Autor Wątek: Z szuflady Bleistifta  (Przeczytany 322 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Joseph Bleistift

  • *
  • Wiadomości: 6




              Oko Północy za każdym razem mnie zachwycało. Na wartach, jakie pełnię codziennie lubię się rutynowo przejść po historycznym kompleksie, po którym przed wielu laty chodzili dumni ludzie, noszący te same barwy, które są na moim pancerzu - Hebanowa Awangarda, a wśród nich Gwen Thackarey - askalońska bohaterka. Z opowieści mojego ojca i dziadków zapamiętałem ją jako niezwykłą kobietę o ogromnej determinacji; dziewczynkę, która straciła wszystko - dom, rodzinę, nację, spokój, młodość i wytrzymała lata w kajdanach, a ostatecznie jako wzór - niemniej to nie liczba popielczych trupów, jaką za sobą zostawiła sprawiła, że w moich oczach urosła do tak wysokiej rangi, tylko droga jaką przeszła. Thackarey w bardzo młodym wieku wytrzymała to, czego nie zdołałby udźwignąć niejeden dorosły. Kochała wolność i nigdy z niej nie zrezygnowała, nigdy się nie poddała, nie złamała. Nie zapomnę jak wielkie wrażenie wywarła na mnie opowieść o tym, że ta młoda dziewczyna w pełni świadoma tego, że kolejna próba ucieczki odbierze jej przywilej szybkiej śmierci jeśli da się złapać podjęła ryzyko. Gwen przeskoczyła ponad szare człowieczeństwo zmuszające większość do podporządkowania się i tkwienia w marazmie dla ocalenia życia i oszczędzenia sobie części bólu. Niezależnie od ceny nie zamierzała się wyrzec godności człowieka. Nie dość, że odzyskała wolność, to jeszcze stoczyła bój z samą sobą, odzyskała spokój, to jeszcze przyjęła barwy Hebanowej Awangardy, ostatecznie dosłużywszy się nawet stopnia dowódcy. Opowieść o Gwen wrastała we mnie głębiej z każdym kolejnym rokiem, popchnęła mnie ku Hebanowej Awangardzie mocniej niż namowy dziadka, ojca, wuja czy brata, pomogła mi zdecydować o odejściu z wojska w imię większej wolności, ponownie mnie jednak znów do niej przyprowadziła, gdy poczułem, że inni są w potrzebie, że to już pora. Dlatego też mury Oka pamiętające tak odległe czasy mimo że umiejscowione w chłodnych Dreszczogórach są dla mnie bardzo przytulne i zdają się mnie rozgrzewać - a raczej zagrzewać - od środka. Otoczony nimi często wracam myślą do opowieści o Gwen, by nie zapomnieć, nie pozwolić sobie zwątpić w siebie.



***


              Pluton Pasht pod dowództwem sierżanta L. Owsona liczy około 20 osób i stanowi jedną z grup wyznaczonych do stacjonowania Oku Północy. Jego członkowie otrzymują rozkazy związane głównie z ewakuacją oraz ochranianiem ludności cywilnej podczas akcji i nagłych wezwań, a oczekuje się od nich przede wszystkim trzymania nerwów na wodzy, daru przekonywania, a także dużej sprawności fizycznej i wachlarza zaklęć do szybkiego reagowania jeśli dojdzie do ataku. W praktyce głównie siedzą w Oku Północy oczekując na wezwanie, które i tak nadchodzi często za późno by wykorzystać ich umiejętności związane z zapobieganiem stratom w cywilach - przecież oddziały na zagrożonym miejscu podobno świetnie sobie radzą i mają sytuację pod kontrolą i wsparcie wzywa się zbyt późno. Koniec końców sztab nie prowadzi normalnego naboru do oddziału - szuka wśród aktualnych lub byłych żołnierzy z doświadczeniem. Takich, którzy będą doskonale sobie zdawać sprawę, że przydział, choć niewymagający siedzenia w okopach i pozwalający na powrót do własnego łóżka tylko pozornie wydaje się być lekki, jak dla żółtodziobów i gaduł. Kiedy nie ma już czasu na ewakuację ludności Pasht’owie muszą się przebijać przez największe kłębowisko wroga, ponieważ cywile zazwyczaj nie mają się jak bronić. Nie zawsze się udaje, często jest dość krwawo - to główny powód przyjmowania wyłącznie weteranów,  którzy niejedną śmierć w życiu widzieli, jednak ów powód jest też przyczyną tego, że skład grupy jest dość płynny. Co kilka tygodni, a przy bardziej obfitujących w przykre wydarzenia misjach nawet co kilka dni ktoś jednak… Wypada, nie mogąc do końca znieść tego napięcia. Zdarzają się przypadki, że ktoś z naszych ląduje w szpitalu, na dłużej. Albo w trumnie, na zawsze. Nie jest to może bardzo częste, bo większość z nas potrafi zadbać o siebie i o innych, ale wciąż. Jesteśmy oddziałem i to wojskowym. Choć ufamy sobie w terenie, spędzamy ze sobą czas na wartach, ogrywamy się w karty czy kości, narzekamy na tutejszą kuchnię i chłód, mamy swoje żarty, oglądamy portreciki narzeczonych i małżonków tych szczęściarzy albo szczęściar bądź nieszczęśników i znamy się z imienia, nazwiska, ksywy… Nigdy nie możesz mieć najbliższych i najserdeczniejszych przyjaciół w oddziale. Bo jeśli, nie daj Lysso coś się stanie oddział traci nie jednego, a co najmniej dwóch naraz.


