Autor Wątek: Sanktuarium - Początek końca  (Przeczytany 520 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Glacial

  • Specjalista
  • ****
  • Wiadomości: 1057
  • Płeć: Mężczyzna
  • Nałogowy Altoholik

             Kampania na Orr rozpoczęła się już jakiś czas temu. Trzy największe zakony Tyrii zjednoczyły się pod jednym sztandarem, w szczytnym celu jakim było zabicie Starożytnego Smoka. Jeszcze nigdy wcześniej, nikt nie był tak blisko, czegoś co do niedawna wydawało się być jedynie marzeniem, które nie ma prawa się ziścić. A teraz? Marszem na Arah żyje cała Tyria. No, prawie cała. Choć oczy większości skierowane są na południe, nie wszyscy mogli osobiście wziąć udział w tym historycznym i militarnym ewenemencie. W wykutym w litej skale pośród szczytów Shiverpeak Mountains, Klasztorze Durmanda wciąż przebywali badacze, którzy w tym momencie, z najróżniejszych powodów, nie byli zaangażowani w walkę ze smokiem. Jednym z nich była czerwonokora sylvari o krótkich, czarnych liściach na głowie. Aerie, bo tak brzmiało jej imię, należała do grupy badawczej Arkanisty Roberta Blackwell'a, której członkowie zajmowali się rozwiązywaniem Tyryjskich zagadek i legend, których rozwikłania nie chciał podjąć się nikt inny. Choć podczas ich pracy, bardzo często okazało się, że za nadprzyrodzonymi zjawiskami tak naprawdę stała fizyczna osoba, która próbowała zyskać coś dla siebie, od czasu do czasu mieli okazję rozwiązywać prawdziwe tyryjskie legendy i tajemnice.
             Aerie była nieodłączną częścią tej grupy. Kochała to, czym się zajmowała. Możliwość przeżycia przygód ze swoimi przyjaciółmi zawsze napawała ją wielką radością i ekscytacją. Poznawanie nowych osób, gatunków i praw jakimi rządzi się Tyria było czymś, czego nie wymieniłaby na żadne inne doświadczenia. Od zawsze wyróżniała się swoim zachowaniem spośród innych badaczy w Klasztorze. Dostrzegała piękno tam, gdzie inni nie byli w stanie. Wierzyła, że wszystko co ją otacza, warte jest uwagi, której często jest pozbawione. W końcu nawet najmniejsze stworzenia, wydarzenia i gesty, tworzą świat, w którym przyszło jej się pojawić. Cykl życia i śmierci, zmiana pogody w ciągu roku, proces dorastania, którego sama jako sylvari nie była w stanie doświadczyć. To wszystko sprawiało, że czasami aż ciężko było jej uwierzyć w to, jak skomplikowany, złożony i niesamowity jest świat dookoła. Wyjątkowość płatków padającego śniegu, pośród których próżno było szukać dwóch takich samych, czy chociażby proces przemiany gąsienic w motyle. To właśnie one były dla niej symbolem tego, co było dla niej najważniejsze - nieustannej zmiany.
             Ubrana w czarne dżinsy, czerwoną liściastą koszulę z ozdobnym czerwonym motylem na ramieniu, sylvari właśnie wracała ze spotkania ze swoim przełożonym. W dłoniach trzymała kilka plików dokumentów, które musiała rozdać pozostałym członkom swojej grupy. Już niedługo mieli wyruszyć na kolejne zadanie, jednak zanim mogło to nastąpić, każdy z nich musiał wypełnić odpowiednie papiery. Aerie dotarła do swojego pierwszego przystanku, jakim była siłownia.
             Pomieszczenie to, jak można było łatwo się domyślić, zazwyczaj nie było używane przez zbyt wielu badaczy. Tutejsi mieszkańcy mieli w zwyczaju bardziej skupiać się na rozwoju umysłu, jak siły fizycznej. Właśnie dlatego pomieszczenie to nie było najlepiej wyposażone. Oczywiście można było tutaj znaleźć kompletne zestawy ciężarków, a także sztang z wymiennymi obciążnikami, parę ławeczek i specjalnie zaprojektowanych urządzeń do ćwiczeń, bazujących na mechanizmie dźwigni oraz zębatek. Mimo to, większą popularnością zawsze cieszył się sprzęt do ćwiczeń siły magicznej. Kukły, tarcze i inne ruchome cele do rzucanych zaklęć chyba jako jedyne były w tym miejscu regularnie wymieniane.
             Dzisiaj, tak, jak zazwyczaj, w środku nie było praktycznie nikogo. Przy jednym z worków treningowych ćwiczyła właśnie wysoka, czarnoskóra nornka o zielonych oczach, z wplecioną w ciemne, stosunkowo krótkie dredy niebieską opaską. Pomimo pełnej zbroi klasztornej ćwiczyła walkę wręcz, raz po razie okładając kukłę gradem ciosów wymierzonych to z prawej, to z lewej strony. Topaz, bo takie było jej imię, była zdecydowanie najbardziej wysportowaną i najsilniejszą osobą z całej grupy. Była ich tarczą i ostoją, która chroniła swoich najbliższych przed każdym złem, jakie mogło do nich dotrzeć. W Klasztorze nie posiadała wysokiego stopnia. Ba, wielu tutejszych badaczy zastanawiało się nad tym, dlaczego w ogóle dołączyła do Durmand Priory. Nie ciężko było zauważyć, że zdecydowanie bardziej nadawałaby się do organizacji pokroju Vigil. Wygląd zewnętrzny nie zawsze pokrywa się jednak z tym, jaka faktycznie jest dana osoba. Nornka zaliczała się do osób, które uwielbiały podróżować. Jej pasją było zwiedzanie nowych miejsc, poznawanie nowych ludzi, kultur i uczenie się nieznanych dotąd zwyczajów oraz tradycji, a Klasztor był miejscem do tego idealnym. Zawsze otwarta i emanująca pozytywną energią, którą szybko zarażała, stanowiła swego rodzaju baterię całej grupy.
             Nie minęła długa chwila, zanim Topaz zorientowała się, że ma gościa. Uderzyła worek przymocowany grubym łańcuchem do sufitu raz jeszcze, po czym zatrzymała go w miejscu. Obejrzała się na sylvari i od razu szeroko uśmiechnęła.
- Aerie! Czyżby mój ulubiony motylek przyszedł ze mną trochę poćwiczyć? - Od razu podeszła do niej bliżej i zaczęła jej się uważnie przyglądać. Uniosła jej jedną rękę i ku rozbawieniu sylvari, ułożyła ją tak, jak gdyby Aerie prężyła muskuły. - Uuuhuu... - Syknęła przygryzając wargę z zadowoleniem. - Widzę, że ktoś tutaj trenował. Mięśnie jak ze stali! Ktoś tu chyba odbierze mi tytuł tej "silnej"!
- Sylvari podłapała żart i sama zaczęła prężyć się niczym nie tak profesjonalny kulturysta. Obie roześmiały się serdecznie na ten widok, a nornka musiała aż otrzeć łezkę z oka. - Może odrobinkę... ale co Ty! Ciebie nigdy nie przewyższę siłą! - Odpowiedziała nornce, kończąc tym samym swoje pozowanie.
