Nie winię Cię za to, co się stało. Już praktycznie o tym zapomniałam i nigdy tego nie wypomnę, jeśli zapewnisz mnie, że nie robisz nic, by odkupić winy, a tylko dlatego, że tego po prostu chcesz…że tego…pragniesz– mówiąc te słowa, przystanęła bardzo blisko niego, praktycznie tak, że ich twarze prawie się stykały, nie odstępując swym wzrokiem od jego spojrzenia. Farrand swą odpowiedź przelał w czyny. Ujął dłońmi jej twarz i pocałował. Czule i delikatnie, łącząc swe usta z jej wargami. Stali tak złączeni przez kilka minut, po czym Humfrey wziął ją na ręce i zaniósł do drogowskazu.
 




10
Historie Postaci / Liga Arenowa - historia - Powrót
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Tank dnia Styczeń 31, 2021, 22:10:24 »
Powrót

Nieważne kim jesteś gdy wyruszasz walczyć ze smokiem. Nie jesteś gotowy. Nikt nie może być gotowy. W przypadku Kralkatorrika zagrożenie zawsze wydawało się być tak blisko, jednak nikt nie wiedział, kiedy nastąpi ten decydujący moment. Moment, o którym nie wypadało mówić głośno. Atak na twierdzę.
Perspektywa ogromnej bitwy ciążyła nad głową każdej osoby obecnej w Thunderhead. Bitwy, z której może nie udać się wyjść zwycięsko. W końcu połączone siły Dragon's Watch, Paktu, najemników, poszukiwaczy przygód oraz innych śmiałków i ochotników były zaledwie garstką mniej lub bardziej zorganizowanych sił w porównaniu z tym jaką armią na zawołanie mógł władać Prastary Smok.
W tym wszystkim jedynym czynnikiem, który przemawiał za Tyrią, były umiejętności każdego z osobna. Brand, choć potężny i trudny do rozbicia, był tylko kolejną bezmyślną armią nic niewartych stworzeń, utrzymywanych przy życiu magią Kralkatorrika. Za każdym kto odważył się stanąć w obronie świata jaki znamy przemawiało serce i dusza gotowe do walki. Siła, spryt, szybkość, doświadczenie, zwinność, przygotowanie. To jedyne rzeczy, które mogły uratować twoje życie w starciu z armią smoka. Tylko kiedy to starcie nastąpi? Tego nie wiedział nikt. Może jutro, może za tydzień, może za dwa, może dziś, może za piętnaście minut. Nikt nie mógł być w pełni gotowy.
Dlatego właśnie tak ważne jest utrzymywanie formy. Mimo, że nie było dużo przerw na wytchnienie w codziennych obowiązkach. Mimo że wokół twierdzy panował przeraźliwy, mrożący krew w żyłach chłód. Mimo niewielkiej ilości snu. Mimo trudności w oddychaniu na takiej wysokości, trzeba było cały czas być w formie.
Tak przynajmniej myślała Teena.
Swego czasu zadziorna i buntownicza dziewczynka ze wsi, teraz opanowana i rozsądna kobieta. Odpowiedzialna za losy nie tylko swoje, ale i całej gildii którą prowadziła za sobą. Stojąca przed największym z wyzwań z jakimi przyszło jej się zmierzyć. Wszak niecodziennie trzeba bronić losów świata przed potęgą smoków. Skupiona na swoim celu, uparcie dążyła do niego przez całe życie, więc i teraz nie mogła pozwolić, by jej ciało nie było w perfekcyjnej kondycji, gotowe do użycia stu procent jego możliwości. Zwłaszcza teraz, kiedy wszystko wydawało się zmierzać do jakiegoś rozstrzygnięcia.
Zapominając o istnieniu luksusu znanego zwykłym śmiertelnikom jako przerwa, Dest spędzała zdecydowanie za dużo czasu na arenie. Wedle planu miała skończyć swój trening już półtorej godziny temu, ale jej myśli napędzały ją do dalszego wysiłku. Już nawet pot spływający po jej plecach i czole nie był w stanie przypomnieć jej o tym, że nie tylko może, ale i powinna skończyć.
Zgięcie brzucha, lewy łokieć do prawego kolana, wyprost, oddech, zgięcie brzucha, prawy łokieć do lewego kolana, wyprost, oddech, zgięcie brzucha, nos prawie między kolanami, wyprost, spojrzenie w wiszącą pod sufitem klatkę areny, na której jutro przyjdzie jej odbyć drugą walkę i ruszyć dalej w turnieju. Zgięcie, wyprost, klatka, zgięcie, wyprost, klatka, zgięcie, wyprost... zielone oczy?
Teena aż zatrzymała się w pół ćwiczenia.
Widziała nie tylko wpatrzone w nią oczy. Widziała burzę czerwonych włosów zwisających z przysłoniętych czarną chustą ramion. Widziała serdeczny uśmiech pochylonej nad nią dziewczyny, dla której pojęcie "przestrzeń osobista" prawdopodobnie musiało ograniczać się do luźnej sugestii. Teena leżąc na rozłożonej macie z dłońmi za głową patrzyła prosto przed siebie na to nowe wydarzenie w jej życiu. Być może zbyt skupiona na własnych myślach i treningu nie zareagowała w żaden inny sposób.
- Teena? Teena Dest? - Wyrwał ją z przemyśleń miły dla ucha głos stojącej nad nią dziewczyny.
- Tak?
To, że dziewczyna znała jej imię aż tak nie dziwiło. Szczególnie, że w Thunderhead byli już jakiś czas, a wystarczyło śledzić sam turniej by móc z łatwością ją rozpoznać. Podniosła się zaraz na nogi i chwyciła za swój ręcznik, aby przetrzeć twarz z potu.
Dziewczyna przed nią wyglądała jakby była w siódmym niebie. Przez moment jedynie uśmiechała się w jej kierunku pozwalając Teenie doprowadzić się do całkowitego porządku. Odgarnęła czerwone włosy z czoła, zaciągając je za prawe ucho.
- Wybacz mi, jeśli to zabrzmi głupio czy nachalnie, ale po prostu... jestem wielką fanką! Ty i Rai jesteście niesamowici! Dawno nie widziałam takiego... uczucia, takiej więzi między jeźdźcem i raptorem. Wyścig wokół Lilii Pustyni widziałam z najlepszego możliwego miejsca. - Jej ton nieco uspokoił się, a nawet stał się lekko zawstydzony tym nagłym wybuchem ekscytacji. - W sumie... mogłaś mnie widzieć. Zajmowałam się waszymi raptorami przed startem jak i po wyścigu, kiedy wy odbywaliście obowiązkowe ważenie.
Takiego wyznania Dest z całą pewnością się nie spodziewała, co widać było po jej minie. Zarzuciła ręcznik na ramię i ściągnęła gumkę z włosów by zaraz ponownie zabrać się za ich związywanie.
- Wybacz. Przed wyścigami raczej skupiam się wyłącznie na tym, co mam przed sobą. Ale od razu fanką? Gdybym chociaż miała jeszcze jakieś większe osiągnięcia.
Mimo wszystko zachowanie tej dziewczyny rozbawiło Teenę. Nigdy by nie przypuszczała, że w takim miejscu może wrócić do niej jej hobby, które z wielkim bólem, na czas wyprawy, musiała zostawić za sobą.
- Hej, nigdy nie widziałam takiej pary. Serio. - Powiedziała fanka nachylając się znów nieco. - Sukcesy przyjdą. Lilia to tylko pierwszy z nich. Tak jak i tu, musiałaś gdzieś zacząć.
Jasnym było, że dziewczyna ma na myśli arenę. Jej wzrok wydawał się całkowicie pochłonięty Teeną, ale z każdą chwilą wydawała się oswajać z tym, z kim ma do czynienia. Widocznie zreflektowała się, że wygląda dziwnie.
- Wybacz, po prostu... uwielbiam patrzeć na… coś takiego. Prędkość, adrenalina, wysiłek, emocje. - Wymieniała. - Dzięki temu, ja też mam co robić w życiu.
- Ciężko się nie zgodzić.

