Autor Wątek: Za słaby  (Przeczytany 305 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Tank

  • Rekrut
  • **
  • Wiadomości: 10
  • Płeć: Mężczyzna
  • I'm a Tiger, you're a Maus.
"Nikomu nie można pokazać, że jest się słabiakiem, bo tylko wystawiasz się na ból i cierpienie (...)" - Annie Goldarrow

4 Dzień Sezonu Feniksa 1308 AE (08:30)

- Quaestorko Painreave, chciała nas pani widzieć.
- Tak. Do środka. - Zaprosiła twardo Quaestorka Legionu Krwi.
Do jej gabinetu po kolei weszła trójka Primusów, zajmujących się wychowywaniem przyszłych żołnierzy i łączeniem ich w bandy.
Jak na pokój należący do członka Legionu Krwi, jej gabinet należał do tych bardziej przestronnych. Uporządkowane biurko, na którym nie mogło zabraknąć miejsca dla pióra i atramentu, zaledwie dwa fotele i kilka szaf, wypełnionych dokumentami, ustawionych przy ścianach pomieszczenia. Perfekcjonizm Tettidii Painreave odbijał się na całym jej otoczeniu. Po części, to właśnie dzięki temu otrzymała stanowisko, które zajmowała już od kilkunastu lat. Z drugiej strony, kiedy cokolwiek szło nie po jej myśli, po uszach obrywały osoby bezpośrednio pod nią.
Między innymi Saserdos Ruinmaker. Mimo niesamowicie odpowiedzialnego zajęcia, był on nadal nieokrzesanym, stosunkowo młodym popielcem, dla którego zajmowanie się przyszłymi żołnierzami Legionu Krwi stanowiło świetną rozrywkę. Stanął on na baczność nie dalej jak dwa metry od biurka. Obok niego, Ravnik Broadwalker i Scillia Darkwing. Cała trójka czekała w ciszy na to, co zamierza im powiedzieć przełożona.
Sama Painreave nie patrzyła, zdawało się, na żadnego z Primusów przed nią. Jej dłonie stykały się jedynie czubkami palców oddając jej głębokie zamyślenie. Przez niewygodnie długą chwilę wkręcała wzrok w sufit tuż nad zebranymi popielcami.
- Primus. Ciekawa rola. - Zaczęła powoli podnosząc się z fotela i rozpoczynając powolne rundki wokół pomieszczenia. - Z pozoru proste zadanie: zająć się młodymi popielcami, połączyć je w drużyny, nauczyć dyscypliny, działania w grupie, podstawowych wartości, walki. Z drugiej strony, zajmowanie się dzieciarnią to nie lada wyzwanie. Zwłaszcza w okresie buntu. Temperowanie przyszłych żołnierzy musi być wyważone. Czasem twarde, aby zrozumieli błędy jakie popełnią i reguły jakie panują. Czasem delikatne, aby zezwalać im na posiadanie własnych pomysłów, na wspieranie ukrytych talentów i nietuzinkowych rozwiązań. Za to jak wykonujecie swoją pracę, wdzięczny jest wam cały Legion. Wszak, myśląc przyszłościowo - to waszym obowiązkiem jest stworzyć lepsze jutro dla nas wszystkich. To wy dbacie o to jak wyglądać będzie nasze wojsko za kilka czy kilkanaście lat. Czy cała ta nasza maszyna wojenna będzie w ogóle działać...
Painreave wróciła do swojego biurka i po raz pierwszy podczas swojego przemówienia faktycznie spojrzała na swoich słuchaczy. W jej oczach nie było jednak wdzięczności. Z głuchym hukiem uderzyła pięścią w blat.
- Ale pierdolicie swoją robotę! Bandy, które prowadzicie to zakały! W życiu nie dostałam skarg od żołnierzy pierwszego frontu na młode! Na młode! Litości! Jedyne czego nauczyliście swoich podopiecznych to jak pakować się w kłopoty i przeszkadzać prawdziwym żołnierzom! Wy to kurwa nazywacie dyscypliną?! Ja to nazywam partactwem!
Z kamiennymi twarzami, trójka słuchaczy obserwowała jak Tettidia Painreave wychodzi zza swojego biurka i zgarnia z niego jedyne trzy skrawki papieru jakie do tej pory zajmowały blat. Popielka po kolei podchodziła do każdego z Primusów wpychając im w klatki piersiowe po jednej kartce, zmuszając do wycofania się o pół kroku i złapania dokumentów.
- Macie tu wypisane wszystkie sprawki waszych podopiecznych. Daję wam tydzień. Jak nie zobaczę poprawy, wylatujecie na pysk z tej roboty!
Quaestorka nie dała im jednak czasu na przeczytanie owych list na jej oczach. Skrzyżowała ręce na piersi i ryknęła:
- Broadwalker, Darkwing - wypierdalać! Ruinmaker - zostajesz!
Dwójka Primusów wyprostowała się salutując, po czym obracając na pięcie skierowała się ku wyjściu. Ravnik nie był jednak osobą zachowującą przemyślenia dla siebie.
- Aha, Saserdosowe niedojdy spierdoliły coś na poważnie. - Mruknął w kierunku Scillii idącej przed nim.
Jego zdanie było wystarczająco głośne, aby każdy w pomieszczeniu mógł je usłyszeć. Prawdopodobnie umyślnie, gdyż kary za własne zdanie otrzymać nie powinien, a wszystko co zachowa się jak szpilka pod pazur dla Saserdosa poprawiało mu nastrój. Tym razem jednak, Ruinmaker nie miał zamiaru puścić tego komentarza płazem. Praktycznie ignorując rozkazy, gwałtownie ruszył za Broadwalkerem, pragnąc bliżej zapoznać jego twarz ze swoją pięścią. Gdy był już tylko krok za kolegą po fachu, Tettidia Painreave zatrzymała go, chwytając za prawe ramię. Dwójka wychodzących Primusów odwróciła się, słysząc szamotaninę za sobą.
- Nie każcie mi się powtarzać. - Powiedziała Quaestorka w pełnym spokoju.
Zdziwieni zachowaniem Saserdosa Primusi opuścili biuro przełożonej.
- Drzwi! - Warknęła Painreave za nimi.
Kiedy już pozostali sami, a Ruinmaker wydawał się ochłonąć, Tettidia wypuściła go z uścisku, odpychając kawałek w stronę ściany, dając mu do zrozumienia, jakie jest jego miejsce w szeregu. Saserdos stanął na baczność, gotowy wysłuchać kolejnej nagany, być może nawet gotowy na utratę stanowiska oraz opieki nad swoimi podopiecznymi. Quaestorka oparła ręce na biodrach i przez chwilę oceniała popielca wzrokiem.
- Jesteś zbyt narwany chłopcze. - Powiedziała w końcu. - Jak cały twój warband. Jak i twoja grupka, którą prowadzisz. Z jednej strony, powinnam cię za to pochwalić. W końcu legion potrzebuje trochę gorącej krwi. Osób gotowych rzucić się wprost na wroga. Osób gotowych porzucić rozkazy dla dobra ogółu. Z drugiej strony... ty i cała ta twoja ósemka... jesteście głupi, nierozważni, nie rozumiecie co się do was mówi. Mogłabym cię wyrzucić, albo po prostu zabić i mieć spokój. Ale straciłabym taki talent...
Tettidia zamknęła oczy i zaczęła rozmasowywać swoje czoło palcami prawej dłoni, starając się zrozumieć jak przemówić Saserdosowi do rozsądku.
- Przewodzisz grupką, która była w stanie tak po prostu wykraść zawodowym żołnierzom stos alkoholu, a potem po pijaku porozbijać kilka urządzeń techników z Żelaznego Legionu. Mogę być pod wrażeniem, ale nie mogę tego pochwalić. Ty tępy popierdoleńcu. Oni mają od sześciu do ośmiu lat! Kradną i niszczą po pijaku! W wieku sześciu lat! W moim legionie?! Jak zmarnujesz taki talent jaki masz pod ręką, to nie będziesz miał czego szukać w jakimkolwiek fahrarze dopóki żyję. Jasne?
- Tak jest!
- To bierz dupę w troki i zrób coś z nimi.



4 Dzień Sezonu Feniksa 1308 AE (10:00)

Skarner trafił do pokoju odpraw jako ostatni, dosłownie kilka sekund przed ustalonym terminem. Cała reszta jego warbandu była już gotowa wysłuchać tego co miał im przekazać opiekun.
- Co się szykuje? - Zapytał zamykając za sobą drzwi.
- Pewnie nic. Znowu. - Rzuciła mu Acacia.
- Albo się dowiedział o twoim genialnym pomyśle i każe nam teraz harować za karę. - Odpowiedział szybko Vargus, trącając ją łokciem.
- Proszę cię... harować? Ta jasne. Prędzej powie, że mu się nie podoba każe zrobić trzydzieści pompek i sprawa z głowy. Wyluzuj.
- Przecież ja się nie denerwuję. Tylko wiem, że żeśmy przesadzili.
Po krótkiej chwili drzwi otworzyły się po raz kolejny i tym razem do środka wkroczył Saserdos Ruinmaker, opiekun grupy, trzymający w ręku drewniany kij długości miecza. Miał marsową minę, co nie wróżyło dobrze, jednak dla tego warbandu było to już normalne. Grupka dzieciaków o niezbyt chwalebnej reputacji była tak przyzwyczajona do ich opiekuna denerwującego się na nich, że było to dla nich właściwie wpisane w porządek dnia.
Ósemka młodych popielców ustawiła się w szeregu, czekając na przemówienie opiekuna.
- Całość baczność!
Koty wyprostowały się, wymieniając ukradkiem spojrzenia.
- Każdy czyn - każdy - spotyka się z odpowiedzią. Mogą to być gratulacje, może to być kara, może to być obojętność. Jednak każdy czyn - każdy - spotyka się z odpowiedzią. Dziś, dowiedziałem się o waszych czynach. Nie podobały mi się one nic a nic. Na glebę!
Młode padły na drewnianą podłogę, ustawiając się w pozycji gotowej do ćwiczenia pompek. Acacia wystawiła trzy palce prawej dłoni w kierunku Vargusa i Brigga, posyłając im pewny siebie uśmieszek. Z ruchu jej warg dało się też rozczytać słowo "trzydzieści". Przez niewygodnie długi moment Saserdos stał nad swoimi podopiecznymi nie mówiąc nic, aż w końcu rzucił w ich kierunku tylko jednym słowem.
- Czterysta!
- Ile?! - Zdziwił się natychmiast Vargus.
Cała grupka odwróciła wzrok w kierunku opiekuna. Wyszczerzony wyraz twarzy Acacii natychmiast zastąpiło zdziwienie i niepewność.
- Cztery... stówy. I jak ktoś spierdoli... robicie od nowa. - Powiedział bardzo powoli, chrapliwym głosem Saserdos. - Ruchy!
Vargus i Acacia wymienili spojrzenia, z których wynikał jeden wniosek. Dowiedział się. Nie ważne jak. Ich małe występki nigdy nie uchodziły im na sucho, ale zazwyczaj kończyło się na naganie słownej i paru ćwiczeniach. Jeśli czterysta pompek to rozgrzewka, coś zdecydowanie było na rzeczy.
- Jeden... dwa... trzy... - Dyktował tempo Saserdos.
Jak się okazuje, liczba "czterysta" tylko brzmi niegroźnie. Młode mięśnie już w połowie drogi zaczęły dygotać. Brak jakiegokolwiek przygotowania tylko pogarszał sprawę. Był to pierwszy wysiłek fizyczny dzisiejszego dnia dla każdego z młodych kotów. Kwestią czasu było, aż ktoś zgubi tempo. Tym kimś była Acacia.
- Dwieście dziewięćdziesiąt pięć... dwieście dziewięćdziesiąt sześć... dwi-ŹLE!
I z nikąd, głuchy trzask. Przerzucając kij nad głową, z pełnym impetem Saserdos uderzył prosto w plecy Acacii, która nie zdążyła zakończyć swojego powtórzenia. Kocica pisnęła pod siłą trafienia. Cała sytuacja była tak nieprawdopodobna, że żaden z popielcy nie wiedział jak zareagować. Skarner i Brigg zerwali się na równe nogi, próbując wystartować w kierunku swojego opiekuna. Nie planowali. Musieli działać. Sam Ruinmaker wiedział o tym zdecydowanie za dobrze. Był przygotowany. Zanim którykolwiek z młodych był w stanie coś zrobić, trafił obydwu kijem prosto w sploty słoneczne. Koty runęły na podłogę, chwytając się kolejnych oddechów jakby to miały być ich ostatnie. Kompletnie spacyfikowana dwójka była przykładem dla reszty. Nikt nie odważył się nawet zerknąć w stronę opiekuna. Każdy patrzył pomiędzy swoje dłonie, czekając na kolejny sygnał do rozpoczęcia powtórzeń.
- Czy ktoś jeszcze?! - Wrzasnął Saserdos. - Acacia, Brigg, Skarner, na pozycje! Od nowa! Jeden... dwa... trzy...
Zmęczenie materiału jakie zafundował swoim podopiecznym Ruinmaker dawało o sobie znać każdemu z nich. Kolejne powtórzenia były coraz wolniejsze, coraz mniej pewne. Mięśnie dygotały, a płuca traciły głębokość.
- Sto trzydzieści pięć... sto trzydzieści sześć... sto trzydzieści siedem... st-ŹLE!
I znów, głuchy trzask. Brigg nie wytrzymał tempa, nie mogąc nabrać wystarczająco oddechu. Jego karą był cios kijem w plecy. Karą dla innych - powtarzanie od początku. Tym razem jednak - brak reakcji. Żadnych pisków, komentarzy czy nawet spojrzeń. Koty straciły panowanie nad sytuacją i nie zapowiadało się aby miały je kiedykolwiek odzyskać. Więc czekały tylko, aż Brigg wróci do siebie i będą mogły zacząć od nowa. Młody popielec wydał z siebie krótki jęk, kiedy zbierał się na cztery łapy i można było wznawiać katorgi.
- Jeden... dwa... trzy...
Odliczanie z każdą próbą i powtórzeniem zwalniało. Tak samo jak czas wokół. Nie było jednak nikogo, kto mógłby wyswobodzić młode z tej sytuacji. Sytuacji, do której doprowadziły je ich własne czyny.
- Trzysta dziewięćdziesiąt cztery... trzysta dziewięćdziesiąt pięć... trzysta dziewię-ŹLE!
Drżące ramiona Vargusa nie wytrzymały ciężaru jego ciała. Padł w trakcie jednego z ostatnich powtórzeń. Nie musiał się nawet podnosić. Zaczekał na nieuniknione. Głuchy trzask i falę bólu, rozlewającą się po i tak już obolałych czarnych plecach. Nie miał jednak wyboru. Przyjął to z godną żołnierza obojętnością. Jakby kij go ominął. Tu również, brak reakcji. Nie było komu reagować. Najlepszą metodą w całym tym szaleństwie było czekanie. Na kolejne powtórzenia i na zmęczenie przezwyciężające wszystkie zapasy sił.
- Jeden... dwa... trzy...
Młode mięśnie dosłownie rozrywały się pod ciężarem ciał popielcy. Proste ćwiczenie stało się zabójczą torturą. Każda sekunda, każda kropla potu spływająca po czole, wszystko to było udręką jakiej banda nie była w stanie znieść. Z każdą chwilą jednak, zbliżali się do końca. Upragnionego końca, którego nawet nie byli pewni, ale musieli za niego wycierpieć. Powtórzenia mozolne, ale jednak dokładne, doprowadzały ich do szału. Istna furia, której nie sposób się wyzbyć, bo niby jak? Brigg i Skarner przegrali w mgnieniu oka, a to było wtedy, kiedy ktokolwiek miał jeszcze jakąś siłę. Teraz byli skazani na łaskę Saserdosa Ruinmakera stojącego nad nimi z kijem w dłoniach jak kat nad skazanym. Ale czy ich los aż tak się różnił? Ich własne decyzje doprowadziły do tego, gdzie znalazły się teraz. Młode nie miały prawa do dyskusji. Jednak skazańcy nie byli torturowani przed śmiercią. Z drugiej strony, ich nie czekała śmierć. A jeśli czekała, to za wyjątkowo paskudną zasłoną.
- Trzysta dziewięćdziesiąt osiem... trzysta dziewięćdziesiąt dziewięć... czterysta.
Po raz pierwszy tego dnia, słowa opiekuna były jak balsam. W tej samej sekundzie cała ósemka opadła z sił i dysząc ciężko nie podnosiła się z podłogi. Udało im się przejść przez katorgi.
- Za dzisiejszą rozgrzewkę możecie podziękować Acacii i jej wspaniałym pomysłom. Zbierać się z podłogi. Za piętnaście minut widzę was na placu treningowym. W pełnych zbrojach. - Rzucił srogo Saserdos.
W mgnieniu oka wyszedł z pokoju odpraw, trzaskając za sobą drzwiami. Vargus nie podnosząc się z podłogi wyjrzał przez okno. Dzień jeszcze długo nie będzie zbliżał się do końca. Pełne zbroje dopiero zaczynały pasować do ich wciąż nierozwiniętych do końca ciał. Były ciężkie, niewygodne i zmieniały proste ćwiczenia w niesamowicie irytujące. Przez krótką chwilę nikt nic nie mówił. Grupka cierpiała razem. Jedynym dźwiękiem było głębokie, strudzone oddychanie ośmiu kotów. Ciszę przerwał Vargus.
- Chyba jednak... przesadziliśmy...



