Autor Wątek: W imię pająka...  (Przeczytany 1355 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Januara

  • Kandydat
  • *
  • Wiadomości: 89
Od kiedy tylko skończyliśmy z bratem 8 lat, marzyliśmy o tym by naprawić to miasto. Zepsuta do szpiku kości manifestacja zepsucia jaką jest to miejsce osiągnęło wczoraj szczyt. Niemniej jednak wszystko ma swoje plusy. 

Teraz już nie mam dokąd wrócić. Wiedzą o mnie i o dywizji duchów. Zalążku tego co miało zostać wcielone do Fantomu. Jednak brat zginął, nie przewidział że w tej gildii zebrali się wszyscy renegaci. W tej chwili zostałam sama, z armią która kiedyś miała stanowić trzon nowego wojska ludzkiej rasy.

Czy jest gorsza kara dla człowieka niż życie spędzone w samotności? Okazuje się, że jest. Bo moja samotność miała się skończyć z chwilą, gdy nasze plany zostaną zrealizowane w tym samym momencie. On działał w górnym mieście, a ja w dolnym. I gdy usłyszałam o jego śmierci, cała moja nadzieja się rozpadła. Tak. To jest najgorsza kara. Mieć nadzieję, wizję życia, młodość podporządkowana jednemu celowi i to wszystko stracić w ciągu paru chwil.

Jednak nie tego byś chciał bracie. Mimo śmierci, mimo całej straży która teraz nas ściga, oraz całej społeczności przeciw nam, dokończe co zaczeliśmy. A jeśli nie mogę razem z tobą przejąć władzy, to po prostu zniszcze Divinity's i odbuduje na jego miejsce miasto które przyćmi blaskiem pozostałe rasy Tyrii i rzuci nam je na kolana.

Zbiorę armie z miasta, spotkamy się w jednym miejscu i wypowiemy górnemu miastu wojnę. 


Wojnę w której żołnierze, będą mieli w ustach twe imię bracie...


Wojnę którą sami zaczeli i zapomnieli o niej kompletnie...


Wojnę przez którą musieliśmy jeść ze śmietnika, podczas gry górne miasto pływało w luksusie...


Wojna która będzie znana jako... 



... Zemsta Tempelsmithów
« Ostatnia zmiana: Listopad 02, 2015, 15:32:40 wysłana przez Januara »

Januara

  • Kandydat
  • *
  • Wiadomości: 89
C.H.A.O.S.




Kryształ wiszący na potężnych, stalowych łańcuchach delikatnie gibał się na boki. Lewa, prawa, lewa, prawa. Odstępy były równe, harmoniczne. Biel która od niego emanowała, była uosobieniem tego czym aktualnie jest. Harmonia, stan równowagi. Lewa, prawa, lewa, prawa. Stop. Kryształ przechylił się nieco słabiej tym razem, to znak. 

Sylvari dotknął głowy, a kaptur z liści powoli zwinął się w szalik ukazując jego czarną korę. Lewa, prawa, lewa, prawa. Blask bijący od kryształu zmalał tylko trochę, jednak dla kogoś kto wpatrywał się w niego całymi godzinami, a nawet dniami różnica była widoczna jak na dłoni. Ciarki przeszły mu po plecach, wygiął nieco głowę ku niebu, a jego ciało zapaliło się z podniecenia na złoto.

Nareszcie...

Skok. Istota zeskoczyłą z barierki, taras widokowy na któym się znajdował był tuż nad laboratorium. Echem rozniosło się uderzenie o posadzkę, wstał mimo obrażeń i palącego bólu w nogach. Nie to teraz było ważne.

Mistrzu czy aby wszystko...
... W jak najlepszym! - Krzyknął rozbawiony - Kryształ zaczął chłonąć! Lada dzień ziści się sen! Zbierz wszystkich! Każdego jednego! Wszyscy niech zobaczą początek!
Jak rozkażesz mój panie - Rzekł mnich kłaniając się w pas. 

Kryształ był wysoki na kilkanaście metrów, w połowie jego wysokości znajdował się taras widokowy, a u jego podnóży ciągneło się laboratorium. Wszystko opatulone ścianami bunkra w którym się znajdowali, pod ziemią. U dołu kryształu znajdowała się rura, która w pewnym momencie odzielała się na 13 mniejszych, a każda z kolei przytwierdzona była do tuby z uwiązanymi i przyczepionymi do kilkunastu kabli istotami. Lubił na nie patrzeć, oj lubił. Był im wdzięczny, za współpracę na którą się nie zgodzili. Fioletowe światło ponownie rozświetliło zachodnią część laboratorium. Jak codzień.