              Tego dnia dostaliśmy wezwanie - nagły skok energii, Destroyery w Ebonhawke. Hebanowi na miejscu potrzebują wsparcia. Dowódca potwierdził gotowość grupy, wyruszyliśmy. Pojawiliśmy się w południowo wschodniej części miasta. Wspomogłem drużynę okrzykiem, by Ci bez wierzchowców mogli się przemieszczać szybciej. Ludność cywilna barykadowała się w domach albo umykała uliczkami miasta. Widziałem popielców… Ziemia się trzęsła. Ja znów trochę się trząsłem, choć powinienem przywyknąć, widziałem to nie raz w koszmarach, przez krwawe maliny. Wszystko wydawało mi się nawet nieco… Nierealne. Jakbym się oderwał od rzeczywistości, zamknął oczy, śnił albo raczej koszmarzył, znowu. Przetrwam do końca, zostawię oddział by ratować cywili, biec za przeciwnikami wbiegającymi do domostwa. Zobaczę dziecko skryte za sofą, matkę przygwożdżoną do ziemi, trzy sekundy do śmierci, nie zdążę, przegram z czasem choć całe życie trenuję, by być natychmiast w mgnieniu oka i z nim wygrać… Dobiję przeciwnika za późno, gdy metalicznie cuchnący szkarłat zacznie wyciekać z ciała matki, a jej straumatyzowany syn wybiegnie na zewnątrz, w niebezpieczeństwo. Pomknę za nim, zgubię go, zobaczę ostatniego żywego członka mojego oddziału i jego desperacką próbę ratowania życia, nie zdążę mu pomóc, znów się spóźnię. Poczucie winy zacznie mnie dławić - zostawiłem oddział, nie zdążyłem, ja nie zdążyłem, już nie ma dokąd zdążyć… I nie wiem, co bardziej mnie dusi, śmierć matki na oczach dziecka czy moja niesubordynacja i śmierć oddziału, czy to, że znów nie zdążyłem, nie zdążę, nie zasługuję, czuję, że jestem śmieciem, jestem zerem, jestem… Człowiekiem, który już się nie podniesie, który ginie w środku. Jednak ten człowiek mimo wszystko jednak się budzi zlany potem, nieufny wobec swoich zmysłów, gotów pięścią wybić dziurę w ścianie, niezdolny do krzyku, pusty, martwy, choć żywy. Po chwili milczenia pełnego powracającego echa poprzednich emocji przytomnieję, a po pierwszej czarnej kawie niezależnie od pory poranka lub nocy jestem gotowy zacząć nowy dzień - to był przecież tylko powtarzający się koszmar. Jestem zmęczony, przywykłem, nie mam sił znów tego roztrząsać. Nie jestem chory - to tylko te przeklęte maliny, trzymam się tego, że to jest najważniejsze, że nie oszalałem, choć szaleństwo może być tego następstwem. Zniechęcony wizją psychiatryka biorę się w garść, zawsze - wiem, że to minie, nie jestem w tym sam, jestem zdrowy, tylko mam paskudne sny. Nie pierwsze, nie ostatnie. Nie po drodze mi się zatrzymać i się poddawać. Jedyne co to... Bardzo cierpiała na tym moja wena twórcza, w redakcji ostatnio zajmowałem się jedynie korektami, nie pisząc nic swojego.