76 Dzień Sezonu Feniksa 1316 AE (14:48)

Tettidia Painreave przez cały poranek układała w głowie plan rozmowy. Przeprowadzić Tribuna Fierhana Sparwinda przez wszystkie możliwie beznadziejnie nudne sprawy jakimi musi się zająć, rozciągając każdy szczegół w czasie najdłużej jak się da, tylko po to, żeby nie był w stanie jej spławić. Dostać się do jego biura, w którym bywa nieczęsto w porywach do bardzo rzadko, a z którego sam Sparwind nie lubi wyściubiać nosa. Gdy będzie go miała w miejscu, w którym będzie musiał jej wysłuchać wyłożyć mu propozycję przekazania jednej z misji żółtodziobom, argumentując to ich niesamowitym potencjałem. W razie wątpliwości, które Tribune na pewno będzie mieć, brnąć dalej, nakierowując go na myślenie przyszłościowe. Koniecznie musi wspomnieć o tym, jak ta jedna prosta misja może ukształtować nie tylko młodociany warband, ale również cały Legion Krwi, który dając szansę nowemu pokoleniu, może tylko zyskać. Na obsadzie, na ogólnym poziomie umiejętności, o potencjalnym terrorze jaki będzie rozsiewać wokół nie wspominając. A gdyby nawet te argumenty nie przekonały o jaśnie Tribune'a Sparwinda, zastosuje atak poniżej pasa, urażając jego męską ambicję i stwierdzi, że Tribune Brimstone, na pewno się zgodzi, kiedy to jemu złoży tę propozycję i to on zgarnie całą chwałę z wykształcenia tak wielu młodych talentów. Tak, to na pewno zadziała.
W trakcie rozmowy z przełożonym Tettidia natychmiast zrozumiała, że jedyną nadzieją na utrzymanie rozmowy na planie, który tak pieczołowicie układała jest przeciąganie swoich zdań w nieskończoność, gdyż najdłuższe zdanie jakim uraczył ją Tribune Fierhan składało się z czterech słów. W większości odpowiadał jedynie "tak", "nie" i "aha". Widocznie nie chciał uczestniczyć w tym dialogu. Jedyne czego chciał, to dowiedzieć się czym należy się zająć, co można sobie odpuścić, jak wygląda sytuacja na horyzoncie, a przede wszystkim - chciał się wyrwać od biurokracji, którą zasypywała go Quaestorka i po prostu usiąść w swoim gabinecie w Czarnej Cytadeli. Jego niechęć była jednak Tettidii na rękę. Mogła ze spokojną głową podążać za przełożonym, wiedząc, że nie zmieni ich klasycznej już ścieżki, w trakcie której przekazywała mu najważniejsze informacje, tylko po to, żeby wysłuchać jej niesamowicie nudnie opowiadanych detali.
Po zaledwie kilkunastu minutach Fierhan Sparwind zaczął kierować się do swojego gabinetu, a Quaestorka podążyła za nim jak cień. Z nieukrywaną niechęcią, zaprosił ją gestem ręki do środka.
Sparwind nigdy nie był zadowolony z tego, że został oddelegowany do papierkowej roboty. Przez lata wielokrotnie lamentował, że wolałby spędzać dni na polu bitwy, a nie za biurkiem. Jego pomieszczenie, przez wielu nazywane bunkrem, podobnie jak w wypadku Tettidii Painreave doskonale oddawało jego osobowość. Surowe wnętrze, w ciemnym kolorze stali, z której składał się pokój, ozdobione tylko kilkoma meblami i gigantycznymi stertami papierów wylewających się na wszystkie strony. Okna niewielkie. Dające perspektywę na zewnątrz, jednak nie dające możliwości spojrzenia do środka dla osób po ich drugiej stronie. Biurko idealnie na środku pomieszczenia, gotowe przyjąć kilka, bądź kilkanaście osób na raz. Drewniany blat, który od nowości nigdy nie spotkał się ze ścierką, jednak wielokrotnie natrafił na przeróżne pazury, krew, pot i łzy. Trzy fotele, z pozoru wyglądające na najwygodniejsze miejsca w całym Askalonie, będące jednymi z najtwardszych krzeseł znanych społeczności popielcy. A do tego dwie szafki. Jedna z prawej strony od wejścia, długa na kilka metrów, wypełniająca prawie całą ścianę pomieszczenia, zawalona od góry do dołu dokumentami, o których nie tylko nikt nie pamiętał, ale tak właściwie nikt nie chciałby pamiętać. Z drugiej strony natomiast - skromniejsza, pojedyncza szafa zamykana na klucz. Jedyny mebel w tym pomieszczeniu, który wydawał się być często użytkowanym.
To właśnie do niej od razu podszedł Fierhan. Przekręcił klucz w zamku i szeroko otworzył drzwiczki ukazując Tettidii wnętrze szafki.
- Napijesz się czegoś? - Zapytał Sparwind.
- Chętnie.
Popielec pochwycił więc dwie szklanki i butelkę mocno torfowej whisky. Wskazał ręką na fotel przy biurku, oferując rozmówcy spoczynek.
- Lodu?
- Nie, nie. Dziękuję.
Bez dłuższego oczekiwania, Tribune postawił obie szklanki na blacie i wypełnił je do połowy bursztynową cieczą. Jedną z nich podał popielce, drugą zatrzymał przy sobie, po czym usiadł na swoim fotelu. Tettidia otworzyła już usta, żeby dokończyć nudny wywód i zabrać się za tłumaczenie rzeczy ważnej, ale przełożony przerwał jej palcem wskazującym. Rozsiadł się wygodnie z wciąż uniesionym palcem lewej dłoni, natychmiast opróżnił zawartość swojej szklanki. Zanim pozwolił Painreave mówić, nalał sobie kolejną porcję, po czym samemu rozpoczął rozmowę.
- To skoro żarty mamy za sobą, po co ta cała szopka? - Zapytał z nieukrywanym znużeniem w głosie. - Co chcesz mi powiedzieć, albo czego chcesz się dowiedzieć?
Tettidia została wybita z rytmu. Czego jak czego, ale że Fierhan domyśli się, że coś jest na rzeczy zanim mu o tym powie, nie zakładała w czasie planowania ich dzisiejszej rozmowy. Cała jej strategia mogłaby przestać mieć znaczenie, jeśli szybko się z tego nie wydostanie.
- Uh… jaka szopka? Przecież…
- Daj spokój. Łazisz za mną, całą drogę pierdoląc o głupotach, które nawet ciebie nie interesują. Przeciągasz wyrazy jakbym porażenia dostał. Co chwilę zadajesz pytania, zupełnie jakby raport, który masz mi złożyć był dialogiem między nami. Co jest na rzeczy? - Przerwał Sparwind.
Tym razem Tettidia musiała przyznać się do słownej porażki i przejść do sedna sprawy. Nie było sensu drążyć tematu.
- Za dwanaście dni Claw Warband pod dowództwem Pardyi Deftclaw będzie prowadzić misję eskortową dla paru inżynierów Żelaznego Legionu. - Rozpoczęła Quaestorka zmieniając ton na bardziej rzeczowy.
Fierhan uniósł brwi.
- Zgadza się.
- Chciałabym zasugerować przekazanie tej misji komuś innemu.
Tribune pochylił się na krześle, po raz pierwszy zainteresowany przebiegiem rozmowy.
- Kogo masz na myśli? - Zapytał, po czym wziął kolejny łyk mocnego alkoholu.
- Mouth Warband pod dowództwem Skarnera Swiftmouth.
Sparwind prawie zakrztusił się swoją whisky. Przez moment patrzył na Tettidię z niedowierzaniem.
- Masz na myśli tę grupkę dzieciaków z fahraru?
- Tak.
- Dlaczego miałbym wysłać grupkę młodych zamiast szóstki wykwalifikowanych żołnierzy?!
- Bo to prosta misja. Jestem pewna tego warbandu jak jestem pewna jutrzejszego wschodu słońca. To byłaby dla nich niepowtarzalna okazja, aby się sprawdzić. Poczuć faktycznymi członkami Legionu Krwi. Cały legion może tylko zyskać na tym, aby wysłać ich do służby trochę wcześniej…
Tribune przerwał rozmówcy gestem dłoni.
- Chyba nie zrozumiałaś pytania. Dlaczego miałbym wysłać GRUPKĘ MŁODYCH - ZAMIAST - SZÓSTKI WYKWALIFIKOWANYCH żołnierzy?!
Przez chwilę Tettidia analizowała czego tak właściwie zdaniem przełożonego nie zrozumiała. Wzięła łyk whisky, która wyraźnie jej nie smakowała, ale nie dała tego po sobie poznać. Dopiero potem zaczęła od nowa.
- Bo to najlepiej zapowiadająca się banda od lat? Od dekad nawet. Przewodzi nimi Skarner Swiftmouth. Smarkacz ma piętnaście lat, a myśli jak niejeden dowódca. Umie wykorzystywać zdolności innych, a samemu jest świetnym strażnikiem. Następny w linii jest Vargus Keenmouth - największa rewelacja tego warbandu - mesmer...
- Mesmer? - Przerwał odrażony Fierhan. - Używa magii? Jak jakiś fanatyk?
- Niech pan da spokój, Tribune. Zaczęliśmy oswajać się z magią już jakiś czas temu. Do tego wspaniale włada dwoma mieczami. Jak na dzieciaka w jego wieku, wielu naszych mogłoby zazdrościć mu umiejętności. Później Mia Darkmouth, łuczniczka, łowca - niewielka rozmiarem, ale nadrabia celnością i dyscypliną. Do tego przygruchała sobie jakiegoś niedźwiedzia, który nie odpuszcza jej na krok, więc gdyby miało się jej coś stać to ma wsparcie. Ktarrur Blademouth, ponoć złodziej, niesamowity w pojedynkach jeden na jeden. Szybszy niż ktokolwiek kogo mogłam obserwować przez ostatnie parę lat. Brigg Harshmouth, wojownik, dzieciak, a wygląda jak nie jeden z naszych żołnierzy, a nawet lepiej. Niewiele ponad trzy metry wzrostu i dwieście kilo wagi, istny czołg. Jest też Grizrus Silvermouth, kolejny strażnik, jest jak cudowne połączenie medyka polowego i balisty. Ilość strzał jakie ten chłopak potrafi wystrzelić w ciągu minuty najczęściej przewyższa liczbę celów wielokrotnie. Darrarat Rapidmouth - ten mógłby się panu spodobać. Wojownik jakich mało. Szlachetny, szybki, wytrzymały, ale i kreatywny - jest jedyną osobą jaką znam, która używa tarczy jako broni głównej, a pochodni jako podręcznej... niesamowity chłopak. No i na koniec Acacia Steelmouth - inżynierka, niesamowicie pyskata i wygadana, ale ogromnie utalentowana na wielu polach. Potrafi myśleć nie tylko za siebie ale za całą swoją bandę, a do tego tworzy cuda z wydawałoby się niczego. To nie jest grupa, którą można tak po prostu zlekceważyć, to...
- Znam ich wszystkich. - Przerwał po raz kolejny Fierhan. - Nie wiem czy pamiętasz, ale przekazywałem ci ich dane wielokrotnie, kiedy jeszcze sprawiali same problemy. Od tego czasu obserwuję tę zgraję. Możesz mówić o nich w samych superlatywach, ale ja wiem swoje. Ktarrur nie słucha rozkazów, Vargus i Grizrus to narwane gówniarze i nic więcej! Walczyć potrafią, ale jakby jeszcze wiedzieli kto jest wrogiem a kto sojusznikiem. Twoja wspaniała Acacia przyjmuje rozkazy tylko od Skarnera, nie szanując żadnego autorytetu, a ta cała kupa mięsa - Brigg? Widziałem jak walczy. A raczej jak musi się bronić, bo nie jest w stanie kontrolować swojego wielkiego cielska. Może sobie w dupę wsadzić te trzy metry jak nie potrafi wygrać prostego pojedynku, bo ledwo się w tej zbroi porusza.
Kolejnym błędem Tettidii było założenie, że Tribune Sparwind to tylko kot salonowy. Oczywiście, nie lubił swojej pracy, ale robił co do niego należało i przykładał się do swoich zadań tak jak na Tribune'a przystało. A kiedy tylko banda pod opieką Saserdosa zaczęła sprawiać nieustanne kłopoty, sam Sparwind musiał zainteresować się tą ósemką. Może i dobrze - pomyślała. W końcu sama już dawno nie widziała takiego nagromadzenia talentów w jednym miejscu. Z pewnością Fierhan musiał widzieć to samo. Od czasu kiedy Ruinmaker poprawił się jako Primus, a oni zaczęli go faktycznie uważać za autorytet, nie sprawiali już żadnych problemów, a spisywali się niesamowicie.
Tettidia czuła się dumna z tego, że jedną prostą rozmową zmieniła być może życie dziewięciu popielcy na zdecydowanie lepsze. Kto wie, czy efektem domina nie zmieniła też kolejnych istnień.
Zanim jednak zdążyła znaleźć dobry kontrargument, Sparwind zmienił tok rozmowy.
- Czemu ci tak zależy? - Zapytał.
Właśnie, czemu? Jaki był powód tego, że od samego rana przygotowywała się do tej rozmowy? Dlaczego czuła, że serce bije jej trochę szybciej?
Painreave podrapała się powoli po siwiejącym już karku, układając myśli. Wzięła potężny łyk whisky, jakby licząc, że alkohol pomoże jej znaleźć odpowiedzi na pytania kołatające się w jej głowie.
Czy była to czysta samolubność z jej strony? Chęć zyskania chwały za stworzenie być może jednego z najlepszych warbandów na przestrzeni kolejnych lat? Może faktycznie troska o przyszłość legionu? Przykładanie się do własnej pracy i dbanie o to, aby inni robili to samo? Bezinteresowne zaangażowanie w tworzenie lepszego jutra? A może po prostu chciała spłacić dług wdzięczności Saserdosowi? Nie była ani osobą złą, ani dobrą, tylko kimś kto chce po prostu wyjść na zero?
- Chcę im dać szansę jakiej my nigdy nie mieliśmy. Udowodnić, że ci na górze mylą się co do nas. Że potrafimy zadbać nie tylko o siebie, ale i o wszystkich wokół. Że nie jesteśmy beznadziejnie słabi.
Nieoczekiwanie, Fierhan nie kontynuował tego tematu.
- Zdajesz sobie oczywiście sprawę, że żołnierzy trzeba opłacić. Dać im prowiant, przygotować. Pardya ma pod sobą pięć osób. Skarner ma siedem, a bez opiekuna ich nie puszczę. Do tego ten dryblas Harshmouth pewnie żre za dwóch. Koszty, koszty, koszty.
- To tylko jedna misja.
- Ale nie jestem w stanie zobaczyć co na tym zyskamy. Zysk w cudzych rękach nigdy nie jest twoim zyskiem.
- Fierhan, proszę.
Nagle rozmowa ustała. Tettidia zwróciła się do kogoś wyższego rangą jak gdyby byli najlepszymi przyjaciółmi. Wybiło go to wyraźnie z równowagi. Cofnął głowę o kilka centymetrów, nie będąc w stanie pojąć co właśnie miało miejsce. Ale coś w nim pękło. Zamknął oczy i złapał się za nasadę nosa, jakby nie wierząc w to, co właśnie mówi.
- Opiekun, plus szóstkę pod wodzą Skarnera Swiftmoutha. Bez Brigga Harshmoutha. Nie będę ryzykować. Jeśli im się uda i usłyszę o nich same pozytwy, I TYLKO WTEDY, będą mogli wyzbyć się przedwcześnie opiekuna i operować całą ósemką. Jeśli nie, zostaną w fahrarze rok dłużej niż pozostałe warbandy.
- Dziękuję.
- I nigdy więcej nie mów do mnie Fierhan.
- Tak jest, Tribune Sparwind.
Tettidia Painreave podniosła się na równe nogi i zasalutowała. Zgarnęła z blatu szklankę z końcówką whisky i opróżniła ją.
- Na początku tygodnia przekażę Ruinmakerowi ofertę.
- Mhm. Do tego przekażesz Deftclaw dlaczego jej warband stracił zadanie. I lepiej żebyś znalazła lepszy powód niż „Tribune Sparwind zdecydował się przekazać je grupce młodych z fahraru”. Wolałbym uniknąć niepotrzebnych kłótni i buntów.
Quaestorka kiwnęła głową przyjmując polecenie i udała się w kierunku wyjścia. Przekraczając próg zapytała:
- Na pewno bez Harshmoutha?
Fierhan pokręcił głową.
- Nie będę ryzykował. Jest za słaby.

Tank

  • Rekrut
  • **
  • Wiadomości: 10
  • Płeć: Mężczyzna
  • I'm a Tiger, you're a Maus.
"Zarządzać warbandem to nie lada wyzwanie. Spróbowałabyś tego z trzema naraz!" - Alorarn Warbeast (Bezimienny Centurion)

79 Dzień Sezonu Feniksa 1316 AE (11:42)

Skarner zerknął na wielki zegar stojący w rogu pokoju odpraw. Za piętnaście minut południe. Coś musiało być na rzeczy. Samemu nie był tylko w stanie dojść do tego co. Przez ułamek sekundy przypomniał sobie kiedy po raz ostatni czuł się w ten sposób. Chwilę później wyciskał trochę ponad tysiąc pompek. Stare dzieje. Postanowił jednak jak zwykle zmusić swoją bandę do myślenia za niego. Raczej nikt nie odpowie na jego pytanie tak, aby otrzymał odpowiedź, której szuka na talerzu, ale najczęściej jego przyjaciele i rodzina pomagali mu wejść na właściwe tory.
- Dziwna pora na odprawę. - Powiedział głośno, uciszając wolne rozmowy.
Kilka głów na raz obróciło się w stronę drewnianego zegara z wahadłem.
- W sensie, że nie ma pełnej godziny? No i co z tego? - Zapytał Grizrus.
Lider nie odpowiedział mu w żaden sposób, tylko siedział cicho wpatrzony w ten sam, stary, wysłużony już zegar, pocierając brodę w wyraźnym zamyśleniu. Jego dziwny nastrój wprost emanował od niego, zaciekawiając pozostałe koty.
- Podejrzewasz coś? - Spytała Mia, podsuwając krzesło jak najbliżej Skarnera.
Wpatrywała się w niego dogłębnie swoimi różowymi ślepiami, jednak lider nie wydawał się zwracać na nią uwagi, zatracony w zegarze, poszukujący odpowiedzi na pytania, których nawet nie zadał.
- Coś… jest na rzeczy. - Powiedział niepewnie.
- Jednak wojna? - Zapytał chrapliwym głosem Vargus.
Konflikt z ludźmi trwał od dawna, jednak w ostatnich latach tylko się nasilił. Jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało, popielcy nie potrzebowali wojny. Woleli w ten sposób rozwiązywać swoje problemy to fakt, ale to nigdy nie była przyjemna rzecz. Świadomość nieuniknionej śmierci była wpajana młodym od samego początku ich pobytu w fahrarze, ale gdzieś głęboko w sercu, mimo że byli gotowi umrzeć dla dobra swej rasy, nikt z nich nie chciał.
Jaki bowiem jest sens przedwcześnie rzucać się do mgieł?
Przez bardzo krótką chwilę, cisza w pokoju odpraw była przytłaczająca. W końcu jednak Skarner pokręcił głową.
- Nie. Na wojnę, zwołali by nas w trybie natychmiastowym, a nie na ustaloną godzinę.
Prawie niezauważalnie, większość z kotów odetchnęła z ulgą.
- Może znowu ćwiczenia na terenie wroga z żołnierzami Legionu Krwi? - Zapytał Brigg, rzucając skórzaną, jajowatą piłkę do Darrarata. - Już z pół roku nie ruszaliśmy się z tego miejsca.
- Albo wypad kondycyjny w góry. - Odpowiedział Darrarat odrzucając piłkę. - Duży ma rację. Primus Saserdos nas nigdzie nie zabrał od dłuższego czasu.
- A może w końcu ten wypad nad wodę, który nam obiecuje od dwóch lat?
- Albo znowu ten durny trening niespodzianka…
- Albo znowu go gdzieś oddelegowali i zwołał nas jakiś opiekun na zastępstwo. Jakby nam opiekunka była potrzebna do czegoś.
- Bo sami to się pokaleczymy. A może inny warband był już ustawiony w tym pokoju na południe i musiał nas wcisnąć na za piętnaście.
Brigg i Darrarat wymieniali się doskonałymi ideami, przerzucając piłkę po każdym z pomysłów.
- Albo coś na poważnie spierdoliliśmy… - Odezwała się nietypowo ponurym tonem Acacia.
Przerzucanie piłki ustało. Brigg zacisnął na niej palce. Jeśli jest jakieś wydarzenie, które pamiętał każdy z obecnych kotów, to czas, kiedy faktycznie „coś na poważnie spierdolili". Mimo iż powinni patrzeć na to z perspektywy czasu i właściwie być wdzięczni, żadne z nich nie chciało powtórki.
- Nie. W takich sytuacjach Primusi wybierają pełne godziny. Nie ta, to następna. - Zaprzeczył Skarner kręcąc głową. - To coś innego.
- Może mu się spieszy. - Zasugerował Vargus.
Nagle wszyscy zauważyli błysk w oczach Skarnera. Jego niezawodny plan poradzenia się pozostałych naprowadził go na właściwe tory. Machając palcem wskazującym w kierunku Vargusa, pokazując, że to jest poprawna myśl podniósł się z krzesła.
- No, co wymyśliłeś? - Ponagliła go Mia, czekając na wyjaśnienia.
- Śpieszy mu się. Albo nie może się doczekać, albo nie ma czasu do stracenia. Dostaniemy jakąś faktyczną robotę! Jak prawdziwy warband, a nie durne dzieciaki z fahrar!
Pomruki zadowolenia przeszły przez pomieszczenie.
- No wreszcie! - Mruknął Brigg oddając piłkę. - Dość już mam użerania się ze smarkaczami.
- Się odezwał dorosły. - Roześmiała się Acacia, najstarsza z grupy.
W tym momencie rozmowy ucichły, gdyż drzwi do sali odpraw otworzyły się. Przeszedł przez nie opiekun grupy, Saserdos Ruinmaker. Wpatrzony był w skrawek papieru jaki trzymał. Ósemka zebrała się gwałtownie na nogi i ustawiła w rzędzie.
- Całość baczność! - Przywitał się Primus.
Koty wyprostowały się, prezentując dumnie piersi. Jedynie Darrarat trzymał ręce za plecami.
- Darrarat, dawaj piłkę. - Zakomenderował opiekun, nawet nie odrywając wzroku od kartki.
Cichy pomruk niezadowolenia był jego odpowiedzią.
- Ale Primusie Ruinmaker to trzecia w tym tygodniu… - Zaczęła smętnie narzekać Acacia.
- Trzecia srecia. To jest cały czas ta sama piłka, tylko skubańce ją wykradacie za każdym razem. - Saserdos oderwał wzrok i posłał piorunujące spojrzenie wychowance. - Powinienem was za to zrugać... nic się tu przed wami nie da ukryć. Bawcie się ile chcecie jak macie wolne, ale jak na służbie, to won mi z zabawkami.
Wyciągnął dłoń, czekając na niedozwolony w czasie obowiązków przedmiot. Darrarat westchnął i przekazał opiekunowi jeden z niewielu skrawków materiału, do którego przywiązała się cała grupa.
- Do rzeczy. - Zaczął Ruinmaker. - Dostałem dziś z samego rana informację, po której nogi się pode mną ugięły, a wiedzcie, że są to nogi, które wiele wytrzymać potrafią.
Od razu dało się zauważyć czystą ekscytację, która wprost promieniowała od opiekuna bandy. Ogony zaczęły szybciej szeleścić po deskach.
- Jak się okazuje, jeden z warbandów dostanie szansę, jakiej nie dostał żaden wcześniej. Szansę udowodnienia sobie, ale i nam wszystkim, że nie jest to grupa bezużytecznych gówniarzy jak większość osób sądzi. Szansę pokazania się z najlepszej strony przed samymi Tribune’ami legionu. Szansę wyrwania się z fahraru dwa lata wcześniej niż powinien. Ten warband, to wy.
Nagła fala radości wypełniła pomieszczenie. Popielce zerwały szyk i rozpoczęły się śmiechy i wiwaty.
- Spokój, spokój, cisza! - Uspokajał Saserdos. - Pozwólcie, że wam najpierw wyjaśnię co będziecie robić i jaka jest stawka. Zastąpicie Claw warband w misji eskortowej dla czołowych inżynierów Żelaznego Legionu. Wasza siódemka pod moimi skrzydłami przeprowadzi czwórkę inżynierów oraz ich najnowszy wynalazek oblężniczy przez ziemie skażone zarazą ludzkich duchów. Nie ma się co ekscytować. Walczyć będziecie na pewno, ale nie podejrzewam, żeby coś więcej niż wybijanie paru natrętnych wieśniaków wam się przydarzyło. Do tego zwracam uwagę, że nasi VIPowie to nie są popielce, które można ot tak zlekceważyć. Nie sądzę, żeby w ogóle potrzebowali waszej pomocy, ale lepiej jest dmuchać na zimne. No i najważniejsze!
Opiekun podniósł palec wskazujący, zwracając uwagę podopiecznych na ostatni aspekt tej misji.
- Jeśli, i tylko jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, a wasza banda otrzyma pozytywne opinie od wszystkich stron zaangażowanych - z dniem kiedy dokumenty trafią na biurko Tribune’a Sparwinda, albo Tribune’a Brimstone’a - oficjalnie się żegnamy, a wy przedwcześnie opuszczacie fahrar, jako najmłodsza ekipa w historii.
Koty zareagowały gromkimi brawami i cichymi śmiechami. Oczywiście Primus Ruinmaker był jedyną częścią fahraru, na którą żadne z nich nie narzekało, więc pożegnanie wydawało się nieco niezręczne, ale jednak jak to dorastający żołnierze, chcieli już wydostać się z nieustannych treningów w fahrar i zająć się prawdziwą służbą.
- Cisza, cisza! Jak wam się nie uda - kiblujecie dodatkowy rok.
- Pfff! - Prychnęła Acacia. - Nam by się nie udało?
Pewność siebie Acacii wzmożyła jedynie podekscytowanie grupy. Tak właściwie banda świętowała już opuszczenie fahraru. Cieszyli się wszyscy, poza jedną osobą. Wszyscy poza liderem grupy.
- Moment, moment. - Przerwał salwy śmiechu swoich kolegów Skarner. - Siódemka?
Cisza nastała natychmiast. Banda spojrzała po sobie, a potem wszyscy zwrócili głowy ku opiekunowi. Saserdos zgniótł kartkę, którą trzymał w dłoni, po czym wziął głęboki wdech i zaczął tłumaczyć.
- Niestety Tribune Sparwind wyraził „wyraźne wątpliwości”, co do wartości jednego z was. Argumentował to „ponadprzeciętnym odstawaniem od reszty poziomem umiejętności” oraz „niepewnością w trakcie walki”.
- Chce podzielić warband?! - Zapytał zdenerwowany Skarner.
- Popierdoliło go czy jak? - Dodała od siebie Acacia.
Saserdos skrytykował ją wzrokiem, jednak rozumiał tę reakcję.
- Tribune Sparwind ma pełne prawo zadecydować o tym, że jedno z was przesiedzi tę misję w fahrarze, Steelmouth, zwłaszcza jeśli jego wątpliwości mają potwierdzenie w dokumentacji z waszych treningów. I może to zrobić czy wam się to podoba czy nie, więc zachowaj takie uwagi dla siebie.
Opiekun podszedł do będącego od niego sporo wyższym Brigga i oparł łapę o jego ramię.
- Przykro mi, duży.
W momencie kiedy Primus wspomniał o dokumentacji z treningów, podświadomie cała banda wiedziała o kogo chodzi, jednak gdzieś w środku Brigg liczył, że może jednak jest to ktoś inny.
- Jeśli cię to pocieszy, to częścią tej umowy jest twoje dołączenie z powrotem do bandy, jeśli im się powiedzie. Nie będą was rozdzielać. Musisz tylko odpuścić tę misję.
Duma Harshmoutha ucierpiała, jednak jego rozsądek kazał mu się rozchmurzyć. To tylko jedna misja. Skarner poprowadzi resztę tak jak przez ostatnie lata. Każdy z jego przyjaciół dołoży swoją cegiełkę i zanim się obejrzy, wszyscy będą już pełnoprawnym warbandem, zdala od paroletnich dzieciaków w tym zawszawionym fahrarze. Nie potrzebna im dodatkowa ściana mięsa. Dadzą radę bez niego.
- Ta. - Pokiwał głową ze zrozumieniem. - Jedną misję mogę odpuścić.
- Nie ma mowy. - Wtrącił się Skarner.
Wszyscy obecni popatrzyli na niego jak na lunatyka.
- Bez Brigga nie bierzemy tej misji. - Dodał stanowczo. 
- Daj spokój stary, to tylko jedno zadanie… - Przeciwstawił się sam Brigg.
- Powiedziałem wyraźnie: Nie. Albo robimy to wszyscy razem, albo nikt.
- Skarner, możecie nas stąd wyciągnąć. Myślę, że nie warto…
- Mnie pierdoli co myślisz, duży! - Wybuchł nagle Skarner. - A przede wszystkim pierdoli mnie co myśli ten skończony skurwysyn Sparwind!
Opiekun aż zamrugał pod wrażeniem swojego podopiecznego. Normalnie spokojny, przestrzegający zasad, znający swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym lider bandy, kompletnie zniesławił osobę wysoko nad sobą i przestał oszczędzać się w słowach. W każdym innym wypadku musiałby go zdyscyplinować, jednak widział jak ten piętnastolatek dokonuje właśnie najbardziej męskiej decyzji w swoim życiu. Wychodząc naprzeciw wszystkim, nawet własnej bandzie, tylko po to, by zapewnić jej dobro.
- Jak dla mnie jesteś kurwa świetnym żołnierzem! - Prawie wrzeszczał Skarner. - A jak ten pierdolony niedojda myśli inaczej, to ma kurwa problem z głową! Prędzej dam sobie łeb rozłupać niż pozwolę chujowi podzielić moją bandę! I nie obchodzi mnie kim on kurwa myśli, że jest! Może sobie nawet być samym Khan-Urem, pierdoli mnie co mi każe i co mi wolno! Mogę tu kiblować i dziesięć lat, ale nie pozwolę nikomu nas poróżnić!
Lider oddychał głęboko i przez ten krótki moment, mimo bycia prawie najniższym członkiem bandy, wydawał się najwyższą osobą w pomieszczeniu.
Brigg był wściekły. Miał ochotę po prostu uderzyć Skarnera. Wbić mu trochę rozumu do głowy. Marnował właśnie szansę dla całego warbandu, tylko dlatego, że ktoś zabronił Briggowi brać udział w jednej prostej misji. Gdzieś w środku jednak chciał go wyściskać. Postawić się samemu Tribune'owi to nie lada wyczyn.
- Popieram Skarnera. - Powiedziała znikąd Acacia.
Moment za nią, reszta bandy zdecydowała się odrzucić ofertę, aby tylko pozostać razem.