- Nigdy nie mów nigdy. - Topaz puściła jej oczko, pochwyciła ręcznik, który wisiał nieopodal i usiadła na ławeczce. Poklepała miejsce obok siebie dłonią, zapraszając bliżej sylvari. Ta skorzystała i dosiadła się zaraz obok. - To skoro nie trening, co Cię do mnie sprowadza? Już zdążyłaś się stęsknić?
- Oczywiście, że się stęskniłam! Nawet jeśli widziałyśmy się dwie godziny temu. Mam dla Ciebie mały prezent! - Od razu wyciągnęła w jej kierunku plik dokumentów, składający się z kilku kartek. Nornka przyłożyła dłoń do serca i udała zaskoczenie.
- Dla mnie? Naprawdę? Ależ nie trzeba było! - Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, co właśnie jest jej przekazywane, ale nie przeszkodziło jej to w małym aktorstwie. Odebrała papiery i przekartkowała je, szukając najbardziej interesujących ją informacji. - Już jutro, hę? Mamy zatem mało czasu na przygotowania.
- Może i mało ale co to dla nas!
- I to jest to, co chciałam usłyszeć!  - W całej ich grupie, chyba nie było nikogo innego, kto za każdym razem bardziej cieszyłby się z nowego zadania. Zarówno nornka, jak i sylvari z niecierpliwością wyczekiwały właśnie tych chwil, w których będą mogły wyruszyć w teren, a na ich szczęście miało to nastąpić już niebawem.
             W Durmand Priory znaleźć można było ogromną ilość pokoi badawczych. Często niewielkich pomieszczeń, które przeznaczone były do przeprowadzania najróżniejszych doświadczeń i testów. Jeśli mowa była o przeprowadzaniu badań, zazwyczaj konieczne było zaciszne i spokojne miejsce, w którym z łatwością można było się skupić. Kolejnym przystankiem na liście Aerie było właśnie takie miejsce. Sylvari niewiele się zastanawiając, otworzyła drzwi do niewielkiego pokoiku na dolnym poziomie klasztoru i natychmiast musiała uchylić się przed jakimś małym przedmiotem, który z zawrotną prędkością przeleciał tuż nad jej głową.
- Ani kroku dalej! Eksperyment w toku! - Usłyszała zaraz na wejściu. Przybyła chyba w nieodpowiednim momencie, bowiem całe pomieszczenie wyglądało, jakby ktoś przygotował się do remontu, bądź przeprowadzki. Cały sprzęt, który znajdował się w środku, został przepchnięty do rogu i poukładany niczym puzzle, aby zajął jak najmniejszą powierzchnię. Wszystkie stoliki, gabloty, skrzynie i narzędzia badawcze, które swoją drogą, trochę ważyły, zostały usunięte w celu utworzenia pustej przestrzeni.
             Właśnie tam, przy składowisku sięgającym niemal samego sufitu stał Mexx - asura w szatach klasztornych z krótkimi uszami wystającymi z bujnej czupryny blond loków i niebieskimi, bystrymi oczami, które z zafascynowaniem wodziły za przemieszczającym się po całym pokoju przedmiocie. Z powodu prędkości z jaką się poruszał, ciężko było zauważyć czym dokładnie był ten niewielki obiekt. Raz za razem odbijał się od środków okrągłych tarcz rozrysowanych na ścianach, suficie i podłodze. Opalizujący na zielono eksperyment uderzył o cele jeszcze kilkadziesiąt razy, by nagle przy jednym z nich, rozbić się i rozprysnąć w towarzystwie zielonej, błyszczącej mgiełki.
- Tak! - Asura wręcz krzyknął z zadowolenia. Wyglądało na to, że jego test zakończył się sukcesem. Natychmiast wlepił nos w swój asuriański tablet i z zawrotną prędkością zaczął wystukiwać na nim swoje obserwacje. - Równo tysiąc czterysta siedemdziesiąt trzy odbicia! Wytrzymałość zwiększona o dwanaście koma trzy procent. Prędkość zwiększona o sześć koma dwa procent. Nowa formuła okazała się wielkim sukcesem, ale może uda się jeszcze poprawić wydajność w korelacji drogi do czasu. - Mexx zdawał się zupełnie zapomnieć o tym, że właśnie ktoś go odwiedził. Zdarzało mu się to już wcześniej. Gdy wchodził w naukowy trans, czasami ciężko było go z niego wyciągnąć, a w szczególności, gdy jego eksperymenty kończyły się sukcesem. Jak na asurę przystało, nauka była całym jego życiem. Umysł był jego największą bronią i skarbem. Własny naturalny komputer, który był w stanie przetworzyć wiele informacji na raz. Uwielbiał wszelkie wykresy, symulacje i wszystko co wiązało się z probabilistyką. Jego życie czasami wydawało się wieczną oceną ryzyka i reakcji wywoływanych przez każdą akcję. Było to zarówno przydatne, jak i momentami irytujące. Obcowanie z nim nie należało do łatwych z tego powodu. Twardo stąpał po ziemi i jako wybitny realista posiadał skłonności do pesymizmu. Liczby mówiły same za siebie i tak zwane "szczęście" nie było niczym innym, jak przypadkiem z zakresu małego prawdopodobieństwa, czy też zmienną odstającą.
- Yhm... Mexx? Już można? - Aerie przez cały czas pozostawała w przejściu, nie będąc pewna, czy eksperyment został zakończony, a ona może wejść do środka. Dopiero wtedy asur przypomniał sobie o sylvari. Nie podnosząc głowy znad konsoli, machnął w jej kierunku i zaprosił do środka.
- Tak, tak. Wiedziałem, że prawdopodobieństwo pojawienia się niezapowiedzianego gościa będzie na tyle wysokie, by zaprojektować trasę pocisku w bezpiecznej odległości od drzwi.
- Nie jestem pewna czy to była bezpieczna odległość. To coś prawie uderzyło mnie w głowę.
- "Prawie", prawda? - Choć niewiele brakowało do zderzenia, Mexx najwyraźniej się tym nie przejmował. Nie doszło do niego, więc w jego mniemaniu, wykonane przez niego obliczenia były poprawne.
- Co to tak właściwie było? - Dopytała, gdy podeszła bliżej asury. Rozejrzała się po pomieszczeniu, aby lepiej przyjrzeć się rozmieszczonym dookoła tarczom.
- To? Oh! Testuję wytrzymałość pewnej substancji. Więcej nie zdradzę. - Uciął temat, nie chcąc aby szczegóły jego badań ujrzały jeszcze światło dzienne. Ufał Aerie, ale jeśli chodziło o jego pracę, wolał zachowywać wszelkie środki ostrożności. Im mniej osób zna szczegóły jego badań, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że te zostaną przedwcześnie upublicznione. Nagle, przybliżył tablet do siebie i podniósł głowę aby spojrzeć na gościa. Uświadomił sobie, że szanse na jej spontaniczne odwiedziny nie były zbyt wysokie. - Nie mów mi proszę, że mamy kolejne zadanie. Po ostatnim wciąż suszę moje ubrania, a w tym klimacie jest to naprawdę ciężkie.