Opiekunka gildii uśmiechnęła się nieznacznie do dziewczyny i choć czuła się nieco nieswojo, tak dobrze wiedziała o co chodzi jej rozmówczyni. Od samego początku do jazdy na raptorze podchodziła jak do czegoś więcej niż zwykłego treningu czy potencjalnej rywalizacji. Jej raptor - Rai - stał się kimś więcej niż tylko zwykłym wierzchowcem.
- Wyścigi raptorów to coś niesamowitego. Niestety jak widać po naszej obecności tutaj, ciężko to pogodzić z innymi obowiązkami. Jak Ci na imię? - Zapytała po chwili, bo choć czerwono włosa dziewczyna ją znała, tak sama jeszcze nie zdążyła się przedstawić.
Nietypowa fanka natychmiast zreflektowała się, że w tym całym szoku spotkania nawet nie zdradziła swojego imienia, co łatwo można było uznać za dość niegrzeczne, albo - co gorsze - podejrzane. Natychmiast wyciągnęła pewnie dłoń w kierunku doprowadzającej się do porządku Dest.
- Wybacz. Kira. Kira Sverige. - Podała swe imię. - Opiekun oraz treser raptorów. Do usług.
Ostatnie słowa dodała uginając nieco nogę i pochylając się w niewielkim ukłonie.
- Miło Cię poznać.
Teena podała dłoń, jednak sama się już nie przedstawiała. W końcu ta najwyraźniej już dobrze ją znała. Z jakiegoś powodu uścisk nowo poznanej osoby wydawał się bardzo delikatny, a jednak bardzo szybko oddawał temperaturę. Mimo tego jak zgrzana własnym treningiem była opiekunka Ligi Sześciu Filarów, dłoń kobiety wciąż sprawiała wrażenie przyjemnie ciepłej. Chętnej do dotyku.
Dest przerwała kontakt wzrokowy i choć niewiele mogła zobaczyć znajdując się na arenie treningowej, jej rozglądanie się było bardzo wymowne. Czerwono włosa fanka zabrała w końcu dłoń, wyczuwając, że popełniła kolejne faux pas.
- Przepraszam. Po prostu… lubię kontakt. - Wytłumaczyła się z zadziornym uśmiechem. - Powiedz proszę... to prawda, że prowadzisz też gildię najemniczą?
- Współprowadzę.
- Sprostowała natychmiast Dest. - Ale tak, zgadza się. Przybyliśmy by wspomóc Pakt w walce z Kralkatorrikiem. W końcu ktoś musi o naszą Tyrię zawalczyć.
Blondynka pokiwała spokojnie głową i rozmasowała się dłonią po karku. Powoli zaczynała odczuwać skutki przydługiego treningu. Widocznie nie zniechęciła się do stojącej przed nią kobiety. Uznała, że każdy ma jakieś odchyłki od normy. Jedni dotykają się zbyt długo, drudzy śpią z dwumetrową halabardą.
- Dobrze wiedzieć, że mamy tutaj też takie osoby jak ty. Podejrzewam, że nie wszystkie wierzchowce dobrze znoszą tak długi pobyt pod ziemią? Nie mówiąc już o okolicznościach, w jakich się znajdujemy.
Kira uśmiechnęła się nieco na to pytanie.
- Nie jest im łatwo. - Przyznała. - Ale nikomu nie jest. Uspokojenie ich to kwestia porozumienia... pewnej więzi... wzajemnego szacunku i zrozumienia.
Od dłuższego czasu wzrok Sverige dosłownie pożerał kobietę z którą miała przyjemność rozmawiać. Czując to, opiekunka Ligi nie czuła się niekomfortowo, jednak łatwo była w stanie zauważyć zmianę, kiedy to stojąca przed nią kobieta zatrzymała wzrok gdzieś na wysokości jej lewego ramienia. Teena odwróciła głowę, żeby spojrzeć za siebie. Nie dostrzegła niczego nadzwyczajnego więc po prostu powróciła wzrokiem na zielone oczy tej nieco nietypowej osoby.
Tym razem napotkała kontakt wzrokowy z Kirą, która przez moment rozważała dalsze pytania, ale wygrała z nią jej własna natura.
- Podsumowując. Waleczna, śliczna, utalentowana i skromna. - Zaczęła wyliczać cechy Dest na palcach i uśmiechnęła się zawadiacko. - Robisz coś dziś wieczorem?
Teenę rozbawiła seria pozytywnych epitetów napływających w jej kierunku. Jedynie ten zadziorny uśmiech zbił ją nieznacznie z tropu. Uśmiech oraz pytanie, które zostało zadane chwilę później.
- Gdyby określanie planów było jeszcze tutaj takie łatwe. - Zaśmiała się nieznacznie i pokręciła głową. - Nigdy nie wiadomo czy nie pojawi się jakaś nagła warta, czy też zadanie. No ale zakładając, że Kapitan Baragnir niczego nam dzisiaj nie wymyśli, to w planach jest pewnie jakiś drobny odpoczynek. A skąd pytanie?
- Bo może nie jest to najlepsze miejsce, a kantyna do wybitnych nie należy... ale może dałabyś się namówić na drinka?
Pytanie było dla Kiry tak naturalne jak oddychanie. Podparła odsłonięte biodro dłonią i zaczekała na odpowiedź. Teena spędziła krótką chwilę na zastanowieniu się nad dobrym wyjściem z tej sytuacji. W końcu to nic złego. Ot, dość rzucająca się w oczy młoda dziewczyna przedstawia się jako jej fanka, a potem proponuje wspólne wypicie alkoholu. Nie brzmiało to na nic zbyt skomplikowanego, ani nawet podejrzanego. Co ciekawe, blondynka gdzieś w głębi duszy zainteresowała się tym na jaki temat Sverige tak właściwie chce porozmawiać. Może to właśnie skłoniło ją do zaakceptowania tej dziwnie szybkiej oferty.
- Na drinka? Czemu nie. Ale tylko na coś lekkiego! - Dodała natychmiast. - Będziesz mogła poopowiadać jak to się zaczęło z tobą i raptorami.
- Pewnie.
- Rzuciła w odpowiedzi dziewczyna wciąż z uśmiechem na ustach. - O ósmej?
- Zatem o ósmej.

Dest zgodziła się skinięciem głowy, po czym zerknęła w kierunku głębi podziemnego kompleksu, w którym przyszło im mieszkać. Spostrzegła niewyraźną postać Nisheery idącej w tym kierunku. Sylvari zauważyła, że współ-opiekunka zwróciła na nią uwagę. Zatrzymała się w miejscu i jedynie puknęła palcem wskazującym w goły nadgarstek lewej ręki, żeby przypomnieć Teenie o jej obowiązkach. Blondynka natychmiast zrozumiała, że pora jest późna, a przedłużony trening i rozmowa z treserką raptorów tylko bardziej ją pogrążały. Energicznie potrząsnęła głową, dając znać, że rozumie ten prosty sygnał. Nisheera przyjęła to do wiadomości i szybkim krokiem udała się znów do lecznicy.
Teena nie chciała być niekulturalna, jednak wypadałoby jeszcze zmyć z siebie trudy treningu, a stojąca przed nią kobieta jak interesująca by się nie wydawała, w tej chwili była przeszkodą na drodze do czystości ciała.
- A póki co lepiej doprowadzę się do porządku. – Powiedziała Dest. - Miło było Cię poznać Kiro.
Dziewczyna pozostawiła po sobie jedynie pewny siebie uśmiech i zalotne spojrzenie. Prostym ruchem samych palców prawej dłoni pożegnała Teenę, zanim pozostawiła ją samą ze sprzętem treningowym.
Opiekunka Ligi odetchnęła głęboko po raz pierwszy od dłuższego czasu i zaczęła zabierać swoje należności. Pakowała wszystko niedbale do torby, żeby jak najszybciej znaleźć się pod natryskiem.
Coś jednak nie dawało jej spokoju. Ten wzrok, ten uśmiech.
Teena zatrzymała się w pół ruchu i wyprostowała gwałtownie.
- Czy ona mnie właśnie zaprosiła na randkę?!







