Autor Wątek: Verum octo viae  (Przeczytany 1692 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Foxomi

  • Kandydat
  • *
  • Wiadomości: 7
Trzeci


Gdy wstaje rano otwierając oczy, pozwalam ulotnym wspomnieniom snu uciec z mojej głowy. Przenikające mój umysł wspomnienia mieszają się ze sobą tworząc nocą jeszcze dziwniejsze kombinacje niż za dnia, więc wole o nich po prostu zapomnieć. To bardzo proste, im mniej się o czymś myśli, tym bardziej o tym zapominamy i w końcu wiedza ta jest spychana w głąb świadomości do której się nie zagląda. Gorzej, gdy z jakiejś przyczyny zajrzeliśmy w to miejsce. Wtedy wygląda to jak otworzenie szafy, do której wepchnęło się na siłę za dużo rzeczy. Wszystko się na ciebie wali zasypując cię po pas gratami. Ciężkie kartony obijają się o twoje ciało, a następnie unieruchamiają w miejscu. Jedyne co możesz wtedy zrobić to spojrzeć na te graty, westchnąć i wziąć się za porządki. Wyrzucić co zbędne, zostawić co przydatne i poukładać starannie. Przydałoby się też naoliwić drzwi do szafy bo strasznie skrzypiały przy otwieraniu, a najlepiej wymienić bo się rozpadają. Jednak mówimy o drzwiach które otworzyłem, lub o tych które otworzyły się przypadkiem same bo były uchylone. 

Każdy ma swoje drzwi za które nie chce zaglądać, starannie zapieczętowane i schowane przed samym sobą. Świadomość co za nimi jest bywa bolesna, dlatego bardzo szybko chcemy zapomnieć zarówno o zawartości jak i samych drzwiach. Zamykamy je, łamiemy klucz w zamku, zasłaniamy je biblioteczką, a do niej napychamy książek których nie lubimy byśmy nie mieli powodu nawet podchodzić w tą okolicę. To nas odstrasza i daje nam pewien rodzaj ulgi i swobody...

... Są jednak osoby, bardzo nam bliskie. Które podejdą do nielubianych nam książek, odsuną szafę, naprawią zamek, włamią się do środka i przyjmą na siebie uderzenie fali kartonów z gratami. Uśmiechną się, a następnie pomogą ci w sprzątaniu.

Tak. Takimi osobami należy się otaczać, bez względu na wszystko. Nazywamy ich "przyjaciółmi"...




Zostałem obudzony dość brutalnie, często się to zdarza gdy nocuje w tej okolicy. Jednak nie przeszkadza mi kopniak w twarz od rozpędzonej z wyskoku sylvari, zwalający mnie na podłogę wraz z hamakiem na którym leżałem. Ma to swoje plusy, między innymi taki, że po takim wybudzeniu nie pamięta się snów. Drugim jest wtedy obowiązkowa wizyta u lekarza, bo nie czuje bólu. Właściwie, czemu rozmyślam w tej chwili o bólu którego nie czuje, w chwili gdy ona coś do mnie mówi? Podnoszę głowę odruchowo jeżdżąc palcami po nosie. Przebieg ma normalny, nie jest zdeformowany, to dobrze. 
... Słuchasz ty mnie w ogóle?! - Kolejny kopniak, tym razem zdołałem go uniknąć. Nie powiem, niewiele brakowało. Jednak to w niej lubię, ta otaczająca ją aura powoduje że zawsze trzeba być gotowym na tego typu rzeczy. Nigdy nie byłem w stanie jej pojąć, ale to dobrze. Jej obecność pomaga mi w tych chwilach. O dziwo lubili ją obaj, więc w tym wypadku nie mam problemów. Są jednak przypadki, że gdy przychodzę do siedziby i widzę dane osoby mój umysł płonie od dwóch przeciwnych fal emocji zalewających mój organizm... Cholera, znowu jej nie słuchałem.
Możesz powtórzyć?
Eh... - Westchnęła - Jak palce? 
Spojrzałem na swoje dłonie które wczoraj wyjąłem z szyn, poruszałem nimi. Było dobrze, chociaż nie mogłem mieć pewności. 
Ruszają się - Stwierdziłem oczywisty fakt na głos, po czym sięgnąłem po opaskę ze stolika i zasłoniłem nią dziurę po oku. - Po co mnie obudziłaś? 
Sess chce z tobą pogadać.
Rozumiem.
Jan wyszła, była ubrana dość bojowo więc pewnie ruszyła na poszukiwania. Intencje tej kobiety są nieczytelne, tak jak ona sama, ale właśnie za to ją uwielbiam. Z kolei po nim nie wiadomo czego się spodziewać, potrafi przez kilka dni się nie odzywać nie wychodząc z warsztatu, a potem pojawiać się w losowych miejscach i czasie będąc pełen energii. On jest zagadką, a do tego chce się ze mną widzieć...
Nad czym myślisz? - Zapytał jego znajomy głos zza moich pleców. W sumie dopiero teraz się zorientowałem, że nadal nie wstałem z podłogi. Pomógł mi wstać i podał ubranie, jego glow jak zwykle świecił delikatną, neonową czerwienią. Ten widok z jednej strony był piękny, z drugiej niepokojący. Nie pasuje do jego spokojnej osobowości i niemalże nieistniejącej aury którą jest otoczony. Kompletnie nie wyczułem jego obecności, nawet teraz gdy na niego patrze, mam wrażenie jakby go nie było. Istnieje tylko obręcz która delikatnie wystaje zza jego lewego barku.
O tym czy istniejesz naprawdę - Powiedziałem mu, sam lubię szczerość, a on też ją sobie ceni. Poza tym, również obaj go lubili. A raczej lubił go pierwszy, a drugi kompletnie na niego nie zwracał uwagi. Zero i plus, daje plus.
Rozumiem. Już raz słyszałem to stwierdzenie. Podoba mi się  - Uśmiechnął się niewinnie, po czym usiadł na hamaku naprzeciw mojego majtając nogami jak dziecko. Jest Sylvari, młodym, przeszedł dość burzliwy okres w tak krótkim życiu, mimo to trzyma się. Ma tą siłę której mi wiele razy brakowało, zazdroszczę mu jej - Chciałem cię zapytać o coś, lecz chciałbym by ta rozmowa nie wyszła poza ten pokój.
Tak jak zawsze - Przytaknąłem, nie jestem skrittem by plotkować za świecidełka, lub mówić ludziom różne rzeczy dla zabawy i patrząc ich reakcje... Ta... Mam wrażenie jakby ciągle stała za mną gotowa mnie w każdej chwili kopnąć.
- Z całej bandy tylko Ja, Ty i Frosti zostaliśmy w lidze jako Towarzysze. Dziewczynom chyba się niespecjalnie śpieszy i im się nie dziwie zresztą, też by mi się nie chciało robić jakichś prób... - Westchnął - Powiedz mi, co poszło źle?
Nic - Powiedziałem od razu - Decyzja, konsekwencja. A i B. 
Wiem, wiem, wiem... Chodzi mi bardziej o tą sytuacje. Nie podoba mi się, zarówno stosunek do Jan, jak i to że liga zaczyna się babrać w jakichś mrokach Lion's Arch. Ostatnio ładują się w co raz większe kłopoty, wpierw pałac, Szmaragdowa przystań, obręcze, demony, a teraz ładują się w to...
Skąd o tym wszystkim wiesz? - Zapytałem zaciekawiony. Sess jest za młody, nie był nawet w bractwie. Nawet ja nie pamiętam czasów Szmaragdowej Przystani o której się nasłuchałem tylko z opowiadań. Wtedy rozpiął kurtkę i wyjął z niej dwa notesy, żółty i niebieski.
Słuchanie ze zrozumieniem nawet nieprzydatnych z pozoru informacji może dać korzyści w przyszłości. Plotki, rozmowy, wypowiedzi... - Uśmiechnął się lekko - Ale mniejsza o to, nie przyszedłem się chwalić informacjami, tylko porozmawiać z tobą jak wyobrażasz sobie przyszłość ligi.
Dobre i mocne pytanie, lecz nie musiałem się nad nim długo zastanawiać.
Taka jak zawsze - Wzruszyłem ramionami - Wejdą na ślepo do jaskini smoka, obiją mu ryj i będą lizać rany przy piwie w karczmie.
A jak w jaskini będą pająki?
Chwilę się zastanawiałem patrząc mu w oczy, zrozumiałem do czego zmierza.
- Jan wiele razy powtarzała, że te dwie grupy nie będą sobie wchodzić w drogę mimo tych samych celów. Po prostu jedni nie boją się o swoją reputacje i metody, a drudzy nadkładają to nawet nad relacje. Pająki nie mają nic do filarów, a czy filary mają coś do pająków? - Wzruszyłem ramionami - Nikogo to nie obchodzi.
- Nie rozumiem...
- Jesteś inżynierem, prawda? Więc tak łatwiej będzie ci zrozumieć... Kto normalny będzie walczył z kimś, jeśli ktoś mówi, że jeden jest mniejsze od dwóch, a drudzy mówią że dwa jest mniejsze od trzech?