- Sylvari nie była w stanie powstrzymać uśmiechu, który pojawił się na jej ustach na wspomnienie ostatniego zadania. - Tym razem nie powinno być żadnych zakładów. Nikt z nas nie przypuszczał, że Topaz może przegrać.
- Szanse na jej zwycięstwo były bliskie dziewięćdziesięciu czterech procent. Bookah oszukiwał. - Dodał naburmuszony i zaraz odebrał przeznaczone dla niego papiery. - Podpiszę je po przeprowadzeniu jeszcze kilku testów. I następnym razem zapukaj zanim wejdziesz do środka!
- Niczego nie obiecuję!
             W kolejnym pomieszczeniu początkowo panował wyraźny półmrok. Lampa naftowa przy jedynym stanowisku, na które składał się większy stół kreślarski, była przygaszona do stopnia, w którym oświetlała jedynie jej najbliższą okolicę. Dębowy blat, z rozłożonym na większości jego powierzchni i przytrzymywanym przez cztery bloczki, błękitnym papierem w cienką kratę i równomiernie narastające okręgi. Znajdujący się zaraz obok mały stolik z fiolką białej farby, paroma używanymi pędzlami o włosiu z futra dolyaka różnej grubości, miseczką z wodą i drewnianą paletą. Niewielka sztaluga z rozłożoną na niej książką z rysunkami kilku parabolicznych wykresów oraz pokaźna kupka oprawionych w skórę grubych książek, zeszytów oraz zwiniętych w rulony papirusów. Mimo ograniczonej widoczności wszystko to można było zobaczyć dość dokładnie. Choć pokoik nie należał do Aerie i z całą pewnością przeznaczony był do pracy tylko jednej osoby, sylvari całkiem często go odwiedzała. Do pracowni weszła jak do siebie. Otworzone na oścież drzwi wpuściły do środka światło lamp z korytarza, ukazując kilka kolejnych kupek zbiorów literackich, a także szeroką na całą ścianę gablotę wypełnioną wykonanymi w pracowni mapami. W towarzystwie tych wszystkich przedmiotów brakowało jednak osoby, której poszukiwała. Z ledwie zauważalnym grymasem niezadowolenia na twarzy, rozejrzała się dookoła bardzo uważnie. Właśnie wtedy poczuła, jak wokół jej talli splatają się ręce osoby, której szukała.
             Po pomieszczeniu rozleciało się kilka fioletowych motyli, zwiastujących rozwianie się iluzji, a Aerie została delikatnie pociągnięta do tyłu, aby natychmiast wylądować w czułym objęciu Alaoisa. Kora wyższego od niej o głowę sylvariego, była w odcieniu ciemnego orzecha. Podobnie jak i ona, nie miał w zwyczaju noszenia szat klasztornych, gdy nie musiał tego robić. Zamiast nich, odziany był w strój składający się z ciemniejszej, beżowej, roślinnej koszuli z ozdobionymi niebieskimi akcentami liśćmi, które oplatały jego kark i ramiona, a także z jasnych, materiałowych spodni-dzwonów z licznymi sznurkami i szmaragdowymi koralikami zwisającymi od potężnego pasa.
             Nadeszła chwila, której wyczekiwał już od dłuższego czasu. Przymknął swoje niebieskie oczy i przytulając do siebie drobniejszą od siebie istotkę, ułożył podbródek na czubku jej głowy. Uśmiechnął się łagodnie i bez żadnego słowa po prostu zaczął powoli bujać się z nią na boki. Aerie nie była bardzo zdziwiona takim powitaniem. Choć udało mu się ją zaskoczyć, sama bardzo cieszyła się z kolejnej chwili w jego ramionach. Oparła się o niego i zaśmiała bardzo cicho. Trwali w takim objęciu przez kilka minut. Gdy byli razem, czas zawsze mijał im bardzo szybko.
             Alaois należał do osób, które potrafiły dostrzec wartość w tych najmniejszych, właśnie takich jak ta chwila. Do szczęścia naprawdę nie potrzebował wiele. Wolny wieczór spędzony ze swoją ukochaną, możliwość wylegiwania się pośród wieczornej rosy i wypatrywanie spadających gwiazd, czy zwyczajny uśmiech drugiej osoby. Jego wrażliwość i łagodne usposobienie sprawiały, że praktycznie nigdy nie zawracał sobie głowy niepotrzebnymi myślami, czy zmartwieniami. Życie w jego mniemaniu było bardzo proste. Wystarczyło żyć i cieszyć się tym, co ma się dookoła siebie. Swoim miejscem w Tyrii, przyjaciółmi, którzy Cię otaczają i każdym, nawet najmniejszym uśmiechem losu. Z całą pewnością mógłby spędzić z Aerie całe godziny, zwyczajnie upajając się samym faktem jej obecności, ale sylvari nie wytrzymała w ciszy zbyt długo. Miała w końcu ważne wieści do przekazania.
- Aż tak wyraźnie było mnie słychać gdy się zbliżałam? - Odchyliła głowę do tyłu, tym samym sprawiając, że i on podniósł swoją, by mogli na siebie spojrzeć. Nie odpowiedział jednak na jej pytanie inaczej, jak tylko cichym mruknięciem. Z ich spojrzeń można było wręcz wyczytać jak wielką miłością darzyli się wzajemnie. Więź jaka ich łączyła, z całą pewnością należała do tych wyjątkowych. Gdzie ona, tam i on. Sercem, ciałem, duszą. Oboje uwielbiali te momenty, gdy zwyczajnie mogli przebywać w swoim towarzystwie. - Teraz moja kolej aby zaskoczyć Ciebie. Jutro rano znów ruszamy w teren!  - Oznajmiła uradowana. Wyrwała się z jego objęcia i szybkim ruchem okręciła się na pięcie by ustawić się do niego przodem. - Tym razem nie musieliśmy długo czekać na kolejną zagadkę do rozwiązania! Już nie mogę się doczekać aż Robert przekaże nam wszystkie szczegóły.
- Alaois uśmiechnął się wyraźniej, choć ciężko było stwierdzić czy było to spowodowane przekazaną informacją, czy też uśmiechem jego ukochanej. - Nowa przygoda? Więc te papierki są dla mnie? - Zwrócił uwagę na zwitek kartek, które teraz trzymała za swoimi plecami. Sięgnął po nie z wolna, jednak Aerie wyszła mu na przekór i odsunęła się z nimi kawałek dalej.
- Tak. Ale nie dam Ci ich od tak za darmo. - Wystawiła mu czubek języka w odpowiedzi. On natychmiast podjął wyzwanie i zbliżył się do niej, aby po raz kolejny spróbować sięgnąć po dokumenty. Znów jednak nic z tego nie wyszło. Ona była szybsza, a upór obojga sprawił, że zaraz zaczęli się kręcić dookoła i ganiać po pokoju w towarzystwie cichych śmiechów Aerie. W końcu musiała uznać jednak jego wyższość. Gdy została złapana, podniesiona, potarmoszona i wycałowana musiała przekazać mu jego formularz.
- Złapana, wycałowana. - Powiedział zagłuszany przez chichoty sylvari, gdy tylko odstawił ją na ziemię.
