Ostatnie wiadomości

Strony: [1] 2 3 ... 10
1
Newsy / Wyniki wyborów - Maj 2019
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Falkner dnia Maj 18, 2019, 02:15:04 »
Frekwencja wyniosła 35%, zatem wybory są uznane za ważne. Glacial pozostaje na stanowisku Radnego na kolejne trzy miesiące.

Gratulujemy Glacialowi zwycięstwa i życzymy owocnej kadencji.
2
Newsy / Wybory Maj 2019
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Falkner dnia Maj 16, 2019, 01:19:26 »
Od dzisiaj (16.05.2019) przez 48h każdy członek Ligi Sześciu Filarów z rangą Towarzysza bądź wyższą może oddać swój głos w wyborach na Radnego. W tym miesiącu decydujemy, czy Glacial ma pozostać na stanowisku przez kolejne trzy miesiące. Głosować można na tak lub nie.


Aby oddać głos, należy wysłać prywatną wiadomość na konto Wybory i wpisać w niej odpowiedź Tak lub Nie. (link bezpośredni do okna wysyłania PW) Pamiętajcie, każdy głos się liczy.
3
Historie Postaci / KW, k. II - Jeńcy
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Falkner dnia Maj 12, 2019, 01:36:21 »
Jeńcy

Potyczka trwała jeszcze pół godziny. W tym czasie żołnierze Legionów, zagrzewający tylne linie w swoich okopach wyskakiwali z okrzykiem przytłumionym przez maski gazowe, pędząc co sił w nogach przez ziemię niczyją, by załapać się choć na jednego płomiennego. Entuzjastyczne wznoszenie oręża w powietrze, klepanie się po ramionach i gratulowanie sobie zwycięstwa owładnęło tych, którzy tego dnia mieli na tyle szczęścia, aby przeżyć. Mimo wszystko było się z czego cieszyć, choć ewidentnie droga do ostatecznego zwycięstwa była jeszcze daleka.
Pierwszym przystankiem były trzy potężne twierdze znajdujące się w odległości 500 kroków od okopów. Zaraz po tym, jak każdy z sektorów przeprawił się do wrogich okopów i zdobył je, rozpoczęło się bombardowanie z bazaltowych murów Płomiennych fortyfikacji. Mimo tego, szala zwycięstwa ewidentnie przechyliła się na stronę Krwawego, Popielnego i Żelaznego Legionu, okopowy impas został przerwany i to bez użycia czołgów czy sił powietrznych.
Natychmiast rozpoczęto głębsze okopywanie swoich pozycji w świeżo zdobytych okopach. Żołnierze, napędzeni zwycięstwem, dwa razy żwawiej kopali doły, nosili worki z piaskiem czy kruszyli kamienne barykady wroga, z ich pozostałości tworząc nowe. Specjalnie oddelegowane do tego zadania oddziały miały sprawdzać każdy kąt, zdobytych tuneli w poszukiwaniu kryjówek tych płomiennych, którzy stchórzyli lub byli zbyt wyczerpani, aby walczyć. Ponadto szukano zdatnego do użycia zaopatrzenia czy dokumentów, które mogłoby rzucić światło na plany wroga.

Selb był wśród tych, którzy z entuzjazmem panoszyli się we wrażych okopach. Maggok odesłał go z powrotem walczyć, jako że Jadochwytak nie był już potrzebny. Wrócił, fakt, lecz bez poprzedniej werwy. Teraz pole bitwy nie przypominało mu już połacia terenu, na którym zdobywało się chwałę, sławę i awanse, a jeden wielki cmentarz, na którym grabarz miał wolne przez co ciała leżały same sobie. Przechodząc przez dymiące dziury w ziemi i okrągłe leje, Selb widział teraz wszystkich jak równych: krwawych, popielnych, żelaznych, płomiennych. Wszyscy bowiem byli martwi, ich ciała ranione na setkę różnych sposobów: rozczłonkowane kończyny, urwane głowy, wydrążone bebechy, zmiażdżone klatki piersiowe, długo by wymieniać. Futro na pysku lepiło się od potu, a powietrze zgromadzone w krążkowym filtrze przyczepionym do maski kończyło się.
Wskoczył do leja i odłożył strzelbę, po czym sięgając do kieszeni munduru wyciągnął nowy filtr. Miał ochotę ściągnąć tę skarpetę z łba, wsadzić pysk do miski zimnej wody a następnie zapalić cygaro. Nieopisany ciężar doskwierał mu na duszy. Czy to dlatego, że na jego oczach została złamana podstawowa zasada funkcjonowania oddziału? Widząc stróżkę dymu dobywającą się z rozległej rany na czole Falpita, Selb nie mógł uwierzyć własnym oczom. To tak, jakby patrzeć na coś, rejestrować wzrokiem obraz który następnie zostaje wysłany do mózgu, lecz mózg zachowuje się jak upierdliwy urzędnik: odmawia przyjęcia. Widzisz, ale nie rozumiesz. Przerasta to twój zakres pojmowania, horyzont wyobraźni, zdolność uformowania sobie w głowie pewnego obrazu czy wzorca postępowania.
Przeładował strzelbę, wyszedł z leja i wskoczył do nowo zajętego okopu. Praktycznie nie było co robić - rannych przeciwników dobijano, jeńców wyciągano za fraki, kolejne korytarze oznaczano jako "czyste". Wyciągnąwszy zza pasa saperkę, Selb ostrzejszą stroną szpadla grzmotnął w sterczącą chorągiew Płomiennego Legionu, która zawieszona była na lichym kijku. Wyciągnął łapę po tkaninę i zwinął ją, czyniąc z niej swoje pierwsze wojenne trofeum. Rozejrzał się, lecz nigdzie nie mógł dostrzec Kyrrozona czy Centuriona Jadogrzmota. Może nawet lepiej.

Przegrupowanie nastąpiło po dziesięciu minutach, gdy Selb spełniał swoje marzenie o misce z zimną wodą. Wszyscy wokół pościągali maski, a skoro nic im nie było, to Jadochwytak nie widział nic złego w tym, aby pozbyć się wreszcie tego natrętnego aparatu do oddychania. Zaczerpnąwszy powietrza, wyczuł w nim ostrą woń siarki, charakterystyczną dla wszelkich miejsc związanych z płomiennymi. Jakiś żołnierz klepnął go w ramię i spytał o imię. Kiwnąwszy głową, Selb wrócił do mycia gęby.
- Centurion Jadogrzmot wzywa na tylnie linie, do swojego namiotu w celu przegrupowania się z oddziałem.
- Powiedz mu, żeby spierdalał - Selb odburknął, choć dopiero po chwili zastanowił się nad wagą swoich słów. Żołnierz tylko wzruszył ramionami:
- Ja tu tylko roznoszę wiadomości, twoja sprawa co z tym zrobisz.
Gońcy. Dostają określoną wiadomość i listę osób, do których ma ona trafić. Werbowano tylko najszybszych i najsprytniejszych do tej roli, jako że w ich gestii leżała płynność komunikacji na polu bitwy. Zdarzało się tak, że w ciągu całej walki goniec nie wystrzelił ani razu, gdyż najpierw był posłańcem, a potem żołnierzem według hierarchii powinności. Poza tym, nie mieli sporo czasu, na pogaduszki, więc słowa popielca nie były kłamstwem. Nie doniesie centurionowi. Popielec odszedł, a Selb powiodł za nim wzrokiem - to był Pizrron, ulubiony posłaniec Centuriona. Dobór gońców przeważnie nie był podyktowany tym, czy się kogoś lubi czy nie, wszyscy też wykazywali się podobnym stopniem kompetencji. Edyrr Jadogrzmot najwyraźniej lubił wyłuskać sobie jakiegoś żołnierza i przypisać go do odpowiedniej roli. To samo można było powiedzieć o jego ordynasie, Ittro, który choć nie należał do Jadów, był na liście płac Centuriona. Jadogrzmot wynajdywał odpowiednie osoby i przypisywał im rolę, nierzadko na długo, jako że nie lubił pozbywać się swoich użytecznych narzędzi.
Ciekawe, czy dziwkę też ma swoją prywatną - niejednokrotnie zastanawiał się Selb.

Zebranie oddziału odbyło się niecałe pięć minut później. Kyrrozon, mimo licznych rys, wgnieceń i dziur po kulach na swym olbrzymim pancerzu, stał na baczność, zdrów jak rydz. Maggok ściskał swą torbę (która nawiasem mówiąc, była pusta) jedną łapą, zaś drugą przyciskał do piersi. Ostatni z żywych, Selb, zasalutował krótko przed obliczem Centuriona.
- Gdzie Hasker i Falpit? - zapytał Centurion, dostrzegając brak dwójki żołnierzy.
- Hasker poległ, sir - odparł Selb - Załatwił go snajper.
- A Falpit? - Jadogrzmot zacisnął prawą łapę w pięść. Selb już wyrywał się z odpowiedzią, lecz ubiegł go Maggok:
- Również zmarł, od ran, centurionie - sanitariusz potulnie pochylił głowę. Centurion sapnął.
- Gówno prawda - wtrącił się Selb, wychodząc pół kroku przed szereg, wskazując pazurem na stojącego z drugiej strony Kyrrozona Maggoka - Przeżyłby, gdybyś udzielił mu pomocy, ty kłamliwy fiucie.
Centurion wyprostował się, przyjmując kamienny wyraz twarzy.
- Powiedz centurionowi, jak strzeliłeś mu w łeb, kutasie. Jesteś chujem, a nie sanitariuszem. Zabijasz swoich a potem robisz przed dowódcą maślane oczka, ty ła-
Selb nie dokończył, gdyż żelazny uścisk Kyrrozona oplótł jego kark i pochylił ku ziemi. Centurion spojrzał na Maggoka, który ze spokojem odparł.
- Nie dało się go uratować, sir. Zgodnie z rozkazem, udzielałem pomocy tylko tym, których można było uratować. Falpit wylosował pechową liczbę.
- Puszczaj, kurwa! - Selb uderzył pięścią w bok Jadostrzała, co spotkało się z głuchym dźwiękiem obijania stali.
- Spokój! - ryknął Centurion. Puszczony, Selb otarł pysk i wyprostował się, lecz nie mogąc ścierpieć takiego stanu rzeczy znów wystąpił.
- Centurionie, zamierza pan puścić płazem taką zniewagę zasad? Zabicie własnego kumpla? Falpit mógłby przeżyć, bez jednej i drugiej nogi, ale przeżyłby do cholery!
- Uspokój się - odparł Edyrr, zaciskając drugą łapę.
- Nie, kurwa! Nie uspokoję się! Falpit by żył, gdyby nie pojebane rozkazy i pojebany sanitariusz, który go olał. Każdy jeden udzieliłby pomocy, każdy, nawet gdyby miał zużyć ostatnią szprycę z przeciwbólem albo bandaż. Nie wierzę w to, po prostu nie wierzę! Jak można własnemu kumplowi strzelić w środek pieprzonej czaszki!
Kyrrozon nie podnosił ponownie łapy, gdyż sam Centurion podszedł do Selba i wymierzył mu sierpowego w pysk. Jadochwytak upadł, zaś przygnieciony stopą Jadostrzała nie mógł się ruszyć.
- Będziesz słuchać rozkazów, mały gnojku, nawet jakby ci miało dupę od tego urwać. Nauczysz się szacunku do starszych i posłuszeństwa wobec przełożonych.
W ramach skwitowania swoich słów, Jadogrzmot splunął na Selba i rozkazał wszystkim rozejść się, odsyłając do nowych zadań.