Nie odpowiedział, uśmiechnął się i przytaknął głową. Potem pogawędka zeszła na inne tematy, przyjemniejsze. Dowiedziałem się co słychać u moich ulubieńców, rozmawialiśmy o wyprawie do krasnoludzkich ruin i dowiedziałem się, że Sess znowu mnie gdzieś zapisał... Ten chłopak chyba postawił sobie za punkt honoru poprawienie mojej uczęszczalności do karczmy ligi jak i na jej misje. W sumie przydałoby się, Teryn nie wystawia nosa z lecznicy, Muszti też jest zajętym nornem, więc wypadałoby czasami się pokazać i ponaprawiać ludziom barki. Właściwie to miałem o czymś pogadać z Lockeyem, tylko o czym...

Cholera, zapomniałem.

A, fakt. Kastety... Niby lata przebywania w pubach drugiego, oraz opanowanie magii pierwszego dały mi konkretne podstawy do ich używania. Jednak to wciąż za mało, nie mam ochoty przy każdym uderzeniu łamać sobie palców. Uderzenia są potężne, ale to obusieczna broń w przypadkach gdy nie czuje się bólu... 

A nie chce mi się wierzyć, że nie będę musiał ich używać wychodząc gdziekolwiek z ligą...

Prędzej James rzuci palenie, Melody przefarbuje się na rudo, Desilius przyjdzie w dresie do karczmy, a Rihad ogoli się na łyso, niż pójdę gdzieś na wycieczkę z ligą i nie będę musiał nikomu obić twarzy albo zaleczyć rany...

Ale jak ich za to nie kochać?


« Ostatnia zmiana: Luty 27, 2016, 11:53:20 wysłana przez Foxomi »

Asper_Nivis

  • Kandydat
  • *
  • Wiadomości: 4
Nadzieja


- Zdajesz sobie sprawę, że eksperyment Frostiego może być przełomowy? Jeśli się powiedzie, zupełnie inaczej zaczniemy patrzeć na nasze ciała, dusze, czy śmierć... *Westchnął i ugryzł kolejny kawałek kotleta* Chciałbym byś tam poszedł, Asper wspominał że wziął ligę do pomocy, a ty pójdziesz z nimi.
- Dlaczego ja? *Odpowiedział w pełni spokojnie mieszając łyżką w misce zupy*
- Bo kto jak kto, ale ty jako członek Kręgu powinieneś się tam pojawić. Ja niestety nie mogę, z Arcymistrzem jest co raz gorzej i muszę być przy nim. 
- Jakbyś był 220 letnim nornem, też byś był w takim stanie. *skomentował krótko i pokiwał głową* Dużo mu czasu zostało?
- Nawet on sam tego nie wie, dlatego ma nadzieje że eksperyment się powiedzie. Dopilnujesz tego?
- Postaram się, a teraz wybacz *wstał od stołu* Muszę iść na poranny trening.
- Trening... Rozumiem. Z Ligą?
- Ta. Właściwie to czemu przestałeś tam chodzić Viral?
- Bo w tej knajpie mam darmowy abonament na jedzenie *powiedział jak coś oczywistego i gryzł dalej* Ale kończy się za jakiś czas to znowu tam zacznę wpadać.

Mężczyzna nie wiedział co odpowiedzieć, więc po prostu wyszedł.



Członkowie skutego lodem laboratorium wstali dzisiaj wcześniej niż zwykle, mieli ważny powód. Przygotowania do długo planowanej operacji pod kryptonimem "Wędrówka". Kilku asurów w ciepłych kurtkach drążyło szpikulcami w lodzie na środku sali ogromny symbol, dwójka w odpowiednich punktach wbijała pylony elektryczne, a pozostała dwójka łączyła całość kablami i podpinała do konsoli. Całość wyglądała na zrobioną na odwal się, jednak to tylko pozory. Symbol stawał się co raz bardziej skomplikowany, pylony stały w równych odstępach, a kable były już elegancko podpięte tak, by nikt się o nie nie zabił. Dowódca Krewe, jak to miał w zwyczaju o tej porze kontrolował stan obiektów badawczych, chodząc od tuby do tuby z włączonym rejestratorem dźwięku.

75 Sezonu Zefira 1329 lat po wyłożeniu laski przez bogów na ten świat.
Godzina. Wcześniejsza niż zwykle.
Rozpoczynam obchód z pominięciem głównych tub. Kod procedury: 7A.
Obiekt numer 5: Artti. Asura. Wiek, 23 lata. W stanie hibernacji od roku. Artti zgłosił się do nas dobrowolnie po tym jak się dowiedział, że ma bardzo złośliwy nowotwór który miał go zabić w przeciągu kilku tygodni. Dzięki wejściu w stan hibernacji rozwój choroby został zatrzymany na okres 358 dni. Niestety wczoraj podczas badań jego tuba została uszkodzona i organizm pacjenta zostanie jutro ponownie narażony na rozwój choroby. Za jego wcześniejszą zgodą, dobrze że podpisał wszystko co mu dałem, by uratować jego życie rozpocząłem przygotowania do mojego autorskiego zabiegu mającego na celu...


- Ugh, akurat teraz musiało paść zasilanie? Cholerne gówno *przeklął rzucając rejestratorem o lodową ścianę, rozległ się huk odbity echem po jaskini i nastała cisza przerywana tylko świstem lodowego wiatru* Spokojnie Artti *jeżdząc dłonią po tubie* Uratujemy cie.
« Ostatnia zmiana: Styczeń 01, 1970, 01:00:00 wysłana przez NULL »

Emhyr Reiss

  • Kandydat
  • *
  • Wiadomości: 74
To tylko praca


Nadamemasu jak zwykle w samo południe ruszyła do pracy. Czekała pod murem rezydencji i cicho podziwiała architekture Lwiej zatoki. Jednocześnie kątem oka obserwowała punkt który obrała sobie za zegar. Cień patyka wystającego z ziemi powoli sunął w stronę czerwonego bruku, a w końcu go przeciął. Kobieta poprawiła palcem okulary.
Morgi się spóźnia - Stwierdziła na głos oczywisty fakt. Jednak zlecenia nie mogą czekać, dzisiejszy dzień został zaplanowany przez kobietę co do minuty. Oczywistym jest jednak, że wzięła też pod uwagę możliwość że jej partnerka znowu nie przyjdzie, ruszyła więc samotnie nadając samej sobie szybkiego tempa. Pierwszy raz rusza samotnie, zwykle było tak, że Morgianna rozmawiała z ludźmi, a ona stała z tyłu o krok i była gotowa w każdej chwili się wtrącić z tarczą lub pięścią. Wizja rozmawiania z innymi zbytnio jej nie satysfakcjonowała.
Żeby to chociaż byli ludzie, z którymi można o czymś ciekawym porozmawiać - Znów skomentowała sama do siebie beznamiętnym tonem. Po krótkiej chwili zatrzymała się przed bramą, założyła rękawice i zapukała do drzwi. Otworzył jej po chwili mężczyzna, w podkoszulku, bokserkach i piwem w ręku.
Czego ku*wo mnie budzisz? - Zapytał otumaniony przez kaca.
Pan Kostt? - Zapytała szykując palce do zaklęć obronnych. Ludzie nie lubią jej zawodu, przyzwyczaiła się do tego.
Ch*j ci do tego... - Odpowiedział i próbował zamknąć drzwi, metalowe okucie stopy z gracją zablokowały te możliwość - Co ty odwalasz?!
Witam, nazywam się Nadamemasu i przyszłam po dług. Jest pan pewien pewnej instytucji grubo ponad trzy i pół złotej monety. Czy ma pan czym zapłacić?
Spie*dalaj!
Rozumiem - Beznamiętny ton kobiety, doprowadzał mężczyznę powoli do furii. - Jednak pragnę zauważyć że wziął pan pożyczkę pod hipotekę, w związku z niezapłaceniem długu i wysyłaniem licznych upomnień przyszłam zająć posiadłość. - Kostt chwilę trawił te informacje, a końcu zacisnął zęby, podniósł butelkę i uderzył wprost w barierę którą przygotowała dzięki rękawicom.
Panie Kostt, nalegam. - Odpowiedziała ponownie - Jeśli ponownie będzie próbował pan wobec mnie użyć przemocy fizycznej, będę zmuszona zastosować środki przymusu bezpośredniego które w świetle prawa będą traktowane jako obrona konieczna przed napastnikiem. 

