Ostatnie wiadomości

Strony: [1] 2 3 ... 10
1
Historie Uzupełniające / Odp: Artefakty z ukrytej wyspy
« Ostatnia wiadomość wysłana przez ForestElf dnia Maj 29, 2020, 02:02:30 »
"Nie Otwierać"
Cytuj
Wiem że ta broń to czyste zło, że zwierzęta na wyspie szaleją przez jej destrukcyjny wpływ ale zrozumcie że to teraz najbezpieczniejsze miejsce dla tego  przedmiotu.
Obok krótkiej notatki znajduje się dziwnie napisany wiersz
Cytuj
Nadchodzę!
Ziemia drży!
A czarne słońce na niebie lśni
Nadchodzę!
Otrzyj łzy!
Gdy czarny księżyc na niebie lśni
Nadchodzę!
Pokaż Kły!
Gdy czarny miecz w twym ręku tkwi
Nadchodzę!
Siecz i Tnij!
By w czarnym kręgu na wieki śnić
2
Historie Uzupełniające / Odp: Artefakty z ukrytej wyspy
« Ostatnia wiadomość wysłana przez ForestElf dnia Maj 29, 2020, 01:44:10 »
"Radix diaboli-Korzeń Diabła"
Cytuj
Ta istota to jedno z największych wyzwań na jakie natrafił nasz zakon.Radix Diaboli to żywiący się każdym rodzajem żywej energii demoniczny byt który przybrał formę pnącza o fioletowych kwiatach.Kontakt nasion,pędów lub jakiejkolwiek innej części ciała człowieka lub zwierzęcia powoduje natychmiastową aktywacje rośliny.Zaczyna ona błyskawicznie kiełkować, zagłębiając swoje korzenie wgłąb ciała nieszczęśnika, wysysając z niego wszystko co tylko może, aż do momentu gdy korzenie dotrą do mózgu ofiary, wtedy przejmuje nad nim kontrole zamieniając go w bezwolną kukiełkę.Dodatkowo aby zwiększyć szanse na przetrwanie w przypadku przedwczesnej śmierci nosiciela, przystosowała się do żywienia się zwłokami,choć wydaje wtedy znacznie mniej nasion.W aktywowanej formie jest niezwykle odporna na obrażenia, na żywym nosicielu nie da jej się pokonać nawet ogniem, należy się jej jak najszybciej pozbyć, wyrywając ją z ciała razem z korzeniami, zanim te zagłębią się zbyt głęboko.Roślina ma swojego rodzaju świadomość zbiorową.Najważniejszy jest główny żywiciel którym żywi się roślina matka, to on jest wstanie wydawać rozkazy nowym sadzonką gdy te znajdą swojego żywiciela i przejmą nad nim pełną kontrole.Zagrożenie jakie niosą ze sobą te kwiaty sprawiło że poświęciliśmy większość naszych zasobów na znalezienie sposobu walki z tym chwastem.Rośliny macierzystej nie udało się nam zniszczyć żadnym sposobem dlatego uwięziliśmy ją w ukrytej krypcie, w nadziei że damy rade opracować skuteczny sposób na jej zgładzenie...Niestety nie wszystko poszło po myśli, próbowaliśmy oczyścić rośliny potomne z destrukcyjnego wpływu matki, w efekcie stworzyliśmy jeszcze bardziej oszalałą hybrydę która rozpełzła się po wyspie i położyła kres naszemu zakonowi...Wysłałem ocalałych uczniów na kontynent, zaś samą wyspę udało mi się ukryć przed wzrokiem niepokornych żeglarzy, nikt więcej nie postawi stopy na tej ziemi.................Poświecenie moich zmarłych towarzyszy nie poszło jednak na marne...miałem czas..dużo czasu na myślenie i prace...nauczyłem się na poprzednich błędach i udało mi się oczyścić Radix diaboli, jest kapryśna,naiwna ale potrafi niszczyć swoje rodzeństwo...pytanie tylko czy ktoś z tej wiedzy kiedykolwiek skorzysta skoro zostałem tu sam. ~I.V. 
3
Historie Postaci / Odp: Ogród
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Nisheera dnia Maj 29, 2020, 01:30:30 »
Spoiler: Krótkie wprowadzenie nr 2 • pokaż

Minął ponad rok od ostatniego opowiadania, ale do pewnych rzeczy warto czasem powrócić. Dziewczęta już poznaliście na eventach. Wprawdzie w uszczuplonym składzie, ale zawsze - jakoś. Stąd zrodziła się w mojej głowie ochota do powrotu do porzuconej historii, której tylko fragmenty gdzieś przemycałam podczas RP na spontanach.

Gwoli przypomnienia: czas wydarzeń to listopad 2018 - styczeń 2019, zanim Nisheera została Opiekunką Ligi, mniej więcej w czasie gdy w fabule przeprowadzaliśmy serię "Plaga". Od tego rozdziału fragmenty rozmowy Nish i Aeshri są osadzone w czasie przed pozostałymi wydarzeniami opowiadań



Rozdział trzeci
w którym Aeshri musi zdradzić jeden ze swoich sekretów, a Nish w słusznej sprawie sięga po alkohol


        Nish wpatrywała się chwilę w Aeshri bardzo przenikliwym spojrzeniem. Zazwyczaj niewielu wytrzymywało długo bez odwracania wzroku albo chociaż powiedzenia czegoś wymijającego, nie inaczej było tym razem.

        - No co tak patrzysz? Naprawdę nie wiem, co z Tulipan. Wiem tylko tyle, że z jakiegoś powodu ostatnio mnie ocaliła w swoim stylu, choć chyba po raz pierwszy nie wypełniła jasnego rozkazu tak do końca, jak się należy. Bo ona jest bardzo posłuszna Felvindowi. Jak jego wierny piesek - Aesh wywróciła ślepiami.
        - Doceniam szczerość, "Rycerzu Iskier" - Nish położyła większy nacisk na dwa ostatnie wyrazy, mimo, że uprzejmie skinęła głową rozmówczyni dało się słyszeć w jej tonie pewien przytyk. Nadszedł moment, na to, by delikatnie zaatakować rozmówczynię poznaną kilka dni temu informacją - Tym bardziej, że daję Ci nowe życie wśród osób, które kocham. Mojej rodziny.
        - Nie ma sprawy - Aesh zwyczajnie wzruszyła ramionami, ale nie spodobało jej się sprowadzenie rozmowy na te tory. Nabierając więcej ciasta rozejrzała się dyskretnie na boki i wróciła spojrzeniem na Nish. Zrobiła się bardziej uszczypliwa - Tak, nazywali mnie Rycerzem Iskier. Tak, było to jeszcze za czasów, gdy Felvind był Baronem. Służyłam mu jako jego osobista ochrona. Nie, nie rozdawałam ulotek rekrutacyjnych, nie organizowałam rajdów na wioski, nie zabijałam Śniących, a do tego przyłożyłam rękę do zabicia Hrabiny Phorii i rozpadu Dworu księżnej Mahamuyer. Jeszcze jakieś pytania?
        - Zabiłaś hrabinę Zatrucia...? - Nish mocno zaskoczyło, w jakim torze poszła ta rozmowa.
        - Tak. Połączyłam siły z Rycerzem Jadu, gdy Felvind stracił pazura i zapragnął wyrwać się z dworu. Zacząć coś nowego. Więc... Zrobiliśmy to. Razem. To też i to nie raz. Uwielbiałam jego podejście do Koszmaru. - przyłożyła dłoń do  serca. Mówiła dość cicho, acz rozglądała się czasem, czy nikt niepowołany nie stoi zbyt blisko stolika. Wydawała się mimo wszystko emanować  - Pełne wolności - chcesz to idziesz za nim, nie chcesz to trudno, bądź Śniącym, Niemym, cokolwiek, ale żyj. Nie jakiś pieprzony fanatyzm na siłę. Ale tak naprawdę... Między nami Ish, ja nigdy tego nie czułam.
        - Nie odwzajemniłaś tej miłości? - Nish delikatnie przekrzywiła głowę, ale miała bardzo ostrożny ton. Nie chciała zranić Aeshri, skoro ta zaczęła się przed nią tak otwierać. Różniły się, to prawda, ale rozmówczynię należało bardzo ostrożnie popychać ku kolejnym wyznaniom i brać poprawkę na jej uczucia. Nie chciała też się zdradzić z ewentualnym poddawaniem jej słów w wątpliwość i brakiem wiary w pełną jej szczerość.
        - Ach nie o to chodzi - wiedział na co się pisze spotykając się ze mną.  Obiecałam lojalność Felvindowi, więc to za nim poszłam wtedy. A na myśli miałam teraz, że... Ja nigdy nie czułam tego całego koszmaru, cholera, ja kocham przyjemności, uwielbiam gdy jest miło, absolutnie nie mam ochoty zasmradzać Snu tą całą negatywną otoczką. Życie dość kopie w dupę, by zobaczyć jego wszystkie kolory bez pomocy koszmarnych rytuałów Kruszynko, ale chyba nie muszę Ci tego mówić - widelczyk z nabranym fragmentem ciastka wylądował w końcu w jej buzi.

        Coś podpowiadało Nisheerze, że Aeshri mówi prawdę. Ciemnokora elementalistka była lekko zdenerwowana, ale mówiła o rzeczach, za którymi być może odrobinę tęskniła, a które chcąc nie chcąc nieco bolały. Wiele ze słów, które właśnie wypowiedziała mocno utkwiły w głowie Nisheery. Wróciło wspomnienie. Kopniak w nerki, powalenie, obrót, przyduszenie do ziemi, zablokowanie sprawnej ręki oponentki; powolne przysuwanie roziskrzonej błyskawicami dłoni w okolice mostka i pytanio-polecenie zawieszone w powietrzu: "Jakieś ostatnie słowa?". I jej odpowiedź, proste słowa, które sprowadziły Nish natychmiast do zdrowych zmysłów: "Najdroższa Matko [...]". To nie była łatwa sytuacja dla uzdrowicielki, ale okazała jej łaskę. Co więcej, teraz jej słowa o tym, że nie czuje takiego parcia na szerzenie koszmaru, to było coś... Niezwykłego i nieprawdopodobnego.  Nish starała się zdroworozsądkowo wziąć je na dystans i założyć, że Aesh mówi jej rzeczy, które sylvari chce usłyszeć, ale nie szło łatwo szczególnie z podszeptami intuicji.