Podczas, gdy każdy dostał godną robotę, Selb w ramach kary za niesubordynację został przydzielony do pomocy przy sprzątaniu ciał. Niebawem ziemia niczyja miała zamienić się w nowe okopy, łączące dwa odległe sieci tuneli ze sobą na wypadek gdyby Legiony miały zostać odepchnięte. Nikt jednak nie wierzył, że tak się stanie. Zaślepieni zwycięstwem popielcy malowali na ścianach korytarzy motywujące napisy, podśpiewywali przy każdej czynności, a na stołówce rzucono dzisiaj podwójną porcję ciepłego koryta.
Selbowi do pomocy nie przydzielono nikogo, a żeby dać mu czas na przemyślenia podczas ciężkiej pracy, Centurion rozkazał mu przejść do sąsiedniego sektora, gdzie zabitych było znacznie więcej. Krążąc między ciałami, najpierw obszukiwał zmarłych płomiennych - wyrywał złote kły, pozbawiał zdobionych naszyjników ze złota (choć popielcy nie cierpieli tego materiału, to w Lwich Wrotach znajdowali się kupcy, którzy szczodrze za to zapłacą) czy nietypowych broni. Wraz z innymi, którzy pracowali najczęściej w parach, zrzucał martwych wrogów na powiększające się o nowe truchła stosy. Rannych, lub tych, co do których miał wątpliwości, dźgał bezlitośnie bagnetem w serce. W miarę upływu czasu przyzwyczaił nos do paskudnego zapachu towarzyszącego zwłokom, a krew na rękawicach przestała go ruszać. Ciała należało spalić jak najszybciej, nim padlinożercy zlecą się w okolicę. Żelazny Legion bardzo poważnie podchodził do kwestii higieny, powołano nawet oddziały, które składały się głównie z sanitariuszy o popielców o usposobieniu gryzipiórka, które miały zwalczać potencjalne siedliska wybuchu epidemii. Choroba w okopach przenosiła się bardzo szybko z uwagi na ciężkie warunki, którym żadna banda epidemiologów nie mogła zaradzić.
Pole bitwy wyglądało teraz nie tylko jak porzucony cmentarz bez grabarza, ale jak wygasający piec. Martwe ciała niczym spalone węgielki należało uprzątnąć, wszędzie śmierdziało a brudu było co nie mało. Na domiar złego, z nieba po raz pierwszy od dawna spadł deszcz. Woda połączywszy się z krwią tworzyła szkarłatne kałuże, a ziemia pod stopami chlapała błotem. Selb przeklinał co chwilę, ocierając mokre czoło.

Z daleka szedł banda krwawych, którzy na szpicy prowadzili płomiennego jeńca. Rzucali za nim wyzwiskami, popychali i kopali, ponaglając by przyspieszył. Selb podniósł łeb i puścił trzymane ciało pozbawione prawej ręki. Krwawi zatrzymali się i otoczyli więźnia ze wszystkich stron. Jasnożółty popielec w łachmanach płomiennych miał może z 18 lat na oko, złamany prawy róg i bandaż na prawym oku. Brakowało mu jakiegokolwiek oporządzenia, pasa, chlebaka czy przybornika. Wyglądało na to, że wywlekli zwykłego chłystka, który nie brał udziału w walce a zapewne leczył rany, lub obciążony był jakimś innym zadaniem. Krwawi pojedynczo podchodzili do niego, uderzając go pięściami, kopiąc, plując i szydząc werbalnie. Podnosili kamienie i rzucali, łapali za kark i wciskali łeb do krwawej kałuży, śmiejąc się do rozpuku. Płomienny znosił upokorzenia nie stawiając oporu.
- Zabijcie mnie w końcu! No już! - wykrzyknął klęcząc, zwracając się do każdego z osobna - Na co czekacie? - uderzył się w pierś - Strzelajcie!
Krwawi roześmiali się jeszcze głośniej. Płomienny wył i krzyczał, uderzając się w pierś:
- Cioty jesteście! Moi bracia was wszystkich spopielą, zgniotą jak robaki którymi jesteście! Będziecie nam służyć za życia a potem po śmierci, gdy wasze dusze zostaną przykute do effigy.
Któryś z nich w końcu wyciągnął pistolet i strzelił płomiennemu w ramię. Ten złapał się w miejscu, gdzie powstała brocząca krwią rana.
- Dalej! Zabij! - krzyczał, obnażając kły. Ktoś rzucił w niego kamieniem, trafiając w kark. Popielec oparł się o ziemię, po czym kula wystrzelona z pistoletu innego żołnierza przeszyła jego udo.
- Najpierw trochę pocierpisz - odparł Krwawy, zakręciwszy w dłoni masywnym pistoletem.
Selb rozejrzał się i schylił po karabin, który leżał niedaleko martwego żelaznego. Pociągnął za rączkę zamka, sprawdzając obecność pocisku w komorze. Oparł kolbę o ramię i popatrzył przez szczerbinkę. Gdy muszka pokryła się z głową jeńca, pociągnął za spust i opuścił broń.
Młody Płomienny padł na wznak, a Krwawi odwrócili się w stronę Selba.
- Po co to zrobiłeś? - spytał jeden z nich - Zepsułeś nam zabawę.

Przysiadając przy brzegu leja, Selb wyciągnął swoją manierkę i odkręcił korek. Rozejrzał się na lewo, na prawo i upił łyka. Z dala słychać było eksplozję wysadzanych w powietrze płomiennych dział, które przez kilka dni spędzały sen z powiek żołnierzom Legionów, bombardując ich w regularnych odstępach czasu. Jadochwytak pociągnął solidnego łyka ze swojej manierki i spojrzał w bok, w kierunku swojego sektora. Westchnął. Nawarzył sobie gorzkiego piwa, które teraz będzie zmuszony wypić. Nie powinien występować przeciwko rozkazom Centuriona, ale...
W duszy czuł, że nie może służyć pod kimś, kto za nic ma braterstwo i życie swojego podwładnego. Gdyby zamiast Falpita to on oberwał tym pociskiem, Maggok załatwiłby go w podobny sposób. Skoro dla kogoś, kto był z bandą tyle co Falpit nie robiono wyjątków, to po Selbie nawet nikt by się nie odezwał. Myśl ta nie dawała mu spokoju. Zakręcił manierkę i wstał, szukając wśród martwych żołnierzy legionów jakichś fajek. Pochylał się nad ciałami i obmacywał kieszenie nieboszczyków, obracał ich na plecy i grzebał w przednich kieszeniach, jeśli nie mieli na sobie napierśników. Jedna popielka o podobnym do niego umaszczenu miała przy sobie trzy cygara zwinięte w papier i zapalniczkę. Naprędce wciskając cygaro między zęby, odpalił i schował zapalniczkę do kieszeni. Odetchnął z ulgą, choć nigdy nie palił nałogowo. Nabrał powietrza nozdrzami, a krople deszczu działały na jego umęczone ciało jak odświeżający prysznic. Przymknął oczy, wsłuchując się w kapanie kropel wokół. Wtedy zrozumiał: wojna to nie miejsce na sentymenty, słabość i wątpliwości. Ale bez braterstwa, wsparcia i zdrowego rozsądku żadnego boju się nie wygra. W głowie Selba zaczęły kłębić się myśli: złożyć wniosek o przeniesienie do innego oddziału lub podpaść na tyle, by go wyrzucono. W obu przypadkach ryzykował sprawę przed trybunałem wojskowym, szeroki wachlarz reperkusji oraz upokorzeń. Oceniał, czy gra na prawdę jest warta świeczki. Może Kyrrozon w końcu oberwie jakimś pociskiem, Maggoka ustrzelą snajperzy a Centurion wdepnie na minę? Wtedy byłby wolny od tej trupy idiotów mianującą siebie "bandą".
Otworzywszy oczy, wypuścił gęsty kłęb dymu. Wilgotność powietrza sprzyjała gęstemu obłokowi dymu, który na oczach Selba formował się w unoszącą się powoli ku niebu chmurę. Zaciągnął się raz jeszcze i znów spojrzał na uchodzący dym. Z bliżej nieznanego powodu sprawiało mu przyjemność oglądanie tego zjawiska, mięśnie w końcu się trochę rozluźniły od walki i dźwigania ciężkich ciał. Przeszedł kawałek, jako że teraz przyszła pora na uprzątnięcie trupów sojuszniczych jednostek. Ale teraz nie sprawiało mu to już kłopotu.
Do momentu, gdy nie spotkał Rampera.
Tęgi, rudy popielec leżał na wznak z sześcioma ranami kłutymi na piersi i jednej przy karku. W lewej dłoni trzymał karabin, zaś prawa była urwana. W miejscu pod nią ziemia była rozpulchniona i zalana deszczówką. W pierwszej chwili myślał, że to nieprawda. Selb stuknął się kilka razy w głowę, lecz obraz martwego przyjaciela nie znikał sprzed oczu. Dym cygara podrażnił jego nos, to też szybko wypluł je na bok i przyklęknął przy trupie. Twarz Rampera zastygła z otwartym pyskiem, zupełnie, jakby przed śmiercią coś krzyczał. Selb chwycił go za napierśnik i szarpnął, lecz Ramper ani drgnął. Ciało leżało bezwiednie i ulegało każdemu desperackiemu pociągnięciu, które w pojęciu Jadochwytaka mogłoby przywrócić martwego do żywych.
Selb położył mu dłoń na środku napierśnika i spuścił łeb. Oddychał ciężko, czuł wzbierające pod powiekami łzy. Dłonie zatrzęsły się w bezwarunkowym odruchu, a z gardła dobył się wściekły ryk. Wrzeszczał, przeklinając los, świat, wszystko dookoła. Całą tą pieprzoną wojnę.

Najbliższe dni przemijały pod znakiem zapytania. Kiedy Legiony ruszą na ostatni przyczółek wroga w okolicy? Żołnierze z początku chcieli uderzać szybko, kując żelazo póki gorące, niemniej dowództwo miało inne plany. Po okopach chodziły plotki, jakoby na ostatni atak miało przybyć masywne wsparcie: sterowce, czołgi, charrcoptery, może pożeracze? Nikt jednak nie potrafił udzielić konkretnej odpowiedzi na pytanie "Kiedy uderzamy?". Drążenie nowych okopów na ziemi niczyjej szło pełną parą. Na front zjeżdżał się kolejny miot poborowych, zasilających przetrzepane szeregi legionów. Dochodziło do okazjonalnych potyczek, gdy płomienni wysyłali oddziały uderzeniowe. Bombardowania znów były na porządku dziennym. Artylerię przesunięto, aby mogła uderzać w ściany trzech twierdz, niemniej nadaremno. Mury nie chciały się poddać kanonadzie pocisków. Zwiadowcy też nie mogli przynieść nowszych wieści, jako że wróg skrzętnie chował swoje sekrety za kilkunastometrowymi murami fortec. Obawiano się kolejnego impasu, stąd aby podnieść żołnierzy na duchu, Imperator Smodur wystosował apel do walczących. Egzemplarze przemówienia rozdawano każdemu żołnierzowi i pod groźbą śmieciowych robót kazano przeczytać słowa wodza:

Żołnierzu!