              “Tu i teraz” mocno się różniło od zakłócających mój spokój koszmarów i prędko wróciłem do rzeczywistości. Popielcy, zamiast wykorzystywać sytuację, tak jak to robili w moim koszmarze po prostu nam pomagali, mając te same rozkazy co my, z tego samego źródła. Ja tym razem cały czas trzymałem się dowódcy i oddziału. Cała akcja ze strony sztabu została dobrze zaplanowana - każda grupa miała swój sektor do upilnowania, nie było pustych miejsc, a jak trzeba było, to w każdym z oddziałów był choć jeden człowiek, zdolny do pełnienia funkcji gońca, wyróżniony przepaską na ramieniu. Z nieba spadały meteoryty i przeciwnicy, ale tym razem Yoru - mój warclaw - była ze mną i nami wszystkimi. To zaskakujące jak kilkaset kilogramów za plecami uzbrojone w pazury i rogi oraz mocny pancerz może uspokoić człowieka i podbić pewność siebie. Yoru została stworzona do walki, dlatego czasem walcząc z destroyerami - a to nie był jej pierwszy raz - czuła się jak ryba w wodzie. Kiedy trafiła pod moją opiekę, zaczęliśmy ją szkolić z instruktorem głównie do tego, by powalała i przyszpilała do ziemi większość przeciwników, a skaczące wybuchające kraby odrzucała w locie ogonem lub rogami z dala od oddziału. Dzisiejsza operacja szła nieźle - w naszym sektorze szybko neutralizowaliśmy zagrożenia, a cywile byli bezpieczni w budynkach, czekali tylko na transfer do Divinity’s, przygotowani do ewakuacji wtedy kiedy będzie to możliwe - czyli  jak pozostałe sektory na drodze do bramy zostaną oczyszczone. Nie było żadnych wyrw, nie zostaliśmy odseparowani od siebie, mogliśmy się wymieniać barierami, zawsze byliśmy w zasięgu oddziałowego elementalisty wody więc gorąc nam nie dokuczał, a pożary były gaszone natychmiast. Przydzielono nam dziś nawet dodatkowego umagicznionego medyka. Nie sprawiło to, że nagle wszystko stało się bardziej kolorowe i sielankowe, a cała akcja była rutynowa i standardowa jak najprostsza z procedur - część mieszkańców była bardziej zaniepokojona tym, że pomagają im również popielcy. Musieliśmy więc baczyć nie tylko na Destroyery, ale również na ewentualne bunty czy sabotaż. Choć minęło ponad 8 lat od zawieszenia broni wielu mieszkańców miasta wciąż wolałoby nie widzieć nawet pół charra przez okno.

              Oczekiwaliśmy rozkazy lub nowych przeciwników, pilnując się wzajemnie, spokojni na tyle, na ile można być, gdy Twoje miasto jest atakowane, czyli niezbyt. Ja się trzymałem najlepiej ze wszystkich, bo… Ostatnie noce dały mi tyle okazji do przeżywania tragedii mojego miasta, że nieco oziębłem, oderwałem się od tego, jakoś bardziej niż inni. Kocham moje miasto, wiem, że mieszka w nim moja rodzina i wiele osób, które nie mogą się obronić, a fakt, że destroyery zaatakowały nagle tak duże miejsce jest zatrważający, ale dopóki trwa akcja nie mogę pozwolić sobie na choćby cień paniki czy wahania - ciałem i myślami tu i teraz, minimalizować straty, o tragedii pomyśleć dopiero, kiedy ze sceny zejdą ostatni jej aktorzy - Destroyery i służby porządkowe oraz pomocnicze, a emocje opadną. A przynajmniej się staram i nie zawsze wychodzi, choć miną pokażę niewiele - póki mamy mundur, jesteśmy żołnierzami, a nie zwyczajnym sobą.


              Z tego dnia mam nieco mgliste, nieco rwane wspomnienia, mimo tego pozornego spokoju - momentami działałem wręcz automatycznie, jakby ciało samo wiedziało co robić. Pamiętam kilka konkretnych rzeczy. Rozkaz dowódcy:
              - “Blinks” - sierżant rzadko zwracał się do mnie nazwiskiem - Wy coś za spokojni jesteście, na jednej nodze sprawdzić sektor 9D i wrócić z raportem czy oddelegować chłopaków tam.

