Ostatnie wiadomości

Strony: [1] 2 3 ... 10
1
Historie Postaci / KW, k. I - Natarcie
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Falkner dnia Marzec 20, 2019, 23:57:21 »
Natarcie


Nim wstało słońce nad "Ząbkowaną Strzałą" w garnizonie panował już spory ruch. Żołnierze w szaro-niebieskich i czerwonych zbrojach czy mundurach wychodzili z namiotów, schodzili po stalowych schodkach ruchomych koszarów przegrupowując się wyznaczonym miejscu. Większą bramę garnizonu otwarto zupełnie, skąd wyjeżdżały jednostki zmechanizowane. Na szpicy jechały czołgi, które zatrzymały się 400 kroków od bram, za nimi opancerzone transportery z piechotą na pace, na samym końcu potężne działa osadzone na gąsienicach i obsługiwane przez czwórkę popielców (nie licząc kierowcy i jego asystenta w środku a także dowódcy pojazdu). Zbędnym było powtarzanie planu natarcia poza garnizonem - przewałkowano go trzy razy w każdej centurii i pojedynczej bandzie, przynajmniej podopieczni Rocktroopera tak mieli.
Węgle nazwały swój czołg "Kilof", co było dziełem absolutnego przypadku - tejże nocy, Banda Torch i Węgla wymieniała się opowieściami i anegdotami z frontu przy umiarkowanym spożywaniu alkoholu nim Lafet i Falkner zarządzili przymusowy koniec libacji. Każdy, bez wyjątku, musiał być gotów do operacji.

Każdy z popielców, który brał udział w natarciu był świadom szczytności tej misji. Prasy drukarskie w Czarnej Cytadeli wypuściły dwanaście nowych plakatów, wzywających do walki z najeźdźcą. Wznowiono też wydawanie frontowej gazety obrazkowej, której w czasie pokoju gorącymi czytelnikami były przede wszystkim kociaki z fahrarów. Łączono przyjemne z pożytecznym - nauka czytania a jednocześnie wypracowanie schematu idealnego żołnierza, który zdzierając swe pazury do krwi nie odda ani kawałka ziemi w łapska wroga. Dla dorosłych były to gazetki które głównie ich rozbawiały, lecz Bandy które w głównej mierze zajmowały się badaniami (tak, nauka w Czarnej Cytadeli to ważna dziedzina, skąd indziej wziąć wytłumaczenie dlaczego Żelazny Legion bije resztę na głowę swoją maszynerią i zaoszczędzonym stratom jednostek przy rosnącym uszczerbku wroga) dowiodły o pozytywnym wpływie prostej rozrywki na morale żołnierzy.
Udział w walce miał przede wszystkim wymiar propagandowy - nikt nie atakuje Żelaznego Legionu w jego własnym domu, pomijając duchy Askalonu. Właśnie to uczucie walki za swój dom podbudował żołnierzy stacjonujących w Czarnej Cytadeli, należących do wszystkich trzech Legionów.

Załoga "Kilofa" rozmieszczona była zgodnie z wytycznymi Legionisty - zasiadał w stalowym fotelu kierowcy mając do dyspozycji dwie dźwignie do kontrolowania ruchu gąsienic czołgu - lewa dźwignia pchnięta naprzód napędzała lewą gąsienicę, prawa analogicznie do lewej. Zasięg widzenia kierowcy był mocno ograniczony - raptem wąski kwadrat przez który widział tylko to, co przed nim. Obok niego siedziała Gedwa jako asystent kierowcy. Gdyby Jarrin odniósł rany i nie mógł prowadzić pojazdu, jej zadaniem było zepchnięcie go z krzesła i przejęcie sterów. W pozostałych przypadkach do jej obowiązków należała obsługa powtarzalnego karabinu umieszczonego na przedzie czołgu. Wprawiając w ruch mechanizm obrotowy przy użyciu korby, działko wypluwało kolejne pociski których celem była likwidacja lżej opancerzonych celi lub przygwożdżenie wroga ogniem ciągłym.
Wieżyczką z działem sterowała Cyrria, zaś Sarang był ładowniczym. Do obowiązków działonowej należało strzelać do wyznaczonych przez dowódcę czołgu celi i stosowanie się do wskazanych poprawek. Dwa boczne karabiny powtarzalne na czas walki były nieobsadzone - używano ich dopiero w przypadku, gdy czołg dokonywał pełnego natarcia. Wtedy Gedwa i Sarang mieli porzucić swe obowiązki, a w ładowaniu działa pomagał Falkner. Cyrrii nigdy nie było wolno opuścić stanowiska strzelca głównego działa.
Mimo stosunkowej ciasnoty w czołgu komunikacja odgrywała tutaj istotną rolę. Mózgiem operacji zawsze był dowódca, który informował kierowcę o tym co dzieje się wokół i instruował jak prowadzić. Działonowa patrząc przez szkło powiększające z krzyżem celowniczym miała wąskie pole widzenia, dlatego również zdana była na dowódcę. Z kolei ładowniczy nie mógł dobierać pocisków wedle własnego uznania - do obowiązków Legionisty należał wybór najbardziej pasującego do sytuacji pocisku, który miał zostać wsadzony do komory ładowniczej działa. Niczym maszyna o wielu kołach zębatych, trybach i linkach, dowódca był przekładnią, dźwignią i kołem zaworu który ustawiał działanie maszyny do panujących warunków. Zaś każdy jeden czołg musiał współpracować z pozostałymi, do czego służyła sieć komunikacyjna w którą zaopatrzona była każda z maszyn - choć inżynierowie Cytadeli niechętnie przyjmowali rozwiązania innych ras, tak przekaźniki radiowe opracowane przez asury znacznie ułatwiły koordynowanie ataku z użyciem pojazdów. Każdy dowódca miał po nadajniku, który był na tyle głośny, aby każdy w czołgu mógł go słyszeć. Dla pewności jednak dowódcy powtarzali rozkazy na głos, by uniknąć kłopotów.

- Wszystkie czołgi, bierzemy prawą stronę - w nadajniku odezwał się Rocktrooper - Centurion Yawnhead bierze lewą stronę. Bez odbioru, wykonać.
Łącznie udział w natarciu brało dziesięć czołgów, po pięć z dwóch centurii. Razem tworzyły coś na wzór piramidy - dwa jechały na szpicy, za nimi po jednym i tak dalej. Takie rozwiązanie miało na celu zapobiegnięcie przed przypadkowym strzeleniem w swojego sojusznika, jeśli atak nastąpiłby z flanki. Za czołgami jechały cztery transportery wypakowane piechotą, na szarym końcu cztery działa na gąsienicach.
- Oczy szeroko otwarte. Przed nami równy teren ale po bokach zalesiony. Jakikolwiek płomienny przewinie się w linii wzroku, to macie strzelać - wypaplał Tyrron Rocktrooper do nadajnika i słychać było krótkie strzyknięcie.
- Szefie - odezwał się Sarang, klepiąc lekko Falknera w lędźwia. Ten spoglądał przez otwarty właz wieżyczki dookoła przy pomocy lornetki.
- Co jest? - odparł Legionista nie odrywając wzroku od dwóch szkiełek powiększających.
- Mogę sobie urżnąć łby martwych Płomiennych? Pomyślałem, że jak wrócimy to nauczę się heblować z kości i będę robił puchary.  Otworzę stragan i będę je sprzedawać, ale wam dam za darmo po jednym.
Gedwa zarżała i odwróciła się na siedzeniu by odpowiedzieć Sarangowi:
- Jak ich Cyrria ustrzeli, to nawet nie będziesz musiał kroić karków tylko od razu łebki do wora schowasz.
- Cisza - przerwał Falkner, spoglądając dalej na pole bitwy - Oczy przed sobą Gedwa, obserwuj las po prawej. Sarang, bądź gotów do objęcia prawego karabinu. Cyrria, lufa z przodu.
- Tajest - odparła Gedwa wracając wzrokiem przed siebie. Od tyłu wyglądała zabawnie - miała gęstą, lokowaną czuprynę a popielcze cielsko sprawiało wrażenie, jakby była krową o bujnym afro.
Sarang przycupnął na schodku, za którym znajdowały się włazy z pociskami które miał ładować. Spojrzał w podłogę pojazdu, gdzie znajdowały się dwa awaryjne włazy. By zwiększyć szanse na wydostanie się z czołgu w przypadku zagrożenia życia, pod stanowiskiem kierowcy i asystenta znajdował się właz przez który można było wyjść pod czołg. Podobny był pod stanowiskiem ładowniczego. Prawda jednak była taka, że nieczęsto udawało się całej załodze wydostać z czołgu w przypadku nagłej awarii. Co prawda każda z maszyn wyposażona była w podłużne tuby ze spryskiwaczem w której znajdowała się esencja żywiołaka lodu pod ciśnieniem służąca do gaszenia pożarów, ale sprawdzało się to tylko w przypadku zapłonu silnika i to tylko pod warunkiem, że ładowniczy zadziała bez wahania.

- Kontakt, trzecia godzina! - wykrzyknęła Gedwa i położyła lewą łapę na korbie karabinu wprawiając ją w ruch. Prawą łapą nacelowała i nacisnęła za spust.
Falkner natychmiast przeniósł wzrok we skazane miejsce. Zobaczył, jak wystrzelone z karabinu pociski lecą gdzieś w knieję spomiędzy której widać było kilka sylwetek popielców otaczających rozmieszczone czarne, bazaltowe, szerokie lufy dział miejscami płonących żywym ogniem.
- Prawa strona, nasza trzecia godzina - Falkner szybko wymówił do nadajnika - mają działa.
Nim lufy czołgów wypaliły w las, spomiędzy drzew wystrzeliła salwa pięciu pocisków. Jeden z nich trafił w czołg Rocktroopera, przy zderzeniu rozpadając się w ciekłą lawę. Kolejny uderzył w ziemię, następny zaraz przed czołgiem Bandy Eradicator (Legionistka, Karra Asheradicator nosiła przestawne nazwisko, co również zdarzało się wśród popielców) zamieniając się w kałużę bulgoczącej lawy. Trzeci nie trafił, czwarty i piąty gruchnęły w bok Fellow'ów. Czołg zakołysał się, lecz krótkie warknięcie Legionistki Fellowmuzzle zapewniło, że załoga jest cała.
Teraz czołgi Cytadeli odpowiedziały, strzelając w las.
- Następny zapalający! - krzyknął Falkner do Saranga, który otworzył komorę ładowniczą i ciągnąc za uchwyt zwolnił miejsce dla nowego pocisku, a łuska po pocisku spadła na podłogę.
Jedno z dział ewidentnie zostało trafione, bowiem towarzyszył temu wybuch ognia. Formacja wszystkich pojazdów zatrzymała się. Wróg wystrzelił też z lewej strony, lecz czołgi centurii Yawnheada wypaliły zaraz za nimi. Doszło nawet do spektakularnego widowiska, gdy wybuchowy pocisk trafił idealnie w lecącą kulę magmy w skorupie Płomiennego Legionu. Wyglądało to jak pokaz profesjonalnych fajerwerków jaki ma miejsce podczas Meatoberfestu w Diessa Plateau.
Kolumna Legionów zatrzymała się. Jarrin przycisnął lewą dźwignię celem obrócenia czołgu frontem w stronę z którego nadlatywał ostrzał, pozwalając przedniemu, najgrubszemu pancerzowi chronić maszynę przed wyłączeniem z walki. Wymiana ognia z dział i towarzyszącym karabinom napędzanym korbami ze strony Żelaznego Legionu trwała tak naprawdę krótko, każdy z żołnierzy jednak czuł, jakby każda sekunda była uśmiechem losu w ich stronę, pozwalającym im przeżyć. Gdy działa ucichły, z jednego transportera zeskoczyła cała centuria Krwawego Legionu którzy pod osłoną ognia ruszyli w las celem wyłapania niedobitków.
Falkner rozejrzał się wokół oceniając straty. O siebie i swój czołg był pewny - nie zostali trafieni ani razu.
- Wszystkie czołgi, raport - w nadajniku odezwał się wysoki głos Rocktroopera
- Węgle cali - Falkner odparł jako pierwszy
- Banda Torch w całości.
- Axebender melduje: żadnych strat
- Asystent kierowcy skarży się na przypalone futro, reszta cała - odparła Legionistka Bandy Fellow
- Prawa gąsienica uszkodzona, ale możemy jechać - odparła Karra Asheradicator
- Przyjąłem. Nie zaburzać szyku, wstrzymać ogień póki piechota nie odwali swojej roboty - rozkazał Rocktrooper, by po chwili przekazać dalsze instrukcje - Artyleria musi jeszcze trochę podjechać by wejść by zasięgiem objąć pierwszy posterunek wroga. Na mój rozkaz wszystkie czołgi ruszają naprzód. Oczy otwarte na następne zagrożenia.

- Cyrria, lufa skierowana na godzinę pierwszą. Nie strzelać bez rozkazu - Falkner wyprostował się napierając na właz wieżyczki by wychylić się z lornetką. Duma Krwawego Legionu, czy raczej popielcy walczący wręcz wdzierali się w las, Banda za bandą, zupełnie jak mrówki opuszczające swój dom by rozejść się we wszystkie możliwe strony. Niedługo po tym słychać było szczęk metalu, huk wystrzałów, warczenie i przeciągłe krzyki ranionych. Która ze stron przegrywała? Przybliżenie lornetki nie pozwalało na widzenie przez gęste liście, trzeba było się więc zdać na słuch.
- Ale ich wyżynają nasi - rzuciła Cyrria, wiercąc się na swoim stanowisku. Choć należała do Żelaznych, nic nie sprawiało jej większej radości od patrzenia na wygasające w oczach wroga życie, zakończone krótkim, przedśmiertnym epizodem pełnym bólu.
- Widać coś, widać? - Sarang przepchnął się do Cyrri by zajrzeć przez okular z pomocą którego namierzała cel. W odpowiedzi popielka oderwała oczy od szkła i spojrzała na towarzysza broni, szczerząc kły i warcząc:
- Na swoje stanowisko
Sarang próbował się przepchnąć do Gedwy i Jarrina, lecz w tymże momencie usłyszał ostrzegawczy ton Legionisty:
- Wracaj na swoje miejsce, Sarang. Nic nie widać póki co.
- Transportery wycofują się na tyły, artyleria zajmuje ich miejsce - rzucił przez nadajnik Rocktrooper, podając swoim podwładnym informację z okolicy. Faktycznie, słychać było warczenie silników kilku maszyn. Niedługo potem z lasu wybiegło kilku żołnierzy Krwawego Legionu unosząc wysoko do góry trzymany oręż - miecze, topory, karabiny, nawet łuki. Ten gest był znany jako "nie strzelaj, jesteśmy po tej samej stronie", gdyż rozochoceni walką strzelcy siedzący za karabinami i działami mogliby wypalić do własnych wojsk. Rozległy się krzyki, Krwawi podbiegali do czołgów na szpicy i meldowali o postępie. Spośród lasu wyciągano pierwszych rannych, których kładli przy linii drzew. Niczym cienie, sanitariusze pojawiali się przy rannych i podejmowali drugą walkę tego dnia - o ocalenie życia brata czy siostry.
Rocktrooper i Yawnhead wykrzykiwali coś do piechociarzy, machając łapami. Wtem znów Centurion, pod którym służyły Węgle odezwał się przez nadajnik:
- Jedziemy naprzód. Piechota będzie biec za nami. Gdy znajdziemy się w efektywnym polu rażenia artylerii zatrzymujemy się. Niech trochę zmiękczą wroga, potem ruszamy.

Wzniecając chmury spalin, kurzu i wyrywając kawałki ziemi z jej naturalnego położenia, czołgi ruszyły naprzód. Rannych zaczęto ładować na jeden transporter, który zawrócił i ruszył do garnizonu. Dla tych żołnierzy na dzisiaj dość walki. Szczęśliwcom może uda się trafić na parę dni do lazaretu, innych poskładają i za dwa dni wyślą w bój, skoro potrafią stać na nogach. Żal zaś tych, którzy tego momentu polegli.
Niemalże wszyscy Legioniści dowodzący czołgami sterczeli z wieżyczek i wgapiali się w dal, próbując wyłapać wzrokiem pierwszy punkt na który zostanie przypuszczone natarcie. Może gołym okiem nie był widoczny, ale z kilkunastokrotnym powiększeniem posterunek Płomiennego Legionu prezentował się ze wszystkimi szczegółami. Położony pod niezbyt stromym wzniesieniem, otoczony był bazaltowymi kręgami sięgającymi może do klatki piersiowej standardowego żołnierza. Takich kręgów było chyba z pięć, a im bliżej celu, tym więcej można było dostrzec - w samym centrum znajdowały się namioty i dwa wielkogabarytowe działa. Na rozkaz Centurionów czołgi zatrzymały się i trwały tak.
- Dobrze się umocnili - rzekł Falkner zaglądając do wnętrza czołgu, by powiadamiać swoją Bandę o nowościach. Tutaj, w pancernej trumnie nie mogli zbyt wiele dostrzec, a z pewnością nie ciekawski Sarang.
- Kręgi z kamienia, dwa działa. Oby nasi nie chybili, mają tam porządne umocnienia, tfu - Węgloróg kontynuował i znów wrócił do obserwowania przez lornetkę.
- Chowają się za kamieniami, kopiują nieudolnie nasze działa i ciula tam z nimi - rzekł Jarrin ochoczo uderzając pięścią w otwartą łapę.
- Jak nam artyleria wszystkich wykurzy to nic dla nas nie zostanie - przekręciwszy się na krześle, na ile pozwalało miejsce, Gedwa rzekła do wszystkich. Spojrzenie utkwiła w Cyrri, która odsunęła łeb od celownika i lekko pokiwała głową.
Dalsze rozmowy przerwał nieopisywalny huk, towarzyszący wystrzałowi mobilnych dział artryleryjskich. Jeden po drugim, cztery działa wypluwały ciężkie pociski które Falkner tak lubił obserwować w trakcie lotu - tam, na niebie wyglądały jak małe ptaki wznoszące się do góry po łuku, by następnie zacząć spadać. Z oddali słychać było pierwsze przytłumione przez odległość wybuchy.
Działa waliły przez dwie minuty, może trzy. Trudno było sobie wyobrazić to, co musiało dziać się tam, po drugiej stronie. Kto choć raz zobaczył deszcz pocisków ten wie, że wszystko tonie w kłębie wznieconego kurzu, ziemi lub błota, by po krótkim czasie ujawnić szerokie leje i rozczłonkowane części ciał. By przeżyć, chowano się w okopach, tunelach, pod twardą osłoną. Często żołnierze wychodzili bez nóg, z odłamkami w ciele lub zasypani przez ziemię, która skrzętnie ukrywała ich rany do czasu odkopania. Niedraśnięci często do końca życia (lub leczenia, jeśli okazało się skuteczne) musieli zmagać się z traumą, która niosła ze sobą bezsilność, bezsenność, uczucie strachu, chęć ucieczki z pola walki, panikę czy niezdolność do logicznego myślenia. Silniejsi hartem ducha żołnierze potrafili i obyć się bez urazów psychicznych ten jeden raz, drugi, trzeci, nawet dziesiąty. Niewątpliwym jednak pozostaje fakt, że poza ogromną siłą rażenia artyleria działała demoralizująco.

- Piechota gotowa do wymarszu. Gaz do dechy, utrzymać linię i na mój rozkaz walić w cokolwiek się poruszy tam na dole - warknął Rocktrooper i odłożył nadajnik, co zasygnalizowało krótkie trzaśnięcie.
Czołgi z przodu ruszyły wolniej, pozwalając reszcie je dogonić. Zostawili lasy za sobą, a przed nimi rozpościerał się otwarty teren, a łagodny spad prowadził prosto do pierwszego celu. Spoglądając przez lorentkę, Falkner dostrzegł, że bazaltowe zapory przypominały teraz kawałki askalońskich murów, jakie ostały się po wyzwoleniu jego ojczyzny z rąk ludzi. Jedno z dział leżało w kawałkach z których skapywała lawa, drugie zaś było przełamane w pół i wykrzywione w bok. Zza jednego murku wychylił się popielec w hełmie wykonanym z kości i częściowo nadpalonej twarzy. Łapy przełożył na drugi koniec barykady i oparł się o nią klatką piersiową. Przez szkła powiększające mógł nawet dostrzec, jak popielec wydaje swoje ostatnie oddechy, nim trafiły go pociski z karabinu czołgu Bandy Axe. Płomienni którym udało się przeżyć albo leżeli i dogorywali, zaś tym, którym starczało sił wstawali i szli bez celu, chcąc pożegnać życie z godnością. Jeden nawet spojrzał wprost w czołgi na wzniesieniu i splunął przed siebie, podnosząc z ledwością wygrażająco zaciśniętą pięść. Zaraz jednak został zmieciony przez wystrzał z czołgu, zostawiając po sobie jedynie dziurę w ziemi.
- Dobra, niech piechota robi swoje. Osłaniamy ich flanki - rzucił do nadajnika Rocktrooper po czym zamachnął do Yawnheada, by jego czołgi ruszyły lewą stroną, a jego prawą. Na szpicy pojechała Asheradicator, za nimi Torche, Węgle, Banda Fellow, potem banda Centuriona i na samym końcu Axebender i jego załoga.