Słowa o trudzie, jaki dokładasz każdego dnia zatrzymując nastąpienie wroga odbijają się echem po całym Askalonie. Od Czarnej Cytadeli aż po skraje Żelaznych Marchii mówi się o tych, którzy na przedpolach Płomiennej Cytadeli uniemożliwiają wrogowi zdobycie symbolu własnego upadku. Niegdyś pokonaliśmy ich przywódcę, samozwańczego boga który w swej ignorancji chciał narzucić nam jarzmo swojego tyranicznego władania. Sześć lat później jego dziedzice próbują raz jeszcze targnąć się na naszą wolność, zagrozić naszym wartościom i dobytkowi.
Dzięki Tobie, jesteśmy silni jak nigdy dotąd. Ty, twój oddział i Legion jesteście gwarantem przyszłości naszych najmłodszych, którzy uczą się na Twoim przykładzie wzorca żołnierza, jakim staną się niebawem. To dzięki Tobie nasza gospodarka rozkwita a postęp technologiczny nie traci tempa. Chcę byś wiedział, że wszyscy Ci, którzy walczą na innych frontach, którzy pracują w fabrykach i manufakturach, którzy dbają o rolę i dostawy żywności na front dziękują Ci za Twoje poświęcenie i odwagę.
Niechaj płomień wroga zgaśnie niebawem, gdy jako jedność ruszymy ostatecznie rozprawić się z zagrożeniem butnych uzurpatorów naszej wolności. Wyczekuj rozkazów i bądź gotowy do boju.


Imperator Smodur

Selb zgiął list w pół i schował do swojego plecaka. Wyciągnął z kieszeni ostatnie cygaro i odpalił, po czym zapalniczkę rzucił na swoje posłanie i wyszedł z kwatery bandy Jadu. Ciężko było mu uwierzyć w słowa Imperatora o gwarancie przyszłości, zważywszy na zachowanie swojego oddziału. Z Maggokiem nie rozmawiał, Kyrrozon wciąż drwił nawiązując do ostatnich wydarzeń, a Centurion wciąż zlecał mu śmieciowe roboty. Miał dość sprzątania ciał, czyszczenia latryn, liczenia zaopatrzenia czy noszenia skrzyń z konserwą mięsną do kuchni.
Ale gdyby mógł, nawrzeszczałby raz jeszcze na Maggoka i Edyrra. Tych dwoje, wraz z Kyrrozonem nie zasługiwało nawet na szczęt szacunku. Minęło kilka dni, a jego stosunki z kumplami (teraz już by ich tak nie nazwał) wcale się nie polepszyły. Ze wszystkich, jedynie z Falpitem mógłby się dogadać. Teraz jego ciało spoczywało we wspólnej mogile, zakopanej podczas krótkiej ceremonii pożegnania zmarłych. Podobnie jak w kwestii Falpita, Selb często przywoływał w myślach wspomnienia o Ramperze, na pochówku którego niestety nie mógł uczestniczyć. Nie poznał jego oddziału i z pewnością nigdy tego nie zrobi, bez znaczenia. Ostatnie dni poza odwalaniem śmieciowej roboty spełzały Selbowi na samotnym siedzeniu w rogu między trzecią kuchnią o korytarzem zaopatrzeniowym. Mało kto tędy chodził, a popielcy zasuwający przy gotowaniu żarcia nie mieli nic przeciwko tak długo, jak pomagał im wnosić nowe dostawy. Czasami zgarnął dodatkową porcję jedzenia jaka została po obiedzie albo wypił flaszkę z kucharzami. Nieraz zagrał z nimi w karty lub wymienił się wspomnieniami z życia sprzed werbunku. Tylko gdy miał przyjść po nowy przydział do Centuriona włosy na karku stawały mu dęba, a i spać dobrze nie potrafił w towarzystwie Maggoka i Kyrrozona. Owa dwójka często wysyłała go po nowe zapasy do Zemmdy Narrowstream, na wieść o śmierci Falpita chodziła zirytowana w diabły. Paskudny nastrój minął już po kilku dniach, wraz ze znalezieniem sobie nowego gacha. Tym samym Selb nie tylko był chłopcem na posyłki, ale drągiem do ulżenia sobie od czasu do czasu. Wpadając w rutynę, Selbowi było już wszystko jedno.

Pewnej późnej nocy, asystentka kwatermistrza po raz pierwszy zirytowała Selba, zostawiając mu na odchodne pas granatów. Poczuł się wtedy jak dziwka, której płacono w wyposażeniu które mu się przecież należało. Trzymał jednak język za zębami, przypominając sobie słowa Falpita: "Tę panienkę lepiej mieć po swojej stronie. Wszystko dla ciebie załatwi". Tego dnia Selb miał liczyć jeńców i przygotowywać ich do wywiezienia w głąb Askalonu, a przynajmniej tak brzmiało polecenie Centuriona. W rzeczywistości miał ich segregować dla jednego z podoficerów, który decydował który idzie na szafot a który nada się do pracy w kopalni. Jadochwytakowi był oto już wszystko. Nie żywił już żadnej litości do Płomiennych, którzy odebrali mu najbliższego przyjaciela. Zatrzymał się nawet w drodze powrotnej na polach, gdzie rozstrzeliwano skazańców. Każdemu kazano klęknąć, po czym trójka żołnierzy miała podejść i strzelić im w tył głowy. Ku zdziwieniu Selba, żaden z nich nie błagał o litość, wręcz przeciwnie - przyjmowali swój los z dumą, nie mrugnęli okiem, nie warknęli gdy sprowadzano ich brutalnie na kolana. Umierali z godnością, nie wyrzekając się ani na moment swoich przekonań, żaden z nich nie wypowiedział w akcie desperacji lojalności swojemu Legionowi. To, w mniemaniu Selba, było godne podziwu. Zastanawiał się, czy zrobiłby tak samo, gdyby był na ich miejscu.

Gdy szedł do kwatery, zapalił ukradzionego śpiącemu wartownikowi papierosa. Teraz przychodziła ta najgorsza część dnia, gdy musiał spędzić czas z bandą. Nie potrafił znaleźć języka z opryskliwym dryblasem i "sanitariuszem". Centurion przychodził do nich pod wieczór na luźne gadki, więc Selb słuchał, czasami coś odpowiedział by nie urazić Edyrra, a gdy wychodził odwracał się plecami do reszty i próbował zasnąć. Tego dnia jednak nie było słychać rozmów, a przytłumione wzdychanie i piski przez zakryte usta. Jadochwytak zbliżył się z wolna do kwatery i lekko uchylił jej połę, zaglądając do środka.
Nie wierzył własnym oczom. Widok Centuriona, Maggoka i Kyrrozona wraz z dwoma popielkami i jednym popielcem wziętych z łapanki (byli to ci sami jeńcy, którzy mieli dziś wyjechać do ciężkich prac) w niewygodnej sytuacji spowodował, że Selb o mało nie wypuścił papierosa z pyska. Zrozumiałby jeszcze posuwanie samic, ale samca? Nawet jeśli to okopy, wojna, śmierć dysząca z bliska w kark, to jak można być tak zdesperowanym? I do tego CENTURION?
Żaden z nich nie zauważył Selba. On zaś nie mógł się nadziwić świństwu które odprawiało się na jego posłaniu. Gardził rżnięciem niewolnic, a co dopiero samców. Zacisnął pięści, brwi ściągnęły się tworząc kąt rozwarty z łuku brwiowego, a nozdrza buchnęły parsknięciem. Impuls pobudził Selba do odpięcia pasa z granatami. Kiedyś zdarzały się takie przypadki, gdy w namiocie oficera eksplodował granat, wrzucony tam przez rozgoryczonego żołnierza. Trudno wtedy ustalić sprawcę, nieraz podciągano to jako niefortunny przypadek jako nieuważne posługiwanie się materiałami wybuchowymi. Gdyby to był sam Centurion, nikt nie dałby wiary, że przypadkowo wyciągnął zawleczkę granatu.
Selbowi szkoda było tylko tej trójki wykorzystywanych seksualnie popielców. Wyszarpnął zawleczkę jednego z granatów i wrzucił pas do środka, po czym puścił się w bieg korytarzem okopu. Dopadł do drabinki prowadzącej na górę, do ziemi niczyjej (póki nie zakończono budowy sieci nowych okopów). Potężny huk rozległ się po okolicy, gdy Selb biegł w kierunku przednich linii. Chciał jak najszybciej dostać się jak najdalej od miejsca zbrodni. Los chciał, że dostał się w sam środek potyczki. Płomienny Legion przypuścił atak na pierwszą linię okopów przed fortecami. Dołączając do wartowników i później kolejnych żołnierzy, Selb nałożył bagnet na lufę i gotów był szarżować naprzód. Gdy usłyszał gwizdek, z rykiem ruszył naprzód.

Nie liczył ilu zabił tego dnia, poza własną bandą. Strzelał, ramię w ramię z prawdziwymi żołnierzami, odpierając szturm nieprzyjaciela, zupełnie jakby wpadł w trans. Miotał śrutem za zabitego Falpita, Haskera, dźgał bagnetem za odebranie życia Ramperowi. Napędzany nienawiścią nic nie liczyło się bardziej, niż rozlana krew wroga i załadowana komora strzelby. Ufał tym, u boku których walczył choć nie znał ich imion.
Ostatnie co zapamiętał, to paraliżujący ból głowy. Później nie mógł patrzeć, ale mógł słuchać. Trzask stalowej bramy to ostani dźwięk, jaki został mu w głowie.
4
Historie Postaci / Odp: Za słaby
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Tank dnia Maj 09, 2019, 03:52:58 »
"W końcu w lidze jesteśmy jak rodzina, na dobre i na złe." - Markus var Maelius