Trybuny powoli zapełniały się w oczekiwaniu na rozpoczęcie drugiego dnia kolejnej rundy turnieju. Jak się miało okazać, zgodnie ze smutnymi prognozami Pruufa obecność kibiców przy drugiej rundzie okazała się zdecydowanie mniejsza niż w przypadku kiedy Liga arenowa rozpoczynała swoją przygodę w Thunderhead. Jedną z właśnie takich grup, którą łatwo było wcześniej zobaczyć i usłyszeć, a dziś pozostawała w sporym rozbiciu była Liga Sześciu Filarów. Choć obecna w prawie pełnym składzie w drugiej rundzie Ligi Arenowej (za wyjątkiem druida, który przegrał swój pojedynek z zaskakująco pewnym siebie piratem), dziś wydawała się prawie niewidoczna. Oczywiście był ku temu doskonały powód. Grupa najemnicza napotkała na swojej drodze zadanie, z którego ujście z życiem można uznać za gigantyczny sukces, a przy okazji spore szczęście.
Mimo skrajnego wyziębienia, grupa najemnicza postanowiła zmierzyć się z anomalią powodującą niesłychanie potężną zamieć, aby uwolnić południową część Thunderhead Peaks od inwazji brandu. Jeśli spojrzeć na to obiektywnie, ciężko jest nazwać ich misję udaną. Ponieważ nikt nie zginął, a dzięki interwencji Aurene, wspomniana wcześniej anomalia również zniknęła z powierzchni planety, ciężko z drugiej strony również mówić o porażce. Zgraja choć przetrzebiona przez ledwie uniknione przymusowe zbrandowanie, w większej lub mniejszej części pojawiła się na trybunach, żeby obserwować poczynania swoich towarzyszy. Choć w nieciekawych humorach i nienajlepszej kondycji, najemnicy nie zamierzali odpuścić sobie tego widowiska. Było to dla większości z nich punktem honoru.
Selb Coalgrasp, jeden z najmłodszych stażem, przysiadł w najwyższym możliwym rzędzie, żeby mieć dobry widok na to co znajduje się na środku areny. Jako popielec bardzo dobrze poradziłby sobie w dolnych rzędach, przewyższając ludzi, sylvari i asury swoim wzrostem jednak od dawien dawna przyzwyczajony był do wysokości.
W czasie kiedy pracował na dźwigu jego percepcja rzeczywistości zmieniła się nieco. Czujna para oczu dostrzegała najdrobniejsze szczegóły lepiej, kiedy on usadzony był wyżej. Być może nawet sam nie zdawał sobie z tego sprawy, ale jego podświadomość nakazywała mu wybierać miejsca, w których będzie on w stanie zapewnić sobie możliwie jak najwyższą pozycję.
Gdy obserwował pierwsze przygotowania na arenie, obok niego pojawił się jeden z jego towarzyszy. Zdecydowanie wyższy wzrostem i zdecydowanie niższy stopniem wojskowym Brigg widocznie utykając na prawą nogę, bardzo powoli, jakby bojąc się o własne zdrowie, usiadł obok. Nie czekał na zaproszenie ani pozwolenie.
Selbowi nie przeszkadzało to nic a nic. W końcu tak to już bywało w charrzym środowisku. Choć czas na drobne uprzejmości był, to nigdy nie było obowiązku, aby się do nich stosować. A jeśli był ktoś, kogo Selb zdążył już poznać, a kto nie trzymał się sztywnych zasad tylko dlatego że tak wypadało, to był to gladium, który właśnie zajął miejsce obok niego.

Wskazani przez Baragnira członkowie Paktu rozstawiali sprzęt, wyrównywali piach, upewniali się o stabilności klatki i zajmowali się wszystkim, co było potrzebne do startu dnia. Nie było to nic ciekawego dla oglądających, a mimo to żaden z panów nie podjął rozmowy. Zupełnie jakby wykonywane przez grupę speców czynności przygotowawcze były najciekawszym do obserwowania zajęciem w Tyrii. Albo przynajmniej żaden z charrów nie wydawał się zbyt rozmowny.
Trwało to do momentu w którym Brigg skorzystał z okazji, że złapał Selba samego.
- Te, wojak... w sumie to... czemu nie walczysz? - Zapytał wskazując na środek areny.
- Nie uczono mnie jak walczyć dla pokazów, a żeby zabić. Jak nie można się strzelać, to marne bym popisy odstawił. Po co się błaźnić?
Nieco ponury uśmiech pojawił się na pysku Brigga.
- Strzelać wolno jak już widziałeś. Ale teraz będą się bać.
Spory charr odchylił się nieco na ławce. Odpowiedź którą otrzymał, mimo iż krótka, była łatwa do zrozumienia. Zwłaszcza dla kogoś, kto widział już jak walczy Selb. Mimo to, coś nie grało w sposobie wypowiedzi Coalgraspa.
- Myślisz, że oni walczą tylko na pokaz? - Zapytał znowu, myśląc o pojedynkach, które zdążył już obejrzeć.
Selb podrapał się po brodzie, przyglądając się dłuższą chwilę ubitej ziemi na arenie. Bane w Czarnej Cytadeli było miejscem zarówno rozrywki jak i walk o stopień, władzę czy rację. I najczęściej ktoś z tych powodów umierał. A przynajmniej tak on je zapamiętał. Tutaj było trochę inaczej, choć... tylko "trochę".
- Dowództwo robi to dla naszej rozrywki. Ale widziałeś sam, jaki kocioł ras mamy w tej twierdzy. Myślę, że niektórzy aż nazbyt poważnie sobie to wezmą. Zobaczymy kto.
- Markus. - Odpowiedział Havgaard bez wahania. - Albo Zaveba. Albo obydwaj. Jeden, bo honor nie pozwoli mu przegrać, drugi, bo za duże w tym pieniądze.
Masywny charr przełożył prawą dłoń obok głowy, żeby podrapać się po łopatce. Na jego twarzy pojawił się dziwny grymas. Nie był to ani uśmiech, ani zakłopotanie. Nie było w tym cienia żalu czy złości. W jego głowie pojawiły się myśli na tyle męczące, by wpłynąć na jego ton i zachowanie.
- Dlatego pytam. Każdy z nas dołączył, bo ma po co walczyć. Ty nic takiego nie masz?
Po tym pytaniu Selb przeniósł spojrzenie na Brigga.
- Mówisz teraz o arenie czy ogólnie? Bo ogólnie, to jestem tu bo reszta tu jest. - Odpowiedział solidarnie wzruszając ramionami. - Honor czy pieniądze, nieistotne. Zabawy w wojnie nie uświadczysz. Dla mnie to bardziej zawód niż sposób na ratowanie świata.
Brigg wciąż z ręką za plecami wpatrywał się w arenę skrupulatnie sprzątaną przed jego oczami.
Być może przypadkowo, ale dowiedział się nowej rzeczy o Selbie, której prawdopodobnie nie dowiedziałby się w żadnym innym wypadku. Postanowił odpowiedzieć dość zachowawczo. Nie zamierzał zagłębiać się dalej niż jego towarzysz będzie miał ochotę go zabrać.
- Miałem na myśli turniej, ale dobrze, że wiem na jakich zasadach jesteś z nami.
Być może faktycznie nie była to podróż na którą szary charr miał ochotę go zabrać. Wojskowy jedynie siedział na swoim miejscu, wydając się całkowicie pogrążony w podążaniu wzrokiem za ciemnozielonymi grabiami trzymanymi przez jednego sylvari. Przeczesywały piasek, na którym jeszcze tego wieczoru mieli zmierzyć się kolejni zawodnicy.
Jak się jednak okazało, Brigg mimo swojego cudownego zamierzenia, chciał upewnić się, że Selb nie ignoruje go, tylko nie ma więcej do opowiedzenia w tej kwestii.
- Serio nie kręci cię arena? Rytlock jakby mógł, to zapisałby się w pierwszej sekundzie. Pewnie nawet ze dwa razy.
Coalgrasp odpowiedział krótkim, ale serdecznym śmiechem.
- On jest z Krwawych. Tacy mogliby się bić po otwarciu oczu nad ranem. Tu mogę se posiedzieć i pooglądać jak innym idzie. Nie nadaję się do aren, przyznaję bez bicia, ale jakby zaraz miały syreny wyć że brandy atakują, to pierwszy lecę.
- Pewnie słusznie.

Haavgard przełożył znów prawą dłoń i oparł ją o kolano, odczuwając, że zrobił to zdecydowanie za szybko. Jego ciało wciąż się regenerowało po przymusowym przystanku w krysztale. Stęknął lekko i strzelił kośćmi w karku obracając głowę. Odwrócił w końcu wzrok na Selba.
- A jak po misji? Wszystko na miejscu? - Zapytał nieco sucho.
Selb położył przedramiona na kolanach, splatając palce.
- Wszystko… prawie wszystko, poza łbem. - Charr lekko pokiwał głową, wskazując swoją czaszkę. - Ocalili nas. Mało kiedy się coś takiego zdarza.
Tym razem to Brigg spowolnił tempo rozmowy. Było to dość ciekawe, zważywszy, że odpowiedź miał gotową już od kilku chwil. Prawdopodobnie jednak rozmowy po prostu nie należą do mocnych stron popielców, zatem chwytają się każdej okazji, aby je na moment przerwać.
- Normalnie bym się z tobą zgodził. Ale teraz, skoro i my mamy smoka... nagle niemożliwe staje się codziennością. Wszystko jest tak... nieskończenie bez sensu. Nie rozumiem tej ich magii.
- Ja tym bardziej.
- Selb uniósł lewą łapę na moment w powietrze, by następnie nią machnąć ze zrezygnowaniem.  - Nie takich potyczek nas uczono. Może Sentinelowie na Brandzie nie uważają tego za zaskoczenie, ale hej, tych to raczej nic nie ruszy. Taki przydział, a teraz my robimy to samo.
Z głośnym strzyknięciem wyprostował na moment nogi. Nie chciał się przed nikim przyznawać, zwłaszcza przed znajomymi medykami, ale ostatnia akcja faktycznie wdała mu się we znaki. Przyznanie się do bólu było by jednak świadectwem słabości. Robił więc to czego uczyli go od zawsze. Siedział cicho.
- Ale mamy za to bezpieczne dla uczestników areny, he he.
- Ta...
- Brigg nie wydawał się zachwycony dowcipem Selba, ale myśleli tak samo. - ...tu przynajmniej wiesz, z czym masz doczynienia.
Kolejny raz, wyższy z charrów przez chwilę nie odzywał się, nie podejmując tematu dalej. Myśli na moment uciekły w stronę wydarzeń ostatniego pojedynku pierwszej rundy turnieju. W tym samym czasie położył dłoń na kieszeni spodni i usłyszał delikatny szelest papieru. Sam zdziwił się dzźwiękiem który zasłyszał. Wyciągnął z kieszeni zwitek papieru z wypaloną pieczątką.  Potwierdzenie postawienia zakładu, które zmusiło go do zadania kolejnego pytania młodszemu koledze.
- Jak myślisz, kto wygra całość?
Coalgrasp parsknął przeciągle w zastanowieniu.
- Nie wiem jak pójdzie naszym, może przejdą dalej. Obstawiałbym Centuriona. Nie dlatego że go znam, ale dlatego, że on zna się na rzeczy. A przynajmniej powinien z taką rangą.