Zajęciem posterunku i dobiciem rannych zajął się Krwawy Legion, wszak w takiej robocie byli najlepsi. Poszło na tyle gładko, że żaden z sanitariuszy nie musiał interweniować. Połowa jednego z transporterów wyładowała swoją załogę by ta pozostała jako zabezpieczenie tyłów, podczas gdy reszta miała nacierać na kolejny punkt - dwie wieże i posterunek pod nimi. Przegrupowanie nie zajęło nawet dziesięciu minut - czołgi objęły prowadzenie, za nimi jechała piechota. Działa artyleryjskie zostały w zdobytym posterunku, gdyż ich zasięg pozwalał, według map i wyliczeń balistyków, ostrzeliwać posterunek. Ładując nabój za nabojem, załoga artylerii wystrzeliwała pocisk za pociskiem, których trafienia niosły się z daleka. Nie można jednak było dostrzec zniszczeń jakie nanosiły, jako że między jednym a drugim posterunkiem znów znajdowało się wzniesienie, a następnie otwarty teren. Natarcie w składzie: dziesięć czołgów oraz trzy niepełne transportery wspinało się teraz pod górkę. Gdy wjechali na wzniesienie, ujrzeli przed sobą zjazd w dół i szczere pole usłane lejami po pociskach artyleryjskich. Nigdzie jednak nie było ani kawałka struktury posterunku Płomiennego Legionu, żadnej zniszczonej wieży. Znajdowały się one raptem 700 kroków dalej od miejsca koncentracji ognia.
- Głupie ciule! - warknął Rocktrooper przez nadajnik, komentując niekompetencję artylerzystów. Następnie słychać było strzyknięcie w eterze i krótką ciszę, przerwaną pojedynczą komendą:
- Atakujemy!

Czołgi ruszyły na szpicy, formując się w zgrabną linię. Każdy z kierowców dociskał dźwignie silnika do oporu w przód. Każdy czuł się niekomfortowo, gdyż trzęsło i trzaskało. Sarang mocniej chwycił się fotela Cyrrii, która nie bacząc na niedogodności wgapiała się przed siebie i czekała na rozkaz do wystrzału. Pokonali pierwszy lej i jechali dalej, zupełnie jak inne maszyny z dwóch centurii.
Posterunek Płomiennych składał się z dwóch czterometrowych wież zbudowanych z płonącego bazaltu, zakończonych rozległymi kulami wypełnionymi magmą. U podnóży budowli tkwił osłonięty bazaltowym murem garnizon, na którym rozstawione były czarne działa polowe, jak i pod murem. Zwiad donosił, że opór będzie większy, ale to brak pomocy ze strony artylerii doprowadził do tego, co właśnie zaszło.
Szamani stojący na wieżach wznosili łapy i kreślili nimi okręgi, brali zamachy i wykonywali gesty jak w konkurencji pchnięcia kulą. Kuliste wierzchołki wież zapłonęły i splunęły ognistymi kulami jak człowiek, któremu zamiast wody do popicia podaje się ocet. Zaraz za nimi wypaliły działa polowe ustawione na murach jak i poza nimi. Skoordynowany wystrzał nadszedł zarówno z wież, murów posterunku, dział pod nim oraz z flank. W rezultacie płomienny deszcz wież zaskoczył przedzierające się przez leje jednostki zmechanizowane. Celem kuli płomieni były transportery, gdzie piechota siedziała na odsłoniętych pakach. Żołnierze Krwawego Legionu, trafiani jeden po drugim rzucali się na podłoże paki lub wyskakiwali na zewnątrz. W odpowiedzi karabinierzy będący operatorami karabinów powtarzalnych otworzyli ogień przed siebie, lecz trwało to krótko, jako że oni również zostali ranieni. Padł rozkaz do opuszczenia pojazdów - komu jeszcze ogień nie smalił ogona, ten wyskakiwał na zewnątrz i ruszał w biegu przed siebie. Utrudnieniem był jednak ogień dział polowych, który jeśli nie trafiał w czołgi, to w biegnącą piechotę. Sytuacja stała się nadzwyczaj niekorzystna dla Legionów.
- Dostaliśmy, Gaber nie żyje! - krzyknęła Asheradicator, informując o śmierci swojego kierowcy. Gdy spojrzenie Falknera utkwiło w ich czołgu, zobaczył jak jeden z pocisków uderzył (najprawdopodobniej łutem pieprzonego nieszczęścia) w styk wieżyczki czołgu z pancerną karoserią. Nadajnik przeszyło warknięcie Legionistki, która spadając ze stanowiska dowódcy schowała swój łeb pod włazem wieżyczki. Kolejny pocisk przeszył pancerz czołgu i jego odłamki spowodowały eksplozję składu amunicji, doprowadzając do zapłonu i natychmiastowej śmierci całej załogi.
Wymiana ognia trwała dosłownie chwilę - Żelazne czołgi odpowiedziały pięknym za nadobne, lecz przygwożdżone ostrzałem działającym negatywnie na załogę nie miały przewagi nad wrogiem. Falkner czym prędzej schował głowę i zamknął właz wieżyczki, po czym przyparł do peryskopu oglądając bitwę z wnętrza czołgu.
- Jarrin, trzymaj czołg przodem do nich. Gedwa, pruj ile fabryka dała w działa przed murem. Cyrria - bierz na cel mury, wal w działa. Sarang, ładuj wybuchowe!

Ogniste kule uderzały w czołg od góry, lecz były za słabe by się przebić. Rozbijające się zaklęcia przypominały trochę stukot deszczu o dachówki i rynny.
- Jedziemy prosto w ich ogień - krzyknął Jarrin, zatrzymując pojazd.
- Centurionie, mają nas jak na talerzu! - krzyknął Falkner do nadajnika
Rocktrooper z wnętrza czołgu rozglądał się wokół. Widział strzelające działa wroga oraz liczne kule ognia które strumieniem opuszczały wierzchołki wież. Opuścił peryskop i spojrzał przez dziurę dla strzelca bocznego - piechota zupełnie straciła orientację - jedni biegli naprzód, drudzy chowali się w lejach, trzeci biegli z powrotem by chować się za czołgami. Yawnhead stracił dwa czołgi - pierwszy z nich eksplodował, w drugim doszło do pożaru i załoga czym prędzej próbowała uciec - dowódca wychodził włazem wieżyczki, gdy został trafiony przez kulę ognia prosto w głowę i wślizgnął się do środka. Inni członkowie załogi używali włazów awaryjnych w podłodze i wypełzali z czołgu, płonąc. Do końca swej służby nie zapomniał widoku klęczącego żołnierza, który ostatnimi siłami wyszarpnął pistolet z kabury i oddał strzał we własny łeb, by raz na zawsze pożegnać ból i zjednać się ze śmiercią.
Rocktrooper chwycił czym prędzej za nadajnik i przełączając się między różnymi kanałami komunikacyjnymi (czołgi, czołgi obu Centurii, transportery) nakazał odwrót.
Jarrin nawet na chwilę się nie zawahał by zatrzymać czołg i szarpnąć dźwignie do siebie, powodując wycofywanie się czołgu. Falkner spoglądał przez peryskop i zauważył że inne czołgi idą w ich ślady. Jazda w tył po wzniesieniu była absolutnie trudna, a ostrzał ze strony wroga nie słabł. Poza Eradicatorami, których czołg spłonął, zobaczył jak Banda Fellow guzdrze się z odwrotem. Jeden z pocisków trafił w gąsienicę i utkwił między stalowymi kołami, doprowadzając do jej zerwania. Ostatnią deską ratunku była ucieczka z czołgu.

Mimo wypracowywanego przez lata stereotypu, że żołnierz Legionów bije się do ostatniej kropli krwi, dzisiejszy dzień udowodnił, że odrobina rozsądku musi wziąć górę nad wykreowaną przez propagandę postawą. Nastał świt, świecąc przychylnie nad dwoma wieżami Płomiennego Legionu. Trzy Legiony musiały się wycofać do zajętego posterunku i przegrupować siły. Natarcie zakończyło się porażką. 
2
Historie Postaci / Odp: Za słaby
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Tank dnia Marzec 19, 2019, 14:09:45 »
"Każdy z nas zrobił coś strasznego, ale trzeba umieć się z tym pogodzić i iść naprzód." - Aeshri

48 Dzień Sezonu Latorośli 1320 AE (13:11)

Sen. Wspaniałe zjawisko. Prawdopodobnie najspokojniejsza aktywność jaką można wykonywać. Przynajmniej w większości wypadków. Dla sylvari, jest to najczęściej czynność ważna tak samo jak oddychanie. Dla innych stworzeń - szansa na odzyskanie sił i energii. Możliwość pozyskania zasłużonej chwili wytchnienia w pędzącym cały czas naprzód świecie. Krótki moment, w którym wszelkie troski znikają, a umysł oczyszczony zostaje ze wszystkich zmartwień. Przez wielu gloryfikowana, darmowa, niezobowiązująca próbka śmierci.
Każdy sen, kończy jednak pobudka.
Dla Brigga, dzisiejsze ocknięcie się ze snu było najgorszym w jego życiu. Kiedy tylko otworzył oczy pożałował tej decyzji. Nie widział nic, jednak ciemność wydawała się być rażąca jak nigdy wcześniej. Do tego ten łomocący hałas w jego głowie. Zasyczał przez zęby odczuwając ból tego poranka. Z każdą kolejną sekundą popielec odczuwał coraz więcej i coraz bardziej żałował, że miał nieprzyjemność dzisiejszego obudzenia się. Palący ból kilka centymetrów pod jego sercem, zupełnie jakby stado mrówek wyżerało jego wnętrzności od środka, ból głowy, dudnienie jak po intensywnej imprezie oraz wszystkie mięśnie rwące jak po parunastu godzinach wysiłku bez wcześniejszego przygotowania.
"Ile żeśmy wypili?" - Zapytał się w myślach.
Już dawno nie był na prawdziwym kacu, a ten zaliczał się do grupy "kac morderca". Do tego poczuł, że prawy policzek, którym spoczywa na ziemi jest mokry.
"Cholera, niech to będzie alkohol, a nie rzygi..." - Pomyślał, wciąż nie podnosząc się z gleby.
Nie do końca miał siłę, a już na pewno nie miał ochoty. Jednak przeczucie, że to w czym leży nie jest przyjemne, sprawiło, że postanowił powoli wprowadzić w życie plan o postawieniu się na równe nogi. Nie śpieszył się. W końcu obudził się pierwszy. Popielec powoli podniósł lewą powiekę, balansując na granicy światłowstrętu.
Jego oczy były zamknięte dłużej niż to zakładał, albo wypił tak dużo, że jego organizm nie był w stanie zbyt szybko pojąć idei wyraźnego obrazu. Pierwszym na co Brigg zwrócił uwagę, była ciecz pod jego policzkiem w zdecydowanie większej ilości niż początkowo zakładał. Również w zupełnie innym kolorze. Brudny od piachu brąz wylewał się spod jego twarzy i kreował niewielką kałużę tuż przed nim. Szczęśliwie, nie była to jego treść żołądkowa. Wyglądało bardziej jak ciemna whisky. Podniósł więc pysk nieco spokojniejszy. Opierając się na dłoniach jak w przygotowaniu do pompek, spróbował dźwignąć się wyżej, chociażby na kolana. Zablokował się jednak w pół tej czynności. Palący ból w lewym boku wydawał się nienaturalnie nasilać, nie pozwalając mu wykonywać żadnych gwałtownych ruchów. Być może jego wątroba nie była w humorze na przedwczesne wstawanie. Ciche pobrzękiwanie metalu z jego pancerza wybiło go z rytmu.
"Piłem w zbroi? Po co?" - Pomyślał, pozostając brzuchem na piachu.
Przerośnięty popielec spojrzał po raz kolejny na ciecz przed nim, tym razem z odległości kilkunastu centymetrów, kiedy to zdążył już podnieść głowę. Jego wzrok nabierał ostrości, a ból głowy tracił na sile, pozwalając mu skupić się na kałuży przed nim. Ciemny brąz okazał się czerwienią, powoli skapującą z jego mokrego policzka na glebę.
W tym momencie jego mózg zaczął pracować po raz pierwszy tego dnia.
"Krew...? Przecież nic mi nie jest... ani ja... ani Mia... ani Var... VARGUS!"
Jego serce załomotało a on z gigantyczną dawką energii, podniósł się na kolana. Zaryczał z bólu jaki ogarnął jego ciało. Zupełnie jakby odrywając się od podłoża zostawiał na nim większość swojej skóry i futra. Klęcząc, mógł spojrzeć na swoje ciało. Pierwszo co rzuciło mu się w oczy, to kawał bordowej od krwi stali, sterczący z wnętrza jego zbroi, przebijający ją i niego. Słaby w planowaniu Brigg zrobił pierwsze co przyszło mu na myśl. Ścisnął końcówkę ostrza i na siłę wyciągnął ją z własnych wnętrzności.
W jego głowie natychmiast zakręciło się z podwójną siłą. Zrobiło mu się niedobrze i poczuł jak obrzydliwa fala płynów ustrojowych napływa mu do pyska. Nie próbował nawet z tym walczyć. Upadając niżej i podpierając się rękoma wypluł wszystko, co przekazał mu przełyk. Tym razem wolał nie otwierać oczu. Po gorzkim i metalicznym smaku rozpoznał mieszankę krwi i żółci. Splunął kilkukrotnie, aby pozbyć się wszystkiego co miał w ustach.
Choć jego myśli zaczynały krążyć wokół wczorajszych wydarzeń, nie był w stanie skupić się na żadnym szczególe. Nie dopóki nie będzie w stanie stanąć na nogach.
Przezwyciężając bariery własnego ciała, popielec wyprostował się na swoich kolanach i znów otworzył ślepia. Pochwycił się za bok blokując ranę, którą wcześniej skutecznie tamował połamany miecz.
Dopiero teraz mógł rozejrzeć się wokół. Dostrzegł prawdziwy krajobraz wojny. Spalona ziemia, która dosłownie błyszczała się szkarłatną cieczą rozlaną zeszłej nocy. Blisko popielca leżało pełno ciał. Szumowiny z Legionu Płomienia, pomordowane z widoczną bezlitosnością przez jego bandę. Czterdzieści, może nawet pięćdziesiąt różnych trucheł. Z wielu z nich wystawały strzały, prawdopodobnie należące do Mii lub Grizrusa.
"Wygraliśmy?!" - Przeszło mu przez myśl.
Brigg starał się rozpoznać swoich wśród trupów, jednak szczęśliwie nie poznał nikogo. Rozglądał się dalej, szukając dalszych śladów walki, próbując przypomnieć sobie wczorajsze wydarzenia. W pewnym momencie jednak przestał. Instynktownie odwrócił wzrok od tego co zobaczył i zamknął szczelnie oczy. Zasłonił dłonią pysk, powstrzymując kolejny odruch wymiotny. To co widział zabolało go bardziej niż wyciąganie stali z rannego boku.
Kilkanaście metrów od siebie, wśród stosu ciał widział Acacię. Jej górną połowę, opartą smętnie o kamień. Okropną biel kości, przebijającą się przez brunatne już mięso w połowie kręgosłupa.
Nie miał zamiaru szukać dolnej połowy. Ani reszty bandy. Natychmiast chciał odwidzieć to co właśnie zobaczył. Targnęło nim niespotykane uczucie. Przygryzł pięść, którą zasłaniał pysk, jakby chcąc zadając sobie tę lekką krzywdę, pozbyć się bólu jaki właśnie poczuł w całym ciele. Opuścił też drugą rękę, pozwalając krwi na jego boku swobodnie spływać w dół jego zbroi. Chciał wrócić do krainy snów. Stracić przytomność i zapomnieć o tym co zobaczył.
Był jednak powód, dla którego się obudził. Musiał być. Przez cały ten czas był najsłabszy z bandy. Jeśli ktoś miał zginąć, to właśnie on. Nie Acacia. Nie Skarner. Więc tak długo jak on wciąż był przy życiu, istniało prawdopodobieństwo, że przeżył ktoś jeszcze. Ktoś sprawniejszy, lepiej wyszkolony, robiący lepsze uniki.
Zacisnął pięści nawet mocniej i zmusił się do otworzenia oczu. Z trudem powstał na równe nogi i niezwykle wolno ruszył w głąb pobojowiska. Pomiędzy trupami członków Legionu Płomieni, zobaczył Burgera, niedźwiedzia należącego do łowczyni warbandu. Jego widok był jednak zaskakujący. Ślady niesamowicie długich zębów i pazurów, które rozerwały bok zwierzęcia jak pluszową zabawkę nie wyglądały na robotę fanatyków ognia.
"Kto ci to zrobił biedaku?!" - Zapytał martwego pupila przyjaciółki w myślach.
Nie miał jednak czasu przejmować się losem niedźwiedzia. Musiał szukać bandy. Ktoś mógł żyć, ale nie mieć za dużo czasu, który tak łatwo jest zmarnować. Zrobił kilka kroków na północ. Między spalonymi konarami drzew dostrzegł fragmenty białego futra. Futra należącego do Darrarata. Plecy jego kompana jednak nie były już tak białe jak kiedyś. Całkowicie czerwone, pokryte krwią właściciela, wylewającą się z czterech ran po pazurach. Wielkich, przerażających pazurach zagłębiających się do kości a nawet dalej. Rozrywających mięso jakby było zaledwie skrawkiem papieru.
"Proszę, nie." - Pomyślał podchodząc bliżej.
Brigg nachylił się nad leżącym na brzuchu kolegą, zwracając uwagę na jego złote oko, tępo patrzące w przestrzeń. Wiedział, że nie ma po co, lecz musiał upewnić się o śmierci kolejnego kompana. Kiedy przyłożył palce do jego tętnicy i nie wyczuł pulsu, prychnął tylko wściekły. Zamknął otwartą wciąż powiekę kompana i wbrew sobie, ruszył dalej.
Darrarat nie żył. Tak jak Acacia. Tak jak Skarner. Możliwe, że niedługo tak jak Brigg. Być może wykrwawi się z tej żałosnej rany pod sercem. Takiego losu życzył samemu sobie.
Robiąc następne kroki po przerażająco głuchym polu wypatrywał znajomych twarzy. Ku swej rozpaczy, rozpoznał kolejną, a raczej jej fragment. Ciało Ktarrura smętnie spoczywało w trawie. Jego czaszka została rozerwana na pół, a ktokolwiek to zrobił musiał mieć siły za czterech i żadnych skrupułów. Jedyne obecne niebieskie oko przenikliwie patrzyło na Brigga. A przynajmniej on tak myślał.
"To się nie dzieje. To tylko zły sen..." - Przekonywał się w myślach.
Zmuszony do dalszych poszukiwań, przysiągł sobie nie odwracać się w tamtym kierunku. Obszedł też fragmenty ciał większym łukiem. Nie chciał patrzeć na nie z bliska. Jeśli w jego podróży przez pobojowisko chciał kogoś zobaczyć, to był to Vargus. Dwulicowy zdrajca, który śmiał położyć rękę na jego liderze. Jakim cudem nikt na to nie wpadł? Dlaczego nikt nie zauważył, że ten durny mesmer podszywający się pod świetnego przyjaciela, pod względem umiejętności najlepszy z nich, jest ich wrogiem? Jak do tego doszło? Kiedy postanowił ich zaprowadzić do tego lasu i poszczuć Legionem Płomienia? Najważniejszym z tych pytań było jednak - dlaczego u licha nie leży tu jego truchło? Dlaczego Brigg nie może znaleźć jego wrednego pyska wysmarowanego jego własną krwią, zimnego i martwego jak jego nieistniejące serce?
Chwilę później w głowie przerośniętego popielca pojawiło się kolejne pytanie. Zupełnie inne od pozostałych.
"Dlaczego i ty Griz?"
Harshmouth zatrzymał się w swojej wędrówce cierpienia widząc skrawek swojego przyjaciela. Grizrus leżał przygnieciony pniem drzewa. Nie to było jednak powodem jego śmierci. Kiedy Brigg ściągnął z ciała kompana wielki kawał drewna zobaczył rany, których nawet Griz nie był w stanie wyleczyć. Lewa część torsu leżała może pół metra obok. Widocznie odgryziona. Przez... przez... przez coś co miało paszczę ze dwa razy większą niż Brigg, a siły ze cztery razy więcej. Nie wyglądało, żeby cokolwiek to było, miało jakieś problemy z podzieleniem ciała rosłego strażnika.
Brigg zatrzymał się i przysłonił oczy dłońmi. Nie mógł się ruszyć. Nie umiał. Nie umiał wielu rzeczy. A wszystko co potrafił robił gorzej niż jego warband. Więc dlaczego on żył, a piątka jego przyjaciół zmarła? Oni nawet nie zmarli. Zostali pomordowani w najbardziej brutalny sposób w jaki się dało. Jaki to ma sens? Żadnego.
Popielec zaklął swój los pod nosem i rozejrzał się dookoła. Był na końcu swojej trasy. Od tego miejsca, ślady walki zaczynały zanikać, a im dalej na północ, tym bardziej wszystko wracało do swojej naturalnej formy. Parę kamieni, na których wygłuszone zostały płomienie, zwykła ziemia w jakiejś części pokryta trawą, malutkie drzewa, właściwie dopiero rozpoczynające swój żywot. Nawet jakaś durna wiewiórka biegnąca w kierunku lasu.
Jakim cudem natura może być tak bezlitosna? Jakim prawem ma czelność pozostawać obojętną na los tych odważnych, walecznych kotów? Gdzie deszcze, sztormy i huragany kiedy ich potrzeba? Dlaczego mimo delikatnego chłodu świeci słońce nie zakryte nawet pojedynczą chmurą? W opowieściach natura zawsze buntuje się przed okropnym losem, a tu? Śmieje się Briggowi w twarz piękną pogodą i upragnionym spokojem, którego nie dane jest mu zaznać.
"To... koniec?" - Zapytał się w myślach, licząc członków swojego warbandu.
Wciąż brakowało Vargusa i Mii. Szukał wszędzie i nie znalazł. Nawet fragmentów ciał, futra czy chociażby ubrań. Nic. Odwrócił się na pięcie i z niewielką iskierką nadziei ruszył w kierunku lasu. Musiał się upewnić, przechodząc przez pobojowisko po raz drugi. Tym razem wiedział, gdzie nie może nawet zerknąć, a gdzie musi patrzeć uważniej.
Powtórne poszukiwania nie przyniosły efektów. Iskierka nadziei w sercu popielca zaczęła rozpalać istne ognisko.
"Przeżył ktoś jeszcze. Ktoś sprawniejszy, lepiej wyszkolony, robiący lepsze uniki." - Przypomniał sobie swój wcześniejszy tok myślenia.
Mia żyje! Ta skubana mała popielka, której nie dało by się trafić ostrzałem artyleryjskim. Ona dała radę! Burger zapłacił najwyższą cenę, aby ratować jej życie, ale było warto! Mia jest żywa! Tak jak to zdradzieckie ścierwo Vargus. A co jeśli Vargus ją pojmał i porwał? Tylko po co właściwie? Jest śliczną popielką, ale... nie, nie. To się nie trzyma całości. Ona musiała dać radę nawiać.
Wtedy Brigg zrozumiał.
"Ktoś musi wezwać wsparcie!" - Przypomniał sobie wczorajsze słowa Mii.
Wydarzenia dnia wczorajszego zaczęły do niego wracać. Przypomniał sobie jak bez sensu biegł za Vargusem. Jak nie był w stanie złapać mesmera, a ten tylko grał z nim w swoją chorą grę. Jak raz na jakiś czas oberwał jednym z jego mieczy. Nagle rany na jego ciele zaczęły odzywać się ze zdwojoną siłą. Sam fakt, że sobie o nich przypomniał, wystarczył, aby zakończenia nerwowe wznowiły wysyłanie sygnałów o treści "boli jak cholera". Brigg wrócił myślami do tego, jak Vargus wyśmiewał jego bezsensowne próby walki. Jak z każdym razem kiedy oberwał od byłego przyjaciela, narastała w nim furia.
"Nie, nie ma na to czasu." - Skrytykował się za wspominanie tego co było.
Musiał się skupić na tym co teraz. Nie był już z tym sam. Mia żyła! Musiał ją tylko znaleźć i...
Brigg zatrzymał się w pół kroku. Znalazł.
Upadł na kolana pokonany. Docierając na samą krawędź lasu, którym miał zamiar się wydostać spostrzegł dwa ciała. Skarnera i Mię. Praktycznie na czworaka dotarł do ostatnich członków swojej bandy. Bezlitosne morderstwa nie miały końca. Mia leżała nieruchomo na plecach, wpatrując się swoimi różowymi ślepiami w niebo. Na jej szyi widoczne były krwawe ślady po przytrzymujących ją pazurach. W jej lewym boku brakowało większej części torsu. Serce i płuco, wraz ze sporą ilością mięsa i kości, zostały po prostu wyrwane z jej ciała kiedy jeszcze żyła.
Popielec upadł na ziemię wtulając pysk w martwą pierś przyjaciółki.
"Dlaczego?"
Chciał ryczeć z wściekłości, ale nie potrafił wydać z siebie żadnego dźwięku poza cichym piskiem, o który nigdy by się nie podejrzewał. Zachowywał się jak ktoś, kogo zawsze potępiał. Nie był silnym, odważnym mężczyzną. Był miękką fają wypłakującą smutki. Brzmiał jak zbity pies, szukający zrozumienia.
Przez cały czas nie mógł odpowiedzieć sobie na jedno pytanie.
"Dlaczego?"
Wciąż i wciąż ta myśl zatruwała mu rozum, nie pozwalając wydostać się z okropnej klatki.
"Jak to właściwie się stało? Jak do tego doszło?" - Myślał.
Do jego głowy znów zakradł się wizerunek Vargusa. Samo wspomnienie jego zdradzieckiej mordy wywołało w nim gniew. Ogarniała go już nie tylko rozpacz ale i wściekłość. Możliwe, że właśnie dlatego zaczął znajdować odpowiedzi na swoje pytania.
Jego umysł wykreował mu wizję, której nie zapomni do końca swojego życia. Wpierw jedno słowo.
"Błagam…"
Później, jedno imię.
"Brigg…"
W końcu, całe zdanie.
"Brigg... błagam... ocknij... się!"
I wtem, jego piski ucichły. Oczom Brigga ukazał się obraz. Dusił Mię, dociskając jej brzuch kolanem. Jego ciało wydawało się nawet większe niż zwykle. Mógłby z łatwością zgnieść jej czaszkę, jednak nie zrobił tego. Czerpał przyjemność z patrzenia na to jak cierpi. Wbił pazury głęboko w jej pierś i wyszarpał wszystko za co złapał.
Potem jak klatki z horroru przypominał sobie sceny z wczorajszej nocy. Walkę z każdym z osobna, kiedy jego towarzysze odpierali również płomiennych. Tylko Mia z nim nie walczyła. Prosiła go o życie, a on odmówił.
Największym potworem był on sam.