70 Dzień Sezonu Zefira 1332 AE (22:48)

W życiu każdego z nas, codziennie pojawiają się setki decyzji, które musimy podjąć. Za każdą z nich stoi powód, dla którego wybraliśmy tak, a nie inaczej. Nasze przekonania, chęć zarobku, zapewnienia sobie lub innym bezpieczeństwa, nasze upodobania czy chociażby zwykłe widzimisię. Czasem głowimy się nad wyborem, lecz najczęściej musimy wybierać natychmiast, nawet jeśli nie zdajemy sobie z tego sprawy. Potem jednak pojawiają się konsekwencje naszych czynów. Niech to będzie smak lodów jaki wybraliśmy, ułożenie drogi jaką poszliśmy, zaludnienie w sklepie, do którego zdecydowaliśmy się pójść, czy nawet raport wojskowy, podsumowujący nasze działania. Dopiero kiedy trafia do nas widoczny efekt naszych decyzji, mamy odwagę kwestionować własne wybory.
W każdym z nas pojawia się swego rodzaju zwątpienie.
Czy to co zrobiłem było słuszne? Czy decyzja jaką podjęłam okazała się dla mnie zyskowna? Czy gdybym wybrał inaczej, to wszystko skończyłoby się identycznie? Czy jest coś, co mogłam zrobić lepiej?
Pytania kołatają się w głowie, ale najgorszą częścią jest bezsilność wobec dominacji linii czasu. Nie mając wpływu na przeszłość, nie możemy zmieniać teraźniejszości i choć często się za to obwiniamy, najprostszym rozwiązaniem byłoby zająć się tym co teraz, aby zapewnić lepszą przyszłość. Sobie i innym.
Brigg spluwając krwią na bok po raz kolejny zbierał się na chwiejnych nogach, zadając sobie identyczne pytanie.
„Po co ja to właściwie zrobiłem?”
Zamiast odpowiedzi nadchodziły jedynie kolejne noże z mięsistym plaskiem wbijające się w jego plecy. Wyginając odruchowo kręgosłup w tył jęknął z bólu, upadając na kolano. Na tej wysokości, pysk popielca był świetnym celem dla pięści nornki. Potężnym uderzeniem zrzuciła go znów na brzuch.
- Było zrobić co do ciebie należało, skoro zabrałeś forsę. Teraz robota jest moja. - Chwaliła się nornka. - Tak jak twoje bezużyteczne życie.
„Pokonany przez byle nornkę.” - Pomyślał Brigg, starając się mimo wszystko podeprzeć się na odmawiających posłuszeństwa dłoniach. Przyjął jednak na siebie zdecydowanie za dużo, nie robiąc za wiele w odwecie.
Poczuł jak kobieta przysiada na jego plecach, utrudniając mu podniesienie się. Przez chwilę cisza, a potem dźwięk ciętego mięsa i piekący ból przeszywający prawy bark. Długie ostrze należące do jego rywalki przeszło przez jego ramię jak przez masło, zatrzymując się dopiero na ziemi pod nim.
- Zostaw go, Valerio. - Zabrzmiał pewny siebie głos gdzieś z tyłu.
Brigg znał właściciela tego głosu. Choć do tej pory, chciał wygrać z nornką, ale po prostu nie dawał jej rady, teraz wolałby, żeby po prostu go zabiła. Ta jednak odwróciła głowę za siebie i wstała z leżącego Havgaarda, rozkładając ręce w rozbawionym geście.
- Ho, ho! Jest i Pośrednik! - Zawołała uradowana Valeria, po czym jej ton zmienił się nagle. - Czego tu szukasz, szczurze?
- Kto jak kto, ale ty mogłabyś nabrać szacunku, dla persony, która nadciągnęła pomóc własnemu pracownikowi.
- Nie potrzebuję… twojej jebanej pomocy… - Warknął z ziemi Brigg.
- Zapewne. - Odpowiedział nieprzekonany Knatt.
Asura wyciągnął zza paska sporą jak na niego sakwę i rzucił nią niedbale w kierunku stojącej tuż ponad popielcem Valerii. Pakunek rozsypał się przed jej nogami. Wypadły z niego złote monety.
- Co to jest? - Zapytała gniewnym tonem.
- Zaliczka, którą twoja szefowa przekazała Briggowi za wykonanie zadania.
- Skąd wiesz, że mam szefową?
- Ach, wszyscy jesteście tak prostymi istotami… - Westchnął Knatt.
Zza paska wyciągnął kolejny woreczek, tym razem w rozsądniejszym rozmiarze. Podrzucił go w dłoni parokrotnie przeżuwając gumę z nieznacznym uśmiechem na twarzy.
- A to… - Rzekł rzucając sakiewką do nornki. - …jest połowa tej sumy. Dla ciebie.
Valeria złapała lecący do niej przedmiot i odciągnęła szary sznureczek na jego wierzchu, aby jej oczom ukazała się złota poświata sporej ilości monet znajdujących się w woreczku. Zawiązała go i podpięła do paska. Odwróciła głowę w kierunku Brigga, którego dłoń poruszyła się w kierunku piły leżącej nieopodal.
Z nieukrywaną radością wbiła twardo obcas prosto w wyciągnięty wierzch dłoni popielca. Przy akompaniamencie krótkiego jęku Havgaarda, odpowiedziała Pośrednikowi.
- Mam swoje rozkazy.
- Masz też swoje wydatki, a twoją szefową interesuje jedynie panna Oswald, a nie pan Havgaard.
Valeria założyła ręce na piersi i mrużąc brwi pokręciła nieznacznie głową.
- Chciała odzyskać pieniądze, ale chciała też śmierci tego śmiecia.
- Droga Alchemio. - Załamał się Pośrednik. - Wrócisz do szefowej i zameldujesz o śmierci pana Havgaarda. Zwrócisz jej również wszelkie koszty jakie poniosła, a do tego zarobisz trzykrotnie. Raz za pannę Oswald, raz od szefowej za pana Havgaarda, a raz ode mnie, za tego samego dżentelmena. Ja natomiast dopilnuję, aby do momentu aż niewątpliwie zlikwidujesz swój cel, pan Havgaard pozostawał poza zasięgiem radarów. Pieniądze zlokalizowane są w twojej dłoni. Wystarczy podjąć poprawną decyzję.
Przez moment Valeria nie poruszała się z miejsca, analizując sytuację. Kiedy jednak, jak dla większości najemników, chęć zarobku wzięła górę, zeszła z ręki Brigga i powoli podniosła większy worek złota. Z nieukrywaną radością wróciła na plecy leżącego i bardzo wolno wyciągała rwane ostrze z ciała Havgaarda. Na wszelki wypadek dodała jeszcze kopnięcie w odsłonięty bok popielca, odbierając mu oddech na najbliższe kilka sekund.
W czasie kiedy ten desperacko próbował złapać kolejny haust powietrza, nornka ostentacyjnie odeszła w sobie znanym kierunku, kołysząc biodrami, aby rozdrażnić obserwującego ją asurę. Kiedy mijała Pośrednika rzuciła na pożegnanie.
- Od zawsze wiedziałam, że zbierasz śmieci.
Knatt obrócił oczami i ruszył w kierunku ciężko oddychającego popielca. Przysiadł na kamieniu niedaleko rannego Brigga. Złożył dłonie i podparł nimi brodę. Przez chwilę obserwował, jak jego wielki pracownik za wszelką cenę stara się podeprzeć na dłoniach, jednak z powodu utraty krwi i zmęczenia nie jest w stanie. Popielec w końcu na drżących mięśniach podciągnął pod siebie kolana, znajdując dwa dodatkowe punkty podparcia.
- Czemu mi pomagasz? - Zapytał.
- Za dużo mnie kosztowałeś, żebym tak po prostu z ciebie zrezygnował.
- Odszedłem.
Knatt nie wydawał zwracać się uwagi na ten drobny szczegół. W jego głowie Brigg był nie tylko jego pracownikiem, ale również jego własnością. Zmienił więc temat.
- Wytłumacz mi proszę, dlaczego zrezygnowałeś z zabójstwa panny Anastazji?
Brigg wyszczerzył kły, po których spływała jego krew. Dzikim wzrokiem obserwował asurę.
- Annie. - Wycharczał.
- Słucham? - Zdziwił się Pośrednik.
- Ma... na imię… Annie.
Havgaard próbował podnieść się do siadu, ale jedynie stęknął, pozostając w tej samej pozycji. Wyglądał jak siedem nieszczęść.
- Nie nadawaj szczurom imion... - Zaczął Knatt, lecz popielec natychmiast warknął aby mu przerwać.
- Sam jesteś szczurem.
Pośrednik nie wydawał się urażony tym określeniem. Przeżuł gumę kilka razy i rozpoczął na nowo.
- Nie nadawaj szczurom imion, bo się do nich przywiążesz i nie będziesz potrafił się ich pozbyć. Opowiem ci pewną historię. Kiedy byłem jeszcze młodym uczniem, ja i moi rówieśnicy otrzymaliśmy zadanie zaopiekowania się grupą szczurów laboratoryjnych, oraz zapoznania ich ze światem zewnętrznym, którego nie dane im było zaznać. Mieliśmy zapisywać nasze obserwacje, zmiany behawiorystyczne badanych obiektów oraz nowy pokarm, który wprowadzaliśmy do ich diety. Nic trudnego. Do mojego szczura nie pasował jednak tytuł „obiekt badawczy R-114”. Nadałem mu zatem imię. Od tej pory był to dla mnie Ralf. Traktowałem go jak pupila, a kiedy po miesiącu nadszedł czas, aby zdać wyniki naszych obserwacji, oraz oddać szczury do laboratorium, ja nie mogłem rozstać się z Ralfem. Za zaoszczędzone pieniądze zakupiłem podobnego szczura i to jego zwróciłem do laboratorium. Odkrycie, że dokonałem przekrętu było kwestią dwóch dni. W efekcie, nie zaliczyłem zadania. Bo nie chciałem rozstać się z głupim szczurem.
- Wzruszające. - Odparł sarkastycznie Brigg.
- Dokładnie to samo przytrafia się tobie. Nadałeś członkom Ligi imiona. Zbieraj się. Odpoczniesz moment i musimy wygryźć Valerię zanim dopadnie nasz cel.
Pośrednik podniósł się z kamienia i zaczął iść w kierunku, w którym udała się nornka.
- Rzuciłem to. Tysiąc razy wolę ligę niż ciebie. - Powiedział twardo popielec.
Knatt zatrzymał się w pół kroku.
- Dziewięć lat. Dziewięć lat współpracy bez żadnego słowa skargi. Po czym nagły bunt. Bo odkryłem twoją przeszłość?
- To tylko zgniła wiśnia na tym... zepsutym torcie. Byłem wściekły, ale poszedłem się zapisać do tej Ligi, tak czy nie? - Odburknął Brigg.
- A twój punkt to?
- Nie przestałem wykonywać tej durnej roboty. A oni otworzyli mi oczy. Przynajmniej traktują mnie jak równego sobie.
- Dwadzieścia pięć dni okresu wejścia do gildii ponad dziewięć lat owocnej współpracy? Cóż to za spaczona matematyka, kolego?
- Dostałem łóżko. - Powiedział Havgaard, jakby sam nie dowierzając temu co mówi.
- Ckliwe. Przyjęto nowego i od razu dano mu spać wśród członków? Naiwne.
- Dla ciebie jestem tylko marionetką. Dla nich jestem... pustą kartą. Nie wiedzą kim jestem.
- Głupcem. Zdradę masz we krwi. Mogłem się spodziewać, że i ze mną długo nie wytrzymasz. Wiedz, że błądzisz.
Ton asury zmienił się. Wydawał się zły. Jakby odmówiono mu po raz pierwszy. Potrząsnął głową i wrócił do swojego zwykłego, pełnego wyższości głosu.
- Jesteś wyjątkowo nudną postacią. Wszelkie negatywne wspomnienia jakie posiadasz są bezpośrednim wynikiem twoich uczynków. Popełniłeś błąd zdradzając bandę. Czy naprawdę chcesz popełnić kolejny, mimo iż wybaczyłem ci twoje występki i podałem pomocną dłoń? Dlaczego? Tu jest twoje miejsce. Dla tych trywialnych najemników jesteś co najmniej zbędny.
Brigg nie miał ochoty słuchać niczego więcej. Mimo iż ledwo wytrzymywał ciężar własnego ciała, czuł jak narasta w nim gniew, pchający go do przodu. Na chwilę mógł zapomnieć o przeszywającym jego mięśnie bólu i podniósł się do pionu. Teraz mógł spojrzeć na asurę z góry. Postanowił jedynie złapać za broń, którą wytrąciła mu z rąk "byle nornka" i ruszyć z dala od denerwującego szczura. Do karczmy. Do... domu.
- To niestety nie koniec, panie Havgaard. - Powiedział głośniej za kuśtykającym popielcem Pośrednik.
"Panie Havgaard". Nie "ty". Mów co chcesz Knatt. To był koniec.