              Pamiętam lekkie ukłucie lęku, gdy pozwoliłem sobie na myśl, że odseparowuję się od oddziału. Pamiętam drogę - mógłbym ją przejść z zamkniętymi oczami, gdyby nie fakt, że musiałem uważać na meteoryty i lepiej też widzieć, dokąd się teleportuję. Skracałem trasę możliwie jak najbardziej, chcąc dostać się jak najszybciej do dobrego punktu, z którego dobrze widziałbym sektor. Ot, teleportacja na krawędź jednego z balkonów, podciągnięcie, teleportacja wyżej, na daszek. Manewr możliwy tylko w dobrym pancerzu zapewniającym mobilność i na balkonach z mocnymi kratami i przy płaskich dachach. Pamiętam, że się rozglądałem, mimo dymu drażniącego oczy. Pamiętam widok kogoś znajomego - narzeczonego mojej siostry - którego dosłownie zaczynały obłazić kraby, gotowe zaraz wybuchnąć. Pamiętam swój własny wybuch - wybuch determinacji jaśniejszej niż płomienie destroyerów - rozpędziłem się i wybiłem się z dachu w wyskoku, tylko po to, by teleportować się bezpiecznie na ziemię, nim się z nią spotkałem. Pamiętam dotyk - złapałem prędko znajomego za ramię i znów wykonałem kolejny skok w przestrzeń tym razem z nim, tam gdzie mogłoby być bezpiecznie. Nie śmiałem myśleć o tym, co jak nie zdążę - o potencjalnym kalectwie Gilberta, o histerii mojej siostry, o własnym poczuciu winy - nie mogłem. Gilbert był przecież tylko innym żołnierzem, bo póki mam mundur, nie ma przyjaciół i więzi - nie ma gorszego kłamstwa. Dlatego musiałem zdążyć, przecież po to trenowałem - nie mogłem w siebie wątpić, nie tam. Udało się.

              Oddział Gilberta radził sobie gorzej, ale to dlatego, że niedawno spadły tu dwa meteoryty. Pomyślałem, że mają pecha albo coś szczególnie przyciąga tu przeciwników, ale nie drążyłem - miałem tylko sprawdzić czy sobie radzą, a teraz miałem na głowie kilka krabów. Gilbert jednak zebrał się do kupy, miotnął falą chaotycznej energii w kraby nadkruszając je i zmuszając w ten sposób do wybuchu. Klepnął mnie w ramię w podzięce, ale nim zdążył coś powiedzieć, jego dowódca mnie wypatrzył, zauważył oznaczenia oddziału i przepaskę gońca. Ryknął, oddelegowując, tym razem spowrotem:
              - Goniec z Pasht! Przyślijcie medyka i z dwóch strażników do obstawy!
              - Aye.

              Zasalutowałem nim się oddaliłem. Pamiętam, że ruszyłem tym razem biegiem przez uliczki, teleportując się tylko od zakrętu do zakrętu. Manewrowałem między truchłami Destroyerów, a przemieszczałem się na tyle szybko, by ewentualny ogon mnie nie doścignął, z uliczki do uliczki. Powinienem oszczędzać siły, ale to nie była pierwszyzna - gdybym się spóźnił, większa szansa że ktoś zginie.  Pamiętam jeszcze ostatnią prostą. Pamiętam, że krzyknąłem, o medykach, o wsparciu… Ale mój głos zagłuszył trzask kilka metrów za moimi plecami, zdecydowanie za blisko.

              Gwałtowny wstrząs sprawił, że upadłem, naraz zalała mnie fala gorąca, jeszcze dobra przyjaciółka migrena też dała o sobie znać, coś zaczęło mnie przygniatać. Nie mogłem się odwrócić, byłem przygwożdżony do ziemi, a ból stawał się nie do zniesienia. Obraz rozmazywał mi się przed oczami; mimo pyłu i piachu zdawał się momentami bieleć. Zawroty głowy nie zdołały zatrzymać moich rąk, które ciągnięte niczym przez niewidzialne sznurki siły woli złapały kostkę brukową i próbowały mnie pociągnąć dalej naprzód. Ostatnie co pamiętam to eksplozję bólu i kolejny, tym razem inny trzask od którego zrobiło mi się jeszcze słabiej, a także Yoru biegnącą w desperacji w moją stronę bez jakiejkolwiek komendy.

