Ostatnie wiadomości

Strony: [1] 2 3 ... 10
1
Historie Postaci / Liga Arenowa - historia - Dobre złego początki
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Tank dnia Listopad 17, 2019, 18:08:49 »
Dobre złego początki

Wrzawa po popisach Rocktroopera trwała jeszcze przez kilkanaście minut. Głównie za sprawą nie mogących się nacieszyć błyskawicznym zwycięstwem pobratymcy charrów z Legionów Krwi i Żelaza. Okrzyki nie zakończyłyby się jeszcze pewnie przez dłuższy czas gdyby nie metaliczny puls przenikający swym dźwiękiem każdego, kto mógł go usłyszeć.
Losowanie następnej pary rozpoczęło się w towarzystwie hałasu, a skończyło w pełnej ciszy. Oczy publiki zwrócone były na holotablicę wyświetlającą dwa nazwiska.
- Więc czas na parę numer jeden! - Zabrzmiał głos asury z mikrofonem w dłoni. - Markus var Mealius i Li!
Tym razem popielcza wrzawa zamilkła. Być może powodem był brak ich przedstawiciela w nadchodzącym pojedynku, a być może to otwarty przeciwnik całego gatunku Charrów stający właśnie do walki uciszył ich doping. Sam var Mealius pewnie wybrałby tę drugą możliwość.
Skinął głową do swoich towarzyszy i udał się w stronę klatki. Minął odchodzącego O'Keffe, prawie zderzając się z nim barkiem. Ronnie nie wyglądał na zadowolonego, a i brak szacunku dla przestrzeni osobistej Markusa wydawał się pasować do jego obecnego humoru. Strażnik zmierzający do klatki zatrzymał się i popatrzył na plecy najemnika, który prawie na niego wpadł. Życzył sobie w duchu, żeby jego pojedynek nie trwał tak krótko. Niezależnie kto wygra.
Z drugiej strony areny, do klatki zawitał Li. Zefiryta odziany w typową dla swojej kultury długą szatę stanowiącą niewielką ochronę przed panującym wokół zimnem, a jeszcze mniejszą przed ostrym narzędziem jakim władał Markus.
Nie bez powodu Li został spisany przez Pruufa i Petra na straty już na samym początku. Zefiryci znani przede wszystkim z ugodowości i spokoju ducha, teraz w trakcie walki ze smokiem wydawali się delikatnie mówiąc nie na miejscu. Oczywiście, ich pomoc była ważna, jednak osoby takie jak Li, które do walki ze smokiem stanęły uzbrojone w gołe pięści i dobrą wolę nie powinny stanowić wyzwania dla wyszkolonych wojowników, uzbrojonych w miecze, łuki i pistolety. Śpiew Zefirytów był niesamowitą bronią przeciwko inwazji brandu, jednak przeciwko ludzkiemu przeciwnikowi nie wydawał się już tak dobrze dopasowany. Jedyną nadzieją dla Li miała być zatem jego szybkość i kontrola magii wiatru. Głównym pytaniem było jednak to, czy wystarczą one na Markusa var Maeliusa.
Opiekun Ligi na wielkiej tablicy zakładów widniał na szóstej pozycji. I wcale nie pozostawał w tyle za wyżej rozstawionymi rywalami. Wręcz przeciwnie. Dopiero za Markusem stawka zaczynała coraz to szybciej odstawać.
Niewielki szum przetoczył się przez publikę, kiedy to Logan Thackerey, pełniący rolę sędziego w pojedynkach podawał walczącym zasady.

- Nie przepadają za sobą. - Mruknął Brigg do siebie.
- Co znowu? - Zapytał Selb, wychwytując jego słowa.
- Markus i Li. Widać, że się nie szanują.
- Niby czemu?
- Obydwaj ukłonili się Loganowi. Żaden nie ukłonił się swojemu przeciwnikowi.

Selb spojrzał to na charra, to z powrotem na środek areny. Trójka mężczyzn na środku stała w odległości nie większej niż dwa metry od siebie.
- Przesadzasz. - Odpowiedział wzruszając ramionami.

Kiedy Marszałek Thackerey upewnił się, że obydwaj walczący zrozumieli co miał im do przekazania, zaprosił ich w przeciwległe brzegi areny, samemu udając się w nieco oddaloną pozycję pod balkonem, na którym urzędowali Canach, Rytlock oraz Elli, a raczej jej gigantyczny hologram komentujący całe to widowisko.
Var Maelius uniósł miecz i przytrzymał go tuż przy twarzy, celując w kierunku Zefiryty czterdzieści kroków dalej. Li nie wydawał się speszony. Wykonał dłońmi niewielki ruch, ustawiając je przed sobą na wysokości pasa, przechodząc w postawę typową dla władanej przez siebie sztuki walki. W tym bardzo krótkim i nic nieznaczącym geście wprawne oko mogło zobaczyć coś więcej.

- Widzieliście to? - Zapytała Annie resztę swojej gildii.
Odpowiedziały jej jedynie zdziwione spojrzenia.
- Takie smugi powietrza wokół jego dłoni.
Zaveba będący jednym z faworytów tego turnieju przemówił prawdopodobnie po raz pierwszy tego dnia. Być może po raz pierwszy w tym tygodniu.
- W końcu włada wiatrem. - Odpowiedział z niewielką dozą sarkazmu, tłumacząc Annie oczywiste.
Opierając się o ścianę schodów ze skrzyżowanymi rękoma wydawał się nawet nie patrzeć w stronę areny. Jego głowa skierowana była nieco na bok. Nie było jednak pewne czy w ogóle przejmuje się tym co dzieje się na środku pomieszczenia, czy patrzy w kierunku balkonu, czy chociażby szuka tablicy przedstawiającej turniejową drabinkę. Refleksyjne gogle odbijały światło, nie pozwalając dostrzec jego oczu, a chusta od nosa w dół zasłaniała resztę twarzy.
Annie mogła jedynie zmierzyć sylvariego chłodnym spojrzeniem. Nie było to coś czym złodziej widocznie by się przejął, jednak kobieta postanowiła zgarnąć każde zwycięstwo jakie jest w stanie, nawet to moralne. W końcu tylko ona była w stanie dostrzec tę niewielką smugę z takiej odległości.

Logan odczekał niewygodnie długą chwilę, kiedy to pojedynkowicze mierzyli się wzrokiem, zanim zamachnął się mieczem, dając sygnał do rozpoczęcia walki. Z rozstawionych wokół głośników rozległ się potrójny dzwonek, pozwalający mężczyznom rozpocząć ich widowisko.
Obydwaj jak gdyby próbując naśladować przeciwnika, ruszyli niewielkim okręgiem, zmniejszając dystans. Żaden z nich nie ryzykował pochopnego zachowania. Poprzednia walka nauczyła ich co nieco o szybkich decyzjach i tego jak wiele korzyści lub strat mogą przynieść.
Pojedynek Ronniego O'Keffe i Tyrrona Rocktroopera przypominał bardziej krótki mecz kamień-papier-nożyce, w którym na nieszczęście dla najemnika Szturmu, on wybrał tę gorszą opcję.
Obecnie walcząca dwójka nie miała jednak ochoty odpaść po pierwszym lepszym błędzie. Panowie przyjęli taktykę nie popełniania żadnego błędu.