71 Dzień Sezonu Zefira 1332 AE (03:36)

Brigg wrócił do karczmy późno w nocy. Głośniej niż zwykle. Już od schodów słychać było jego nienaturalnie powolne kroki, których dźwięk wymieniał się na przemian z gardłowym oddechem i kroplami uderzającymi o deski. Również jego zapach został absolutnie zdominowany przez niemiły swąd krzepnącej krwi. Dotarł do pokoju opierając się o framugę. Był całkowicie pokryty ranami po ostrzach należących do Valerii, z których kilka było całkiem głębokich. W szczególności nowe okno na świat na jego prawym barku.
Sam wyglądał jak wrak siebie. Blady, jakkolwiek popielec o czarnym futrze może wydawać się blady, a jego sierść wymazana była jego własną krwią, zmieniając właściwie kolor pasów na futrze na wściekle czerwony. Skrawki ubrania, które na nim pozostały wydawały się być przemoczone. Popielec nie chciał kłaść się w czystą pościel wyglądając w ten sposób. Opadł ciężko przy ścianie i opierając się o nią, usiadł przy wejściu, patrząc się tępo w podłogę przed sobą.
Z każdą sekundą, w której uchodził z niego gniew, zaczynał czuć się coraz gorzej. Zupełnie jakby jedynym co trzymało go w całości była wściekłość. Na Knatta, na to że przegrał z byle nornką, na to, że jest głupim zdrajcą i że niezależnie co wybierze, będzie musiał kogoś zdradzić.
W pokoju nie było nikogo starszego rangą. Jedynie Annie i Aeshri, które zdążyły usnąć dłuższy czas temu. Nie było im jednak dane nacieszyć się snem, gdyż ćwierćtonowy popielec robił bardzo dużo hałasu jak na kogoś, kto starał się nie wydawać żadnych dźwięków.
- Annie, znów dostałaś okresu? - Aeshri burknęła na pół śpiąco.
W przeciwieństwie do sylvari, kobieta szybko się wybudziła, gdy dotarły do niej podejrzane dźwięki. W ostatnich dniach i tak marnie sypiała. Wypatrzyła w ciemności postać popielca, w końcu trudno było go z czymś pomylić. Jej oczy nie przyzwyczaiły się jeszcze do czerni pokoju, więc nie widziała w jakim jest stanie.
- Na bogów... - Jęknęła. - Co ty wiesz o cierpieniu podczas okresu?
Pokręciła głową i wyskoczyła z łóżka.
- Brigg co ty tak...
Podeszła bliżej, by przyjrzeć się popielcowi i na chwilę odjęło jej mowę, gdy wzrok zdołał przyzwyczaić się do ciemności. Jej oczom ukazał się ten sam przerośnięty popielec co zwykle, w prawdopodobnie najgorszej formie od dawna.

Aeshri w końcu również otworzyła oczy. Powęszyła moment w powietrzu, po czym sięgnęła po sztylet. Uniosła go nad poziom kołdry i oświetliła pokój.
- Aeshri medyka trzeba! - Krzyknęła Annie do sylvari. - Brigg co się stało?
Klęknęła koło niego, oceniając jak bardzo jest ranny.

- Medyka...? Uh, dobra. Wstaję, idę po komunikator.
Brigg wyrwany z otępienia krzykiem Annie skrzywił się lekko i zerknął w jej stronę.
- Wszystko... gra. - Zapewnił powoli.
- Właśnie widzę. - Mruknęła. - Co się stało?
- Demony przeszłości. - Opdowiedział Havgaard, po czym wypluł trochę krwi na podłogę. - Ale... już dostałem za swoje.
Aeshri wypełzła z łóżka. Niby chciała posłuchać, ale jednak żal jej się zrobiło popielca.
- To... W razie czego później mi powiecie co się stało, dobra? Zaraz kogoś sprowadzę.

- Jest... ok. Idź spać... zaraz się ogarnę. - Mruknął nieco zirytowany Brigg.
- No nie wiem. Annie, to jest gorsze niż okres czy "Duży" się wyliże? - Wskazała na opierającego się o ścianę współlokatora.
- Mnie to wygląda bardziej na: "Patrz jaki jestem twardy bla bla bla..." - Wyprostowała się i złożyła ręce na piersi. - A okres to coś w rodzaju: "Podejdź bez czekolady a cię zamorduje, wypruję flaki i dam quagganom na pożarcie".
- Uh. To trzymaj go, by nie szedł być twardy gdzie indziej, bo Nish się wkurzy, jak ją wyrwę ze snu do jej ulubionego gatunku pacjentów, a tu już go nie będzie.
- Spoko, popilnuje uparciucha. A jest takie przysłowie ze duży jak brzoza, a głupi jak koza. - Westchnęła sobie ciężko. - Idź po Nish póki nas jeszcze nie zagryzie.
Brigg oparł tył głowy o ścianę za sobą, zrezygnowany.
- Ja wszystko słyszę... - Powiedział, starając się brzmieć złowrogo.
Aeshri nie wydawała się jednak wzruszona.
- A my to wszystko widzimy, Duży. Idę.
Sylvari ruszyła w kierunku schodów na dół karczmy.
Przez chwilę panowała cisza, którą Annie postanowiła przerwać, aby popielec zajął się gadaniem zamiast myśleniem o ucieczce.
- To może chociaż powiesz ile tych duchów przeszłości było? - Zapytała.

- Pięciu. - Skłamał po sekundzie Havgaard z warkotem w głosie.
- I co warczysz? Póki co, tu jesteś bezpieczny, a jak nie będziesz gryźć to i do rana nawet będziesz łazić o własnych łapach.
Kobieta była spokojna, widocznie obojętna na warkoty prawie przewyższającego ją na siedząco popielca.
Przez moment miał on ochotę ją rozszarpać, ale jak bardzo nie chciał się z nią zgodzić, miała rację. Przymknął oczy i zaczął wracać myślami do wydarzeń sprzed paru godzin, dni i tygodni.
- Po co ja się w to pakowałem? - Zapytał w przestrzeń.
- A w co się wpakowałeś? - Zainteresowała się Annie.
Usiadła na łóżku i założyła na siebie pierwszy sweter jaki znalazła. W końcu zerwała się jedynie w swojej koronkowej piżamce, składającej się z krótkich spodenek i bluzeczki na ramiączka.

Brigg przez moment zastanawiał się, czy w ogóle powinien odpowiadać na to pytanie.
- W tę waszą durną... gildię...
- O... patrz ja sobie codziennie zadaję to samo pytanie. Ale o ile dobrze kojarzę, to chyba jakoś nikt od nas cię tak nie skwasił.
Havgaard prychnął na słowa Annie. Spojrzał jej w oczy.
- Jeśli... mówicie o sobie prawdę... kwestia czasu.
Spróbował podeprzeć się ręką i podnieść do pionu. Bycie zmuszonym do słuchania Goldarrow nie było jego marzeniem. Gdy tylko przeniósł swoją masę na jedną rękę, prawie natychmiast musiał zaprzestać tego wybitnego planu. Mimo świetnego punktu podparcia jaki stanowiła dla niego ściana, po ciężkim wysiłku, jego mięśnie nóg i rąk zaczynały odmawiać posłuszeństwa. Powolna utrata krwi też nie napędzała go do dalszego działania. Wyglądało to jakby zachwiał się na siedząco. Miał już tylko nadzieję, że Annie nie zwróciła na to uwagi.
Kobieta po tym jak założyła sweter chwilę przyglądała się Briggowi, mrużąc lekko oczy i nad czymś zastanawiając, ale koniec końców słowa nie powiedziała i najwyraźniej wyczuwając że popielec nie chce z nią gadać, nie odzywała się już do niego.
Havgaard widząc minę, która malowała się na twarzy Goldarrow zakończył lekceważącym tonem.
- Z resztą... co ty wiesz...
- Tyle, że jak zapaskudziłeś podłogę to sam ją jutro będziesz szorował. - Spojrzała w kierunku drzwi licząc ze Nisheera za chwilę wpadnie, a ona sama nie będzie musiała się męczyć z kotem "pan wszystko wiedzący".
- Uh-uh. - Mruknął. - Powiedz mi do cholery. Kto ci kobieto... paznokcie połamał... na tej wycieczce... że jesteś tak... irytująca?
- Irytująca? - Zdziwiło ją to stwierdzenie - Z resztą martw się o siebie, a nie o moje paznokcie. A nie mniej irytująca zapewne jestem niż zawsze.
- Heh. - Prychnął rozbawiony swoją marną sytuacją. - Nic, a nic.
- Więc się odczep.
Annie ponownie spojrzała w stronę drzwi i wyczekiwała na Nisheerę. Również i ją zaczynała denerwować ta sytuacja. Przez moment przeszło jej przez myśl, że sama może dobić popielca. Jej humor wyraźnie się poprawił.

Po kilku minutach dłużącego się oczekiwania w pokoju pojawiły się dwie sylvari - Nisheera w asyście Aeshri. Aeshri nie kryła tego, że mimo wszystko chętnie poszłaby do łóżka i wnosząc po jej minie trochę walczyła ze sobą, by tego nie zrobić, ale była zbyt zaciekawiona tym co się wydarzy. Nish zaś była zwarta i gotowa, mimo że siostra musiała ją wyrwać z łóżka. Każdy kosmyk jej włosów sterczał w inną stronę i zamiast eleganckiego koka, jak co dzień, sylvari miała burzę poskręcanych pnączy sięgających łopatek.
- Najmocniej przepraszam, jak ktoś śpi, ale potrzebuję światła. Brigg jest jeszcze przytomny? - Zapytała Nish, zapalając jedną z lampek.

Aeshri zaś leniwie ruszyła zapalić pozostałe lampki
- Cze-ej, poświecę Ci.

Wrodzona niechęć do medyków objawiła się popielcowi przed oczami.
- Daj spokój... wszystko ok, robicie szopkę... bez sensu. - Powiedział Brigg podciągając się po ścianie, zostawiając na niej, ciemnoczerwony ślad.
Annie spojrzała na niego spod łba.
- A mnie się wydaje, że teraz ty szopkę robisz. I pokój będziesz odmalowywać. - Dodała do listy przyszłych obowiązków kota i spojrzała na Nish. - To chyba jeden z tych bardziej upartych pacjentów.

- Przywykłam do takich.
Stuknęla kosturem w ziemię i rozrysowała glif przywołania żywiołaka, który pojawił się obok niej w towarzystwie jasnego światła.
- Brigg, proszę, współpracuj. Oboje chcemy mieć to za sobą. Ja - bo nie życzę Ci bólu, Ty - bo nie życzysz sobie komplikacji i omdlenia z powodu utraty krwi. Rany... nie wyglądają na poważne, ale jest ich za dużo.
Mówiąc to, wskazała kosturem popielca. Żywiołak ruszył w jego stronę, zaraz kojąc swoją magią palące zranienia.
Aeshri zachichotała.
- Też nigdy nie lubiłam medyków. Za dużo gadają.

- Aeshri, nie pomagasz! - Nish fuknęła na sylvari, która jak gdyby nigdy nic przyglądała się jej pracy. Nim ta zdążyła coś rzec w odpowiedzi, Nish odezwała się do Brigga.
- Jestem opiekunką tej gildii, jedyną stałą uzdrowicielką. Cieszę się, że mogę pomóc; byłabym na siebie zła, gdybym nie udzieliła Ci wsparcia chociaż w tej sytuacji, skoro chociaż to potrafię. Jesteś członkiem gildii. Potrzebujemy Cię sprawnego i dyspozycyjnego, w tych niebezpiecznych czasach.