Dlatego właśnie Nadamemasu nie lubiła rozmawiać z ludźmi, szczególnie tych po których idą po długi. Są prości, aroganccy i wydaje im się, że mogą wszystko. Nie wiadomo nawet co temu człowiekowi siedzi w głowie, szczególnie że sycząc wbiegł do środka mieszkania. Kobieta westchnęła, położyła torbę z plombami i łańcuchami w progu i weszła za nim.




Fioletowa Sylvari szła samotnie w stronę laboratorium w Metrice. Trzy budynki otoczone paroma golemami i systemem elektrycznych zasiek. Szła w linii prostej przecinając ostrzami napotkane krzaki i mocząc stopy w błocie. Na jej twarzy malowała się mieszanina podekscytowania i wściekłości.
Ja wam dam eksperymentować na moich braciach... - Warknęła tnąc chaszcze i sunąc przed siebie. W końcu dotarła na miejsce, ale nie było to to czego się spodziewała. Golemy leżały na ziemi, zasieki były wyłączone, a trzy złączone ze sobą bunkry dymiły. Januara przystanęła chwilę i odsapnęła rozglądając się za przyczyną, lecz tej nie było. Przetarła czoło i ruszyła ostrożnie do środka, ostrożnie stawiała kroki i starała się wyczuć źródła magii w okolicy, bez skutku.



Sufit zawalił się obnażając korzenie drzewa które rosły na jego górnej części, zwisały kable, wystawały belki, panowała głucha cisza przerywana pojedynczymi krokami kobiety. Wtem wyczuła lekkie źródło magii, na końcu korytarza za bramą. Im podchodziła bliżej, tym było ono lepiej wyczuwalne. Ostrożnie złapała za uchwyt i przesunęła drzwi robią przy tym sporo hałasu. Z sufitu poleciało nieco kurzu, a jej oczom ukazało się główne laboratorium którego szukała. Przed zniszczoną konsolą siedział asur w podartym kombinezonie, pokaleczoną głową i prowizorycznie opatrzoną ręką. Odwrócił się powoli w jej stronę z obojętnością wypisaną na twarzy.
Spóźniłaś się - Odpowiedział krótko i zeskoczył z siedziska i ruszył w jej stronę kulejąc. - Zobacz, wszystko zniszczone! Lata moich badań, miesiące obliczeń, dni nadziei. Wszystko poszło w cholerę! - Kopnął kupkę złomu i przygryzł wargę z bólu.
Co tu się stało? - Zapytała przyglądając się każdemu ruchowi istoty.
Nie wiem, nie pamiętam. Uwierz lub nie, ale ocknąłem się już w zrujnowanym dobytkiem i brakiem załogi. Nie ma ciał, może uciekli? Może coś ich zabrało? Nie wiem - Jego głos nie przejawiał desperacji, bardziej zażenowanie.
Cóż... Czyli nie mam tu nic do roboty, poza jednym. - Spojrzała w jego stronę - Ty jesteś Dizzi?
Wzrok asura jasno dał do zrozumienia, że zrozumiał rodzaj pytania. Przyjrzał się jej uważnie, każdy fragment pancerza, oba ostrza i zacięty wzrok wycelowany prosto w niego.
Ile ci zapłacono? - Zapytał kiwając głową.
Nic, powiedzmy że usłyszałam o tym co robiłeś z moim rodzeństwem.
Stawiałem kroki milowe by pokonać śmierć, to robiłem... Ale czy ktoś taki jak ty to zrozumie? Jesteś krzakiem. Nie wiesz co czują kupy mięsa jak my. Z resztą - Machnął ręką - Nie będę się produkował dla debilki, jeśli chcesz mnie zabić to zrób to szybko. Spocznę sobie w ramionach alchemii, duchów, bogów czy ch*j wie co mnie spotka. Jestem gotowy.

Sylvari spojrzała w jego oczy, w te bezradne oczy małej istoty nad którą pewnie rozczuliłby się Foxomi. Westchnęła, rozejrzała się, schowała ostrza, odwróciła się i ruszyła w stronę wyjścia.
Że co?! Że tak po prostu... - Zamilkł na chwilę - Zaczekaj! Zaczekaj! Zabij mnie! Otwierałem ciała tych je*anych krzaków i zastępowałem ich organami sztucznie stworzone byty! Krzyczeli i błagali o litość! 
Próby sprowokowania sylvari nie wyszły, zniknęła. Asur skręcił za nią w boczny korytarz, a jej już nie było. Wściekły padł na kolana i uronił łzę. - Dlaczego...




Godziny wieczorne w Lion's Arch, Emhyr stał na środku mało uczęszczanego placu w płaszczu i swoich rękawiczkach z runami. Co jakiś czas rozglądał się za osobą na którą czekał. W tej chwili okolica była pusta, wszyscy o tej porze zaczynają wieczorną zmianę, albo szlajają się po burdelach, pubach i restauracjach. 
No i gdzie jesteś... - Skomentował w końcu spoglądając w zegarek. - Spóźnia się...



Chłopak schował zegarek i odwrócił się by ruszyć do drogowskazu, gdy za jego plecami rozległ się oszałamiający huk, a okolicę zalało białe, ostre światło. Chwila szoku minęła, a strzelanie iskier zmusiło go do instynktownego uskoku w bok.
Ku*wa! Nie wziąłem obręczy! - Warknął zły na siebie, runy na rękawicach zapiszczały i otoczyły się cienistymi pazurami. Światło oślepiało, jednak dostrzegł w nich poruszają się sylwetkę. Wykorzystał cień stworzony przez promienie i wystrzelił w tamtą stronę serię kilkunastu mrocznych ostrzy. Napastnik uniknął tego i ponownie rozległ się dźwięk błyskawic. Postanowił więc otoczyć się całunem i przyjąć uderzenie na siebie. Odczucie wbijania w ciało nieskończonej ilości igieł i spinające boleśnie mięśnie siła elektryczności rzuciła nim do tyłu. Jednak gdy całun opadł poczuł okazję do kontrataku, odzyskał ostrość widzenia. Ciało go bolało, chodziło topornie, lecz nie taki ból mu już zadawano. Napastnik zniknął w błyskawicy, standardowa technika zabójcy. Pojawił się za nim z przygotowanym do wbicia sztyletem. Em wbił cienie w ziemie i rzucił sobą do tyłu. Poczuł uderzenie, trafił. Złączył ręce i otoczył się z napastnikiem kulą cienia. Strasznie się szarpał, ciało chłopaka wyginało się pod siłą elektryczności i bólu z nim związanego. To było wspaniałe, dawno nie czuł się tak wspaniale jak w tej chwili. Stworzył z cienia pazury i zdecydowanym, jednym atakiem przeciął kulę wraz z próbującym tego uniknąć przeciwnikiem. Oberwała po nogach, gdy światło zniknęło, cienie opadły, a ona przestała się ruszać przez ranę na nogach zobaczył swoją oponentkę. Emhyr rozluźnił zaklęcie, cieniste pazury zniknęły. Wyciągnął do niej rękę i pomógł wstać, a ta natychmiast rzuciła mu się w ramiona i złożyła na ustach pocałunek.
- Mogłeś mnie zabić Emhyr... - Powiedziała rozczulona sylvari
- A ty mnie Morgi... - Wyszczerzył się i zorientował, że zostawił na jej ustach nieco krwi. Starł ją palcem wprawiając ją w rozbawienie. - Jak nogi?
Oboje zerknęli na cięcia po nogach kobiety, rozerwana cieniem kora i sącząca się z nich żywica dawały sygnały że to poważna sytuacja.
- Zostaną blizny - Zaśmiał się i wziął ją na ręce ruszając w stronę drogowskazu.
- Pf - Fuknęła - Ledwo mnie niesiesz - Skomentowała fakt, że chłopak kuleje i co jakiś czas stawia dziwnie niewymiarowe kroki, że o nienaturalnie mocnym uścisku nie wspominała.
- Ciesz się, że przynajmniej cie niosę. Zdawało mi się, czy tym razem włożyłaś w zaklęcia więcej magii?
Sylvari przytaknęła i położyła głowę na jego ramieniu dając się nieść.
- Dokładnie, wystarczająco by człowiek stracił przytomność... A ty? Czym jesteś w takim razie?
Chłopak wyszczerzył swoje spiłowane zęby i potknął się o własną nogę ledwo łapiąc równowagę.
- Dobre pytanie... A i następnym razem jak chcesz mnie zabić, to umów się ze mną jak zawsze. A nie wysyłasz mnie do miasta, gdzie ktoś nas może zobaczyć.
- Element zaskoczenia, mówi ci to coś? - Rozbawiona pstryknęła go palcami w nos - Poza tym chciałam wpaść do pracy spotkać...