47 Dzień Sezonu Latorośli 1320 AE (23:17)

Dzięki doskonałemu rozeznaniu taktycznemu autorstwa Ktarrura Blademoutha, świetnemu władaniu językiem Acacii Steelmouth, a przede wszystkim idealnemu zorganizowaniu i planowaniu lidera warbandu, Skarnera Swiftmoutha, Mouth Warband był aktualnie oddelegowany na dwie misje, jedna za drugą. Była to sytuacja idealna, bo nikt nawet nie zauważył, jak za pomocą kilku rozmów, małej zasłony dymnej w postaci kłócącej się Acacii oraz dozie sprawnej dedukcji, grupa zafundowała sobie dzień wolny, za który w całości zapłaci im Legion Krwi, gdyż, wedle całej dostępnej dokumentacji, byli oni na misji.
W związku z powyższym, ponieważ jeden dzień jest wolny, ostatniego dnia pierwszego zadania, które i tak powinno zakończyć się jeszcze przed wieczorem, warband postanowił urządzić sobie małe ognisko, na którym największą atrakcją będzie alkohol, za który również, nieświadomie zapłaci Legion Krwi.
Wszystko szło zgodnie z planem. Misja pod tytułem "zneutralizować zagrożenie i wrócić cało do domu" zatrzymała się w drugiej fazie już koło godziny osiemnastej. Przez ponad godzinę, popielce maszerowały poszukując dogodnego miejsca na rozbicie obozu. Vargus prowadził całą resztę, do miejsca, o którym opowiadał mu znajomy. Banda powoli zaczynała narzekać, twierdząc, że prowizoryczny obóz można rozbić wszędzie. Mimo tego, szli dalej za warbandowym mesmerem. Kiedy dotarli na miejsce, wszyscy musieli chylić czoła przed prowadzącym ich kotem.
Znaleźli się na małej polance na skraju lasu. Trochę trawy, trochę piachu. Niby nic nadzwyczajnego, ale mogli rozbić biwak otoczeni z trzech stron. Las graniczył bowiem z niewielkim jeziorkiem, które skutecznie odgradzało większą część obozu od potencjalnych obserwatorów. Do tego, wyglądało to razem przepięknie, tworząc idealny krajobraz pod zasłużoną, popielną imprezkę.
Początkowo, Skarner wyraził niezadowolenie z powodu tego jak wygląda ta miejscówka, albowiem nie byłoby to miejsce łatwe do opuszczenia w razie ataku. Jedynym kierunkiem, w który mogliby się udać, aby móc walczyć jest północ, z której przyszli. Jak zwykle perfekcyjny i myślący o wszystkich możliwościach lider został jednak szybko przekonany, kiedy to Darrarat i Mia zrzucając z siebie zbroje, rzucili się prosto do wody w świetle zachodzącego słońca.
Banda nie szczędziła sobie alkoholu i przy wysoko płonącym ognisku cieszyli się czasem wolnym.
- A ja sipoem, że... - Czknięcie. - ...oj, że marnuesz sie chopie z nami! - Rzucił Darrarat pijackim głosem do swojego lidera.
- Ta? Dlaczego?
- Bo mógbyś kuwa... miszczuu... góry prznosiś. Ciebie to... Kenurem... mogli... byzrobiś.
Najmniej upojony z całej stawki przywódca uśmiechnął się nieznacznie i pociągnął kolejny łyk piwa.
- Dzięki stary, doceniam.
Grizrus ruszył się z miejsca i ciężko opadł na wywrócony konar drzewa, na którym siedział Skarner. Ostrożnie, aby nie wylać piwa, przysiadł się możliwie jak najbliżej i objął go ramieniem.
- Suchaaj, Dan...ann...nanan... ten chuj o tam. - Powiedział wskazując palcem mniej więcej kierunek Darrarata. - Ten typ... ma nasje.
Grizrus zmrużył ciemne, brązowe brwi, starając się znaleźć niezwykle ważną myśl, którą chciał przekazać.
- Ja cie szanujem. Ale ja cie szanujem. I poem ci... beś ciebie, byśmy kusza monda... chuja znobili. Tak...sze... Skannen! Twoje zdnowie!
Nie czekając na innych wychylił butelkę, ciągnąc z niej naprawdę konkretny łyk. Pozostali również nie odpuścili sobie toastu za lidera.
Skarner świetnie się bawił. Przez cały dzisiejszy wieczór mógł na spokojnie rozmawiać, żartować, śmiać się ze swoją bandą, po raz pierwszy od dawna nie przejmując się jutrem. Nie musiał mieć z tyłu głowy obaw, przed tym co może przynieść kolejny dzień. Nie potrzebował martwić się o stan swoich towarzyszy. Wszyscy oni byli w jego oczach wspaniałymi żołnierzami, ale gdzieś w głębi serca się rozklejał. Gdzieś tam głęboko, głęboko wewnątrz, czuł się odpowiedzialny za ich zdrowie na tyle, by nie móc im pozwolić za nic w świecie zginąć. Nie przejmował się sobą. Wszak i bez niego jakoś by sobie poradzili. Ale strata, któregokolwiek z pozostałych popielców byłaby nie do zniesienia. Nie mógłby spojrzeć sobie w twarz, wiedząc, że czegoś zaniechał, że przez to, że czegoś nie dopiął na ostatni guzik, ważna część jego bandy straciła życie. Myśl tak prosta i głupia, kołatała się w jego głowie cały ten czas. Mimo iż powtarzał sobie, że nikt z jego towarzyszy nie da się tak po prostu zabić, że jaka wojna by nie przyszła, to właśnie jego warband będzie niósł całą ich rasę na barkach, wciąż się martwił. Jednak był pewien, że tak długo jak są razem, nikt ich nie skrzywdzi, a on tego dopilnuje. I nawet jeśli, zdarzyłoby mu się za to zginąć, jego banda będzie parła dalej naprzód. Z nim czy bez niego. Z nim... czy bez niego... Z nim... czy... bez niego? Bez niego dadzą radę. Vargus przejmie dowodzenie. Ale czy będą za nim tęsknić? Cholera, czy gdyby zmarł tu i teraz, czy ktoś z tej siódemki zwrócił by uwagę? Czy ktokolwiek by go w ogóle zapamiętał?
- Idę się wyszczać. - Wyrwał go z zamyślenia Vargus, trącając go ogonem w plecy.
- Gzie izziesz Vargusss? Choś do nasss. Nie wstyś sie! - Krzyknęła za nim Acacia.
- Może on poprosu nie ce laś przy dużym, bo wie, że prz dużym... to on ma... maluśkiego! - Zażartowała Mia, wtulając się w bok Brigga.
Szczery śmiech dorosłych już popielców odprowadził Vargusa w głąb lasu.
Radosna atmosfera utrzymywała się jeszcze przez kilkanaście minut.
- Soś duugo nie wrasa. - Zauważył pół-tomny Brigg.
- Co? - Zdziwił się wyrwany po raz kolejny z przemyśleń Skarner.
- No... Vargus. Nie ma go.
Dopiero teraz lider zwrócił na to uwagę. Faktycznie minęło sporo czasu odkąd czarny popielec ruszył do lasu załatwić swoje sprawy.
- M-może... ze...zgonował? - Zapytała Mia.
- Pójdę sprawdzić. - Powiedział Skarner podnosząc się z wywróconego pnia.
Zrobił zaledwie kilkanaście kroków w kierunku lasu, zanim jego oczom ukazał się czarny zarys jakiejś postaci. Była daleko od ogniska, a wokół panowała kompletna czerń więc nie był w stanie rozpoznać swojego towarzysza.
- Vargus? - Zapytał niepewnie, wyciągając miecz z pochwy, którą inteligentnie miał wciąż przy sobie.
Robiąc kolejne kroki w kierunku zarysu postaci zaczął oddychać głębiej, a jego wzrok się wyostrzył, przyzwyczajając się do ciemności. Przed nim, na skraju lasu, faktycznie stał Vargus.
- Weź, nastraszyłeś mnie chłopie...
Musiał jednak przerwać w pół zdania. Czarny popielec padł na twarz. Nie wyglądało to jednak jakby przesadził z alkoholem. Zwłaszcza, że nie pił aż tyle. Skarner starał się pilnować w jakim stanie jest jego banda, więc zwracał uwagę na ich spożycie.  To co widział przed sobą wyglądało jakby jego przyjaciel właśnie stracił przytomność.
- Vargus! - Wrzasnął, rzucając się biegiem w jego kierunku.
Jego ryk był wystarczająco przepełniony rozpaczą, aby pozostałe koty podniosły się z ziemi. Z początku grupa rozbawionych, upojonych alkoholem popielców zaczęła momentalnie trzeźwieć. Jakby spóźnili się na odprawę, wszyscy w gigantycznym pośpiechu zakładali części zbroi i chwytali za broń.
Skarner dobiegł do leżącego towarzysza i od razu przekręcił go na plecy. Wyglądał całkowicie zdrowo, za wyjątkiem oczu wytrzeszczonych w wyrazie przerażenia. Swiftmouth położył swoją beżową łapę na tętnicy szyjnej Vargusa, starając się wyczuć puls. Do tego momentu mógł wmawiać sobie wszystko. Jednak kiedy nie wyczuł kompletnie nic, panika ogarnęła jego ciało.
- Nie, nie, nie, nie, nie! - Powtarzał jak mantrę, czekając na przepływ krwi, który ciągle nie następował.
Wypuścił w końcu miecz z dłoni i przeszedł do ratowania przyjaciela. Położył obie dłonie na jego klatce piersiowej i chciał zacząć masaż serca. Przy pierwszym pchnięciu przebił się przez ciało Vargusa i wylądował dłońmi na trawie. Samo ciało jego kompana natomiast wyparowało z ledwie widocznym, szarym dymem. Zanim jednak Skarner zrozumiał co się wydarzyło, było już za późno. Opuścił gardę na zbyt długo.
Przez jego serce z mięsistym chlaśnięciem przepłynął miecz. Poczuł jedynie jak ktoś kładzie rękę na jego ramieniu. Ostatnimi podrygami przewodów nerwowych złapał za nadgarstek trzymający miecz, który przebijał go na wylot. Spojrzał w górę i zobaczył swojego zabójcę.
Vargus opierając piętę o klatkę piersiową byłego lidera, wyswobodził swój miecz i pchnął konającego na ziemię.
- Skarner! - Dało się usłyszeć ryk Brigga, nadciągającego z odsieczą.
Prawie trzy i pół metrowy kolos w stalowej zbroi rzucił się na stojącego popielca. Popełnił on jednak ten sam błąd co swój lider. Dał się nabrać na prostą sztuczkę. Przeleciał przez iluzję, zamieniając ją w taki sam obłok szarego dymu, upadając na brzuch. Prawdziwy Vargus stał już kilka metrów dalej. Mia, biegnąca za Briggiem padła przed Skarnerem, szukając nadziei tam gdzie już jej nie było.
Kiedy reszta bandy dotarła na miejsce, sytuacja zaczęła zmieniać się jedynie na gorsze. Teren wokół grupy stanął w ogniu, odbijającym się wściekłym pomarańczem w oczach zdrajcy. Z każdej strony zaczęli się pojawiać członkowie Legionu Płomieni. Bez problemu otoczyli warband. Mieli kilkukrotną przewagę liczebną.
Nie ma rzeczy, która trzeźwi tak mocno i skutecznie jak panika.
- Sprzedałeś nas! - Wrzasnęła Mia, tuląc ciało martwego przyjaciela.
- Tu nie chodzi o pieniądze. - Odparł Vargus. - Na wojnie wygrywają silniejsi, dlatego wolę trzymać z silniejszymi. A Skarner, tak jak i wy wszyscy… był po prostu za słaby.
« Ostatnia zmiana: Kwiecień 01, 2019, 01:25:03 wysłana przez Tank »

Tank

  • Rekrut
  • **
  • Wiadomości: 10
  • Płeć: Mężczyzna
  • I'm a Tiger, you're a Maus.
"Każdy z nas zrobił coś strasznego, ale trzeba umieć się z tym pogodzić i iść naprzód." - Aeshri