              Mogę być twardy, mogę walczyć ze strachem, przetapiać go w determinację i pewność siebie, wbiegać prosto w ogień, mknąć na przekór naprzeciw. Dostrzegać, słuchać i czuć wszystko to, co powinienem, wtedy kiedy powinienem, a dopiero w czterech pustych ścianach podskoczyć czasem, gdy ktoś na zewnątrz odpali fajerwerki albo budzić się w środku nocy z jakiegoś koszmaru o którym szybko zapomnę po pierwszych łykach kawy. Mogę przywoływać w pamięci obraz Gwen z opowieści, które słyszałem jako dziecko i szukać w tym jakiegoś oparcia, z którego będę mógł się wybić, by być bardziej żołnierzem, a nie człowiekiem. Ale… Niezależnie od tego, co dzieje się, gdy stoję pewnie na dwóch nogach… Jestem pewny, że na skraju przytomności nie myślałem o tym, jak wstać, jak się wyrwać, tylko o tym, że bardzo nie chcę zostać kaleką, nie chcę umierać, nie tak, nie tam, nie teraz. A wiedziałem, że dzielą mnie od tego sekundy albo i mniej, a ja jestem bezsilny.


***


              Złote loki spływały kaskadą na mój tors. Bielutkie zęby za roześmianymi wargami, sprawdzającymi moją wytrzymałość każdym kolejnym pocałunkiem złożonym na mojej szyi, gdy udawałem, że śpię, żeby ta chwila tylko trwała, przegrywając z każdym kolejnym, coraz bardziej. Otuliłem ją bez ostrzeżenia ramionami, przyciągając ją do siebie bliżej, jakby zaraz miała zniknąć, odejść jak poranna mgła ledwie zerwie się mocniejszy wiatr i już nie zdążę się nią nacieszyć. Blada skóra bez skazy, poza jednym drobnym pieprzykiem pod lewą łopatką była pod opuszkami moich palców była niczym aksamit - miękka, gładka i nieco chłodna. Nigdy nie uznawała kołder i piżam, nawet w sezonie Kolosa czy Zefira.

              Dźwięczny śmiech zerwał się z jej ust ten pełen rozbawienia skromny uśmieszek zamieniając w pełny wyszczerz, ograbiony z niewinności, gdy próbowała się wyrwać. Zaczęła mnie łaskotać agresywnie, śmiejąc się nawet głośniej niż ja, próbujący celowo bardzo nieporadnie unikać jej rąk szukających drogi na moje żebra i wyżej, ja opuszczający gardę, ja podziwiający niesamowity codzienny widok - ją, opadającą na poduszki obok mnie gdy już się zmęczyła tą walką.

              Zwróciła twarz ku mnie, zarzucając jedną z rąk na moją klatkę piersiową, jakby przygarniała do siebie worek stu milionów złotych monet. Przymrużyła jedno ze swoich bursztynowych oczu i wydęła wargi w minie pełnej udawanego zamyślenia, jakby zastanawiała się, co teraz ze mną począć; drugie było zaś wpatrzone we mnie jak w obrazek. Lubiła mówić, że robi tak, by jedno oko mogło odpocząć, kiedy drugie wpatruje się we mnie, by nie uronić żadnej z chwil razem. A ja lubiłem myśleć, że to była miłość.

Joseph Bleistift

  • *
  • Wiadomości: 6
                Smutek, żal i zawód, splecione w jedno uczucie - tęsknotę za czymś co było, co mogło być wyrwały mnie ze snu, pozostawiając po tym śnie podobny brak spokoju ducha jak w pierwszych sekundach po koszmarze. I nie wiem, czego bardziej mi żal - że sen się skończył, czy tego, że w ogóle się wydarzył. Minęło zdecydowanie zbyt wiele lat, by te wydarzenia miały jeszcze cokolwiek dla mnie jeszcze znaczyć, a mimo to bursztynowooka trucizna z jakiegoś powodu uparcie wciąż mnie nawiedzała bez zapowiedzi, zawsze zostawiając po sobie posmak goryczy trudniejszy do usunięcia, niż obraz krwawiącej Michelle z malinowych Koszmarów; bo Michelle budziła jeszcze chociaż moje współczucie i wiedziałem, że kiedyś odzyska spokój.

                 Wyrwany ze snu o przeszłości, ocknąłem się w ciemności, a tępy ból głowy przypominał mi dosadnie że żyje, czego zaraz odrobinę pożałowałem przez jego wierne towarzystwo. Miałem wrażenie, że cały się kleję. Wszystko mnie mrowiło, a palce nawet jakby drętwiały. Wokół było dość… Cicho. Słyszałem oddechy, odległą krzątaninę, szmery i szelesty. Wyczułem zapach kawy, tak nie pasującej do sytuacji, choć kuszący… Myśli płynęły wolniej niż woda w bagiennym zapchanym ścieku.