Słowa kobiety przerwał huk rozpadającej się przed nimi ściany, przed ich stopami pojawił się szurający twarzą po ziemi i trzymający się za brzuch elończyk. Emhyr przystanął i ze spokojem odwrócił głowę w stronę dziury w kamienicy, z której wyszła Nadamemasu z zaciśniętymi pięściami.
- Proszę o wybaczenie, to tylko praca - Odpowiedziała swoim beznamiętnym tonem i delikatnie skinęła głową. Wtedy też zwróciła uwagę na parkę. - Morgianno... Gdy już chłopak odprowadzi cię do lecznicy, będziemy musiały porozmawiać - kobieta poprawiła rękawice i wróciła do mieszkania przez dziurę.
Cisza i szok po tym co się stało chwilkę trwał, Emhyr otrząsnął się i ruszył dalej przechodząc nad mężczyzną.
- Jakie drzewo zasadzić na twoim grobie?
- Pomarańcze, albo cytryne...
« Ostatnia zmiana: Kwiecień 01, 2016, 13:50:40 wysłana przez Emhyr Reiss »

Morgianna

  • Kandydat
  • *
  • Wiadomości: 7
Pora Zabijania


Kolejne dni na Verdant mijają tak samo. Pobudka, zaprawa, śniadanie, patrol, zabijanie resztek armii Mordremotha, powrót, odpoczynek, kolacja, czas wolny i sen. Dostałem przydział do dość specyficznej grupy, każdy w niej kogoś szuka. Adaj szuka żony, Friniri szuka najbliższego brata, Shirri szuka swojego zaginionego przysposobionego. A ja? Mam ich ogarniać i trzymać na duchu. Mam dopilnować by dalej mogli pełnić służbę, oraz... Wyczułem to z kontekstu wypowiedzi mojego przełożonego, to że "nie trafiam tu bez powodu".



Domyślam się o co mogło mu chodzić, ale za wszelką cenę chce tego uniknąć. Może i po bitwie nie znaleziono jej ciała, ani medaliku który nosiła na szyi, ale... To nie może być prawda.

Pobudka, 
zaprawa, 
śniadanie, 
patrol, 
zabijanie resztek armii Mordremotha, 
powrót, 
odpoczynek, 
kolacja, 
czas wolny i sen

Nie wiem ile dni minęło, wracam do siedziby raz na kilka dni. Muszę dbać o moich braci i siostry, wczoraj Nyx znalazł swoją ukochaną. Poznał ją po charakterystycznej ranie na ramieniu i bransoletce. Musiał ją wyrwać z rąk Mordremotha, były to dwa ciosy jednego dnia. Wspólnie go pocieszaliśmy, jednak tak jak każdy kto w tym oddziale spełni swój cel, dostaje inny przydział. Jaki jest więc mój cel? Wieczna opieka nad tymi którzy żyją nadzieją? A może sam nią żyje?

Pobudka, 

zaprawa, 

śniadanie, 

patrol, 

zabijanie resztek armii Mordremotha, 

powrót, 

odpoczynek, 

kolacja, 

czas wolny i sen

Dni mijają jeszcze szybciej niż wcześniej, szykuje się coś dużego, czuje to w sercu. Przedzieraliśmy się przez pnącza i cóż... Nie chce o tym pisać. Chce byś tylko wiedział, że spełniłem swój cel. Ja i mój klucz. Odebraliśmy ją z rąk Mordremotha i po zdaniu raportu dowiedziałem się od przełożonego, że zmieniają mi przydział. On wiedział. Ja podejrzewałem. Ale to teraz nie ma żadnego znaczenia, liczy się to, że Jon wróciła do snu...










Plan jest dosyć prosty. Ja odwracam uwagę Virala spotkaniem, twoja grupa Morgi odcina dopływ zasilania do laboratoriów, a twoja Jan odcina drogę ewakuacji dla grupy czwartej. Jakieś pytania?
Tak. Dlaczego nie pozwalamy uciec akurat temu ośrodkowi? Odcinamy dopływ energii łącznie do 7 obiektów Kręgu, a chcesz wybić tylko tych. Dlaczego?
To proste. Eksperymentowali na sylvari, więc im nie odpuszczę - Rzekł podrzucając jabłko w dłoni i pokazując palcem mapę okolicy. 
Kochany jesteś - Rzuciła Jan szturchając go w ramię.
Ej, odczep się od niego, jest mój - Syknęła pół rozbawiona, pół zła Morgi.
Emhyr nie skomentował dalszego droczenia się sióstr, nie zareagował nawet gdy zaczęły się szarpać i turlać po podłodze. Nie ingerował nawet gdy zaczęły rzucać w siebie meblami, po prostu zajął krzesło, zabrał plany ze stołu w chwili gdy Jan chciała go załadować chaosem i strzelić nim w siostrę i zaczął go czytać. Szukał luki w swoim planie, często to robił. Wyobrażał sobie, że znajdował właśnie wrogie plany i że będą realizowane za 10 minut. Zastanawiał się, jakie działania mógłby podjąć, by zepsuć całą operacje. Możliwości było kilka, wszystkie mało prawdopodobne. Nawyki, luki w procedurach były w tym środowisku na porządku dziennym. Ma zamiar wykorzystać tę rutynę i spokój do którego byli przyzwyczajeni przeciw nim. Poza tym, liczył na pewien czynnik który zaniedbywała wcześniej Jan, a chłopak sam się już na tym raz przejechał. Opuścił mapę i poprawił palcem okulary zerkając na drugi koniec pomieszczenia, gdzie były hamaki. Na jednym z nich spała jak zabita kobieta, która jest współwłaścicielką tego domu i ma spory wpływ na otoczenie nawet nie zdając sobie z tego sprawy.


Największa niewiadoma tego planu... - Szepnął do siebie i podrapał się po karku. - Nie mam pojęcia, czemu liczę na jej pomysłowość, ale do tej pory to działało.




Foxomi siedział na dachu karczmy w siedzibie i głaskał kota który postanowił zasnąć na kolanach. Z chęcią już dawno by się stąd ruszył, ale za każdym razem gdy chciał wstać, ten słodko mruczał unieruchamiając tego fanatyka asur i kotów w miejscu. Wolną ręką sięgnął po butelkę z piwem i upił parę łyków obserwując z oddali pracę drogowskazu, strażników i obserwował z wysokości znajomych mu ligowiczy. Przy okazji zerknął do namiotu Sessentetissa rozstawionego dwa metry obok niego, w tej chwili nikogo tam nie było. Cisza, spokój i ciepły wiatr rzucający jego włosami we wszystkie strony. Po jego ciele przeszedł dreszcz, za każdym razem gdy widzi swoje siwe włosy przypomina sobie ból jaki mu wtedy towarzyszył. To nie były jego wspomnienia, ani jego ból, nie wtedy. Lecz teraz to są jego wspomnienia i pamięć o jego bólu wciąż jest w nim silna.