48 Dzień Sezonu Latorośli 1320 AE (13:11)

Sen. Wspaniałe zjawisko. Prawdopodobnie najspokojniejsza aktywność jaką można wykonywać. Przynajmniej w większości wypadków. Dla sylvari, jest to najczęściej czynność ważna tak samo jak oddychanie. Dla innych stworzeń - szansa na odzyskanie sił i energii. Możliwość pozyskania zasłużonej chwili wytchnienia w pędzącym cały czas naprzód świecie. Krótki moment, w którym wszelkie troski znikają, a umysł oczyszczony zostaje ze wszystkich zmartwień. Przez wielu gloryfikowana, darmowa, niezobowiązująca próbka śmierci.
Każdy sen, kończy jednak pobudka.
Dla Brigga, dzisiejsze ocknięcie się ze snu było najgorszym w jego życiu. Kiedy tylko otworzył oczy pożałował tej decyzji. Nie widział nic, jednak ciemność wydawała się być rażąca jak nigdy wcześniej. Do tego ten łomocący hałas w jego głowie. Zasyczał przez zęby odczuwając ból tego poranka. Z każdą kolejną sekundą popielec odczuwał coraz więcej i coraz bardziej żałował, że miał nieprzyjemność dzisiejszego obudzenia się. Palący ból kilka centymetrów pod jego sercem, zupełnie jakby stado mrówek wyżerało jego wnętrzności od środka, ból głowy, dudnienie jak po intensywnej imprezie oraz wszystkie mięśnie rwące jak po parunastu godzinach wysiłku bez wcześniejszego przygotowania.
"Ile żeśmy wypili?" - Zapytał się w myślach.
Już dawno nie był na prawdziwym kacu, a ten zaliczał się do grupy "kac morderca". Do tego poczuł, że prawy policzek, którym spoczywa na ziemi jest mokry.
"Cholera, niech to będzie alkohol, a nie rzygi..." - Pomyślał, wciąż nie podnosząc się z gleby.
Nie do końca miał siłę, a już na pewno nie miał ochoty. Jednak przeczucie, że to w czym leży nie jest przyjemne, sprawiło, że postanowił powoli wprowadzić w życie plan o postawieniu się na równe nogi. Nie śpieszył się. W końcu obudził się pierwszy. Popielec powoli podniósł lewą powiekę, balansując na granicy światłowstrętu.
Jego oczy były zamknięte dłużej niż to zakładał, albo wypił tak dużo, że jego organizm nie był w stanie zbyt szybko pojąć idei wyraźnego obrazu. Pierwszym na co Brigg zwrócił uwagę, była ciecz pod jego policzkiem w zdecydowanie większej ilości niż początkowo zakładał. Również w zupełnie innym kolorze. Brudny od piachu brąz wylewał się spod jego twarzy i kreował niewielką kałużę tuż przed nim. Szczęśliwie, nie była to jego treść żołądkowa. Wyglądało bardziej jak ciemna whisky. Podniósł więc pysk nieco spokojniejszy. Opierając się na dłoniach jak w przygotowaniu do pompek, spróbował dźwignąć się wyżej, chociażby na kolana. Zablokował się jednak w pół tej czynności. Palący ból w lewym boku wydawał się nienaturalnie nasilać, nie pozwalając mu wykonywać żadnych gwałtownych ruchów. Być może jego wątroba nie była w humorze na przedwczesne wstawanie. Ciche pobrzękiwanie metalu z jego pancerza wybiło go z rytmu.
"Piłem w zbroi? Po co?" - Pomyślał, pozostając brzuchem na piachu.
Przerośnięty popielec spojrzał po raz kolejny na ciecz przed nim, tym razem z odległości kilkunastu centymetrów, kiedy to zdążył już podnieść głowę. Jego wzrok nabierał ostrości, a ból głowy tracił na sile, pozwalając mu skupić się na kałuży przed nim. Ciemny brąz okazał się czerwienią, powoli skapującą z jego mokrego policzka na glebę.
W tym momencie jego mózg zaczął pracować po raz pierwszy tego dnia.
"Krew...? Przecież nic mi nie jest... ani ja... ani Mia... ani Var... VARGUS!"
Jego serce załomotało a on z gigantyczną dawką energii, podniósł się na kolana. Zaryczał z bólu jaki ogarnął jego ciało. Zupełnie jakby odrywając się od podłoża zostawiał na nim większość swojej skóry i futra. Klęcząc, mógł spojrzeć na swoje ciało. Pierwszo co rzuciło mu się w oczy, to kawał bordowej od krwi stali, sterczący z wnętrza jego zbroi, przebijający ją i niego. Słaby w planowaniu Brigg zrobił pierwsze co przyszło mu na myśl. Ścisnął końcówkę ostrza i na siłę wyciągnął ją z własnych wnętrzności.
W jego głowie natychmiast zakręciło się z podwójną siłą. Zrobiło mu się niedobrze i poczuł jak obrzydliwa fala płynów ustrojowych napływa mu do pyska. Nie próbował nawet z tym walczyć. Upadając niżej i podpierając się rękoma wypluł wszystko, co przekazał mu przełyk. Tym razem wolał nie otwierać oczu. Po gorzkim i metalicznym smaku rozpoznał mieszankę krwi i żółci. Splunął kilkukrotnie, aby pozbyć się wszystkiego co miał w ustach.
Choć jego myśli zaczynały krążyć wokół wczorajszych wydarzeń, nie był w stanie skupić się na żadnym szczególe. Nie dopóki nie będzie w stanie stanąć na nogach.
Przezwyciężając bariery własnego ciała, popielec wyprostował się na swoich kolanach i znów otworzył ślepia. Pochwycił się za bok blokując ranę, którą wcześniej skutecznie tamował połamany miecz.
Dopiero teraz mógł rozejrzeć się wokół. Dostrzegł prawdziwy krajobraz wojny. Spalona ziemia, która dosłownie błyszczała się szkarłatną cieczą rozlaną zeszłej nocy. Blisko popielca leżało pełno ciał. Szumowiny z Legionu Płomienia, pomordowane z widoczną bezlitosnością przez jego bandę. Czterdzieści, może nawet pięćdziesiąt różnych trucheł. Z wielu z nich wystawały strzały, prawdopodobnie należące do Mii lub Grizrusa.
"Wygraliśmy?!" - Przeszło mu przez myśl.
Brigg starał się rozpoznać swoich wśród trupów, jednak szczęśliwie nie poznał nikogo. Rozglądał się dalej, szukając dalszych śladów walki, próbując przypomnieć sobie wczorajsze wydarzenia. W pewnym momencie jednak przestał. Instynktownie odwrócił wzrok od tego co zobaczył i zamknął szczelnie oczy. Zasłonił dłonią pysk, powstrzymując kolejny odruch wymiotny. To co widział zabolało go bardziej niż wyciąganie stali z rannego boku.
Kilkanaście metrów od siebie, wśród stosu ciał widział Acacię. Jej górną połowę, opartą smętnie o kamień. Okropną biel kości, przebijającą się przez brunatne już mięso w połowie kręgosłupa.
Nie miał zamiaru szukać dolnej połowy. Ani reszty bandy. Natychmiast chciał odwidzieć to co właśnie zobaczył. Targnęło nim niespotykane uczucie. Przygryzł pięść, którą zasłaniał pysk, jakby chcąc zadając sobie tę lekką krzywdę, pozbyć się bólu jaki właśnie poczuł w całym ciele. Opuścił też drugą rękę, pozwalając krwi na jego boku swobodnie spływać w dół jego zbroi. Chciał wrócić do krainy snów. Stracić przytomność i zapomnieć o tym co zobaczył.
Był jednak powód, dla którego się obudził. Musiał być. Przez cały ten czas był najsłabszy z bandy. Jeśli ktoś miał zginąć, to właśnie on. Nie Acacia. Nie Skarner. Więc tak długo jak on wciąż był przy życiu, istniało prawdopodobieństwo, że przeżył ktoś jeszcze. Ktoś sprawniejszy, lepiej wyszkolony, robiący lepsze uniki.
Zacisnął pięści nawet mocniej i zmusił się do otworzenia oczu. Z trudem powstał na równe nogi i niezwykle wolno ruszył w głąb pobojowiska. Pomiędzy trupami członków Legionu Płomieni, zobaczył Burgera, niedźwiedzia należącego do łowczyni warbandu. Jego widok był jednak zaskakujący. Ślady niesamowicie długich zębów i pazurów, które rozerwały bok zwierzęcia jak pluszową zabawkę nie wyglądały na robotę fanatyków ognia.
"Kto ci to zrobił biedaku?!" - Zapytał martwego pupila przyjaciółki w myślach.
Nie miał jednak czasu przejmować się losem niedźwiedzia. Musiał szukać bandy. Ktoś mógł żyć, ale nie mieć za dużo czasu, który tak łatwo jest zmarnować. Zrobił kilka kroków na północ. Między spalonymi konarami drzew dostrzegł fragmenty białego futra. Futra należącego do Darrarata. Plecy jego kompana jednak nie były już tak białe jak kiedyś. Całkowicie czerwone, pokryte krwią właściciela, wylewającą się z czterech ran po pazurach. Wielkich, przerażających pazurach zagłębiających się do kości a nawet dalej. Rozrywających mięso jakby było zaledwie skrawkiem papieru.
"Proszę, nie." - Pomyślał podchodząc bliżej.
Brigg nachylił się nad leżącym na brzuchu kolegą, zwracając uwagę na jego złote oko, tępo patrzące w przestrzeń. Wiedział, że nie ma po co, lecz musiał upewnić się o śmierci kolejnego kompana. Kiedy przyłożył palce do jego tętnicy i nie wyczuł pulsu, prychnął tylko wściekły. Zamknął otwartą wciąż powiekę kompana i wbrew sobie, ruszył dalej.
Darrarat nie żył. Tak jak Acacia. Tak jak Skarner. Możliwe, że niedługo tak jak Brigg. Być może wykrwawi się z tej żałosnej rany pod sercem. Takiego losu życzył samemu sobie.
Robiąc następne kroki po przerażająco głuchym polu wypatrywał znajomych twarzy. Ku swej rozpaczy, rozpoznał kolejną, a raczej jej fragment. Ciało Ktarrura smętnie spoczywało w trawie. Jego czaszka została rozerwana na pół, a ktokolwiek to zrobił musiał mieć siły za czterech i żadnych skrupułów. Jedyne obecne niebieskie oko przenikliwie patrzyło na Brigga. A przynajmniej on tak myślał.
"To się nie dzieje. To tylko zły sen..." - Przekonywał się w myślach.
Zmuszony do dalszych poszukiwań, przysiągł sobie nie odwracać się w tamtym kierunku. Obszedł też fragmenty ciał większym łukiem. Nie chciał patrzeć na nie z bliska. Jeśli w jego podróży przez pobojowisko chciał kogoś zobaczyć, to był to Vargus. Dwulicowy zdrajca, który śmiał położyć rękę na jego liderze. Jakim cudem nikt na to nie wpadł? Dlaczego nikt nie zauważył, że ten durny mesmer podszywający się pod świetnego przyjaciela, pod względem umiejętności najlepszy z nich, jest ich wrogiem? Jak do tego doszło? Kiedy postanowił ich zaprowadzić do tego lasu i poszczuć Legionem Płomienia? Najważniejszym z tych pytań było jednak - dlaczego u licha nie leży tu jego truchło? Dlaczego Brigg nie może znaleźć jego wrednego pyska wysmarowanego jego własną krwią, zimnego i martwego jak jego nieistniejące serce?
Chwilę później w głowie przerośniętego popielca pojawiło się kolejne pytanie. Zupełnie inne od pozostałych.
"Dlaczego i ty Griz?"
Harshmouth zatrzymał się w swojej wędrówce cierpienia widząc skrawek swojego przyjaciela. Grizrus leżał przygnieciony pniem drzewa. Nie to było jednak powodem jego śmierci. Kiedy Brigg ściągnął z ciała kompana wielki kawał drewna zobaczył rany, których nawet Griz nie był w stanie wyleczyć. Lewa część torsu leżała może pół metra obok. Widocznie odgryziona. Przez... przez... przez coś co miało paszczę ze dwa razy większą niż Brigg, a siły ze cztery razy więcej. Nie wyglądało, żeby cokolwiek to było, miało jakieś problemy z podzieleniem ciała rosłego strażnika.
Brigg zatrzymał się i przysłonił oczy dłońmi. Nie mógł się ruszyć. Nie umiał. Nie umiał wielu rzeczy. A wszystko co potrafił robił gorzej niż jego warband. Więc dlaczego on żył, a piątka jego przyjaciół zmarła? Oni nawet nie zmarli. Zostali pomordowani w najbardziej brutalny sposób w jaki się dało. Jaki to ma sens? Żadnego.
Popielec zaklął swój los pod nosem i rozejrzał się dookoła. Był na końcu swojej trasy. Od tego miejsca, ślady walki zaczynały zanikać, a im dalej na północ, tym bardziej wszystko wracało do swojej naturalnej formy. Parę kamieni, na których wygłuszone zostały płomienie, zwykła ziemia w jakiejś części pokryta trawą, malutkie drzewa, właściwie dopiero rozpoczynające swój żywot. Nawet jakaś durna wiewiórka biegnąca w kierunku lasu.
Jakim cudem natura może być tak bezlitosna? Jakim prawem ma czelność pozostawać obojętną na los tych odważnych, walecznych kotów? Gdzie deszcze, sztormy i huragany kiedy ich potrzeba? Dlaczego mimo delikatnego chłodu świeci słońce nie zakryte nawet pojedynczą chmurą? W opowieściach natura zawsze buntuje się przed okropnym losem, a tu? Śmieje się Briggowi w twarz piękną pogodą i upragnionym spokojem, którego nie dane jest mu zaznać.
"To... koniec?" - Zapytał się w myślach, licząc członków swojego warbandu.
Wciąż brakowało Vargusa i Mii. Szukał wszędzie i nie znalazł. Nawet fragmentów ciał, futra czy chociażby ubrań. Nic. Odwrócił się na pięcie i z niewielką iskierką nadziei ruszył w kierunku lasu. Musiał się upewnić, przechodząc przez pobojowisko po raz drugi. Tym razem wiedział, gdzie nie może nawet zerknąć, a gdzie musi patrzeć uważniej.
Powtórne poszukiwania nie przyniosły efektów. Iskierka nadziei w sercu popielca zaczęła rozpalać istne ognisko.
"Przeżył ktoś jeszcze. Ktoś sprawniejszy, lepiej wyszkolony, robiący lepsze uniki." - Przypomniał sobie swój wcześniejszy tok myślenia.
Mia żyje! Ta skubana mała popielka, której nie dało by się trafić ostrzałem artyleryjskim. Ona dała radę! Burger zapłacił najwyższą cenę, aby ratować jej życie, ale było warto! Mia jest żywa! Tak jak to zdradzieckie ścierwo Vargus. A co jeśli Vargus ją pojmał i porwał? Tylko po co właściwie? Jest śliczną popielką, ale... nie, nie. To się nie trzyma całości. Ona musiała dać radę nawiać.
Wtedy Brigg zrozumiał.
"Ktoś musi wezwać wsparcie!" - Przypomniał sobie wczorajsze słowa Mii.
Wydarzenia dnia wczorajszego zaczęły do niego wracać. Przypomniał sobie jak bez sensu biegł za Vargusem. Jak nie był w stanie złapać mesmera, a ten tylko grał z nim w swoją chorą grę. Jak raz na jakiś czas oberwał jednym z jego mieczy. Nagle rany na jego ciele zaczęły odzywać się ze zdwojoną siłą. Sam fakt, że sobie o nich przypomniał, wystarczył, aby zakończenia nerwowe wznowiły wysyłanie sygnałów o treści "boli jak cholera". Brigg wrócił myślami do tego, jak Vargus wyśmiewał jego bezsensowne próby walki. Jak z każdym razem kiedy oberwał od byłego przyjaciela, narastała w nim furia.
"Nie, nie ma na to czasu." - Skrytykował się za wspominanie tego co było.
Musiał się skupić na tym co teraz. Nie był już z tym sam. Mia żyła! Musiał ją tylko znaleźć i...
Brigg zatrzymał się w pół kroku. Znalazł.
Upadł na kolana pokonany. Docierając na samą krawędź lasu, którym miał zamiar się wydostać spostrzegł dwa ciała. Skarnera i Mię. Praktycznie na czworaka dotarł do ostatnich członków swojej bandy. Bezlitosne morderstwa nie miały końca. Mia leżała nieruchomo na plecach, wpatrując się swoimi różowymi ślepiami w niebo. Na jej szyi widoczne były krwawe ślady po przytrzymujących ją pazurach. W jej lewym boku brakowało większej części torsu. Serce i płuco, wraz ze sporą ilością mięsa i kości, zostały po prostu wyrwane z jej ciała kiedy jeszcze żyła.
Popielec upadł na ziemię wtulając pysk w martwą pierś przyjaciółki.
"Dlaczego?"
Chciał ryczeć z wściekłości, ale nie potrafił wydać z siebie żadnego dźwięku poza cichym piskiem, o który nigdy by się nie podejrzewał. Zachowywał się jak ktoś, kogo zawsze potępiał. Nie był silnym, odważnym mężczyzną. Był miękką fają wypłakującą smutki. Brzmiał jak zbity pies, szukający zrozumienia.
Przez cały czas nie mógł odpowiedzieć sobie na jedno pytanie.
"Dlaczego?"
Wciąż i wciąż ta myśl zatruwała mu rozum, nie pozwalając wydostać się z okropnej klatki.
"Jak to właściwie się stało? Jak do tego doszło?" - Myślał.
Do jego głowy znów zakradł się wizerunek Vargusa. Samo wspomnienie jego zdradzieckiej mordy wywołało w nim gniew. Ogarniała go już nie tylko rozpacz ale i wściekłość. Możliwe, że właśnie dlatego zaczął znajdować odpowiedzi na swoje pytania.
Jego umysł wykreował mu wizję, której nie zapomni do końca swojego życia. Wpierw jedno słowo.
"Błagam…"
Później, jedno imię.
"Brigg…"
W końcu, całe zdanie.
"Brigg... błagam... ocknij... się!"
I wtem, jego piski ucichły. Oczom Brigga ukazał się obraz. Dusił Mię, dociskając jej brzuch kolanem. Jego ciało wydawało się nawet większe niż zwykle. Mógłby z łatwością zgnieść jej czaszkę, jednak nie zrobił tego. Czerpał przyjemność z patrzenia na to jak cierpi. Wbił pazury głęboko w jej pierś i wyszarpał wszystko za co złapał.
Potem jak klatki z horroru przypominał sobie sceny z wczorajszej nocy. Walkę z każdym z osobna, kiedy jego towarzysze odpierali również płomiennych. Tylko Mia z nim nie walczyła. Prosiła go o życie, a on odmówił.
Największym potworem był on sam.



48 Dzień Sezonu Latorośli 1320 AE (20:53)

Grad Braveheart wpadł do gabinetu jak strzała.
- Chyba powiedziałem jasno że macie nam nie przeszkadzać! - Wybuchł Fierhan Sparwind.
- Tribune Sparwind, wr-
- Nie obchodzi mnie to, warbandy nam się wyżynają, jestem ZAJĘTY!
- Tribune Sparwind, wrócił również Harshmouth.
- Mam w d-… Harshmouth...? Ten Harshmouth?
- Tak jest! Mówi, że Keenmouth zdradził.
Fierhan wydał z siebie tylko krótki dźwięk zdziwienia i spojrzał na Quaestorkę Painreave, z którą właśnie rozmawiał. Wydawała się podobnie zdumiona.
- Dawaj go tu! - Nakazał.
Braveheart wyprostował się i zasalutował.
Tribune spojrzał na towarzysza rozmowy i rozłożył ręce.
- Rozumiesz coś z tego?
Tettidia zastanawiała się moment, lecz nie zdążyła nic odpowiedzieć. Do gabinetu Sparwinda wkroczyła czwórka popielców. Na przedzie Grad Braveheart, a za nim jego dwaj koledzy z Adamant Guard i zakuty w łańcuchy Brigg Harshmouth.
Nie wyglądał ani trochę jak to, co zapamiętał Fierhan. Wyglądał jak ruina. Jego pancerz był niekompletny i podziurawiony w wielu miejscach. Nie miał hełmu. Szedł z lekko opuszczonym wzrokiem. W jego wypadku nie było to dziwne, był zdecydowanie wyższy niż jakikolwiek inny popielec w swoim wieku, ale wydawał się nieobecny. Jego idealnie gładko przystrzyżona głowa pokryta była zaschniętą krwią. Każdy kawałek jego futra wydawał się dziwnie ciemny. W najgorszym stanie był jednak jego prawy policzek. Sierść aż kołtuniła się od krwi i brudu. Do tego towarzyszył mu zapach zepsutego mięsa i to była pierwsza rzecz, na którą Tribune zwrócił uwagę. Zmarszczył nos rażony tym co widział i czuł.
- A niech mnie... cuchniesz jakbyś gnił. - Zaczął.
Brigg nie zareagował.
- Nie wiem jakim cudem jeszcze żyjesz, ale przychodzenie tutaj było błędem. Nie tolerujemy zdrajców.
Tym zdaniem Tribune otrzymał jednak odpowiedź, której oczekiwał, prowokując żołnierza. Brigg natychmiast spojrzał mu prosto w oczy i gdyby Sparwind nie był przyzwyczajony do furii podwładnych, być może ugiąłby się pod ciężarem tego wzroku.
- Nie zdradziłem swoich! - Ryknął przerośnięty popielec. - To ścierwo Vargus… zabrał nas w ten… 
- Keenmouth był jedynym, który przeżył zasadzkę.
- W którą nas najpierw wepchnął!
- Powiedział, że nie był was w stanie uratować...
- Gówno prawda, widziałem jak dźga Skarnera w serce, kiedy ten chciał mu pomóc!
- Dlaczego mielibyśmy ci wierzyć? - Zapytała z nikąd Quaestorka Painreave.
Jej pytanie było niespodziewane, a Brigg nie miał na nie żadnej odpowiedzi. Z pomocą przyszedł mu jednak sam Tribune.
- Sam fakt, że przylazł tu z nami rozmawiać, w pojedynkę, a nie nas powybijać, podważa historię Keenmoutha. Braveheart, leć mi po niego, natychmiast! I zanim tu wejdzie niech zda broń i wszystko co pozwala mu używać magii. Powiedz mu, że tego nie lubię.
Popielec w zbroi Adamant Guard posłusznie zasalutował i wypadł z gabinetu.
- Już mu to mówiłeś jak był tu poprzednio. - Przypomniała Tettidia.
- Tylko lepiej. - Mruknął Sparwind.
Wrócił na swój fotel i złapał za szklankę stojącą na blacie. Natychmiastowo opróżnił jej zawartość. Niesamowicie problematyczna sytuacja zaczynała się komplikować jeszcze bardziej.
Braveheart zniknął na dobre dwadzieścia minut. Przez cały ten czas, nikt w pomieszczeniu nie odezwał się nawet słowem. Każdy z osobna starał się zrozumieć o co właściwie chodzi. Dla strażników, Brigg był zdrajcą i śmieciem, który powinien być martwy, ale jednak wrócił do Czarnej Cytadeli, a to tylko mogło oznaczać kłopoty. Skoro więc stanowił zagrożenie, trzeba było to zagrożenie zneutralizować, jednak chciał on tylko widzieć się z Tribune Sparwindem, opowiadając historię zupełnie inną niż ta, którą mieli nieszczęście usłyszeć. Do tego dał się zakuć w kajdany. Nie czyniło go to godnym zaufania, ale zmieniało ich podejście. Dla Tettidii i Fierhana był on żywym dowodem na to, że coś w całej historii jest nie na miejscu, więc dla dobra całego legionu, trzeba było dowiedzieć się co właściwie jest na rzeczy.
Tymczasem Brigg chciał tylko jednego. Czekał aż Braveheart przyprowadzi to ścierwo Vargusa i będzie mógł wtedy rzucić mu się do gardła. Najchętniej rozszarpać na oczach wszystkich na miliony mniejszych kawałków. Jeśli trzeba w kajdanach. Potem już nic nie było dla niego ważne. Mógłby równie dobrze umrzeć i dołączyć do swojej bandy wśród Mgieł.
Drzwi otworzyły się po raz kolejny, a do środka zawitał Grad Braveheart. Zasalutował na wejściu.
- Tribune Sparwind, Vargus Keenmouth.
Gdy tylko Vargus wszedł do środka, jego czarna facjata widocznie zbladła, a prosta i pewna siebie postawa stała się nagle napiętą i chybotliwą. Wyglądał zupełnie jakby zobaczył żywego trupa. Natychmiast rzucił się w kierunku wyjścia. Rozbił się jednak o zdecydowanie wyższych od siebie dwóch strażników, których zabrał po drodze Braveheart. Brigg ruszył w pościg za nim. Po drodze zablokował go Grad, lecz przerośnięty kot prawie go stratował. Członek Adamant Guard był w zdecydowanie lepszej dyspozycji, a przede wszystkim był gotowy na wszystko. Doskoczył na plecy popielca i przełożył ręce przez jego głowę ciągnąc z całej siły do tyłu, skutecznie podduszając rozjuszonego żołnierza. Skrzyżował nogi, skutecznie zakleszczając się na plecach swojego celu i sprowadził go na kolana.
Związany łańcuchami Brigg musiał uznać wyższość Grada i niechętnie zachować spokój.
- Czy ktoś mi wyjaśni co tu się dzieje?! - Ryknął Sparwind, gdy i Keenmouth i Harshmouth zostali spacyfikowani.
- Jakim cudem ta zdradziecka szmata tu jest?! - Warknął Vargus, lecz w jego głosie nie było słychać wściekłości, a strach.
- Ty... - Brigg rozpoczął kolejną próbę rzucenia się na byłego przyjaciela, lecz tym razem przytrzymało go aż trzech strażników.
- Jak mogłeś ich pomordować?! - Obracał sytuację Vargus.
- Sprzedałeś... nas... płomiennym! - Charczał Brigg, wciąż duszony przez Grada.
- Rzuciłeś się na nas, jebany ciole. Odparlibyśmy płomiennych bez problemu!
- Zabiłeś... Skarnera!
- Gówno prawda! Widziałem jak mordujesz wszystkich po kolei!
- Pies by cię...
- Mordy tam, obydwaj! - Ryknął Tribune.
Jeśli szukać powodu, dla którego Sparwind był tak szeroko szanowany, potęga jego ryku była wysoko na liście. Wszyscy, łącznie z Tettidią Painreave drgnęli, po czym zatrzymali się jak porażeni. Fierhan zakrył oczy dłońmi i pochylając głowę w dół zapytał.
- Harshmouth, co się wydarzyło?
Grad poluzował na chwilę uchwyt.
- Vargus nas zdra...-
- Od początku, kurwa, jak na raporcie!
- Chcieliśmy mieć dzień wolny. Nie do końca jestem pewien jak, ale Acacia i Skarner tak namieszali w dokumentacji i ustaleniach, że wszyscy myśleli, że jesteśmy w terenie, kiedy my byliśmy już po misji. Vargus zaprowadził nas w las. Upiliśmy się, wiedząc, że mamy taką możliwość. Na to liczył Vargus ściągając na nas z trzydziestu płomiennych...
- Gówno prawda! - Wtrącił się Vargus. - Też tam byłem, też piłem, mnie też zaatakowali! Ty żeś sobie coś ubzdurał! Wpadłeś w szał i rzucałeś się po kolei na każdego z nas! Jeszcze kurwa urosłeś pierdolony jakby ktoś jakiś czar na ciebie rzucił! Nie byliśmy w stanie walczyć na raz z tobą i z nimi!
- Łgarz! Nie wiem jak, ale nabrałeś Skarnera, że umierasz. Jak chciał ci pomóc to go...-
- Kłamstwa! Rozerwałeś go na strzępy!
- Koniec! - Ryknął po raz kolejny Sparwind. - Załatwimy to jak na popielców przystało. Braveheart! Do cel z nimi, wygłodzić i jutro na arenę!
Bez zwłoki Grad zeskoczył z pleców przerośniętego kota. Razem z innymi członkami Adamant Guard zasalutował i zabrał się za wykonanie polecenia. Kiedy już awanturnicy w towarzystwie Adamant Guard zostali wywłóczeni z gabinetu Sparwinda, Tettidia zwróciła się ku niemu.
- Który mówi prawdę, a który łże?
- Nie wiem. Do ósmej rano oddział z Legionu Popiołu powinien dostarczyć mi odpowiedzi. Potem będę się zastanawiał co dalej z tym zrobić.