Gigantyczne dzięki dla dziewczyn, za pomoc przy tworzeniu ostatniej części historii.
5
Historie Postaci / KW, k. II - Dym
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Falkner dnia Maj 08, 2019, 01:50:32 »
Dym

Przez radiowęzeł rozległy się następujące ponaglenia, które powtarzały się z częstotliwością około 20 sekund: "Wszyscy żołnierze mają przegrupować się u swoich oficerów na pierwszym i drugim okopie. Wszyscy żołnierze mają obowiązek pobrać maski przeciwgazowe".
Głos skrzekliwej popielki ranił uszy gorzej, niż zalane alkoholem tenory żołnierzy w okopowej kantynie. Selb nie miał przy sobie maski, to też rozejrzawszy się po drogowskazach puścił się w bieg do punktu zaopatrzeniowego. Najbliższy był ten, gdzie asystentem questora była Zamda Narrowstream (ta, która według Kyrrozona dawała za ładne oczka), to też Jadochwytak biegł tam na czterech łapach. Szybko jednak musiał się wyprostować, bowiem uzbrojeni żołnierze wymusili na nim oszczędność miejsca, aby każdy mógł przejść, poza tym uzbrojonym po zęby krwawym lepiej było nie wchodzić w drogę. Dysząc i skrzypiąc pancerzami, Selb musiał zatrzymać się i przycisnąć mocno do podpartej drewnem ściany, by przepuścić dziesięciu popielców w czerwonym umundurowaniu. Nieśli ze sobą tarcze z wymalowanym symbolem swego Legionu oraz standardowe, ząbkowane miecze. Jednakże zamiast hełmów na łbach mieli coś w rodzaju wora z dwoma okularami i przypiętym filtrem z powietrzem w miejscu pyska.
- Co się dzieje? - zapytał Selb ostatniego z krwawych, odbijając się od ściany gdy go minęli.
Żołnierz odwrócił się na chwilę i machnąwszy łapą, wymruczał:
- Dymy puszczają. A dalej to nie wiem, chyba będziem się prać.
Na dłuższą odpowiedź nie było co liczyć. Korzystając z wolnego przejścia, Selb opadł na cztery łapy i pognał prosto do Zemdy. Odsłaniając połę namiotu, zobaczył jak popielka naprędce wciąga na pysk maskę gazową i dokręca filtr powietrza.
- Zemda, potrzebna mi taka maska - posapując, Selb podszedł od kontuaru i oparł się obiema łapami. Łapał oddech po biegu, a zarazem korzystał z możliwości oddychania nie przez maskę, a własnym pyskiem.
Kwatermistrzyni odparła przytłumionym przez maskę głosem, wciąż regulując przykręcony filtr:
- Czekaj, tylko...
- Nie mam czasu, pospiesz się!
Popielka zostawiła maskę w spokoju i sięgnęła do otwartego kufra, skąd wyciągnęła jedną maskę i rzuciła ją Selbowi do łap. Zaraz po tym chwyciła łapą dwa płaskie dyski niewielkich rozmiarów, i położyła je na kontuarze.
- To są filtry. Wiesz jak się tego używa? - zapytała, naprędce wyciągając drugą maskę widząc, że kolejny żołnierz wchodzi do namiotu.
Selb zgarnął maskę oraz filtry i odparł:
- Pytasz dzika czy sra w lesie.

Na zewnątrz wciągnął czym prędzej tkaninowy wór z otworami na oczy na łeb i przykręcił filtr. Drugi schował do kieszeni z prawej strony przydziałowego munduru, by w razie czego mieć do niego łatwy dostęp. Syrena wciąż wyła, a przez radiowęzeł wciąż przewijał się ten sam komunikat. Teraz należało znaleźć swoją bandę - w tym celu Selb udał się korytarzem do końca, skręcił w prawo, a następnie znów w lewo. Przez te kilka dni spędzone w okopach nauczył się już na pamięć gdzie śpi, gdzie dają jedzenie, gdzie można załatwić potrzeby fizjologiczne i skorzystać z natrysku. Rozległy się pierwsze wystrzały sojuszniczej artylerii, których uderzenia odbijały się daleko - na słuch można było powiedzieć, że nasze działa jak zwykle próbują uciszyć przeciwnika nim ten się odezwie. Po drodze mijał kolejne bandy, formujące się w centurie Krwawego, Popielnego i Żelaznego Legionu. Wydawać się mogło, że szykowała się ponowna, wielka ofensywa która raz na zawsze położy kres obecności Płomiennego Legionu. Z doświadczenia jednak Selb wiedział, że obie strony są na tyle mocno okopane, że trzeba było zmasowanego ataku ze wszystkich stron by wroga pokonać, a przecież poza nimi są jeszcze inne sektory, które toczą podobną walkę. Płomyk nadziei rozpalił się w momencie, gdy Selb podsłuchał gadkę jednego z Legionistów, musztrującego swój oddział:
- Te psy myślą, że skoro nie potrafią pokonać nas w uczciwej walce, to zmiękczą nas swymi trującymi pierdami. NIE PRAWDA! - zakrzyknął Krwawy dowódca, uderzając okutą pięścią w otwartą dłoń - Nie udało im się wcześniej, nie uda im się dziś, nie uda im się NIGDY!
Bando Kłów! Szykujcie tarcze, miecze i topory, bowiem wróg podejdzie pod nasze okopy. Macie uderzać pewnie, tworzyć nieprzerwany szyk i pilnować brata czy siostry obok siebie. Każde uderzenie odbite w przeciwnika osłabia go, robi nam miejsce na nasz kontratak i w rezultacie przybliża nas do zwycięstwa. Ostatecznie zwycięstwo może nie nadejść dziś, może nie nadejść jutro, ALE RAZEM WYPĘDZIMY PŁOMIENNE PSY BY SKOMLAŁY W MGŁACH! Kły! Tarcze w górę, miecze w dłoń. Gryźć, szarpać, zabijać!
- Gryźć, szarpać, zabijać! - odparł chórek piętnastoosobowej bandy.

Selb zwolnił mimo ponaglających komunikatów rozprowadzanych przez radiowęzeł. Teraz nie biegł, a szedł chwilę, trawiąc w myślach słowa Legionisty Krwawych. Nawet, jeśli Centurion Jadogrzmot nie był tak wylewny w swoich przemówieniach (gadał tylko to, co musiał powiedzieć i tyle), to nie można było mu odmówić zachowywania zimnej krwi w obliczu nadchodzącej walki. Teraz ci żołnierze podniesieni słowami swojego dowódcy staną się mniej ostrożni, ich zapał przerośnie zdolności i zasilą zbiorową mogiłę. Ale... z drugiej strony, Selb właśnie tak wyobrażał sobie walkę. Płomienne przemówienia, jazgot dobywanych mieczy, szczęk zderzających się tarcz i świst pocisków na niebie. Nawet, jeśli Jadogrzmot nie zagrzeje go do walki, to nic nie szkodzi. Nie musi. Zrobił to za niego niższy rangą oficer przed chwilą.
Przyspieszywszy kroku, już prawie dotarł do kwatery. Nigdzie nie widział żadnych gazów bojowych przed którymi miałaby go ochronić maska, to też z ciekawością pragnął wyściubić łeb ponad okop. Niemniej, przypomniał sobie rady napotkanych żołnierzy: "Pod żadnym pozorem nie wystawiaj łba". Sądząc po tym, co potrafił zrobić Hasker, po stronie Płomiennych też musieli znajdować się podobnie wyszkoleni strzelcy. A Selb wciąż miał ochotę by zobaczyć, jak wyglądać będzie zwycięstwo w tym sektorze.
Zatrzymał się na moment, mierząc wzrokiem długi szereg Żelaznych stojących przy ścianie okopu. W dali stał Centurion wraz z innymi Legionistami, wydając im poszczególne rozkazy. Po raz pierwszy odkąd tu zawitał, Selb widział Jadogrzmota przywdziewającego płaszcz dowódcy centurii. Przecisnął się przed innymi aż do swojej bandy. W odróżnieniu od innych, kumple nie stali w szeregu, tylko zajmowali się sobą: Hasker polerował okular lunety, Maggok grzebał w torbie z zaopatrzeniem medycznym, a Falpit pomagał Kyrrozonowi zapiąć stalowe naramienniki. Ten ostatni - czarny dryblas, wyglądał dziś jak czołg na dwóch łapach: nosił na sobie ciężkie płyty, pysk miał zakryty stalowym hełmem sięgającym aż do początku karku, a spomiędzy kratowanej przyłbicy odbijało się światło rozpalonej pochodni od dwóch szkiełek maski gazowej. Opierał się o masywny karabin z korbą, który dodatkowo posiadał pas od lufy aż do kolby. Falpit odsunął się o krok i klepnął Kyrrozona w plecy, aż zatrzaskała osłaniająca go stal:
- No, siedzi dobrze. Wojuj dziś, bestio.

Selb bez słowa dołączył do swoich, oni zaś tylko spojrzeli na niego i pokiwali łbami. Kyrrozon sapnął coś niezrozumiałego przez maskę, po czym odezwał się Centurion:
- Nasza centuria bronić będzie lewej flanki. Wśród nas znajdą się też żołnierze Popielnego Legionu, którzy w razie niepowodzenia pomogą nam odeprzeć wroga. Płomienni napuszczają na nas swoje toksyczne dymy, dlatego żadnemu z was nie wolno zdejmować maski gazowej. Jeśli ktoś jest na tyle ciekawski by sprawdzić ich działanie na własnej skórze: zaczyna się od zatrzymanego oddechu, potem ślepota i wreszcie zdechniecie z uduszenia. Niewielu przeżyło, a do końca życia zostali kalekami - Centurion odprawił łapą pozostałych Legionistów do swoich band, którzy mieli dalej przekazać wiadomość o dzisiejszej taktyce.
- Wróg zechce podejść pod nasze okopy. Wasze zadanie polega na udaremnieniu tych planów. Jeśli zatrzymamy pochód, przechodzimy do ofensywy - Edyrr podszedł do Haskera i złapał go za pysk, dźwigając na proste nogi - Liczę, że znajdziesz sobie ładne gniazdko. Kyrrozon - Jadogrzmot odwrócił się do pancernej bestii - prowadzisz ogień zaporowy. Falpit i Selb - bronicie lini okopu ostrzałem. Maggok kursuje do rannych.
- Szefie, zaopatrzenie nie było szczodre - odezwał się sanitariusz. Centurion podszedł do medyka i zmierzył go od stóp do głów, po czym zacisnął łapę na pasie jego medycznej torby.
- Ufam twojemu osądowi. Ratuj tych, których można.
Selb ściągnął z ramienia strzelbę i odbezpieczywszy zamek, pociągnął za czółenko pod lufą, pozwalając pierwszej łusce pełnej śrutu wlecieć do komory. Uciekał wzrokiem przed dowódcą aby uniknąć dodatkowych pouczeń. Edyrr Jadogrzmot spojrzał raz jeszcze po wszystkich i oznajmił, klasnąwszy okutymi rękawicami:
- Na stanowiska!


Wychylając się lekko z okopu, Selb dostrzegł chmurę ciężkiego dymu sunącą w ich stronę. Każdy z żołnierzy miał na łbie maskę z filtrem powietrza i wgapiał się śmierć w lotnej formie przed sobą. Nawet sojusznicza artyleria ucichła, jakby wzniecając minutę ciszy dla myśli przed bojem.
Jadochwytak po raz pierwszy poczuł, jak jego serce ściska niewidzialne imadło, w gardle zrobiło się sucho, a przełyk zwęża się ze strachu. Po drugiej stronie płomienni szamani odprawiali rytuały przyzwania gryzącego układ oddechowy dymu, ciężkiego, zabierającego możliwość oddechu kłębu który zmierzał w stronę okopów. Niemalże pierwsze obłoki dosięgły pierwszej linii, na której rozmieszczeni byli żołnierze wszystkich trzech legionów. Pchając swój śmiercionośny twór magią wiatru, płomienni szamani wzniecali kolejne kłęby z zaczarowanych kotłów, w których spalała się mieszanka paskudnych ziół i innych alchemicznych ingredientów. Nawet płomienni nie byli odporni na tenże dym, stąd wielu z nich pyski przewiązane miała namoczonymi w miksturach maski, a oczy zasłonięte były goglami.
Zazwyczaj rozpoczęcie starcia sygnalizowały gwizdki, w które dmuchali oficerowie. Teraz jednak nikt nie mógł oddychać własnym nosem, co dopiero dmuchać. Gdy dym wdarł się w okopy Legionów, widoczność pogorszyła się, żołnierze stojący kilkanaście kroków dalej stali się zaledwie zarysami swoich sylwetek, a wokół rozdarły się ponownie dźwięki syren. Nagle rozbłysnęły reflektory ustawione daleko na tylnich liniach - potężne generatory światła których Selb nigdy nie widział w akcji, a gdy odwrócił się za siebie, przytknął łeb do ściany oślepiony ich białym światłem.
- Nie gap się w nie, to dla wroga - odezwał się Falpit zniekształconym przez maskę głosem, klepiąc Selba po ramieniu.
Gdy przed oczami skończyły tańczyć mroczki, Selb ponownie wychylił się z okopu by obserwować co zarysowuje się przed nim. Światło reflektorów iluminowało teren kilkanaście metrów przed nimi, pozwalając oczom dostrzec wysokie konstrukcje zmierzające w ich kierunku. Klasyczna zagrywka płomiennych: wysłać do walki Effigy.