Wybiła godzina osiemnasta. To zabawne jak mało istotnym był upływ czasu w każdym innym miejscu niż to. W twierdzy każdy dokładnie wiedział jaka jest pora dnia, najczęściej z dokładnością do kilku minut. Ten dość nietypowy fenomen wywołany był ciągłym obowiązkiem stawiania się gdzieś „o czasie”. Warty, obchody, służby, pomoc, zadania, a w to wszystko wplecione również treningi, wizyty u znajomych rannych w lecznicy, posiłki, sen… a przecież wypadałoby jeszcze kiedyś chociaż moment odetchnąć od tego ciągłego biegu. Czas wolny z każdą chwilą spędzoną w Thunderhead Peaks wydawał się coraz bardziej zyskiwać na wartości. Być może również dlatego dzisiejsze obłożenie trybun na arenie było zdecydowanie mniejsze niż w ciągu rundy pierwszej.

Choć takim myśleniem zasłaniał się Pruuf, Petrowi ono nie wystarczyło. W ciągu swoich lat widział niejedną śmierć. Jednak tylko za jedną czuł się odpowiedzialny. Teraz jednak, kiedy pojedynek Magister Galway i Lappsa zakończył się śmiercią tego drugiego, mężczyzna nie do końca wiedział jak sobie z tym poradzić. Na zewnątrz grał obrażonego i wściekłego, przede wszystkim na Logana. W środku jednak, cała ta sytuacja uderzała go nieco inaczej. Zupełnie jakby to znów była jego wina. Tylko dlatego, że zgodził się organizować to całe przedstawienie. Mimo że odebrali mu kontrolę nad wszystkim. Nie jego zasady, nie jego turniej. Tak przynajmniej sobie powtarzał. Ile było w tym prawdy? Czy gdyby nie zgodził się na warunki Canacha, Lapps miałby się dobrze? A co jeśli to van Pedersen jest jest jedynym powodem dla którego Liga Arenowa w ogóle doszła do skutku? Co gdyby odmówił, a zasrany Canach odpuścił sobie organizację czegoś takiego. Organizuje to ktoś inny, bo przebiegły sylvari może wtedy zarabiać na tym krocie.
- Petr!
Mocniejsze szturchnięcie w plecy wytrąciło van Pedersena z przemyśleń. Tępym wzrokiem rozejrzał się po okolicy jakby starając się ustalić gdzie jest i co właśnie uderzyło go z tyłu.
- Co? Co?! - Zapytał wyraźnie nieświadomy otaczającego go świata.
Aurus pchnął go jeszcze raz w plecy, tym razem faktycznie zmuszając do wykonania kroku w przód. Rudy mężczyzna założył dłonie na piersi i kiwnął głową w stronę środka areny.
- No dawaj. - Wytłumaczył z najdrobniejszymi szczegółami.
Szczęśliwie dla Petra, to wyjaśnienie, mimo iż niesamowicie okrojone, okazało się wskazać mu właściwą drogę. Skinął koledze w podziękowaniu za trzymanie ręki na pulsie i ruszył przed siebie, zająć miejsce bliżej areny.

- Na kilka godzin przed walką miałem przyjemność z nim rozmawiać. Ta pogawędka prawie w całości uciekła mi z głowy… poza jednym jej fragmentem. Pamiętam, że zapytałem Lappsa „jaki plan na dzisiaj?”
Logan rozejrzał się wokół zatrzymując swoją przemowę na krótką chwilę.
- „Wygrać”. „Z panią Magister?” zapytałem. Lapps pokręcił głową i jak to prawdziwy asura z pobłażliwym uśmiechem wytłumaczył mi moje błędne założenie. „Nie” odpowiedział. „Ze smokiem”. Jako zwykły człowiek potrzebowałem kolejnej dawki wyjaśnień, jednak znany nam badacz wcale się do mnie nie zraził. Z pełnym spokojem opowiedział mi krótką historię wspólnej wyprawy, łączącej jego… mnie… i każdego z was tutaj. Historii, którą nazwał nieskończonym rozdziałem. I choć, jak to sam określił, nie dla każdego historia ta pozostanie otwartą, to naszym obowiązkiem jest upewnić się, że nie stanie się zamkniętą dla nas wszystkich po starciu z Kralkatorrikiem.
Thackeray opuścił na moment mikrofon, żeby przejechać dłonią po dwudniowym zaroście. Dotarło do niego, że warto byłoby w którymś miejscu zakończyć jego bardzo chaotyczny wywód. Uniósł nieco brodę i po raz ostatni zwrócił się do wszystkich wokół.
- Śmierć Lappsa nie była pierwszą w Thunderhead. Niestety, najprawdopodobniej nie będzie też ostatnią. Jest jednak wyjątkowa, ze względu na swoje okoliczności. Okoliczności, których nikt z nas się nie spodziewał i którym nikt nie był w stanie zapobiec. Dlatego proszę was wszystkich o ostatni honor jaki możemy oddać uczonemu badaczowi. Uczcijmy jego życiowe osiągnięcia minutą ciszy.
Gdy tylko Logan opuścił swoją dłoń z małym asurańskim urządzeniem, pomieszczenie w którym znajdowała się arena całkowicie ucichło. Do stopnia, w którym nawet poruszenie się o centymetr powodowało niewygodny szelest ubrań lub pobrzękiwanie pancerza. Nikt się zatem nie poruszał. Wielu z obecnych nawet spowolniło swój oddech, wsłuchując się w dźwięki ciszy. Dopiero teraz niektórzy mieli pierwszą okazję zrozumieć jak gigantyczną była krasnoludzka twierdza. Dalekie dźwięki dochodzące z kantyny, szpitala polowego i innych pomieszczeń tego miejsca rozbijały się po ścianach i wracały zniekształcone, ciche i przytłumione. Nawet wprawne ucho nie byłoby w stanie przypisać tym dźwiękom idących za nimi historii.
Thackeray kiwnął delikatnie głową unosząc nieco brodę.
- Dziękuję. - Pożegnał się zanim oddalił się w kierunku krawędzi klatki, gdzie odprowadziła go salwa oklasków.

Z wyraźną niechęcią malującą się na twarzy i odzwierciedloną w mowie ciała Petr również kilkukrotnie zaklaskał zanim założył ręce na siebie.
- Nie spodobała ci się przemowa? - Zapytał Pruuf, który wciąż uderzał dłonią o dłoń, oddając hołd zmarłemu towarzyszowi.
Van Pedersen pokręcił głową nie będąc pewnym odpowiedzi.
- Gdzie tam. Choć raz mogę się zgodzić z panem Marszałkiem. - Westchnął lekko. - Po prostu nie powinna była mieć miejsca. Gdyby nie te durne zasady-
- Ktoś inny skręciłby kark potykając się w trakcie walki z panią Magister. - Odparł sucho asura.
Człowiek uniósł nieco prawą brew i zerknął na swojego towarzysza, który jak się jednak okazało, wcale nie był w tak wyśmienitym nastroju jak to sobie wyobrażał Petr. Na zarysowanej bliznami przeszłości twarzy asury nie pojawił się choćby cień jakiegoś uczucia, ale jego ton zdradzał jak bardzo zaangażowany Pruuf był w to, co wydarzyło się w czasie trwania Ligi Arenowej.
- To nie twoja wina. Więc skończ się irytować o nic, bo szukanie winnych też spokoju ci nie da. Stało się. Teraz to już przeszłość. Jeśli znowu postanowisz zacząć nią żyć, tym razem nikt nie będzie cię z niej wyciągać.