49 Dzień Sezonu Latorośli 1320 AE (21:39)

- Hej dryblas, podnoś tyłek! - Wrzasnął niepotrzebnie głośno jeden ze strażników.
Brigg podniósł głowę w jego kierunku. Popielec w zbroi Adamant Guard stał już przy kratach jego celi z kluczem w dłoni. Czekał aż jego polecenie zostanie wykonane.
Harshmouth podniósł się z pryczy, będącej jedynym przedmiotem w tym ciasnym pomieszczeniu i lekko pochylony ruszył ku kratom, brzdękając łańcuchami, którymi związane były jego ręce i nogi.
- Stój. - Zakomenderował strażnik.
Przez niewygodnie długi moment stali tak w ciszy. W końcu jednak strażnik zlitował się nad domniemanym zdrajcą i otworzył szeroko kratę. Zanim jednak pozwolił mu przestąpić przez próg celi, zatrzymał go dłonią.
- Ani drgnij.
Strażnik wycofał się kilka kroków w stronę, gdzie nie było go widać z wnętrza celi. Wrócił z wiadrem w dłoniach. Bez żadnego ostrzeżenia chlusnął lodowatą wodą prosto w twarz Brigga. Przerośnięty popielec wzdrygnął się przy zmianie temperatury. Zirytowany odsłonił bardziej swoje i tak wystające kły, posyłając w kierunku strażnika mordercze spojrzenie.
- Co się gapisz? Przyda ci się kąpiel. - Warknął strażnik wykorzystując swoją wyższość. - Wyłaź.
Harshmouth przekroczył przez próg celi i zatrzymał się krok dalej, czekając na dalsze rozkazy. Po raz kolejny, strażnik nie uraczył go nawet jednym słowem. Czekał. Nie wiadomo na co. Wyglądało jednak na to, że obydwaj byli zirytowani swoją obecnością. Z pojedynku spojrzeń wyrwała ich popielka otwierająca drzwi pomieszczenia z celami.
- Można. - Powiedziała i skinęła głową do strażnika.
- Ruchy! - Warknął wybawiony strażnik.
Przepuścił on Brigga przed sobą, pozostając na wszelki wypadek za jego plecami. Kot kierował się za popielką wchodzącą już po schodach na górę. Cele znajdowały się pod poziomem ziemi, odizolowując wszelkich zdrajców i inne śmieci takie jak Brigg i Vargus od reszty społeczeństwa. Idealnie pod placem areny, co jakiś czas przepuszczały dźwięk tłumów dopingujących popielców na niej walczących. Proste zawody i pokazy siły potrafiły zwabić na arenę niesamowite ilości kocich obserwatorów. Dzisiejszy pokaz miał być jednak kameralny. Tego przynajmniej spodziewał się Brigg. Dziesięć, może dwadzieścia osób, patrzących jak rozrywa na części prawdziwego zdrajcę, choć częściowo spłacając dług u martwych towarzyszy broni.
Po niecałej minucie dotarli do brzegu areny. Szóstka żelaznych z karabinami w dłoniach oceniła go wzrokiem. Byli niezwykle spokojni, jednak gdyby tylko czegoś spróbował, nie zdążyłby wypowiedzieć swojego imienia, zanim zostałby zamieniony w sitko. Oprócz nich, w szerokim korytarzu znajdował się również stojak ze zbroją i różnego rodzaju broniami. Większość z nich wyglądała na uszkodzone lub dawno nieużywane.
- Nogi szeroko, ręce przed siebie, dłonie płasko. - Wyliczyła popielka, która zaprowadziła go w to miejsce.
W momencie, w którym zaczął rozstawiać nogi, Brigg usłyszał jak szóstka strzelców, stojąca w tej chwili za jego plecami, dobiera swoich karabinów. Domyślił się, że celują prosto w niego.
- Jeden fałszywy ruch i jesteś trup. - Przypomniał mu strażnik.
Popielka rozkuła jego nogi i ręce, po czym zerknęła w stronę stojaków.
- Czym walczysz?
- Tarczą.
- Bez miecza?
- Nie chcę go zabić. Chcę go rozwalić.
Popielka w zbroi uniosła brwi, jednak nie zamierzała kłócić się ze skazańcem. Przyniosła mu jedną z tarcz jakie znalazła na samym brzegu. Prosta i okrągła. Jej rozmiar natomiast przynosił na myśl ludzi i ich drobne wymiary. Dla Brigga była jak spory talerz.
- Daj większą. - Mruknął niezadowolony.
- Nie jesteś na pozycji, z której mógłbyś wydawać rozkazy.
Popielec westchnął.
- Czy mogę dostać większą?
- Nie. - Uśmiechnęła się podle popielka. - Tam masz zbroję. Chyba twoja.
Faktycznie, zbroja czekająca na stojaku należała do Harshmoutha. Ta była nietknięta. Egzemplarz, który miał czekać w Czarnej Cytadeli na powrót właściciela w razie gdyby jego obecna przestała spełniać swoje funkcje. Popielec popatrzył po zebranych kotach. Członkowie żelaznych wciąż celowali w jego tors.
- Powalczę w tej. - Powiedział w końcu Brigg, poklepując się po klatce piersiowej.



49 Dzień Sezonu Latorośli 1320 AE (21:55)

Trybuny na arenie świeciły pustkami. Zwykle pojedynki, które się na niej odbywają przyciągają tłumy chętne zobaczyć prawdziwe znaczenie słowa siła. W tym wypadku jednak walczyć mieli dwaj zdrajcy. Do tego pojedynek miał odbyć się natychmiast. Nie był w żaden sposób umówiony. Wiedzieli nieliczni. Dla tych, którzy wiedzieli, pozytywną wiadomością było, że jeden ze zdrajców zginie na pewno. Negatywną, że drugi może przeżyć.
W jednym ze środkowych rzędów siedział Saserdos Ruinmaker. Z posępną miną założył ręce na piersi i czekał na nieuniknione. Jako dawny Primus dla Mouth warbandu miał nieprzyjemność dowiedzieć się o pojedynku z ust Quaestorki Painreave.
Przez cały czas w jego głowie kłębiło się jedno pytanie.
- Gdzie popełniłem błąd?
- Ta odpowiedź nie da ci spokoju ducha, którego szukasz, ale wierz mi na słowo, że to nie jest twoja wina. - Odpowiedziała mu na pytanie Tettidia Painreave.
W każdym innym wypadku Ruinmaker zerwałby się na równe nogi i zasalutował przed przełożoną, zdziwiony tym, że nie zauważył jej do tej pory. Teraz jednak nie zdobył się na nic poza spojrzeniem jej prosto w oczy. Błękitne ślepia należące do siwiejącej już popielki nie zdradzały żadnych emocji.
- Wolne? - Zapytała przez grzeczność wskazując miejsce po jego prawej.
Saserdos skinął głową, po czym wrócił wzrokiem do środka areny, na której znajdował się już Tribune Fierhan wraz z jakimiś Centurionami. Quaestorka przysiadła obok.
- Wiesz już co się stało?
- Chcieli mieć wolne, poszli pić, wpadli w pułapkę, a potem zamiast walczyć z wrogiem wytłukli się nawzajem. Żadnych szczegółów. - Odparł Primus.
- Chcesz wiedzieć?
- Sam nie wiem. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie jak ktokolwiek z nich rzuca się na resztę. Nic mi tu nie pasuje.
- Też tak myślałam. Jak się okazuje, żaden z nich nie mówił nam prawdy... albo przynajmniej całej prawdy.
- Więc obaj walczą za półprawdę? - Zdziwił się Saserdos.
- Nie. Dzięki wywiadowi Legionu Popiołu wiemy więcej. Znamy prawdę, którą chcemy znać.
- Chyba nie rozumiem tej odpowiedzi.
- Żaden z nich nie chciał się przyznać do winy. Są zbyt dumni. Liczyli na to, że się nie dowiemy.
Ruinmaker spojrzał na przełożoną wzrokiem, który widział już wszystko. Był zrezygnowany. Porażka jego byłych wychowanków nie powinna była na nim ciążyć w ten sposób, jednak nie był w stanie pozbyć się z pamięci swoich pierwszych żołnierzy. Ostatnie zdanie Tettidii sprawiło, że nadzieje na to, że chociaż jeden ze skazańców jest niewinny, zniknęły bezpowrotnie.
- Więc? - Zapytał wyczekująco.
- Wpadli w zasadzkę. Czterdzieści trzy osoby przeciwko ośmiu. Wytłukli siły płomiennych bez większych strat. Mimo to, wszyscy członkowie bandy, poza jej liderem, zginęli z rąk jednego stworzenia. Ci z Popiołu twierdzą, że wedle oględzin był to popielec, ale... nadnaturalnie duży. Nawet Harshmouth nie osiąga takiego rozmiaru. Keenmouth napomknął jednak, że ten pierwszy oszalał i urósł jak gdyby ktoś rzucił na niego zaklęcie, co zdaje się układać w logiczną całość, zakładając, że rany śmiertelne zdawałyby się pasować bardziej do niego, niż do jakiejkolwiek znanej nam konstrukcji pod władaniem Legionu Płomienia.
- A Skarner?
- Swiftmouth został przebity mieczem. Harshmouth twierdzi, że to sprawka Keenmoutha. Mówi, że to on ich wsypał, a potem zabił lidera, udając rannego.
- Więc co, Vargus zabił Skarnera, a Brigg wpadł w furię, urósł w jakiś magiczny sposób i powybijał resztę? To też nie ma najmniejszego sensu. Mam tak dużo pytań...
- Nie odpowiem ci na żadno z nich, Saserdosie. Prawdę znają tylko dwie osoby i obie wychodzą właśnie na arenę.
Bramy z dwóch stron wielkiego kręgu otworzyły się jednocześnie. Wciąż odprowadzani przez Adamant Guard Brigg i Vargus zbliżali się powoli w kierunku Fierhana Sparwinda i dwóch Centurionów. Już z daleka mierzyli się wzrokiem. Nie mieli jednak prawa zaatakować, jeśli chcieli przeżyć, albo zabić wroga własnoręcznie. Kiedy byli w odległości dziesięciu metrów od siebie Tribune zatrzymał ich gestem dłoni. Wszystkie rozmowy na arenie ucichły, a on mógł spokojnie przemawiać.
- W świetle obowiązującego tu prawa, obydwaj jesteście uznani za zdrajców i śmieci. Najgorszy sort pasożyta jaki istnieje. Jako jedyni znacie całkowitą prawdę. Widać jednak, że jesteście po dwóch stronach barykady. Żadna z nich nie pokrywa się z interesami naszego społeczeństwa. Jeden z was zginie. Drugi stanie przed wyborem. Opowiedzieć nam całą historię i zniknąć z ziemi nam podległych, albo zginąć z naszych rąk. Gdy zegar wybije pełną godzinę, możecie zaczynać.
Wszyscy skierowali wzrok na wielki zegar zawieszonego idealnie nad środkiem areny. O każdej pełnej godzinie wydawał on z siebie charakterystyczne tąpnięcie, które najczęściej zwiastowało początki walk. Sam Tribune z wysoko uniesioną głową ruszył w stronę trybun, a tuż za nim Centurioni i strażnicy. Na arenie pozostali już tylko Brigg i Vargus.
- Który zwycięży? - Zapytała Quaestorka z nieukrywaną ciekawością.
- Vargus. - Odparł natychmiast Saserdos.
- Nie zastanowiłeś się nad odpowiedzią nawet sekundę.
- Jest najlepszy. Nie bez przyczyny ma taką opinię. Pamiętam jego szkolenie. Nie miał sobie równych. Pod wodzą Skarnera mógłby osiągnąć to czego nie osiągnął żaden popielec przed nim. A Brigg... Brigg ma warunki, ale... czy ma coś więcej? Dodatkowy rok w fahrarze dobrze mu zrobił. Nie odstawał już od reszty. Z drugiej strony poza wyglądem mordercy... nie wiem... wydaje mi się, że dla Vargusa okaże się za słaby.
« Ostatnia zmiana: Marzec 19, 2019, 14:30:36 wysłana przez Tank »

Tank

  • Rekrut
  • **
  • Wiadomości: 10
  • Płeć: Mężczyzna
  • I'm a Tiger, you're a Maus.
"A jaką różnicę mi zrobi, jeśli zabiję cię tu i teraz?" - Zaveba (33)

49 Dzień Sezonu Latorośli 1320 AE (21:59)

Brigg zerknął raz jeszcze na zegar. Czterdzieści sekund. Da radę.
Pośpiesznie zaczął zrzucać z siebie wysłużone fragmenty stali.
- Co on robi? Próbuje go nastraszyć? Goła klata wystraszy Keenmoutha? - Zapytała Tettidia, wyraźnie zaciekawiona zachowaniem Brigga.
- Nie. Chce go sprowokować. Nie uda mu się. - Wyjaśnił Saserdos.
Uniósł brew, będąc pod wrażeniem pierwszej taktycznej decyzji jaką Brigg podjął bez pomocy lidera bandy.
Przerośnięty popielec pozbył się naramienników, zarękawi oraz napierśnika. Po raz pierwszy od dawna poczuł swój zapach. Wzdrygnął się i skierował wzrok na zegar. Pięć sekund.
Teraz mógł obserwować juz tylko Vargusa.
Cztery.
Nie wydawał się on wzruszony decyzją Brigga.
Trzy.
Być może nawet bardziej rozbawiony.
Dwa.
Niezależnie od samego siebie, Saserdos zacisnął pazury mocniej na ramionach, odczuwając niebywałą presję.
Jeden.
Brigg wycofał prawą nogę w tył, oczekując błyskawicznego ataku. Jego niewielka tarcza przyjmie cios, ale znając siłę i sprawność Vargusa, popielec musiał się zastawić, żeby mieć pewność o utrzymaniu balansu.
Jednocześnie, dwie wielkie stalowe wskazówki, oznaczające minuty i godziny przeskoczyły o jedną pozycję, a cała konstrukcja wydała z siebie donośne tąpnięcie, zwiastujące początek pojedynku. Żaden z popielców na arenie nie drgnął. Obydwaj oczekiwali na atak przeciwnika.
- Mówiłem… - Mruknął jakby niezadowolony Saserdos.
Tettidia oderwała wzrok od areny i przeniosła go na Ruinmakera.
W swoim życiu widziała już niejedno. Pełno krwi, śmierci, łez i cierpienia. W osobie Primusa było jednak coś innego niż to czego doświadczyła wcześniej.
Energia i przywiązanie, które kiedyś nazwałaby po prostu byciem narwanym, cechowały cały jego warband. Pamiętała tę bandę, kiedy dopiero zaczynała swoją pracę jako Quaestorka. Jako żołnierz legionu krwi, wolała walkę, pole bitwy, zastrzyk adrenaliny, a nie pracę, przez którą często musiała być od nich odrywana. Jej zmysł taktyczny i zdolność organizowania życia wokół sprawiły jednak, że stała się ona tym kim jest.
Z początku wciąż wściekła i tak samo narwana jak Ruinmaker, obserwowała jego warband, bo ta grupka przypominała jej nią samą. Ich niedługa przygoda w legionie skończyła się, kiedy wbrew rozkazom, rzucili się na świetnie ufortyfikowane pozycje wroga. Połowa zginęła, połowa wróciła z podkulonymi ogonami i ranami, które wykończyły jeszcze jednego z nich. Niesubordynowana grupa została rozbita i wysłana z dala od siebie, aby jej członkowie mogli nauczyć się pokory. Ruinmaker trafił do fahraru, gdzie miał przygotowywać młode do życia w dorosłym świecie. Mimo gigantycznej liczby podobieństw, Tettidia szczerze nienawidziła Saserdosa. Jego decyzje były dla niej po prostu głupie i niezrozumiałe. Nie chciała, żeby ktoś taki wychowywał przyszłych żołnierzy najlepszego z legionów. Ale takie były rozkazy, którym nie miała zamiaru się sprzeciwiać.
Widziała w nim zagrożenie, którego trzeba się pozbyć. Dlatego też, jego droga we wdrażaniu się na pozycję była najtrudniejszą z możliwych. Ona tego dopilnowała. Mimo to, przeszedł ją bezbłędnie.
Po upływie blisko ćwierć wieku, spojrzała na niego jeszcze raz. Był inny niż to co zapamiętała. Wciąż narwany, wciąż przywiązany do wszystkiego co robi, lecz już dorosły, potrafiący zadbać nie tylko o siebie, ale i o swoich żołnierzy. Jednak widziała również, że nie jest tego świadom. Nie mógł być, gdyż jego pierwsi wychowankowie ponoć wybili się nawzajem, a teraz, dwójka która przeżyła walczy na śmierć i życie przed jego oczami.
Pozycja w jakiej siedział sugerowała obojętność, być może znudzenie. Zupełnie jakby był na trybunach za karę i musiał tam właśnie ją odbyć, jednak po pazurach wbitych głęboko w jego własne przedramiona Tettidia od razu rozpoznała faktyczne uczucia Saserdosa.
Czuła jego niepokój. Nie chciał znaleźć się w tym miejscu za nic w świecie. Nie chciał patrzeć jak jedyni żywi członkowie pierwszego warbandu jaki wychował zabijają się w imię niestworzonych historii.
Drgnął nieznacznie, kiedy pierwszy z popielców na arenie ruszył naprzód. Quaestorka obróciła głowę, żeby zobaczyć jak blisko ćwierćtonowy wariat szarżuje na przeciwnika.
Kompletny brak reakcji Vargusa na prowokację, zmusił Brigga do przejęcia steru. Szarża była jednak całkowicie chybiona, kiedy to przebiegł on przez chmurę szarego dymu. Taką samą jak w czasie feralnej nocy. Nauczony doświadczeniem, tym razem nie przekierował całej swojej masy na cel, dzięki czemu nie wyrżnął twarzą w ziemię. Utrzymał się na nogach, lecz zatrzymał dopiero kawałek dalej. Odwrócił głowę, żeby zobaczyć Vargusa ze skrzyżowanymi na piersi rękoma i z pewnym siebie uśmiechem na pysku. Brigg ryknął wściekły na wroga i natychmiast zerwał się do niego po raz kolejny.
- Uważaj na plecy… - Mruknął cicho Saserdos.
W ułamku sekundy postać Keenmoutha zniknęła pod naporem ciała szarżującego popielca, lecz oryginał nie był daleko. Zeskakujący, zaledwie dwa metry wyżej prostym cięciem uszkodził plecy przeciwnika. Brigg wyprostował się gwałtownie odczuwając stal rozbijającą jego plecy. Rana nie była głęboka. Była jedynie bolesna.
Primus zaklął pod nosem.
- Będzie się z tobą bawić. - Powiedział w przestrzeń.
Tettidia mogła być już pewna, że Ruinmaker ma swojego faworyta. Nic jednak nie mówiła. Sama czekała na dalszy rozwój wydarzeń.
Na nieszczęście dla Brigga, przepowiednia jego Primusa wydawała się być prawdziwa. Przez następne kilka minut biegał nieudolnie za przeciwnikiem, starając się dorwać go we własne łapska, lecz za każdym razem dawał się nabrać jak dziecko. Uczył się szybko, w trakcie natarcia blokując ostatnie miejsce, które atakował Vargus, ale ten był zawsze krok przed nim, atakując z coraz to nowszych kątów. Po ostatnim ataku, przerośnięty popielec zachwiał się, obrywając o jeden raz za dużo. Pęd w jaki wprowadzał własne ciało wymusił na nim upadek na kolano.
- To chyba tyle. - Powiedziała Tettidia podnosząc się z miejsca.
Saserdos śrubował walczących wzrokiem. Od samego początku wiedział, że Vargus wygra. Chciał jednak zobaczyć chociaż jeden cios, który trafiłby zarozumiałego popielca. Uczucie żalu zżerało go od środka. Nie chciał widzieć kolosa wytartego z powierzchni ziemi praktycznie bez walki.
Dla Keenmoutha tymczasem, widowisko jeszcze się nie skończyło. Chciał wyciągnąć z tej wymuszonej walki jak najwięcej. Zaatakował od przodu. Potężnym chlaśnięciem miecza przyłożył w lewe ramię Brigga. Wyglądało jakby chciał uciąć mu rękę, lecz zabrakło mu sił. Stal zatopiła się w ramieniu Harshmoutha, ale nie dotarła nawet do kości. Po raz pierwszy w trakcie walki, Vargus wyglądał na niezadowolonego. Chciał pociągnąć za rękojeść miecza i powtórzyć atak, tym razem pozbywając się zbędnej kończyny. Szarpnął za broń, lecz ku jego zdziwieniu, ta pozostała w bezruchu. Jego miecz zaklinował się w ciele przeciwnika.
Zwykłe szczęście zadecydowało o zmianie ról. Brigg wykorzystał nadarzającą się okazję w stu procentach. Używając całej siły jaką miał w nogach ruszył do przodu. Zamachnął się prawą ręką i zapoznał bliżej swój biceps z odsłoniętym gardłem Vargusa. Siła ciosu wzmocniona gwałtownym startem z podłoża prawie urwała głowę mesmerowi. Trafiony idealnie w krtań wykonał blisko pół obrotu do tyłu, uderzając w ziemię tylną częścią czaszki.
Saserdos błyskawicznie wstał na równe nogi z zaciśniętymi pięściami. Jedno uderzenie obudziło w nim nadzieję.
- Jeszcze nie. - Zapewnił Quaestorkę.
Brigg chciał kontynuować, rzucając się od razu na leżącego wroga, lecz ten miał inne plany. Odkaszliwując i z trudem łapiąc oddech, Vargus w mgnieniu oka znalazł się kilkanaście metrów dalej. Wściekły olbrzym wyrwał z siebie broń wroga i obrócił ją kilka razy w dłoni, sprawdzając jak leży.
- Teraz obaj macie miecz. - Powiedział znów do nikogo Saserdos.
Po raz kolejny, Brigg nie usłuchał. Wbił broń wroga w glebę, po czym odpychając ją nogą w jednym kierunku, ciągnął za rękojeść w drugim. Kwestią sekund było złamanie się oręża Vargusa.
- Po co?! - Nie mógł się nadziwić Primus.
Tym razem, popielcowi udało się sprowokować przeciwnika do walki. Zabójca lidera bandy przerzucił drugi miecz do prawej dłoni. Wyrwał się naprzód, wściekły z powodu utraty broni. Walka przez krótki moment odbywała się na odległości wyciągniętych ramion.
Vargus był piekielnie szybki w swoich atakach. Mimo, że Brigg próbował blokować tarczą nadchodzące ciosy, nie był w stanie nadążyć za każdym z nich, nabawiając się kolejnych ran ciętych. Te, które natomiast zablokował, nadwyrężały wyraźnie jego tarczę. Stary, nieużywany od dawna kawałek drewna tracił na jakości z każdą sekundą. Vargus wydawał się o tym doskonale wiedzieć. Większość ataków, które wyprowadzał sprowadzało się do tego samego kąta uderzenia, trafiając raz po raz w to samo miejsce na tarczy, w końcu rozłupując ją na pół.
Zmieszany Brigg zdążył tylko zauważyć jak jego oręż wypada mu z ręki, podzielony na dwie prawie idealnie równe części. Nie miał jednak czasu na zmianę taktyki, gdyż Vargus nie przestawał atakować.
Krótkie "nie" wyrwało się z ust Saserdosa.
Kolejny cios Brigg musiał zablokować gołą ręką, jeśli nie chciał blokować go głową.
Szczęście bywa przewrotne. Każdy kto obserwował ten pojedynek, mógłby założyć, że uśmiechnęło się ono do Vargusa, kiedy to w końcu przełamał jedyną defensywę przeciwnika. Tym razem, poprzez efekt motyla, to wydawałoby się małe zwycięstwo, okazało się być dla niego bezpośrednim powodem porażki.
Potężne uderzenie Vargusa kierowane było na głowę jego rywala. O ile Brigg dał radę je zablokować, zrobił to gołym ramieniem. Stal bez trudu przebiła skórę i ciało zatrzymując się dopiero na kości, wbijając się w nią jak siekiera drwala w pień drzewa. Keenmouth chciał wyrwać swój miecz, wiedząc, że pozbył się jednej z rąk wroga, lecz ten znów nie chciał drgnąć. Zanim zdążył to zrozumieć, olbrzym w mgnieniu oka pochwycił go za gardło i podrzucając dla większej energii, cisnął nim o glebę.
Efekt zaskoczenia był nawet większy niż poprzednio. gdyż tuż po przyłożeniu plecami i tyłem głowy o twardą ziemię, na jego klatce piersiowej przysiadał już Brigg i z wielkim zamachem ciskał w niego pięścią.
Pierwszy cios spowodował zamroczenie.
Drugi - pęknięcie w czaszce.
Trzeci - zgon.
Wszystkie kolejne były tylko na pokaz. Były ważne tylko i wyłącznie dla samego Brigga. Były jednocześnie zemstą jak i udowodnieniem samemu sobie, że nie jest tylko ścianą mięsa, że nie jest tak słaby jak wszyscy sądzą. Potężne młoty spadały wciąż i wciąż, a popielec prawdopodobnie dalej tłukłby w krwawą paciaję, którą stała się głowa Vargusa, gdyby nie zatrzymał go ryk Tribune'a.
- Wystarczy!
Wciąż z prawą pięścią w górze, gotową wyprowadzić kolejny cios, przerośnięty kot zatrzymał się i nie odważył nawet drgnąć. Wściekłość powoli z niego uchodziła, kiedy to mógł napatrzeć się na zmasakrowaną czaszkę przeciwnika.
Na arenie zaczęli pojawiać się strażnicy, Centurioni, a w końcu i sam Sparwind. Wyglądał na znudzonego. Dla niego jeden problem rozwiązał się sam, drugi to kwestia formalna. Brigg wstał na równe nogi, co natychmiast zostało uznane za akt agresji.
- Na kolana! - Warknął jeden z członków Legionu Popiołu celując w głowę popielca.
Olbrzymowi nie pozostawało nic poza usłuchaniem rozkazu. Obrócił się w kierunku Tribune'a i klęknął na kolana.
- Ręce za głowę!
Tym razem nie mógł grzecznie wykonać polecenia. Przynajmniej nie do końca. Jego lewa ręka z wciąż tkwiącym w niej mieczem martwego już Vargusa nie reagowała na żadne bodźce, a jedyny sygnał jaki wydawała z powrotem to potworny ból, który nasilał się z każdą sekundą. Zwisała więc smętnie wzdłuż jego ciała, kiedy przełożył prawą rękę za głowę.
Fierhan Sparwind nie miał ochoty dłużej zajmować się tą sprawą, więc przeszedł do konkretów.
- To teraz masz prosty wybór. Powiesz nam co się wydarzyło i ujdziesz z życiem na wygnaniu, albo skończysz tak jak członek twojej bandy.
Brigg nie reagował. Na jego twarzy panował grymas bólu, ale nie było tam miejsca dla żadnego uczucia.
- Więc? - Ponaglił go Tribune.
- Po prostu mnie zabijcie. - Odpowiedział zrezygnowany.
Sparwind podniósł prawą dłoń do góry, nakazując gotowość do strzału, lecz zanim zdążył nią machnąć, z trybun wydarł się Primus Ruinmaker.
- Gadaj!
Ciężko stwierdzić, kogo zachowanie Saserdosa zdziwiło bardziej.
Tettidię Painreave, która mimo swoich podejrzeń wciąż nie była w stanie zrozumieć jego dziwnego przywiązania do podopiecznych, Fierhana Sparwinda, który złożył dłoń w pięść, nie pozwalając legionistom strzelać, właściwie zaciekawiony obrotem spraw czy samego Brigga, który przerzucił wzrok szukając właściciela tego głosu.
Daleko szukać nie musiał, gdyż wbrew wszelkim panującym zasadom, Saserdos przeskoczył przez najniższą barierkę, lądując już na arenie.
- No mów! - Warknął.
Przez moment popielcy mierzyli się wzrokiem. Brigg przegrał ten pojedynek. Po chwili odezwał się powoli tłumacząc wydarzenia feralnej nocy.
- Upiliśmy się na służbie. Wszyscy poza Skarnerem, on był trzeźwy. W pewnym momencie Vargus poszedł gdzieś w las. Długo nie wracał. Skarner poszedł go szukać. Usłyszeliśmy tylko jak wrzasnął. Po raz pierwszy słyszałem strach w jego głosie. Ten krzyk... otrzeźwieliśmy choć trochę, ale... było za późno. Zanim zabraliśmy broń czy zbroje, Vargus stał już nad Skarnerem z mieczem w jego sercu, a wszędzie wokół zaczynali pojawiać się płomienni. Ja rzuciłem się na tego... śmiecia, ale był dla mnie za szybki, a ja wciąż miałem problem z łapaniem balansu. Walczyliśmy przez moment... wygrywał. Wpadłem w furię i... nie wiem co dalej... obudziłem się rano na pobojowisku.
Popielec głośno przełknął ślinę. Nie chciał mówić więcej, ale Primus zasługiwał na to, aby poznać prawdę.
- A potem... jak... przez mgłę. Straciłem kontrolę... nie byłem sobą... ja ich zabiłem... jakby mnie opętał demon. Nie mogłem przestać. Przepraszam.