48 Dzień Sezonu Latorośli 1320 AE (20:53)

Grad Braveheart wpadł do gabinetu jak strzała.
- Chyba powiedziałem jasno że macie nam nie przeszkadzać! - Wybuchł Fierhan Sparwind.
- Tribune Sparwind, wr-
- Nie obchodzi mnie to, warbandy nam się wyżynają, jestem ZAJĘTY!
- Tribune Sparwind, wrócił również Harshmouth.
- Mam w d-… Harshmouth...? Ten Harshmouth?
- Tak jest! Mówi, że Keenmouth zdradził.
Fierhan wydał z siebie tylko krótki dźwięk zdziwienia i spojrzał na Quaestorkę Painreave, z którą właśnie rozmawiał. Wydawała się podobnie zdumiona.
- Dawaj go tu! - Nakazał.
Braveheart wyprostował się i zasalutował.
Tribune spojrzał na towarzysza rozmowy i rozłożył ręce.
- Rozumiesz coś z tego?
Tettidia zastanawiała się moment, lecz nie zdążyła nic odpowiedzieć. Do gabinetu Sparwinda wkroczyła czwórka popielców. Na przedzie Grad Braveheart, a za nim jego dwaj koledzy z Adamant Guard i zakuty w łańcuchy Brigg Harshmouth.
Nie wyglądał ani trochę jak to, co zapamiętał Fierhan. Wyglądał jak ruina. Jego pancerz był niekompletny i podziurawiony w wielu miejscach. Nie miał hełmu. Szedł z lekko opuszczonym wzrokiem. W jego wypadku nie było to dziwne, był zdecydowanie wyższy niż jakikolwiek inny popielec w swoim wieku, ale wydawał się nieobecny. Jego idealnie gładko przystrzyżona głowa pokryta była zaschniętą krwią. Każdy kawałek jego futra wydawał się dziwnie ciemny. W najgorszym stanie był jednak jego prawy policzek. Sierść aż kołtuniła się od krwi i brudu. Do tego towarzyszył mu zapach zepsutego mięsa i to była pierwsza rzecz, na którą Tribune zwrócił uwagę. Zmarszczył nos rażony tym co widział i czuł.
- A niech mnie... cuchniesz jakbyś gnił. - Zaczął.
Brigg nie zareagował.
- Nie wiem jakim cudem jeszcze żyjesz, ale przychodzenie tutaj było błędem. Nie tolerujemy zdrajców.
Tym zdaniem Tribune otrzymał jednak odpowiedź, której oczekiwał, prowokując żołnierza. Brigg natychmiast spojrzał mu prosto w oczy i gdyby Sparwind nie był przyzwyczajony do furii podwładnych, być może ugiąłby się pod ciężarem tego wzroku.
- Nie zdradziłem swoich! - Ryknął przerośnięty popielec. - To ścierwo Vargus… zabrał nas w ten… 
- Keenmouth był jedynym, który przeżył zasadzkę.
- W którą nas najpierw wepchnął!
- Powiedział, że nie był was w stanie uratować...
- Gówno prawda, widziałem jak dźga Skarnera w serce, kiedy ten chciał mu pomóc!
- Dlaczego mielibyśmy ci wierzyć? - Zapytała z nikąd Quaestorka Painreave.
Jej pytanie było niespodziewane, a Brigg nie miał na nie żadnej odpowiedzi. Z pomocą przyszedł mu jednak sam Tribune.
- Sam fakt, że przylazł tu z nami rozmawiać, w pojedynkę, a nie nas powybijać, podważa historię Keenmoutha. Braveheart, leć mi po niego, natychmiast! I zanim tu wejdzie niech zda broń i wszystko co pozwala mu używać magii. Powiedz mu, że tego nie lubię.
Popielec w zbroi Adamant Guard posłusznie zasalutował i wypadł z gabinetu.
- Już mu to mówiłeś jak był tu poprzednio. - Przypomniała Tettidia.
- Tylko lepiej. - Mruknął Sparwind.
Wrócił na swój fotel i złapał za szklankę stojącą na blacie. Natychmiastowo opróżnił jej zawartość. Niesamowicie problematyczna sytuacja zaczynała się komplikować jeszcze bardziej.
Braveheart zniknął na dobre dwadzieścia minut. Przez cały ten czas, nikt w pomieszczeniu nie odezwał się nawet słowem. Każdy z osobna starał się zrozumieć o co właściwie chodzi. Dla strażników, Brigg był zdrajcą i śmieciem, który powinien być martwy, ale jednak wrócił do Czarnej Cytadeli, a to tylko mogło oznaczać kłopoty. Skoro więc stanowił zagrożenie, trzeba było to zagrożenie zneutralizować, jednak chciał on tylko widzieć się z Tribune Sparwindem, opowiadając historię zupełnie inną niż ta, którą mieli nieszczęście usłyszeć. Do tego dał się zakuć w kajdany. Nie czyniło go to godnym zaufania, ale zmieniało ich podejście. Dla Tettidii i Fierhana był on żywym dowodem na to, że coś w całej historii jest nie na miejscu, więc dla dobra całego legionu, trzeba było dowiedzieć się co właściwie jest na rzeczy.
Tymczasem Brigg chciał tylko jednego. Czekał aż Braveheart przyprowadzi to ścierwo Vargusa i będzie mógł wtedy rzucić mu się do gardła. Najchętniej rozszarpać na oczach wszystkich na miliony mniejszych kawałków. Jeśli trzeba w kajdanach. Potem już nic nie było dla niego ważne. Mógłby równie dobrze umrzeć i dołączyć do swojej bandy wśród Mgieł.
Drzwi otworzyły się po raz kolejny, a do środka zawitał Grad Braveheart. Zasalutował na wejściu.
- Tribune Sparwind, Vargus Keenmouth.
Gdy tylko Vargus wszedł do środka, jego czarna facjata widocznie zbladła, a prosta i pewna siebie postawa stała się nagle napiętą i chybotliwą. Wyglądał zupełnie jakby zobaczył żywego trupa. Natychmiast rzucił się w kierunku wyjścia. Rozbił się jednak o zdecydowanie wyższych od siebie dwóch strażników, których zabrał po drodze Braveheart. Brigg ruszył w pościg za nim. Po drodze zablokował go Grad, lecz przerośnięty kot prawie go stratował. Członek Adamant Guard był w zdecydowanie lepszej dyspozycji, a przede wszystkim był gotowy na wszystko. Doskoczył na plecy popielca i przełożył ręce przez jego głowę ciągnąc z całej siły do tyłu, skutecznie podduszając rozjuszonego żołnierza. Skrzyżował nogi, skutecznie zakleszczając się na plecach swojego celu i sprowadził go na kolana.
Związany łańcuchami Brigg musiał uznać wyższość Grada i niechętnie zachować spokój.
- Czy ktoś mi wyjaśni co tu się dzieje?! - Ryknął Sparwind, gdy i Keenmouth i Harshmouth zostali spacyfikowani.
- Jakim cudem ta zdradziecka szmata tu jest?! - Warknął Vargus, lecz w jego głosie nie było słychać wściekłości, a strach.
- Ty... - Brigg rozpoczął kolejną próbę rzucenia się na byłego przyjaciela, lecz tym razem przytrzymało go aż trzech strażników.
- Jak mogłeś ich pomordować?! - Obracał sytuację Vargus.
- Sprzedałeś... nas... płomiennym! - Charczał Brigg, wciąż duszony przez Grada.
- Rzuciłeś się na nas, jebany ciole. Odparlibyśmy płomiennych bez problemu!
- Zabiłeś... Skarnera!
- Gówno prawda! Widziałem jak mordujesz wszystkich po kolei!
- Pies by cię...
- Mordy tam, obydwaj! - Ryknął Tribune.
Jeśli szukać powodu, dla którego Sparwind był tak szeroko szanowany, potęga jego ryku była wysoko na liście. Wszyscy, łącznie z Tettidią Painreave drgnęli, po czym zatrzymali się jak porażeni. Fierhan zakrył oczy dłońmi i pochylając głowę w dół zapytał.
- Harshmouth, co się wydarzyło?
Grad poluzował na chwilę uchwyt.
- Vargus nas zdra...-
- Od początku, kurwa, jak na raporcie!
- Chcieliśmy mieć dzień wolny. Nie do końca jestem pewien jak, ale Acacia i Skarner tak namieszali w dokumentacji i ustaleniach, że wszyscy myśleli, że jesteśmy w terenie, kiedy my byliśmy już po misji. Vargus zaprowadził nas w las. Upiliśmy się, wiedząc, że mamy taką możliwość. Na to liczył Vargus ściągając na nas z trzydziestu płomiennych...
- Gówno prawda! - Wtrącił się Vargus. - Też tam byłem, też piłem, mnie też zaatakowali! Ty żeś sobie coś ubzdurał! Wpadłeś w szał i rzucałeś się po kolei na każdego z nas! Jeszcze kurwa urosłeś pierdolony jakby ktoś jakiś czar na ciebie rzucił! Nie byliśmy w stanie walczyć na raz z tobą i z nimi!
- Łgarz! Nie wiem jak, ale nabrałeś Skarnera, że umierasz. Jak chciał ci pomóc to go...-
- Kłamstwa! Rozerwałeś go na strzępy!
- Koniec! - Ryknął po raz kolejny Sparwind. - Załatwimy to jak na popielców przystało. Braveheart! Do cel z nimi, wygłodzić i jutro na arenę!
Bez zwłoki Grad zeskoczył z pleców przerośniętego kota. Razem z innymi członkami Adamant Guard zasalutował i zabrał się za wykonanie polecenia. Kiedy już awanturnicy w towarzystwie Adamant Guard zostali wywłóczeni z gabinetu Sparwinda, Tettidia zwróciła się ku niemu.
- Który mówi prawdę, a który łże?
- Nie wiem. Do ósmej rano oddział z Legionu Popiołu powinien dostarczyć mi odpowiedzi. Potem będę się zastanawiał co dalej z tym zrobić.



49 Dzień Sezonu Latorośli 1320 AE (21:39)

- Hej dryblas, podnoś tyłek! - Wrzasnął niepotrzebnie głośno jeden ze strażników.
Brigg podniósł głowę w jego kierunku. Popielec w zbroi Adamant Guard stał już przy kratach jego celi z kluczem w dłoni. Czekał aż jego polecenie zostanie wykonane.
Harshmouth podniósł się z pryczy, będącej jedynym przedmiotem w tym ciasnym pomieszczeniu i lekko pochylony ruszył ku kratom, brzdękając łańcuchami, którymi związane były jego ręce i nogi.
- Stój. - Zakomenderował strażnik.
Przez niewygodnie długi moment stali tak w ciszy. W końcu jednak strażnik zlitował się nad domniemanym zdrajcą i otworzył szeroko kratę. Zanim jednak pozwolił mu przestąpić przez próg celi, zatrzymał go dłonią.
- Ani drgnij.
Strażnik wycofał się kilka kroków w stronę, gdzie nie było go widać z wnętrza celi. Wrócił z wiadrem w dłoniach. Bez żadnego ostrzeżenia chlusnął lodowatą wodą prosto w twarz Brigga. Przerośnięty popielec wzdrygnął się przy zmianie temperatury. Zirytowany odsłonił bardziej swoje i tak wystające kły, posyłając w kierunku strażnika mordercze spojrzenie.
- Co się gapisz? Przyda ci się kąpiel. - Warknął strażnik wykorzystując swoją wyższość. - Wyłaź.
Harshmouth przekroczył przez próg celi i zatrzymał się krok dalej, czekając na dalsze rozkazy. Po raz kolejny, strażnik nie uraczył go nawet jednym słowem. Czekał. Nie wiadomo na co. Wyglądało jednak na to, że obydwaj byli zirytowani swoją obecnością. Z pojedynku spojrzeń wyrwała ich popielka otwierająca drzwi pomieszczenia z celami.
- Można. - Powiedziała i skinęła głową do strażnika.
- Ruchy! - Warknął wybawiony strażnik.
Przepuścił on Brigga przed sobą, pozostając na wszelki wypadek za jego plecami. Kot kierował się za popielką wchodzącą już po schodach na górę. Cele znajdowały się pod poziomem ziemi, odizolowując wszelkich zdrajców i inne śmieci takie jak Brigg i Vargus od reszty społeczeństwa. Idealnie pod placem areny, co jakiś czas przepuszczały dźwięk tłumów dopingujących popielców na niej walczących. Proste zawody i pokazy siły potrafiły zwabić na arenę niesamowite ilości kocich obserwatorów. Dzisiejszy pokaz miał być jednak kameralny. Tego przynajmniej spodziewał się Brigg. Dziesięć, może dwadzieścia osób, patrzących jak rozrywa na części prawdziwego zdrajcę, choć częściowo spłacając dług u martwych towarzyszy broni.
Po niecałej minucie dotarli do brzegu areny. Szóstka żelaznych z karabinami w dłoniach oceniła go wzrokiem. Byli niezwykle spokojni, jednak gdyby tylko czegoś spróbował, nie zdążyłby wypowiedzieć swojego imienia, zanim zostałby zamieniony w sitko. Oprócz nich, w szerokim korytarzu znajdował się również stojak ze zbroją i różnego rodzaju broniami. Większość z nich wyglądała na uszkodzone lub dawno nieużywane.
- Nogi szeroko, ręce przed siebie, dłonie płasko. - Wyliczyła popielka, która zaprowadziła go w to miejsce.
W momencie, w którym zaczął rozstawiać nogi, Brigg usłyszał jak szóstka strzelców, stojąca w tej chwili za jego plecami, dobiera swoich karabinów. Domyślił się, że celują prosto w niego.
- Jeden fałszywy ruch i jesteś trup. - Przypomniał mu strażnik.
Popielka rozkuła jego nogi i ręce, po czym zerknęła w stronę stojaków.
- Czym walczysz?
- Tarczą.
- Bez miecza?
- Nie chcę go zabić. Chcę go rozwalić.
Popielka w zbroi uniosła brwi, jednak nie zamierzała kłócić się ze skazańcem. Przyniosła mu jedną z tarcz jakie znalazła na samym brzegu. Prosta i okrągła. Jej rozmiar natomiast przynosił na myśl ludzi i ich drobne wymiary. Dla Brigga była jak spory talerz.
- Daj większą. - Mruknął niezadowolony.
- Nie jesteś na pozycji, z której mógłbyś wydawać rozkazy.
Popielec westchnął.
- Czy mogę dostać większą?
- Nie. - Uśmiechnęła się podle popielka. - Tam masz zbroję. Chyba twoja.
Faktycznie, zbroja czekająca na stojaku należała do Harshmoutha. Ta była nietknięta. Egzemplarz, który miał czekać w Czarnej Cytadeli na powrót właściciela w razie gdyby jego obecna przestała spełniać swoje funkcje. Popielec popatrzył po zebranych kotach. Członkowie żelaznych wciąż celowali w jego tors.
- Powalczę w tej. - Powiedział w końcu Brigg, poklepując się po klatce piersiowej.