- ...jak dwa lwy piaskowe walczące o dominację, jak dwa ptaki podczas godów, jak dwaj lunatycy w transie! - Zabrzmiał z głośników głos asurki komentującej pojedynek.
Jej słowa niecierpliwiły publikę jeszcze bardziej. Niesamowite, trudne do opisania uczucie chęci widoku rozlewu krwi, albo chociaż wyprowadzanych uderzeń objęło większość widowni. Ciche szmery z każdą sekundą coraz bardziej przeradzały się w mniej lub bardziej artykułowane okrzyki zagrzewające mężczyzn do walki.
Jednakowoż, żaden z walczących nie chciał popełnić błędu na początku walki. Być może krążyli by wokół siebie do dziś, gdyby nie to, że z każdym krokiem, mimo iż stąpając do prawej, nieuchronnie zmniejszali odległość między sobą bardziej i bardziej. Kiedy dystans wyniósł mniej niż dziesięć kroków Li wystrzelił jak z bicza, pozostawiając za sobą tylko podmuch powietrza. Błyskawiczny atak był jednym z atutów Zefiryty i prawdopodobnie jego jedyną szansą na zwycięstwo w tym pojedynku. Zanim strażnik zdążył się zamachnąć, Li doskoczył do niego od lewej strony, z dala od przygotowanego miecza, aby znaleźć miejsce na uderzenie w spód hełmu.
Markus był gotowy na ten atak, jednak nie na to, że Zefiryta był krok przed nim. Zrzucając oba ramiona i miecz w dół, zablokował lewą rękę Li'ego. Faworyt w tym pojedynku musiał jednak uznać wyższość w przygotowaniu rywala, gdyż ten obrócił się na obu nogach wyprowadzając uderzenie bokiem lewej pięści w hełm var Maeliusa.
Z daleka dało się słyszeć jak stal chrzęści, kiedy trafienie odpycha głowę strażnika do prawej. Odrzucony na dwa kroki Markus zakołysał się chwytając lewą dłonią za wibrujący hełm. Sam Zefiryta odskoczył w drugą stronę, szybko niwelując własną przewagę. Wolał jednak wybrać bezpieczną alternatywę i niczego nie ryzykować. Nie tak szybko.

To pierwsze, być może niespodziewane trafienie podrzuciło publikę. Canach i Rytlock spojrzeli po sobie. Jak na komendę, obydwaj unieśli brody w geście podziwu dla tego trafienia.
- Czyżby kolejny z faworytów miał przegrać swój pojedynek? - Zapytała głośno komentatorka wydająca szybkie osądy.

- Oj, oby nie. - Powiedział sam do siebie Petr, obserwujący walkę z boku.
- Przy obecnych rezultatach zdecydowanie nie byłoby nam to na rękę. Zwycięstwo panny Goldarrow jest wystarczającym problemem. Szczęśliwie Li nie ma tylu fanów co młoda łuczniczka. - Odpowiedział Pruuf stojący obok.
Opierał łokieć o blat stołu, przy którym przyjmowali zakłady. Trzymał na nim prawdopodobnie cały ciężar swojej głowy. Nie wyglądał na zainteresowanego pojedynkiem. Petr wychwycił to natychmiast, kiedy odwrócił wzrok na towarzysza.
- Nudzi cię walka?
- Interesuje, lecz nie ciekawi.


Markus pochwycił znów swoje ostrze w obie ręce, gotowy do dalszej walki. Jego przeciwnik jedynie przysiadł niżej na kolanach, wystawiając otwartą dłoń w kierunku strażnika. Nie pozostała jednak ona otwarta na długo, gdyż już po chwili jej palce zgięły się w geście zapraszającym do dalszego pojedynku. Ten gest nie przeszedł niezauważony.
Publika otrzymała coś co chciała zobaczyć. Dobry show. Nie było niedokładności z pierwszej walki. Nie było zabójczej dokładności, prowadzącej do jednego ciosu, którego nawet nikt nie widział z drugiej. Była jednak mała iskra faktycznej rywalizacji. Od samego początku widać było, że obydwaj walczący są tutaj by wygrać. Teraz jednak było jasne, że jest to coś na podłożu relacji między nimi. Być może nie było między nimi złej krwi. Cele jakie przed sobą postawili, różniły ich na tyle, by stworzyć namiastkę faktycznej walki. Dodatkowa prowokacja ze strony Zefiryty była prostym i nic nie znaczącym gestem dla tego, kto ją wykonał, jednak to tłum decydował, co oznaczało to zachowanie. Większość odpowiedziała okrzykami. W końcu widowisko się podobało.
Brak odpowiedzi Markusa na zachęcenie ze strony przeciwnika był jednak głośniejszą odpowiedzią niż ryk publiki. Strażnik trzymał grunt i solidną pozycję przywołując dla siebie egidę, która miała go zabezpieczyć przed następnym atakiem rywala.
Znów zmiana tempa.

- Egida zablokuje go przed uderzeniem w twarz? - Zapytał Brigg nie znający zasad działania magii strażnika.
Członkowie gildii spojrzeli po sobie.
- Oberwie w pysk, odrzuci go, ale zęby mu nie wypadną. - Odpowiedział Selb, będący skarbnicą wiedzy w czasie pojedynków.

Panowie patrzyli na siebie, choć przez hełm Markusa, nie było widać wyrazu jego twarzy tak łatwo jak tego Zefiryty. Li uśmiechnął się do siebie, widząc, że jego mała drwina nie zadziałała. Egida var Maeliusa była jednak dla niego sygnałem do działania. W jednej sekundzie był nisko osadzony na nogach, w drugiej wyskoczył na tyle wysoko żeby kopnięciem prawej nogi niczym piłkarz przyłożyć w lewy policzek przeciwnika.
Markus znów pozostał w defensywie, lecz tym razem bardziej przygotowany. W ułamku sekundy zdołał oderwać się od ziemi na niewielką wysokość, zmniejszając dystans. Uniósł miecz, świetnie blokując atak, którego efektów nawet nie poczuł dzięki nałożonej na siebie egidzie. Kopnięcie zatrzymało się lewym przedramieniu strażnika. Kiedy atak zawiódł, a Li został właściwie zatrzymany w powietrzu stał się łatwym kąskiem dla doświadczonego najemnika. Prawa dłoń Markusa zjechała z broni, gotowa pochwycić kończynę Zefiryty i cisnąć nim o ziemię. To jednak nie mogło się wydarzyć. Za szybki dla strażnika w pełnej zbroi, Li oparł drugą nogę o prawe ramię var Maeliusa, aby nie wytracić prędkości i odbijając się od niego wyskoczył wyżej, wykonując salto w tył.
Markus pchnięty w dół zdążył obrócić miecz pionowo, aby ten wbił się w piach i nie wypadł mu z lewej ręki. Upadając na kolano, natychmiast podniósł głowę żeby śledzić wroga. Zrobił to na tyle wcześnie, żeby zobaczyć jak ten ląduje swoje popisowe salto.
Niesłychana energia przeszła przez publikę. Kolejny z faworytów wydawał się być słabszy niż Petr i Pruuf podejrzewali. Pojedyncze oklaski pojawiały się po karkołomnym manewrze Zefiryty.