             Tak, jak przypuszczała, wizyta u Alaoisa zajęła jej dłużej niż powinna, a zapewne spędziłaby tam jeszcze więcej czasu, gdyby nie to, że do odwiedzenia pozostała jej jeszcze jedna osoba. Znalezienie jej nigdy nie stanowiło większego problemu. Choć Klasztor był ogromną budowlą, składającą się z wielu pięter zawiłych korytarzy, przestronnych sal wykładowych, skromnych pracowni badawczych, gabinetów i innych zakamarków, ona miała tutaj swoje ulubione miejsce.
             Wielka biblioteka nie bez powodu została nazwana wielką. Ogromna przestrzeń w całości zagospodarowana kilkupiętrowymi regałami pełnymi zwojów, kronik i manuskryptów była chyba najbardziej okazałą kolekcją książek w całej Tyrii. W tym jednym pomieszczeniu znaleźć można było tytuły ze wszystkich dziedzin, począwszy od biologii, historii, geografii, a skończywszy na tematykach, które nie do końca zaliczały się do grona naukowych. Wszystkie stanowiły jednak dorobek Klasztoru Durmanda.
             W strzeżonym przez posąg Abaddona pomieszczeniu, w związku z wyprawą wojenną, było dość pusto. W samym sercu biblioteki,  znajdował się, rozmieszczony na planie koła, labirynt utworzony z regałów z książkami. Choć dla tutejszych badaczy pokonanie go nie stanowiło żadnego problemu, osoby, które odwiedzały to miejsce po raz pierwszy, często miewały problemy z odnalezieniem się pomiędzy tym ogromem wiedzy. Reszta biblioteki podzielona była na kilka podłużnych sekcji, w których znajdowały się kolejne skupiska regałów, skrytek na zwoje, składowiska artefaktów, a także czytelnie. To właśnie w jednej z tych ostatnich, przy swoim ulubionym, ustawionym na samym końcu sali stoliku, znajdowała się Jane.
             Młoda ludzka dziewczyna o ciemnych włosach, zaczesanych do tyłu i sięgających za ramiona, siedziała przed pokaźną stertą książek, które zdążyła zgromadzić, jako czekające w kolejce do przeczytania lektury. Ubrana w szaty klasztorne dziewczyna dołączyła do Klasztoru zaledwie kilka lat temu. Co prawda nie posiadała jeszcze odpowiedniego wykształcenia, które pozwoliłoby jej na swobodne poruszanie się po Wielkiej bibliotece, jednak swoją zażartością w nauce i wyróżniającym się podejściem do obowiązków, zapewniła sobie specjalną przepustkę. W całej jej klasie nie było chyba bardziej sumiennej i oddanej misji Durmanda osoby. Jane posiadała wielkie aspiracje i pragnęła wykorzystać każdą możliwą chwilę na poszerzenie swojej wiedzy. Niestety w jej mniemaniu wiązało się to z poświęceniem większości wolnego czasu. Jej pobyt w Klasztorze zazwyczaj ograniczał się właśnie do czasu spędzanego w zaciszu biblioteki, bądź uczęszczania na, często ponadprogramowe, wykłady. Jedynymi wyjątkami, w których miała okazję wychodzić poza mury Priory były zadania z Robertem oraz nieliczne spotkania z siostrą.
             Aerie nie miała żadnego problemu z podkradnięciem się do Jane. Ta, jak zazwyczaj, była całkowicie pochłonięta swoją lekturą. Sylvari powoli ułożyła dłonie na ramionach dziewczyny, a ta prawie, że podskoczyła na krześle przestraszona.
- Spokojnie! To tylko ja! - Odłożyła ostatni komplet dokumentów na stolik i objęła Jane, na krótko się do niej przytulając na powitanie.
- Aerie... przepraszam. Przestraszyłaś mnie. - Jej uwagę od razu przyciągnęły przyniesione przez sylvari dokumenty. Nie dała tego po sobie poznać, jednak ich widok nie za bardzo ją ucieszył. Chociaż doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak wielkie ma szczęście, że może brać udział w wyprawach Arkanisty Blackwell'a, nie zawsze była do nich pozytywnie nastawiona. Pomimo posiadania bardzo dużej wiedzy z zakresu licznych dziedzin, była to jedynie wiedza podręcznikowa. Nie raz i nie dwa, na własnej skórze przekonała się, że sama wiedza czasami nie wystarcza, a dla osoby, która nigdy nie uczyła się żadnej profesji magicznej, zadania w terenie są podwójnym wyzwaniem. Z powodu niedociągnięć w swoich umiejętnościach, w sytuacjach zagrożenia, często czuła się bezradna. Nie było to nic przyjemnego, dlatego od czasu do czasu w jej myślach pojawiła się nuta wątpliwości i sceptycyzmu odnośnie udziału w tego typu przedsięwzięciu.  - Czy to jest...
- Tak! Kolejna zagadka! - Aerie nie dała jej nawet dokończyć. W jej przypadku, ekscytacja związana z nową przygodą pozostawała niewzruszona. - Świetna wiadomość, prawda?
- Mhm. Tak. Po prostu zdziwiłam się, że tak szybko. - Nie dała po sobie niczego poznać. Zamknęła książkę, którą jeszcze przed chwilą czytała i sięgnęła po dokumenty aby im się lepiej przyjrzeć.
- Może znów jakiś przystojniak spróbuje wyciągnąć Cię na scenę jako asystentkę. Wyglądaliście razem wspaniale! I jeszcze to, jak unosiłaś się w powietrzu! Ten magik był niesamowity.
- Jane zawstydziła się nieznacznie, ale zaraz odpowiedziała sylvari, aby sprowadzić ją na ziemię. - Tym razem to raczej wątpliwie. Tutaj jest napisane, że ruszamy do jakiejś kopalni w Dredgehaunt Cliffs.
- Zawsze spodziewaj się niespodziewanego. - Obniżyła ton głosu, aby spróbować naśladować Roberta. - Nawet występu magika w kopalni.
- Kiedy prawdopodobieństwo wystąpienia takiego zdarzenia wynosi jedynie trzy koma sześć procent! - Odpowiedziała udając oburzenie, którym w wypadku surrealistycznych gdybań często obdarzał ich Mexx, na co obie zareagowały cichym śmiechem.

Glacial

  • Specjalista
  • ****
  • Wiadomości: 1057
  • Płeć: Mężczyzna
  • Nałogowy Altoholik

             Przygotowania do kolejnego zadania nie zajęły zbyt dużo czasu. Każdy z członków grupy uzupełnił wymagane dokumenty, a na spotkaniu z Arkanistą Blackwell'em wyjaśniony został problem, który mają zbadać. Pomimo krótkiej przerwy po ostatniej misji, zapadła decyzja aby na miejsce wyruszyć już porankiem dnia następnego. Wiadomość ta oczywiście niezmiernie przypadła Aerie do gustu. Sylvari zdecydowanie bardziej przepadała za pracą w terenie, jak za przesiadywaniem w Klasztorze. W siedzibie prowadziła swoje własne małe badania na temat maguumiańskich roślin doniczkowych. Posiadała nawet swoją własną, małą szklarnię w jednym z pomieszczeń wypełnionych specjalnymi lampami, które gwarantowały odpowiednią temperaturę dla jej podopiecznych. Choć bardzo o nich dbała, brakowało jej wolności. Czuła się tutaj ograniczona i oddzielona od świata, w którym przecież wciąż było tak wiele do zobaczenia i odkrycia. Każda możliwość wyjścia z grupą na zadanie spotykała się zatem z jej strony z wielkim entuzjazmem i ekscytacją.