49 Dzień Sezonu Latorośli 1320 AE (21:55)

Trybuny na arenie świeciły pustkami. Zwykle pojedynki, które się na niej odbywają przyciągają tłumy chętne zobaczyć prawdziwe znaczenie słowa siła. W tym wypadku jednak walczyć mieli dwaj zdrajcy. Do tego pojedynek miał odbyć się natychmiast. Nie był w żaden sposób umówiony. Wiedzieli nieliczni. Dla tych, którzy wiedzieli, pozytywną wiadomością było, że jeden ze zdrajców zginie na pewno. Negatywną, że drugi może przeżyć.
W jednym ze środkowych rzędów siedział Saserdos Ruinmaker. Z posępną miną założył ręce na piersi i czekał na nieuniknione. Jako dawny Primus dla Mouth warbandu miał nieprzyjemność dowiedzieć się o pojedynku z ust Quaestorki Painreave.
Przez cały czas w jego głowie kłębiło się jedno pytanie.
- Gdzie popełniłem błąd?
- Ta odpowiedź nie da ci spokoju ducha, którego szukasz, ale wierz mi na słowo, że to nie jest twoja wina. - Odpowiedziała mu na pytanie Tettidia Painreave.
W każdym innym wypadku Ruinmaker zerwałby się na równe nogi i zasalutował przed przełożoną, zdziwiony tym, że nie zauważył jej do tej pory. Teraz jednak nie zdobył się na nic poza spojrzeniem jej prosto w oczy. Błękitne ślepia należące do siwiejącej już popielki nie zdradzały żadnych emocji.
- Wolne? - Zapytała przez grzeczność wskazując miejsce po jego prawej.
Saserdos skinął głową, po czym wrócił wzrokiem do środka areny, na której znajdował się już Tribune Fierhan wraz z jakimiś Centurionami. Quaestorka przysiadła obok.
- Wiesz już co się stało?
- Chcieli mieć wolne, poszli pić, wpadli w pułapkę, a potem zamiast walczyć z wrogiem wytłukli się nawzajem. Żadnych szczegółów. - Odparł Primus.
- Chcesz wiedzieć?
- Sam nie wiem. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie jak ktokolwiek z nich rzuca się na resztę. Nic mi tu nie pasuje.
- Też tak myślałam. Jak się okazuje, żaden z nich nie mówił nam prawdy... albo przynajmniej całej prawdy.
- Więc obaj walczą za półprawdę? - Zdziwił się Saserdos.
- Nie. Dzięki wywiadowi Legionu Popiołu wiemy więcej. Znamy prawdę, którą chcemy znać.
- Chyba nie rozumiem tej odpowiedzi.
- Żaden z nich nie chciał się przyznać do winy. Są zbyt dumni. Liczyli na to, że się nie dowiemy.
Ruinmaker spojrzał na przełożoną wzrokiem, który widział już wszystko. Był zrezygnowany. Porażka jego byłych wychowanków nie powinna była na nim ciążyć w ten sposób, jednak nie był w stanie pozbyć się z pamięci swoich pierwszych żołnierzy. Ostatnie zdanie Tettidii sprawiło, że nadzieje na to, że chociaż jeden ze skazańców jest niewinny, zniknęły bezpowrotnie.
- Więc? - Zapytał wyczekująco.
- Wpadli w zasadzkę. Czterdzieści trzy osoby przeciwko ośmiu. Wytłukli siły płomiennych bez większych strat. Mimo to, wszyscy członkowie bandy, poza jej liderem, zginęli z rąk jednego stworzenia. Ci z Popiołu twierdzą, że wedle oględzin był to popielec, ale... nadnaturalnie duży. Nawet Harshmouth nie osiąga takiego rozmiaru. Keenmouth napomknął jednak, że ten pierwszy oszalał i urósł jak gdyby ktoś rzucił na niego zaklęcie, co zdaje się układać w logiczną całość, zakładając, że rany śmiertelne zdawałyby się pasować bardziej do niego, niż do jakiejkolwiek znanej nam konstrukcji pod władaniem Legionu Płomienia.
- A Skarner?
- Swiftmouth został przebity mieczem. Harshmouth twierdzi, że to sprawka Keenmoutha. Mówi, że to on ich wsypał, a potem zabił lidera, udając rannego.
- Więc co, Vargus zabił Skarnera, a Brigg wpadł w furię, urósł w jakiś magiczny sposób i powybijał resztę? To też nie ma najmniejszego sensu. Mam tak dużo pytań...
- Nie odpowiem ci na żadno z nich, Saserdosie. Prawdę znają tylko dwie osoby i obie wychodzą właśnie na arenę.
Bramy z dwóch stron wielkiego kręgu otworzyły się jednocześnie. Wciąż odprowadzani przez Adamant Guard Brigg i Vargus zbliżali się powoli w kierunku Fierhana Sparwinda i dwóch Centurionów. Już z daleka mierzyli się wzrokiem. Nie mieli jednak prawa zaatakować, jeśli chcieli przeżyć, albo zabić wroga własnoręcznie. Kiedy byli w odległości dziesięciu metrów od siebie Tribune zatrzymał ich gestem dłoni. Wszystkie rozmowy na arenie ucichły, a on mógł spokojnie przemawiać.
- W świetle obowiązującego tu prawa, obydwaj jesteście uznani za zdrajców i śmieci. Najgorszy sort pasożyta jaki istnieje. Jako jedyni znacie całkowitą prawdę. Widać jednak, że jesteście po dwóch stronach barykady. Żadna z nich nie pokrywa się z interesami naszego społeczeństwa. Jeden z was zginie. Drugi stanie przed wyborem. Opowiedzieć nam całą historię i zniknąć z ziemi nam podległych, albo zginąć z naszych rąk. Gdy zegar wybije pełną godzinę, możecie zaczynać.
Wszyscy skierowali wzrok na wielki zegar zawieszonego idealnie nad środkiem areny. O każdej pełnej godzinie wydawał on z siebie charakterystyczne tąpnięcie, które najczęściej zwiastowało początki walk. Sam Tribune z wysoko uniesioną głową ruszył w stronę trybun, a tuż za nim Centurioni i strażnicy. Na arenie pozostali już tylko Brigg i Vargus.
- Który zwycięży? - Zapytała Quaestorka z nieukrywaną ciekawością.
- Vargus. - Odparł natychmiast Saserdos.
- Nie zastanowiłeś się nad odpowiedzią nawet sekundę.
- Jest najlepszy. Nie bez przyczyny ma taką opinię. Pamiętam jego szkolenie. Nie miał sobie równych. Pod wodzą Skarnera mógłby osiągnąć to czego nie osiągnął żaden popielec przed nim. A Brigg... Brigg ma warunki, ale... czy ma coś więcej? Dodatkowy rok w fahrarze dobrze mu zrobił. Nie odstawał już od reszty. Z drugiej strony poza wyglądem mordercy... nie wiem... wydaje mi się, że dla Vargusa okaże się za słaby.
3
Historie Postaci / KW, k. I - Preparacje
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Falkner dnia Marzec 18, 2019, 23:38:56 »
Preparacje

Po znalezieniu wolnego namiotu, Banda Węgla poświęciła godzinę na ulokowanie się w tymczasowym "domu". Namiot był wystarczający by pomieścić dziesięciu popielców, dlatego też spodziewali się, że namiot będą dzielić z inną bandą. Kto wie, może nawet członkami swojej centurii? Sarang czym prędzej zabrał się do rozpakowywania swych narzędzi które były dla niego jak szczotka do włosia i wykałaczka do kłów - nie ruszał się nigdzie bez nich. Jarrin z plecaka wyciągnął trzy flaszki domowej roboty bimbru. Pozostali rzucili rzeczy w kąt i przycupnęli na przeznaczonych dla nich legowiskach, które były niczym innym jak złożonymi w pół grubymi skórami dolyaków. Poza cichym pogwizdywaniem Saranga w namiocie panowała absolutna cisza. Gedwa położyła po sobie uszy i przeciągle warknęła:
- Zamkniesz wreszcie pysk - odezwała się do niespełnionego muzykanta który swym gwizdaniem działał jej na nerwy - Wszędzie psia mać hałas.
Sarang odwrócił się i zamrugał kilkukrotnie, nawet lekko przekrzywił głowę. Reszta przypatrywała się dwójce.
- Wymarsz z namiotu, idziemy na pole treningowe. Jutro potrzebuję was w pełni gotowości, a jak popracujemy wspólnie to się wymęczymy i nie będzie czasu ani na warczenie ani na gwizdanie - Legionista zerwał się ze swojego posłania wyczuwając tarcie między członkami oddziału. Wskazał łbem w kierunku wyjścia.

Na placu spędzili ponad godzinę, najpierw ćwicząc bieg przez tor przeszkód, następnie postrzelali na strzelnicy i poświęcili czas na treningu walki wręcz na słomianych kukłach. Falkner zdawał sobie sprawę, że ostatnie sezony spędzone na łataniu dachu stodoły, zaganianiu krów czy zwyczajnym pilnowaniu rancza nie sprzyjały żołnierskiej formie. W swych kościach również poczuł konsekwencje odwyku od czynnej służby, choć według papierów mieli stały przydział. Choć nie znał jeszcze planów Centuriona, wyobraził sobie co ten mógł poczuć przeglądając ich papiery - dwóch młodych, reszta to przekwitły kwiat wojska, wykolejeńcy o dziwacznej przeszłości. Zamiast aktywnej służby na frontach, rozdzieleni chodzili po świecie, narażali się swym przełożonym, byli awansowani i degradowani, po czym znów wracali do łask.
Ale Centurion się jeszcze zdziwi. Każdy z nich jest na swój sposób wyjątkowy, ma swoje zalety które uzupełniają Bandę jak i wady, które przez umiejętności innych są pokrywane. Doświadczenie weteranów to jedno, ale hart ducha kuty w płomieniach mijających lat to drugie.

Po treningu przyszedł podano "gorące koryto" - tak nazywano ciepły posiłek w warunkach polowych. Naturalnie w garnizonie nie wywoływało to żadnej rewelacji, ale z dala od sztabu, na terytorium wroga gorące jedzenie potrafiło pokrzepić duszę i ciało. Do kantyny wchodzono turami, najpierw jedli Popielni, potem Żelaźni by zminimalizować ryzyko powstania bójki między popiołkami i krwawymi. Ostatni na stołówkę wchodzili żołnierze, których zbroje malowano na czerwono.
Dziś podano średnio wypieczony befsztyk i fasolę. Oficerom dokładano do tego kufel popielczej whiskey na popicie. Po zajęciu miejsc przy długim, metalowym stole Węgle usadowiły się następująco: Gedwa, Jarrin, Cyrria, a przed nimi Sarang i Falkner. Samice zajadały się aż im się uszy trzęsły, Jarrin rozejrzał się na boki i wyciągnął manierkę która była zalana pod kurek jagodowym bimbrem. Ze wszystkich chyba tylko Falkner nie miał wilczego apetytu jak pozostali. Przesunął kufel z whiskey na środek co przywołało spojrzenia bandy na niego.
- Pijcie, tylko żeby każdemu starczyło - odezwał się i złapał mięso prawą łapą, przysuwając sobie do otwartego pyska.
Pozostała czwórka upiła po łyku, uczciwie podając kufel między sobą. Gdy przyszła kolej dowódcy, machnął jedynie łapą by kontynuowali gdyż on mielił teraz ciepłe mięsiwo. Prawdę mówiąc - nie mógł pogodzić się do końca z tym, że oficerom dają czym zapić a pozostałym nie. Czy to oszczędność? A może podkreślenie przywileju?
Dla kogoś na samym dole, władza zdaje się być baśniowym domkiem z piernika, a w środku same słodycze. Można rządzić, twoja decyzja jest ostateczna, salutują przed tobą.  Zaś z drugiej strony... bycie choć jeden stopień wyżej to jak stanie na domku z kart - należy balansować tak, by twoi podwładni nigdy, przenigdy nie postanowili się wyłamać. Inaczej wszystko runie, a ciebie zaboli najbardziej. Niejednokrotnie Węgloróg przekonał się o tym na własnym futrze.


Po jedzeniu przyszła kolej na Krwawy Legion by dorwać się do strawy. Piątka Węgli ruszyła zaś do hangaru, aby zapoznać się z maszyną którą jutro wyjadą w bój. Skrzydło jednych z wielu wrót było uchylone, przez co jeden za drugim wślizgnęli się do środka.
Garaż oświetlony był przez ogromne kule zawieszone na podwójnych łańcuchach, w których paliła się nafta a światło wyrywało się na zewnątrz przez stosunkowo niegęstą kratę dookoła kuli. Takich lamp było tutaj z dwadzieścia. Zewsząd słychać było głos uderzeń młotkiem, spawania, dokręcania śrub i poleceń robotników. Wśród maszyn stały tu czołgi starej daty, czyli te, w których jeszcze nie montowano ruchomej wieżyczki jak i nowsze, których strzelcy mogli swobodnie obracać działem. Stało tu również kilka transporterów na pace których wieziono piechotę, a jeden z karabinów napędzanych korbą miał ostrzeliwać wroga w trakcie jazdy. Popielcze łaziki, czyli pojazdy o wielkim kole z przodu i dwoma mniejszymi z tyłu, których celem było flankowanie przeciwników i zaskakiwanie ich ostrzałem z działa oraz szybkie przemieszczenie całej bandy z miejsca na miejsce. Nie brakowało też ruchomych barykad pchanych przez żołnierzy, rozstawianych by przyjąć na siebie ogień nieprzyjaciela jednocześnie osłaniając natarcie nie narażając go na szwank.
Przechodząc między maszynami, Cyrria jako pierwsza wyhaczyła pierwszego z "Kłów". Ten stosunkowo lekki czołg charakteryzował się licznymi kolcami umieszczonymi na pancerzu, w tym na samym przedzie które w praktyce miały taranować większe jednostki nieprzyjaciela, takie jak Płomienne Effigy. W praktyce jednak nikt nie chciał nacierać wprost na tego rodzaju konstrukcję, choć Falkner dobrze pamiętał jednego śmiałka, który to uczynił. Ten sam popielec z rykiem rzucił się na mordremowego thrashera - w obu przypadkach skończyło się to poważnymi ranami.
Dwa boczne działa maszynowe miały służyć za dodatkową siłę ognia podczas natarcia na umocniony punkt nieprzyjaciela. Największą wadą czołgu był jego tył, gdzie pancerz z uwagi na silnik musiał być słabszy niż na przodzie czy wieżyczce.


- Podziwiajcie - rzekł Falkner, wskazując łapą na czołg - Jutro przejedziemy się tym po czaszkach płomiennych. Standardowo: Jarrin prowadzi, Sarang ładuje, Gedwa pomocnik kierowcy, Cyrria obsługuje boczne działa.
- Wnioskuję o pozwolenie na inspekcję wnętrza czołgu - odezwała się Cyrria swym zwyczajnym tonem, który zawsze brzmiał jak wydawany rozkaz. Z czasem Legionistę przestał wytrącać z równowagi jej charakter wypowiedzi, ale z początku miał wrażenie, jakoby to ona chciała zagarnąć dowodzenie.
- Wniosek przyjęty - odparł i patrzył, jak jego podopieczni wspinają się na górę po metalowych kolcach (których brzegi swoją drogą wcale nie były ostre, a ich gęstość nie utrudniała wejścia na górę. Zabieg estetyczny, można by rzec).
Na próżno myśleć, że wnętrze czołgu było przestronne. Należało wchodzić pojedynczo, zaczynając od kierowcy lub jego pomocnika, później działonowy i ładowniczy lub operator karabinów, na samym końcu dowódca. Miejsce było wyliczone z chirurgiczną precyzją - dość, by móc poruszać się ze stanowiska na stanowisko, ale szerszy gabarytami popielec miałby stanowczy problem. Nie bez kozery czołgiści zawsze dostawali liche opancerzenie czy uzbrojenie - nie było dość miejsca, by pomieścić kilka napakowanych puszek. Co innego w ciężkim czołgu, gdzie ilość załogi sięgała nawet ośmiu osób. O ile sam pancerny pojazd był istotnie bestią na polu bitwy, dla załogi jest tak naprawdę grobem na gąsienicach. Jeśli coś pójdzie nie tak, zginąć mogą wszyscy jednocześnie - zapłon silnika czy amunicji, zerwanie gąsienicy oznaczało unieruchomienie czołgu, nie mówiąc już o naruszeniu mechanizmu poruszania wieżyczką.

Po kilkunastu minutach spędzonych na zbadaniu czołgu, Banda rozeszła się na rozkaz Legionisty, który musiał udać się do Centuriona na odprawę. Jarrin z Cyrrią ruszyli wychylić kufelek w kantynie, która pod wieczór stawała się odpowiednikiem baru "Ząbkowane Ostrze" jak w Czarnej Cytadeli, Sarang ruszył szwędać się po garnizonie, Gedwa zaś udała się pod polowe prysznice.
W namiocie Centuriona Rocktroopera zebrało się łącznie pięciu Legionistów - Mamfa Fellowmuzzle, Hagran Axebender, Lafet Torchwielder, Karra Asheradicator (nie bez powodu przyjęła to nazwisko, chcąc tym pokazać swoje wrogie nastawienie do Popielnego Legionu) oraz Falkner Węgloróg. Zebrali się przed mapą, gdzie Centurion Rockcrusher stał z metalowym wskaźnikiem przed mapą na której naniesionych było wiele symboli i kolorowych strzałek.
- Oficjalnie witam was w swojej Centurii - rozpoczął Tyrron, szybko jednak przechodząc do sedna - Skoro uprzejmości mamy za sobą, przejdziemy do szczegółów. Jutro o godzinie piątej zero-zero wszystkie garnizony umieszczone na wschodzie rozpoczynają atak na umocnienia Płomiennego Legionu. Naszym celem jest jak najszybsze złamanie oporu wroga i wypchnięcie go z powrotem w góry, z których przyszedł. Co zaś tyczy się nas - Rockcrusher wskazał na sektor obramowany czarną obwódką - wyruszamy punktualnie z "Ząbkowanej Strzały" i nacieramy na pierwsze umocnienie wroga. Zgodnie z doniesieniami zwiadowców mamy do przełamania kilka stanowisk: Najpierw uderzymy w przedni posterunek Płomiennego Legionu i zajmiemy go by mieć bazę wypadową w przypadku - charknął - porażki. Następnie mamy do sforsowania dwie płomienne wieże które plugawi szamani wznieśli swoimi czarami oraz obóz między nimi. Dalej czeka nas sieć tuneli która zostanie wyczyszczona przez piechotę. Zaraz na końcu tuneli znajduje się spory garnizon wroga, gdzie czekać na nas będzie stanowczy opór wroga. Przejęcie tego obiektu pozwoli nam odepchnąć Płomiennych do wąwozów gór z których przyszli.
Centurion chwycił łapą kufel z wodą który leżał na biurku i wypił solidny łyk. Otarł łapą pysk i wskazał znów na pierwszy cel:
- Tutaj jedziemy na szpicy, waląc z czego się da w posterunek. Zaraz przed nim rozjedziemy się na flanki, trzy czołgi z lewej, trzy z prawej. Wtedy piechota wchodzi a my osłaniamy tyły od flank. Gdy dojedziemy do wież, najpierw dajemy artylerii zmiękczyć wroga przed nami a potem wykańczamy niedobitków. W tunelach nie pomożemy, dlatego przegrupujemy się i poczekamy na sygnał, po czym odeskortujemy artylerię na miejsce, gdzie ta ostrzela twierdzę.
Legioniści wymienili się spojrzeniami i wrócili uwagą na Centuriona i jego mapę. Ten odetchnął i wymruczał:
- Nie gapcie się tak na mnie, nie pierwszego dnia Cytadelę zbudowano. Jeśli napotkamy zbyt silny opór, będziemy bronić to co udało nam się zdobyć. Poinstruujcie swoje oddziały, każdy ma znać swoje miejsce i słuchać rozkazów.

Po wyjściu z namiotu Legioniści rozeszli się w swoje strony. Falkner, kierując się do namiotu swojej Bandy został dogoniony przez Lafeta Torchwieldera. Postawny popielec o mocno ociosanej mordzie, długich faflach opruszonych wczesną siwizną, szeroko rozstawionych, okrągłych oczach i nadłamanym prawym rogiem położył łapę na ramieniu Węgloroga.
- Legionisto Węgloróg, nie macie nic przeciwko jak moja banda się wprosi do was? Właściwie to już to zrobiliśmy, nie ma więcej miejsca. Garnizon pęka w szwach, kurka wodna, a lepiej być pod jednym dachem ze swoimi niż inaczej, prawda?
Falkner spojrzał w poczciwy jak na popielca pysk Legionisty Bandy Torch i wyszczerzył kły w uśmiechu:
- Racja, Torchwielder. Obyście tylko w kolumnie przed nami nie jechali, bo my zgarniamy pierwszą krew. Szkoda by było, gdybyście nam zasłonili linię strzału.
Lafet zaśmiał się i poklepał Falknera po barku, po czym opuścił łapę. Torchowie byli jedną z wielu takich samych band w Żelaznym Legionie - robili, co do nich należało ale nic poza tym. Średnia wieku tam wynosiła trzydzieści, gdzie najstarszy miał prawie pięćdziesiątkę i był nim właśnie dowódca. Równie dobrze mógł już zostać odesłany do jakiejś lżejszej pracy niż wojaczka, ale Lafet wszystkimi czterema łapami zapierał się przed przeniesieniem go do innej roli. W tym starym cielsku wciąż wrzała dusza chętna krwi, choć jego powierzchowność przypominała bardziej popielca w sukience Klasztoru Durmanda, spędzającego czas na dłubaniu wśród starych zwojów.

Torchowie i Węgle zdążyli się już zapoznać w głównej mierze dzięki nalewkom Jarrina. Nawet Sarang, zamknięty w sobie wydobył chęć do rozegrania kilkunastu partii w karty, przerżnąwszy wszystkie rozdania. Nie przeszkodziło mu to cieszyć się z ostatniej nocy przed powrotem na plac boju. Gdy wszyscy byli już wstawieni, Falkner zabrał taboret, obity skórą dziennik z którego wyrwał kartkę i trzymając w łapie wąski węgielek, napisał list. Pierwszy z kilku, które oddadzą to, co przeszła Banda Węgla.
4
Historie Postaci / KW, k. I - Wezwanie
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Falkner dnia Marzec 18, 2019, 00:22:40 »
Kronika I: Wojna ojczyźniana

U schyłku roku 1331 Trzy Popielcze Legiony kontrolowały każde połacie Askalonu z wyjątkiem Ebonhawke. Na krótko po rozpoczęciu Sezonu Zefira następnego roku na wschodnie granice niegdysiejszego ludzkiego królestwa najechała armia liczona w tysiącach pod sztandarem Płomiennego Legionu. Dowodzenie objął Trybuna Jaharr Smolderpaw, wysokiej rangi oficer Płomiennych który w krótkim czasie zdołał zmobilizować armię i powiększyć ją wskutek udanej rekrutacji.
Tymczasem Czarna Cytadela nie spodziewała się nagłego przedarcia się wroga przez Góry Blazeridge, gdzie rozmieszczone były pojedyncze garnizony i posterunki Legionów, strzegąc górskich przejść przed inwazją wroga. Wzbogaceni o błyskotliwy talent taktyczny Smolderpawa, Płomienni dodatkowo opracowali arsenał pozwalający równać się z centuriami Krwawego Legionu oraz maszynerią Żelaznego.
W przeciągu zaledwie dwóch tygodni Płomienny Legion przestąpił wschodnią granicę Askalonu i ufortyfikował swoją pozycję. W odpowiedzi na to Czarna Cytadela rzuciła do walki żołnierzy, sterowce i czołgi.