- Jeśli dalej będzie tak tylko stał, to Li go zatłucze gołymi pięściami.
Selb brzmiał na zirytowanego. To mogło przykuć uwagę pozostałych Ligowiczy siedzących obok niego. Jeśli ktoś miał przejmować się walką Markusa, to prawdopodobnie nie on, jednak to właśnie charr zauważył słabość strażnika. Co więcej, ta prosta słabość irytowała go niesamowicie. Li był jednym z najniżej rozstawionych na tym turnieju, a jego opiekun nie bez powodu zajmował szóste miejsce od góry.
Przez moment sam sobie wydał się głupi, że obstawił Markusa.
- Bierz go, Markus. - Zachęciła cicho Nisheera.

Po mowie ciała var Maeliusa można było zauważyć, że żarty się skończyły. Mężczyzna cały się naprężył, podnosząc się do pionu. Tym samym ruchem zerwał się biegiem na Zefirytę i machnął dłonią, aby przywołać spod ziemi łańcuchy, które miały unieruchomić nogi Li'ego. Zanim ten drugi zdążył połapać się w całym tym planie, było już za późno.
Starał się odturlać przez prawe ramię do tyłu, lecz jeden z łańcuchów zdążył już zatrzymać jego lewą kostkę w miejscu.
Li stracił balans. Z przewrotu został jedynie upadek na plecy. Podparty na łokciach zdążył zobaczyć Markusa już przy sobie, uderzającego go jelcem miecza.
Lekko gruchnęło, kiedy rękojeść zderzyła się z czołem Zefiryty. Uzbrojony w gołe pięści wojownik opadł bezwładnie na plecy. Zabrzmiał potrójny dzwonek.
Walka zakończyła się tak szybko jak tylko Markus zdecydował się zaatakować pierwszy. Cios z bliska był na tyle mocny, że Li utracił kontakt ze światem na krótką chwilę. To wystarczyło, aby var Maelius wygrał.

- Tyle by było z rewelacji. - Mruknął Rytlock w kierunku Canacha, opierając się łapami o barierkę balkoniku.
Ich dalszą rozmowę przytłumił jednak zachwyt komentatorki oraz wrzawa na trybunach.



- Przygotujmy się na pojedynek numer siedem! - Ryknęła asura do mikrofonu.
Jej głównym zadaniem było utrzymać widzów w ciągłym zainteresowaniu. O ile nie brakowało jej animuszu, o tyle pojedynek między Reksą Havocslapper a Olumim Mubolo do najciekawszych nie należał. Zupełnie niczym powtórka z pierwszego pojedynku. Jednak po festiwalu jaki zostawili Agent Falae i Krzyżowiec Bankers, nagły brak kontaktu ciał, zaciętości a przede wszystkim wyrównania pojedynku między Reksą a Olumim zostawił po sobie swego rodzaju niesmak.
Kiedy jedna walka unosi cię na skraj siedzenia, a kolejna tak bardzo spowalnia tempo, a do tego zwycięzcą jest pojedynkowicz trafiający strzałą w kolano, cała energia ulatuje z człowieka. Cała nadzieja w tym, że kolejna para pokaże trochę więcej.
Metaliczny puls zaczął przeskakiwać po drabince turniejowej. Coraz mniej miejsc, po których światło mogło skakać oznaczało większą niepewność. Imię każdego z walczących wyświetlało się wielokrotnie w przeciągu kilku sekund. Aż w końcu, jak na zawołanie, trafiło na parę, która miała faktycznie coś pokazać.
- Para numer jedenaście! - Zabrzmiał głos asury. - Zaveba kontra... - Znów przeciągnęła ostatnią sylabę. - Szaman Koffik!

Wzrok członków Ligi Sześciu Filarów powędrował na sylvariego o ciemnej korze, podpierającego właśnie ścianę schodów niedaleko nich. Zaveba wyciągnął jedną dłoń z kieszeni płaszcza, złapał za niedopałek papierosa odsuwając go od filtrującej maski i strzelił nim gdzieś na swoją lewą.
- Szaman Koffik. Brzmi groźnie. - Zażartował do siebie sarkastycznie.
Włożył rękę z powrotem do kieszeni i ruszył w kierunku areny. Po drodze usłyszał kilka pokrzepiających słów od swoich towarzyszy z gildii, jednak jedynie machnął na nich dłonią obojętny. Nie potrzebował wsparcia. Nie potrzebował "powodzenia". Wiedział doskonale po co tu jest i jak to zdobyć. Wystarczyło po prostu robić to, co umiał najlepiej.
Na środku areny czekali już na niego Olmakhański szaman i Marszałek Paktu. Obydwaj mieli pewne siebie postawy, przy których całkowicie obojętny, lekko pochylony sylvari wyglądał nie na miejscu. Czarny strój, maska, gogle, czerwone liście żarzące się na głowie i wiecznie obecny, pozorny brak zaangażowania. Zaveba nie musiał grać pod publikę. Nie musiał budować swojej osoby dla innych. Jego reputacją było rozstawienie na samej górze, obok Tyrrona Rocktroopera i Starszego Sierżanta Coppera.
Logan Thackerey znów wytłumaczył zasady, upewniając się, że obydwaj walczący wiedzą co im wolno, a czego nie. Jak się okazuje, sylvari nie do końca interesował się regulaminem. Kiedy jednak dowiedział się o zakazie używania ostrej amunicji westchnął jedynie, chowając pistolet do kabury pod płaszczem.
Kiedy wszystko było już jasne, charr wyciągnął łapę w kierunku Zaveby.
- Powodzenia. - Powiedział, lecz w jego głosie nie było słychać żadnej emocji.
Zaveba wyciągnął dłoń nieco krócej, jakby zmuszając Olmakhana do wyciągnięcia swej ręki jeszcze dalej, a kiedy ten to zrobił, sylvari przyłożył dłoń bliżej maski. Trzymał w niej zapalniczkę, którą odpalił papierosa trzymanego już teraz w ustach. Zasłaniając ręką płomień upewnił się, że może w spokoju odetchnąć.
Brak szacunku ze strony najemnika wywołał uśmiech na twarzach niektórych członków publiczności. Na innych zaś, malowała się złość. Jedno było pewne - poruszył absolutnie każdym widzem. Jedynie sam Olmakhan nie wydawał się być w żaden sposób zdziwiony takim zachowaniem Zaveby. Zupełnie jakby spodziewał się zobaczyć to czego doświadczył.
Logan Thackerey nakazał walczącym się rozejść, a samemu ruszył pod balkonik. Dopiero gdy byli od siebie w bezpiecznej odległości Zaveba zdecydował się okazać przeciwnikowi trochę szacunku i skinął mu głową. Z odległości większej niż metr nie było jednak widać tego minimalistycznego ruchu.
Marszałek Paktu uniósł miecz. W tej samej sekundzie, w której zabrzmiał potrójny dzwonek, z najemnika nie zostało nic więcej niż małe cząstki cienia rozpływające się w powietrzu.