-…a ja mam przyjemność powitać Rogana Jawspinnera, który od tej pory, będzie razem ze mną urozmaicać wasz czas przed, w trakcie oraz między walkami!
Głos Elli zabrzmiał szerokim echem po arenie i spotkał się z nadspodziewanie dużą dozą entuzjazmu ze strony oglądających. Choć trzymetrowy hologram amatorsko komentującej asury stał się już przeszłością, to nadal wszystkie oczy na trybunach skierowane były tam gdzie znajdowała się w tej chwili. A ze względu na to, że aby dobrze komentować wydarzenia w klatce musiała być na najlepszym możliwym miejscu. Łatwo było dostrzec ją śmiało wychylającą się z balkonu w północnej części areny.
Towarzyszył jej potężnie zbudowany beżowy charr, którego ciało przeplatała spora ilość ciemnych pasów, głównie koncentrujących się na jego dłoniach i ramionach. W porównaniu z niewielką w rozmiarach Elli, kot wydawał się być gigantycznym potworem.
- Dziękuję. Dobrze tu być.
Już pierwsze, lekko ochrypłe słowa Rogana spotkały się z niespodziewanym entuzjazmem. Głównie ze strony obecnych członków Vigil zajmujących wyższe szczeble oraz zawsze dumnych ze swoich przedstawicieli charrów.  Odpowiedź ta wywołała lekkie uśmiechy na twarzach komentatorów. Powinno być im łatwo przemawiać do tych, którzy faktycznie chcą ich słuchać.
- Dobrze mieć cię przy nas. - Odpowiedziała czarującym tonem asura zanim przeszła do rzeczy. - Jednak ta całkiem znacząca zmiana w postaci mojego rosłego towarzysza rozmów nie jest jedyną, na jaką musimy się przygotować! Rogan, miałbyś ochotę przybliżyć nam wszystkim jak zmienia się nasz turniej?
Charr skinął głową, czego nie zauważyła pewnie większość widowni.
- Naturalnie.
W momencie, w którym Jawspinner wypowiedział pierwsze słowo, holoprojektor z cichym szumem przedstawił na cztery strony areny drabinkę turniejową, w której trzydzieści dwa imiona zabłysnęły potężną bielą. Trwało to jednak tylko ułamek sekundy, gdyż już chwilę później, siedemnaście z nich utraciło swój blask przechodząc powoli w szarość, podobną do tabelek, które wypełniały. Pozostała piętnastka odnalazła swoje miejsca w drugim rzędzie, przedstawiającym kolejną rundę pojedynków. Z tak doskonale przygotowaną oprawą wizualną charr mógł bezproblemowo wdrażać się w szczegóły zmian.
- Runda pierwsza Ligi Arenowej odbyła się na przestrzeni dwóch dni i zaledwie kilku godzin. Mimo ogromnego wysiłku i nakładu pracy wielu zaangażowanych osób, terminy walk okropnie goniły nas wszystkich tutaj. Osiem pojedynków dnia numer jeden oraz drugie osiem niespełna dwadzieścia cztery godziny później. Niestety, losowa kolejność wyboru pojedynków sprawiała, że nasi uczestnicy zostali wyłączeni z życia Twierdzy nie na przewidziane 36 godzin, a aż na 60. W związku z zasadami przecież należało im się dwanaście godzin przygotowania przed pojedynkiem.
- Ta swego rodzaju niepewność była tematem rozmów na Arenie od rozpoczęcia turnieju. W jaki sposób jednak udało się zaradzić temu problemowi?
- Kontynuowała rozmowę Elli.
- Bardzo prosty. - Odpowiedział z entuzjazmem Rogan. - Na polecenie przede wszystkim miłościwie nam dowodzącego Kapitana Baragnira, udało nam się ustalić terminarz, który pozwala nie tylko zapewnić jak najsprawniejsze działanie Twierdzy i sprawiedliwe warty, ale również umożliwia zebranie się nam wszystkim w jednym miejscu.
- Cudownie! Ale co to oznacza dla zawodników?
- Co ciekawe, więcej zobowiązań wobec Twierdzy, ale i więcej czasu na przygotowanie między walkami. Od tej pory czas przygotowania wydłużony zostaje z 12 do 24 godzin. W trakcie czasu przed walką, zawodnicy zwolnieni są z jakichkolwiek służb. Nie oznacza to jednak, że nie będą musieli odpracować ich w późniejszym terminie. O nie.
- Wyprawa na smoka to nie wakacje. Ten turniej będzie tylko tego świetnym przykładem.
- Dokładnie tak, Elli.
- W takim wypadku, mamy pewność co do terminarza. Prezentuje się on następująco: Już dziś zobaczymy cztery pojedynki. Każdy z nich w osobnej grupie, dzięki czemu nie poznamy jeszcze bezpośrednich rywali w ćwierćfinałach. Rozpocznie para Teena Dest i Niższy Hierarcha Fadir, a dzień zakończą dla nas Zahra Ayim i Galiateli. Ależ to będą pojedynki!
- W rzeczy samej. Niesamowite osobistości, które dały już o sobie znać w poprzedniej fazie turnieju. Nie mogę się doczekać pojedynku dwójki najemników z różnych gildii.

- Zaveba kontra Reksa Havocslapper? - Dopytała Elli.
- Właśnie ta dwójka. Wysoko rozstawieni zawodnicy. Każde z nich z paczką sekretów wciąż schowaną pod peleryną. Dodatkowo pozostaje honor gildii, którego przystaje im bronić, bo jednak chcą pokazać się tu z jak najlepszej strony. Nie tylko dla siebie, ale żeby również udowodnić swoim kompanom jak dobrzy naprawdę są. Ta swego rodzaju determinacja i zawziętość będą doskonale widoczne kiedy najemnikom przyjdzie wymienić uprzejmości.
- Jak tu nie kochać braterskich pojedynków? Czy twoje eksperckie oko widzi potencjał w jeszcze jakimś z dzisiejszych pojedynków?

Rogan roześmiał się krótko.
- Skłamałbym mówiąc, że w którymś z pojedynków nie widzę tego potencjału o którym wspominasz. Jeśli jednak miałbym wybrać jedną walkę, której nie chciałbym za nic przegapić, będzie to starcie Annie Goldarrow z zawodnikiem z listy rezerwowej, który to zajmie miejsce Lornara Rudego naprzeciw ludzkiej najemniczki.
Jak na niesamowitego żółtodzioba, charr bardzo dobrze układał swoje słowa w sposób, który przykuwał słuch zebranych. Niewielki szmer poniósł się po arenie na wspomnienie dodatkowego zawodnika.