Wezwanie

Wieści z frontu roznosiły się jak talerze grochówki w kantynie- szybko, efektywnie i każdy chciał je dostać pierwszy. Dzięki usprawnionej lata temu metodzie roznoszenia listów, broszur, wezwań i czasopism, zalakowana koperta ze stemplem Żelaznego Legionu adresowana do Bandy Węgla trafiła we właściwe miejsce. Legioniście przyszło więc uregulować wszystkie zaległe sprawy w bieżącym miejscu przydziału - Ranczu w Diessa Plateau i zebrać całą bandę na jutrzejszą podróż do garnizonu "Ząbkowana Strzała". Legionista uniósł wysoko mocno zarysowane, jasnobrązowe krzaczaste brwi czytając tę nazwę - nigdy wcześniej nie słyszał o tejże placówce, a jako jeden z niewielu mógł poszczycić się, że mimo aktywnej służby zwiedził świat wzdłuż i wszerz. Wzrok mętnie zielonych oczu spoczął na dacie, konkretniej na roku. Fakt, czas nie oszczędzał żadnego z żołnierzy. Gdy młodzi łakną krwi i boju który obiecywany im był przez cale lata spędzone w fahrarze, starzy spoglądają na minione lata przez pryzmat odniesionych ran, utraconych członków band, sytuacji w których wyślizgnęli się jak śliskie gady z łap śmierci. Niemniej rozkaz to rozkaz - gdy wróg przeszedł przez góry i próbuje uwinąć sobie gniazdo na terytorium Żelaznego Legionu, odpowiedź może paść tylko jedna - artyleryjski wystrzał.

Następnego dnia pięcioosobowa Banda Węgła w pełnej gotowości wyruszyła z rancza, zostawiając za sobą wyjące krowy, zapach obornika i wciąż nienaprawiony dach szopy. W trakcie marszu popielcy raźno rozmawiali na przeróżne tematy, ale ani razu nikt nie poruszył kwestii nowego przydziału. Dobrze wiedzieli, że jeszcze naoglądają się wybuchów, krwi, będą grzęźli w błocie i wiązać łapy bandażami by nie poparzyć się rozgrzanymi lufami dział. Nim dotarli do drogowskazu, zdążyli odśpiewać starą pieśń:


Szerokimi drogami wiejskimi,
Placami miast przestronnymi.
Idziemy niczym lawina po burzy,
Gotowi na bój i śmierć,

Artylerzyści, brać ich na cel!
Załoga pewna, odwagi swej!
Wrogowi krzykniemy: "Od ojczyzny naszej precz! Jak nie to ogień z naszych dział rozpocznie siecz!

Jeśli wrogu zachce się bitki,
Nastanie pora wojny i śmierci.
Bohatersko za ojczyznę walczyć,
Będziem wszyscy, co rusz.

Artylerzyści, brać ich na cel!
Załoga pewna, odwagi swej!
Wrogowi krzykniemy: "Od ojczyzny naszej precz! Jak nie to ogień z naszych dział rozpocznie siecz!

Czołgom naszym drogę utoruje,
Naszych dział ogień bojowy.
Wrogie oddziały do cna zniszczy,
Salwa z naszych dział!

Artylerzyści, brać ich na cel!
Załoga pewna, odwagi swej!
Wrogowi krzykniemy: "Od ojczyzny naszej precz! Jak nie to ogień z naszych dział rozpocznie siecz!

Garnizon operacyjny Żelaznego Legionu "Ząbkowana Strzała" przerósł wszelkie oczekiwania piątki starych wyjadaczy. Gdy skorzystali z urządzenia do szybkiej podróży asurańskiego pochodzenia (którego trzech na pięciu popielców z całego serca nienawidziło), po dziesięciu minutach marszu zauważyli wysokie, żelazne mury które uprzedzały dodatkowo wały i zasieki z drutu kolczastego. Przed wysoką bramą stały jeszcze dwa stalowe bunkry z wąskimi otworami przez które otwierano ogień do nadciągającego zagrożenia. Walcowate wieże umieszczone na załamaniu ścian wyposażone były w reflektory (pora była dość wczesna, to też nie świeciły) i stanowiska ogniowe - przeciw piechocie i lotnictwie.
Przed bramą do obowiązku Legionisty należało wylegitymowanie siebie i swojego oddziału. Po prawej stronie od zamkniętych wrót znajdowała się szeroki, prostokątny otwór który w razie niebezpieczeństwa służył jako kolejne stanowisko od prowadzenia ostrzału. Dzisiaj jednak zamiast ciężkiego karabinu, po drugiej stronie znajdował się jedynie ciemnobrązowy popielec o licznych białych kropkach na futrze, wąskim pysku i szeroko rozstawionych kaprawych oczkach. Na łbie miał hełm, którego kratkowana przyłbica uniesiona była w górę. Opierał się o stalowy parapecik okienka ze swojej strony niczym barman spoglądający na kolejnego pijusa, czekając aż ten zastanowi się nad wyborem następnego trunku po spożyciu którego będzie można go uprzejmie wyprosić.
By uniknąć nudnej konwersacji, Legionista przeszedł do rzeczy - położył otrzymane wczoraj wezwanie oraz przygotował swoją książeczkę służby. Żołnierz po drugiej stronie przekartkował sobie po otrzymanych stopniach, pochwałach i naganach, choć wcale nie należało to do jego obowiązków. Sięgnął łapą pod spód parapetu i pociągnął za jakąś dźwignię - załomotały koła zębate i prawe skrzydło wrót zaczęło się otwierać.
- Macie się zgłosić do Centuriona Rocktroopera. Namioty dowódców są naprzeciw kantyny, po prawej - rzekł żołnierz za okienkiem i zwrócił papiery należytemu właścicielowi.

Jeżeli garnizon z zewnątrz wyglądał imponująco, tak jego wnętrze niezbyt zachęcało to spędzania tu czasu. Nie dlatego, że było tu wszystko albo metalowe albo namiotem - trudno doszukiwać się u popielców architekturalnej estetyki. Ma być surowo, praktycznie i na lata. To ilość żołnierzy, sprzętu i pojazdów przyprawić mogła klaustrofoba o atak paniki pod gołym niebem.
Przez cały garnizon prowadziła szeroka droga którą poruszały się pojazdy. Po lewej stronie znajdowały się kolejno - magazyn z zaopatrzeniem, spichlerz, namioty i budynki dowództwa oraz rozległy garaż dla czołgów, transporterów i pojazdów bojowych. Naprzeciwko, po prawej stronie idąc w kolejności od wejścia: dwie wysokie przyczepy które najczęściej wykorzystywał Krwawy Legion jako mobilne koszary dla swoich żołnierzy, namioty podoficerów i żołnierzy, kantyna i plac treningowy. Naprzeciw wejścia, którym do środka dostała się Banda Węgla znajdowało się drugie, nawet szersze wrota. Sądząc po tym, że niedaleko stoi garaż dla pojazdów to właśnie tędy opancerzone bestie na kołach i gąsienicach opuszczały garnizon.
Żołnierze Krwawych i Żelaznych wspólnie ćwiczyli na placu treningowym, w okolicy kantyny było pusto - przy garażach miotali się tragarze i mechanicy a gońcy wychodzili z jednego namiotu po stronie oficerów do drugiego. Wokół gwar i ruch, ale wszyscy chodzili tutaj jak w zegarku. Nikt, absolutnie żaden ze stacjonujących tu żołnierzy nie stał bezczynnie (pomijając straż).

Nie tracąc czasu, piątka popielców z Bandy Węgla udała się za swym Legionistą w kierunku budynków i namiotów oficerów. W stalowych domkach o kopulistych dachach stacjonowali jedynie najwyżsi oficerowie: Centurion Hagma Linecrusher, której podlegała cała "Ząbkowana Strzała", Trybun Kyranith Steelgrip z Żelaznego Legionu, Trybun Fierhan Sparwind z Krwawego oraz Makk the Silent z Popielnego. Pozostałym centurionom przypadały w udziale okrągłe namioty, gdzie mieszkali ze swoimi ordynansami, a przed każdym z namiotów znajdowała się drewniana tabliczka przybita do pala umieszczonego w ziemi z imieniem i nazwiskiem oficera. Przynależność do Legionu zdradzała kolorystyka namiotu.
Centurion Tyrron Rocktrooper dosłużył się swej rangi walcząc o zasoby na polach bitewnych, zwanych inaczej Skrajem Mgieł. By napędzać machinę wojenną Czarnej Cytadeli, prócz węgla należało mieć jeszcze stały dostęp do ropy naftowej, dzięki której zmechanizowane maszyny oblężnicze mogły w ogóle się poruszać. Rocktrooper po powrocie do Tyrii zasłynął w bitwie o Steeleye Span, gdzie mianowany jako Brevet po tragicznej śmierci swego centuriona poprowadził pięć band czołgistów w bój, odpierając atak napiętnowanych, których liczebność przewyższała ilość dostępnej piechoty prawie trzykrotnie.
Usłyszawszy, że ktoś wszedł do jego namiotu odwrócił się od map. Umaszczenie Tyrrona było zaiste dziwaczne - wyblakła żółć z liczne, czarne pręgi od stóp do głów. Budowa ciała przeciętna, rogi zakrzywione w przód a pysk krótki i zarośnięty po bokach. Para jasnopomarańczowych oczu spoczęła na piątce popielców, na których czele stał jasnobrązowy popielec o długich rogach w tył, krótkiej, postrzępionej bródce i ciemniejszej łacie na pysku.
- Legionista Falkner Węgloróg, z Bandą Węgla, na rozkaz - rzucił dowodzący oddziałem prężąc się podczas salutowania.
- Spocznij - odparł Rocktrooper wysokim jak na popielca głosem - Poproszę papiery całego oddziału.
Wskazawszy na blat okrągłego biurka na którym stał metalowy kubek z parującą kawą, Rocktrooper podszedł bliżej by zerknąć na spis członków Bandy oraz przebieg służby:

Falkner Węgloróg - Legionista, raz zmienił Legion, co niezbyt przypadło Centurionowi do gustu. Przed obaleniem Płomiennej Cytadeli aktywnie zwalczał Płomienny Legion z Bandą Długich, której wtenczas przewodził. Następnie w papierach była kilkuletnia przerwa, oznaczona stemplem "tajne" - pieczątka była jak najbardziej wiarygodna. Tyrron mruknął cicho i czytał dalej: Legionista Węgloróg służył w Bandzie Smoka, Krwawy Legion, jako mechanik, strzelec oraz kierowca czołgu. Po niewyjaśnionym rozpadzie Bandy uformował własny oddział znów pod sztandarem Żelaznego Legionu. Kolejny fragment życiorysu Legionisty przypadł Centurionowi do gustu - Banda Węgla uczestniczyła w walce na Skraju Mgieł o strategiczne surowce dla Czarnej Cytadeli. Następnie Banda została rozbita a jej członkowie porozsyłani w świat, pełniąc rolę wizytówki Legionów wśród innych liczących się frakcji. Taki zabieg nie był często spotykany, ale Cytadela lubi pochwalić się swymi żołnierzami. Rocktrooper zjechał wzrokiem na sam dół - od dwóch lat Banda Węgla stacjonowała w ranczu w Diessa Plateau, gdzie od zera odbudowała placówkę dostarczającą pożywienie dla Legionów i strzegła jej podczas Inwazji Nieumarłych na Tyrię.
Przeczuwając, że lektura będzie dłuższa, Rocktrooper nabił fajkę i w międzyczasie odłożył kartkę z przebiegiem służby Węgloroga na bok.

Jarrin Węglopyski - żołnierz, na początku stacjonował w ranczu opodal Miasteczka Nolan, następnie dostał przeniesienie do Bandy Węgla. Podczas pobytu z Mgłach wyłonił się w nim talent zwiadowcy i tresera zwierząt. Po przydzieleniu do Bandy Węgla stał się prawą ręką Legionisty. Niestabilność psychiczna od zawsze towarzyszyła Węglopyskiemu. Po rozdzieleniu Bandy Węgla do tyryjskich frakcji został umieszczony z szpitalu psychiatrycznym, z którego wyciągnął do Legionista z pomocą zaprzyjaźnionej siły najemnej. Podczas pobytu w sanatorium opodal Smokestead nie wykazywał niepokojących zachowań, w skutek czego został zwolniony przedwcześnie.

Sarang Węglorębacz - przywrócony do służby dwa Sezony temu po długotrwałej rehabilitacji. W wieku 21 lat otrzymał przeniesienie do Mgieł za podejrzenia o zabiciu swojego poprzedniego Legionisty granatem wrzuconym do jego namiotu. Winy nigdy mu nie udowodniono, niemniej dla pewności odsunięto go od Czarnej Cytadeli by odsłużył w Mgłach. Tam wykazał się jako znakomity logistyk i inżynier, który z pomocą gadżetów i usprawnień biegł w pierwszej linii. Po rozdzieleniu Bandy Węgla trafił do Klasztoru Durmanda, gdzie z powodu urazu w trakcie jednej z ekspedycji doznał przejściowej amnezji.

Cyrria Węglofutra - czterdziestoletnia popielka która została przydzielona do Bandy gdy ta stacjonowała na ranczu.  W poprzedniej bandzie służyła niemalże dwadzieścia lat, aż do czasu gdy podczas starcia z nieumarłymi z Elony atakującymi Askalon straciła całą bandę. Operatorka wszelakiej maści maszynerii oblężniczej i broni stacjonarnej. W trakcie służby wykazała się niejednokrotnie męstwem, szczególnie podczas operacji Uderzenie Żelaza, gdzie samodzielnie odciągnęła z pola bitwy ponad dwudziestu rannych żołnierzy pod ostrzałem wroga.

Gedwa Węgloskrzydła - trzydzieści lat, saper. Stoczyła bój na arenie w Czarnej Cytadeli, legendarnym Bane ze swoim poprzednim Legionistą z którego tylko ona wyszła cała, by porzucić bandę na stałe. W trakcie służby wykazywała się wyrachowaniem i precyzyjnością w obsłudze materiałów wybuchowych. Wdała się w niejedną bójkę z barach na terenie Czarnej Cytadeli, zaś podczas przepustki w Lwich Wrotach została aresztowana na pięć dni i zmuszona do wypłacenia zadośćuczynienia właścicielowi kramu z jabłkami. W Bandzie Węgla nabierała pokory, pozostając pod baczną obserwacją swojego przełożonego.

Centurion Rocktrooper odłożył ostatnią z kartek i spojrzał spod ciężkich, kudłatych brwi na stojącą przed nim piątką żołnierzy. Dym z jego fajki dotarł do nozdrzy jego ordynansa, tęgiego popielca o całkowicie białym umaszczeniu i błękitnych oczach, który nie mógł zrobić nic innego jak kichnąć, przeprosić, kichnąć, znów przeprosić.
- Wyjdź na zewnątrz - Tyrron rzucił do swojego pomagiera i wskazał mu wyjście z namiotu. Gdy został już sam z Węglami, wziął głębszy wdech i odstawił fajkę na stół.
- Zaiste, trafiliście mi się jak gruszka spadająca na łeb. Będziecie albo moim bólem głowy, albo wyśmienitym miąższem mojej centurii - rozpoczął szczerząc kły. Falkner ani drgnął, Jarrin lekko się przekrzywił a Gedwa powstrzymała parsknięcie. Następnie Centurion wyszedł zza stołu by każdego powitać żołnierskim uściskiem łapy.  Po tejże krótkiej ceremonii wrócił do dalszego instruowania:
- Będziecie załogą czołgu Kieł w. II-b, nadajcie mu imię jakie chcecie. Legionista Węgloróg zgłosi się do mnie dzisiaj o osiemnastej na odprawę, jutro wyruszamy pełną parą zmieść płomienną zarazę z naszego sektora. Teraz macie czas dla siebie - sugeruję znaleźć sobie wolne miejsce do spania, tylko nie właźcie do koszar Krwawych. Potem zaznajomcie się z maszyną która stanie się waszym domem, rozruszajcie kości na placu treningowym. Legionisto, odpowiadacie za pełne przygotowanie swojej bandy. Nie wdawać się w bójki w kantynie.
Falkner skinął łbem i kątem oka spojrzał na Saranga ostrzegawczo, co ten wyłapał od razu. W duszy popielec westchnął, ale przed Centurionem nie można było okazywać tego, co się myśli. W każdym razie nie teraz.
- Odmaszerować - nakazał Rocktrooper i odpowiedział na prawie że synchroniczny salut ze strony swoich podwładnych. Wyprostował się na moment i uderzył pięścią w pierś.
5
Historie Postaci / Kroniki Wojenne
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Falkner dnia Marzec 18, 2019, 00:16:10 »
6
Newsy / Wyniki wyborów - Marzec 2019
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Falkner dnia Marzec 17, 2019, 01:32:27 »
Po podliczeniu wszystkich wyników, frekwencja okazała się znów poniżej dopuszczalnego progu (26%). W tym przypadku niekandydujący Radni zwrócili uwagę na poparcie oddanych głosów i po porozumieniu się zgodzili się, by to Nisheera pozostała na wcześniej obejmowanym stanowisku na kolejną kadencję.

Gratulujemy!
7
Newsy / Wybory Marzec 2019
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Falkner dnia Marzec 15, 2019, 13:23:09 »
Dzisiaj (15.03.2019) przez 48h każdy członek Ligi Sześciu Filarów z rangą Towarzysza bądź wyższą może oddać swój głos w wyborach na Radnego. Wybrany radny swoją funkcję będzie pełnił przez najbliższe trzy miesiące, tj. od 20.03.2019 do 20.06.2019. Kandydatami są:

Nisheera
oraz
Varl

Aby oddać głos, należy wysłać prywatną wiadomość na konto Wybory i wpisać w niej nick wybranego przez nas kandydata, (link bezpośredni do okna wysyłania PW). Pamiętajcie, każdy głos się liczy.
8
Historie Postaci / Odp: Druga strona natury.
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Mimetka dnia Marzec 13, 2019, 07:30:07 »

   Annie weszła nad ranem do karczmy, do pokoju wspólnego na piętrze. Starała się być cicho by nie obudzić nikogo, kto tej nocy spał. Po ciemku przeszła do swojego łóżka i złożyła pod nim swoje pakunki a następnie po omacku wyszukała ręcznika i przyborów do mycia. Dopiero jak je znalazła, równie cicho wyszła z pokoju by udać się do łazienki i tam w końcu skorzystać z upragnionej kąpieli. A miała co z siebie zmywać po ostatnich dniach.

   Poranek nie przyniósł żadnych nowych zaskakujących obrotów sprawy. Garry przyszedł z samego rana i uraczył dziewczynę zaledwie jakąś breją, która miała robić za owsiankę i pozwolił zabrać ubrania, które jej wczoraj wieczorem dał. Stwierdził, że może jeszcze skorzystać przed wyjściem z łazienki ale zaledwie ma na to wszystko około pół godziny po czym ma się ulotnić z ich laboratorium. Dodał jeszcze miło, że jeżeli kiedykolwiek dojdzie do ich ponownego spotkania nie będzie już taki wyrozumiały, a tym bardziej ostrzegł ją, że jeżeli zauważy jakikolwiek podejrzany ruch przy jego laboratorium, znajdzie ją choćby na końcu Wiecznej Alchemii i da jej nauczkę.
Jednak Annie słuchała go z całkowitą obojętnością. Miała kompletnie gdzieś co się z nią może stać, jak dla niej to i asura mógłby teraz się z nią rozprawić. Czuła się struta i jakaś jednocześnie pusta w środku. Pomijając kwestię że czuła się pusta w środku, to była zmęczona i obolała ale przede wszystkim nie wiedziała co powinna zrobić. Wrócić do karczmy czy jednak iść dalej do swojego celu. Tylko obecnie ten cel wydawał się kompletnie bez sensu. Zapłaciła za niego największą cenę jaką tylko mogła i do tego nie swoim złotem. Cudze życie, niewinnej osoby, która chciała jej pomóc właśnie się zakończyło, bo ona kompletnie nie przemyślała swojej decyzji a postanowiła bez żadnego przygotowania, pchana po prostu zwykłym kaprysem, zaspokoić głód bycia kimś więcej niż zwykłym strzelcem. Jak bardzo była w siebie zapatrzona a jednocześnie jak mocno ślepa na otaczający ją świat. Czy to kwestia wychowania w świecie w którym nie uczono jej żadnych wartości poza zwykłym pozerstwem i jeszcze większym bogaceniu się. Ile z tych wszystkich bali czy innych przyjęć wyniosła pożytecznych nauk, które mogły by jej zapewnić większą szansę na przetrwanie w życiu? Nic, była zwykłą pusta lalką, która nawet pozbywając się pięknych sukni i kosmetyków nadal jedynie jest powłoką, która otacza puste naczynie.
   Chciała w siebie wlać coś więcej co ją lepiej ukształtuje ale jedynie wlała obecnie poczucie winy i odpowiedzialność za cudzą śmierć. Była na siebie zła. Zła bo szukała wymówki aby usprawiedliwić te wydarzenia zrzucając winę na świat, przeznaczenie czy Bragiego. Ale jednak po tym czuła się jeszcze bardziej paskudnie, więc jedynie jej pozostało pogodzić się z faktem, że zawiodła nie tylko siebie ale i norna. Teraz to już i tak bez znaczenia. Nie cofnie czasu choć bardzo by tego chciała.