- Co jest z tymi złodziejami i znikaniem w cieniach? - Zapytał nieco urażony Petr.
- Nie jest to przypadkiem ich główny atut? - Odpowiedział mu pytaniem na pytanie asura.
Pruuf wydawał się nie zwracać zbytnio uwagi na pojedynek toczący się w klatce. Przejeżdżał palcami po kartkach, sprawdzając zapisy ze wszystkich zakładów jakie zostały zawarte, szukając wśród nich kto wie jakich informacji. Zerknął znad małego stosiku na Petra.
- Więc?
- Jest. - Przyznał Petr niechętnie. - Ale nie jedyny. Są szybcy, zwinni... dlaczego nie chcą pokazać wszystkim wokół jak się walczy?
- Wnioskowałbym, że nie walczą dla rozgłosu, lecz żeby wygrać. Pragną zachować dla siebie tajniki swoich zagrywek. Czasy się zmieniają, Petr. To nie są złodzieje z którymi miałeś okazję się pojedynkować.
Człowiek westchnął odchylając się na krzesełku.
- Kiedyś to było, co? - Zażartował odwracając się do pogrążonego w papierach towarzysza.
Nie spodziewał się zobaczyć żadnej reakcji ze strony zazwyczaj poważnego i oderwanego od wszelkich rodzajów rozrywki asury, jednak ten uśmiechnął się do niego, nieznacznie kiwając głową.
- Kiedyś to było.

Walka nabrała tempa dla widzów kiedy to szaman zrozumiał, że podłoże na którym walczą jest zdradliwe dla najemnika. Elementalista żywiołu ziemi podniósł piasek i kurz zebrane na arenie i otoczył nimi najbliższą okolicę. Klatka nie była ogromna, a i Zaveba nie zamierzał uciekać. Piasek wyraźnie naznaczał jego lokację, więc ten musiał zaprzestać swoich sztuczek. Pojawiał się razem z potężnie wyprowadzanym uderzeniem kijem.
Wielu pewnie widziało jak uderzenie trafia, jednak Koffik zaplanował to inaczej. Wymierzył berłem w nadbiegającego najemnika i podmuchem powietrza odepchnął go od siebie. Nagły pęd wiatru wywrócił sylvariego, jednak mimo przetarcia plecami o piach przez dobre kilkadziesiąt centymetrów, Zaveba zdołał przerzucić pęd na własne ręce opierając je nad głową. Wykorzystując prędkość jaką miał błyskawicznie stanął na rękach i obrócił się by znów wrócić do pionu jak gdyby nigdy nic.
Przez moment stał w miejscu obserwując Olmakhana, który z jakiegoś powodu również nie drgnął. Sylvari oparł kij o piasek i dwoma palcami prawej dłoni złapał za papierosa, którego trzymał w ustach. Odstawił go lekko i wydmuchał trochę dymu.
- Jak ja nienawidzę elementalistów. - Skwitował.

- Lubię go.
- Zavebę?
- Dopytał Pruuf.
- Ta. Ma umiejętności, ale jest arogancki i zbyt pewny siebie.
Asura odłożył trzymany fragment dokumentów na blacik i spojrzał to na arenę, to na Petra.
- Przypomina ci to kogoś? - Zapytał dobrze znając odpowiedź na to pytanie.

Walka na dystans działała na korzyść Koffika. Utrzymywał przewagę przez pierwszą minutę lub dwie. Piaskowa garda była w stanie zneutralizować zagrożenie ze strony niewidzialności złodzieja na tyle długo, żeby szaman poczuł się pewniej. Zachęcony przewagą postanowił zrealizować plan, w którym to wygrywa z drugim najwyżej rozstawionym zawodnikiem tego turnieju.
Korzystając z odległości jaką zapewniły mu przygotowane wokół ziemne i piaskowe kolce, postanowił przemienić się w piaskowego żywiołaka. Zdradzieckie dla najemnika podłoże zaczęło powoli otaczać ciało charra, wolno wspinając się po jego nogach. Chwilę później jego sierść została w całości zamaskowana przez otaczający go żywioł.
Zaveba nie wykonał żadnego ruchu. W czasie kiedy Koffik przeradzał się w bardziej niebezpieczną wersję samego siebie, on w spokoju stał, opierając swój kij o piach, który nieuchronnie uciekał spod jego stóp. Palił, a nie lubił, gdy ktoś mu w tym przeszkadzał. Nie było widać tego spod maski i gogli lecz wzroku nie spuszczał z rywala. Potrafił być nonszalancki, jednak w czasie walki nie było miejsca na błędy. Zwłaszcza jeśli chciał zgarnąć tą ładną sumkę za zwycięstwo.
Ponieważ żywiołak nie kwapił się, żeby do niego podejść, najemnik podbiegł do niego. Poruszająca się piaskowa osłona z kolców była świetna, żeby po nich skakać, jednak wystarczył jeden ruch berłem żywiołaka, a kolce rozstąpiły się akurat w momencie kiedy Zaveba po nich przebiegał, prawie go wywracając. Żeby nie upaść, złodziej musiał wpaść w uścisk prawej ręki Koffika. Złapany za szyję wypuścił papierosa z ust.
W jednej sekundzie przejechał ostrzem zamontowanym na nadgarstku po ręce szamana, która trzymała go w powietrzu i odepchnął się nogami od ręki przeciwnika. Obracając się w powietrzu złapał swój papieros zanim wylądował i odszedł parę kroków, kiedy to Koffik przyłożył lewą pięścią w miejsce, w którym przed chwilą był najemnik.
Szaman prychnął niezadowolony z jakimś nieznanym, głębszym pomrukiem spowodowanym jego zmianą w twór ziemi. Usłyszał nietypowy dźwięk, jak gdyby ktoś ustawił obok niego klepsydrę. Spojrzał na swoją prawą łapę i obserwował chwilę jak piasek wypada z jego nadgarstka.
Koffik dał się ponieść. Ruszył do ofensywy dzierżąc jedynie berło i własne pazury. Zaveba był gotowy.
Sylvari odskoczył, żeby uniknąć szarży, a kiedy szaman zrozumiał, że nie trafił, złodziej wykorzystał swój cienisty krok. Pojawił się tuż przed przeciwnikiem, w trakcie wykonywania zamachu kijem. Uderzenie głośno poniosło się po arenie. Trafienie w żebra było na tyle mocne, że odebrało Koffikowi dech na krótką chwilę.
Bez powietrza w płucach, jego magia przestała istnieć. Odsunął się na kilka kroków, kiedy opadała piaskowa osłona, żeby być bezpiecznym od dalszych ataków Zaveby. Ten jednak nie atakował dalej.
Z nikąd zabrzmiał potrójny dzwonek, a Logan Thackerey już wkraczał pomiędzy walczących.