             Podobnie, choć w odrobinę mniej naiwny sposób, reagowała Topaz. Dreszcz adrenaliny, możliwość zobaczenia nowych miejsc i sprawdzenia się w nowych sytuacjach było czymś, czego nornka zawzięcie poszukiwała. Nie była wielkim badaczem. Przeglądanie ksiąg  i wiedza teoretyczna nie były dla niej. Zdecydowanie bardziej wolała praktyczne podejście i przeżycia z pierwszej ręki.
             Na zupełnie odwrotnym biegunie znajdowała się za to Jane. Kolejna wyprawa nie ucieszyła jej tak, jak najprawdopodobniej powinna. Od ostatniego wyjścia minęło zaledwie kilka dni. W tym czasie nie zdążyła jeszcze opracować założonego przez siebie fragmentu materiału na zajęcia z przyszłego semestru. Wiedziała, że wyjście z grupą oznaczało będzie zaległości względem jej i tak napiętego planu.
             Mexx także nie miałby większego problemu z rezygnacją z następnej misji. Kolejna wycieczka odrywała go od jego osobistych badań, a dla młodego i ambitnego naukowca jakim był asura, nie było zbyt wielu gorszych rzeczy. Cały czas starał się rozwijać swoje własne wynalazki i projekty badawcze, czemu nie należało się dziwić. Jego marzeniem było wyrobienie swojej własnej marki, czegoś niezależnego od grupy, czym mógłby wzbudzić zainteresowanie w Rata Sum i ułożyć sobie życie.
             Najtrudniej było chyba określić podejście Alaoisa do tego zadania. Sylvari mało kiedy przejmował się czymkolwiek, jednak w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Nigdy nie miał problemów z dodatkowymi obowiązkami, zadaniami, czy wyjściami. Tak długo, jak mógł spędzać czas z Aerie był zadowolony z każdej możliwości.


             Wejście do kopalni wyglądało dość niepozornie. Już teraz łatwo można było zauważyć, że nie była to żadna większa, czy niesamowicie ważna inwestycja. Drewniana rama pokryta śniegiem otulała jedyny tunel prowadzący w głąb góry. Pojedynczy tor kolejowy rozwidlał się na placu w niewielką zajezdnię, gdzie w tym momencie spoczywało kilkanaście wózków kopalnianych. Mały obóz, na który składało się sześć niewielkich, okrągłych namiotów, był w tym momencie całkowicie opustoszały. Pracownicy uprzątnęli za sobą wszelakie narzędzia, a także wydobyty materiał i na jakiś czas pozostawili zaśnieżoną polanę samopas. Wstrząsy, które zaczęły pojawiać się podczas ich pracy kilka tygodni temu, okazały się być na tyle uciążliwe, że konieczne było tymczasowe zamknięcie kopalni z obawy przed jej zawaleniem. Problem był jednak taki, że wstrząsy nie wydawały się być naturalne. Przez ostatnie dwa lata pracy tego miejsca, nie zanotowano żadnych znaczących problemów przy eksploatacji. Pojawiły się one dopiero przy rozpoczęciu drążenia nowego tunelu, w miarę powstawania którego, górnicy spotkali się z coraz silniejszymi wstrząsami. Co ciekawe, zjawisko to pojawiało się jedynie w momencie przekroczenia konkretnego punktu odnogi. Zaniepokojony właściciel postanowił ostatecznie poprosić o pomoc, a ta w końcu przybyła.
- Jesteśmy na miejscu. - Oznajmił Arkanista Blackwell. Robert był człowiekiem, po którego wyglądzie można było łatwo domyślić się, że nie należał do najmłodszych i choć z uwagi na długowieczność Topaz zapewne nie był najstarszym członkiem z grupy, z całą pewnością posiadał z nich wszystkich największą wiedzę. Długie siwe włosy i wypłowiałe tęczówki zdradzały, że zdążył już swoje przeżyć. Swoją karierę w Durmand Priory rozpoczął dość późno, bowiem zdecydowanie po swoich dwudziestych urodzinach. Choć zaczynał od samych podstaw i nie należał do orłów, wykazywał się ogromnym zaangażowaniem i determinacją. W jego wypadku ciężka praca przyniosła oczekiwane efekty i po swojej długiej, i często wymagającej ścieżce kariery, ostatecznie uzyskał tytuł Arkanisty, a także przejął dowodzenie nad swoją własną grupą badawczą. Robert posiadał wiedzę z zakresu wielu dziedzin. Jego ulubionymi zawsze były jednak legendy, rytuały, runy, a także glify i antyczne artefakty. Tak jak na zajmowane stanowisko przystało, obnosił się zazwyczaj w swojej szacie klasztornej, a przy jego pasie widoczne było berło w postaci kamiennej, ptasiej nogi, trzymającej połyskującą na błękitno kryształową kulę.
- To właśnie w tej kopalni mamy zbadać sprawę tajemniczych wstrząsów.
- Szkoda, że nie ma tutaj już żadnych górników. Z chęcią wypytałabym kogoś o ich pracę. - Aerie przez moment wydawała się odrobinę niepocieszona. Mimo wszystko miała sporą nadzieję na dowiedzenie się czegoś nowego na temat pracy w kopalni i wszystkich trudności z nią związanych. Robert co prawda zrozumiał to nieco inaczej.
- Niestety nie będzie dane nam porozmawiać z pracownikami. Właściciel nie życzył sobie abyśmy wypytywali ich o kopalnię. Posiadamy jedynie to, co zostało przedstawione nam na raportach.
- Topaz prychnęła wyraźnie niezadowolona. - Czuć tu nielegalnym wydobyciem na kilometr. Skoro nie chciał umożliwić nam rozmów z pracownikami, wyraźnie musi mieć coś na sumieniu.
- Być może, ale jesteśmy tutaj aby rozwikłać zagadkę, a nie mieszać się w sprawy właściciela kopalni. Musicie przyznać, że wstrząsy opisane w raportach wydają się być dość wyjątkowe.
- Właśnie! Mexx, jak myślisz? Jakie jest rozwiązanie tego problemu? - Aerie natychmiast skierowała swoje spojrzenie w kierunku Mexxa. To już była niemal tradycja, by przed każdym zadaniem wypytywać o jego teorie, które wcale nie tak rzadko okazywały się pokrywać z prawdą.
- Na moje oko? Bazując na naszych poprzednich zadaniach i raportach dostarczonych nam przez właściciela, mamy jakieś trzydzieści dwa koma sześć procent na to, że za wszystkim stoją dredge i dwadzieścia osiem koma cztery procent na to, że to ktoś z zewnątrz próbuje uniemożliwić dalsze wydobywanie surowca. Reszta pozostaje zdarzeniem losowym. Posiadamy strzępki informacji, więc na ich podstawie bardzo ciężko określić jest dokładniejszy rozkład prawdopodobieństwa.