        - Zacięłaś się Kruszynko? Mam mówić wolniej? - Aesh wycelowała w Nish widelczykiem. Już wyglądała i mówiła całkowicie normalnie, jakby chwilę temu nie powiedziała nic, co mogłoby zachwiać opinią Nisheery na jej temat.
        - Nie, nie, w porządku. - bladolistna zmieszała się odrobinę - Wybacz uszczypliwość i wątpliwości, ale to przez to, że nie chciałabym załatwiać Twoich osobistych porachunków z dziewczętami jak ślepe narzędzie, skoro idę tam głównie po to, by dowiedzieć się więcej. Nie oceniasz aby niektórych dziewcząt zbyt surowo? Choćby Aster.
        - Ach, Aster... No dobra, może faktycznie przesadziłam - Aesh rzuciła niefrasobliwie. Nish po tych słowach wewnętrznie umarła na chwilę tym bardziej że piromanka zasugerowała, że mogła maczać palce w jej "śmierci", ale Aesh niezrażona kontynuowała - Aster jest... Była świetną łuczniczką i technikiem. Wlazłaby dosłownie wszędzie, ale gdy oberwała na jednym zadaniu solidnie w nogę, a noga źle jej się zrosła to zmieniła się nie do poznania. Faktycznie dalej gra na instrumentach, wydaje się być życzliwa, pogodna, ale pcha się do centrum uwagi i chce być gwiazdą. Nawet myślałam, czy nie chce iść do uzdrowiciela z tą nogą dlatego, że jak się wyleczy to wszyscy przestaną wokół niej skakać? - Aesh wzruszyła ramionami - Startowała do Felvinda i też chciała wydrzeć nieco uwagi Mistrza dla siebie. No i zdecydowanie liczyła na adorację z jego strony. Ja jestem gotowa na dzielenie się, ale Aster nie do końca - wymaga absolutnego niepodzielnego podziwu i kocha flirt. Nie raz nie dwa z tego powodu się pokłóciłyśmy. Ona i te jej przyjaciółeczki potrafiły uprzykrzyć życie, kiedy nikt nie patrzył.
        - A jaka była przed kontuzją nogi?
        - O, odpalił Ci się tryb-uzdrowicielka? - Aesh należała do dość bystrych i domyślnych, mimo że nie znały się z Nish długo - Powodzenia w namawianiu jej na leczenie. Jest strasznym uparciuchem. Ale odpowiadając na Twoje pytanie... Aster była dziewczyną do tańca i wygłupów wtedy, kiedy można było i czuła się komfortowo, a kiedy trzeba było potrafiła się skupić na zadaniu. Pamiętam do dziś drinki z lodem, limonką, białym rumem i miętą, jakie namiętnie pijałyśmy, gdy miała dobry humor i zanim mi się naraziła. Oddana swojej sztuce, niekiedy potrafiła z Lawendą snuć pieśni bez końca póki palce nie zaczynały  krwawić od strun, a głos chrypieć. Kiedy ostatni raz tam byłam to... Aster mało śpiewała. Mało wymyślała w dołku artystycznym. Stała się uszczypliwa, wredna i zgryźliwa wobec mnie razem ze swoimi koleżaneczkami uprzykrzając mi życie, a do Felvinda szczebiotała jak kocica w rui.
        - Mhm... - Nish potarła w namyśle brodę. To co mówiła Aesh mogło być użyteczne. Niekoniecznie ten fragment o ruji. Kelner akurat podchodził do ich stolika, zatem kolejne pytanie musiało moment zaczekać.




        Nish już z lżejszym sercem przeszła przez wejście do "Mogiły". Wczorajsza rozmowa z Aeshri dała jej więcej, niż mogłaby sobie życzyć. Nieco nadziei i większej pewności, gdy wchodziła do tej paszczy piaskowego lwa, mimo licznych ostrzeżeń, które otrzymała od sylvari. Teraz obydwie czekał sprawdzian - Aesh na nieznanych ziemiach z grupą całkowicie obcych osób, Nish - w całkowicie obcym towarzystwie, w którym jednak nie była aż tak anonimowa. Nish jednak zamierzała zabrać się do sprawy wolniej niż początkowo chciała - zamierzała poznać każdą z dziewcząt z osobna i dać też szansę Rucie, a także zrozumieć, co się wydarzyło w tym miejscu, czemu tak to wygląda, dlaczego choć w Ogrodzie kwitnie wiele kwiatów, tylko mała ich część jest członkiniami i czy... Którakolwiek z dziewcząt ma tak jak Aeshri i w ogóle jak to możliwe, że Aesh taka jest mimo wielu lat w takim środowisku.
        Po całej tej rozmowie uzdrowicielka zdała sobie sprawę, że nigdy nie negowała Koszmaru samego w sobie, chyba że w ogromnym gniewie. Negowała za to okrucieństwo, fanatyzm i tortury. Negowała marionetkarzy, a nie marionetki. Stąd brała się jej cała nienawiść, zrodzona z bezsilności i złości, podsycana coraz to dramatyczniejszymi przypadkami, z którymi musiała sobie nie raz radzić w lecznicy w Gaju. Po rozmowie z Aesh nadzieja rozkwitła w jej sercu, przeganiając gdzieś mrok który je spowił z powodu jej niewiedzy, zbyt szybkiego osądu i goryczy. Naiwnie uwierzyła, że pośród ogrodu cierni odnajdzie piękne, żywe kwiaty, które zasługują na życie, a nie karę, którą musiałaby spróbować wymierzyć ze smutkiem. Zdawała sobie sprawę, że ten świat ma zdecydowanie więcej cieni niż blasków, a często biały i czarny to tylko jaśniejszy lub ciemniejszy szary - nigdzie nie było istot idealnych więc chciała zrozumieć, pojąć, dać szansę. Napędzana tą samą myślą, która ukuła ją kilka dni wcześniej - czym różniłaby się od Koszmarytów, gdyby przyjmowała ich metody krzywdząc i zabijając w zaślepieniu własnych domysłów i założeń o słabych podstawach, przystąpiła do akcji, która miała jej pomóc przejrzeć na oczy.

        Ruta czekający w przedsionku głównej sali podniósł się na równe łapy na widok Nisheery. Szczeknął ostrzegawczo i obwąchał sylvari dokładnie; Nish nie śmiała drgnąć. Mimo, że zwierzę nie zjeżyło się pojęła, że musiał wyczuć znajomą woń, szczególnie, że siedząc przed nią wąchał okolice ramion i szyi Nisheery, pamiętające pożegnanie z nader wylewną Aesh w Divinity's. Prysznic i noc najwyraźniej nie zdołały zmyć poklepywań, przytulania i niespodziewanego wzruszenia. Dzięki niech będą Matce albo z uwagi na to, że działo się to w ludzkiej stolicy - Bogom - że nikt znajomy tego nie widział. Ruta szczeknął dwukrotnie, zakręcił się wokół Nish i bez zrozumienia spojrzał na nią, wbijając ponownie nos w poprzednie miejsce. Stworzenie lekko naparło na te miejsce popychając Nish w tył i zamachnęło ogonem.
        - Ruta... Prze-estań, to łaskocze! - sylvari aż pisnęła. Nie żeby nie była odważna, ale te miejsce było naprawdę wrażliwe, co więcej Ruta mógłby jednym kłapnięciem szczęk ją zabić w tej sytuacji i żadna magia lecznicza by jej nie pomogła.

        - Co się dzieje?! - do przejścia wbiegła Gladiola. W ręku miała już swój miecz, ale zatrzymała się przed dekapitowaniem kogokolwiek. Spojrzała na sytuację i nieco ochłonęła, zaskoczona - Co Ty mu zrobiłaś? Reaguje na Ciebie niemalże jak na Piwonię, która wraca z dłuższej misji.
        - Ja.. Nie wiem, weszłam tutaj i on już tak... - Nish spróbowała się cofnąć o krok, ale Ruta najwyraźniej wziął to za hasło, by pójść za Nish. Gdy stał, z uwagi na swoją wierzchowcową wysokość w kłębie wydawał się jeszcze straszniejszy.
        - Hm. Wchodź. Wygląda na to, że nie zrobi Ci krzywdy bez komendy - Gladiola spróbowała się uśmiechnąć, ale słabo to wychodziło. Jeszcze była zła na Nish z uwagi na poprzedni pojedynek, ale Felvind musiał ją udobruchać. Chyba trafiła do niej jego bajeczka o medyczce spełniającej ostatnią wolę Piwonii.


        W towarzystwie Ruty i Gladioli, Nish trafiła do głównego pomieszczenia Mogiły, dziś bardzo opustoszałego. Znajdowały się tutaj jedynie Aster, Lawenda i Tulipan; dwie pierwsze wróciły do gry na instrumentach skoro nic się nie działo, zaś fioletowokora Tulipan wydawała się być zaalarmowana, szczególnie widokiem dosłownie przyklejonego do Nisheery.