- Zwycięża Zaveba! - Wykrzyknęła komentatorka.
Ciężko stwierdzić, kto był bardziej zdziwiony. Jedno jest pewne. Nikt nie spodziewał się, że walka zostanie przerwana w tym momencie. Koffik zerknął na swój prawy nadgarstek. Cięcie Zaveby przeszło przez piaskową osłonę oraz szatę charra, rozcinając jego dłoń. Krew ściekała po ręce szamana zatrzymując się dopiero na opuszkach palców, skąd zaczynała skapywać na podłoże.

Złodziej strzepał z ramienia resztki piasku i wypuścił ostatnią chmurkę dymu przez maskę. Papieros wystarczył idealnie na czas walki. Pstryknął go palcem wskazującym, zostawiając pet na piasku gdzieś na obrzeżu areny. Nie czekał na przeciwnika, sędziego ani reakcję publiczności. Zapiął kij na plecach i wkładając uprzednio dłonie w kieszenie ruszył do wyjścia z klatki.
- Ts, Nish mnie zabije za te rany. - Prychnął niezadowolony ze sposobu w jaki wygrał.



- Przed nami ostatni pojedynek dzisiejszego dnia! Dajcie o sobie znać naszym walczącym herosom! - Asura zachęciła kibiców do żywego udziału.
Większości nie trzeba było dwa razy powtarzać. Metaliczny puls rozpoczął się wraz z hukiem ponad setki gardeł. Po wydarzeniach poprzedniego pojedynku wszyscy mieli ochotę na powtórkę takiej dawki dobrego show.
Dźwięk powoli zwalniał, choć wrzawa nie ustawała. Wręcz przeciwnie, im bliżej wylosowania ostatniej pary, tym głośniej robiło się na arenie. Aż w końcu dźwięk zatrzymania losowania wywołał salwę oklasków.
- A zatem dzisiejszy dzień zakończy walka pary numer osiem! Lornar Rudy, a przeciwko niemu Arame Potworny! Który z nich okaże się lepszy? - Nadawała Elli.

- Dwóch nornów, co? - Zagadnął Petr, obracając głowę, żeby upewnić się, że Pruuf go w ogóle słucha.
Mimo iż stał do niego plecami i porządkował swoje stanowisko, asura słuchał komentarza Elli, jak również docierało do niego wszystko o czym mówił van Pedersen.
- Bankers nie był w stanie zwyciężyć, a zatem naraz minimum i maksimum jeden norn może pojawić się w drugiej rundzie.
- Niezależnie który wygra...
- I tak wygra norn. Zgadza się. Łut szczęścia dla nas. Publika nie powinna znudzić się składem drugiej rundy, jeśli dalej będzie tak zróżnicowany. Mamy ludzi, charrów, sylvarich i norna. Brakuje tylko żeby Krax lub Lapps wygrali swoje pojedynki i asury również zawitają w drugiej rundzie. Być może dopisze nam szczęście i również nieumarły Jaz wygra swoją walkę. Mielibyśmy wtedy kogoś spoza standardowej piątki ras. Przydałby się jeszcze ktoś... niezrzeszony, bo nie mogę powiedzieć, że liczę na zwycięstwo Bolo z Forestem. Jeśli to nastąpi to przysięgam, że zjem but.

Człowiek roześmiał się z żartu Pruufa.
- Nie mów hop. Goldarrow wygrała.
- Prawdopodobieństwo powtórki jest znikome. Var Maelius bardzo dosadnie to pokazał.


Pojedynek nornów trwał zbyt długo, żeby mogli oni trzymać dystans do siebie jak i świata zewnętrznego. Liczyło się zwycięstwo, a jednak przeciwnik był ekstremalnie dobrze dopasowany. Lornar, będący wojownikiem z krwi i kości ze swoim dwuręcznym mieczem nie dawali nekromancie wytchnienia. Choć martwe sługi tego drugiego dzielnie utrzymywały Rudego w ryzach, czysta agresja pchała wojownika przez zastępy wrogów, z każdą chwilą przybliżając go do Arame'go, który w walce w zwarciu wielkich szans nie miał.
Obaj uświadomili to sobie w podobnym momencie. Arame nie zamierzał czekać i zużywając jeszcze większe nakłady sił, przywołał więcej stworzeń żądnych krwi Lornara. Sama ilość nadchodzących wrogów była wystarczającym progiem zwalniającym dla wojownika. Rudowłosy norn nie dawał się trafić ostrymi pazurami zwierzątek Potwornego, jednak poczuł, że napierają na niego coraz mocniej. Z każdą chwilą kończyły mu się siły, cierpliwość i czas. Zrobił to, co wiedział, że zadziała.
Wycofał się do brzegu areny i odbijając się od siatki, ku uciesze publiki wyskoczył wysoko w powietrze, zbierając w sobie energię, żeby spaść na piach ze zdwojoną siłą.
Plan zadziałał. W jednej chwili Lornar był zaledwie trzy metry od od Arame'go. Zanim ten zdążył dobrze zareagować, Rudy obracał się wokół własnej osi, z mieczem wyciągniętym przed siebie. Twarda stal przecięła ubrania i skórę nekromanty, odrzucając go kawałek z efektowną strużką krwi wydobywającej się z brzucha norna. Cięcie nie było na tyle głębokie, żeby spowodować śmierć, jednak wystarczyło, aby wydobyć tyle krwi z przeciwnika, że medycy poderwali się ze swoich miejsc, gotowi wkroczyć, jak tylko otworzą się drzwi klatki.
Zabrzmiał dzwonek, a Logan spokojnym krokiem udawał się spod balkoniku do zwycięzcy pojedynku. Zwycięzcy, który nie zamierzał zrezygnować z walki. Adrenalina buzująca we krwi norna nie pozwalała mu przestać. Widząc upadającego przeciwnika, Lornar zrobił to, co podpowiadał mu instynkt wojownika. Rzucił się na wroga, wypuszczając broń z rąk. Osiadając na przeciwniku zdążył wyprowadzić potężne trzy ciosy kruszące czaszkę Potwornego, zanim Thackerey zareagował.
Marszałek Paktu zdołał odrzucić norna błękitnym pchnięciem, jednak musiał natychmiast podbiec do odrzuconego Lornara i pochwycić go od tyłu w pasie i cisnąć na glebę, żeby ten oprzytomniał.
Publika w większości zamarła. Nastąpiło to, co nie miało prawa się wydarzyć.
Medycy natychmiast wbiegli na środek. Ruszyli zająć się właściwie konającym Arame'm. Ich interwencja była błyskawiczna. Kiedy Logan oraz kilka osób wbiegających na arenę upewniło się, że Lornar oprzytomniał i jest świadom tego co zrobił, sanitariusze starali się łatać nekromantę na tyle na ile to było możliwe.