Jako osoba rozstawiona najniżej w turnieju, Annie Goldarrow miała każdą możliwą rzecz do udowodnienia niedowiarkom i samej sobie, jednocześnie nie mając nic do stracenia. Nosząc na swych barkach ciężar jedynie spokoju własnego sumienia można różnie podchodzić do sytuacji. Choć mogło to być coś przed czym chciałaby się schować jakiś czas temu, pierwszego dnia turnieju była zupełnie inna. Silna. Spokojna. Pewna siebie. Nie do stopnia, w którym mogłoby to jej zaszkodzić. Jak na kogoś rozstawionego tak nisko przez asurę zwącego się ekspertem w tych sprawach, była niesamowicie dorosła. Opanowana. Inna.
Inna niż to co prezentowała sobą jeszcze kilka sezonów wcześniej. Zdecydowanie inna niż to co usłyszeć mógł o niej do tej pory Pruuf, który nieświadomie przerzucił prawdziwy diament do sterty z węgielkami.
Teraz odleciała myślami gdzieś daleko poza granicę Twierdzy, planując już rzeczy jeszcze niestworzone w świecie, który wcale nie był jej obiecany. Zawsze praktyczna w swoim myśleniu, teraz zdążyła już zapomnieć, w jakiej sytuacji się znajdują. Jak niedaleko jest zagrożenie. Jak wiele można stracić przez nieostrożność. Dla niej liczył się świat na dobre kilka sezonów, jeśli nie lat, w przyszłość.
W tym właśnie momencie wyglądała jakby zamieniła się miejscami z opiekunką gildii stojącą zaledwie kilkanaście centymetrów od niej.
Teena nie zwracając nawet na to najmniejszej uwagi co chwilę zaciskała i rozprostowywała palce prawej dłoni. Jej twarz nie zdradzała żadnego śladu emocji, kiedy wpatrywała się na zmianę w holoprojektor i balkonik, szukając tam Elli i Rogana. Jednak mowa jej ciała sugerowała wiele, jeśli ktoś miał już okazję ją poznać. Z jakiegoś powodu, teraz faktycznie odczuwała nerwy. Mimo, że pierwsza runda poszła jej bezbłędnie i ścierała się z potencjalnie silniejszym rywalem. Teraz przypominała kłębek nerwów. Kilkukrotnie odetchnęła przez usta. Z każdym wydechem słychać było jak jej płuca przeskakują delikatnie, nie pozwalając jej płynnie wypchnąć powietrza. Gdyby ktoś zapytał ją czym się stresuje nie byłaby w stanie udzielić dobrej odpowiedzi. W końcu to nie była walka, której musiałaby się obawiać. Była doskonale świadoma swoich umiejętności. Wiedziała o swoich słabościach, jedynie podkreślonych przez Adame Obonkolo w pierwszej rundzie. Potrafiła wyciągnąć z nich wnioski i teraz może podejść do kolejnego pojedynku z przygotowaną wcześniej taktyką. To tylko druga runda. Wszyscy jej towarzysze są praktycznie pewni jej zwycięstwa. Wszak wielu z nich, a zwłaszcza Nisheera, obstawiło na nią spore pieniądze.
Więc czemu się denerwuje?
Dlaczego musi wkładać całą swoją obecną siłę i skupienie w utrzymywanie pokerowej twarzy?
Gdzie jest Feniks?
Ostatnie z tych pytań sprawiło, że opiekunka Ligi Sześciu Filarów wzdrygnęła się nagle i żywo zaczęła kręcić głową, szukając swojej zguby. Zachowanie to sprawiło, że spokojna jak do tej pory Annie została wyrwana ze swoich przemyśleń.
- Wszystko w porządku? - Zapytała.
- Tak, tak. - Odpowiedziała błyskawicznie Teena.
Nie przestała się jednak rozglądać. Tym razem miała powód, żeby zacząć się nieco denerwować. Co jak co, ale topór który zajmował ważne miejsce w jej rodzinie od przeszło dwustu pięćdziesięciu lat byłoby szkoda tak po prostu zgubić.
- Po prostu… pamiętasz gdzie odłożyłam Feniksa?
Bez odpowiedzi na to pytanie, Goldarrow dołączyła do ćwiczenia mięśni szyi, kręcąc głową w poszukiwaniu długowiecznego toporu. Szczęśliwie, znalezienie go do najtrudniejszych nie należało. Był dokładnie tam gdzie Teena go zostawiła. W bezpiecznych dłoniach podchodzącej właśnie nornki.
- Nie jest to Merkury, ale to świetna broń. - Przyznała Aurora.
Jej głos był zaskakująco ciepły i przyjazny. Uśmiechnęła się tak samo pokrzepiająco, poprawiając oprawki swoich okularów na ładnym, niewielkim nosie. Ułożyła dwuskrzydłowy topór na obu dłoniach, aby przekazać go opiekunce.
- Dziękuję. - Odpowiedziała Teena widocznie uspokojona.
Złapała swoją broń i odetchnęła ciężko. Spojrzała na swoje odbicie na świetnie wypolerowanym ostrzu. Nie sposób powiedzieć co tam zobaczyła. Wydało się to być jednak mocno uspokajające, gdyż jej nerwowe manieryzmy zniknęły jak ręką odjął. W końcu coś wyrwało ją z toku myśli, w którym tkwiła od dłuższego czasu.
Kiedy już Feniks znalazł się w dłoniach prawowitej właścicielki, wydarzyła się rzecz prawdziwie niesłychana. Aurora prawdopodobnie po raz pierwszy i ostatni uznała wyższość czyjegoś orężu nad własnym.
- Leciutki. - Rzekła krótko. - Merkurego trzeba mocno pilnować. Tym możesz łatwo i celnie rzucić.

Wszyscy którzy przybyli dziś na arenę oglądać zmagania zawodników w drugiej turze turnieju mieli jakieś oczekiwania wobec tego co zobaczą. Ponieważ jednak każdy z obecnych był osobą inną, oczekiwania te wcale nie musiały się zazębiać. Ile osób, tyle gustów. Do tego w grę wchodzi świadomość, że przegrany odpada z turnieju na dobre, a razem z nim wszystkie obstawione pieniądze. Niesamowitym fenomenem jest zjawisko, w którym ciśnienie szybuje pod sam próg bezpieczeństwa kiedy tylko w grę wchodzi znaczna ilość gotówki.
Tym razem to nie pieniądze były powodem wzmożonej ekscytacji. O dzisiejsze wrażenia postarała się już pierwsza para. Niższy Hierarcha Fadir oraz Teena Dest dosłownie i w przenośni wypruwali sobie żyły, żeby przeciągnąć szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Rywale byli jednak na bardzo podobnym poziomie, przez co żadne z nich nie było w stanie wykreować sobie znaczącej przewagi. Dzięki temu, od dobrych kilku minut pojedynek jedynie nabierał na tempie.
Teena ruszyła już kolejny raz w kierunku nieumarłego, aby dostać się w zasięg ataku toporem. Rywal był od niej zdecydowanie wyższy, a do tego od dłuższego czasu posługiwał się swoimi pomiotami, aby zwiększać dystans. I tym razem, kiedy wydawało się, że Dest będzie w stanie znaleźć się wystarczająco blisko, musiała sprostać dwóm wyzwaniom.
Po pierwsze - na jej drodze stanęły piaskowe węże, które przyzwane przez scourge’a wcale nie miały wygrać za niego pojedynku, ale jedynie wytrącić kobietę z równowagi. Sprawić, że przestanie walczyć po swojemu i będzie musiała się dopasować pod tempo jakie odpowiadało Fadirowi.
Po drugie - nieumarły korzystał z zapasów swojej magii bez najmniejszych zahamowań, dokładając coraz to kolejne piaskowe portale. Połączone w jedną sieć tworzyły idealny system punktów zmiany pozycji na bardziej komfortową, przy okazji uniemożliwiając skorzystanie z nich komukolwiek kto magią piasku nie władał.
Tak się składało, że Teena która właśnie nałożyła na siebie zaklęcie żelaznej skóry, była w stanie sprawić aby jej ciało stało się twarde niczym metal za pomocą magii skupionej wokół niej, jednak piasek był dla niej czymś zupełnie obcym. Były to doskonałe wiadomości dla Fadira, który raz jeszcze w tym pojedynku przeszedł przez portal, znajdując się znów za plecami Dest zmagającej się z piaskowymi wężami. Tym razem jednak, musiała zatrzymać się przed szarżującym wysoko pomiotem, aby móc pozbyć się jego głowy sprawnym cięciem Feniksa. Dało to wystarczająco dużo czasu nieumarłemu, który robiąc wykrok w jej kierunku, zaatakował własnym toporem.
Atak nadchodził od góry i celował w plecy. Gdyby nie to, że jako osoba powstała z martwych, Fadir był raczej dość powolny, cięcie zostawiłoby niemiły ślad na plecach kobiety. Zwinność była jednak kluczową umiejętnością w pojedynkach takich jak ten. Tors Teeny obrócił się w lewo, a wraz z nim dzierżona tarcza, która choć z trudem, to jednak przyjęła na siebie ciężar ciosu.
Dest nie zamierzała jednak tylko się bronić. Natychmiast wyprowadziła kontrę, odpychając tarczą broń Niższego Hierarchy, wyprowadzając własne cięcie. Było ono praktycznie lustrzanym odbiciem tego, co pokazał rywal. Fadir był tak samo dobrze przygotowany do tego pojedynku. Zrobił zaledwie jeden krok w tył, przechodząc przez świeżo postawiony piaskowy portal, pojawiając się dobre sześć metrów za plecami Teeny. Był całkowicie bezpieczny, kiedy kobieta zamachnęła się na marne, przebiegając przez portal, z którego nie była w stanie skorzystać.

- …och to był świetny blok ze strony Dest… kontra! Pudłuje! Fadir wycofał się przez portal i zagrożenie zniknęło. - Głos Elli odbijał się po Arenie.
- Perfekcyjne wykonanie, ale nawet ono nie przyniosło upragnionego rezultatu! Fadir doskonale zaplanował przebieg tej walki. Po raz kolejny ogranicza każdy centymetr zdobyty przez Dest.
- Jednak sam nie zyskał nic w zamian za wysiłek, który wkłada w tworzenie portali.
- Tu bym się nie zgodził.
- Zaoponował Rogan. - W tej chwili arena aż roi się od piaskowych portali. Jeśli ten trend będzie się utrzymywać, wkrótce Teena nie będzie mogła postawić swobodnie nogi nie wdeptując po drodze w wirujące piaski nieumarłego. Nie tylko z każdą chwilą ogranicza on jej przestrzeń, ale i zabiera dla siebie nieskończenie więcej. Pamiętaj, że magia Fadira pozwala mu utworzyć jedną spójną sieć. W tej chwili nie ważne już, który portal wybierze - Teena musi uważać na każde możliwe wyjście.
- To prawda, im dłużej trwa ten pojedynek, tym gorzej dla Dest. Jej pole manewru kurczy się w mgnieniu oka. Jeszcze trochę i Fadir zadusi ją, nie pozostawiając jej miejsca na oddech.