        - Ruta, fe. Zostaw - Tulipan zrugała ogara. Stworzenie wcześniej z ogonem wysoko w górze natychmiast usiadło podkulając ogon. Sylvari wróciła wzrokiem do Nish, która mogła w końcu odetchnąć głębiej oraz do Gladioli - Gladiolo, upewnij się że wrota są dobrze zamknięte. Różo, Felvind wlaśnie wypoczywa, zatem nie radzę go niepokoić, ale dam mu znać że jesteś tak prędko jak to możliwe. Witaj ponownie w naszych skromnych progach. Właściwie to czuj się jak u siebie, teraz to też Twój dom. Zjesz coś? Napijesz się czegoś?
        - Nie, dzięki. Jadłam u siebie. Pomyślałam że wpadnę, że załapię się na koncert Aster i Lawendy. Jakoś... Wcześniej po tym wszystkim miałam zbyt skołotane nerwy na muzykę. - zerknęła krótko na Gladiolę, gdy ta odchodziła i już była poza zasięgiem słuchu - Choć w gruncie rzeczy... Może później się napijemy w szerszym gronie? Mam ochotę na mohito, przyniosłam rum i świeżą miętę oraz limonkę - dotknęła swojej torby. Szkło zadzwoniło przyjemnie sugerując, że na pewno jest tam butelka i coś więcej.
        - To nie do końca mój trunek i mój sposób na rozrywkę - Tulipan uniosła dłonie w obronnym geście - Ale Aster na pewno będzie chętna. Jakbyś czegoś potrzebowała to daj znać.
        - Oczywiście. Twoja gościnność jest czymś bardzo miłym z Twojej strony, trochę pomaga się to odnaleźć - Nish skinęła delikatnie głową Tulipan. Krótko zerknęła na Rutę i aż się jej zrobiło żal ogara. Mimo to ruszyła w stronę Aster i Firletki.


        Dziewczęta siedziały na kocach. Lawenda przygrywała na harfie, zaś Aster - na lutni. Szarpane struny obu dobrze nastrojonych instrumentów wydawały śliczne dźwięki, zgrywające się ze sobą harmonijnie w całkiem przyjemnym dla ucha utworze, którego podchodząca Nish nie kojarzyła. Raz dziewczęta uderzały w wyższe tony, raz w niższe dźwięki. Melodia nie urwała, się, nawet gdy przyuważyły uzdrowicielkę, tylko ciągnęła się dalej, acz ciszej. Lawenda mocno się jednak speszyła i szarpnęła za złe struny, myląc się i później znowu i jeszcze raz. Pociemniała na policzkach.

        - R-r-róża. - Lawenda skinęła jej głową witając się. Jakby nie było tego widać wystarczająco, to jej zawstydzenie było wręcz przytłaczająco silne.
        - Och. Kopnął nas zaszczyt - Aster wymierzyła kuksańca Lawendzie - Zachowuj się moja droga. Legenda ożyła. A ja niedawno miałam okazję ubierać tę legendę. Swoją drogą kochana, powinnaś częściej nosić takie eleganckie ubrania. Byłoby Ci ślicznie w dekoltach - zwróciła się do Nish i mrugnęła do niej. Wydawała się być życzliwa.
        - Dziękuję, ale na razie nie zanosi się. A wy prześlicznie gracie. Wybaczcie, że nie pogratulowałam po pogrzebie pięknego akompaniamentu, ale byłam odrobinę… Przytłoczona. Przyniosłam przeprosinowo komponenty do mohito.
        - Mohito? Czytasz mi w myślach kochana. Lawenda, odkładamy instrumenty. Pijemy. Wyluzowałabyś, ona już jest swoja. Chrzanić to, że zakładałam się, że przegra z Gladiolą.
        - Um.. Alkohol? Nie wiem czy powinn… - Lawenda umilkła, widząc spojrzenie Aster. Lekko się skuliła - Dobrze, napijmy się.
        - Nic się nie stało, sama pewnie też bym robiła zakłady. - Nish uspokoiła Aster; podobnie uspokajającym tonem zwróciła się do Lawendy - Spokojnie, nic na siłę. Mogę też zaparzyć herbatę...
        - Ach, herbata. Lawenda, musisz się rozerwać czasem. Dawaj te mohito. - Aster ucięła rozmowę natychmiast. Szklanki, magia lodu Nish, limonki i rum poszły w ruch.




        Po niecałej półtoragodzinie flaszka nie była jeszcze pusta, ale towarzystwo do picia było już niepełne. Lawenda drzemała pod drzewem, wcześniej najwyraźniej miała swój powód by odmawiać alkoholu - bardzo słabą głowę. Aster, chyba kompletnie odzwyczajona od częstego picia była mocno wstawiona, zaś Nish słabiej - trzymała się nieźle, głównie dzięki kreatywności w rozlewaniu trunku. Wcześniejsze rozmowy toczyły się praktycznie o niczym - o pogodzie, o muzyce, o instrumentach, pośladkach samców odwiedzających zazwyczaj Ogród. Mówiła przede wszystkim Aster - Nish zaś potakiwała, reagowała żywo na wszystko co sylvari mówiła darząc ją niepodzielnym zainteresowaniem od momentu w którym Lawenda odpłynęła i zdążyły ją ułożyć wygodnie. Uzdrowicielka nie chciała niczego przyspieszać, ale wyglądało na to, że nie musiała.

        - Ale Ty jednak jestesz fajna, wiesz? - Aster lekko złapała Nish za przedramię. - Bo ja myszlałam, że przyjdziesz i będżesz gwiazda. A tu proszę. Jak swojaczka. Przychodzi. Dba o nasz. I jeszcze nawet Gladiolkę naszą narwaną traktuje jakby nic się nie stało…!
        - Asteer. Weź no przestań, gdzie ja, gwiazda. To wy jesteeście tu gwiazdy! - Nish umiarkowanie przeciągała samogłoski. Co jak co, ale uznała, że nie ukrywając, że jest lekko wstawiona wyda się bardziej szczera - Czemu nie występujesz na wielkich scenaach?! Masz głos i talent dziewczyyno.
        - Aach. - Aster uciekła wzrokiem w górę - Chciałabym. Ale wszystko sztracone kochaaana. Jestem szkazana na te miejscze. Nigdzie mnie nie zechcą.
        - Ale jak too? Ja wierzę w wolność jednostki! - Nish uniosła palec wyżej.
        - Słuchaj… Ja najpierw byłam Ogrodnikiem. Technologiczną! Ale potem pokochałam śpiew, byłam wielka, mogłam być wielka. Śpiewałam głównie w Gaju. Kochali mnie, wiesz? Nazywałam się… Nieważne jak się nazywałam. To nie wróci. Ważne, że tamtego dnia jechałam do Mabon na koncert. No i wtedy już się szkończyła wolność jednostki.
        - Kooszmaryci? - Nish spytała z wyraźnie słyszalnym smutkiem.
        - Tak… I wtedy szysko zostało przekreślone. Ja pamiętam… I już nie trafiłam na konczert. Tylko do kokonu. Jednego, drugiego. Sztraciłam rachubę. A potem Felvind dał mi dom. Grono szłuchaczy - wskazała wokół - Więczej nie mogę chczeć.
        - Oj, Asteer… - Nish delikatnie poklepała sylvari po ramieniu - Czy masz napisane na czole, kogo z Ciebie zrobili? Czy każdy wszędzie to zobaaczy?
        - Ale ja nie mogę! Nie sz tako nogą i... Szłabym repertuarę. I w tych łachach, och, kiedy ja miałam ostatnio nową szuknię! Zresztą, Felvind by nie chciał żebym stąd odeszła.
        - Na Felvinda nie pooradzę, ale Aster, jedno słowo i jak wytrzeźwiejemy, zajmę się Twoją nogą. Będzie jak nowa w mniej niż tydzień. Ile się już tak męczysz?
        - Z szezon będzie… Może dłużej. Ale sztraciliśmy naszego medyka, no nie było jak. A wcześniej to… No myszlałam, że się zagoi samo dobrze - westchnęła. Przejechała dłonią po twarzy - Ja szię boję. Boję szię jak cholera.
        - Czego, Aster? - Nish polała jej kolejnego drinka. Powoli przysunęła w jej stronę szklankę, bezbłędnie formując jeszcze kostki lodu między palcami by uzupełnić mohito. Obserwowała przy tym uważnie dziewczynę. Nie była pewna, czy to nie jakaś bajeczka, ale przez cały czas dbała o to, by Aster czuła się rozumiana, słuchana i podziwiana za swój kunszt, a do tego by ją zapewnić, że nie zamierza odebrać jej blasku i uwagi. Sylvari nie miała powodu, by jeszcze bardziej kupować uwagę Nisheery wymyślonymi historyjkami, zresztą była pijana. To ostatecznie utwierdziło Nish w przekonaniu, że powinna jej uwierzyć.

        - Dżękuję, kochana. - różowokora dosunęła sobie drinka. - Boję się, że jak to ruszę to już nigdy nie sztanę na nogi. To ja już wolę kuśtykać.
        - Asteer, mam ogromne doświadczenie. Podejmę się tego, jak pozwolisz. Leczyłam w szpitalach polowych. W Askalonie, w Elonie, nawet w lecznicy w Gaju. Wszystko. A źle zrośnięte nogi naprawiałam niezliczoną ilość razy. - Nish uderzyła się w pierś. Gdy poważniała, jej głos wracał do normy - Może nie mam 15 lat praktyki, tylko 6, ale możesz mi zaufać.
        - Tej Elonie z pieśni “Elońskie dziewczyny”?! - Aster ewidentnie najbardziej zainteresowało to zagadnienie - “Żegnajcie nam dziś, elońskie dziewczyny. Żegnajcie nam dziś…”
        - “Marzenia ze snów. Ku brzegom Kryteńskim już ruszać nam pora, lecz kiedyś na pewno wrócimy tu znów” - odpowiedziała Nish, skinąwszy głową, przytakując. Upiła swojego drinka - Mogłabyś zobaczyć te Elońskie dziewczyny i chłopaków na własne oczy i nie tylko. Oczywiście, nie na stałe. Jak życzysz sobie zostać tutaj - w końcu to Twój dom - możesz przecież zawsze po wycieczce tu wrócić.
        - Nie mogę. Przecież mnie szukają. Ale… - wpatrywała się w Nish ogromnymi oczami - Ty. Opowiedz, jak ształaś się medyczką. Ja powiem, czy się zgodze na leczenie. Tylko szczerze! Bo ja widzę takie rzeczy.