- Więc stawiasz na dredge. - Podsumowała wypowiedź przyjaciela i pokiwała spokojnie głową na znak zrozumienia. Od razu oparła się o Alaoisa, który znajdował się zaraz za nią tylko po to aby ją objąć i do siebie przytulić.
- Dredge... dawno już z żadnymi nie mieliśmy okazji rozmawiać... - Zauważył i zaczął się delikatnie kiwać na boki co wywołało rozbawienie jego ukochanej.
- Pewnie dlatego, że w większości przypadków nie mają ochoty rozmawiać. Hah! Jeśli to faktycznie będą dredge, lepiej bądźmy gotowi do walki.


             Przejście przez kopalnię nie stanowiło większego problemu. Korytarze, które prowadziły do miejsca, w którym rozpoczynały się wstrząsy były dobrze zadbane. Drewniane ramy i podpory, a także liczne, mocne siatki zapewniały, że materiał skalny znajdował się tam, gdzie powinien. Choć wstrząsy dawały się we znaki górnikom, wyglądało na to, że sama kopalnia jak do tej pory znosiła je całkiem dobrze.
             Dzięki światłu zapewnionemu przez płomień Aerie oraz berło Roberta grupa nie musiała obawiać się niespodzianek. Choć większość z nich nie była znakomitymi wojownikami, każdy z nich po za Jane znał się na swojej własnej unikalnej dla grupy klasie magicznej. Aerie jako elementalistka, Robert jako strażnik, Mexx jako nekromanta, Alaois jako mesmer i Topaz jako wojownik radzili sobie całkiem dobrze. Tam, gdzie umiejętności jednego zawodziły, tam druga osoba mogła się wykazać. Dzięki temu ciężko było ich zaskoczyć, a z nawet najcięższych sytuacji zawsze udawało im się wyjść ogromną ręką.
             Dotarcie na miejsce nie zajęło dużo czasu. Ostatecznie grupa znalazła się w nowo-wykutym fragmencie kopalni. Odcinek korytarza miał może sto metrów długości, jednak nie został jeszcze zabezpieczony. Brakowało tutaj zatem jakichkolwiek filarów, siatek, wsporników, nie mówiąc już o torach dla wagoników. Dookoła wciąż pałętało się sporo większych i mniejszych kamiennych odłamków. Nie brakowało także charakterystycznego znacznika, o którym wspominały dostarczone raporty. Żółta linia namalowana na suficie oraz ścianach oznaczała granicę, za którą powinny rozpocząć się wstrząsy. Grupa zatrzymała się kilka metrów przed linią, a Topaz ściągnęła plecak, w którym do tej pory nosiła sprzęt Mexx'a. Podczas gdy asura zabrał się za zakładanie tymczasowej, małej stacji sejsmicznej, Aerie wraz z Jane i Alaoisem podeszli bliżej namalowanej granicy.
- Skoro górnicy byli w stanie rozrysować konkretną granicę, za wszystkim może znajdować się jakiś mechanizm... - Jane przykucnęła i zaczęła przecierać dłonią piach i kamienne odłamki na podłodze. Szukała śladów stanowiących o tym, że ktoś mógł próbować zainstalować w tym miejscu jakieś czujniki. To samo tyczyło się ścian oraz sufitu, który z uwagi na wysokość stanowił większe wyzwanie do przeszukania. Tym zadaniem zajęła się Aerie, która gdy weszła Alaoisowi na barana. Nie dość, że dobrze się bawiła, to jeszcze mogła sprawdzić sklepienie korytarza. Niestety trójce badaczy nie udało się znaleźć niczego, co zadowoliłoby dziewczynę. Czujniki mogły znajdować się za linią, bądź mógł istnieć inny powód tej magicznej granicy.
             Wpierw trzeba było jednak przekonać się, czy faktycznie po jej przekroczeniu rozpoczną się wstrząsy. Po przeanalizowaniu sklepienia pod względem ewentualnych odłamków skał, które mogą się z niego ukruszyć i rozłożeniu maszyny przez Mexx'a można było rozpocząć badania.
- Maszyna jest już gotowa. - Oznajmił asura i wyciągnął swój asuriański tablet, któremu od razu zaczął się przyglądać. - Możemy zaczynać.
- Robert skinął asurze głową na znak zrozumienia i następnie przeniósł wzrok na resztę grupy, która ustawiła się już w równym rządku przed granicą. Czwórka spojrzała po sobie, w większości rozbawiona tą sytuacją.
- Razem? - Zapytała w końcu Aerie. Podczas zadań nie zdarzało im się bardzo spieszyć. Przy okazji zazwyczaj dobrze się razem bawili i wykorzystywali takie sytuacje jak ta.
- No pewnie, że razem! Na trzy. - Odpowiedziała Topaz i rozpoczęła odliczanie. - Raz, dwa... Trzy! - Na sygnał cała czwórka postąpiła o krok naprzód, przechodząc tym samym na drugą stronę granicy. Raporty dostarczone przez właściciela kopalni okazały się być prawdą. W momencie, gdy granica została przekroczona, każdy z nich mógł poczuć nieznaczne wibracje podłoża. Korytarz zaczął się trząść, a z sufitu opadła niewielka warstwa kurzu.
- To faktycznie interesujące... - Jane ponownie zaczęła ponownie przyjrzeć się ścianom oraz sufitowi w poszukiwaniu pęknięć, które mogłyby świadczyć o zamontowanych przedmiotach. Wstrząsy choć delikatne, cały czas utrzymywały tą samą częstotliwość i nic nie wskazywało na to, by miały zakończyć się samoistnie.
- Odczyty są jeszcze za słabe. Musicie wejść głębiej. - Czwórka na przodzie, oświetlana  płomieniem sylvari, od razu, powoli zaczęła kierować się w głąb tunelu. Z każdym ich krokiem naprzód wstrząsy zaczynały przybierać na sile. Coraz wyraźniej słychać było ruchy skał dookoła nich. Gdy dotarli do końca wydrążonego do tej pory korytarza, aby się wzajemnie usłyszeć, musieli rozmawiać dość głośno. Na ich szczęście, na ich głowy nie spadł żaden większy odłamek skał. Przebywanie tutaj nie należało jednak już do najbezpieczniejszych, więc widząc machnięcie światłem Roberta wrócili do punktu zbiórki. Przekroczyli granicę i wstrząsy całkowicie ustały.
- To było niesamowite...
- Po drodze nie widziałam żadnych pęknięć czy innych śladów, które świadczyłyby o zamontowanych w skałach czujnikach. - Poinformowała Jane, gdy już znaleźli się przy pozostałej dwójce członków swojej grupy.
- Jak wyglądają wyniki obserwacji? - Na pytanie Roberta Mexx początkowo nie odpowiedział. Szybko stukał palcami po swoim tablecie, analizując zgromadzone przed chwilą dane. Dopiero po chwili ogłosił swój werdykt.