Ciężko było naliczyć, ile szło ich na pierwszej linii. Jedne były niewiele większe od przeciętnego popielca, drugie zaś sięgały trzech metrów wysokości. Rozpalone żywym ogniem bazaltowe korpusy stąpały tak głośno i mocno, że drżała ziemia. Za nimi, wraz z wyciem syren, dało się słyszeć uderzenia w bębny i walenie mieczami o tarcze. Wszystko to, by zdemoralizować wroga zanim jeszcze rozpocznie się faktyczna bitwa. Lecz zamiast bębnów, syren i trzęsącej się ziemi Selbowi wciąż grały w głowie słowa Krwawego Legionisty, niczym utwór grany w zapętleniu podczas przerwy obiadowej w ZPSWIH. Nie było cienia wątpliwości, że te starcie będzie ciężkie. Poleje się krew, z czoła spływać będzie pot, a prochem strzelniczym zaśmierdną ubrania. Niemniej bardziej od ran Selb bał się działania dymu. Pamiętał jeszcze z fahraru opowieści weteranów, "gości specjalnych" i własnego Primusa o gazach bojowych stosowanych przez Legiony oraz ich odpowiednikom po stronie Płomiennych. Spośród wszystkich trzech frontów: przeciwko duchom, przeciwko Piętnu i przeciwko Płomiennym, Selbowi zdawało się że trafił na ten najgorszy. Duch bowiem był kopią zacofanego, askalońskiego żołnierza z ery, gdy nieznanym nikomu był karabin czy pistolet. Napiętnowani, choć liczni, to jednak głupi i zmasowane ostrzały likwidowały całe ich chmary. Płomienni natomiast byli popielcami, fanatykami, oddanymi zepsutej idei i prowadzeni przez rządzę narzucenia innym swojej tyranii. Potrafili myśleć jak popielcy i walczyć tak samo, stosując zaklęcia. Nigdy nie należało wątpić w siłę stali, ale gdy owa stal ulega zaklętym machinom wojennym, w sercu rodzi się wątpliwość.

Najpierw rozgrzmiała artyleria, a w ślad za nią karabiny i charzooki. Oświetlony jasnym światłem reflektorów teren w mgnieniu oka zamienił się w kłębowisko kurzu i wyrywanych strzępków ziemi. Mniejsze effigy trafiane rakietami odrzucane były do tyłu i wygasały, inne, pozbawione dolnych kończyn w swej zaklętej zawziętości czołgały się po ziemi by tylko zacisnąć płonącą łapę na legionowym gardle. Kyrrozon zaczął pruć, rozstawiając karabin na dwójnogu wyposażonym w oś pozwalającą obracać broń poziomo. Falpit krzycząc przez maskę rzucił granat, a za nim następny. Centurion stał z tyłu i zajmował się tym, co robią oficerowie: ponaglaniem do bronienia swego. Selb nie miał jeszcze żadnego celu na oku, a stosunkowo ograniczony zasięg strzelby działał na jego niekorzyść. Gdy wszyscy pozostali otworzyli ogień, on postanowił nałożyć bagnet na lufę strzelby.
Mimo niekorzystnej widoczności, odpieranie ataku szło dobrze. Ustawione na dwóch tylnich korytarzach oddziały moździerzowe zapewniały dodatkowe wsparcie przeciwko wrogowi, który co chwila był o krok bliżej wskoczenia do legionowych okopów. Rozległy się przytłumione ponaglenia, rozkazy i krzyki przez maski gazowe. Selb w końcu wychylił się i oddał pierwszy strzał, całkowicie na oślep. Pociągnął za czółenko strzelby i nacisnął na spust raz jeszcze. Nie wiedział do kogo celował, ale skoro wróg szedł prosto na nich, to któryś w końcu musi oberwać.
Największym kłopotem były najwyższe effigy, których nie można było zatrzymać zwykłymi kulami. Choć oddziały obsługujące moździerze i charrzooki robiły co mogły, to gigantyczne, bazaltowe konstrukcje były raptem dwa kroki od okopów. Wtedy też żołnierze Legionów zaczęli rzucać granatami czy silniejszymi ładunkami wybuchowymi, które eksplodowały tuż pod nogami płonących kolosów. Atak okazał się skuteczny, ale niósł za sobą pewne niebezpieczeństwo - zniszczone effigy zaczęły upadać prosto na broniących się popielców. Niemalże natychmiast wszyscy chowali się z powrotem pod ściany okopów, ratując swe łby przed zmiażdżeniem. Selb zakrył się lewą łapą i zachwiał się, gdy Falpit prawie że zwinął się w kłąb pod nim.
Wtem zagrzmiał ryk nacierających wrogów, biegnących z wyciągniętymi włóczniami, mieczami, toporami, zasłaniających się tarczami i machającymi kosturami. Wokół usłyszeć można było przedzierające się przez maski gazowe głosy dowódców, wzywających do obrony. Selb tedy pociągnął Falpita na równe nogi i chwyciwszy strzelbę, stanął na drewnianej podpórce wychylając się zza okopu. Przyciskanie spustu szło w parze z pociągnięciem za czółenko strzelby. Siła odrzutu przyjemnie uderzała go w ramię, co tylko pobudzało organizm i pompowało jeszcze więcej adrenaliny i żądzy walki. Nawet Centurion Jadogrzmot przyparł do ściany okopu i wspinając się na podpórkę, zaczął pojedynczymi strzałami ze swej eksperymentalnej broni posyłać pociski w nacierającą falę. Z każdym pociągnięciem spustu obracał się talerzowy magazynek na grzbiecie krótkiego karabinku, zapewniając szybkostrzelność przy rozsądnej precyzji i odrzucie. Kyrrozon oparł karabin dwójnogiem o ziemię i kręcąc korbą strzelał krótkimi seriami. Na całej linii okopów grzmiały wystrzały, zaś na samym środku, krzycząc przez maski, na ziemię niczyją wdrapywali się wyposażeni w broń białą Krwawi.

Płomienni byli przygotowani na zaciekły opór. Osłaniając się szerokimi tarczami i zaklęciami, podchodzili coraz to bliżej umiejscowionych w okopach żołnierzy Legionów. O ile centralna część przeniosła walkę na grunt ziemi niczyjej, tak flanki złożone głównie z Żelaznych i Popielnych zaczęły tracić swoją przewagę odległości wykorzystywaną przez broń palną. Stąd ci, którzy byli do tego wyszkoleni, chwytali za włócznie by utrudnić wrogowi dostanie się do okopów. Selb wyściubiając łeb przez osłonę dostrzegł korpus żołnierza trzymającego płonący, dwuręczny topór dosłownie przed sobą, gdy wróg miał zamiar wskoczyć do okopu. Nie zastanawiając się długo, wykonał sztych strzelbą której lufa zakończona była nałożonym bagnetem, zatrzymując agresora w miejscu raną w podbrzusze. Z własnej głupoty nacisnął na spust, po czym trzewia płomiennego trysnęły krwią i zawartością dzisiejszego przydziałowego obiadu. Chowając się z powrotem w okopie, Jadochwytak pociągnął za czółenko strzelby i ponownie wychylił się, strzelając teraz dwukrotnie.
- Podpalacze! Podpalacze idą! - wykrzykiwana informacja przenosiła się od popielca do popielca, więc Selb również poczuł się w obowiązku by poinformować Falpita o nadciągającym niebezpieczeństwie.
Pojawienie się Podpalaczy mogło zaskakująco szybko zmiękczyć broniących się popielców, stąd nie było czasu do stracenia. Sięgając do pasa, Selb wyszarpnął granat i naprędce zahaczył zawleczkę o wystający prawy kieł swojego pyska. Wyrzucając granat, wychylił się raz jeszcze by oddać strzał. Wtedy zauważył, że granat wpadł do leja i eksplodując, wysadził jednego z płomiennych wyposażonych w miotacz płomieni. Wybuch był imponujący - zapalony zbiornik z paliwem buchnął płomieniami wokół, podpalając sąsiadujących żołnierzy. Hasker wziąwszy na cel innego z Podpalaczy, trafił prosto w szparę między jego oczyma, wysyłając go na spotkanie z fałszywymi bogami które fanatyk czcił. Falpit nie próżnował - pobiegł kawałek na tyły i do korytarza prowadzącego do drugiego rzędu tuneli, by wrócić z przenośnym wariantem granatnika przeznaczonego dla piechoty. Podobne wyposażenie upodobali sobie tyryjscy inżynierowie, zaś dla Żelaznego Legionu był to chleb powszedni.
Wtem padł rozkaz: Wychodzić z okopów! Wróg zajmuje pozycje obronne! Oznaczało to, że Krwawy Legion mógł przejść do pełnej ofensywy. Płomienni chowali się w lejach, za zrujnowanymi pojazdami czy pozostałościami po effigy. Tworzyli formacje tarczowników, które kryły szamanów i niższych rangą akolitów. Strzelcy rozlokowywali się w korzystnych dla siebie miejscach. Bez wsparcia effigy oraz Podpalaczy, Legiony mogły przejść do kontrataku. Rycząc przez maski gazowe, wychodzili z okopów jeden za drugim, wspinając się na podpórki lub, jeśli komuś pozwalała na to postura, podciągali się w górę. Kyrrozon chwycił swój karabin i wyrzucił poza okop, po czym łapiąc się skraju drewnianej ściany wskoczył na górę. Selb postąpił podobnie, po czym wyciągnął łapę do Falpita by pomóc mu się wdrapać. Centurion wciąż pozostawał w okopie z Maggokiem, zaś Hasker zniknął w poszukiwaniu dogodniejszej pozycji.
Z okrzykiem bojowym na ustach zniekształconym przez aparat do oddychania, Żelaźni oraz Krwawi ruszyli do boju. Bandy tworzyły oddzielne formacje, wlewając się niczym woda do wyżłobień w terenie, zajmując leje, prowadząc walkę na twardym gruncie. Oślepiający blask reflektorów sprawnie otumaniał wroga, lecz i ten miał kolejną sztuczkę w zanadrzu. Wzbierając zaklęciami, szamani przepychali panoszący się po polu bitwy dym głębiej w stronę pozycji Legionów. Z kolei ci, którzy byli już przed nimi, musieli stawić opór silnemu powiewowi wiatru. Niektórzy przewracali się, inni wbijali miecze czy tarcze w podłoże by nie utracić gruntu pod stopami. Wnet teren "neutralny" przestał wyglądać jak zadymiona palarnia w dowolnej knajpie w Cytadeli, odsłaniając druzgocący widok ofensywy Płomiennego Legionu: frontowi, strzelcy, strzelcy wyborowi czy szamani. Na polu bitwy krążyli też popielcy, którzy przeszli szereg rytuałów magicznych, wskutek których z żywej istoty stali się w połowie magicznym tworem: buchającymi płomieniami golemami o bazaltowych łapach i dyszących dymem pyskach. Nieugięci, żołnierze Legionów rzucili się naprzód, do boju.