        Nish absolutnie nie wiedziała kto szuka Aster i za co, ale obiecała sobie poruszyć ten temat później. Tym bardziej, że usłyszała kroki za sobą. Gdy się obejrzała, przyuważyła Felvinda pchanego na wózku przez Tulipan. Dwójka zatrzymała się opodal.
        - Chciał Cię ujrzeć, Różo. Mamy sprawę… - Tulipan zaczęła tłumaczyć, ale Aster zaraz jej przerwała:
        - Szwietnie! Trafiliszcie na opowieść Róży jak została medykiem! Felvind ma siedzenie najlepsze w całym Maelstrom, a Ty Tulipan siadaj, siadaj!
        - To na pewno będzie ciekawsze. Nasza sprawa może poczekać. - Felvind przyzwalająco skinął głową. Tulipan mimo niezbyt zadowolonej miny usiadła obok Aster i zerknęła na Nish, a do gromady zbliżył się też Ruta, który położył się w pewnej odległości od nich.
        - Więc… Z technologią do końca mi nie wyszło, to kosztowna dziedzina - krótko zerknęła na Felvinda. Była świadoma, że opowiadał dziewczętom, że jego “Róża” opuściła go by podążyć za zewem technologicznym i uznała, że jak przyzna się do porażki wpłynie to tylko korzystnie na jej postrzeganie. - Zajęłam się zgłębianiem tajników medycyny tradycyjnej i alchemii.Tak naprawdę poważnie wszystko zaczęło się od.. Przelotu Shatterera nad Ebonhawke. Stacjonowałam wtedy z popielcami w Posterunku Martwego Ostrza na północ od miasta… - nie dane jej było dokończyć. Aster ożywiła się:
        - Zaraz, z TYMI popielcami? Stacjonowałaś?!
        - Byli moimi przyjaciółmi. Była to banda Krwawego Legionu, banda Smoka - taką mieli nazwę, byłam przy nich dlatego, że czułam, że mogę się im przydać. W każdym razie, gdy Shatterer przeleciał nad ludzkim miastem pełnym cywili, nie mogłam stać z założonymi rękoma - ruszyłam w drogę. Przyjaciele zrozumieli ten zew, który pchał mnie do miasta, nie zatrzymywali mnie choć było to niebezpieczne. Po drodze minęłam jednak kogoś nieznajomego, komu nie zdołałabym pomóc. Widziałam, jak piętno smoka pokrywa ciało, zmuszając je do tego, by stało się więzieniem dla umęczonej zbolałej duszy. Przyspieszyłam kroku, nie potrafiłam przerwać jego cierpienia, bałam się. Naiwnie postanowiłam, że już nikt nie będzie tak cierpiał, by później gdy dotarłam do miasta… Porzucić tę myśl. Widziałam, jak składano już martwych ludzi na kilku stosach. Wspólna mogiła by ich nie pomieściła, a nie wiadomo było, czy któryś z nich nie ma w sobie odłamka, który przemieni go w sługę Kralkatorrika. Różowawy kurz pokrywał twarze ludzi, z których większość nie przejęła się tym, że przyszedł ktoś nowy. Dotarłam do stanowisk aptekarzy, medyków, szybko organizujących szpital polowy na Rynku. Potrzebne były każde ręce zdolne do pomocy - przydzielili mnie do zespołu kierowanego przez ludzką kobietę o imieniu Britt i zaczęło się. Opatrywanie, proste operacje pod okiem bardziej doświadczonych, a także te bardziej wymagające. Pracowałam bez wytchnienia innego niż te najbardziej konieczne. Rzucona na głęboką wodę. - przez całą opowieść ani raz głos Nish się nie załamał. Mówiła poważnie, bez zbędnych emocji innych niż te konieczne. Pogodziła się z tą przeszłością, nie mając nikomu, ani niczemu za złe, że tak to wyglądało w jej przypadku. Głównie zwracała się do Aster, ale czasem umykała wzrokiem na Tulipan i Felvinda.

        - Co w tym było najgorsze? - Aster nie pozwoliła ciszy zapaść na zbyt długo. Ruta postawił uszy.
        - Okropny odgłos piły tnącej kość - zupełnie, jakby właśnie cięła na drobne kawałki czyjąś przyszłość. A potem... Zabandażowane kikuty. I te dygotanie całej siebie, którego nie można było nikomu pokazać, bo trzeba było być twardym. To była sześciolatka ze zmiażdżonymi nogami. Ja przeprowadzałam zabieg. Ja postanowiłam, że nie poddam się przy jakichkolwiek nogach, póki jest nadzieja. Amputacja to ostateczność. - głos Nish zyskał na stanowczości
        - Wiesz Różo… Podjęłam decyzję. Miałasz rację. Dasz radę. Żoperuj moją nogę. Najszybczej jak szę da - Aster rzuciła całkowicie poważnie. Nietrzeźwa, ale poruszona opowieścią, szczera w swojej prośbie. Wszystko wskazywało na to, że Aeshri oceniła ją zbyt płytko i surowo.
        - Dobrze. Przygotuję Ci miejsce w lecznicy, w której pracuję najwcześniej na jutrzejsze popołudnie - Nish powstrzymała odetchnięcie ulgi; zachowała spokój, niestety nie było jej to dane na długo. Felvind chrząknął niezbyt zadowolony i rzucił stanowczo:
        - Jakakolwiek operacja  będzie musiała mieć miejsce tutaj. Ustalimy szczegóły z Różą na osobności. Zapraszam za mną, Uzdrowicielko.

        Aster spojrzała nieco spanikowana na Nisheerę, jakby coś właśnie przeskrobały zaś Tulipan podążyła za Felvindem, by popchać jego wózek. Obejrzała się na bladolistną ponaglająco, zatem Róży nie pozostało nic, poza pokazaniem Aster “okejki” i posłaniem jej pokrzepiającego spojrzenia, przed podążeniem za dwójką do gabinetu. Kłamstwem byłoby jednak rzec, że słowa Felvinda jej nie wzburzyły. Bardzo nie lubiła osób niezwiązanych z medycyną, które mądrzyły się bez rozeznania tematu. Po drodze Nisheera rozejrzała się wokół z powątpiewaniem. Do dyspozycji miała gładki kamień pełniący rolę stołu, symboliczne bądź niesymboliczne nagrobki, trawę, wydeptane ścieżki i w końcu gabinet Felvinda, w którym co najwyżej miejsce było dla kurzu i książek, a nie dla lecznicy. Oświetlenie jakie miała do dyspozycji to niebieskie słabo świecące lampy oraz lampiony. Leczyła wprawdzie w gorszych warunkach otwarte rany, przy świście pocisków z góry i hałasie artylerii w oddali, przy wszechobecnym pyle i chaosie bitwy, ale tu chodziło o ranę starą i o dziewczynę której bez problemu można by zapewnić lepsze warunki, bardziej komfortowe i dla niej jako przyszłej dochodzącej do siebie pacjentki i dla medyczki, która podejmie się tego przypadku. Dlatego też, ledwo Tulipan opuściła gabinet, Nish skupiła część wysiłków by nie zmieszać kaleki z błotem i czekała uprzejmie, aż eks mentor podejmie temat.