- Po przeanalizowaniu częstotliwości wstrząsów, a także zwiększającej się ich siły w korelacji do pokonanego przez Was dystansu, stwierdzam, że z dziewięćdziesięcio ośmio procentowym prawdopodobieństwem hipocentrum tego zjawiska znajduje się w tym kierunku. - Po czym wskazał na prawą ścianę korytarza blisko jego końca. - Cokolwiek wywołuje te wstrząsy nie powinno być daleko stąd i wygląda na to, że im bliżej do niego podejdziemy, tym wstrząsy nabiorą na sile.
- Rozumiem. - Topaz pokiwała głową i ruszyła ponownie w stronę końca tunelu, tym razem po drodze dość mocno obstukując wskazaną przez asurę ścianę pięścią. Oczywiście w momencie gdy przekroczyła granicę, znów pojawiły się wstrząsy. Kierując się tak w stronę zaułku, w pewnym momencie zatrzymała się i zapukała w ścianę kilka razy więcej. Obejrzała się w stronę grupy i krzyknęła po Alaoisa. Sylvari domyślił się, co się może święcić, więc postawił przy reszcie grupy wyjście od portalu - tak na wszelki wypadek.
- Tylko bądźcie ostrożni.
- Zobaczymy co da się z tym zrobić. - Sylvari uśmiechnął się na polecenie Roberta i wraz z Aerie, która zapewniała źródło światła, ruszył w kierunku Topaz. Gdy byli już na miejscu, nornka pokazała im coś na ścianie i zaraz zacisnęła dłoń w pięść. Użyła postawy i uderzyła w ścianę kilka razy z całą swoją siłą. Już po paru uderzeniach ściana nie wytrzymała i zapadła się, ujawniając znajdujące się po drugiej stronie pomieszczenie.


             Zanim kurz w korytarzu całkowicie opadł, minęła krótka chwila. Wibracje nie ustępowały, a cała kopalnia wciąż trzęsła się w najlepsze. Jak się okazało, ściana, którą zniszczyła Topaz wcale nie była tak gruba jakby się to mogło wydawać, a po jej drugiej stronie znajdowało się jakieś ciemne pomieszczenie. Aerie machnęła parę razy swoim płomieniem, aby dać znać grupie z tyłu, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Gdy Robert zobaczył ten gest odetchnął z ulgą i pokręcił głową w niedowierzaniu.
- Mieliście być ostrożni. - Upomniał ich, gdy tylko dołączył do nich wraz z Jane i Mexxem. Z uwagi na wstrząsy, wszyscy musieli mówić głośniej niż zazwyczaj, by móc w ogóle się dosłyszeć, ale nie wydawało się to dla nich być większym problemem.
- Topaz uśmiechnęła się w odpowiedzi. - Przecież byłam. - Choć spotkało się to z uśmiechem na twarzach sylvari, Robert wyglądał na mniej pocieszonego. Obyło się jednak bez kolejnych upomnień i zamiast tego arkanista posłał kulkę błękitnego światła do pomieszczenia przed nimi, aby je oświetlić.
             Jak się okazało, po drugiej stronie ściany znajdowała się dość obszerna sala wyłożona kamiennymi blokami. Jej wysoki sufit wspierał się na kilku masywnych filarach, a ściany ozdobione były licznymi dyskami z wyrytymi w nich runami. Całość definitywnie wskazywała na dzieło krasnoludów. Było to dość wyjątkowe znalezisko, bowiem większość krasnoludzkich konstrukcji w tych rejonach Shiverpeak już dawno została odnaleziona i rozgrabiona przez dredge. To miejsce zdawało się jednak należeć do tych nielicznych perełek, na które tak bardzo polował cały Klasztor. Sala wydawała się być pozbawiona innych przejść, a w jej wnętrzu w oczy rzucał się jedynie niewielki piedestał w samym jej centrum. To właśnie na nim znajdowała się niewielka, obficie pokryta runami kamienna kula z wyraźnie zaznaczonymi obiema półkulami.
- Znaleźliśmy źródło wstrząsów. - Oznajmił Mexx i od razu spojrzał na swój holograficzny tablet. - Krasnoludzki artefakt emitujący wibracje oraz fale dźwiękowe, które prawdopodobnie nasilają się w miarę zmniejszającej się odległości od obiektów organicznych. - Jeszcze w trakcie krótkiego wywodu asury Topaz powoli ruszyła w kierunku piedestału. Niestety nie była w stanie dotrzeć do samego artefaktu. Mniej więcej w połowie drogi musiała zatrzymać się z powodu oporu jaki napotkała na swojej drodze. Świdrujący dźwięk wibracji przemknął przez pomieszczenie, z którego sufitu spadły drobiny kurzu. Cała grupa momentalnie złapała się za głowy, w związku z bólem, który właśnie doświadczyła. Nornka nie czekała zbyt długo z decyzją. Cofnęła się, a wibracje ponownie stały się mniej uporczywe.
- Ugh... moje uszy. - Poruszyła parę razy swoją szczęką i pokręciła głową w próbie pozbycia się dzwonienia w uszach.
- Twoje uszy? - Asura spojrzał na Topaz wyraźnie niezadowolony. Jego uszy choć nie były aż tak imponujące jak u niektórych asur i tylko nieśmiało wychylały się spod jego bujnej czupryny, wciąż były bardziej wrażliwe.
- Hah, wybacz. - Nornka rozmasowała się po kark i podrapała po tyle głowy. - Przynajmniej wiemy, co się wydarzy, gdy podejdziemy bliżej. Nie można wyłączyć tego jakoś zdalnie?
- Niestety nic na to nie wskazuje. - Robert rozmasował się po skroniach aby pozbyć się tymczasowo powstałej migreny. - Krasnoludzkie sfery mogą wywoływać różne efekty, ale w większości przypadków włączenie ich i wyłączenie jest raczej proste. Wystarczy przekręcić obie jej połówki w przeciwną stronę, ale żeby móc to zrobić, trzeba najpierw się do niej dostać.
- Alaois przez chwilę w ciszy przyglądał się znalezionemu przedmiotowi po czym zgłosił się na ochotnika. - Powinienem dać radę. Przeniosę się bliżej i spróbuję to wyłączyć.
- To nie będzie przyjemne. - Mexx natychmiast zakrył swoje uszy i skulił się na ziemi.
- Powodzenia. - Aerie dała mu buziaka w policzek, co oczywiście wywołało wyraźniejszy uśmiech sylvariego, który następnie spojrzał na Roberta w celu uzyskania pozwolenia. Ten skinął głową i Alaois przeteleportował się pod sam piedestał. Artefakt natychmiast zareagował poprzez posłanie we wszystkich kierunkach fali dźwiękowej, która powaliła na kolana praktycznie całą grupę. Pomieszczenie, w którym się znajdowało niebezpiecznie się zatrzęsło i nie wyglądało na to by miało wytrzymać bardzo długo.
             Sylvari czuł jak wibracje dosłownie przeszywają całe jego ciało. Prawie, że czołgając się u podnóża kamiennego filaru, wyciągnął rękę w kierunku sfery i wrzasnął z bólu. Jego kora na ręce bardzo powoli i bardzo boleśnie zaczęła się rozszczepiać. Pęknięcia sięgały coraz dalej i dalej, jednak jego upór wygrał z bólem. Dosięgnął kuli i ściągnął ją z piedestału. Natychmiast chwycił ją także drugą dłonią i przekręcił.