   Wejście do laboratorium asur zamknęło się za nią głucho, jak by miało zwiastować zamknięcie jakiegoś rozdziału w jej życiu. Jednak zdecydowanie takie coś nie wchodziło w grę, wydarzenia, które miały miejsce w ostatnich dniach mocno wczepią się w jej serce nie chcąc odpuścić i na zawsze będą jej przypominać, że za głupotę i nieprzemyślane decyzje trzeba płacić. Była słaba, więc właśnie cierpi i odczuwa swój własny ból z tym związany. Ale nie może stać w miejscu, gdzieś musi iść i podjąć jakąś decyzję. Chciałaby wrócić do karczmy i jakoś to przeboleć rzucając się w wir codziennych spraw ale jednocześnie czuła, że jest winna Bragiemu dojście do celu. On się dla niej chciał poświęcić zbaczając z swojej drogi by jej pomóc dotrzeć tam gdzie chciała, więc czemu miałaby teraz odpuścić? Chyba tyle w tym swoim marnym życiu może zrobić. Przecież jest bliżej niż dalej. Pójdzie i przekona się czy to wszystko warte było takiego poświęcenia. Choć nie wiedziała czy w ogóle chce teraz ten łuk. Doszła do wniosku, że jednak go nie chce, jedynie chce dotrzeć do końca.
Westchnęła i spojrzała na niebo by ustalić porę dnia. Wygrzebała pogniecioną kartkę z mapą i ustaliła swoje położenie na niej. Wychodziło na to, że jest wczesny ranek a ona znajduje się mniej więcej na południowym wschodzie, więc mocno nie zboczyła z trasy. Według jej obliczeń do miejsca docelowego powinna dość nie dalej jak późnym popołudniem jak nic nie stanie jej na przeszkodzie a z czego wiedziała te rejony są dość obsiane w różne ogniste stworzenia, które swoją moc czerpią z umiejscowionego wulkanu. Rozglądając się po terenie nie pocieszał ją fakt, że ciężko było by tu iść jakąś boczną trasa by nie narażać się na widok. Płaskie podłoże obsiane większymi czy mniejszymi kamieniami nie zapewniało odpowiedniego schronienia. Tyle co mogłaby schować się na chwilę za jakąś większą skała, ale... no właśnie ale.
   Przypomniała sobie o szakalu. Przecież to może jej pomóc pokonać tą drogę. Jest płasko i bez większych przeszkód, które mogły by zaskoczyć szakala i zmusić do nagłego manewru. A ona nie może pozwolić sobie zbyt się wystawiać na niebezpieczeństwa mając jedynie trzy strzały w kołczanie a i do tego brak pewności czy w ogóle jej ogólne zmęczenie pozwoli by była wstanie naciągnąć odpowiednio łuk czy szybko zareagować. Więc szakal to dobre rozwiązanie a i nadrobi spory kawałek drogi, dzięki czemu nawet szybciej dotrze na miejsce. Najwyżej odwoła wierzchowca dopiero wtedy, kiedy teren nie pozwoli jej na jego bezpieczne użytkowanie. Jak by nie czuła bólu głowy, który towarzyszył jej od paru dni, to może i palnęła by się w czoło, że się zamartwiała o drogę niepotrzebnie. Ale mogła się w tym przypadku usprawiedliwić, że jest ogólnie przemęczona i kiepsko wychodzi jej skupianie się.
Odszukała po kieszeniach runy szakala licząc, że nigdy jej nie zgubiła ani tym bardziej, że nie została ona u asur bo faktycznie kolejne dobijanie się do nich skończyło by się źle, a Garry na dzień dobry poczęstował by ją wiązkami elektrycznymi z golemów. Kamień z serca jej spadł gdy znalazła runę i jeszcze większą ulgę poczuła gdy Kalista pojawiła się po przywołaniu. Bała się, że jednak zwierze będzie nadal zbyt osłabione po biegu przez las, który był męczący i niebezpieczny. Dosiadła wierzchowca i ruszyła.
Dzięki Kaliście przebyła ponad połowę drogi jaką miała przed sobą a co za tym idzie mocno nadrobiła czasu. Jednak gdy teren stał się zbyt podmokły szakal zaczynał mieć trudności z jego pokonaniem. Annie zeszła z wierzchowca i odwołała go do runy dziękując mu za pomoc jaką otrzymała od niej. Teraz na spokojnie mogła iść już do celu, choć powoli znowu zaczynały ją nachodzić ponure myśli i rozmyślania to jednak postanowiła skupić się choćby na krajobrazach by na chwilę chociaż dać wytchnienie swojemu umysłowi.
   A miała co podziwiać. Podmokły teraz otoczony był różnymi niewysokimi drzewami oraz bujną roślinnością. Co jakiś czas miękkie od wody podłoże zamieniało się w większe kałuże które można by spokojnie nazwać stworzonymi przez naturę oczkami wodnymi a to w porównaniu do poprzedniego, niezbyt przyjaznego krajobrazu, wylało nieco spokoju na jej zmęczone serce. Pogoda również dopisywała delikatnie rozpieszczając ją przyjemnym ciepłem, które jedynie potęgowało zapach otaczających ją dziko rosnąć kwiatów. Istna sielanka można powiedzieć a to zaledwie pół dnia od skalistego podłoża wulkanicznego. Nie dostrzegała tu jakiś niebezpiecznych stworzeń poza ptakami i gdzieś przemykającymi jej między drzewami stworzeniami zwanymi Moa. Raj pośrodku piekła w czeluściach niczego, pomyślała kobieta i spojrzała na swoją mapę by ponownie ustalić swoje położenie. Z jej domniemań wynikało, że jest rzut beretem od swojego celu a dopiero było wczesne popołudnie. Więc nic jej nie pozostało jak po prostu już dojść do celu. Na miejscu będzie się zastanawiać co zrobić już z tym faktem.

   Jednak najpierw musiała się zastanowić nad tym, czy właśnie ktoś sobie z niej nie zakpił a wszystko to było kompletnie nie potrzebne. Stała w miejscu w którym powinien znajdywać się dom twórcy broni... ale tu nie było nic. Trawa, drzewa, różowe moa i woda. Zero śladu po jakimkolwiek domostwie. Nawet nie ma żadnych ruin, płota, ścieżki... nic. Kompletnie nic. Czyli to wszystko było na nic. Czyli że została oszukana? Ale jak to, przecież Bragii mówił, że spotkał tego twórce broni. Więc jak do jasnej cholery nic tu nie ma. Pokręciła głową, starając się uporządkować myśli. Może domostwo znajduje się dalej? Rozejrzała się, ale jak sięgał wzrok tak nie było mowy by były tu jakiekolwiek ślady życia istot rozumnych. Stała i nie wierzyła. Nie było mowy o pomyłce, bo sam Bragii nawet jak widział jej mapę to potwierdził, że to dobre miejsce, więc gdzie popełniła błąd? Patrzyła się na krajobraz co chwilę zerkając w mapę, starając się wychwycić gdzie może zboczyła z drogi, ale wszystkie znaki na niebie wskazywały to miejsce gdzie się właśnie znajdywała. Kompletnie nie rozumiała co się stało. Nie dość, że czuła się już wystarczająco kiepsko pod względem samopoczucia to doszły kolejne emocje, które powili zaczynały ją przytłaczać. Zagubienie, poczucie bezsilności, poczucie winy, strach, smutek, żal... oraz wiele innych negatywnych emocji, które zaczynały w niej zbierać szukając jakiegoś ujścia. I znalazły.
Dziewczynie najpierw rozmazał się obraz przed oczami dając efekt jak by patrzyła na świat za szybą po której spływa deszcz. Następnie wylew łez popłyną po jej policzkach, ale nie szlochała, zaczęła krzyczeć. Krzyczała ile miała sił w płucach by tylko wydobyć z siebie cały ten ból minionych dni, by w końcu dać sobie upust tego co ją gryzło od środka. Nie powstrzymywała się i nie zważała na to czy jej krzyk wymieszany z płaczem oraz przeklinaniem wszystkiego na świecie ściągnie na nią uwagę. Nie martwiła się oto co może się stać. Była tu sama, otoczona niczym a ona rozdzierała tą pustkę swoimi emocjami. I nie przestawała do czasu aż zaczęło ją boleć gardło a w głowie potężna ilość młotów uderzała z zdwojoną siłą. W końcu usiadła i przestała się wydzierać z zmęczenia ale nadal odczuwała jak łzy lecą jej po policzkach.
   Położyła się w trawie i zwinęła w kłębek chcąc zniknąć. Powoli się wyciszała, nie szlochała a łzy również przestały płynąć po jej policzkach, jedynie czasem jeszcze pociągała nosem. Patrzyła się tępo w jeden punkt i nic nie docierało z zewnątrz do niej. Zamknęła się w swoim świecie by ponownie nie wpaść w jakąś panikę i na nowo nie zacząć odczuwać tej beznadziejności. Po prostu leżała, starając sobie gdzieś w tej obolałej głowie poukładać to wszystko, ale mętlik jaki obecnie miała nawet nie pozwalał jej na zrozumienie najprostszych informacji jakie przelatywały jej przez umysł.
Dopiero po dość długiej chwili dotarło do niej, że nie jest sama. Że ta plama kilka kroków od niej to nie jest zwykła plama, bo gdy zaczęła powoli się wyciszać by uspokoić, zaczęła ona nabierać kształtu. Patrzyła na nią już jakiś czas, ale była tak daleko zamknięta w swoim umyśle, że nie była sobie w stanie nawet przypomnieć momentu kiedy ta plama się pojawiła. A kształt miała człowieka, najpierw zaczął on przybierać męską sylwetkę z siwymi włosami, która siedziała nieopodal niej i patrzyła na nią paląc papierosa. Annie odruchowo chciała sięgnąć po swój łuk, ale nie miała go pod ręką bo gdy dała ujście swoim emocją, wściekle cisnęła nim i kołczanem oraz pozostałymi rzeczami gdzieś na bok. Nie była też na siłach aby zerwać się na równe nogi i zacząć biec, więc powoli zaczęła się podnosić by lepiej przyjrzeć się obcemu.


   - To ty!
Wydała z siebie pierwsze słowa po dłuższym czasie wpatrywania się w mężczyznę. W pierwszej chwili kompletnie go nie skojarzyła uznając go za obcego człowieka. Dopiero po chwili przyszła myśl, że widziała tą twarz a skoro pojawił się taki zamysł to musiało oznaczać, że na pewno go widziała. Zaczęła szukać w pamięci, choć najpierw całkiem błądziła po losowych wspomnieniach ale w końcu gdy mężczyzna się odezwał skojarzyła ten głos i miała stu procentową pewność gdzie go widziała.
   Rozpytywała kilka dni w Divinity's o słynnego, owianego legendarną plotką twórcę broni, który jest w stanie stworzyć niepowtarzalne narzędzie, którego pragnie każdy, który się o nim dowie. Jednak zasięgając plotek w stolicy nie zasłyszała nic co by ją mogło naprowadzić na konkretny trop. Dopiero gdy już zrezygnowana siedziała w jednej z karczm podszedł do niej mężczyzna. Siwe włosy, krótko ścięte i starannie ułożone górowały nad wysokim czołem pokrytym licznymi zmarszczkami na którym odznaczały się krzaczaste szare brwi a one były idealna osłona do małych, szarych acz bystrych oczu. Mężczyzna wyglądał na takiego, który najlepsze lata ma za sobą a jego skromne, lecz czyste ubranie świadczyły o tym, że nie należał on do żadnej bogatej strefy. Mężczyzna przedstawił się jako podróżnik, obieżyświat, który zasłyszał czego poszukuje Annie. To właśnie on dał mapę i wyjaśnił jak dotrzeć na to miejsce. Zaś teraz siedział sobie w trawie przed nią na całkowitym odludziu. I po raz kolejny Annie poczuła jak nic nie rozumie ani co to wszystko ma znaczyć. Choć w pierwszej chwili kobieta odczuła chęć zastrzelenia tego człowieka. W końcu to on jej dał mapę i powiedział jak tu iść a więc cała wina za wszystko co ją spotkała leży po jego stronie. Jednak ten plan musiała odłożyć na bok, gdy zauważyła swój łyk z kołczanem koło człowieka.
- Oczekiwałem cię nieco wcześniej. W Divinity's wydawałaś się dość zdeterminowana odszukaniem mnie. - Mężczyzna spojrzał na Annie wypuszczając kłąb dymu z ust.
- Odszukaniem ciebie? - Zdziwiło ją to stwierdzenie. - Poszukiwałam pewn... - urwała, kiedy sens jego słów dotarł do niej. Zamilkła całkiem zaskoczona starając się to wszystko zrozumieć.
- Och zawsze tak samo się każdy dziwi jak już tu dociera. Choć większość rezygnowała już na starcie nie mając ochoty aż tak się starać dla broni. - Człowiek podniósł się z trawy i założył łuk należący do Anni na plecy, zaś kołczan trzymał w ręku. - Wyglądasz jak byś ledwo uszła z życiem w tej przeprawie przez ogniste żywiołaki. Choć, chyba pora sobie porozmawiać.
- Nie spotkałam żadnych ognistych żywiołaków. - Prawie że krzyknęła w jego stronę co spowodowało, że mężczyzna się zatrzymał i spojrzał na nią zdziwiony. - Bragi. Mówi ci coś to imię?

   Annie udała się z mężczyzną do jego domu, które jak się okazało było całkiem niedaleko miejsca w którym się spotkali. Wystarczyło kilka minut drogi by znaleźć się pod wysokimi skałami w których było wejście do jaskini, bardzo dobrze zamaskowane. Kilka kroków po ciemnym wnętrzu skały i wychodziło się na otoczoną z każdej strony skalnymi ścianami polanę na której stała drewniana chata. Annie niezbyt zwracała uwagę na otoczenie, starała się znowu to wszystko poukładać w głowie, ale złapała się na tym, że dzisiaj już tyle razy próbowała cokolwiek z tego wszystkiego zrozumieć, że lepiej po prostu odpuścić i dać się nieść z prądem. Więc gdy człowiek zaprowadził ja do swojego domu, nawet nie zauważyła, że tuż za rogiem koło samotnie rosnącego drzewa znajduje się drogowskaz. Była zbyt otępiała by to dostrzec, ale może to i dobrze, bo gotowa jeszcze gołymi rękoma udusić człowieka.
- Nazywam się Nicklaus Cassani. Ale możesz mi mówić po prostu Nick. - Mężczyzna się przedstawił gdy zaprosił Annie do domu.
   Izba do której weszli była czymś w rodzaju kuchni połączonej z jadalnią i przedpokojem. Tylko ułożenie mebli jakby dzieliło pomieszczenie na poszczególne strefy a wszystko łączył stół z czterema krzesłami stojący pośrodku pomieszczenia. Pod jedną z ścian stał piec a obok niego kilka szafek stojących i wiszących zaś przy wejściu postawiona była komoda i regał na którym stało dość sporo książek. W pomieszczeniu nie było żadnych osobistych ozdób... no poza tym że wszędzie walały się różnego rodzaju bronie. Pod ściana stały poustawiane miecze w lepszej lub gorszej fazie tworzenia. Można było dostrzec wszelakie młoty czy toporki, na ścianach wisiało kilka łuków również w różnych fazach tworzenia. W izbie mimo tak obleganych kątów przez narzędzia pomagające w walce, panował względy porządek a Annie dostrzegła dwie pary drzwi na jednej z ścian sugerujące, że nie jest to jedyne pomieszczenie w chacie. Odrobinę żałowała, że nie przyjrzała się budynkowi z zewnątrz, ale na to było już za późno. Nick, zaprosił dziewczynę do stołu a chwilę po tym podszedł do pieca by rozpalić pod nim ogień. Dziewczyna rozglądała się po pokoju i przez chwilę zastanawiała się której z tej broni mogłaby użyć do szybkiego zamordowania człowieka, choć ta myśl ją przerażała, pojawiła się ona i w żaden sposób nie chciała odpuścić. W końcu dzięki temu mogła choć na chwilę zrzucić z siebie brzmię poczucia winy za cudzą śmierć.
- Bragi... - Ciszę przerwał mężczyzna. - Pamiętam, dość poczciwy norn, nie dalej jak kilka dni temu dałem mu schronienie na noc. Czemu pytasz?
- Nie żyje. - Wysyczała przez zęby Annie czując jak rośnie w niej złość, która szuka ujścia.
- Och...
- Och!?
Złość szybko znalazła ujście dając pokaz swojej furii. Annie wstała z krzesła, które przewróciło się na ziemię. Och, tylko tyle miał do powiedzenia człowiek przez którego to się stało. Nie panowała nad sobą a myśl, że może całą winę przerzucić na kogoś innego dodatkowo ją napędzała. Doskoczyła do najbliższej broni jaką miała na wyciągnięcie ręki. Gdy tylko chwyciła toporek ponownie chciała doskoczyć do mężczyzny i się zamachnąć by wbić jego ostrze w Nicka. Nawet nie baczyła na to gdzie je wbije, byle by tylko wbić. Jednak wybuch złości ma to do siebie, że nie myśli się trzeźwo. Może i Annie miała ochotę wysłać do mgieł mężczyznę, ale siła i doświadczenie jej przeciwnika były dużo silniejsze od jej pragnienia. Nick złapał ją za nadgarstek w którym trzymała broń i tak długo go wykręcał aż ta pościła toporek, który spadł z głuchym brzdęknięciem na ziemie a ona nie upadła na kolana, czując napór siły mężczyzny.
- Co w ciebie kobieto wstąpiło? - Wysyczał zaskoczony Nick gdy ta przestawała stawiać opór.
- To wszystko twoja wina! - Krzyknęła zaciskając zęby – Przez ciebie Bragi nie żyje!
- Przeze mnie? - Zdziwił się mężczyzna i patrzył się w pełne złości oczy Annie.
Przez niego, powtarzała sobie kobieta coraz bardziej chcąc w to wierzyć. Ale im dłużej mierzyła się wzrokiem z Nickiem tym bardziej ta wersja wybielenia się przed samym sobą zaczynała kuleć aż w końcu głos rozsądku przebił się przed wzburzoną energię złości i wygrał, uświadamiając Annie, że to w żaden sposób nie jest wina Nicka.
- Nie... Przeze mnie. - Powiedziała spokojniej i opuściła głowę by akurat w tym momencie nie patrzeć już człowiekowi w oczy.
   Annie gdy się uspokoiła i zapewniła Nicka że już więcej jej nie odwali, ten ją puścił i pozwolił jej zasiąść ponownie przy stole. Kobieta zebrała się w sobie powoli, pozwalając by ostatnie dni same powoli zaczynały się porządkować w jedną spójną historię. Opowiedziała o tym jak spotkała Bragiego i jak ten zaoferował jej pomoc. Dokładnie nawet z najmniejszym szczegółem opowiedziała wypadek jaki mieli i to co działo się po tym. Opowiedziała o asurach, lekarstwach, noszach i o tym jak norn jednak nie przeżył a ona właśnie obwinia siebie za to bo miała kaprys na nowy łuk. Nick jej nie przerywał. Słuchał jej cierpliwie, podstawiając jej tylko po pewnym czasie kubek z parującym naparem, który w swoim zapachu przypominał kawę ale im dalej Annie opowiadała i im bardziej jej się łamał głos, koło kawy został postawiony kieliszek z wódką a kobieta pierwszy raz w życiu chętnie z niego skorzystała, wypalając nim gorycz jaka rosła w jej gardle. A gdy skończyła Nick siedział na wprost niej i z współczuciem jej się przyglądał.
- Bardzo mi przykro z powodu tego co cię spotkało. - Słowa Nicka wydały jej się szczere.
- Mnie też jest przykro. - Podsumowała całą swoją relację.
W izbie zapanowała na dłuższy czas niezręczna cisza. Annie już nie wiedziała co ma dodać, zaś Nick zdawało się, że nie wie jak ma pocieszyć kobietę.
- Zajmuje się tworzeniem broni, co już wiesz. - W końcu mężczyzna przerwał cisze wstając z swojego miejsca i podchodząc do paleniska by zamieszać w garnku, który na nim stał a po tym nalał gorącej zupy do talerza i podał Annie. Dziewczyna z początku nie chciała, ale najwyraźniej była na tyle głodna, że poddała się i zaczęła ją pałaszować. - Nauczyłem się w swoim życiu, że broń nie musi być zwykłym narzędziem do zabijania. A może posiadać duszę, która będzie idealnie współgrać z swoim użytkownikiem. Kiedy byłem w twoim wieku, moja sława mnie przerosła. Tworzyłem tyle broni ile się dało a zamówienia nadal przychodziły. W końcu zrozumiałem, że takie bronie nie mogą być dla wszystkich a jedynie dla tych, którzy udowodnią swoją wartość. Zaszyłem się tutaj a w stolicy słuchałem ludzi którzy mnie poszukiwali i dawałem im mapy. Takie same jak dałem ją tobie. Oczywiście z biegiem lat moja historia zaczynała być zapominana, tak więc i poszukiwaczy stawało się coraz mniej. Nawet nie pamiętam kiedy ostatni raz ktoś pragnął mieć moją broń. - Gdy Annie zjadła zupę, Nick podstawił jej kolejny kieliszek wódki a po tym kontynuował. - Byłem w siebie i swój talent na tyle zapatrzony, że gdy po wielu latach, kiedy ponownie ktoś zaczął o mnie rozpytywać wręcz się ucieszyłem. - Mężczyzna sam sobie polał wódki i usiadł na wprost Annie. Rozejrzał się po pomieszczeniu. - Ale jak zobaczyłem ciebie, taką dumną i wyniosłą, uznałem że los ze mnie zadrwił i jakaś rozpieszczona dziewucha szuka przygód. Wybrałem dla ciebie najgorszą z możliwych dróg do przejścia i liczyłem, że odpuścisz na starcie.
- Najgorszą z możliwych dróg? - Zdziwiła się Annie pomijając już te wzmianki o tym jak ją postrzegał Nick. Sama raczej nie miała zbyt dobrego zdania o sobie.
- Tak. - Mężczyzna pokiwał głową i przechylił kieliszek, wlewając do gardła wódki, gdy ta zleciała w dół a ten odetchnął, kontynuował. - Dawno temu założyłem, że osoba, której zależy na mojej broni z czystego serca a nie z jakiś kapryśnych powodów, będzie wstanie mnie odnaleźć spotykając po drodze kilka przeszkód. Jak zauważyłaś to w tej krainie zdecydowanie króluje wulkan, asuriańskie laboratoria i mnóstwo innych paskudnych rzeczy. Dopiera ta część jest spokojna i jak by stanowiąca bezpieczną przystań a prowadzi do niej kilka dróg. Każdy śmiałek, który chciał do mnie trafić musiał przejść jedną z nich. Czy to tak jak tobie wybrałem, tuż u stóp wulkanu, czy przez las w którym czyhają wielkie pająki... Zazwyczaj te drogi nie były aż takie straszne jak się może wydawać, bardziej chodziło o determinację i dążenie do celu. Wytrwania w swoich postanowieniach i silnej woli. - Nick na chwilę zamilkł oddając się zamyśleniu. Annie na niego patrzyła przez chwilę a po tym odchrząknęła przywołując Nick do rzeczywistości. - Tak.. Tylko droga którą tobie wyznaczyłem była tą którą dawałem osobą, które chciałem z miejsca odstraszyć. A jak to nie skutkowało to i tak rezygnowali już na wstępie przed dotarciem nawet nad rzekę. Nigdy nie sądziłem... że może dojść do...
- Nieoczekiwanego obrotu sprawy? - Zapytała Annie i ponownie przechyliła kieliszek z wódką, czując jak ten zaczyna mocno na nią wpływać. Zmęczenie, mała ilość snu, wyczerpanie psychiczne skutecznie powoli ją wyłączało z rzeczywistości co Nick zdaje się zauważył.
- Przygotuje ci gorąca kąpiel oraz łóżko. Powinnaś wypocząć. - Powiedział zdradzając w swoim głosie wielki smutek.