        - Wyczuwam Twoją irytację, Różo. Gniew jest uczuciem, które raczej nas zaślepia, zamiast pozwolić nam lepiej widzieć całą sytuację, czyż nie? Przypominasz mi odrobinę Piwonię, choć jej irytacja była dzika, ognista, pełna emocji i wybuchów. Twoja to nieposkromiony mróz, przed którym nie da się ukryć; choć nie widać go gołym okiem, to go czuć. Przeszywa aż do kości i nie wiadomo, w którą stronę umknąć. Odrzuć go, bo inaczej nie zdołamy pomówić o przyszłości Aster. - Felvind nie dał jej długo czekać - podjął temat ledwo za Tulipan zamknęły się drzwi.
        - Jestem spokojna. Lecz nie potrafię spokojnie podejść do Twojej decyzji o przeprowadzeniu operacji Aster tutaj i poddaję w wątpliwość Twoją wiedzę z zakresu medycyny i oceny ryzyka w takich kwestiach - Nish wzięła głęboki wdech i uśmiechnęła się profesjonalnie, acz wymuszenie.
        - Za to ja nie poddaję w wątpliwość Twoich umiejętności. Świetnie sobie radzisz. Chwila i Ruta Ci zaufał - już teraz chodzi za Tobą jak wierny pies, pewnie jadłby Ci z ręki. Mniej niż godzina rozmowy nawet nie na temat i przekonałaś Aster, by dała się wyleczyć, co nie udało się do tej pory żadnej z dziewczyn. - Felvind ewidentnie chwalił podopieczną. Mimo świszczącego oddechu miał miły i głęboki tembr głosu, uspokajający i nawet nieco usypiający. Nish naprawdę zaczęła się uspokajać pod jego wpływem  - Niezwykła z Ciebie osoba, moja Różo.
        - Wychowuję dwa paprotne ogary, Ruta pewnie wyczuł zapach któregoś z nich, a Aster przekonałam, bo jestem uzdrowicielką i nie robiłam tego pierwszy raz - Nish kompletnie nie potrafiła reagować na komplementy, ze względu na swoją skromność poczuła się nieco mniej pewnie. Stępiło to jej pazury. Zaskoczył ją, inaczej się przygotowała na kolejne konfrontacje z nim po poprzedniej rozmowie, choć znów przyjął bardzo uległą postawę. A może to były tylko pozory?
        - Nie możesz mieć tak niskiej samooceny. Przyznaj czasem, sama przed sobą, że jesteś świetna. - Felvind splótł palce w piramidkę i oparł się o nią. Uśmiechał się delikatnie do sylvari, która nie wyczuła od niego ani krztyny gniewu. Była skłonna mu uwierzyć, nie podważać jego czystych intencji, niemniej… Sprawa była zbyt ważna. Nie mógł jej rozpraszać pochlebstwami. Po drugie miała pełną świadomość, że siedzi przed kłamcą, który zlecił jej zabójstwo Piwonii, a resztę przekonał, że próbowała ją ocalić, a w Ogrodzie pojawiła się spełniając jej ostatnią wolę. Musiała to uciąć, bo od pochlebstw zaraz zacznie jej się odbijać.
        - Nie martw się moją samooceną. Przyznaję. Jestem dobrym uzdrowicielem, dlatego chciałabym wykonać zabieg Aster w odpowiednich warunkach z odpowiednim sprzętem. - spróbowąła ugryźć temat z innej strony.
        - Opowiedziałaś nam właśnie świetną historię ze szpitala polowego. Możesz być skuteczna również tu, tym bardziej, że pod opieką będziesz miała tylko jednego pacjenta. - słowa Felvinda wwiercały się w głowę, tym bardziej, że miał rację. Przecież naprawdę dałaby radę.
        - Czemu odmawiasz mi zabrania jej do lecznicy w Gaju? Tam sytuacja byłaby pewniejsza. Zawsze ktoś pełniłby dyżur. Miałabym wszystkie leki i opatrunki pod ręką. Czyste posłania, ciszę i spokój. - Nish przeciwstawiła się znów, acz nie z taką mocą jak na początku. Wszystko w niej krzyczało, że musi odseparować na chwilę Aster od grupy, dowiedzieć się, co jej zagraża, czemu czuje się tu tak przykuta, ale z drugiej strony nie mogła przeciągać struny już w pierwszym tygodniu.
        - To druga sprawa, jaką chciałem poruszyć. Nie chciałbym słyszeć, że namawiasz dziewczyny do opuszczenia tego miejsca. Nie są bezpieczne dla otoczenia. Pamiętaj, że są koszmarytkami. To, że Tobie się udało, nie znaczy, że one bez jakiegokolwiek nadzoru sobie poradzą w świecie. Mam pewność tylko co do Bez i Tulipan... I Ciebie. Dlatego albo zoperujesz Aster tutaj, albo wcale. - Felvind był nieugięty.
        - Chcesz mi powiedzieć, że dziewczyny zajmujące się “rekrutacją” są przykute do “Mogiły”? - Nish nie dała się i tym razem oczarować jego przekonującemu głosowi. Nie trzymało jej się to kupy.
        - Póki nie skończy się ich trening - tak. Aster jest niebezpieczna. Źle znosi traumę, byle co może ją wytrącić z równowagi, a wtedy czekałoby ją tylko więzienie Wardenów. Dlatego zakazuję Ci prowadzenia podobnych rozmów, to się źle skończy jak Cię posłuchają - ton Felvinda uległ zmianie na pełen nacisku - Potrzebuję Twojej decyzji. Operujesz tutaj, czy Aster ma pozostać kulawa?
        - Jeżeli to jedyna możliwość… Przyniosę swój sprzęt. Zacznę jutro.
        - Dobrze. Zanim pójdziesz Tulipan pokaże Ci miejsce, w którym będziesz miała dobre warunki.


        Jakkolwiek by się nie przeciwstawiła, wiedziała jednak, że nie przekona sylvariego. Nie chciała się zdradzić z nieufnością, więc po prostu skinęła głową, zgadzając się na warunek. Co jak co, ale potrzebowała życzliwości i zaufania Felvinda, skoro przeprowadzała śledztwo. Całkowicie sama. A jej przyjaciele, nieświadomi niczego wykonywali misję w odległej Elonie, w razie jej porażki w tej sprawie dowiedzą się zdecydowanie za późno.
        Nish nie wyobrażała sobie Aster, która mogłaby celowo skrzywdzić innych, chyba że technologią sylvari użytą w nieodpowiedni sposób. Przez ten moment, w którym prawdziwą twarz dziewczyny miał jej pomóc dostrzec alkohol zauważyła w niej wrażliwą artystkę, tęskniącą za sławą, którą jej odebrano nim zdążyli o niej usłyszeć w różnych miejscach. Dla Nish faktycznie momentami jej gra brzmiała jak rzępolenie, ale uzdrowicielka nie była wrażliwa na muzykę - była za to czuła na prawdziwą, nieudawaną pasję, a Aster szczerze kochała grę na instrumentach i śpiew. Na scenie czułaby się jak ryba w wodzie, a obecnie była rybą w zbyt małym zbiorniku, w którym nie zdołałaby się nawet obrócić. Ograniczano wolność dziewcząt. Choć może… Felvind naprawdę miał ku temu powód? Może naprawdę należało trzymać je z daleka od świata?
        Uzdrowicielka jednak nie pozwoliła wątpliwościom pojawić się na jej twarzy. Ani gdy żegnała się z Felvindem, ani gdy Tulipan prowadziła ją do miejsca w którym przyjdzie jej nazajutrz wykonać zabieg.




        Zabieg miał się odbyć w wyczyszczonym przez dziewczęta pomieszczeniu na drugim końcu “Mogiły”, w głębi, które wcześniej robiło za pracownię technologiczną, pełną różnych słojów, donic i próbek roślin. Spory i solidny stół warsztatowy dokładnie odkażono i dla pewności jeszcze obłożono czystym prześcieradłem przyniesionym przez uzdrowicielkę. Nish prosiła o asystę - z jakiegoś powodu do pomocy zgłosiła się Lawenda oraz… Mak. Obie kandydatki na pomoc medyczną - dziewczę, które bało się własnego cienia i oderwana od rzeczywistości ćpunka - niezbyt leżały Nisheerze, ale nie zamierzała ich natychmiast skreślać, tym bardziej, że Aster cieszyła się z ich obecności, wciąż jeszcze przytomna.

        Od czasu pierwszej amputacji, jaką musiała przeprowadzić, bardzo bała się utraty nogi lub jakiejkolwiek innej kończyny w całości. Utrata nogi lub ręki przekreśliłaby prawie wszystko - jej pracę uzdrowicielki, szczególnie w szpitalach polowych, gdzie nikt nie mógłby jej pomóc się przemieszczać albo opatrywać rannych, bo każdy miałby pełne ręce roboty, jej pasje takie jak latanie na lotniach i kitesurfing, jej karierę najemniczki. Odebrałoby jej możliwość cieszenia się z jazdy na wierzchowcu. Łapanie wiatru w pnącza i liście, może nawet czarowanie. Dlatego też odkąd pamiętała, naprawdę robiła wszystko, co w jej mocy by nikt nie musiał cierpieć w taki sposób - zgłębiała wiedzę na temat kości, kręgosłupa, mięśni, najlepszego sposobu na radzenie sobie z takimi przypadkami. Miała znajomości wśród twórców protez kończyn i dzięki tym kontaktom lepiej rozumiała również protetykę i wiedziała, po jakie księgi sięgać. Miała doświadczenie - urazy nóg, pleców, złamania były chlebem powszednim w szpitalach polowych, a do normalnych lecznic również nie przychodzono tylko z powodu przeziębień - zdarzało jej się mierzyć ze źle zrośniętymi złamaniami.

        Nish była pewna, że da z siebie wszystko i że sobie poradzi. Była przygotowana. Jedyne co budziło jej wątpliwości, to fakt, że po wykonaniu zabiegu teoretycznie zabraknie jednego z powodów, z których przyjęto ją do Ogrodu. 
4
Newsy / Wyniki wyborów - Maj 2020
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Nisheera dnia Maj 19, 2020, 00:38:55 »
Wybory zostały rozstrzygnięte w pierwszej turze. Frekwencja w głosowaniu wyniosła 50%, co czyni wybory ważnymi. W pytaniu, czy NFalkner powinien pozostać Radnym wygrała opcja na "Tak", zatem kadencja Falka została przedłużona o kolejne 3 miesiące do 20.08.2020. Gratulujemy.
5
Historie Uzupełniające / Odp: Artefakty z ukrytej wyspy
« Ostatnia wiadomość wysłana przez ForestElf dnia Maj 18, 2020, 20:54:44 »
"Przeklęty Totem - Bóg hałasu"
Cytuj
"Historia tego przedmiotu, a przynajmniej jego powstania jest niejasna.Wiadomo że był on czczony przez prymitywną społeczność jaskiniowych trolli jako coś w rodzaju bóstwa.Totem przedstawia rozgniewaną twarz o wielkich czerwonych oczach.Potrafi wydawać z siebie dźwięki w niezrozumiałym języku, najczęściej są to głośne okrzyki które swoją intensywnością potrafią zniszczyć bębenki w uszach.Co ciekawe w czasie krzyku niezauważone żadnych zmian na twarzy przedstawionej na totemie, geneza dźwięków pozostaje więc nieznana.Totem można uspokoić tylko w momencie którym ochlapie się go morską wodą(inne substancje nie działają)lub zostawi się go samego na okres około 10 minut.Totem jest odporny na działanie ognia(nawet tego magicznego), zaś wszystkie próby zniszczenia go ręcznie zakończyły się częściową utratą słuchu
~I.V.
6
Historie Uzupełniające / Odp: Artefakty z ukrytej wyspy
« Ostatnia wiadomość wysłana przez ForestElf dnia Maj 18, 2020, 20:36:56 »
Gęsta Obrączka - Lewitacja dla zuchwałych
Cytuj
Przedmiot ten to szara obrączka, błyszczącym na srebrno kruszcowym paskiem.Może wydawać się niegroźny a nawet zabawny ale długotrwałe używanie tego przedmiotu może mieć poważne konsekwencje.Dokładna geneza tego artefaktu nie jest znana, najprawdopodobniej pochodzi z mgieł.Pierścionek ten ma specyficzną właściwość do zmniejszania masy użytkownika.Zapytacie zapewne co ten przedmiot robi w dziale z artefaktami niebezpiecznymi.Cóż..żeby wyjaśnić to raz a dobrze, by nikt więcej nie ważył się utknąć na suficie.Przedmiot nie zmniejsza masy jednorazowo tylko pochłania ją cały czas gdy jest noszony przez użytkownika aż do momentu gdy ten staje się lżejszy od powietrza.Osoba która zbyt długo korzystała z obrączki może porostu zostać porwana przez wiatr (lub utknąć na suficie). Co więcej osoby które bawiły się tym artefaktem zbyt długo, mają większa skłonność do złamań i ubytków w masie mięśniowej
~I.V.
7
Historie Postaci / Odp: Krwawa aria
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Falkner dnia Maj 18, 2020, 00:51:30 »
Rozdział dziewiąty, który trwa zaledwie kilka sekund