8 Dzień Sezonu Zefira 1323 AE (12:08)

Większość z budowlańców pracujących w Wayfarer Foothills po południu jest już całkiem kulturalnie urobiona. W końcu do fajrantu brakuje im zaledwie dwóch godzin, a norn nie wielbłąd, napić się musi. Zwłaszcza teraz, na początku Sezonu Zefira, kiedy to zima odchodzi powoli w niepamięć, a wiosna zaczyna rozgaszczać się w życiach wszystkich stworzeń. Trzeba się napić, aby móc się dogrzać, gdyż mimo pięknego słońca, wszystkie poranki są wciąż w miarę chłodne, zwłaszcza w górach.
O ile dla nornów taka temperatura nie jest niczym nowym, o tyle dla popielca warunki nie były idealne. Zatem, kiedy tylko pojawiła się taka okazja, a ponieważ Magnus pić preferował z kimś, a i spust miał niesamowity, to takowa pojawiała się co chwilę, Brigg również wychylał.
Budowlańcy często kończyli dzień na sporym procencie. Nikomu to jednak nie przeszkadzało. Tak to już jest na budowie, a dla nornów, którzy tworzyli większą część drużyny, praca po paru głębszych wydawała się nawet łatwiejsza i przyjemniejsza.
"Pijcie kiedy chcecie, tylko rozsądnie! Zadowolony pracownik to podstawa udanego biznesu!" - Powtarzał wielokrotnie szef ekipy - przysadzisty asura o wdzięcznym imieniu Carmin. Zazwyczaj po tych słowach przyklaskiwał w szare dłonie i zacierał je delikatnie, wierząc swoim przesłaniom.
Dziś jednak, chłopcy na budowie nie byli jedynymi, którzy pozwolili sobie wypić więcej. Na plac, na którym ekipa Carmina stawiała właśnie jedną z większych karczm jakie miały powstać w tej okolicy zawędrował jeden ze stałych bywalców tej okolicy. Wyglądał na doświadczonego życiem norna, prawdopodobnie przeżył więcej niż niejeden może sobie w ogóle wyobrazić. Łysa głowa nabierająca delikatnego odcienia czerwieni widocznie wskazywała na jego stan upojenia. W połączeniu z jego krzaczastymi, śnieżnobiałymi brwiami i wąsami, wyglądał trochę jak ozdoba choinkowa.
Był wyraźnie niezadowolony z życia, co w wielu niemiłych słowach dawał znać każdemu kto miał nieszczęście znaleźć się w jego pobliżu. Miał on jednak pełne prawo znajdować się tam gdzie był. W żaden sposób (nie licząc przykrego dla uszu pokrzykiwania) nie przeszkadzał on żadnemu z pracujących.
Oczywiście tylko do momentu gdy zauważył Rasmusa i Brigga, niosących wielki drewniany pal wspomagający.
Dziadyga zagwizdał z wrażenia.
- O ja pierdolę! A tego kutasa to skąd wytrzasnęliście?!
Nikt mu nie odpowiadał, ale norn wcale nie szukał towarzysza do rozmów.
- Nie dość, że bydlak, to jeszcze śmie przebywać wśród nornów! A może po prostu Azor przynosi patyki?!
Zaczepki zaczynały wymykać się spod kontroli.
- Za moich czasów tacy jak ty robili za świetne trofeum, psie!
Rasmus i Magnus wymienili spojrzenia, po czym ten pierwszy postanowił przerwać ten bezsensowny repertuar starego norna.
- Dziadek, daj już spokój, chyba na ciebie pora! - Odkrzyknął.
- Morda tam gówniarzu! Nie będę bezczynnie stał i patrzył jak jakieś zwierze plugawi to miejsce. Za dużo zim tu przesiedziałem, żeby tak mi się odpłacać!
Rasmus wzruszył ramionami i zerknął na popielczego kolegę z pracy. Był widocznie zmęczony ciągłymi krzykami norna, ale nic ponad to. Brigg wyglądał na takiego, którego słowa nie są w stanie zranić. Może to i dobrze, biorąc pod uwagę serenady jakich dzisiaj wysłuchiwali.
Z każdą kolejną minutą dziadyga wymyślał coraz to nowe obelgi, skierowane do wszystkich i każdego z osobna. Pierwszym, który nie wytrzymał był Magnus. Rzucił to co robił i ruszył w kierunku intruza. W połowie drogi zatrzymał go jednak Nolan, jeden ze starszych w tej branży, wiedząc, że i tak nic dobrego z tego nie będzie. Oparty o kolegę z pracy Magnus palcem wskazującym pogroził staremu nornowi.
- Jeszcze raz się dziadek odezwij to cię własnoręcznie stąd wypierdolę!
- Chodź synek, spróbujemy się! - Zachęcał norn. - A może się boisz?! Naślij na mnie swojego pieska, temu bym chętniej sprał pysk!
Brigg również odłożył swoje narzędzia i ruszył spokojnym krokiem w kierunku krzykacza. Popielca nie miał kto zatrzymać.
- Pięć sekund.
- Jedna.
Wymienili się żartobliwie koledzy z pracy, oceniając szansę pijanego z ich rosłym współpracownikiem. Dając upust swojej irytacji, budowniczy przyłożył prawym sierpem prosto w szczękę głośnego norna. Moc uderzenia w połączeniu z upojeniem mocniejszym alkoholem zrzuciła starszego z nóg. Nie zamierzał on jednak łatwo się poddać. Wybity z równowagi z błędnikiem szalejącym jak skritt w składziku, próbował podnieść się na nogi. Brigg tymczasem wracał już do pracy w towarzystwie śmiechu kolegów z pracy. Nie dający za wygraną norn, bardziej siłą rozpędu i woli niż sprawnością motoryczną zerwał się do pionu i dalej dzierżąc butelkę opróżnionego już trunku dogonił popielca. Pewny swego uderzył nią „zwierzaka” w lewą skroń, gdy ten nie spodziewał się odwetu. Szkło rozbiło się w kontakcie z twarzą Brigga, rozcinając ją w kilku miejscach, ale przede wszystkim wprawiając go w furię.
Budowniczowie zerwali się do pomocy. W końcu ich kolega został zaatakowany. Będący do tej pory jedynie wrzodem intruz, stał się właśnie niebezpieczeństwem dla całej ekipy. Mieli pełne prawo zareagować. Nie mieli jednak dość czasu.
Dziadek wydawał się dumny z tego co zrobił.
- Havgaard jævla katt! - Zaklął szpetnie w starym już języku.
Brigg natychmiast odwrócił się do atakującego i trafił go dwukrotnie prawą pięścią. Pierwszy raz w brzuch, odbierając mu oddech, drugi raz, podbródkowo prosto w twarz ugiętego norna. Starszy nakrył się nogami, zanim ktokolwiek z ekipy choćby zbliżył się do popielca.
Zatrzymani pozytywnym rozwojem wypadków budowniczowie odetchnęli.
- Dobra, zostaw go niech się zdrzemnie. - Rzucił szybko Magnus, machając ręką.
Brigg miał jednak inne plany. Popielec wydawał się mocniej napinać mięśnie i wyprostowywać, trochę jakby nagle urósł. Koledzy zauważyli to zdecydowanie za późno. Pochwycił on leżącego norna za głowę i ciągnąc kawałek, przyłożył nią o najbliższą ścianę, rozpryskując po niej zawartość czaszki pijanego awanturnika.
- O żesz kurwa! - Wrzasnął Nolan obserwując to wydarzenie.
Razem z pozostałymi rzucił się ratować beznadziejną sytuację.



9 Dzień Sezonu Zefira 1323 AE (22:36)

- Nawet sobie pan nie wyobraża, jak niezwykle skomplikowanym procesem było odnalezienie pana w tym wygwizdowie.
Cienki głos wyrwał Brigga z przemyśleń nad kuflem piwa. Rozejrzał się dookoła pustym wzrokiem. Karczma "Kryjówka" świeciła o tej porze pustkami. Nie widział nikogo poza łysym, elegancko ogolonym nornem za barem. Przez sekundę myślał, że głos, który słyszał był tylko częścią jego wyobraźni, więc wrócił do patrzenia w kufel przed sobą.
- Tu na dole! - Głos odezwał się raz jeszcze.
Tym razem popielec zerknął przez lewe ramię, aby ujrzeć niewysokiego asurę o ciemnobrązowym kolorze skóry, poprzeplatanym wieloma łatami o jasnoróżowym zabarwieniu stojącego nie więcej niż dwa metry za nim. Para złotych, umieszczonych na skromnie uśmiechniętej twarzy, oczu wpatrywała się w niego z wysokości około metra. Wyglądał i brzmiał na nieletniego, ale były to tylko pozory. Kot nie zaszczycił przybysza ani jednym słowem. Odwrócił się z powrotem tak samo beznamiętnie jak przed chwilą. Nie był w żadnym stopniu zainteresowany posiadaczem piskliwego głosu.
- Mnie jest również niezmiernie miło. - Zapewnił asura wskakując na barowe krzesełko po lewej.
Zamówił jedynie szklankę whisky po czym wyraźnie zainteresowany osobą popielca odwrócił się do niego całym ciałem, absolutnie ignorując wszelkie zasady dobrego wychowania.
- Nie leży w moim interesie owijanie w bawełnę, więc pozwoli pan, że przejdę do rzeczy. - Zaczął. - Jestem pod głębokim wrażeniem pańskiej pracy, oraz dedykacji jaką pan w nią wkłada.
- Skończyłem z budowlanką. - Odpowiedział beznamiętnie kot, wpatrując się w kufel przed nim.
- Nie miałem na myśli przemysłu budowlanego, panie Brigg.
Popielec natychmiast odwrócił wzrok na asurę. Z uniesionymi brwiami obserwował jak niewielka istota nagle wydaje się całkowicie obojętna. Zupełnie jakby tym jednym zdaniem osiągnęła postawiony przez siebie wcześniej cel. Karmelowy przybysz zajął się uiszczaniem zapłaty za alkohol. Role się odwróciły. Teraz to Brigg wpatrywał się w beznamiętnie upijającego whisky asurę.
- Skąd ty…
- Skąd znam pańskie imię? - Przerwał przybysz odrywając usta od szklanki. - Tak jak zdążyłem już panu napomknąć, jestem wielce zainteresowany pańską działalnością. Wczorajsze wydarzenia prowadzące do zwolnienia pana z pracy w trybie natychmiastowym tak wstrząsnęły biednym Carminem i jego podwykonawcami, że uzyskanie większej ilości informacji o materii dnia poprzedniego było zaledwie błahostką. Zwłaszcza dla kogoś, skłonnego za takie wzmianki zapłacić.
Asura przemieszał zawartość szklanki spoglądając pewnym siebie wzrokiem na otępiałego popielca. Nie spieszył się z dalszym wyjaśnianiem. Zaczekał, aż jego towarzysz rozmowy przyswoi sobie wszystkie informacje jakie zostały mu podane.
Brigg zamarł w bezruchu. Starał się wypatrzeć w złotawych oczach jakichkolwiek intencji, ale za nic nie rozumiał zaistniałej sytuacji. Niezliczone pytania widocznie malowały się na jego twarzy, bo przybysz postanowił w końcu wyjaśnić zdecydowanie więcej.
- Taką osobą jestem ja, panie Brigg. W moim interesie leży trzymanie ręki na pulsie, zdobywanie informacji, oraz używanie ich w sposób przynoszący mi korzyści. Na imię mi Knatt… - wyciągnął niewielką dłoń w kierunku popielca. - …lecz w związku z wykonywaną przeze mnie profesją bardziej przylgnął do mej osoby pseudonim „Pośrednik”.
Kot wydawał się niechętny, mimo to podał dłoń, a właściwie palec wskazujący (bo mniej więcej tyle mieściło się w dłoń asury) aby odwzajemnić uścisk.
- Brigg.
- Brigg…? - Dopytał Pośrednik robiąc wyczekującą minę.
- Havgaard. - Rzucił szybko słowo, które pozostało mu w pamięci.
- Widocznie pasuje… lecz nie brzmi jak typowo popielcze nazwisko.
- Wychowałem się wśród nornów. - Wypaplał bez sensu przerośnięty kot.
- To wyjaśniałoby również pańskie osobliwie pokaźne rozmiary.
Brigg nieznacznie drgnął. W tej sekundzie zrozumiał, że w prosty sposób został natychmiastowo zmuszony do wyrzucenia z siebie istotnych dla asury informacji. Pod pretekstem podtrzymywania rozmowy, Pośrednik zbierał dodatkowe dane. Szczęśliwie dla popielca całkowicie nieprawdziwe, ale zrozumiał, że musi uważać na to co mówi. Ledwie metrowy osobnik siedzący po jego lewej wydał mu się nagle nie lada zagrożeniem.
Knatt musiał to zauważyć, bo po raz kolejny zwilżył usta alkoholem i zaprzestał zadawania pytań. Wypuścił głośniej ustami powietrze, pozwalając whisky wyparzyć w pełni jego przełyk. Spojrzał na łysego norna stojącego za barem z założonymi rękoma.
- Pozwoliłem sobie odnaleźć pana nie bez celu. - Zaczął. - Pragnę złożyć panu wyjątkową propozycję biznesową, której nie zaznałby pan pod wodzą Carmina.
Brigg przez chwilę analizował to zdanie. Teoretycznie asura powiedział, że interesuje go praca jaką wykonywał popielec, jednak nie miałoby to związku z budowlanką.
Obrócił nieznacznie prawą dłonią w powietrzu, pozwalając Pośrednikowi kontynuować.
- Zapraszam jednak w głąb tego przepięknego przybytku. Gdzieś, gdzie będziemy w stanie podyskutować bez ingerencji osób trzecich. - Zasugerował Knatt, wskazując słabiej oświetlony kąt lokalu.
Trzy wyglądające na całkiem komfortowe, czerwone fotele ustawione były przy stoliku, który od ściany ogrodzony był podświetlanym kryształami energetycznymi akwarium. Odległy widok kolorowych rybek pływających spokojnie w przejrzyście czystej wodzie wydawał się być dziwnie uspokajający. Mimo to, Brigg wcale nie był chętny, aby ruszyć w tamtym kierunku.
Knatt wiedział o tym doskonale. Opróżnił szklankę, po czym wyciągnął z kieszeni na lewej piersi srebrny kawałek folii. Odpakował z niego różowy plasterek gumy i położył sobie na języku. Poruszył kilkukrotnie szczęką, po czym zeskoczył z obrotowego barowego stołka i ruszył we wskazanym przez siebie kierunku.
- Jestem zajętym asurą, panie Havgaard i choć współpraca z panem byłaby dla mnie ogromnym beneficjum, wiecznie czekać nie będę.
Pośrednik przysiadł w fotelu i ostentacyjnie odwrócił głowę w stronę zegara.
Popielec oderwał wzrok od zagadkowego osobnika. Wrócił do swojego kufla. Nigdy nie planował swojej przyszłości. Jego wewnętrzne demony skutecznie mu ją pogarszały. W zaledwie parę sekund, Brigg wykonał bilans zysków i strat. Niezadowolony z wyniku uznał, że może wysłuchać propozycji asury.
Ciężko podniósł się z malutkiego dla niego krzesełka i zabrał ze sobą kufel do stolika, przy którym rezydował Knatt. Odstawił naczynie na blat i skrzyżował ręce na piersi wyczekując odpowiedzi.
Pośrednik wydawał się widocznie kontent z decyzji jaką podjął rosły popielec. Uśmiechnął się szeroko przeżuwając gumę.
- Niech pan spocznie. - Zaprosił.
Już w czasie kiedy Brigg zajmował miejsce naprzeciwko, Knatt rozpoczął tłumaczenie, zdecydowanie ciszej niż wcześniej.
- Pseudonim pod którym jestem rozpoznawany pochodzi od sposobu wykonywania przeze mnie czynności biznesowych, oraz od metodyki prowadzenia owej działalności. Jestem osobą wielce zaangażowaną w realizowaną przeze mnie profesję, jednak jest to nie lada wyzwanie. W trakcie doby ilość spraw, którymi należy się natychmiast zająć, nagminnie przewyższa moje możliwości. Dlatego też, potrzebuję na pokładzie osób takich jak pan, panie Brigg. Możemy przejść na ty? Twoja nieoceniona pomoc mogłaby zdecydowanie ułatwić mi życie. Pragnę zaproponować ci pracę na stanowisku… nazwijmy to wysłannika. Oczywiście, osoby na takim stanowisku winny cechować się sumiennością, punktualnością i nienaganną dyspozycyjnością.
- Co tak właściwie robisz? - Zapytał Brigg.
- Ja? Hmm… najprostszą odpowiedzią byłoby - kolekcjonuję informacje. Jestem skłonny płacić za nienamacalną materię, którą łatwo jest wykorzystać, lecz niesłychanie trudno jest wycenić. Przejmuję…
Popielec przerwał machnięciem dłoni.
- A co ja miałbym robić?
- Bezpośredniość - doceniam tą cechę. Może się okazać szalenie użyteczna. Oczekiwałbym od ciebie towarzyszenia mi w poszczególnych dyskusjach z osobami skorymi podzielić się wiedzą, przekazywania specyficznych informacji dalej oraz spotykania się z pewnymi indywiduami, które wcześniej ci przedstawię, w celu utemperowania ich temperamentów.
- Ah, czyli to taka robota… - Domyślił się Brigg. - Będę miał zastraszać?
- Stosunkowo rzadko, ale tak. Będzie to jeden z twoich obowiązków.
- Ile płacisz?
- Podzielimy twoje zarobki na dwa segmenty. Zadania, w których będę jedynie pośrednikiem, a więc wypełniane dla osób płacących mnie, do których cię wyznaczę, przyniosą ci 50% tego, co skłonny zapłacić jest zleceniodawca. Drugą połowę biorę ja. Nie przejmuj się, nie mam zamiaru pracować za półdarmo, zwłaszcza jeżeli mam dostęp do wystarczająco zadowalających informacji, wartych zdecydowanie więcej niż jest gotów wydać początkowo nasz interesant. Wystarczy kilka rozmów aby zamienić kwoty na dwu lub trzykrotnie wyższe. Dodatkowy segment to jednostkowe zadania, które zlecę ci ja. Będą one skupiać się na eliminowaniu osób będących podglebiem dla moich problemów. Te zadania wykonujesz żeby utrzymać stanowisko.
Brigg wycofał się delikatnie.
- Eliminowaniu?
- Sprzątaniu, rozwalaniu, zarżnięciu, zgładzeniu, zlikwidowaniu… albo po prostu uśmierceniu. Moje trudności kończą się wraz z pozbyciem się zagrożenia, które to niefortunnie najczęściej przyjmuje żyjącą postać, niechętną do opuszczenia tego padołu, a już zwłaszcza po cichu.
- Czyli mam zabijać dla forsy?
- Gratuluję doskonałej dedukcji. Byłbyś swego rodzaju… łowcą głów. Masz do tego doskonałe predyspozycje. Nie ukrywam, byłem pod wrażeniem, kiedy dotarły do mnie wieści o głowie Thurgau’a roztrzaskującej się na kamiennej ścianie. Żałuję, że nie było mnie tam, aby doświadczyć tego na własnych oczach. - Oznajmił Knatt, a jego oczy dziwnie zaświeciły kiedy to mówił.
Popielec natychmiast wstał. Propozycja mogła wydawać się obiecująca, ale wplątywanie się w czarny interes nie brzmiało na dobrą decyzję. Nie miał na siebie żadnego pomysłu po wczorajszym występku. Ucieczka pomogła mu uniknąć odpowiedzialności. Mimo to, robienie za groźnego chłopca na posyłki dla jakiegoś podejrzanego asury nie było wymarzoną fuchą.
- Nie, dziękuję. - Odparł twardo.
- Czyżbyś bał się zostać płatnym zabójcą? - Zapytał zaintrygowany Pośrednik.
Knatt uderzył w czuły punkt. Przerośnięty popielec mocniej obnażył potężne kły w wyrazie złości. Nie planował jednak reagować pochopnie. Asura nie był rywalem dla jego rozmiaru.
- Hmm… nie, to nie to. Masz słuszność. Tacy jak ty pewnie nie boją się niczego. Ty po prostu wiesz, że jesteś na to za słaby.
« Ostatnia zmiana: Kwiecień 01, 2019, 01:24:41 wysłana przez Tank »