   Annie nie spała zbyt długo. Mimo dużego zmęczenia, jej nocne demony powróciły nie dając jej spokojnie odpocząć po tym wszystkim. Starała się jeszcze na siłę zasnąć, ale poddała się po kilku próbach, które kończyły się jedynie przysypianiem i ciągłym wybudzaniem się. Zrezygnowana podniosła się i rozejrzała. Zwykła sypialnia z łóżkiem i szafą oraz lustrem. Podeszła do niego by się przyjrzeć swojemu odbiciu. Wyglądała koszmarnie a mimo to, że mogła zaznać spokojnej kąpieli w ciepłej wodzie nadal czuła się brudna. Jedyne pocieszenie w tym wszystkim jakie znalazła, to takie że odrobinę to wszystko jej się poukładało w głowie, ale podejrzewała, że upłynie jeszcze wiele dni za nim to wszystko sobie przyswoi i w końcu przestanie się zadręczać wydarzeniami jakie miały tu miejsce. A może jednak nigdy nie przestanie się tym zadręczać?
Pokręciła głową i wyszła z sypialni do głównej izby.
- Powinna się zbierać. - Powiedziała do Nicka który siedział przy stole. Podeszła do niego i zauważyła, że na stole leży jej łuk oraz drugi inny.
- To dla ciebie. - Powiedział po chwili ciszy mężczyzna a w jego tonie szło usłyszeć lekkie zakłopotanie.
- Przestało mi na tym zależeć, nie chce go.
- Nie, nie traktuj tego jako nagrodę czy pocieszenie na otarcie łez. Łuk który posiadasz się dobry, ale nie będzie ci odpowiednio służył na drodze jaką zaczęłaś podążać. Ten znacznie lepiej sprosta twoim oczekiwaniom.

   Annie stała w łazience na pietrze i wsmarowywała w siebie maść, na siniaki, którą otrzymała od gildyjnej medyczki. Liczyła, że ta skutecznie szybko wyleczy jej siniaki i nikt ich nie zauważy. Rozmyślała nad słowami Nicka odnośnie łuku. Ten jej oczywiście wyjaśnił jego działanie ale dziewczyna miała opory aby go brać. Bała się, że gdy go zacznie używać, za każdym razem będzie myślała o nim jak o formie pocieszenia albo zagłuszenia bólu. A bolało, tak cholernie te ostatnie dni ją bolały i nie wiedziała jak sobie z tym ma poradzić. A nowy łuk zawinięty w materiał pod jej łóżkiem czekał na moment aż Annie będzie gotowa go użyć.

Epilog

   Nick siedział przy swoim stole w kuchni i pił herbatę. Gdy skończył wstał od stołu i podszedł do miski z wodą by go umyć. Następnie wyjął z szafki butelkę z alkoholem i postawił ja na stole a sam zabrał się do przygotowywania jedzenia. Annie jakiś czas temu opuściła jego chatę drogowskazem a on odczuwał po tym jakiś gorzki smak. Jednak długo nie musiał się zastanawiać nad dzisiejszym dniem bo do drzwi ktoś zapukał.
- Garry ile razy ci mówiłem, że nie musisz pukać. - Nick krzyknął a do pomieszczenia weszła asura.
- O widzę, że już szykujesz zakąskę? - Asura się uśmiechnął i podszedł do stołu, po czym wyciągnął papierosa z kieszeni i go zapalił. - Ale ześ tym razem poleciał...
- O chłopie, dziewczyna traumę do końca życia będzie miała. - Zaraz za asurą wcisną się norm do pomieszczenia. - Chyba żeśmy trochę przesadzili tym razem? - Bragi nieco kuśtykając na jedną nogę podszedł do krzesła i zasiadł na nim.
- Chyba tak. - Nick się odwrócił i postawił na stole zagryzkę a po tym wyciągnął czyste kieliszki na stół.
0 Da sobie rade dziewczyna. Gdybyś ty widział jak ona na mnie patrzyła się jak mierzyła do mnie z łuku. - Asura zatarł ręce widząc jak Nick rozlewa alkohol.
- Na mnie się z toporkiem rzuciła. - Dodał nieco smętniej Nick.
- Stary, nie zamartwiaj się. Da sobie radę. - Zarechotał Bragi
Cała trójka spędziła wieczór świetnie się bawiąc.
9
Historie Postaci / Odp: Za słaby
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Tank dnia Marzec 13, 2019, 01:54:29 »
"Zarządzać warbandem to nie lada wyzwanie. Spróbowałabyś tego z trzema naraz!" - Alorarn Warbeast (Bezimienny Centurion)

79 Dzień Sezonu Feniksa 1316 AE (11:42)

Skarner zerknął na wielki zegar stojący w rogu pokoju odpraw. Za piętnaście minut południe. Coś musiało być na rzeczy. Samemu nie był tylko w stanie dojść do tego co. Przez ułamek sekundy przypomniał sobie kiedy po raz ostatni czuł się w ten sposób. Chwilę później wyciskał trochę ponad tysiąc pompek. Stare dzieje. Postanowił jednak jak zwykle zmusić swoją bandę do myślenia za niego. Raczej nikt nie odpowie na jego pytanie tak, aby otrzymał odpowiedź, której szuka na talerzu, ale najczęściej jego przyjaciele i rodzina pomagali mu wejść na właściwe tory.
- Dziwna pora na odprawę. - Powiedział głośno, uciszając wolne rozmowy.
Kilka głów na raz obróciło się w stronę drewnianego zegara z wahadłem.
- W sensie, że nie ma pełnej godziny? No i co z tego? - Zapytał Grizrus.
Lider nie odpowiedział mu w żaden sposób, tylko siedział cicho wpatrzony w ten sam, stary, wysłużony już zegar, pocierając brodę w wyraźnym zamyśleniu. Jego dziwny nastrój wprost emanował od niego, zaciekawiając pozostałe koty.
- Podejrzewasz coś? - Spytała Mia, podsuwając krzesło jak najbliżej Skarnera.
Wpatrywała się w niego dogłębnie swoimi różowymi ślepiami, jednak lider nie wydawał się zwracać na nią uwagi, zatracony w zegarze, poszukujący odpowiedzi na pytania, których nawet nie zadał.
- Coś… jest na rzeczy. - Powiedział niepewnie.
- Jednak wojna? - Zapytał chrapliwym głosem Vargus.
Konflikt z ludźmi trwał od dawna, jednak w ostatnich latach tylko się nasilił. Jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało, popielcy nie potrzebowali wojny. Woleli w ten sposób rozwiązywać swoje problemy to fakt, ale to nigdy nie była przyjemna rzecz. Świadomość nieuniknionej śmierci była wpajana młodym od samego początku ich pobytu w fahrarze, ale gdzieś głęboko w sercu, mimo że byli gotowi umrzeć dla dobra swej rasy, nikt z nich nie chciał.
Jaki bowiem jest sens przedwcześnie rzucać się do mgieł?
Przez bardzo krótką chwilę, cisza w pokoju odpraw była przytłaczająca. W końcu jednak Skarner pokręcił głową.
- Nie. Na wojnę, zwołali by nas w trybie natychmiastowym, a nie na ustaloną godzinę.
Prawie niezauważalnie, większość z kotów odetchnęła z ulgą.
- Może znowu ćwiczenia na terenie wroga z żołnierzami Legionu Krwi? - Zapytał Brigg, rzucając skórzaną, jajowatą piłkę do Darrarata. - Już z pół roku nie ruszaliśmy się z tego miejsca.
- Albo wypad kondycyjny w góry. - Odpowiedział Darrarat odrzucając piłkę. - Duży ma rację. Primus Saserdos nas nigdzie nie zabrał od dłuższego czasu.
- A może w końcu ten wypad nad wodę, który nam obiecuje od dwóch lat?
- Albo znowu ten durny trening niespodzianka…
- Albo znowu go gdzieś oddelegowali i zwołał nas jakiś opiekun na zastępstwo. Jakby nam opiekunka była potrzebna do czegoś.
- Bo sami to się pokaleczymy. A może inny warband był już ustawiony w tym pokoju na południe i musiał nas wcisnąć na za piętnaście.
Brigg i Darrarat wymieniali się doskonałymi ideami, przerzucając piłkę po każdym z pomysłów.
- Albo coś na poważnie spierdoliliśmy… - Odezwała się nietypowo ponurym tonem Acacia.
Przerzucanie piłki ustało. Brigg zacisnął na niej palce. Jeśli jest jakieś wydarzenie, które pamiętał każdy z obecnych kotów, to czas, kiedy faktycznie „coś na poważnie spierdolili". Mimo iż powinni patrzeć na to z perspektywy czasu i właściwie być wdzięczni, żadne z nich nie chciało powtórki.
- Nie. W takich sytuacjach Primusi wybierają pełne godziny. Nie ta, to następna. - Zaprzeczył Skarner kręcąc głową. - To coś innego.
- Może mu się spieszy. - Zasugerował Vargus.
Nagle wszyscy zauważyli błysk w oczach Skarnera. Jego niezawodny plan poradzenia się pozostałych naprowadził go na właściwe tory. Machając palcem wskazującym w kierunku Vargusa, pokazując, że to jest poprawna myśl podniósł się z krzesła.
- No, co wymyśliłeś? - Ponagliła go Mia, czekając na wyjaśnienia.
- Śpieszy mu się. Albo nie może się doczekać, albo nie ma czasu do stracenia. Dostaniemy jakąś faktyczną robotę! Jak prawdziwy warband, a nie durne dzieciaki z fahrar!
Pomruki zadowolenia przeszły przez pomieszczenie.
- No wreszcie! - Mruknął Brigg oddając piłkę. - Dość już mam użerania się ze smarkaczami.
- Się odezwał dorosły. - Roześmiała się Acacia, najstarsza z grupy.
W tym momencie rozmowy ucichły, gdyż drzwi do sali odpraw otworzyły się. Przeszedł przez nie opiekun grupy, Saserdos Ruinmaker. Wpatrzony był w skrawek papieru jaki trzymał. Ósemka zebrała się gwałtownie na nogi i ustawiła w rzędzie.
- Całość baczność! - Przywitał się Primus.
Koty wyprostowały się, prezentując dumnie piersi. Jedynie Darrarat trzymał ręce za plecami.
- Darrarat, dawaj piłkę. - Zakomenderował opiekun, nawet nie odrywając wzroku od kartki.
Cichy pomruk niezadowolenia był jego odpowiedzią.
- Ale Primusie Ruinmaker to trzecia w tym tygodniu… - Zaczęła smętnie narzekać Acacia.
- Trzecia srecia. To jest cały czas ta sama piłka, tylko skubańce ją wykradacie za każdym razem. - Saserdos oderwał wzrok i posłał piorunujące spojrzenie wychowance. - Powinienem was za to zrugać... nic się tu przed wami nie da ukryć. Bawcie się ile chcecie jak macie wolne, ale jak na służbie, to won mi z zabawkami.
Wyciągnął dłoń, czekając na niedozwolony w czasie obowiązków przedmiot. Darrarat westchnął i przekazał opiekunowi jeden z niewielu skrawków materiału, do którego przywiązała się cała grupa.
- Do rzeczy. - Zaczął Ruinmaker. - Dostałem dziś z samego rana informację, po której nogi się pode mną ugięły, a wiedzcie, że są to nogi, które wiele wytrzymać potrafią.
Od razu dało się zauważyć czystą ekscytację, która wprost promieniowała od opiekuna bandy. Ogony zaczęły szybciej szeleścić po deskach.
- Jak się okazuje, jeden z warbandów dostanie szansę, jakiej nie dostał żaden wcześniej. Szansę udowodnienia sobie, ale i nam wszystkim, że nie jest to grupa bezużytecznych gówniarzy jak większość osób sądzi. Szansę pokazania się z najlepszej strony przed samymi Tribune’ami legionu. Szansę wyrwania się z fahraru dwa lata wcześniej niż powinien. Ten warband, to wy.
Nagła fala radości wypełniła pomieszczenie. Popielce zerwały szyk i rozpoczęły się śmiechy i wiwaty.
- Spokój, spokój, cisza! - Uspokajał Saserdos. - Pozwólcie, że wam najpierw wyjaśnię co będziecie robić i jaka jest stawka. Zastąpicie Claw warband w misji eskortowej dla czołowych inżynierów Żelaznego Legionu. Wasza siódemka pod moimi skrzydłami przeprowadzi czwórkę inżynierów oraz ich najnowszy wynalazek oblężniczy przez ziemie skażone zarazą ludzkich duchów. Nie ma się co ekscytować. Walczyć będziecie na pewno, ale nie podejrzewam, żeby coś więcej niż wybijanie paru natrętnych wieśniaków wam się przydarzyło. Do tego zwracam uwagę, że nasi VIPowie to nie są popielce, które można ot tak zlekceważyć. Nie sądzę, żeby w ogóle potrzebowali waszej pomocy, ale lepiej jest dmuchać na zimne. No i najważniejsze!
Opiekun podniósł palec wskazujący, zwracając uwagę podopiecznych na ostatni aspekt tej misji.
- Jeśli, i tylko jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, a wasza banda otrzyma pozytywne opinie od wszystkich stron zaangażowanych - z dniem kiedy dokumenty trafią na biurko Tribune’a Sparwinda, albo Tribune’a Brimstone’a - oficjalnie się żegnamy, a wy przedwcześnie opuszczacie fahrar, jako najmłodsza ekipa w historii.
Koty zareagowały gromkimi brawami i cichymi śmiechami. Oczywiście Primus Ruinmaker był jedyną częścią fahraru, na którą żadne z nich nie narzekało, więc pożegnanie wydawało się nieco niezręczne, ale jednak jak to dorastający żołnierze, chcieli już wydostać się z nieustannych treningów w fahrar i zająć się prawdziwą służbą.
- Cisza, cisza! Jak wam się nie uda - kiblujecie dodatkowy rok.
- Pfff! - Prychnęła Acacia. - Nam by się nie udało?
Pewność siebie Acacii wzmożyła jedynie podekscytowanie grupy. Tak właściwie banda świętowała już opuszczenie fahraru. Cieszyli się wszyscy, poza jedną osobą. Wszyscy poza liderem grupy.
- Moment, moment. - Przerwał salwy śmiechu swoich kolegów Skarner. - Siódemka?
Cisza nastała natychmiast. Banda spojrzała po sobie, a potem wszyscy zwrócili głowy ku opiekunowi. Saserdos zgniótł kartkę, którą trzymał w dłoni, po czym wziął głęboki wdech i zaczął tłumaczyć.
- Niestety Tribune Sparwind wyraził „wyraźne wątpliwości”, co do wartości jednego z was. Argumentował to „ponadprzeciętnym odstawaniem od reszty poziomem umiejętności” oraz „niepewnością w trakcie walki”.
- Chce podzielić warband?! - Zapytał zdenerwowany Skarner.
- Popierdoliło go czy jak? - Dodała od siebie Acacia.
Saserdos skrytykował ją wzrokiem, jednak rozumiał tę reakcję.
- Tribune Sparwind ma pełne prawo zadecydować o tym, że jedno z was przesiedzi tę misję w fahrarze, Steelmouth, zwłaszcza jeśli jego wątpliwości mają potwierdzenie w dokumentacji z waszych treningów. I może to zrobić czy wam się to podoba czy nie, więc zachowaj takie uwagi dla siebie.
Opiekun podszedł do będącego od niego sporo wyższym Brigga i oparł łapę o jego ramię.
- Przykro mi, duży.
W momencie kiedy Primus wspomniał o dokumentacji z treningów, podświadomie cała banda wiedziała o kogo chodzi, jednak gdzieś w środku Brigg liczył, że może jednak jest to ktoś inny.
- Jeśli cię to pocieszy, to częścią tej umowy jest twoje dołączenie z powrotem do bandy, jeśli im się powiedzie. Nie będą was rozdzielać. Musisz tylko odpuścić tę misję.
Duma Harshmoutha ucierpiała, jednak jego rozsądek kazał mu się rozchmurzyć. To tylko jedna misja. Skarner poprowadzi resztę tak jak przez ostatnie lata. Każdy z jego przyjaciół dołoży swoją cegiełkę i zanim się obejrzy, wszyscy będą już pełnoprawnym warbandem, zdala od paroletnich dzieciaków w tym zawszawionym fahrarze. Nie potrzebna im dodatkowa ściana mięsa. Dadzą radę bez niego.
- Ta. - Pokiwał głową ze zrozumieniem. - Jedną misję mogę odpuścić.
- Nie ma mowy. - Wtrącił się Skarner.
Wszyscy obecni popatrzyli na niego jak na lunatyka.
- Bez Brigga nie bierzemy tej misji. - Dodał stanowczo. 
- Daj spokój stary, to tylko jedno zadanie… - Przeciwstawił się sam Brigg.
- Powiedziałem wyraźnie: Nie. Albo robimy to wszyscy razem, albo nikt.
- Skarner, możecie nas stąd wyciągnąć. Myślę, że nie warto…
- Mnie pierdoli co myślisz, duży! - Wybuchł nagle Skarner. - A przede wszystkim pierdoli mnie co myśli ten skończony skurwysyn Sparwind!
Opiekun aż zamrugał pod wrażeniem swojego podopiecznego. Normalnie spokojny, przestrzegający zasad, znający swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym lider bandy, kompletnie zniesławił osobę wysoko nad sobą i przestał oszczędzać się w słowach. W każdym innym wypadku musiałby go zdyscyplinować, jednak widział jak ten piętnastolatek dokonuje właśnie najbardziej męskiej decyzji w swoim życiu. Wychodząc naprzeciw wszystkim, nawet własnej bandzie, tylko po to, by zapewnić jej dobro.
- Jak dla mnie jesteś kurwa świetnym żołnierzem! - Prawie wrzeszczał Skarner. - A jak ten pierdolony niedojda myśli inaczej, to ma kurwa problem z głową! Prędzej dam sobie łeb rozłupać niż pozwolę chujowi podzielić moją bandę! I nie obchodzi mnie kim on kurwa myśli, że jest! Może sobie nawet być samym Khan-Urem, pierdoli mnie co mi każe i co mi wolno! Mogę tu kiblować i dziesięć lat, ale nie pozwolę nikomu nas poróżnić!
Lider oddychał głęboko i przez ten krótki moment, mimo bycia prawie najniższym członkiem bandy, wydawał się najwyższą osobą w pomieszczeniu.
Brigg był wściekły. Miał ochotę po prostu uderzyć Skarnera. Wbić mu trochę rozumu do głowy. Marnował właśnie szansę dla całego warbandu, tylko dlatego, że ktoś zabronił Briggowi brać udział w jednej prostej misji. Gdzieś w środku jednak chciał go wyściskać. Postawić się samemu Tribune'owi to nie lada wyczyn.
- Popieram Skarnera. - Powiedziała znikąd Acacia.
Moment za nią, reszta bandy zdecydowała się odrzucić ofertę, aby tylko pozostać razem.