Często rozmyślał nad tym, które z rzeczy które pamięta są jego, a które nie. W pewnym momencie, doszedł do wniosku że mimo iż żadne z jego aktualnych wspomnień nie jest jego, to musi je przyjąć wraz z całym ich ciężarem. Mruczenie kota dodawało mu sił, wiatr dodawał mu chęci do działań, a zimne piwo koiło roztrzaskane nerwy. Wtem Ver wstał na łapki, otrząsnął się i zniknął gdzieś cienistym krokiem, dając mężczyźnie pełną swobodę ruchów. Wstał, przeciągnął się, dopił piwo, a butelkę wrzucił Sessowi do namiotu. Rozmasował bark i sam użył kroku, by pojawić się tuż przed biało listną sylvari.
- Masz chwilkę Morgi? - Zapytał unikając jej odruchowego ciosu sztyletem.
- Uh... Nie pojawiaj się tak nagle, o co chodzi? - Już w pełni rozluźniona chowając sztylet - Za chwilę idę na wycieczkę do Lwich z ligą.
- To świetnie się składa - Uśmiechnął się i poklepał ją po ramieniu, przybliżył usta do jej ucha i powiedział coś szeptem. 
Sylvari spoglądała w dal w trakcie gdy mówił, a po chwili po jej listkach skoczyło kilka iskier.
- Żartujesz sobie? - Zdziwiona i szczęśliwa zarazem.
- Nie  - Odpowiedział z lekkim uśmiechem i ruszył w stronę drogowskazu, zostawiając ją w jeszcze lepszym humorze niż zwykle ma.
« Ostatnia zmiana: Styczeń 01, 1970, 01:00:00 wysłana przez NULL »

Emhyr Reiss

  • Kandydat
  • *
  • Wiadomości: 74
Miłość


Do małego, skromnego pokoiku w Lwich, wpadły przez okno pierwsze promenie słońca. Sunąca, złota kurtyna odsłaniała scene, której aktorzy byli jeszcze pochłonięci przez odpoczynek we śnie. Białolistna sylvari mruknęła niezadowolona, gdy promienie słońca dotknęły jej zamkniętych powiek. Zacisnęła je mocniej, a listki na głowie przesunęła tak, by na jej twarz padał cień. Szelest tego ruchu był jedynym dźwiękiem jaki wyróżniał się z nocnej orkiestry wdechów, wydechów i patologicznych sąsiadów spod siódemki. Poranna kłótnia o zawartość lodówki, dźwięk rozbijanej o ściane butelki i huk wywracanych mebli, mógł znaczyć tylko jedno.
- Pora wstawać - Mruknął spod jej liści męski głos.
- Grrrr... - Zawarczała - ... Jeszcze pięć minut.
Chłopak wygramolił się z pościeli i założył ręce za głowe z zamkniętymi oczami opierając się o poduszke. Wsłuchiwał się w awanture za ściana, słuchając do znudzenia podobnej kłótni. Przez jego umysł przeskoczył mikro sen, miks wspomnień z ostatnich dni. Mobilizacja January gdy "kiciusie" potrzebowały pomocy z atakiem Brandedów, walka, poznanie nowych osób, powrót, ognisko, oraz wczorajszy wypoczynek. Jego jaźń do rzeczystości przerwał dźwięk krzyku
- Znowu przesoliłaś chleb ty kretynko!
Emhyr otworzyl oczy i mlasnął kilkukrotnie.
- Pięć minut mineło.
- Słysze... Idź za mnie do pracy co? Jestem wykończona.
- Zależy co będe z tego miał - Uśmiechnął się ogłądając jak Morgianna gramoli się pod kołdrą. Uniosła listki i spojrzała na niego sennym wzrokiem.
- Nie zapie*dole cie, dam buziaka i może nawet zrobie śniadanie.
- Hmm... Kusiasz strasznie. I tak nie moge. Już za dużo opuściłaś. Nadame pewnie jest na ciebie wściekła.
Sylvari prychnęła coś i zturlała się z łóżka na podłogę, pokazując chłopakowi to co aktualnie chciał zobaczyć. Szczególnie gdy wstała i przeciągnęła się w jego kierunku, by ostatecznie poklepać się po policzkach.
- Fakt. Koniec wakacji, ale randka była cudowna - Nachyliła sie nad nim i pocałowała w czoło podając okulary - Steeleye Span, musi być częściej atakowane. Te stwory, te wybuchy, współpracujące rasy, no i ten statek... Jak on wydupczył w te kolosy...


Chłopak przysłuchiwał się jej słowom, przestał słyszeć którąś z kolei kłótnie państwa Ringów. Była w tej chwili tylko ona i jej głos który tak lubił słyszeć. Westchnął, rozmarzył się, a nagle poczuł ból nagłego ciosu w twarz.
- Orientuj sie! - Krzyknęła do niego, skacząc by docisnąć go do ziemi. 




Nadame chodziła od poranka po targu w Lwich przyciągnięta chęcią kupna wina. Wybór był spory, wręcz przerastający jej możliwości. Było tyle rodzajów, kolorów, smaków czy kształtów butelek, że wiedziała że sama się z tym nie upora. Skręciła na znajomą budkę, trzecia alejka, tuż za warsztatem kucharskiem Marty Świestler. Poprawiła okulary i zerknęła na poddstarzałego, łaciatego asura trudzącego sie naprawą i renowacją golemów.
- Nada! Słoneczko ty moje śliczne puchate, w czym moge pomóc? Nie mam długów, więc przyszłaś coś kupic... Prawda? - Dodał po chwili niepewności
- Znasz kogoś kto sie zna na winach?
- Wina? Kobieto! Mój syn ma własną rozlewnie nieopodal Gendarran. No dobra, nie syn tylko jego żona. Dobra, nie żona tylko koleżanka z pracy. A raczej nie koleżanka, tylko sprzedaje mu wina co tydzień... Ale ma sie te znajomości!
Mina kobiety sugerowała, że nie takiej odpowiedzi oczekiwała. Przymknęła lekko oczy i schowała usta w szalik zaciskając dosadnie pięści rękawic. Asur przełknął ślinę. Wbiegł do warsztatu i wybiegł z niego trzymając w dłoniach małego, niebieskiego golema z kocimi wąsami i uszkami w złotych obramówkach.
- P-prosze! To pan Kitten, osobisty golem. Bardzo popularny model. Ma wgrany program degustacyjny. Wystarczy że zeskanuje butelke... 
- Dziekuje - Rzekła uśmiechnięta i ruszyła z golemem na targ. - Do zobaczenia!
Asur zgłupiał. Stał przez chwile w miejscu i obserwował ją jak odchodzi.
- Zaraz... Mi sie wydawało, czy ona się uśmiechnęła?
Zamrugał parę razy, wszedł do wnętrza warsztatu, otworzył szafkę i wyjął z niej baniak pięciolitrowy z przeźroczystą substancją.
- Nigdy, więcej bimbrze! - Krzyczał wyrzucając go do śmieci
« Ostatnia zmiana: Kwiecień 26, 2016, 18:11:26 wysłana przez Emhyr Reiss »

Emhyr Reiss

  • Kandydat
  • *
  • Wiadomości: 74
Miłość


Do małego, skromnego pokoiku w Lwich, wpadły przez okno pierwsze promenie słońca. Sunąca, złota kurtyna odsłaniała scene, której aktorzy byli jeszcze pochłonięci przez odpoczynek we śnie. Białolistna sylvari mruknęła niezadowolona, gdy promienie słońca dotknęły jej zamkniętych powiek. Zacisnęła je mocniej, a listki na głowie przesunęła tak, by na jej twarz padał cień. Szelest tego ruchu był jedynym dźwiękiem jaki wyróżniał się z nocnej orkiestry wdechów, wydechów i patologicznych sąsiadów spod siódemki. Poranna kłótnia o zawartość lodówki, dźwięk rozbijanej o ściane butelki i huk wywracanych mebli, mógł znaczyć tylko jedno.
Pora wstawać - Mruknął spod jej liści męski głos.
Grrrr... - Zawarczała - ... Jeszcze pięć minut.
Chłopak wygramolił się z pościeli i założył ręce za głowe z zamkniętymi oczami opierając się o poduszke. Wsłuchiwał się w awanture za ściana, słuchając do znudzenia podobnej kłótni. Przez jego umysł przeskoczył mikro sen, miks wspomnień z ostatnich dni. Mobilizacja January gdy "kiciusie" potrzebowały pomocy z atakiem Brandedów, walka, poznanie nowych osób, powrót, ognisko, oraz wczorajszy wypoczynek. Jego jaźń do rzeczystości przerwał dźwięk krzyku
Znowu przesoliłaś chleb ty kretynko!
Emhyr otworzyl oczy i mlasnął kilkukrotnie.
- Pięć minut mineło.
Słysze... Idź za mnie do pracy co? Jestem wykończona.
Zależy co będe z tego miał - Uśmiechnął się ogłądając jak Morgianna gramoli się pod kołdrą. Uniosła listki i spojrzała na niego sennym wzrokiem.
Nie zapie*dole cie, dam buziaka i może nawet zrobie śniadanie.
Hmm... Kusiasz strasznie. I tak nie moge. Już za dużo opuściłaś. Nadame pewnie jest na ciebie wściekła.
Sylvari prychnęła coś i zturlała się z łóżka na podłogę, pokazując chłopakowi to co aktualnie chciał zobaczyć. Szczególnie gdy wstała i przeciągnęła się w jego kierunku, by ostatecznie poklepać się po policzkach.
Fakt. Koniec wakacji, ale randka była cudowna - Nachyliła sie nad nim i pocałowała w czoło podając okulary - Steeleye Span, musi być częściej atakowane. Te stwory, te wybuchy, współpracujące rasy, no i ten statek... Jak on wydupczył w te kolosy...