Wtedy też zagrzmiała na nowo artyleria i moździerze, mając teraz lepszy ogląd na pole bitwy. Reflektory wyłączono z uwagi na wszystkich tych, którzy mogli wycofywać się z powrotem do okopu - na myśl przychodzą tutaj ranni oraz sanitariusze. To jednak pozwoliło wrogowi podwoić wysiłki, wykonując ponowne natarcie. Tym razem centurie Krwawych przystąpiły do działania - formowały się szyki tarczowników, spomiędzy których wysuwały się włócznie i karabiny. Strzały łuczników dosięgały tych, którzy w bój poszli bez odpowiedniego oporządzenia (a należy zaznaczyć, że płomienni nie grzeszyli zamiłowaniem do kucia porządnych pancerzy, przynajmniej nie każdy). Pomiędzy wrogami kursowali Wymiatacze, wykorzystując zamęt na polu bitwy do natychmiastowej eliminacji odosobnionych celów takich jak szamani czy strzelcy. Płomienni zdołali też wytoczyć własnej roboty działa bojowe, które według frontowych relacji z nie tak dawna sprawnie zatrzymywały popielcze czołgi. Niemniej to leżało w gestii artylerii, by owe działa uciszyć nim zbiorą krwawe żniwo.
Centuriona nie było ani widać, ani słychać, choć dowodząc centurią nie mógł się odsłaniać. Kyrrozon szedł wolno naprzód, prując z zawieszonego na ramieniu karabinu przed siebie. Jedną łapą przyciskał spust, drugą kręcił korbą. Selb był zadziwiony, że żywa osoba może unieść takie działo w pojedynkę, co dopiero prowadzić z niego ostrzał w ruchu! Chcąc dołożyć swoje trzy grosze, ruszył w kierunku pierwszego napotkanego leja, gdzie gnieździło się dwóch płomiennych. Wykorzystując element zaskoczenia, oddał jedną porcję śrutu prosto w szemrany pysk przeciwnika. Drugi zdołał na czas osłonić się tarczą i podnieść się z ziemi, chcąc naprzeć na Selba. Tym samym do leja wskoczył jeden z Wymiataczy, który gruchnął pałką w tył głowy płomiennego. Selb o mało co nie pociągnął na spust, mając skierowaną lufę prosto we wroga, ryzykując ranienie swojego. Natychmiast wskoczył do okopu i sięgając do sakwy, dołożył śrutowych naboi do strzelby. Wychodząc, natknął się na biegnącego frontowego który z niecnym zamiarem pchnięcia w bok żołnierza Legionów musiał się ugiąć przed siłą wystrzału. Selb zmiótł wroga na ziemię, po czym doskoczył do niego, dźgając go bagnetem w szyję.

Walka, choć była wyrównana, zaczęła przybierać obrót na korzyść Legionów. Gorzej wyekwipowani płomienni ustępowali miejsca natarciu Krwawym, a słabe cele były eliminowane przez Popielnych. Hasker wybiegł z kryjówki i pochylając nisko głowę, biegł schować się za zrujnowany czołg. Selb pobiegł za nim i odetchnął, gdy bezpiecznie dotarli za osłonę.
- Ilu zabiłeś, młody? - odezwał się Hasker.
- Nie liczyłem. A ty?
- To zacznij! - rzucił lakonicznie Jadolufa i wychylił się, przyciskając oko do soczewki lunety.
Nagle coś donośnie strzyknęło, a Hasker osunął się na ziemię. Lewe szkiełko maski gazowej było pęknięte, zaś z oka tryskała krew. Selb natychmiast przeciągnął kumpla za czołg i szturchnął, próbując sprawdzić, czy żyje.
Nie żył.
Nie można było zostać w tym samym miejscu. Dostrzegłszy lej, rzucił się w jego kierunku jak na zabój i wskoczył do środka. Nawet nie zauważył, że w środku też ktoś był. Dyszący, przyciskający lewą łapę do piersi płomienny był równie zdziwiony co Selb i trwali tak może przez sekundę, nim rzucili się sobie do gardeł. Płomienny wziął chwycił naprędce obuch i gdy markował uderzenie, Selb zdążył zdzielić go naostrzonym kantem saperki w pysk. Ciężko dysząc, dopiero oswajał się z myślą, że prawie zginął. Wtem do leja wskoczył Kyrrozon, grzechocząc ciężkimi płytami. Przewalił się plecami na ziemię i krzyknął:
- Osłaniaj mnie, muszę przeładować!
Nawet jeśli żywił do niego urazę, teraz nie był dobry moment by ją okazywać. Selb wychylił się z okopu i rozejrzał się. Zewsząd słychać było dudnienie wybuchów, szczęk stali, a wzrok przesłaniały chmury kurzu i leżące na ziemi ciała żołnierzy obu stron. Krwawi zasadzali się w kilku na zdeformowanych rytuałami płomiennych, Popielni wykorzystując swą mobilność na polu walki przemykali od wroga do wroga, prowadząc działania zaczepne.
- Hasker nie żyje! - krzyknął Selb do Kyrrozona.
- Co?
- HASKER. NIE. ŻYJE! - powtórzył, drąc się przez maskę gazową.
Kyrrozon warknął i z przeładowanym karabinem podniósł się na równe nogi, po czym wydostał się z leja, wznawiając ostrzał. Selb nie widział więcej sensu w zajmowaniu tej dziury w ziemi, więc wyskoczył w ślad za dryblasem, lecz przemknął za jego plecami za kolejną osłonę, którą stanowił powalony szkielet effigy. Jednakże w drodze poczuł, jak stalowa tarcza wbija się z impetem w jego bok, a nogi rozjechały się na prostej drodze. Upadł i podnosząc wzrok, dostrzegł ubrudzonego krwią płomiennego z tarczą w lewej i toporkiem w prawej łapie. Ostrząc sobie na niego zęby, doskoczył i wykonał zamach, lecz Selb zdołał się odturlać w bok i wymierzając strzelbą we wroga, nacisnął na spust. Adwersarz zachwiał się, lecz napędzany żądzą krwi nie rzucił swych zamiarów na bok. Zdyszany i ranny, zmierzał w kierunku Selba chcąc dokończyć dzieła, zaś po naciśnięciu spustu strzelba odpowiedziała głuchym uderzeniem iglicy. Saperką go nie zabije, nie miał zaś innej broni pod ręką, jak swoje własne ciało. Rzucając wszystko na szalę, pozbierał się z ziemi i wykorzystując fakt, że nie jest tak bardzo ranny, naparł na przeciwnika i wywrócił go na ziemię. Wymierzył bagnetem w jego krtań i dźgnął raz, potem drugi i na trzecim zakończył. Sapiąc przez maskę ze zmęczenia, dostrzegł w oddali Falpita który wycofywał się naprędce do leja, będąc zbyt wysuniętym naprzód. Selb tedy pobiegł w jego kierunku, gdy w ziemię uderzył wybuchowy pocisk.

Gdy opadł pył, Selb widział czołgającego się o dwóch łapach Jadokrzyka w drodze do leja. Za sobą zostawiał kałużę krwi, a jego nogi od teraz kończyły się na poszarpanych udach. Pysk również ucierpiał, a klatka piersiowa krwawiła obficie.
Selb przewiesił strzelbę przez ramię i czym prędzej rzucił się na ratunek żołnierza z bandy.
- Trzymaj się stary, zaniosę cię do Maggoka. Przeżyjesz, zobaczysz, przeżyjesz kurwa!
Wziął go za łapy i przerzucił sobie na plecy. Nie pamiętał, by kiedykolwiek w życiu tak szybko biegł na tylnich nogach. Wszędzie waliły pociski, żołnierze bili się wręcz lub miotali granaty, wypruwali z komór swych karabinów kolejne pociski. Biegł na przełaj, między lejami, depcząc martwe ciała. Przez maskę nie mógł donośnie krzyczeć, a gdyby spróbował ją zdjąć, wtedy najprawdopodobniej Falpit spadłby na ziemię. Pot lał się Selbowi po skroniach, zalepiał futro na oczach które i tak ledwo widziały przez maskę gazową. Desperacko szukając sanitariusza, oglądał się to na lewo, to na prawo.
Wtem, zobaczył żołnierza z łatką na mundurze. Czerwony ankh na białym kole.
To był Maggok. Odprawiając rannego na nosze, zamykał właśnie torbę i rozglądał się za kolejną robotą. W przeciwieństwie do innych, po nim nie było widać jakby tonął w bitewnej wrzawie, wręcz przeciwnie - był zbyt spokojny.
Selb przyspieszył, choć skąd wziął na to siły było zjawiskiem niewytłumaczalnym. Krzycząc przez maskę, zwrócił uwagę sanitariusza który wskazał szeroki lej do którego wskoczył.
- Oberwał! Nie podawałem mu nic, niosłem go tak szybko, jak się da! - wykrzyczał Selb, kładąc rannego Falpita na ziemi. Pozostawiając go w rękach medyka, odwrócił się i wymierzył w przód (zupełnie zapominając o tym, że strzelba była nienaładowana). Znajdując się jednak na tyłach, nie groziło mu wiele. Legiony sukcesywnie posuwały się naprzód, tym razem przygotowane na różne sztuczki Płomiennych. Zamiast wskakiwać do okopów, wrzucali doń granaty odłamkowe lub zapalające. Piechociarze przeskakiwali nad korytarzami (oczywiście ten, kto mógł) i z góry strzelali do znajdujących się w dole wrogów. Wyglądało na to, że nadeszło przełamanie. W końcu!

Nagle uszów Selba sięgnął gromki wystrzał z bliska. Odwracając się raptownie, spojrzał na Maggoka trzymającego w ręce masywny rewolwer, a czoło Falpita dymiło. Nie mogąc wydobyć z siebie słowa (a tym bardziej Maggok nie mógł dostrzec mimiki Selba w tym momence), Jadochwytak zamarł, gapiąc się na sanitariusza.
- Nie przeżyłby, nic nie mogłem zrobić - odparł sanitariusz - Rozkazy Centuriona.
6
Zgłoszenia / Odp: Zgłoszenie - Kirinchan.1489
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Nisheera dnia Maj 06, 2019, 00:26:01 »

 
W przeciągu maksymalnie kilku dni zgłosi się do Ciebie jeden z radnych, w  celu przeprowadzenia rozmowy rekrutacyjnej. Obserwuj uważnie chat, a także skrzynkę pocztową w grze, gdyż w razie trudności z dostępnością, właśnie tam może pojawić się wiadomość od Ligi Sześciu Filarów.
7
Zgłoszenia / Odp: Zgłoszenie - Kirinchan.1489
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Nisheera dnia Maj 06, 2019, 00:25:43 »
Ode mnie tak
8
Zgłoszenia / Odp: Zgłoszenie - Kirinchan.1489
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Aza dnia Maj 05, 2019, 17:47:55 »
Tak
9
Zgłoszenia / Odp: Zgłoszenie - Kirinchan.1489
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Farrand Humfrey dnia Maj 04, 2019, 18:41:05 »
Righty-o.
10
Zgłoszenia / Odp: Zgłoszenie - Kirinchan.1489
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Glacial dnia Maj 04, 2019, 16:05:11 »
Tak
Strony: [1] 2 3 ... 10