- Co z nim? - Zapytał Petr, który zdołał wepchnąć się do środka jako jeden z pierwszych.
Medycy byli skupieni na pomocy, jednak Nisheera zdążyła odpowiedzieć jemu oraz wszystkim wokół.
- Wyjdzie z tego. A teraz zróbcie miejsce!



Dzień zakończyła dyskwalifikacja Lornara z turnieju. Oczywistym stało się również, że Arame nie będzie w stanie kontynuować udziału w Lidze Arenowej. Pojawiło się zatem jedno wolne miejsce i jeden gigantyczny problem dla faktycznego organizatora turnieju.

Petr chodził w kółko po swoich śladach od ostatnich kilku minut. Kiedy dowiedział się, że stan nekromanty jest już stabilny, a sam Lornar zrozumiał co się stało i z opuszczoną głową przyjął decyzję Rytlocka o wyrzuceniu go z turnieju, człowiek trochę się uspokoił. Teraz jednak stanął przed ogromnym wyzwaniem.
Pruuf obserwujący go w czasie tej stacjonarnej wędrówki westchnął w końcu opuszczając rękę na której się podpierał i spojrzał w kierunku areny.
- Kiedy już ten cały zgiełk ustanie, wszyscy obecni, którzy obstawiali ten pojedynek jak i walczących jako zwycięzców turnieju ukierunkują się do nas, żądni zwrotów. Jaki jest nasz plan działania? - Zapytał Petra, starając się go wyrwać z błędnego koła.
- Dajemy zwroty. Całość dla tych, którzy obstawili Lornara, połowę dla tych, którzy obstawili na Arame.
- Powód danej decyzji?
- Lornar wygrał. Walka była fair. Po prostu nie potrafił się zatrzymać po jej zakończeniu... durny berserker!
- Petr wydarł się wściekły.
Przyłożył pięścią w marmurowy filar wspierający konstrukcję areny. Pruufowi nie umknęło to, że kiedy van Pedersen wyprowadzał uderzenie wokół jego prawej ręki pojawiło się jaskrawe czerwone światło, którego nie miał okazji zobaczyć od bardzo dawna. Uniósł brwi, zdziwiony nie reakcją człowieka, lecz magią, która znów pojawiła się przy nim.
Uderzenie natychmiast skruszyło sporą część filaru. Asura spojrzał w górę, widząc jak z samego sufitu spadają niewielkie drobinki kurzu i piachu, który zebrał się wyżej. Pokaz siły, która nie powinna była drzemać wewnątrz Petra.
- Zrozumiałem. - Odpowiedział asura.
Natychmiast rozpoczął przygotowywać zbiór dokumentacji, żeby upewnić się kto obstawił ostatni pojedynek dzisiejszego dnia oraz odznaczać osoby, które otrzymały zwrot pieniędzy. Spojrzał po raz kolejny na Petra. Z jego prawej pięści ciekła krew. Jego ciało nie było przystosowane do mocy jaką posiadało.
Petr odetchnął ciężko i spojrzał na dziurę, którą zrobił.
- Pójdę znaleźć Aurusa do pomocy dla ciebie. Potem idę poprosić Baragnira o kogoś do ochrony na wszelki wypadek. I kogoś kto to naprawi. - Zakomunikował wskazując na filar.
- A ty?
- Idę się przewietrzyć.
- Odpowiedział człowiek, zgarniając z krzesła swoją futrzaną kurtkę.

2
Zgłoszenia / Odp: Podanie - Fomivee.3065
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Falkner dnia Listopad 13, 2019, 22:33:20 »
3
Zgłoszenia / Odp: Podanie - Fomivee.3065
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Nisheera dnia Listopad 12, 2019, 08:53:01 »
Eventy trwają od 20 do 23, zazwyczaj nie dłużej, bo już umysł nie pracuje; można się zwinąć wcześniej, ja tak robię gdy jest 23:15 i mam perspektywę zbyt krótkiego snu. Dialogów w pojedynku ciężko uświadczyć, w końcu to szybka akcja, a nie anime fight na 15 odcinków. To w co celujesz to spontany ("karczemniaki") lub luźne eventy - zdarzają się takie, lecz raczej nie na kampanii, która ma nadgonić story.

Część opisowa podania jest w porządku, ale ja się wstrzymuję od głosu. Choć jesteś z nami długo i było sporo okazji się poznać czy nawet zainteresować roleplay nieco wcześniej nie wyrobiłam sobie o Tobie żadnego zdania.
4
Zgłoszenia / Odp: Podanie - Fomivee.3065
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Markos dnia Listopad 11, 2019, 20:12:02 »
Uważam, że póki co jest za wcześnie by ją tu opisywać, ale oczywiście zrobię to, jeśli podanie zostanie zaakceptowane, by mogła zyskać (lub nie) aprobatę.

Dobrze, w takim razie jestem na Tak.
5
Zgłoszenia / Odp: Podanie - Fomivee.3065
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Zav dnia Listopad 11, 2019, 20:06:48 »
Proste i krótkie "tak". Grunt zebyś się dobrze bawił, nawet jeżeli bedziesz wbijał na eventy od czasu do czasu, nie?
6
Zgłoszenia / Odp: Podanie - Fomivee.3065
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Tank dnia Listopad 11, 2019, 18:41:28 »
Nie widzę problemów w osobach zajmujących miejsca okolicznościowego pasażera w naszym pociągu ku przygodzie.

Co do czasu? Oh well, główna kampania nie jest w żaden sposób obowiązkowa, a i wielu z nas trafia ten moment, w którym siła wyższa zmusiła nas do odpuszczenia sobie eventów.
(Albo jesteś degeneratem tak jak ja i zamiast rpić, siedzisz z rodziną i oglądasz film xD)

Jak dla mnie to zawsze kwestia dopasowania. Mówisz co i jak. Wystarczy być otwartym na ludzi! Także ode mnie jest TAK
7
Zgłoszenia / Odp: Podanie - Fomivee.3065
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Hyu dnia Listopad 11, 2019, 16:39:03 »
Rozmawialiśmy z Tobą wcześniej i nie spodobała mi się taka upartość w konieczności przeforsowania swoich pomysłów. Pomijam już sam pomysł "Istoty która przeszła jako pasażer na gapę Balthazara" ale stwierdzenie że to jest prawda ponieważ tak Ci się podoba..