Malownicza wieś Scavertown, według danych starych kartografów, mieściła się niegdyś za Garnizonem Shaemoor. Jeszcze dziesięć lat temu pełniła funkcję ważnego przystanku handlowego, będącego przedsionkiem Divinity's Reach. Zatrzymywali się tutaj kupcy zwyczajni: rolnicy sprzedający plony swoich ziem, rzemieślnicy, obwoźni handlarze błyskotkami i rzeczami z krain odległych. Najemnicy sprzedawali tu swoje usługi: ochrona mienia lub osoby, tropienie przestępców lub proste prace "przenieś ciężką rzecz z miejsca A do miejsca B".
Prosto rzecz ujmując, Scavertown było strategicznie położoną osadą pełną życia. Jego czas świetności już dawno przeminął - po dzień dzisiejszy zachował się jedynie nieczynny młyn, w którym teraz zadomowiły się skritty. Wszystko to za sprawą ciągłych najazdów plemion centaurów, które z roku na rok coraz bardziej nadszarpywały barykady miasta i wiarygodność chroniących ich Seraph.

- Jesteś już gotowy synku? Spóźnimy się na otwarcie festynu!
- Już idę mamo!
- Czekam na dole! Tatuś już wyszedł, bo otwiera ceremonię.
- Idę!

Festyn w Scavertown odbywał się dwa razy do roku: zaraz po obsianiu pól i dokładnie siedem dni po zebraniu ostatnich plonów. Dzisiaj dożynki celebrowano podwójnie - w zeszłym roku plany zrealizowania festiwalu pokrzyżowała pogoda, przez co okoliczna rzeka wezbrała i zalała ponad połowę pól uprawnych. Na szczęście po zbiorach. Pieniądze, jakie zachowały się w kasie okolicznego lorda, sprawującego pieczę nad Scavertown pozwoliły uczynić dożynki podwójnie atrakcyjnymi: do osady zjechali się ludzcy muzykanci, norscy bardowie a także orkiestra sylvari, wykonująca swe utwory na instrumentach roślinnych. A gdyby tego było jeszcze mało, do miasta zjechał najprawdziwszy w świecie cyrk! Połykacze ognia, potężni siłacze, gibcy akrobaci, tresowane, egzotyczne zwierzęta no i przede wszystkim dowcipni klauni.
Lord Michael von Chrapke, włodarz Scavertown od rana miał ręce pełne roboty: ćwiartkę obowiązków przejął starosta osady, lecz to na twarz i ręce suwerena patrzono z największą uwagą. Festyn wszedł tak bardzo w krew pokoleniom wioski, że przepuszczenie go rok temu wymagało od tegorocznych dożynek należytych przygotowań.
Lordowi w przygotowaniach pomagał również jego starszy syn, Giovanni, liczący sobie siedemnaście wiosen. Jego zadanie było proste: stanowić oczy i uszy ojca tam, gdzie akurat go nie ma. Nadzorował więc stawianie cyrkowego namiotu, wyznaczał obwoźnym handlarzom miejsca na rozstawienie swoich kramów, wskazywał gdzie sprzedawcy smakołyków mają zająć swoje miejsca. Wszystko to zgodnie z wytycznymi.

- Mamo, ale oni ładnie grają!
- Czyż nie? Jak dorośniesz, może też zostaniesz muzykiem?


Lady Carola von Chrapke zatrzymała się wraz z najmłodszym synem przy podeście, gdzie sylvari grali właśnie jeden ze swoich utworów - tytuł wiązał się z Kwiatami. Zaledwie pięcioletni Rafael wtopił oczy w uroczą kobietę, która z gracją pociągała za struny roślinnej harfy. Obdarzyła go czułym uśmiechem, a on spalił rumieńca.
- Mamo - rzekł cicho - zostańmy jeszcze chwilę. Chcę słuchać.
Matrona rodu uśmiechnęła się i została. Powodem, dlaczego chciała iść dalej było jak najszybsze znalezienie męża, zanim mieszkańcy osady skupią się wokół niej jak stado much. Nie znosiła natręctwa i zagadywania. Ku jej nieszczęściu, wystarczyła chwila by okoliczne baby zeszły się i zaczęły komplementować jej suknię, jedwabne rękawiczki, cudownie spleciony warkocz. Przynajmniej muzykantom przybyło sztucznej publiki.

Największe atrakcje czekały jednak w cyrku. Po akrobacjach, dowcipach, połykaniu ognia i prezentacji egzotycznych zwierząt na podest wjechała maszyna o bliżej niepojętym dla prostego człowieka kształcie.
- A teraz panie i panowie - podjął wodzirej, zakręciwszy laseczką i wskazując na ustrojstwo - Przed wami nasz najnowszy nabytek: Cyrko-o-maton!
Publika z dużym dystansem spojrzała na maszynę. Rafael powiercił się w fotelu.
- Czy zechcieliby państwo poczuć zapach świeżych bzów o tej porze roku? Nie możliwe? Z nami tak!
Wodzirej pyknął laseczką w jeden z guzików na przedniej konsoli stalowej maszyny, a ta zaraz otworzyła sześć tub umieszczonych po bokach. Zatrzepotała, a gęsta mgiełka wystrzeliła z każdego wydechu, roznosząc się po pomieszczeniu. Wodzirej cierpliwie czekał na efekt - po minucie ludzie zaczęli szeptać do siebie, ktoś z tyłu krzyknął: "Nie do wiary!", ktoś zaklaskał, po czym dołączyli do niego kolejni. Cyrkowy namiot faktycznie zaczął pachnieć świeżo ściętym bzem.
- Drodzy państwo, a czy komuś przyszło do głowy, że to może być ogromny piec?
Wodzirej laseczką uderzył w przełącznik a tuby zamknęły się na parę sekund i otworzyły ponownie, plując ogniem i iskrami. Niektórzy aż wrzasnęli, gdyż efekt został spotęgowany groźnymi uderzeniami w bęben. Znów podniosły się oklaski.
- Myślę, że to odpowiednia pora aby się przebrać. Nie sądzą państwo? Szafeczko, szafeczko, otwórz się!
Wodzirej pociągnął za dźwignię i wszedł do komory stalowej maszyny. Zasłona zasunęła się i zniknął tylko po to, aby za trzydzieści sekund wyjść w nowym odzieniu.
- Pachnie, piecze, przebiera. Co potrafi jeszcze nasza maszyna? Sprawdźmy!
Mistrz ceremonii podszedł do konsoli i nacisnął trzy przyciski. Uniósł laseczkę wysoko w górę, zakręcił i odwrócił się na pięcie do publiczności. W tym momencie podniosła się obszerna klapa u frontu maszyny, a z niej wyleciały... skritty obwiązane balonami. Wzniosły się w górę, ubrane w kolorowe, cyrkowe stroje. Machając publiczności, co parę sekund szpilkami przebijały jeden z baloników, stopniowo opadając na ziemię i lądując. Ukłoniły się uroczyście i pobiegły za scenę.
- Mamo, ale to jest fajne! Jak będę duży to chcę tak latać!
- Mój drogi, a nie chciałeś zostać muzykiem jeszcze do niedawna?
- ... to zostanę muzykiem i cyrkowcem i będę latał i robił sztuczki!
Szkółka, która mieściła się przy świątyni w Scavertown kształciła dzieci, które ukończyły dziesięć lat. To było jedno z osiągnięć, którym Lord von Chrapke chwalił się na każdym balu. Nie każdy z suwerenów poza Divinity's Reach gwarantował swoim chłopom dostęp do edukacji w tak wczesnym wieku, jeżeli w ogóle.
Rafael, teraz młodzieniec w wieku 15 lat był najbardziej prominentnym matematykiem w całej wsi. Niestety, nie miało to praktycznego zastosowania, gdyż na polach potrzebna była siła rąk a nie umysłu. Jednak dzieciom lorda nigdy nie pisane było pracować przy orce lub z kosą w ręku. Lord zrezygnował z prywatnych nauczycieli twierdząc, że synowie pewnego dnia przejmą wieś na własność i lepiej dla nich, jeśli będą znali każdego chłopa z imienia i wspólnej historii.
Rafaelowi jednakże trudno było się odnaleźć wśród innych dzieci. Jego starszy brat za czasów szkolnych to była zupełnie inna bajka: zaradny, przywódczy, herszt wszystkich urwisów. Młodszy wolał spędzać czas w domu, rozwiązując skomplikowane równania i czytając książki. Uważał, że matematyka otwiera drzwi kolejnym dziedzinom nauki: medycynie, biologii, alchemii lub inżynierii.
Prawda była taka, że Rafaelowi od tego pamiętnego festynu w głowie zrodziło się marzenie: stworzyć coś wybitnego, na miarę Cyrk-o-matrona. Uwielbiał też muzykę więc pragnął dodać dwa do dwóch i zbudować swoją własną, muzyczną maszynę. Taką, która będzie grała przy pomocy norskich rogów, roślinnych harf sylvari, popielczymi bębnami, skrzypcami, puzonem... można wymieniać w nieskończoność.
Naturalnie marzenia najmłodszego z rodu wzbudziły pewną niechęć ojca który uważał, że z takim talentem powinien specjalizować się w rachunkowości i pewnego dnia wspierać brata w rządzeniu osadą. Brat Giovanni naśmiewał się z dziecinnych marzeń krewnego, zaś Carola, matka, popychała syna ku jego marzeniom.
Czas jednak nieubłaganie szedł do przodu. Zjednoczone plemiona centaurów z dnia na dzień najeżdżały wioski i Scavertown nie było wyjątkiem. Przez lata wytrwałość Seraph i najemnych ostrzy zatrudnianych przez Lorda była poddawana próbie, w rezultacie czego skarbiec wsi zaczął się kurczyć i nie starczało na naprawy umocnień. Gdy Rafael skończył dwadzieścia lat, cała rodzina zmuszona była uciekać do Divinity's Reach, gdyż Garnizon w Shaemoor nie miał środków by wysłać więcej wsparcia. Scavertown upadło.