Tank

  • Rekrut
  • **
  • Wiadomości: 10
  • Płeć: Mężczyzna
  • I'm a Tiger, you're a Maus.
"Każdy może okazać się wartościowy. Każdy zasługuje na kolejną szansę." - Nisheera

19 Dzień Sezonu Zefira 1323 AE (21:00)

Rata Sum od zawsze było najbardziej aktywnym nocami dużym miastem w całej Tyrii. Właściwie niezależnie od pory dnia, w Rata Sum zawsze działo się najwięcej. Otoczona gwiazdami stolica asur miała jednak w sobie coś wyjątkowego. Sklepy i stoiska czynne prawie całą dobę rozproszone były po wszystkich dystryktach. Kolorowe światła nadające temu miejscu większego wyrazu zmieniały się co chwilę. Po oddzielonych ścianami przejściach przechadzało się pełno wynalazców testujących swoje nowe machiny, geniuszy, pragnących dotlenić umysł oraz znaleźć rozwiązania arcytrudnych problemów w prostych czynnościach wykonywanych przez spacerowiczów, oraz właśnie tych ostatnich, często należących do innych ras, korzystających z tego, że dzięki asurańskim bramom dostęp we wszystkie miejsca w Tyrii stał się o niebo łatwiejszy.
W takich tłumach nikt nie zwracał uwagi na pojedynczego asurę, opartego o jedną ze ścian wyznaczających korytarze. Knatt czekał coraz bardziej zniecierpliwiony, przeżuwając gumę z wyraźnym podirytowaniem malującym się na jego twarzy.
Wyciągnął z kieszeni na prawej piersi mały, złoty zegarek kieszonkowy i odczytał czas. Duża wskazówka właśnie wróciła do najwyższego ułożenia na tarczy, wskazując pełną godzinę. Zamknął zegarek i schował go na swoje miejsce, po czym rozejrzał się po raz ostatni. W jednym z korytarzy zauważył postać zdecydowanie wyróżniającą się w tłumie. Ponad trzymetrowy popielec przedzierał się w jego kierunku, starając się nie staranować nikogo na swojej drodze. Całe szczęście koty miały manierę garbienia się. Dzięki temu przynajmniej nornowie nie wyglądali przy Briggu jak karły.
Havgaard bez słowa podszedł do oczekującego go Pośrednika, nie spiesząc się z rozpoczęciem rozmowy. Nie musiał, gdyż asura bardzo chętnie zaczął mówić i nie zanosiło się na to, że zbyt szybko odda pałeczkę.
- Więc jednak przyszedłeś. Bardziej punktualnie by się nie udało. Twoja obecność jest dla mnie równoznaczna z akceptacją mojej oferty oraz wszystkich warunków jakie zdołałem ci przedstawić. Witam zatem na pokładzie.
Knatt odepchnął się nogą od ściany i ruszył wzdłuż zatłoczonego korytarza.
- Zapraszam za mną. Jest sporo rzeczy, których musimy cię nauczyć, jeśli chcemy, żebyś okazał się faktycznie przydatny. W związku z czym, zwiedzimy kilka lokacji w celu eksperymentalno-naukowym. Zanim jednak wykażesz się na polu logistyczno-empirycznym, wpierw musimy ci znaleźć broń, która lepiej wyeksponuje twoje śmiercionośne umiejętności.
- Gdzie? - Zapytał Brigg dostosowując swoje tempo do kroków asury.
- Nie chcemy otrzymać byle oręża, które mógłby wykuć każdy idiota z wystarczającą dozą dedykacji i dostępnych młotków. Co za tym idzie, jedynym wyjściem z tej sytuacji jest uzyskanie broni od jednego z mistrzów w tej dziedzinie.
- Mistrzów?
- Wytwarzanie broni jest wyjątkowo trudną profesją, w której odróżnienie eksperta od żółtodzioba jest niesłychanie proste, kiedy patrzeć na wyniki ich pracy. Nie możemy zadowolić się półśrodkami. Potrzeba ci arsenału, którego możesz być pewien w każdej sytuacji.
- Znasz jakiegoś takiego mistrza? - Zapytał Brigg mało przekonany.
- Niejednego. - Odpowiedział obojętnie Knatt, skręcając w lewo. - Co ciekawe każda z ras ma kilku twórców broni odznaczających się ponadprzeciętnymi umiejętnościami, spośród których, każdy ma swoją… domenę. Każdy z nich tworzy arcydzieła, jednak należy pamiętać o specyfikacjach, jakie są oni w stanie nadać broni. Jeśli szukalibyśmy broni leciutkiej jak piórko, zabrałbym cię do pewnej sylvari imieniem Dinaden. Jeśli operowałbyś materiałami wybuchowymi, mój znajomy Pirakk, byłby osobą, której byśmy szukali. Jest też Taask Steamcaller dla szukających niezniszczalnych narzędzi mordu. Prawdopodobnie jednym z lepszych wyborów był też Nicklaus Cassani. Ach, prosty człowiek, a potrafi tchnąć w broń duszę, prawie że łącząc ją z użytkownikiem. Niestety to tylko człowiek. Powiedziałem „był”, gdyż odbiło mu i zaszył się na jakimś odludziu tworząc oręż tylko dla tych, którzy są w jego mniemaniu godni. Lecz my nie szukamy broni z duszą. Potrzeba nam niekonwencjonalnych środków ataku i defensywy. Po pierwsze ze względu na twój rozmiar, po drugie ze względu na twój styl walki. Wybierzemy się zatem do mojego bardzo dobrego znajomego imieniem Tarkhan. Poczciwy norn, a biorąc pod uwagę, że jest mi dłużny małą przysługę, na pewno chętnie nam pomoże. A gdybym miał się mylić, pozostaje zawsze Ivan Goldhand, ale Ivan… powiedzmy, że preferowałbym uniknąć takiego rozwoju wydarzeń.
Przez następne trzy kwadranse podróżowali uliczkami Rata Sum, których jasne kolory w nocnym świetle zmieniały się na coraz bardziej czerwone. Brigg starał się zapamiętywać ścieżkę, którą podróżowali, jednak biorąc pod uwagę ciągłe gadanie karmelowego asura i konieczność odpowiadania na jego pytania, nie był w stanie się do końca skupić.
Knatt wykonał jeszcze jeden zakręt po czym zatrzymał się w miejscu i rozłożył ręce, wskazując popielcowi miejsce, w którym się znaleźli.
- Witam w „Podziemiu”! Lokacja, w której dzięki nadzorowi drogiego Inquestu, handel jest w pełni wolny od interwencji osób przejmujących się takimi błahostkami jak moralność czy bezpieczeństwo.
Znajdowali się w długiej, zadaszonej alejce. Nic w jej strukturze, oświetleniu czy położeniu nie zdawało się krzyczeć „podejrzany biznes”. Po obu stronach alejki można było znaleźć dokładnie to, co na głównych ulicach Rata Sum. Gdzieniegdzie restauracje, asury wyprowadzające nowe machiny własnej konstrukcji na pierwsze spacery, sklepy i stoiska z różnorakimi towarami, a przede wszystkim - całkiem sporo osób po prostu przechadzających się długim korytarzem.
Jedynie atmosfera tego miejsca wydawała się… inna. Briggowi zawsze towarzyszyło pełno sceptycznych spojrzeń. Gdziekolwiek by się nie udał jego rozmiar, wygląd i zachowanie nie przysparzały mu wielu wielbicieli. Tutaj jednak pełno ciekawskich spojrzeń lądowało na nim kiedy szedł za prowadzącym go Knattem.
Po zaledwie dwóch minutach marszu tempem asury dotarli do stanowiska, które wyraźnie przyciągało uwagę gapiów, ale z jakiegoś powodu nikt się przy nim długo nie zatrzymywał. Złożone z dwóch metalowych stołów, dwóch krzesełek ustawionych za nimi oraz baldachimu w ciemnozielonym kolorze, rozpostartego nad tą prostą konstrukcją. Dwa długie metalowe blaty pokryte były przedmiotami różnej maści, właściwie maskującymi ich szarawy kolor. Źrenice popielca rozszerzyły się wyraźnie. Kiedy Pośrednik mówił o niekonwencjonalnych broniach, z jakiegoś powodu Briggowi nie przyszło na myśl to co ujrzał.
Na stołach rozłożone było pełno przedmiotów, z których niektóre widocznie były bronią, a inne wydawały się być rzeczami tak prostymi jak parasolka czy wachlarz. Na pierwszy rzut oka, wszystko to wyglądało komicznie i niezorganizowanie. Kiedy jednak przyjrzeć się ułożeniu towarów, łatwo było zrozumieć, że każdy z nich służył do walki.
Na jednym z krzesełek właściwie półleżał barczysty norn o długich ciemnych włosach, elegancko związanych z tyłu głowy i tak samo długiej, czarnej brodzie sięgającej splotu słonecznego. Jego jasnoniebieskie oczy uważnie śledziły kolejne wyrazy książki jaką trzymał w ręku. Opierał nogi na taktycznie ustawionym drugim krzesełku, relaksując się w czasie przerwy handlowej. Odrywał się od lektury dopiero kiedy ktoś się do niego odezwał lub przystał przy jego stoisku na dłużej.
W tym wypadku jednak kąt oka norna wychwycił obiekt zdecydowanie większy niż zwykle zbliżający się w jego kierunku. Przeniósł leniwie wzrok z książki na popielca z jaskrawo pomarańczową grzywą. Miał już wracać do lektury, lecz zwrócił uwagę na postać prowadzącą kota w jego kierunku. Natychmiast zerwał się na równe nogi i wyskoczył przed stoisko.
- Pan Pośrednik! - Zawołał zadowolony. - Coś tak czułem, że duchy cię tu sprowadzą w najbliższym czasie.
- Witam panie Tarkhan. Nie mylił się pan zatem nic a nic. - Odpowiedział Knatt.
Jego głos przypomniał Briggowi ich pierwsze spotkanie. Oficjalny, pewny siebie ton, który mimo zachowania zwrotów grzecznościowych wydawał się piętnować wyższość asury nad jego rozmówcą. Przynajmniej intelektualną.
Norn widział, że coś się święci, więc przeszedł do konkretów.
- W czym mogę pomóc?
- Poszukujemy broni dla tego dżentelmena. - Odpowiedział Knatt wskazując na popielca.
Tarkhan zamyślił się. Obejrzał przerośniętego kota od stóp do głów gładząc się palcami lewej ręki po brodzie. Kiedy obszedł przyszłego klienta z każdej możliwej strony i spojrzał na niego z każdego kąta z jakiego był w stanie zatrzymał się przed nim i podał mu dłoń.
- Tarkhan. Sporawy żeś. Jak walczysz?
- Brigg. A ty spostrzegawczy. Nie wiem, skutecznie? - Odparł popielec odwzajemniając uścisk.
Norn westchnął zażenowany. Odwrócił głowę w kierunku Pośrednika.
- Jak walczy?
- Z tego co udało mi się ustalić, Brigg preferuje walkę w zwarciu. Dominuje siłowo nad swoimi przeciwnikami i nie boi się z tego korzystać.
W czasie kiedy Knatt i Tarkhan rozmawiali, popielec rozkojarzył się przeglądając przedmioty na wystawie norna. Znalazł tam ostrza o kształtach nie tylko dziwnych, ale i często niepraktycznych, wyszukanych i według niego - absolutnie bez sensu. Co się stało z prostymi mieczami, siekierami czy chociażby pistoletami? Dlaczego w ogóle ktoś był zainteresowany pozłacanym hakiem na niepotrzebnie długim łańcuchu? W którym momencie przespał on chwilę, w której ważniejszym od samej walki było to, aby w niej dobrze wyglądać?
Brigg złapał za coś co go zaciekawiło. Dwa ciemne, dwudziestocentymetrowe czarne fragmenty metalu, na których wyżłobione były kwiaty róży. Podniósł przedmiot i zdziwił się jego wagą. Był lekki jak piórko, a położony na palcu utrzymywał równowagę, zupełnie jakby przykleił się do skóry popielca. Nie miał on jednak dalej pojęcia do czego to ustrojstwo służy. Obserwując metal dookoła zauważył, że na tym co wydawało się spodem narzędzia znajdował się mechanizm łączący części ze sobą. Proste srebrne metalowe zamknięcie z pogrubianą końcówką blokującą układ w jednej części. Pchnął fragment palcem, a luźna część metalu spadła w dół. Jego oczom ukazało się wypolerowane ostrze chowające się do połowy w bezpiecznym metalowym kokonie. Pociągnął za nie, wydostając je z drugiego fragmentu wygrawerowanego metalu. Docisnął metalowe części razem, czując jak ta sama blokada łączy je ze sobą, tworząc jeden sztywny uchwyt.
Zanim zdążył wyrządzić sobie lub komuś jakąś krzywdę, Tarkhan zabrał mu swoją broń z nieświadomej ręki i kontynuował rozmowę z Pośrednikiem, kręcąc z niesamowitą wprawą nożem wokół kciuka.
- To może piła łańcuchowa. Ostatnio popularne rozwiązanie. Mogę pomyśleć nad taką, która funkcjonowałaby jako miecz dwuręczny. Dopasować ją do jego rozmiarów i z głowy.
- Piła łańcuchowa? - Zdziwił się Brigg 
- Pasowałaby do ciebie. - Odezwał się Knatt. - Wirujące kolce, w razie gdybyś potrzebował ciąć w czasie cięcia. Brutalne, pomysłowe, przerażające. Jednym słowem - idealne.
Tarkhan wyszczerzył zęby w uśmiechu i po ówczesnym zablokowaniu, odłożył ostrze na metalowy blat.
- Nalegam jednak na tarczę. - Stwierdził. - Przy twoich rozmiarach Brigg, pewnie tłuką w ciebie czym się da, co?
- Nijak unikać... - Mruknął popielec.
- Dokładnie o tym mówię. A jak chcesz czuć się jak ciota zasłaniając się tarczą, to da się wykombinować taką, żeby można nią było ranić. Broń którą możesz swobodnie walczyć, ale ma ona przede wszystkim za zadanie utrzymać cię przy życiu. Kolce z przodu, z tyłu, z góry, z dołu, wysuwane, jakieś strzałki, cholera nawet miotacz ognia, jakby ktoś był zbyt natrętny. Powiedz czego ci trzeba, gościu.
- Brigg? - Zapytał asura wyczekując preferencji podwładnego.
- Kolce nie brzmią głupio.
- Zrozumiałe. Z umiejscowieniem tego w przestrzeni zdamy się na pana, panie Tarkhan. Muszę jednak zapytać o wycenę tej usługi jak i czas oczekiwania na finalny produkt.
Norn zastanawiał się chwilę.
- Jeśli chcemy to wykonać z przynajmniej niezłych materiałów, a zależy nam na czasie... sześć-siedem dni. Koszt? W sumie... jestem i tak dłużny, także... piłę wezmę na siebie. Co do tarczy? Dobra, zróbmy inaczej. W tym wypadku dorzucę tarczę gratis, ale będziesz o mnie pamiętać w razie gdybym znowu wpadł w tarapaty, Pośredniku.
Postawione przez norna warunki nie wydawały się w żaden sposób problematyczne.
- Ma pan moje słowo. Proszę się też nie spieszyć. Ostatnie czego nam trzeba to błędy spowodowane niepotrzebną gorączką. Mam jeszcze wiele spraw wymagających mojej uwagi, a zamierzam wykorzystać nadarzające się okazje do wdrożenia ów popielca w branżę. Zatem odezwiemy się za około dwadzieścia dni. Liczę na dalszą owocną współpracę. - Zarzekł się Knatt i odwrócił głowę w kierunku Brigga posyłając mu pewny siebie uśmiech.