To nie był mój pomysł na postać a tym bardziej nie twierdzę, że coś takiego rzeczywiście miało miejsce w lore. Mimetka zapytała co moje postacie robiły podczas akcji Commandera i spółki na Kralka, więc odpowiedziałem. To zostało odegrane i kropka. Rozdział został zamknięty.
Tym bardziej to co się wydarzyło nie ma wpływu na postacie, których jeszcze nie stworzyłem. A tak się składa, że następna w kolejności jest tą, która byłaby zainteresowana kontraktem z Ligą. Uważam, że póki co jest za wcześnie by ją tu opisywać, ale oczywiście zrobię to, jeśli podanie zostanie zaakceptowane, by mogła zyskać (lub nie) aprobatę.
8
Zgłoszenia / Odp: Podanie - Fomivee.3065
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Markos dnia Listopad 11, 2019, 15:27:08 »
Cóż, opisy tworzyć umiesz co jak słusznie zauważyłeś jest kluczowe u nas w rp. Co do IC to żadna postać gracza nie jest zmuszona do dołączenia klimatycznego do gildii i może działać na zasadzie takiej "współpracy". Ogólnie mógłbym być już na tak, ale mam pewien problem.

Rozmawialiśmy z Tobą wcześniej i nie spodobała mi się taka upartość w konieczności przeforsowania swoich pomysłów. Pomijam już sam pomysł "Istoty która przeszła jako pasażer na gapę Balthazara" ale stwierdzenie że to jest prawda ponieważ tak Ci się podoba.

Póki co Wstrzymuje się.
9
Zgłoszenia / Podanie - Fomivee.3065
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Hyu dnia Listopad 11, 2019, 13:37:52 »

Część fabularna
- w tej części formularza rekrutacyjnego zamieszczone zostały trzy sytuacje, w których możesz wykazać się umiejętnością tworzenia opisów. Na tym etapie nie musisz kierować żadną ze swoich postaci w grze, gdyż ma to na celu sprawdzenie Twoich umiejętności językowych. Właśnie dlatego możesz śmiało popuścić wodze swojej fantazji.

***


~ Przed Tobą ukazał się właśnie najwspanialszy, najznakomitszy i najsławniejszy wojownik na całym znanym świecie. Los chciał abyś to właśnie Ty wyruszył/a z nim na następną przygodę pełną niesamowitych przeżyć, mrożących krew w żyłach niebezpieczeństw i stworzeń, o których nie śniło się żadnym bardom. Jednak wcześniej nasuwa się proste pytanie: Jak wygląda ten bohater? Opisz postać, jej wygląd, zachowanie, a także być może dokonania postaci, która właśnie w tej chwili pragnie zabrać Cię na niezapomnianą przygodę...

Są ludzie zwyczajni i zwyczajni na pozór.

Ten drugi, na oko trzydziestoletni mężczyzna, właśnie stoi i czeka na odpowiedź.
Wygląda jak każdy - zwykły, czarny t-shirt, zwykłe jeansy, zwyczajna fryzura, dwudniowy zarost,  ale jego osoba zwykła nie jest. Emanuje od niego bowiem charyzma, której można tylko pozazdrościć. Jego pewność siebie, lecz nie buta, ewidentnie wpływa też na innych - przy kimś takim ma się poczucie bezpieczeństwa i tego, że wszystko się uda. Jest to człowiek, który dosłownie porywa tłumy.
Jego głos, niski - choć niewymuszony - a zarazem ciepły i aksamitny niczym koc, którym otulamy się gdy przemoczeni i zmarznięci wracamy zimowym wieczorem do domu, tylko potwierdza wszystkie wcześniejsze słowa.
Komuś takiemu się nie odmawia i on to wie.



~ Przed Tobą pojawił się wielki i chyba niestabilny portal do innego wymiaru. Poczułeś/aś bardzo dziwne uczucie, które kazało Ci przekroczyć tą międzywymiarową bramę. Strach nie grał teraz żadnej roli. Szybko założyłeś/aś parę ulubionych dżinsów, nieco już wyblakłą od wieku bawełnianą koszulę, która od dłuższego czasu sprawiała Ci trudności przy dopięciu ostatniego guzika, parę schodzonych trampek po starszym bracie i wkroczyłeś do magicznej wyrwy. Po drugiej stronie widziałeś wiele cudów, o których nigdy wcześniej nie słyszałeś/aś, jednak teraz nasuwa się pytanie: Co takiego zobaczyłeś? Opisz krajobraz, który dostrzegłeś/aś po przejściu do innego wymiaru...

*kasła* tĘ bramę *kasła*

-----------------------------------------------------------

Wypuszczam powoli powietrze, równie niespiesznie otwieram oczy, upewniam się, że przejście nadal znajduje się za moimi plecami. Czuję jak schodzi ze mnie napięcie, mięśnie się rozluźniają, przestaję dygotać. Wreszcie mogę się rozejrzeć.
W oczy od razu rzucają mi się wysokie na kilka metrów, kryształowe grzyby ustawione w dwóch rzędach niczym latarnie po dwóch stronach ulicy. Skojarzenie to jest zresztą nieprzypadkowe, grzyby te bowiem otoczone są subtelną poświatą, dostrzegalną mimo tego, że panuje dzień.
Unoszę głowę - niebo ma kojący, fioletowy kolor. Przyglądam mu się z uśmiechem na twarzy przez dłuższą chwilę, po czym wracam do grzybów.
Utwierdzam się w przekonaniu, iż te cuda natury są tutejszą wersją latarni gdy dostrzegam wąską ścieżkę między ich rzędami, prowadzącą do przesmyku w oddali, ledwie widocznego z miejsca, w którym się znajduję.
A otoczony jestem ze wszystkich stron górami, w których znajdują się jednak liczne, sporych rozmiarów otwory. Być może jest to zwyczajna sieć jaskiń, choć mam nieodparte wrażenie, iż mogłyby służyć jako domy.
Zastanawiając się czy powinienem sprawdzić co w sobie skrywają ów jaskinie, poczułem na skórze delikatne muskanie wiatru. Ku memu zdziwieniu, wydawałoby się solidne, kryształowe formacje, zaczęły nieco wyginać się pod jego wpływem. Ponadto, po każdym ruchu grzybów docierał do mnie lekko słodkawy, bardzo przyjemny zapach.
Z jednej strony fakt, że "latarnie" uginają się pod działaniem takiego wietrzyku mógłby mnie trochę zaniepokoić, z drugiej - myśl, że w tym miejscu, znajdującym się w stanie harmonii, mógłby rozpętać się wicher burzący ten idealny ład jest na tyle abstrakcyjna, że zupełnie nie zaprzątam sobie tym głowy.
Ruszam do przodu. Och, jakże chce się eksplorować!