47 Dzień Sezonu Latorośli 1320 AE (23:17)

Dzięki doskonałemu rozeznaniu taktycznemu autorstwa Ktarrura Blademoutha, świetnemu władaniu językiem Acacii Steelmouth, a przede wszystkim idealnemu zorganizowaniu i planowaniu lidera warbandu, Skarnera Swiftmoutha, Mouth Warband był aktualnie oddelegowany na dwie misje, jedna za drugą. Była to sytuacja idealna, bo nikt nawet nie zauważył, jak za pomocą kilku rozmów, małej zasłony dymnej w postaci kłócącej się Acacii oraz dozie sprawnej dedukcji, grupa zafundowała sobie dzień wolny, za który w całości zapłaci im Legion Krwi, gdyż, wedle całej dostępnej dokumentacji, byli oni na misji.
W związku z powyższym, ponieważ jeden dzień jest wolny, ostatniego dnia pierwszego zadania, które i tak powinno zakończyć się jeszcze przed wieczorem, warband postanowił urządzić sobie małe ognisko, na którym największą atrakcją będzie alkohol, za który również, nieświadomie zapłaci Legion Krwi.
Wszystko szło zgodnie z planem. Misja pod tytułem "zneutralizować zagrożenie i wrócić cało do domu" zatrzymała się w drugiej fazie już koło godziny osiemnastej. Przez ponad godzinę, popielce maszerowały poszukując dogodnego miejsca na rozbicie obozu. Vargus prowadził całą resztę, do miejsca, o którym opowiadał mu znajomy. Banda powoli zaczynała narzekać, twierdząc, że prowizoryczny obóz można rozbić wszędzie. Mimo tego, szli dalej za warbandowym mesmerem. Kiedy dotarli na miejsce, wszyscy musieli chylić czoła przed prowadzącym ich kotem.
Znaleźli się na małej polance na skraju lasu. Trochę trawy, trochę piachu. Niby nic nadzwyczajnego, ale mogli rozbić biwak otoczeni z trzech stron. Las graniczył bowiem z niewielkim jeziorkiem, które skutecznie odgradzało większą część obozu od potencjalnych obserwatorów. Do tego, wyglądało to razem przepięknie, tworząc idealny krajobraz pod zasłużoną, popielną imprezkę.
Początkowo, Skarner wyraził niezadowolenie z powodu tego jak wygląda ta miejscówka, albowiem nie byłoby to miejsce łatwe do opuszczenia w razie ataku. Jedynym kierunkiem, w który mogliby się udać, aby móc walczyć jest północ, z której przyszli. Jak zwykle perfekcyjny i myślący o wszystkich możliwościach lider został jednak szybko przekonany, kiedy to Darrarat i Mia zrzucając z siebie zbroje, rzucili się prosto do wody w świetle zachodzącego słońca.
Banda nie szczędziła sobie alkoholu i przy wysoko płonącym ognisku cieszyli się czasem wolnym.
- A ja sipoem, że... - Czknięcie. - ...oj, że marnuesz sie chopie z nami! - Rzucił Darrarat pijackim głosem do swojego lidera.
- Ta? Dlaczego?
- Bo mógbyś kuwa... miszczuu... góry prznosiś. Ciebie to... Kenurem... mogli... byzrobiś.
Najmniej upojony z całej stawki przywódca uśmiechnął się nieznacznie i pociągnął kolejny łyk piwa.
- Dzięki stary, doceniam.
Grizrus ruszył się z miejsca i ciężko opadł na wywrócony konar drzewa, na którym siedział Skarner. Ostrożnie, aby nie wylać piwa, przysiadł się możliwie jak najbliżej i objął go ramieniem.
- Suchaaj, Dan...ann...nanan... ten chuj o tam. - Powiedział wskazując palcem mniej więcej kierunek Darrarata. - Ten typ... ma nasje.
Grizrus zmrużył ciemne, brązowe brwi, starając się znaleźć niezwykle ważną myśl, którą chciał przekazać.
- Ja cie szanujem. Ale ja cie szanujem. I poem ci... beś ciebie, byśmy kusza monda... chuja znobili. Tak...sze... Skannen! Twoje zdnowie!
Nie czekając na innych wychylił butelkę, ciągnąc z niej naprawdę konkretny łyk. Pozostali również nie odpuścili sobie toastu za lidera.
Skarner świetnie się bawił. Przez cały dzisiejszy wieczór mógł na spokojnie rozmawiać, żartować, śmiać się ze swoją bandą, po raz pierwszy od dawna nie przejmując się jutrem. Nie musiał mieć z tyłu głowy obaw, przed tym co może przynieść kolejny dzień. Nie potrzebował martwić się o stan swoich towarzyszy. Wszyscy oni byli w jego oczach wspaniałymi żołnierzami, ale gdzieś w głębi serca się rozklejał. Gdzieś tam głęboko, głęboko wewnątrz, czuł się odpowiedzialny za ich zdrowie na tyle, by nie móc im pozwolić za nic w świecie zginąć. Nie przejmował się sobą. Wszak i bez niego jakoś by sobie poradzili. Ale strata, któregokolwiek z pozostałych popielców byłaby nie do zniesienia. Nie mógłby spojrzeć sobie w twarz, wiedząc, że czegoś zaniechał, że przez to, że czegoś nie dopiął na ostatni guzik, ważna część jego bandy straciła życie. Myśl tak prosta i głupia, kołatała się w jego głowie cały ten czas. Mimo iż powtarzał sobie, że nikt z jego towarzyszy nie da się tak po prostu zabić, że jaka wojna by nie przyszła, to właśnie jego warband będzie niósł całą ich rasę na barkach, wciąż się martwił. Jednak był pewien, że tak długo jak są razem, nikt ich nie skrzywdzi, a on tego dopilnuje. I nawet jeśli, zdarzyłoby mu się za to zginąć, jego banda będzie parła dalej naprzód. Z nim czy bez niego. Z nim... czy bez niego... Z nim... czy... bez niego? Bez niego dadzą radę. Vargus przejmie dowodzenie. Ale czy będą za nim tęsknić? Cholera, czy gdyby zmarł tu i teraz, czy ktoś z tej siódemki zwrócił by uwagę? Czy ktokolwiek by go w ogóle zapamiętał?
- Idę się wyszczać. - Wyrwał go z zamyślenia Vargus, trącając go ogonem w plecy.
- Gzie izziesz Vargusss? Choś do nasss. Nie wstyś sie! - Krzyknęła za nim Acacia.
- Może on poprosu nie ce laś przy dużym, bo wie, że prz dużym... to on ma... maluśkiego! - Zażartowała Mia, wtulając się w bok Brigga.
Szczery śmiech dorosłych już popielców odprowadził Vargusa w głąb lasu.
Radosna atmosfera utrzymywała się jeszcze przez kilkanaście minut.
- Soś duugo nie wrasa. - Zauważył pół-tomny Brigg.
- Co? - Zdziwił się wyrwany po raz kolejny z przemyśleń Skarner.
- No... Vargus. Nie ma go.
Dopiero teraz lider zwrócił na to uwagę. Faktycznie minęło sporo czasu odkąd czarny popielec ruszył do lasu załatwić swoje sprawy.
- M-może... ze...zgonował? - Zapytała Mia.
- Pójdę sprawdzić. - Powiedział Skarner podnosząc się z wywróconego pnia.
Zrobił zaledwie kilkanaście kroków w kierunku lasu, zanim jego oczom ukazał się czarny zarys jakiejś postaci. Była daleko od ogniska, a wokół panowała kompletna czerń więc nie był w stanie rozpoznać swojego towarzysza.
- Vargus? - Zapytał niepewnie, wyciągając miecz z pochwy, którą inteligentnie miał wciąż przy sobie.
Robiąc kolejne kroki w kierunku zarysu postaci zaczął oddychać głębiej, a jego wzrok się wyostrzył, przyzwyczajając się do ciemności. Przed nim, na skraju lasu, faktycznie stał Vargus.
- Weź, nastraszyłeś mnie chłopie...
Musiał jednak przerwać w pół zdania. Czarny popielec padł na twarz. Nie wyglądało to jednak jakby przesadził z alkoholem. Zwłaszcza, że nie pił aż tyle. Skarner starał się pilnować w jakim stanie jest jego banda, więc zwracał uwagę na ich spożycie.  To co widział przed sobą wyglądało jakby jego przyjaciel właśnie stracił przytomność.
- Vargus! - Wrzasnął, rzucając się biegiem w jego kierunku.
Jego ryk był wystarczająco przepełniony rozpaczą, aby pozostałe koty podniosły się z ziemi. Z początku grupa rozbawionych, upojonych alkoholem popielców zaczęła momentalnie trzeźwieć. Jakby spóźnili się na odprawę, wszyscy w gigantycznym pośpiechu zakładali części zbroi i chwytali za broń.
Skarner dobiegł do leżącego towarzysza i od razu przekręcił go na plecy. Wyglądał całkowicie zdrowo, za wyjątkiem oczu wytrzeszczonych w wyrazie przerażenia. Swiftmouth położył swoją beżową łapę na tętnicy szyjnej Vargusa, starając się wyczuć puls. Do tego momentu mógł wmawiać sobie wszystko. Jednak kiedy nie wyczuł kompletnie nic, panika ogarnęła jego ciało.
- Nie, nie, nie, nie, nie! - Powtarzał jak mantrę, czekając na przepływ krwi, który ciągle nie następował.
Wypuścił w końcu miecz z dłoni i przeszedł do ratowania przyjaciela. Położył obie dłonie na jego klatce piersiowej i chciał zacząć masaż serca. Przy pierwszym pchnięciu przebił się przez ciało Vargusa i wylądował dłońmi na trawie. Samo ciało jego kompana natomiast wyparowało z ledwie widocznym, szarym dymem. Zanim jednak Skarner zrozumiał co się wydarzyło, było już za późno. Opuścił gardę na zbyt długo.
Przez jego serce z mięsistym chlaśnięciem przepłynął miecz. Poczuł jedynie jak ktoś kładzie rękę na jego ramieniu. Ostatnimi podrygami przewodów nerwowych złapał za nadgarstek trzymający miecz, który przebijał go na wylot. Spojrzał w górę i zobaczył swojego zabójcę.
Vargus opierając piętę o klatkę piersiową byłego lidera, wyswobodził swój miecz i pchnął konającego na ziemię.
- Skarner! - Dało się usłyszeć ryk Brigga, nadciągającego z odsieczą.
Prawie trzy i pół metrowy kolos w stalowej zbroi rzucił się na stojącego popielca. Popełnił on jednak ten sam błąd co swój lider. Dał się nabrać na prostą sztuczkę. Przeleciał przez iluzję, zamieniając ją w taki sam obłok szarego dymu, upadając na brzuch. Prawdziwy Vargus stał już kilka metrów dalej. Mia, biegnąca za Briggiem padła przed Skarnerem, szukając nadziei tam gdzie już jej nie było.
Kiedy reszta bandy dotarła na miejsce, sytuacja zaczęła zmieniać się jedynie na gorsze. Teren wokół grupy stanął w ogniu, odbijającym się wściekłym pomarańczem w oczach zdrajcy. Z każdej strony zaczęli się pojawiać członkowie Legionu Płomieni. Bez problemu otoczyli warband. Mieli kilkukrotną przewagę liczebną.
Nie ma rzeczy, która trzeźwi tak mocno i skutecznie jak panika.
- Sprzedałeś nas! - Wrzasnęła Mia, tuląc ciało martwego przyjaciela.
- Tu nie chodzi o pieniądze. - Odparł Vargus. - Na wojnie wygrywają silniejsi, dlatego wolę trzymać z silniejszymi. A Skarner, tak jak i wy wszyscy… był po prostu za słaby.
10
Historie Postaci / Biały Liściu
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Aza dnia Marzec 11, 2019, 22:41:11 »
Co jeśli Twój Las płonie? Czujesz jak w jednej chwili dobra i mądra istota upada w otchłań agresji i chaosu. Matka nie może Cię przed tym ochronić. To twoja rzeczywistość.

Budzę się z krzykiem, niepewna tego kim jestem, czym się mogę stać. Ta nagła gonitwa myśli przygniata mnie do ziemi. Muszę coś zrobić, ukoić ten strach, niepokój. Mam na imię Glaknill i to moja krótka historia podróży przez Mgły. Narodziłam się całkiem niedawno, w około rok po walce z Mordremothem. Moi Bracia i Siostry zaopiekowali się mną, lecz ich wiedza nie umiała ukoić tego mroku, który zasiał we mnie Sen. Wyruszyłam więc poprzez portale i drogowskazy do krain ludzi, nornów i charrów. Musiałam poznać Tyrię. Żywiłam się tym, co znalazłam. Większość osób traktowała mnie z dużym dystansem. Nie dziwiłam się. Znałam przecież swój sen, widziałam co Mordremoth zrobił mojej Rodzinie. Kiedy trafiłam do Askalonu i pierwszy raz zobaczyłam charry, byłam przerażona. Ale Cytadela dała mi pracę. I pokazała drogę ku rozwojowi. Dostałam zajęcie w dzielnicy gladium. Potrzebowałam pracy, jedzenia, miejsca do spania. Oferowane zajęcie zapewniało mi wszystkie te trzy rzeczy. Hodowałam ziemniaki, marchew i krowy. Mieszkałam w szopie na narzędzia, w okolicach Cytadeli. Nie było lekko, ale byłam szczęśliwa. Charr który dał mi pracę, był starcem. Nieczęsto widuje się starych charrów. Fakt. Ten był niegdyś wielkim wojownikiem, wieczorami zaglądał do butelki i wspominał czasy, gdy walczył na śmierć i życie o honor, o warbande, o Legion. Zapytałam go któregoś dnia, podczas dojenia krów, czy nauczył by mnie walczyć? A on długo się śmiał i zwyzywał mnie i moją rasę. Znowu był zalany. Na koniec dodał, że jarzyny i ludzie nie wiedzą co to walka. O dziwo następnego dnia, kiedy już zrobiłam wszystko na farmie, czyli koło późnego popołudnia kazał mi usiąść w polu, zamknąć oczy i oddychać. To stało się naszą codziennością. Siedziałam tak potulnie i oddychałam, godzinami. Nie ukrywam, że czasem przysypiałam. A wtedy On przyłaził i dawał mi przez łeb. Do dzisiaj nie wiem, skąd wiedział, że śpię. Pewnie miał jakieś tajemne moce. Po dwóch, może trzech tygodniach powiedział mi, że walka zaczyna się od strachu. Że każdy pojedynek to zapominanie o nim. Dlatego mam nauczyć się oddychać i zapamiętać jaki czuję spokój, gdy siedzę na tej polanie, z zamkniętymi oczami. To ma być mój wytrych, na całe życie. Zupełnie nie wiem, dlaczego posłuchałam się starego charzego pijaka hodującego krowy i marchewki. Widocznie tak miało być. To był mój pierwszy Mistrz. Niedługo miałam okazję się u niego uczyć. Kilka tygodni po tym, jak opowiedział mi o strachu zapił się na śmierć. Albo po prostu nie obudził się ze snu. Nieważne. Stanęłam przed wyborem. Poczekać na nowego zarządce pola marchewek, lub może ruszyć dalej przed siebie? Może do nornów? Byłam dzieckiem we Mgle. A ona na mnie czekała. Spakowałam swój dobytek, czyli worek na kartofle, miskę, suszone mięso i koc. Ruszyłam na spotkanie Nornom.

Byliście kiedyś w Hoelbrak? Na głos Matki, jak tam jest przepięknie. Zakochałam się w tym mieście i jego mieszkańcach. Byli wspaniali, mężni, weseli i gościnni. Przyjęli mnie pod swój dach, gdy wygrałam konkurs pijacki. Mówili na mnie Biały Liściu. Mało ważne, ale odczuwałam dumę, że mam tak mocną głowę. Chociaż w czymś byłam dobra. W Hoelbrak prócz nauki o piwie, wódkach i sporządzaniu zacieru dowiedziałam się o istnieniu Szamanów, Mgieł. No dobra, nie ukrywam, to mnie zainteresowało. W końcu od trzech miesięcy byłam medytującym - myślałam, że to coś. Jak ostatni naiwny poszłam do loży Kruka i zapytałam, czy w zamian za zamiatanie i mycie naczyń, mogliby mnie nauczyć medytacji i czegoś o Mgłach. Myliście kiedyś patelnię po nornach? Przypuszczam, że zrobiło się im żal małego samotnego pijanego Krzaka jakim wtedy byłam. Kolejny raz w życiu ktoś mnie przygarnął. Myłam wielkie kufle, ciężkie gary, wymiatałam tony brudu ze wspólnej sali i nosiłam duże skrzynie ze świecami. Wspaniała zabawa, a jak wzmacnia fizycznie. Czekałam na swoje lekcje, ale Norny mają trochę inne poczucie czasu, niż taka młoda sylvari jak ja. Trochę tych garów umyć jednak musiałam, piwa wypić musiałam sporo i poznać techniki trzymania gąbek. Po kilku tygodniach tej ciężkiej, organicznej pracy i libacji alkoholowej, zaczęli mnie uczyć. Medytowałam w każdej wolnej od pracy chwili. Starałam się poszerzyć swoją percepcje. Szamani mi pomagali. Nocami słuchałam opowieści o Mgłach, grzejąc się przy palenisku. Chciałam być mglistym podróżnikiem, może nawet kiedyś zobaczyć Mgły.

Wiecie, alkohol robi z mózgiem różne dziwne rzeczy. Medytacja pod wpływem, to coś, czego się wstydzę do dzisiaj i coś czemu zawdzięczam kontakt z moim najgorszym wrogiem i nauczycielem. Pamiętam ten dzień dosyć dobrze, mieszkałam w Hoel już jakiś czas. Zginął  wielki, legendarny łowca i Loża Kruka organizowała uroczystości pogrzebowe i stypę. Wielka impreza z pieczonym mięsem i masą gadających wielkich wojowników. Wspominają, piją i znowu wspominają.
Ja wspominać nie miałam za bardzo czego, więc tylko piłam. Piłam zatem jak zawsze, jakby jutra miało nie być. W końcu stwierdziłam, że trzeba się przewietrzyć, wyszłam na zaplecze, usiadłam na mrozie, w śniegu i zaczęłam medytować. To ten moment gdy dziecko z zapałkami jednak chce spróbować zabawy z ogniem.
Byłam spokojna, wyciszona i w tamtym momencie zupełnie pozbawiona lęku. Zaszłam dalej i głębiej niż planowałam. Moje wycieczki do Mgieł dotychczas były wycieczkami na papierosa i do chaty, bo zimno. Tym razem spaliłam wielkie cygaro. Spotkałam tam Coś. To było mroczne, potężne i chyba samotne. A może podłe i znudzone? A może byłam jego pierwszą sylvari? Do dzisiaj nie chce mi odpowiedzieć dlaczego zareagował na moją obecność i pytania. To demon, nie wymagam od niego prawdomówności. W końcu zimno i alkohol zrobiły swoje, a przecież weszłam bardzo głęboko w Mgłę. Zaczęłam zamarzać, a wtedy Mallyx, gdyż tak go zwą w Tyrii, zaczął mówić, że zje moją duszę i to będzie najlepszy posiłek od dłuższego czasu. Odkryłam później, że często tak gada. Wówczas jednak to mnie ocuciło, wróciłam z mojej najdłuższej w dotychczasowym życiu wycieczki, miałam problem ze wstaniem, tak mi żywica w nogach się zastała, ale jednak udało się. Zupełnie otrzeźwiona i ledwo się ruszająca, wróciłam do  izby w Loży i tego wieczora nie próbowałam już medytacji.  Tak oto legendarny demon w pewnym senie uratował życie pomywaczowi garów. Chcę Wam powiedzieć, że jak już raz się uda, to potem to jest dużo łatwiejsze. To tak jakbyś otworzył długo zamknięte okno, a  w moim przypadku wywalił je ze ściany. Mallyx to paskudny i gadatliwy gad. Bardzo potężny i zadufany w sobie. Łasy na komplementy. Czasami lubi też słuchać jak Tyria płonie. Rozmowy z nim, to trochę jak targowanie się o własne życie. Mimo że to przecież tylko Odbicie w Mgłach. Dodatkowy koloryt to cała paleta przekleństw, zboczeń i dewiacji, których M. nie szczędzi, przy okazji odpowiadania na me pytania. Taaak.

Było to jakoś w 1330, gdy do Hoelbrak doszły wieści, że nawiązano kontakt z Eloną. Nornowie dużo rozmawiali przy piwie o smokach. Jeden ze Starszyzny wspomniał coś o Abbadonie. Zapytałam Mallyxa co o tym wie. Opowiedział o Margonitach, Domenie Cierpienia oraz o swoim bogu, któremu służył jako jeden z jego najpotężniejszych demonów. Potem się rozkręcił, zaczął złorzeczyć i kląć więc nie dało się tego słuchać. Mocno się spiłam tego wieczora. Następnego dnia wstałam z silnym przeświadczeniem, że muszę zobaczyć Elonę. Brakowało mi jednak środków. Zapytałam Mallyxa jak zarobić szybko pieniądze? On rzekł, że mam znaleźć gildię. Najlepiej najemników. I zabijać na zlecenie. Dodał, że jak bardzo chcę to on mi nawet pomoże o ile dam mu zjeść swoją duszę. Oczywiście odpyskowałam i skończyliśmy naszą pogawędkę. Nornowie raczej nie mają gildii, to silne indywidualności. Charze gildie pewnie nie wzięłyby nawet pod uwagę mojej osoby. Stwierdziłam, że poszukam czegoś wśród ludzi. I tak trafiłam do Lwich Wrót, Inicjatywy Gildyjnej, brałam zlecenia. Zabijałam, w czym Mallyx wyjątkowo chętnie pomagał. Ktoś kiedyś powiedział, na jednej z misji, że jestem revenantem. Być może. Przecież nie każdy ma za wroga-przyjaciela Legendarnego Demona.

Tymczasem znowu szukam gildii.
Strony: [1] 2 3 ... 10