Dwójka komentatorów wyraźnie doskonale czuła się w swoim towarzystwie. Jedno mogło skupić się na tym co widzi, a drugie na tym co wie. Choć duet ten spisywał się całkiem nieźle, to nie na nich zwrócone były oczy wszystkich widzów. Dokładnie o to chodziło Petrowi.

Sama Teena zaczęła mieć świadomość, że mimo początkowej przewagi, pojedynek zaczął prowadzić Fadir, a ona musiała coś z tym w końcu zrobić. Rozejrzała się szybko, sprawdzając gdzie znajduje się nieumarły. Nie marnując ani chwili ruszyła znów na niego. Niższy Hierarcha był chwilowo zajęty kreacją kolejnego portalu bliżej środka areny. Z każdym kolejnym portalem, ich tworzenie zabierało dodatkowe siły i tak już szybko zużywane przez Fadira. Dzięki tym dodatkowym kilku milisekundom kobieta mogła nadrobić nieco dystansu. Nieumarły zwrócił na to uwagę dość późno, przez co piaskowe węże które przyzwał musiały atakować od razu. Tym razem planem było odbicie najemnika. Wijące się pociski piaskowe wystrzeliły prosto w tors nadbiegającej Dest.
Następne trzy sekundy sprawiły, że publika eksplodowała głosem setek gardeł, a starający się to przekrzyczeć Ellie i Rogan musieli już na początku dzisiejszego dnia pojedynków zdzierać sobie gardła. Prawdopodobnie jednak nawet nie zwracali na to uwagi, bo to co działo się na ich oczach było podręcznikową sztuką walki, którą najzwyczajniej w świecie świetnie się oglądało.
Przyzwane zwierzęco-piaskowe twory nie należały do najszybszych. Choć Fadir doskonale radził sobie z utrzymywaniem tak wielu portali na raz, to animowanie takich kreatur było zwyczajnie trudne. Dzięki temu nawet biegnąca Teena miała wystarczająco dużo czasu na reakcję. Być może coś zaświtało w jej głowie dokładnie w tym momencie, a może dopiero przypomniała sobie o tym co potrafi. Zmieniła jednak taktykę. Jej cięcie nie rozpoczęło się z góry a od dołu. Pozwoliło jej to wypuścić Feniksa z dłoni w momencie, w którym ostrze zaczynało pozbywać się piasku sprzed niej. Broń napędzona sporym zamachem poszybowała w kierunku nieumarłego, który był za blisko by spodziewać się takiego ciosu.
Miał natomiast czas, żeby zareagować na niespodziewane. Zwłaszcza, że atak ten, choć niesamowicie spektakularny, nie należał do najdokładniejszych. Rączka nabrała rotacji, zmieniając kąt rzutu, a przede wszystkim ściągając go mocno w dół. Fadir wycofał się przez portal. Był już jedną nogą w bezpiecznej odległości od Teeny, zmieniając swoje położenie o kilkanaście metrów na lewo od Dest.
Niestety, to była tylko jedna noga. Zostawiona z tyłu lewa kończyna przyjęła na siebie atak, w tym samym momencie znikając za portalem. Topór nie dał za wygraną i kiedy już trafił, utknął w udzie Niższego Hierarchy, znajdując się nagle sporą odległość od prawowitej właścicielki. Przejście przez portal zatrzymało jego pęd.
Kobieta wyhamowała natychmiast. Jej głowa obracała się wokół szukając znikającego Fadira. Uniesiona tarcza pozwalała schować się przed potencjalnym kontratakiem, jednak żaden nie nastąpił. Wszyscy zamarli w bezruchu, oczekując werdyktu sędziego.
Logan nie zareagował.

- Niesamowite trafienie Dest! Topór w nodze, to musi być koniec! - Krzyknęła Elli.
- Nie! - Odpowiedział po prostu Rogan, sam zaskoczony tym co widzi.
- Thackeray nie przerywa walki!
- Nie może! Nie mamy jeszcze zwycięzcy!
- Charr nie mógł ustać w miejscu. - Zasady mówią: „do pierwszej krwi”. Nieumarły krwawi smołą. A ta widocznie nie zamierza się zbyt szybko wydostać z jego ciała. Tak długo jak topór Dest tam tkwi, Fadir jest względnie bezpieczny!
- Ale co z zasadą rozbrojenia? Topór Teeny jest w tej chwili z dala od niej!
- Tarcza!
- Teena ma jeszcze tarczę!
- Połapała się asura. - Dopóki ma ją w dłoniach, też jest względnie bezpieczna! Ależ wymiana między tą dwójką! Koniec pojedynku wydaje się bliski. Tak jak do tej pory wydawało nam się, że Fadir zaczyna powoli budować przewagę, nagle całe budowane przez niego momentum runęło!
- Zdecydowanie. Nawet najdrobniejszy ruch może go teraz kosztować utratę tej sztucznej blokady smoły. Jeśli topór Dest ruszy się choć trochę… Fadir musi wymyślić sposób w jaki pozbędzie się również tarczy z dłoni Teeny. Do tego szybko!
- Jeśli nie może się ruszyć, to jego portale stały się bezużyteczne! Wystarczy, że Teena inteligentnie to rozegra!


Głosy komentatorów oraz publiki zaczęły wprowadzać zawodników w swego rodzaju trans, z którego dopiero teraz wyswobodziła się dwójka.
Kobieta była pewna swojej wygranej widząc jak jej topór blokuje się w udzie Fadira. Zerknęła szybko na Logana, jednak ten nie postanowił zakończyć pojedynku. Dlaczego? Odwróciła wzrok na nieumarłego. Nagle szerzej otworzyła oczy, zwracając uwagę na prawie idealnie czystą nogę Niższego Hierarchy.
- Jak?! - Zapytała wściekła.
Zanim jednak uzyskała odpowiedź na to pytanie, wyciągnęła dłoń przed siebie, chcąc przyznać Feniksa z powrotem. Topór drgnął, co zmusiło Fadira do pochwycenia jego uchwytu i utrzymania w swoim ciele. Ostatnią deską ratunku było utrzymywanie broni rywala w udzie tak, by nie dało rady drgnąć. Szczęśliwie dla niego, nieumarły posiadał wystarczająco dużo siły, aby uniemożliwić Teenie przyzwanie broni. Teraz jednak zmagał się z kolejnym problemem. Musiał skupić się na utrzymaniu nieswojego oręża nie tyle przy sobie, co w sobie.
W połączeniu ze wszystkim co działo się w tej chwili, jego możliwości nie pozwalały zająć się wszystkim. Elli doskonale opisała sytuację na arenie. Wystarczyło, że najemniczka ruszyła biegiem wciąż utrzymując zaklęcie przyzywające Feniksa. Unieruchomiony Fadir mógł jedynie patrzeć, jak ta zbliża się w szybkim tempie. Ostatnią próbą było użycie własnego topora do cięcia od góry w nadbiegającego rywala.
Nic to nie dało, gdyż Teena nadbiegała z jednej strony by uskoczyć w drugą, kiedy Niższy Hierarcha wypuszczał swój ostatni atak. Kiedy ten spudłował, grzmotnęła tarczą w bok twarzy nieumarłego. Nie udało jej się trafić na tyle mocno, żeby rozbić jego łuk brwiowy lub nos. Nie było krwi czy smoły. Jednak Fadir nie utrzymał swojej postawy odrzucony uderzeniem. Musiał asekurować się obiema rękoma kiedy upadał do tyłu. Wypuścił rączkę Feniksa z dłoni, a ten natychmiast wydostał się z jego nogi i wrócił do Teeny. Smoła leniwie zatoczyła się w dół nogi Niższego Hierarchy.
Logan Thackeray zakończył pojedynek.