Chłopak przysłuchiwał się jej słowom, przestał słyszeć którąś z kolei kłótnie państwa Ringów. Była w tej chwili tylko ona i jej głos który tak lubił słyszeć. Westchnął, rozmarzył się, a nagle poczuł ból nagłego ciosu w twarz.
Orientuj sie! - Krzyknęła do niego, skacząc by docisnąć go do ziemi. Oboje zaczeli się turlać, Em zgiął kolana, zaparł się stopami o jej brzuch i wystrzelił prosto na ścianę o którą walnęła z sykiem i uśmiechem. Osunęła się obok niego, doczołgała na wysokość jego twarzy i odwróciła twarz do swojej palcami. Nie musiała nic mówić, jej wzrok zastępował jakiekolwiek wyznanie, a ich złączone usta tylko w tym ich upewniły.




Nadame chodziła od poranka po targu w Lwich przyciągnięta chęcią kupna wina. Wybór był spory, wręcz przerastający jej możliwości. Było tyle rodzajów, kolorów, smaków czy kształtów butelek, że wiedziała że sama się z tym nie upora. Skręciła na znajomą budkę, trzecia alejka, tuż za warsztatem kucharskiem Marty Świestler. Poprawiła okulary i zerknęła na poddstarzałego, łaciatego asura trudzącego sie naprawą i renowacją golemów.
Nada! Słoneczko ty moje śliczne puchate, w czym moge pomóc? Nie mam długów, więc przyszłaś coś kupic... Prawda? - Dodał po chwili niepewności
Znasz kogoś kto sie zna na winach?
Wina? Kobieto! Mój syn ma własną rozlewnie nieopodal Gendarran. No dobra, nie syn tylko jego żona. Dobra, nie żona tylko koleżanka z pracy. A raczej nie koleżanka, tylko sprzedaje mu wina co tydzień... Ale ma sie te znajomości!
Mina kobiety sugerowała, że nie takiej odpowiedzi oczekiwała. Przymknęła lekko oczy i schowała usta w szalik zaciskając dosadnie pięści rękawic. Asur przełknął ślinę. Wbiegł do warsztatu i wybiegł z niego trzymając w dłoniach małego, niebieskiego golema z kocimi wąsami i uszkami w złotych obramówkach.
P-prosze! To pan Kitten, osobisty golem. Bardzo popularny model. Ma wgrany program degustacyjny. Wystarczy że zeskanuje butelke... 
Dziekuje - Rzekła uśmiechnięta i ruszyła z golemem na targ. - Do zobaczenia!
Asur zgłupiał. Stał przez chwile w miejscu i obserwował ją jak odchodzi.
Zaraz... Mi sie wydawało, czy ona się uśmiechnęła?
Zamrugał parę razy, wszedł do wnętrza warsztatu, otworzył szafkę i wyjął z niej baniak pięciolitrowy z przeźroczystą substancją.
Nigdy, więcej bimbrze! - Krzyczał wyrzucając go do śmieci.




Foxomi siedział sam w lecznicy. Aktualnie nikogo poza nim w niej nie było. Teryn znowu się gdzieś szlajał, mimo iż dopiero wrócił ze swojej eskapady. Stara kobita powiedziała, że jej dzisiaj nie będzie, a koleś od włóczni w tyłku prosił by nikomu nic nie mówić. Mężczyzna westchnął odkładając na bok książke, poprawił okulary i sięgnął do szafki po materiały. Właśnie miał kończyć maskotki dla Astruum. Postanowił, że skoro to ma być prezent i dla niej i dla jej przyjaciółki, to wykona ich miniaturki, dając każdej swą kieszonkową przyjaciółke. Gdy już miał położyć materiały na stoliku, na krześle naprzeciw pojawiła się znana mu, białowłosa postać trzymająca na kolanach czarnego kociaka. 
Nie przeszkadzaj sobie.
Foxomi obserwował go chwile, rozłożył materiały, usiadł, sięgnął po nitke i zaczął szyć.
Czytałeś ogłoszenie? A nie... Sam je pisałeś - Rzekł uśmiechnięty drapiąc kociaka pod brodą. - Możesz mi wyjaśnić swój cel? Co chcesz tym osiągnąć? Jakie masz zamiary? Czy udźwigniesz ciężar swych decyzji?
Lekarz nie reagował, w spokoju profilował prawe uszko pluszowej asurki.
Rozumiem. Swoją drogą ładnie tutaj, po wszystkim będe mógł dołączyć do ligii? 
Jeśli zrobisz to z własnej woli i dożyjesz tego czasu, nie widze przeciwwskazań. - Odpowiedzial mu z nitką w zębach. - Jednak teraz to ja chce cie o coś spytać. Mówiłeś po co tu przychodzisz, jednak widziałem też jak obserwowałeś jak razem idą w strone willi. Twój powód przestał istnieć, więc co tu robisz?
Aua... Prosto w serce - Zaśmiał się mrukliwie i podrapał kociaka po brzuszku - Czy słowo "ciekawość" coś ci mówi? A może... Fascynacja?
Foxomi przerwał szycie i spojrzał na niego zza okularów. Poprawił je palcem i dosunął mocniej przepaske na oko by mu nie spadała.
- Cień?
Viral nie odpowiedział. Położył kociaka na stoliczku, pozwalając mu wbić pazurki w kłębek nici który tam stał. Zaczesał włosy za ucho, teatralnie się ukłonił i wyszedł.
« Ostatnia zmiana: Kwiecień 26, 2016, 19:01:01 wysłana przez Emhyr Reiss »

Morgianna

  • Kandydat
  • *
  • Wiadomości: 7
Wschód




Jedno zdanie zmieniło część postrzegania przeze mnie świata. Hipokryzja oraz sposób jego wypowiedzenia sprawiły, że coś wewnątrz mnie pękło. Spojrzałam na istotę je wypowiadające i nie mogłam uwierzyć przez pierwsze sekundy. Jednak to prawda. Wszystko co słyszałam w karczmie, podczas spotkań z siostrą czy futrzastym okazały się prawdą. Część mnie umarła, a raczej obserwowałam jak umiera przez najbliższe minuty misji z liga. W pewnym momencie poddałam się, schowałam broń i po prostu podążałam za nimi do końca katakumb. Nie pamiętam dalszego przebiegu i szczerze, niewiele mnie to obchodzi. Wróciłam do siostry i poprosiłam ją o drobną przysługę, o chęć przyłączenia się do pająków. Po co? Dla własnej satysfakcji, dla możliwości i dla odzyskania poczucia wolności które straciłam kilka godzin wcześniej. Strój miałam gotowy jak się okazało, Emhyr chciał go wykorzystać w nieco inny sposób, lecz moje jego wykorzystanie też mu się spodobało. Nie pozostało nic innego jak skompletować maskę, chciałam się nieco wyróżniać się po prostu pomalowałam twarz w sposób uniemożliwiający identyfikacje. Nieco się na tym znam, chciałam być aktorką, to pestka. Czaszka symbolizowała w pewien sposób śmierć jednej osoby, oraz narodziny drugiej. Spojrzałam inaczej na miasto ze swojego ulubionego miejsca, fascynował mnie ten widok jak zawsze, jednak teraz w innym tego słowa znaczeniu. Moje plecy przeszedł dreszcz, moje palce dygnęły, liście na głowie zadrżały. Słońce powoli wstawało rozświetlając okolicę złotem, mieszając się z uciekającym przed promieniami cieniem. Pouczający widok nad rozmyślaniami którego spędziłam kilkanaście najbliższych minut. Wasp jest dziwnie sentymentalna w porównaniu do Morgianny. Nie wiem. Nie dbam o to w tej chwili. To zabawne jak zdanie wypowiedziane przez jedną asurę może diametralnie zmienić twoje życie. Moje rozmyślania jak zwykle przerwał dotyk gładkiej skóry na moim policzku, jego ciepło zawsze poprawiało mi nastrój. Nie ważne czy jako Wasp, czy jako Morgianna. Czy on jako Fox, czy jako Emhyr. Jego obecność powoduje u mnie dokładnie takie same odczucia.
Lepiej? - Zapytał stojąc w swoim stroju z puchatym kołnierzem i kapturem zasłaniającym twarz. 
Lepiej.
Nie trzeba było mówić nic więcej, po prostu przykucnął obok mnie i obserwował ze mną jak miasto budzi się do życia, a wraz z nim, nowa część mnie.