Rodzina von Chrapke schronienie znalazła w stolicy, wykupując dla siebie niewielką kamienicę. Talenty lorda przydały się w Ministerstwie, gdzie służył najpierw jako urzędnik wyższego szczebla, a później został ambasadorem Kryty w Lwich Wrotach. Lady Carola nie posiadała licznych talentów jako żona lorda, dlatego większość czasu spędzała w domu. Giovanni dzięki koneksjom ojca zdołał objąć stanowisko kierownicze w ministerialnych archiwach. Rafael z kolei był za młody, by podjąć poważną pracę na odpowiedzialnym stanowisku, a sam zwykł mawiać: "Życie jako zwykły gryzipiórek nie było mi pisane przez bogów".
Pierwszy Sezon spędził więc na poznawaniu stolicy, odwiedzaniu cichych lokali, gdzie najmował największy stół i kreślił na nim rzuty przeróżnych maszyn. Niektóre były nierealne do wykonania (jak na tamte czasy), inne zaś były wtórnikiem tego, co już kiedyś wymyślono. Szczególnie w gust wpadły mu trebusze, które nie raz oglądał w Garnizonie Shaemoor (gdzie wraz z ojcem często się udawał swego czasu).
Siedząc kolejny dzień w nowym lokalu, jego talent został w końcu zauważony! Przeciętnie odziany jegomość ze śmieszną aparycją dowcipnisia i delikatnym wąsikiem nad ustami zainteresował się jego szkicami. Po dwóch dniach intensywnych debat na temat materiałów i konstrukcji, zdecydował się zwerbować Rafaela do swojego warsztatu jako ucznia. Tak właśnie najmłodszy von Chrapke poznał czołowego inżyniera Divinity's Reach, Uzolana.

Talent Rafaela kwitł pod czujnym okiem nowego nauczyciela, opłacanego przez Ministra-Legata Caudecusa Beetlestone, zwanego wtenczas Mądrym. Szybko przestał projektować głupoty i nauczył się tworzyć bardziej praktyczne rzeczy: gadżety, broń, modyfikacje pancerzy, mechaniczne ręki i nogi napędzane zębatkami, które w przyszłości miały być czołową myślą technologiczną ludzi.
Prawdziwym odkryciem i jednocześnie rozczarowaniem był projekt poboczny Uzolana: mechaniczna orkiestra, która po dziś dzień stoi we Wschodniej Dzielnicy. Maszyna jego marzeń już została przez kogoś wynaleziona...
Przełom nastąpił w 1325 roku, gdy Uzolan został posądzony o zdradę stanu, porwanie królowej podczas rozmów pokojowych między popielcami a ludźmi na terenie rezydencji Ministra Caudecusa.  Zagrożony Rafael próbował jak najprędzej urwać swoje koneksje ze zdrajcą, niemniej Seraph zdążyli w toku swojego śledztwa dotrzeć i do niego. Wtedy okazało się, że te zmyślne gadżety wpadały w ręce bandziorów i czarnych charakterów będących na usługach Uzolana, uwikłanych w porwanie Królowej. Formalna interwencja ojca zdjęła z Rafaela większość zarzutów o współudział w spisku przeciwko głowie państwa (bo przecież nie miał pojęcia, że to co tworzy posłuży jako broń przeciwko Królowej!).
Przed Rafaelem otwarła się nowa droga, bowiem teraz mechaniczna orkiestra nie miała już właściciela. Prędko przedstawił swoją kandydaturę do roli głównego konserwatora obiektu, który stał się podstawą dla jego nowej, autorskiej mechanicznej orkiestry. Z czasem, gdy sprawa przycichła, dał się poznać wśród wyższych sfer jako znakomity konstruktor i wreszcie mógł pozwolić sobie na niezależność. Zaczął żyć na własną rękę, projektując i sprzedając swoje produkty, co pozwoliło mu na realizację marzenia. Pierwszy prototyp został nawet zaakceptowany przez Wielką Operę w Divinity's Reach, choć ciągle brakowało mu wiele do ideału.
Rafael wiedział, że nie może konkurować z żywą orkiestrą, a przynajmniej nie teraz. Soliści i pozostali muzycy często żartowali sobie z pracy von Chrapkego, na biurko dyrektora Opery wpłynęły aż trzy wnioski o jej usunięcie. Czwarty właśnie był sporządzany. Swoje szanse Rafael oceniał marnie.

Punkt zwrotny tej historii miał miejsce kilka dni temu, gdy jeden z bębniarzy Opery otwarcie wyraził swoje niezadowolenie w nadzwyczaj nieprzyjemny sposób. Obelgi, szarpanie, plucie pod buty - tego było już za wiele. Gdy zrażony artysta imieniem Benny Gilboar ośmielił się zniszczyć jeden z pięciu bębnów maszyny, Rafael dobył noszonej przy boku szabli.
- I co, zabijesz mnie dla tej swojej durnej maszyny? Nie boję się ciebie, von Chrapke.
Gdy Benny podszedł do drugiego bębna, Rafael z iskrami w oczach rzucił się przed muzykanta i ciął go szablą przez pierś. Artysta spojrzał po sobie, potem na napastnika i puścił się w bieg. Kierował się za kulisy, skąd tylnim wejściem można było uciec z Opery. Nie mogąc sobie pozwolić na utratę autorytetu, Rafael wydobył zza płaszcza krótki, sześciostrzałowy rewolwer i wystrzelił trzy razy w plecy uciekającego.
- Co ja zrobiłem... co ja zrobiłem... miłosierna Dwayno, co ja zrobiłem...
Był późny wieczór, zatem wyniesienie martwego Bennego z Opery było łatwiejsze, niż uczynienie tego za dnia. Owinął ciało w dwie warstwy płóciennych płacht i zostawił opodal Opery, w opuszczonej kamienicy.

Ciało odnaleziono następnego dnia, o czym pisano w gazetach. Rafael spędził trzy dni na ciężkich moralnych rozterkach: oddać się władzy, czy trzymać gębę na kłódkę? W jaki sposób odpokutować?
Trafił na drogę, z której nie było odwrotu.
Nie pomógł również fakt, że czwarte zażalenie na mechaniczną orkiestrę von Chrapkego znalazło się na biurku dyrektora. W szczerej rozmowie Rafael usłyszał, że prawdopodobnie będzie musiał zlikwidować maszynę w ciągu jednego Sezonu. To przelało czarę goryczy i było silnym ciosem w marzenia konstruktora. Na tyle silnym, że uderzenie zepchnęło go na jedyną drogę, jaka teraz wydawała mu się słuszna: Jeśli nie będzie wykonawców, Opera nie będzie mogła działać a to kupi mu czas na doprecyzowanie jego orkiestry.

Drugi wykonawca grający na puzonie został zamordowany trzy dni później, precyzyjnym strzałem w serce. Henry Board był wtedy w zamtuzie. Rafael czekał cierpliwie, aż drugi z najbardziej szczekliwych artystów opuści przybytek i będzie wracać do domu. Wyposażył się w swoje sprężynowe buty, cylinder który po złożeniu nadaje się do rzutu a uderzenie stalowego rantu wytrąca z równowagi nawet najtęższe łby, pistolet z tłumikiem, szablę i ostrze umieszczone na nadgarstku, wysuwane mechanicznie.
Henry był wymęczony i pijany, dlatego chodził od ściany do ściany w wąskiej uliczce. Gdy zatrzymał się za trywialną potrzebą oddania moczu przy jednym ze śmietników, Rafael podszedł, zaczekał aż ofiara zapnie spodnie i chwycił go za bark. Odwrócił do siebie i pchnął na ścianę, a do serca przystawił pistolet. Henry był tak pijany, że bełkotał coś o jakichś pieniądzach. Zza maski, którą Rafael nosił na twarzy nie widać było jego oblicza, lecz po jego ciele przebiegły dreszcze. Palec na spuście drgał w wahaniu: "Czy to jest najlepsze rozwiązanie?".
W tamtejszym mniemaniu Rafaela, tak. Pociągnął za spust.

Zabójstwo Rosalindy Perez przyszło mu znacznie łatwiej. Sumienie uspokoiło się, kojone poczuciem, że każdy kolejny zabity muzykant przybliża go do realizacji swojego celu.
Zaproszenie na bal przypieczętowało los urodziwej harfistki. W trakcie, gdy większość z gości porozchodziła się po salonach i ogrodzie, wybrał się z Rosalindą na spacer między przepięknymi grządkami i rzeźbami znajdującymi się na terenie posiadłości Barona.  Szczerze rozmawiali o muzyce i sztuce ogólnie. W pewnym momencie kobieta wyznała, że z niecierpliwością czeka na dzień, kiedy mechaniczna orkiestra Rafaela w końcu stanie się wiernym odwzorowaniem prawdziwej orkiestry. A nawet lepszym jej wariantem!
Ukłuło to w serce von Chrapkego na tyle mocno, że zdjął cylinder i złapał się za głowę.
- Co ja robię... co ja robię...
- Rafaelu? Dobrze się czujesz? Obiad był nie taki, czy może...
Podobnie jak z Henrym, Rafael złapał Rosalindę za bark, i wyszarpnął pistolet. Im więcej jadowitych słów z jej ust wypływało, tym bardziej był rozzłoszczony. Przytknął zimną lufę tłumika do jej serca i przymknął oczy, naciskając na spust.
Ucieczka była łatwizną.