Ona jest wspaniała... - Rzekł pod nosem kulejąc w stronę blasku.

Podszedł do tuby i łokciem starł parę by przez szybę zajrzeć do środka. Fioletowa sylvari o kocich oczach waliła aktualnie w szklaną część tuby. Na jej nadgarstkach zwisały luźno stopione łańcuchy, natomiast kable do których powinna być przyczepiona odstawały z jej ciała zerwane.

Jesteś taka jak sobie wyobrażałem. - Zachwycił się zasłaniając twarz dłońmi - Jesteś prawdziwą wybranką chaosu... Nieokrzesana, dzika, silna i szalona! Jak ja bym chciał...

Dźwięk pękającej szyby wystraszył mężczyznę, zrobił kilka kroków w tył i przejechał palcami po ramionach.

Co tobą kieruje... Powiedz mi siostro! Też chce być taki jak ty! - Podszedł żywym krokiem i walnął w czerwony przycisk obok kapsuły. Zapaliło się światło, a wewnątrz pojawiła się kaskada niebieskich błyskawic. Ręka kobiety przy szybie osunęła się wraz z jej ciałem generując piskliwy dźwięk ocierania kory o szkło. - Nie chce cię ranić siostro... Kochana! Sylvari! Córko chaosu! Jesteś ideałem którym też chce być! Pomóż mi! Też chce być taki jak ty! - Kilka uderzeń guzika, seria błyskawic w środku, po chwili sam upadł na ziemię i oparł plecami o kapsułę. - Powiedz mi, jak ty to robisz...
Mistrzu? Wszyscy przybyli - Rzekł asystent który właśnie podszedł.
Dobrze! - Zerwał się na równe nogi - Kuchnia zdążyłą z zamówieniami?
Tak mistrzu.
Wybornie! W takim razie nie ma co dłużej czekać!




Kochani! Wypijmy toast! Za projekt C.H.A.O.S!
Za chaos! - Krzyknął tłum. 

To był nie był jedyny krzyk jaki z siebie wydali, potem były krzyki bólu, łapanie się za gardła i dźwięk uderzania w agonii o posadzkę. Co jakiś czas można było usłyszeć skowyt gdy paznokcie wbijał się tak mocno we własną szyje, że postanawiały skrócić męki właściciela. Trwało to dobre kilkanaście sekund, zanim na dobre znów zapanowała idealna cisza. Zakłócał ją jedynie odgłos głośnego chrupania panierowanego kurczaka.

Motłoch z głowy - Rzekł sylvari upuszczając kość na ziemie. Z kieszeni natomiast wyjął mały, przypominający sześcian amulet i dotknął go końcówką palca. - Gdzie jesteś? Ukrywasz się?

Nikt mu nie odpowiedział.

I tak wiem że słuchasz... Nie wiem kim jesteś ale zastanów się nad jednym. Czym jest dla ciebie chaos?

W odpowiedzi słychać było dźwięk nadgryzanego jabłka.

Głód który zaspokajasz w tej chwili, jest niczym innym jak stanem chaosu twego organizmu. Brak składników potrzebnych do przetrwania powoli powoduje u ciebie panike. Zaczynasz drżeć, słabnąć, tracić zmysły by na końcu... Właśnie. Co jest na końcu?
Co ty pierdolisz - odezwał się w końcu beznamiętny, kobiecy głos.
Kobieta? - zdziwił się lekko - Zaprawde, nie spodziewałem się... Chociaż w sumie wszystko mi jedno. Mógłbym jednak wiedzieć skąd masz amulet tego człowieka?
Znalazłam - Ugryzienie jabłka i bezeomocjonalny ton głosnu odbijający się echem po sali - Z kim mam przyjemność?
Dowiesz się za kilka dni moja droga. W tym czasie zalecałbym wakacje, na pewno ci się przydadzą... Może Southsun? Mają piękną plaże i widok na morze. Może w sobote? - Dodał po chwili.

Rozmowę na chwilę przerwał dźwięk rzucanego ogryzka i moment ciszy.

Nie mogę się doczekać - Po tym zdaniu, połączenie zostało zakończone.

Sylvari uśmiechnął się, schował amulet do kieszeni i spojrzał w stronę kryształu.
Słyszałaś? Będziesz mieć widzów! - A po chwili wstał jak oparzony i zerknął na swoje wyhodowane z liści ubranie - Cholera w co ja się ubiore...
« Ostatnia zmiana: Listopad 23, 2015, 20:06:09 wysłana przez Januara »