Zachód




Kwestia szczęścia? Dar losu? Zrządzenie przypadków? Utknięcie we fraktalu? Echo przeszłości? Sen? Śpiączka? Halucynacje? Omamy? Szaleństwo? Reinterpretacja wspomnień? Skąd mamy wiedzieć czy to co jest dookoła nas nie jest staranną, zaprojektowaną iluzją a naprawdę poruszamy się po pustej przestrzeni okrytą nieskończoną mgłą? Co jeśli od dawna jesteśmy już martwi? 

Czy to są pytania na które chcemy znać odpowiedź? Nie. To są pytania na które próbujemy znaleźć odpowiedź, ale nie chcemy jednocześnie jej poznać. Więc po co szukać? Właśnie. Życie tym co jest teraz, to mnie nauczyło to miasteczko. Pozbawione obiecanej pomocy zadupie na Dry Top o którym przypomniała sobie Liga po czym jak odłączyła się od Bractwa. Niemal rok po tym jak Kari zdewastowała twarz potwora z kopali kopnięciem, a my obiecaliśmy wrócić w końcu zebraliśmy się pomóc. Po co poszedłem wtedy z ligą? By zobaczyć ruiny miasta, tego się spodziewałem. Opustoszałej mieściny, albo ledwo żywych niedobitków mieszkańców. Ocalałych z tej okolicy, którzy po przypomnieniu sobie kim jesteśmy wygonią nas kamieniami. To mi podpowiadała jedna z części wspomnień, druga siedziała cicho i po prostu rozluźniłem się gdy zobaczyłem jak to miejsce prosperuje mimo wszystko. Chyba o to w tym chodziło, w nadziei. Miałem ciągłą nadzieje i cóż, jestem z tego dumny co robimy dla tego miejsca...

Mógłbyś się zamknąć? Próbuje spać.
Wybacz...

Januara. Ona też doskonale pamięta to miejsce i bez wahania chciała mi pomóc. W tej chwili siedzimy tutaj i obserwujemy wieczorny trening zalecony przez kobietę. Tak właściwie to ja obserwuje, bo ona idzie spać. Eh. Ciężko jest ją rozgryźć. Nie ważne. Ważne jest, że ludzie którzy tu są stają się silniejsi z dnia na dzień. Ona uczy ich zdolności bojowych, a ja szkole przyszłych medyków. Gdy mnie nie ma, lecznicą zajmuje się Diana, moja najlepsza uczennica. Będę musiał polecić ją Aurrzę by dostała jakiś wakat, bo dziewczyna ma bez wątpienia talent ale jest... Cóż. Lubi pieniądze jak pewien mgielny w garniaczku.

Wdech. Wydech. Uśmiech.


Na czym to ja? A... Pomoc temu miejscu, w sumie muszę się przyznać w końcu sam przed sobą. Nie przychodzę tutaj tylko dla tych Zefirytów, tych górników, czy dla aprobaty ligii. To z początku nie było moim celem, jednak z czasem pojawiła się myśl że robię to też z tego powodu. Z jakiego zapytasz? To proste. Jestem mężczyzną, a każdy mężczyzna prędzej czy później trafia czy to szczęściem, czy to przeznaczeniem, a może utknął w idealnym śnie i nie chce z niego wyjść? Nie ważne jak, ważne że przychodzi taki moment gdy uśmiecha się na widok pewnej osoby i robi mu się cieplej w okolicach płuc. Nie. To nie miłość. Chociaż jest blisko. Jak to nazwać? Nie ważne... Nie o tym jest ta autonarracja. Ona jest po to bym mógł wyjaśnić sam przed sobą czemu o zachodzie słońca siedzę w cieniu osuszonego kawałka drewna na środku zadupnego miasteczka obserwując bandę mężczyzn stojących z wiadrami jedną nogą na pniaku. Otóż czekam na kogoś, oto jest odpowiedź. Długa, powalona i... Sprzeczna. Jak ja.

- Mówiłam ci... Zamknij się.
- Przecież mówię w myślach, o co ci chodzi?

Podniesienie głowy, rozejrzenie się w lewo, w prawo. Prychnięcie.

- Myśl ciszej. Obudziłeś mnie.
- Wybacz.

A oto i ona. Mimowolnie czuje uśmiech na swojej twarzy, przestaje myśleć o innych rzeczach. Po prostu przestaje, nagle staje się po prostu sobą. Prawdziwym i tylko sobą.


沈黙

« Ostatnia zmiana: Styczeń 01, 1970, 01:00:00 wysłana przez NULL »

Eadoinn

  • Kandydat
  • *
  • Wiadomości: 2
Tres Stella Locutus est




Oczyszczenie jakiego potrzebowałem po podróży w Gaju miało mi zająć zaledwie parę dni, zwiedzanie tego wspaniałego kontynentu pieszo wymaga czasu, a doświadczenia które zebrałem w trakcie tej wspaniałej podróży emonowały dookoła mnie i łaknąłem więcej, nigdy bym nie przypuszczał że przystanek podróży dla odpoczynku zmieni się w jeden z najszczęśliwszych okresów w moim życiu.

Wszystko zaczęło się niewinnie, po prawie dwudziestogodzinnym śnie udałem się podziwiać owoce które wydaje Matka. Lubiłem je obserwować, dawało mi to niesamowitą przyjemność podziwianie jak ze snu budzą się kolejne pokolenia moich braci i sióstr. Pulsujące delikatną zielenią i błękitem nasiona zwisały w różnych odstępach nad ziemią, a jedno z nich przykuło moją uwagę i cóż... Poczułem że podróż może poczekać. Nasiono to było największe ze wszystkich i unosiło się około dwóch metrów nad ziemią, w środku widać było przez cienką powłokę spore już istoty. Dopytywałem o nie Menderów, a ci pozwolili mi pomóc przy pielęgnacji. 

To był długi okres z perspektywy czasu, lecz krótki z perspektywy mojej. Minęło niczym chwila, niczym mrugnięcie oka, jak zachód słońca który wieścił zbliżający się ważny rozdział mojego życia. Gdy nastała noc, otaczająca roślinność zaczęła jarzyć się by oświetlić miasto, owoc poruszył się...

Przyznam że radość, euforia i szczęście jakie mnie wtedy przepełniło spowodowało że niewiele pamiętam szczegółów z tego wydarzenia. Biegałem dookoła, wołałem menderów, poleciałem do domu po koce i ubrania które wcześniej kupiłem, a gdy wróciłem pod miejscem owocu siedziały już trzy istoty. Ciepło rozeszło się po moim ciele na ich widok, byli jednocześnie do siebie tacy podobni, a jednocześnie tacy inni. Podszedłem do nich powoli, przyklękając i wysuwając w ich stronę ubrania. Reakcje oczywiście były różne, z których śmieję się do dziś.

Pierwsza, niczym typowy kot za którego ducha jej uważam, spojrzała na ubrania, przekręciła głowę i wywróciła na plecy. Nie interesowały ją w ogóle, nagle zerwała się na nogi i zaczęła biegać dookoła i podziwiała inne owoce, innych sylvari, lecz rzeczą która zatrzymała ją oraz pościg mendera który za nią pogonił był widok z latorośli na którą się wspięła. Nie wiedzieć czemu, w porównaniu do mendera nie panikowałem. Skądś wiedziałem że piętnaście metrów to za mało dla niej, ona już umiała się wspinać.