Rafael sądził, że cel uświęca środki, lecz sumienie gryzło go mocniej, niż szczęki niebezpiecznego, egzotycznego zwierza jakich widział tuzin w cyrku gdy był mały. Z każdym dniem było coraz gorzej aż do momentu, gdy marzenia przerodziły się w obsesję. Kolejną ofiarą miała być Julianna, jedna z solistek. Na miejsce zabójstwa wybrał jej garderobę w "Kryształowej" - klubie dla dżentelmenów, w którym śpiewała. Nie spodziewał się jednak zastać w niej obcej osoby - człowieka o nienagannej posturze i czarnych włosach zaczesanych na bok ze zwisającą grzywką.
Strzał oddał niecelny. Nie mógł zabić na czyichś oczach. Zrażony niepowodzeniem, zaczął uciekać.
Obcy podjął pościg. W końcu buty na sprężynach zdały swój egzamin, gdy przeskoczył nad wysokim murkiem. To jednak nie pomogło, goniący go potrafił czarować i wdrapał się na sam szczyt muru jakimś zaklęciem!
Drugi z gadżetów, cylinder ze stalowym rantem okazał się bardziej pomocny. Głupiec myślał, że zdoła go złapać.
Tej samej nocy udał się do dyrektora Opery, poczciwego starca który groził likwidacją jego maszyny. Że też na to nie wpadł wcześniej: zabicie głowy instytucji upośledzi ją na tyle, że nie wydadzą żadnego koncertu w najbliższym czasie! Remont zostanie zatrzymany, jeśli nikt nie będzie trzymał nad nim pieczę. Skoro nie udało mu się dorwać Julianny... zabił dyrektora.

Gdy już sądził, że wszyscy, którzy mogli zagrozić jego pracy nad orkiestrą nie stanowią problemu, po mieście rozniosło się ogłoszenie. Wielka Opera wystawia przedstawienie połączone z koncertem.
Jakaż była jego złość. Jaki wielki był dół, w który wpadł. Jakaż to była okazja niepowtarzalna, aby upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Nie, uczynić wielkie ognisko, które pochłonie wszystkich tych przeklętych muzykantów.
Plan wymagał jednak najwyższego poświęcenia: mechanicznej orkiestry. Rafael postanowił, że zbuduje nową, to nie największy z problemów z jakimi się obecnie boryka. Orkiestry nikt nie może przesunąć na czas przedstawienia, a wykonawcy będą stać bezpośrednio przed nią. Zdecydował się więc, że wysadzi ją w trakcie przedstawienia.
Czy ludzie pomyślą, że jego twór jest jeszcze bardziej beznadziejny, bo eksplodował? Nie, z pewnością nie. Przecież jego "oficjalnie" na przedstawieniu nie będzie. Znawcy zbadają maszynę i odnajdą w niej ślady po ładunkach wybuchowych - trudno, wyprze się ich argumentem: "A po cóż miałbym zaminować mój własny twór? To orkiestra, do diaska, nie bomba!".

Poczynił staranne przygotowania, plan powtarzał dwa dni, przygotował ładunki. Jedyne czego nie przewidział, to fakt, że to pułapka.

***


Powiadają, że przed śmiercią człowiek widzi przed sobą całe swoje życie, przewijające się nagłym ciągiem. Spadając w dół z rusztowania, Rafael nie doświadczył tego uczucia. Sprawiedliwość Grentha w końcu go dosięgnęła.
Mechaniczna orkiestra - prawdopodobnie ją zdemontują i uznają za śmieć. Projekt jego marzeń, skalany przez jego nazwisko które na wieki kojarzyć się będzie z jednym słowem - morderca.
Sumienie ugryzło go ostatni raz. Na zadośćuczynienie było za późno. Nikt nie przywróci Bennemu, Henremu, Rosalindzie i dyrektorowi życia. Człowiek, przed którym uciekał ulicami Divnity's Reach w końcu go dopadł. Śledczy? Seraph? Ministerialny? Pal licho... niech go Mgły pochło-

Publika wrzasnęła, gdy nagle nieznana postać zleciała z rusztowania i nabiła się na łabędzia. Stalowa konstrukcja utrzymująca go w pionie, formująca się w ostry trójkąt przy dziobie przeszyła Rafaela na wylot, oblewając krwią przepiękną imitację ptaka.
8
Historie Uzupełniające / Odp: Artefakty z ukrytej wyspy
« Ostatnia wiadomość wysłana przez ForestElf dnia Maj 16, 2020, 02:47:28 »
"Tętniący Naszyjnik - Zazdrość i klątwa"
Cytuj
Historia tego przedmiotu zaczyna się w Canthcie.Miał być dowodem miłości pewnego młodego zalotnika, zaś wybranką serca jegomościa była młoda i szaleńczo zakochana w nim dziewczyna z bogatej i wpływowej rodziny kupieckiej.Para zaręczyła się ale wkrótce wyszły na jaw prawdziwe intencje zalotnika, który nie dość że zdradzał swoją partnerkę, to jeszcze uknuł intrygę w wyniku której wybuch skandal.Dziewczyna została wygnana z rodu za niesłuszne splamienie honoru rodziny, zaś jej miejsce u boku ukochanego zastąpiła kochanka, którą na domiar złego okazała się jej własna siostra.Tak pokrzywdzoną dziewczynę odnalazł pewien nekromanta który zrobił z niej swoją uczennice.Lata mijały pod służbą swojego nowego mrocznego pana ale dziewczyna nie zapomniała o krzywdach które doznała.Jako że zachowała naszyjnik od byłego narzeczonego zdecydowała się wykorzystać wiedze nabytą od mistrza.Przerobiła za pomocą mrocznego rytuału naszyjnik i odesłała go do rodzinnego domu.Dalsza część historii świetnie obrazuje działanie artefaktu, więc pozwolę sobie na kontynuację opisu właściwości tego przedmiotu po przez dokończenie opowieści...Tak więc naszyjnik dotarł do domu byłego narzeczonego z pięknie napisanym listem.Siostra adeptki założyła ten bądź co bądź piękny przedmiot, nie wiedząc że jego zadaniem jest skradnięcie jej serca...i mówiąc skradnięcie mam namyśli dosłowne wyrwanie go z klatki piersiowej.Raz założony naszyjnik da się zdjąć ale będzie on ścigał swoją ofiarę aż do śmierci no chyba że......................Siostra nekromantki była pierwszą ofiarą naszyjnika, jednak ten zdołał pożreć serca przynajmniej kilkunastu osób zanim udało nam się nim zająć.Co do losów reszty bohaterów tej historii to z zaufanych źródeł wiem że dziewczyna i jej mistrz zostali doprowadzeni przed sąd i zgładzeni.Oberwało się również niewiernemu narzeczonemu którego ożywione zwłoki pilnowały pracowni mrocznych magów...
I.V.
9
Historie Uzupełniające / Odp: Artefakty z ukrytej wyspy
« Ostatnia wiadomość wysłana przez ForestElf dnia Maj 16, 2020, 02:14:56 »
"Oddech Wulkanu - Tajemniczy kamień z serca Tyrii"

Cytuj
Historia stworzenia tego niezwykłego artefaktu jest owiana tajemnicą.Jedna z zaproponowanych teorii głosi że powstał on jako efekt uboczny zrzucenia przez Bogów Bloodstona do wnętrza Ust Abaddona.Inna teoria sugeruje że za jego pochodzenie odpowiada jedna z starożytnych ras Tyrii.W nasze ręce wpadł gdy badaliśmy sprawę tajemniczych pożarów pojawiających się w królestwie Kryty.Pożary wzniecał herszt sporej bandy bandytów ale po naszej delikatnej sugestii, zdecydował się on oddać nam swoją błyskotkę do celów badawczych.Oddech wulkanu to niebezpieczny dla otoczenia artefakt którego główne działanie opiera o wypełniony dziwną energią kamień, który według naszego specjalisty od błyskotek musi mieć pochodzenie wulkaniczne.Kamień znajdujący się w pierścieniu potrafi rozgrzewać się do tak wysokiej temperatury że jest w stanie topić metal, dlatego zaleca się przechowywanie go w wilgotnym środowisku.Co więcej przedmiot ten wykazuje niezwykłą właściwość do zmiany kształtu w czasie aktywacji.Rozgrzany kamień formuje strukturę przypominającą ostrze które żarzy się niczym płomień na skutek wysokiej temperatury.Długość ostrza wynosi maksymalnie 10cm ale temperatura wokół potrafi wzniecać ogień i parzyć na znacznie większą odległość.Choć nie jest niebezpieczny dla nosiciela jego destrukcyjny wpływ na otoczenie może wyrządzić sporo szkód.
~I.V.
10
Newsy / Wybory - Maj 2020
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Nisheera dnia Maj 16, 2020, 00:31:19 »
Od dzisiaj (15.05.2020) przez 48h każdy członek Ligi Sześciu Filarów z rangą Towarzysza bądź wyższą może oddać swój głos w wyborach na Radnego. W tym miesiącu decydujemy, czy Falkner ma zostać wybrany na stanowisko Radnego na kolejne trzy miesiące. Głosować można na tak lub nie.


Aby oddać głos, należy wysłać prywatną wiadomość na konto Wybory i wpisać w niej odpowiedź Tak lub Nie. (link bezpośredni do okna wysyłania PW) Pamiętajcie, każdy głos się liczy.
Strony: [1] 2 3 ... 10