             W pomieszczeniu zapanowała głucha cisza, choć żaden członek grupy nie był jeszcze w stanie jej doświadczyć. Dzwonienie w uszach skutecznie zagłuszało wszystkie, nawet najdrobniejsze dźwięki dookoła. Chwilę to zajęło, ale ostatecznie każdy zaczynał powoli podnosić się na nogi. Aerie od razu zakołysała się w pobliże swojej drugiej połówki. Jego ręce nie wyglądały najlepiej. Liczne rozwarstwienia w strukturze kory nie mogły być niczym przyjemnym. Choć wszystko wskazywało na to, że był w stanie używać dłoni, z całą pewnością medycy będą mieli co robić przez najbliższy tydzień. Alaois uniósł głowę i pomimo bólu zapytał.
- Zasłużyłem na drugiego całusa? - Pytanie spotkało się oczywiście z uśmiechem i jak można było przewidzieć nagrodą w postaci drugiego całusa w policzek. Nie obyło się także bez pochwały od Roberta.
- Dobra robota Alaois. Jesteś cały?
- Bywało już gorzej. - Odpowiedział i z pomocą Aerie, także powoli podniósł się na nogi. - Zagadka rozwiązana.


             Tajemnica wstrząsów w kopalni została rozwiązana, a Mexx natychmiast zabrał się do przeanalizowania znaleziska. Jak się okazało, sfera faktycznie działała tak, jak wcześniej przypuszczał. Pozostawiona w centrum pomieszczenia zapewne miała za zadanie odstraszać nieproszonych gości. Teraz, gdy żadne wibracje nie stały na przeszkodzie, grupa mogła dokładniej przyjrzeć się pomieszczeniu, w którym się znajdowali. Wbrew pierwszemu założeniu, jednak posiadało ono przejście w postaci dysku teleportującego. Na nieszczęście nie działał tak jak powinien, więc miejsce to prawdopodobnie zostało odcięte od reszty kompleksu. Podczas swoich wykopalisk, górnicy musieli nieświadomie zbliżyć się do sali z wciąż aktywnym systemem zabezpieczeń, który aktywował się za każdym razem, gdy ktokolwiek przekraczał granicę jego działania.
             Jak się okazało, miejsce to musiało służyć jako pewnego rodzaju świadectwo historii krasnoludów. Na ścianach wyryte były bowiem opowieści o ważnych dla kultury krasnoludów wydarzeniach. Niestety nie wszystkie z nich zachowały się do dzisiejszych czasów, a część z nich zdążyła odpaść już ze ścian.
- Niesamowite znalezisko... - Jane wydawała się być w znacznie lepszym humorze jak na początku zadania. Przychodząc tutaj spodziewała się zmarnowanego wieczoru, który mogła przeznaczyć na czytanie kolejnych ksiąg. Tymczasem błądzenie po kopalniach przeistoczyło się w zwiedzanie nowo-odkrytej krasnoludzkiej komnaty, co musiała przyznać nawet ona, było bardziej interesujące od przeglądanie zapisanych kartek papieru. - W tym pomieszczeniu opisano wielki kawałek historii kultury krasnoludów. Tutaj opisano opowieści o Księdze Rubikonu i Wielkim Krasnoludzie... tu natomiast zapewne można było odnaleźć historię pierwszej walki Wielkiego Krasnoluda z Wielkim Niszczycielem... Wielka szkoda, że nie zachowała się w całości. - Wskazywała kolejne ściany, tłumacząc poszczególne wydarzenia, których opisy one przedstawiały.
- A tu? Jak myślisz, co mogło być tutaj napisane? - Zapytała Aerie wskazując na praktycznie w całości odrapaną z zapisków ścianę. Jedyne co pozostało to dość wyróżniający się symbol pięcioramiennej gwiazdy z dwoma okręgami w środku.
- Interesujące. Ten symbol z całą pewnością nie wygląda na krasnoludzki. Nigdy wcześniej nie spotkałem się z żadnym podobnym.  Niestety całość tekstu została zdrapana i obawiam się, że próba odtworzenia go może być już niemożliwa. Wielka szkoda. - Dziwny symbol zaskoczył Roberta. W swojej karierze miał okazję odwiedzić wiele krasnoludzkich ruin, a dzięki Ogdenowi, Durmand Priory posiadało skatalogowaną większość krasnoludzkich run. Ten był jednak niemałą zagadką.
- Widziałam już gdzieś coś takiego. - Jane od razu podeszła do symbolu aby lepiej mu się przyjrzeć. - W jednym z raportów, które kiedyś czytałam wspominano o znalezisku sprzed kilku lat, które posiadało na sobie niezidentyfikowany symbol pięcioramiennej gwiazdy z dwoma okręgami w środku. Tylko... - Na moment zawahała się. To co chciała powiedzieć nie miało dla niej większego sensu. - Ten symbol widniał na jednej z konstrukcji jotunów, nie krasnoludów.
- Symbol wspólny dla dwóch ras? - Człowiek zmarszczył czoło w zastanowieniu. - Brzmi to dość nietypowo. Nie słyszałem nigdy wcześniej o takim przypadku. Jesteś tego pewna Jane?
- Tak, doskonale pamiętam ten raport. Nie rozumiem tylko jak to w ogóle jest możliwe.
- Zarówno krasnoludy, jak i jotuni są w Tyrii już od bardzo dawna. Wiemy, że w pewnym momencie historii próbowali zawrzeć pewnego rodzaju sojusz. Jeśli symbol pojawia się zarówno tutaj, jak i na konstrukcji drugiej rasy, oznacza to, że jego powstanie może być datowane nawet na kilka tysięcy lat w przeszłość. To niesamowite odkrycie.
- A do tego brzmi jak kolejna zagadka do rozwiązania. Tajemnica zaginionego symbolu... Co o tym myślicie? - Poprzednie zadanie jeszcze się nie skończyło, jednak Aerie już zaczęła ekscytować się na kolejne. Robert uśmiechnął się nieznacznie.
- Dziś uporaliśmy się dość szybko. Chyba nie zaszkodzi przynajmniej podejść na miejsce tej konstrukcji jotunów i lepiej jej się przyjrzeć. Alaois, jesteś w stanie dostać się do Klasztoru? - Zapytał sylvariego, który w końcu został dzisiaj ranny.
- Spokojnie, jest dobrze. - Odpowiedział, niezbyt przejmując się swoimi dłońmi.
- Mimo to, dobrze by było aby medyk spojrzał na Twoje ręce. Wróć do Klasztoru, przekaż informacje o naszym znalezisku i niezwłocznie udaj się do lecznicy.
- Sylvari nie wyraził żadnego sprzeciwu. - Wygląda na to, że idziecie oglądać symbole beze mnie. - Zwrócił się do Aerie, która uśmiechnęła się pocieszająco w odpowiedzi.
- Musisz zadbać o swoje zdrowie. Nie martw się, wszystko Ci później opowiem.