Druga z kolei spojrzała na ubrania, przyjęła je, powąchała i odłożyła na bok. Jej duchem na pewno jest pies, nikt inny nie jest tak wierny i posłuszny jak ona... No dobra, czasami. Ale mimo to obronna, gotowa do chronienia słabszych, a w pierwszych dniach swojego istnienia wolała przebywać w zagrodzie z psami niż z własnym rodzeństwem, z którymi miała bardzo bliski kontakt dopiero potem.

Trzeci, jedyny który założył ubrania i wpatrywał się w siostry w milczeniu z fascynacją w oczach. Zawsze był małomówny, cichy i stonowany nawet już od dnia obudzenia. Niczym Wrona stał z boku, obserwował i albo szybko dziobał, albo odlatywał znikając na długi okres czasu. Jako pierwszy zaczął mówić do mnie "Ojcze", co siostry podchwyciły...

Ich gromadka bywała kłopotliwa, szczególnie gdy siostry zaczynały się kłócić. Próby ich opanowania kończyły się wizytą u lekarza, ale dla mnie... 

Nigdy nie wchodźcie pomiędzy dwie walczące siostry, to tak jakbyście próbowali dłońmi powstrzymać da toczące się na siebie głazy. Nauczyłem się tego dopiero za drugim razem, gdy ocknąłem się z poparzeniami po dwóch dniach, a zapłakane leżały obok i przepraszały. Nie miałem im tego za złe ani trochę, wyciągnęły z tego naukę. Właśnie, nauka, na niej spędziliśmy prawie trzy lata które zostałem w Gaju. Uczyłem ich wszystkiego co wiem o świecie, i każdego interesowało w sumie co innego co dawało mi spore pole do popisu.

Nasza kocica strasznie była zafascynowana światem ludzi, ich stylem życia, ubiorem, lecz najbardziej fascynowali ją przestępcy. Kiedyś zapytałem ja:
- Januaro, dlaczego tak cię fascynują złe istoty?
- Nie są złe Tato, tylko dobre na swój własny i oryginalny sposób.
Długo powątpiewałem w jej intencje, bałem się nawet że zstąpi na drogę koszmaru. Niemniej na szczęście się przeliczyłem, przestałem się bać gdy usłyszałem z jej ust "Nie ma dobra i zła, są tylko decyzje i jej konsekwencje". Wtedy zrozumiałem jej postrzeganie świata. Szukała wszędzie racji i powodów. Jeśli ktoś zrobił komuś krzywdę, ona szukała powodu który to spowodował. Widziała w nich zarówno oprawców, ale i cudze ofiary. W końcu jeśli ktoś napada na piekarnie, to mało kto widzi że to dlatego że od tygodnia nic nie jadł. A ona to widziała i rozumiała...

Morgianna głównie interesowała się handlem i piratami, ciekawe połączenie. Mniej-więcej podzielała pogląd siostry z tą różnicą że nie uważała by powody mogły usprawiedliwiać czyny. Wiecie ile godzin spędziły na odbudowywaniu rzeczy które ta różnica w poglądach zniszczyła? W każdym razie łaknęła wiedzę równie chętnie, uważała że z każdym można handlować i liczyła wszystko co do miedziaka. Ona z całej trójki umiała dobrze dysponować pieniędzmi. Jeśli by dać każdemu po srebrnej monecie, to ona wróci do domu wieczorem z czterema.

Najdłużej szukałem kontaktu z Wroną, jego styl bycia bardzo utrudniał nauki. Nie wiedziałem czym go zachęcić do kontaktu z rodzeństwem innym niż ja i mu najbliższe siostry. Z pewnego powodu się ich nawet obawiał, w końcu poznałem przyczynę jego strachu. Była to jego indywidualność, którą uważał że poprzez zbliżanie się traci. Nie widząc innego wyboru, nauczyłem go mantry która wygłuszała kontakt z innymi sylvari. Dopiero wtedy, gdy przestał ich słyszeć ze spokojem zaczął wychodzić z domu i się uczyć. Ku mojemu zdziwieniu pewnego dnia pokazał mi symbol organizacji do której wstąpił. Szanowałem jego wybór i jak to Zakon wymaga, zachowałem w tajemnicy. Gdy wracał do domu ze "spacerów", był bogatszy w wiedzę i umiejętności techniczne które wykorzystywał w swoim małym hobby.

Cała trójka była wspaniała, lecz w dniu ich trzecich urodzin poczułem zew kolejnej wyprawy. Mimo zaproszenia, nie skorzystali. Nie czuli się pewnie jeszcze na tyle by opuszczać rodzinne strony, więc obiecałem wrócić...





Przez pięć lat nieobecności,
mój sen miał do nadrobienia sporo zaległości,
syn pogrążony w koszmarze,
córka jedna z mężczyzną o krótkim życiu darze,

Gildia którą spotkałem przeznaczeniem się okazała,
gdyż każde z mych dzieci korzenie z nią związała,
jedni wspominają ich ciepło,
inni cieszą się z ich niebytności rychło,


Co mi więc zostaje, jako ojcu dumnym ze swych dzieci?
Dopilnować by czas jaki sobie ułożyły, miał lecieć jak leci.


« Ostatnia zmiana: Styczeń 01, 1970, 01:00:00 wysłana przez NULL »

Lazarus

  • Iskra chaosu
  • Kandydat
  • *
  • Wiadomości: 312
White Fox







Gdy zachodzi słońce mrok wygrywa ze światłem,
Widzisz to gdy masz się pożegnać ze światem,

Trzydzieści sześć razy cztery sezonów nad tym niebem,

by poznać w końcu swą drogę i podróżować sam otoczony śniegiem.


Biała jego droga spowita złotym okręgiem po jednej głowy stronie,

barwi się szkarłatem oczekując aż ziemia twe ciało wchłonie,

chłód stali i ciepło opadającego z hukiem ciała,

jest wystarczającym sygnałem dla innych że za późno na nauki celowania.

Strach przyćmiewa umysł gdy cień okrywa białą lisa postać,

jego szybkość i magia pozwala mu się za obronę wroga dostać,

mijają chwilę goryczy wrzasku agonii letargu dźwięki,

byście moje panie wiedziały że i na wasze odporny jest wdzięki.

Nie ma jednak obaw kochane moje drogie,

on nie poluje na was ani waszych mężów czy dzieci dusze ubogie,

cel ma jeden jedyny zaszkodzić pewnej istocie,

a czy prawu będzie musiał stanąć naprzeciw to już powie w twarz temu co go szuka idiocie.





Sylvari przeciągnął się i odłożył pióro z uśmiechem gładząc kota pod brodą, oparł stopy na stoliku i westchnął przymykając oczy i bujając się na krześle odchylił głowę do tyłu zwracając twarz ku sufitowi. Bujał się tak chwilę zginając kolana, oraz pozwalając odpocząć umysłowi. Jedynym dźwiękiem jakie dochodziły do jego umysłu było ciche skrzypienie krzesła i mruczenie Vera, który powoli przysypiał jak to na niego przystało. W końcu ponownie siadł wyprostowany, otworzył oczy, przewrócił zeszyt na następną stronę i zamoczył pióro w atramencie.



Dym i Ogień







Pośród lawy płomieni nastąpiła ciszy chwila,

gdy śmierć otacza ich przyjaciela i nie planowała być miła,

warbanda podziwiała objęcia boga podziemia gdy zaciskał swe szpony na charrze,

wtedy też inny stwierdził "dość" i sprzeciwił się lecąc również ku koszmarze.

Zaczęła się gra o przetrwanie lawy i dymu, 

rzucone wyzwanie śmierci pośród wielu śmierci i pyłu,

łańcuch zaklęty z dymu wyrwać z rąk zagłady kota zaczynał,

a jego odwaga zaczęła proces ratunku który go powstrzymał.



Vesuvio to tak brzmi imię bohaterskiego elementalisty tego,

okrył się sławą w mych oczach dzięki zignorowaniu planów boga śmierci jedynego,

zagrał w grę stawiając na szali życie swoje i powodzenie misji,

tylko dla jednego istnienia które zignorowałoby wielu z racji utraty dywersji.





Hmmm... - Zastanowił się chwilę sylvari, po czym pogniótł kartkę z wierszem i wrzucił do kosza - Słabe. Napisze potem. Lepsze. Zasłużył na to.


自己評価
« Ostatnia zmiana: Sierpień 25, 2016, 16:16:46 wysłana przez Lazarus »