23 Dzień Sezonu Zefira 1332 AE (17:34)

Podekscytowany jak rzadko kiedy Knatt praktycznie podbiegł do zwyczajowego stolika, przy którym już czekał na niego Havgaard.
Byli umówieni jak zwykle od kilku lat w niewielkiej karczemce na południu Lion's Arch, gdzie przewijały się dziesiątki klientów w trakcie dnia. Żaden z nich nie bywał tam na tyle często, aby stać się stałym gościem, jednak obydwaj byli łatwi do rozpoznania. Brigg ze względu na swój rozmiar, a Pośrednik miał swoją reputację.
Popielec natychmiast zauważył ekscytację swojego pracodawcy.
- Oho, co tam masz ciekawego? - Zapytał kiedy ten się przysiadał.
- Tylko i wyłącznie najlepszy kontrakt jaki otrzymałeś od początku swojej kariery. - Odpowiedział radośnie pośrednik.
Brigg zainteresował się od razu, jednak nie zapytał o nic, ponieważ barman zbliżał się do ich stolika. Niósł kufel z pomarańczową zawartością.
- Dla pana od koleżanki z czerwonymi włosami. - Powiedział stawiając kufel przed popielcem.
Jak na zawołanie obydwaj odwrócili głowy szukając wskazanej osoby. Przy samym barze, na wysokim krzesełku siedziała kobieta z krwiście czerwoną fryzurą o zawadiackim wyrazie twarzy i machnęła dłonią, kiedy mężczyźni spojrzeli się na nią.
- Ah. - Zrozumiał Brigg. - Co to właściwie jest?
- Śrubokręt. - Odpowiedział zgodnie z prawdą barman.
Pomarańczowa ciecz nie wyglądała jak przedmiot do wkręcania śrubek jaki znał.
- Czyli?
- Jedna trzecia czystej wódki, dwie trzecie soku pomarańczowego. Idealna dla chcących się napić, ale nie chcących się upić.
Asura machnął ręką, dając znać barmanowi, że może juz odejść, a kiedy ten był już dostatecznie daleko nachylił się delikatnie.
- Kira Sverige. Bandyta. Do tego z wyjątkowo szemraną reputacją. Typ szpiega, który z radością dźgnąłby cię w plecy. Skąd ją znasz? - Zapytał.
- Mieliśmy... udane popołudnie.
Pośrednik widocznie zażenował się odpowiedzią swojego podwładnego.
- Kim jestem, żeby prawić ci takie kazania, ale na litość wiecznej alchemii, to człowiek. Jeśli musisz wybrać się na panienki, to mógłbyś przynajmniej przygruchać sobie jakąś popielkę. Przecież zabijesz to biedne stworzenie.
- Jest odważna.
- Albo głupia. Do tego finansuje ci drinka? Kim jesteś, panną na wydanie? Ludzie są tak niezrozumiali. - Mówił ze szczerą pogardą w głosie asura.
Brigg zabrał się za próbowanie nowego napoju, który o dziwo okazał się pasować idealnie do jego kubków smakowych. W tym samym czasie Knatt otworzył skórzaną torbę, którą do tej pory niósł na ramieniu, a teraz spoczywała spokojnie na jego kolanach i wyciągnął z niej jakieś urządzenie.
Był to prostokątny kawał matrycy, trochę dłuższy niż głowa przeciętnej asury, ale w zamian za to i trochę węższy. Grubości około czterech centymetrów przedmiot zasilany był wyraźnie dwoma kryształami energetycznymi znajdującymi się na górnej części ustrojstwa.
- Co to? - Zapytał Brigg, obserwując jak Pośrednik uruchamia urządzenie.
- Terminarz Aktownik oraz Biuroorganizer Logistyczny o Ekstremalnej Trwałości. Produkcja mojego dobrego znajomego jeszcze z czasów kolegium, Elisha. Dzieło sztuki jeśli mam być szczery. Tak właściwie jest to baza danych całego laboratorium, którą możesz nosić ze sobą w każdy punkt na ziemi. Niesamowita zabawka. Do tej pory T.A.B.L.E.T. nie był nam potrzebny, a to i tak dopiero prototyp, ale tym razem jestem w posiadaniu ogromnej ilości informacji, które jestem zmuszony ci przekazać, że nie mógłbym zadowolić się twoim potwierdzeniem zrozumienia zasłyszanych faktów. Chcę na własne oczy zobaczyć, że pojmujesz status sytuacji.
Asura w końcu uruchomił urządzenie i przejeżdżając palcem po szklanym ekranie, na którym zaczęły pojawiać się niewielkie dane, zrozumiałe prawdopodobnie tylko i wyłącznie przez niego, znalazł to czego szukał. Położył T.A.B.L.E.T. na stole przed sobą i obrócił w kierunku Brigga. Przerośnięty popielec z nieukrywanym zainteresowaniem konstrukcją urządzenia, patrzył na szklany obraz.
Wyświetlała się przed nim gładka, zadbana twarz kobiety o błękitnych oczach. Blond włosy spadały na odsłonięte delikatne ramiona. Jej portret urywał się mniej więcej na wysokości mostka, ale Brigg zgadywał, że ubrana jest w jakąś suknię. Po prawej od portretu widniało imię i nazwisko.
- Annie Goldarrow. - Powiedział, oceniając jej wygląd. - Nie wygląda jakoś niebezpiecznie. Ile dają?
Knatt przejechał palcem po ekranie w dół strony i wskazał liczbę popielcowi, który brał kolejny łyk trunku. Było to dla niego niefortunne, bo zakrztusił się kiedy zobaczył sumę.
- I-Ile!? - Zapytał niedowierzając własnym oczom.
- Właściwie dwa razy tyle. To jest zaliczka, którą otrzymałem natychmiast. Druga połowa po wykonaniu zlecenia.
- Co?! Dlaczego?! Jest jakąś legendą mgieł, czy jak?!
Brigg przesuwał wielkim palcem po ekranie, szukając odpowiedzi na swoje pytania, wciąż nie wierząc w sumę pieniędzy wyznaczoną za głowę kobiety.
- Nic z tych rzeczy. Prawdę powiedziawszy, jestem sceptycznie nastawiony co do jej umiejętności na polu walki. Niektóre źródła donoszą, że doskonale radzi sobie z łukiem, ale jestem zdania, że są to tylko wyolbrzymienia spowodowane chęcią przypodobania się rodowi Oswald.
- Oswald?
- Oh, słowem wyjaśnienia. Nasza domniemana łuczniczka to w rzeczywistości Anastazja Oswald. Córka Angeli i Dawida Oswaldów, obecna spadkobierczyni majątku całego rodu.
- Czyli żaden z niej rywal, po prostu cel na wysokim stanowisku. - Wywnioskował Brigg.
- I tak, i nie. Ktoś, kto chce się jej pozbyć, pragnie pozostać anonimowy, jednak dostarczył nam wielu ciekawych niuansów na temat jej obecnego położenia i towarzystwa w jakim się obraca. Być może nawet zbyt wielu.
- Nie wiesz, z kim robisz interes?
- Nie. - Odpowiedział szybko Knatt. - Przynajmniej nie mam jeszcze pewności. Na pewno się dowiem, ale jest to kwestią czasu, bo nasz interesant wykazuje niespotykaną dbałość o zacieranie za sobą wszelkich śladów. Obstawiałbym, że pani Angela pragnie w końcu pozbyć się wyrodnej córeczki, a na rękę byłoby jej gdyby nie była w sprawę zamieszana, a nasze usługi to gwarantują. Wszak, zniknie nagle i bez ostrzeżenia. Istnieje jeszcze możliwość, w której Rendar, starszy brat Anastazji, przypomniał sobie o rodzinnym majątku i chciałby się upewnić, że mimo jego permanentnej nieobecności w rodzinnych stronach, to do niego trafi okrągła sumka, która wnioskując po naszym wynagrodzeniu, wydaje się być zdecydowanie pokaźna.
- Czyli co, muszę ją tylko znaleźć, pozbyć się niepotrzebnej blondynki i mamy z głowy resztę roku, jeśli chodzi o wypłatę?
- Tu jest pewien szkopuł. Zgodnie z informacjami jakie udało mi się zgromadzić panna Oswald zrezygnowała z kontaktu z rodziną na rzecz gildii najemniczej.
- Ona. Najemnikiem? - Zapytał z nieukrywanym rozbawieniem wskazując portret wyświetlający się na szkle.
- Również nie ukrywam mojego zaskoczenia jej postępowaniem, ale jak widać w "Lidze Sześciu Filarów", bo tak nazywa siebie ta grupa, przyjmą każdego. Nie oznacza to, że działają tam jedynie żółtodzioby, ale odnoszę wrażenie, jakoby nasi najemnicy nie mieli wykazywać się nietuzinkowymi umiejętnościami. Mimo to, zostawiam ci informację o poszczególnych członkach, których zapewne poznasz.
Asura zabrał T.A.B.L.E.T. i przesuwając kilkukrotnie palcem po ekranie dotarł do innych stron i znów oddał Briggowi urządzenie.
- Jeśli chcemy odnieść sukces, musisz zaciągnąć się do gildii.
Popielec zerknął z niechęcią na pracodawcę.
- Muszę?
- Panna Oswald wydaje się spędzać dużo czasu z innymi, choć pewnie niechętnie się do tego przyznaje, biorąc pod uwagę plotki jakie do mnie dotarły. Dodatkowo karczma, w której najemnicy przesiadują jest jej drugim domem. Co gorsze dzieli pokój z dwoma opiekunami gildii. Chociażby z tym dżentelmenem.
Pośrednik wskazał pierwszy z portretów jakie wyświetliły się na ekranie. Widniał na nim dobrze zbudowany mężczyzna o lekko jaśniejących brązowych włosach przykrytych w większości kapeluszem. Delikatny zarost zamykał jego smukłą twarz. Obok portretu wyświetlało się nazwisko ów człowieka. Markus var Maelius.
- Nie chcę zanudzać cię zawiłą historią rodu var Maelius, która nawiasem mówiąc, sięgając ponad dwa i pół stulecia w tył, była jedną z przyjemniejszych lektur jakie czytałem w ostatnich latach, więc powiem krótko - jeśli ktoś będzie chciał się odgryźć za śmierć Anastazji - będzie to pan var Maelius.
Brigg przejechał wzrokiem po opisie człowieka przygotowanym przez pracodawcę i machnięciem palca przerzucił stronę. Robił tak z każdą osobą jaka pojawiała się na szklanym ekranie urządzenia. Starał się zapamiętywać ich imiona. Markus, Nisheera, Teena, Matt, Zaveba, Hizza, Ivan, Aurora...
Widząc, że członków gildii wcale nie ubywa oderwał w końcu wzrok od tekstu i wrócił do asury.
- Skąd tyle o nich wiesz? - Zapytał.
- Prowadzą mało skrupulatną formę biurokracji, w której zapisują członków swojej trywialnej gildii. Choć nie jest to świetne źródło informacji, był to jakiś początek. Dalej wystarczyło popytać. Sam uczestniczyłeś w tym procesie, choć być może bez twojej wiedzy. Byłbyś pod wielkim wrażeniem tego jak niesamowicie łatwo jest nieświadomie pozostawić po sobie nienamacalne ślady informacji. Niezależnie czy mówią o tobie dobrze czy źle, wiele osób będzie pamiętać twoje czyny, a z każdym strzępem informacji dociera się do coraz to nowszych źródeł i coraz ciekawszych niuansów. Wszyscy ci prostaccy uczeni, którzy zakładają, że sześć stopni oddalenia to tylko miejska legenda są tak samo bezwartościowi jak ich twierdzenia. Wystarczy znać sześć osób, a wiadomości o każdym na tym świecie stoją przed tobą otworem.
- Ale tego jest tak dużo... - Odpowiedział Brigg oceniając ilość zgromadzonych informacji.
- O każdym da się dowiedzieć wszystkiego, panie Harshmouth.
Popielec zamarł. Pracował dla Pośrednika już przeszło dziewięć lat, ale ten użył jego byłego nazwiska po raz pierwszy. Przez niewygodnie długi moment siedzieli w ciszy, mierząc się wzrokiem. Ze sporym impetem Brigg podniósł się na nogi, chwytając uprzednio pracodawcę za szyję i podnosząc go na poziom swoich oczu.
- Jak?! - Zapytał ukazując uzębienie w wyrazie gniewu.
- Mam swoje sposoby. Chyba nie spodziewałeś się, że pracując z kimś dłużej niż kwartał, nie będę wiedział o nim wszystkiego, czego można się dowiedzieć.
Uścisk powoli zaciskał się na szyi asury.
- A teraz sugeruję mnie odstawić. - Dorzucił pewny siebie Knatt, wyszczerzając kły.
- Z przyjemnością. - Wycedził popielec przez zęby.
Cisnął małym ciałem o podłogę, lecz zanim to dotarło do ziemi, zdążyło już zamienić się w stado migoczących świateł, rozpryskujących się w każdym kierunku. Pośrednik siedział znów na swoim miejscu, absolutnie niewzruszony tym co właśnie się wydarzyło. Zerknął zażenowany na podwładnego i wskazał mu jego miejsce, pozwalając mu zacząć od nowa.
Popielec nie miał zamiaru odpuścić. Czuł jak narasta w nim złość. Machnął wielką pięścią w kierunku głowy Knatta, pragnąc wbić jego czaszkę jak najgłębiej w stronę jego klatki piersiowej. Najlepiej do samego żołądka, kompresując ciało asury jeszcze bardziej. Być może udała by mu się ta sztuka, gdyby znów nie uderzył w nicość, którą stał się Pośrednik. Jego pięść przeleciała jeszcze kawałek po czym natrafiła na krzesło, na którym siedział do tej pory jego pracodawca, rozbijając je w chwili kontaktu.
Brigg poczuł niemiły impuls w prawej ręce kiedy to niespodziewanie natrafiła na przeszkodę inną niż głowa asury. Złapał się za nadgarstek i syknął z bólu.
Kiedy oderwał już wzrok od obolałej ręki zauważył Knatta siedzącego na miejscu, które uprzednio zajmował popielec. Zabierał on właśnie T.A.B.L.E.T. ze stołu i chował z powrotem do torby na ramieniu. Havgaard miał ochotę cisnąć w niego kolejnym ciosem, ale ponieważ na razie nic nie działało, zrezygnował z tego pomysłu.
- Odchodzę. - Rzucił natychmiast.
- Myślisz, że masz wybór? - Zapytał rozbawiony Pośrednik. - Pamiętaj, że wziąłeś już pieniądze.
- Ja nic... - Zatrzymał się popielec, rozumiejąc rozwój sytuacji. - Ty mały...
Brigg warknął i ruszył do wyjścia.



33 Dzień Sezonu Zefira 1332 AE (21:15)

- Jakby "Liga" potrzebowała kogoś... do pomocy, to niech szukają dużego popielca. Trudno mnie przegapić.
Ostatnie słowa, jakie pozostawił po sobie Brigg, zanim wymaszerował przez drzwi Karczmy pod Pijanym Kojotem. Z każdą sekundą kiedy przebywał w środku dusił się coraz bardziej. Nie był w stanie opisać tego uczucia, ale sam właściwie nie wiedział już co robi, ani dlaczego. Kiedy otrzymał od Knatta wszystkie dane na temat Ligi Sześciu Filarów jakie tylko udało się zgromadzić, jego zadanie wydawało się trudne, ale zrozumiałe.
Wejść, pozbyć się, wyjść.
Po krótszym czasie współpracy z najemnikami, zabrać gdzieś młodą Oswald, udusić, albo zagryźć, kiedy nie będzie się spodziewać, a potem zniknąć tak jak i ona. Może nawet, żeby zyskać zaufanie najemników, pojechałby z nimi w jakąś podróż, a potem zrobił swoje.
Teraz jednak wszystko wydawało się zdecydowanie trudniejsze. Dopiero kiedy trafił między najemników zrozumiał jak działa ich społeczność. Mimo dzielących ich różnic, oraz ciężkich stosunków jakie panowały między niektórymi z nich, nie było szans, żeby pozbyć się jednego członka gildii i od tak, po prostu zniknąć. Z drugiej strony - nie chciał mieć już z Pośrednikiem niczego wspólnego. Przez dziewięć długich lat znosił jego humory, tę dziwną tajemniczość i swego rodzaju małomówność. Wiedział, że asura nie mówi mu całej prawdy, ale dalej robił to co zostało mu zlecone, zabijał tych, którzy mieli zginąć, nie pytając o nic. Co z tego miał? Prostą odpowiedzią były pieniądze. Trudną do przełknięcia odpowiedzią było - bo czuł, że gdzieś należy. Jego życie miało jakikolwiek sens. Jakkolwiek niezdrowa była jego psychika, przez moment dawała mu spokój. Raz na jakiś czas obrywał tak, że jego życie zawisało na włosku, ale wracał niepokonany. Dostawał wolne, aby odzyskać siły i powtarzał cały ten zabieg. Bo to do niego należało. Był tą zębatką w wielkiej machinie świata, o której uczyli go w fahrarze.
Czy było warto?
Z rozważań nad swoim losem wyrwał Brigga znajomy głos dochodzący ze ścieżki po jego lewej.
- Przyjęto cię?
Jak gdyby nigdy nic, Pośrednik stał oparty o spore drzewko rosnące przy drodze. Z ucieszoną miną przeżuwał gumę i czekał na odpowiedź.
Popielec stanął jak wryty. Spojrzał z odrazą na swojego byłego pracodawcę. Nie było nic na świecie co chciałby uderzyć tak mocno jak wyszczerzoną twarz Knatta. Nie był jednak wystarczająco szybki, żeby sobie na to pozwolić. Nienawidził mesmerów. Obrócił się na pięcie i ruszył w drugą stronę, kompletnie ignorując asurę.
Mijał kolejne drzewa idąc ziemną ścieżką wydeptaną przez spacerowiczy, a ubitą pod ciężarem wozów kupieckich odwiedzających te strony. Za którymś z dębów musiał jednak czaić się Pośrednik. Wyszedł zza wciąż bezlistnego drzewa i niedbałym krokiem ruszył za popielcem.
- To bardzo niekulturalne traktować w ten sposób pracodawcę. - Upomniał się Knatt.
Jego uwaga przeszła jednak Briggowi koło uszu. Kontynuował marsz, w sobie tylko znanym kierunku, mając nadzieję, że w pewnym momencie Pośrednik straci zainteresowanie. Nie byłoby to nic dziwnego, zwłaszcza, że ma on przecież „tyle ważnych spraw na głowie”. Asura nie przestawał podążać za przerośniętym Popielcem. Nie wydawał się być również wzruszony humorkami pracownika. Był raczej zaintrygowany.
- Wyjaśnij mi proszę, czemu tak właściwie się obraziłeś?
Kilka kolejnych kroków, lecz znów bez odpowiedzi.
- Doskonale zdajesz sobie sprawę z tego jak wiele potrafię wydać, żeby dowiedzieć się pikantniejszych szczegółów o materiach dla mnie intrygujących. Czemu zgłębianie historii popielca, który jest przynajmniej dwukrotnie ponad przeciętną rozmiarów, wydało ci się tak nienaturalne?
Szli dalej, a Knatt zastanawiał się na głos. Co jakiś czas przerywał, żeby wykonać kilka dłuższych przeżuć gumy, w czasie których zachodził w głowę, żeby zrozumieć proces myślowy Havgaarda.
- Czyżbym uraził cię, ingerując w twoją prywatność?
Brak zmian w mimice i zachowaniu Brigga był znakiem, że teoria była błędna.
- Hm, nie, faktycznie. Wszak gdyby tu tkwił problem, zachowywał byś się w ten niedorzeczny sposób już kiedy na początku współpracy wysłałem cię na dziewczynki, abyś dał w końcu upust frustracji…
Świetnym posunięciem ze strony popielca było ignorowanie wszystkiego co wypada z ust asury. Pośrednik nie mógł mieć nad nim żadnej władzy, jeśli Brigg postanowił mu jej po prostu nie dać. Co mu może zrobić taki szczur?
- Nie mów, że boli cię, iż wiem, w jak brutalny sposób wymordowałeś swój warband. - Prychnął Knatt.
Była to również ostatnia rzecz jaką zrobił w tej konwersacji. Płynnym ruchem Brigg obrócił się na lewej nodze i z całej siły kopnął w idącą za nim osobę, jak gdyby składał się do piłkarskiego strzału. Był to bardzo chybiony pomysł.
W momencie zetknięcia z ciałem Knatta, iluzja znikła, a w miejsce karmelowego asury pojawił się szarawy golem o podobnych gabarytach. Pośrednika od samego początku nawet tam nie było. Szczęk metalu gniotącego się pod naporem nogi popielca rozniósł się po ścieżce, którą ten podróżował. Zaraz potem ryk frustracji. Być może również bólu, na który nie był gotowy.



44 Dzień Sezonu Zefira 1332 AE (15:03)

Zgodnie z życzeniem Teeny Dest, Liga miała zająć się grupą rekinów piaskowych przywłaszczających sobie grunt w większej części Azylu w Windswept Haven. Była to świetna okazja, aby nauczyć samotnych wilków gildii pracy w grupie. Wezwanie opiekunki Ligi nie spotkało się z gigantycznym odzewem, lecz szóstka chętnych do pracy pojawiła się na czas:
Annie - będąca już chwilę wśród ligowiczy ludzka łuczniczka z dobrego domu, z charakterem tak trudnym jak zadania, których chciała się podjąć.
Arishok - popielec, który rozpoczynał dopiero swoją przygodę z gildią najemniczą, tajemniczy jak historia, którą opowiedział opiekunom kiedy dołączał w szeregi Ligi, jednak wyjątkowo wygadany jak na swoją rasę.
Forest - sylvari z zamiłowaniami do wszelkiego rodzaju używek, który nie tak dawno musiał być zbierany z podłogi karczmy, kiedy to przeholował ze swoim już w tym momencie nałogiem.
Markus - szlachetny mężczyzna pochodzący z jednego z najstarszych rodów Tyrii, który mimo bycia opiekunem i braku potrzeby udowadniania swojej wartości, chciał być obecny w treningu przygotowanym przez Teenę. Osoba na której można zawsze polegać i tym razem nie zawiodła.
Varlaarn - raczej mało towarzyski popielec, którego otaczało wystarczająco dużo głosów, aby chciał odizolować się od pozostałych.
A do tego Brigg.
Dest stanęła przed trudnym zadaniem pokierowania grupą samotników tak, aby uzupełniali się w czasie walki. Choć z początku nie zanosiło się na sukces, kiedy zdecydowała się podzielić ligowiczy na pary, a dwójce, która wykona swoje zadanie najlepiej, obiecała darmowy alkohol następnego dnia - atmosfera zmieniła się delikatnie. W powietrzu dało się wyczuć dodatkową nutę rywalizacji. Mimo to, opiekunka podzieliła najemników bardzo inteligentnie, aby uniknąć niepotrzebnych konfliktów.
Jako pierwsi z zadaniem uporać musieli się Varlaarn i Markus. Prawdopodobnie doświadczenie w walce Markusa oraz revenanckie przyzwyczajenia Varlaarna pozwoliły im pozbyć się jednej z grup rekinów z dużą łatwością. Nie obeszło się oczywiście bez mniejszych potknięć, ale dwójka zaprezentowała dokładnie to, co chciała zobaczyć Dest. Umiejętność wykorzystania w walce nie tylko własnych atutów, ale również pomocy partnera. Markus i Varlaarn bazowali na kooperacji, która wciąż chybotliwa, wystarczyła aby zapewnić im względne bezpieczeństwo w czasie pojedynku ze zwierzętami. Zlikwidowanie rekinów było zatem dla nich jedynie formalnością.
Następnie zadania podjęli się Annie i Arishok. Oboje wyszli z tego bez najmniejszych zadrapań. Całość zajęła im zaledwie kilka minut, jednak Teena nie wyglądała na w pełni zadowoloną z tego co pokazali jej młodzi ligowicze. Popielec robił za przynętę, kiedy kobieta, siedząca w bezpiecznej odległości od pola walki, wystrzeliwała rekiny, jednego za drugim. Naturalna niechęć ludzi do popielców i na odwrót, wydawała się dominować w tej parze. Mimo pozornej współpracy, dwójka operowała z daleka od siebie, robiąc to co potrafi po swojemu. W razie kłopotów podobnych do tych, jakie przydarzyły się Varlaarnowi i Markusowi, nie byli by oni w stanie sobie nawzajem pomóc. Zabrakło by im czasu na decyzję. Teena wiedziała o tym doskonale, jednak pogratulowała Arishokowi i Annie dobrze wykonanej roboty.
Jako ostatni duet, jedną z grup rekinów zajęli się Forest i Brigg. Prawdopodobnie żaden z nich nie zrozumiał idei współpracy. Odbiło się to wyraźnie na ich występie, w którym to Forest nie otrzymał żadnej pomocy, kiedy przygniotła go piaskowa ryba i musiał wydostać się spod niej na własną rękę, a Brigg zbyt powolny, nawet dla zwierząt, dał rekinom poszarpać swoją rękę. Szło im na tyle źle, że część gildii chciała interweniować. Zostali oni jednak powstrzymani przez Dest, pewną umiejętności swoich towarzyszy.
Kiedy faktycznie udało im się uporać z zagrożeniem, z widocznie najgorszym rezultatem, powrócili do reszty. Przywitał ich komentarz Annie, pewnej zwycięstwa w tym małym konkursie.
- Jeśli liczyliście na darmowy alkohol, to ten wasz występ był trochę za słaby.