~ Zapowiadał się kolejny zwykły, szary wieczór spędzony na pracy za ladą "Maruśki", miejscowej oberży. Przyciągał on zbyt mało klientów, abyś mógł/mogła poszczycić się pensją wyższą od tej, która zapewnia Ci jedynie możliwość utrzymania mieszkania. Szykowanie drinków, ścieranie lady i podawanie napojów gościom było dość nużącym zadaniem, szczególnie, że musiałeś/aś wykonywać je przez całą noc. Dzisiaj jednak byłeś/aś świadkiem nieprzyjemnego incydentu. Teraz nasuwa się pytanie: Co takiego właściwie się wydarzyło? Opisz sytuację, która miała miejsce tego wieczoru w oberży "Maruśka".

Kolejny dzień okazał się bezowocny - w miasteczku nie działo się nic ciekawego, nikt nie szukał pracownika, bo i po co na tym zadupiu?
Pozostało iść do roboty, jak co wieczór zresztą.
Przyszedłem pół godziny wcześniej, jak to mam w zwyczaju. Właściciel oczywiście ani razu tego nie docenił, ale trudno, nie robiłem tego ani dla niego ani dla tych marnych groszy, które mi płacił.
Poprawiłem szyld, który sam wykonałem, przetarłem szybko stoliki, równie sprawnie zamiotłem podłogę. Otworzyłem drzwi wejściowe na oścież i już miałem udać się za kontuar kiedy dostrzegłem dym wylatujący szparami z pokoju szefa. W dwóch susach doskoczyłem do drzwi, w środku buchał ogień, a właściciel siedział nieprzytomny na swoim ulubionych fotelu. Prawdopodobnie znów się spił i usnął, tym razem jednak z cygarem w ręku. Chwyciłem pasibrzucha za łydki i wywlokłem przez wcześniej otwarte drzwi na zewnątrz.
Niestety, nie było czasu by ratować coś więcej. Mogłem tylko patrzeć zamglonymi od łez oczami jak ogień łapczywie trawi drewniany budynek przy pomocy swoich płomiennych jęzorów.
Narzekałem, wiem, chciałem zmian, wiem... ale "Maruśka" byłą bardziej moja niż jego - spojrzałem na cucącą się kreaturę.
"I co teraz ze mną będzie?"








Część niefabularna - w tej części formularza rekrutacyjnego zostały zamieszczone pytania nieklimatyczne, dotyczące bezpośrednio Ciebie. Zanim do nas dołączysz chcielibyśmy lepiej Cię poznać, więc liczymy na szczere odpowiedzi!

***


~ Podaj nazwę swojego konta z Guild Wars 2 [PRZYKŁAD: Xyz.7241]:

- Fomivee.3065

~ Jakie jest Twoje doświadczenie z roleplay? Czy miałeś/aś kiedyś styczność z tym trybem rozgrywki? Czy grałeś/aś w jakieś inne gry RPG, zarówno te papierowe, jak i te online?

- Roleplayowałem już wcześniej w GW2 oraz w GW1 i WoWie. Nie należałem do gildii RP, ale miałem grona znajomych, z którymi wspólnie odgrywaliśmy także bardziej scenariuszowe sesje.

~ Jak długo grasz w gry z uniwersum Guild Wars (zarówno pierwszą, jak i drugą część)? Jak oceniłbyś/abyś swoją znajomość lore tej gry?

- W GW1, z przerwami, od 2008. roku. W GW2 od roku premiery do mniej więcej połowy LS2. Później miałem długą przerwę, wracałem co najwyżej na ~2 miesiące, głównie w celach RP. Od września jestem posiadaczem dodatków i bardziej stałym graczem. Co do lore... powiem szczerze, że koncept Elder Dragons strasznie mnie zawiódł i w ogóle szczególnym fanem historii opowiadanych przez AN nie jestem, ale uważam, że sam świat ma ogromny potencjał do RP.

~ W jakich gildiach byłeś/aś wcześniej, grając w Guild Wars 2?

- Jak już wspomniałem wyżej, w gildiach RP nie byłem. W GW(2) byłem członkiem Obrońców Ascalonu [PL], ale mimo ostatniej próby reanimacji, gildia skonała.

~ W jaki sposób dowiedziałeś/aś się o naszej gildii? Dlaczego chcesz do nas dołączyć?

- z wiadomości na map czacie wysłanej przez Lunara (pozdrawiam!) | Zdecydowałem się dołączyć, żeby przekonać się jak to jest w gildiach RP.

~ Opisz siebie w kilku zdaniach.

- Nie lubię o sobie mówić (chociaż samo to już wiele o człowieku mówi), zresztą mieliście okazję mnie już trochę poznać na gildiowym czacie. Jestem raczej spokojnym, niekonfliktowym człowiekiem, traktującym gry jako rozrywkę, oderwanie się od tego co mnie otacza a nie - jak drugą pracę. Jeśli coś mi nie leży, to po prostu tego nie robię.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Dobrze, teraz trochę z innej beczki. Wczoraj miałem okazję poprzyglądać się waszemu RP (Kto wygrał tak w ogóle? Chyba bardziej kibicowałem Markusowi) i tak jak się obawiałem, celujecie w bardziej opisowy, dość czasochłonny styl. Powiem szczerze, nie tego chyba na chwilę obecną szukam. Chodzi mi zarówno o gust (Nie to, że nie podoba mi się to co robicie; mimo, że z odgrywaniem kilku postaci jednocześnie spotkałem się pierwszy raz; po prostu na ten moment szukam czegoś nieco mniej planowanego i bardziej dialogowego. Choć być może to po prostu natura turnieju, o czym Nish wspominała.) jak i wspomnianą czasochłonność. Oczywiście, dołączając do gildii RP zdawałem sobie sprawę, że trzeba się zaangażować, ale nie wiem czy jestem gotów na zaangażowanie przekraczające 2-2,5 godziny dziennie i wątki trwające miesiąc. Zwłaszcza, że pracuję w domu (w którym muszę się dodatkowo zajmować szakalem i Babcią) i wiecie jak to w takich wypadkach bywa. Zdecydowałem się złożyć podanie, bo po takim czasie spędzonym w gildii (bardzo mile zresztą, zwyczajnie was polubiłem) aż nie wypadało tego nie zrobić. Co więcej, liczę mimo wszystko na wspólny RP. Może nie w formie wielotygodniowej kampanii przeciwko smokowi (która i tak odbywa się chyba głównie w poniedziałki i wtorki o 20 co mi nie pasuje), ale bardziej na jednorazowych zleceniach pobocznych. Co do IC, to mogłoby to działać na zasadzie kontraktu - moja postać mogłaby współpracować z Ligą przy niektórych zleceniach, dla pieniędzy.

Skupiając się jednak na tu i teraz, czekam na komentarze dotyczące samego podania :)

~ W jakich godzinach można Cię spotkać na grze?

- Jeśli chodzi o wieczory - czwartek, piątek, sobota i zazwyczaj niedziela od 20 do 22 jak najbardziej wczodzą w grę (a raczej ja wchodzę do gry?)
10
Historie Uzupełniające / Odp: Omniscientia
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Glacial dnia Listopad 07, 2019, 05:13:34 »
Strony: [1] 2 3 ... 10