Aurusa przeszył dreszcz. Faktycznie było zimno. Można było zabrać ze sobą coś więcej niż tylko płaszcz. Odetchnął głęboko i potarł dłonie o siebie, zyskując nieco więcej błyskawicznie uciekającego ciepła. Rozejrzał się wokół. Był zaledwie dwieście metrów poza zewnętrzną granicą twierdzy, a już ślady czyjejkolwiek obecności zaczynały zanikać. Pokryte śniegiem ścieżki, nieużywane od stuleci, ledwo odróżniały się od zwykłej, nierównej skalnej ziemi. Puchata kołderka sprawiała, że całe to pole bitwy, którym nieuniknienie stanie się Thunderhead wyglądało nawet niegroźnie. Przyjaźnie. Spokojnie. Niewinnie.
Niewielki podmuch wiatru smagnął elementalistę po twarzy. Język zimna natychmiast rozkazał Aurusowi zmienić kierunek marszu o kilkanaście stopni w lewo. Uniósł wyżej ramiona, żeby przysłonić nieco policzki przed przenikliwym mrozem. Faktycznie powinien był wziąć ze sobą czapkę tak jak radziła Annie. Wtedy nie trzeba byłoby się posuwać do tak drastycznych kroków jak wytwarzanie kulki ognia orbitującej wokół niego. Dzięki temu przynajmniej dało się wytrzymać na tej bezlitosnej zimnicy. Ale w czapce mu przecież nie do twarzy.
Kaszlnął i ruszył dalej, rozgrzewając ramiona szybkim pocieraniem ich dłońmi. Walka ze smokiem na pustyni przynajmniej nie sprawiała mu fizycznego bólu z powodu pogody. Potyczka w lodowatych warunkach Thunderhead ze smokiem może być niesamowicie trudna. Jeśli w ogóle dojdzie do walki. Moc którą dzierżył Kralkatorrik…
Nie. Nie czas o tym myśleć. Wyszedł się jedynie przewietrzyć. Ciągły kontakt z tłumami w twierdzy go męczył, a warta nie była żadnym odpoczynkiem. Nawet gorzej, była tylko większym wyzwaniem, bo musiał tkwić w jednym miejscu przez kilka godzin i jeszcze wyglądać względnego porządku. W środku nie było z tym problemów, ale na zewnątrz było już trudniej. O zwadę z brandem ciężko nie było, ale w tej chwili nie przynosiło to żadnych korzyści. Jedynie zmęczenie. Wybijanie w pył kryształowych sługusów smoka w oczach Aurusa przestawało mieć jakiekolwiek znaczenie. W jego opinii, Kralkatorrik wysyłał swoje wojska do walki nie po to by cokolwiek wskórały. Wszak, mógł tworzyć gigantyczne armię, a to z czym przyszło się mierzyć Paktowi to tylko niewielkie oddziały, czasem poprzeplatane jakimiś większymi jednostkami. To nie był pokaz siły. To nie był atak. Smokowi musiało zależeć jedynie na tym, aby trzymać wrogów w napięciu. Aby nie pozwolić nikomu nawet na chwilę odetchnąć. Nie dać się zrelaksować czy odpocząć.
Aurus lubił zawsze chadzać własnymi ścieżkami. Więc skoro Kralkatorrik przygotował dla niego taką drogę, człowiek natychmiast chciał zmienić jej kierunek. Nie mógł pozwolić, aby wola wroga tak po prostu się wypełniła. Zatrzymał się więc w miejscu i uśmiechnął nieco. Pora zrobić smokowi na złość. Zamknął oczy i… odetchnął lekko. W tej sekundzie nie musiał z nikim walczyć. Nie musiał przejmować się obowiązkami. Nie było potrzeby aby koncentrował się na tym, żeby przeżyć i zapewnić bezpieczeństwo innym wokół. Mógł po prostu zatrzymać się w miejscu i… nie myśleć. O niczym. Matho nie były w stanie tknąć żadne głębokie przemyślenia. Opróżnił całkowicie swój umysł wierząc, że to co właśnie robi zapewnia mu największą przewagę jaką jest w stanie sobie zagwarantować. Poczucie mocy było dla niego zawsze jak narkotyk, więc każda przewaga jaką mógł sobie stworzyć, zwłaszcza nad istotą tak potężną jak smok sprawiała mu niesamowitą przyjemność.
- Patrz Kralk… odpoczywam.
Ta krótka chwila oderwania się od myśli wszelakich, a zwłaszcza swoich własnych wystarczyła, żeby czyjeś inne, głośno wyrażane emocje wtargnęły na ich miejsce. Męski głos wydawał się bardzo podekscytowany, w czasie gdy kobiecy szybko tonował jego entuzjazm.
- To jej dzieło! To musi być jej dzieło. Nie ma nikogo innego, komu udałoby się wywinąć taki numer! – Mówił norn.
- Nikogo innego o kim byśmy wiedzieli. - Upomniała go asura. - A jeśli zakładamy, że jej faktycznie się powiodło, a Priory nic nie rozdmuchuje, to znaczy, że diabelnie dobrze się z tym ukrywała. Więc, jeśli uznamy historię tej asurki za prawdziwą, to istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że takich jak ona jest więcej, tylko ukrywają się zdecydowanie lepiej. Z resztą, czy nie odczulibyśmy efektów tego urządzenia, gdyby działało?
W trakcie gdy para rozmawiała, Aurus miał okazję rozejrzeć się wokół żeby odgadnąć z którego kierunku nadchodzą ich głosy. Wyciągnął z ust wykałaczkę i cisnął nią na lewo. Kawałek drewna zapłonął w powietrzu i nie miał już okazji dotrzeć do poziomu śniegu. Matho podszedł kilka kroków w stronę obelisku wystarczająco dużego, aby móc się o niego bezpiecznie oprzeć i dobrał kolejną wykałaczkę z niewielkiego pudełka w kieszeni płaszcza. Odwinął papierek i spopielił go prawie natychmiast, obserwując jak cienko odziany norn stara się nadążyć za maszerującą w kierunku twierdzy asurą wyglądającą jak stojak na płaszcze.
- Tego nie wiemy! - Odbił argument asurki. - To może być wszystko - inny świat. Inny wymiar. Inna rzeczywistość. Luka w historii, która gwarantuje nam, śmiertelnym, możliwość zmienienia oblicza otaczającego nas wszechświata. Bo jakim cudem Meffu mogła zobaczyć perfekcyjne odbicie naszego świata, które jednak zmienia bieg teraźniejszości. Historie, które idealnie się pokrywają, żeby w kluczowym punkcie zacząć prowadzić różnymi ścieżkami. I żadna z tych ścieżek się nie kończy! Obie prowadzą swoje własne szlaki, w których niegdyś identyczne podmioty nagle podejmują różne decyzje. Czy to nie wydaje ci się choć trochę ekscytujące? I widziała sto różnych wizji takich światów. Sto! A kto wie, może jest ich więcej.
Asura nie wydawała się idealnym towarzyszem rozmowy, gdyż przez cały czas kiedy norn wypluwał z siebie słowa żywo gestykulując, ona jedynie przebijała się przez złośliwie padający śnieg. Kiedy jednak wysoki mężczyzna przerwał na chwilę by złapać nieco powietrza, zatrzymała się jak wryta i obróciła do niego. Jej głos był wściekły w pierwszej sekundzie co Aurus wyczuł natychmiast.
- TO WSZYSTKO TEORIA! TYLKO… teoria. - Uspokoiła się. - Mamy dowody i pokrycie w dokumentach jedynie na to, że Meffu nigdy nie istniała. Nie ma Tyrii 33, Tyrii 34 i wszystkich tych durnych wymysłów. Inquest tworzył broń masowego rażenia. Każda historia byłaby świetną przykrywką, ale to jest ponad wszystkie trzeźwe przewidywania niemożliwe! Ale najważniejsze – choćbym chciała uwierzyć w to co mówisz – nie mamy dowodów. Nawet nie „dowodów” - dowodu. JEDNEGO. Nic. To tylko domysły, próżnostki, domniemania i jeśli mam być szczera, myślenie życzeniowe. Siedzisz nad tym już ponad rok i nie znalazłeś nawet jednego dowodu na istnienie wymiarów równoległych. JEDNEGO! Wszystko co masz to przemyślenia i wyedukowane zgadywanie. Owszem, logiczne, ale wciąż zgadywanie.
Norn choć większość czasu pochylał się dość wyraźnie, by głową być bliżej asury tym razem wyprostował się, a na jego ustach zagościł pewny siebie uśmiech.
- Mam jeden dowód.
Aurus odepchnął się od obelisku. Para nie oddalała się od niego, ale on musiał być bliżej. Zrobił zaledwie krok.
- Jaki? - Zapytała asura.
- Widziałem bramę. Wiem gdzie jest. Brama 71.
Aurusowi opadła szczęka. Wykałaczka wypadła z jego ust i po raz pierwszy nie spłonęła, a jedynie spadła w śnieg, pozostawiając ślad po obecności elementalisty na zewnątrz. Człowieka tak bardzo skupionego na rozmowie nieznajomych o tak bliskim mu wątku, że nie zwrócił uwagi na to, że nie jest już sam. Nie myślał wiele i zrobił kolejny krok w stronę rozmawiającej pary. Gdyby mógł, już byłby przy tej dwójce. Był jednak tak skupiony na śledzeniu każdego słowa tej dyskusji, że ten krok okazał się jego ostatnim zanim został zaatakowany od tyłu.

Strony: [1] 2 3 ... 10