                Sapnąłem niespokojnie. Wewnętrzny twardziel, który lubił dochodzić do głosu w najgorszych momentach uznał, że to nie pora na tracenie czasu w łóżku, trzeba się rozeznać w sytuacji i łyknąć jakieś prochy na ból głowy. Słuchając tych podszeptów spróbowałem się natychmiast podnieść do siadu, ale - jak łatwo się domyśleć - pożałowałem. Kołowanie w głowie natychmiast mnie położyło spowrotem, ale coś po tym podrygu samodestrukcji wracało na swoje tory. Przypominałem sobie co się wydarzyło - akcję w mieście, upadek, utratę przytomności.

                - Spokojnie, unikaj gwałtownych ruchów. Tak myślałam, że się zaraz przebudzisz - usłyszałem kobiecy aksamitny i spokojny głos tuż obok.
                - Co z Ebonhawke? Co z moim oddziałem, czy wszyscy są cali? Gdzie moja rodzina, Yoru, mój dowódca? Przekazałem wiadomość? - rozgorączkowałem się. Może głos mógł działać hipnotyzująco na niektórych, ale nie na mnie, nie teraz, nie mogłem być spokojny. Zdołał mnie jednak utrzymać w ryzach na tyle, że przynajmniej się nie wierciłem - budził zaufanie.

                Właścicielka głosu chyba zdawała sobie sprawę, że trzeba do mnie powoli, wbrew temu czego chciałem, bo najpierw tylko przyłożyła chłodną, nieco szorstką rękę do mojego czoła. Poczułem na twarzy kropelki wody i orzeźwiający chłód. Migrena i szum jakby się wyciszały pod wpływem tego dotyku, a do tego wyczułem też zapach medykamentów i subtelną woń szałwi.

                - Po kolei. Obroniliście Ebonhawke. - zaczęła od najlepszej wiadomości; mówiła dość powoli bym mógł jakoś przyswoić informacje - Twój oddział… Jest w całości. Kilka osób hospitalizujemy, tak jak Ciebie bo znajdujesz się w głównym szpitalu w mieście. Yoru jest pod opieką stajennego. Co do Twojej Twojej rodziny… Kontaktowałam się z nimi, wiedzą gdzie Cię szukać, powinni Cię jeszcze dzisiaj odwiedzić. Wszyscy przetrwali atak, w szpitalu przebywa jedynie Ulrica Bleistift. Ale nie denerwuj się, Twoja siostra ma się dobrze, upewniłam się o tym osobiście, tak samo, jak upewniłam się, że przy zbyt gwałtownym przebudzeniu nie dostarczysz sobie zbyt wielu bodźców naraz - podejrzewałam wstrząśnienie mózgu. Reakcja na bodźce prawidłowa, mowa niezaburzona, funkcje motoryczne bez zarzutu, kontaktujesz, jest w porządku. Pewnie kręci Ci się tylko w głowie i czujesz się nieco skołowany, ale to wina zatrucia dymem. Kolejnego w ciągu tego sezonu, patrząc po Twojej kartotece medycznej.
                - T-tak. Kim.. Kim jesteś? Znamy się? - spytałem. Ledwo poczułem, że dłoń została cofnięta, jej właścicielka zabrała się za zdejmowanie ze mnie opatrunku. Zapach szałwi stał się jeszcze intensywniejszy. Skądś miałem przeczucie, że medyczka nie jest człowiekiem i wydawało mi się, że jednak kojarzę ten głos, do tego bardzo dobrze znała moją sytuację, a to było dość wyjątkowe jak na uzdrowiciela w szpitalu, mimo to i tak dopytałem jak idiota - Możesz tu być?

                Odzyskałem wzrok ledwo zdjęła z moich oczu ostatnią warstwę bandaży. Biały kitel, na ramieniu przepaska z czerwonym ankhem, uniwersalnym symbolem medyków. Blada skóra złożona z liści, kilka charakterystycznych płatków w miejscu kości policzkowych i brwi. Dwukolorowe błękitno pistacjowe pnącza zwinięte w koka, dziś z tyłu głowy, a nie z boku jak zazwyczaj. Skupione i czujne oczy barwy przydymionego błękitu, obserwujące mnie z nieco niepokojącą przenikliwością i bystrością. Szerokie usta, muśnięte turkusowym barwnikiem, którego lubiła używać na co dzień rozciągnęły się lekko w delikatnym uśmiechu. Może mieliśmy niewiele okazji by pomówić, ale nie mógłbym jej nie rozpoznać i chyba musiała to zauważyć, bo nie odpowiedziała pierwsze z pytań.
                - Mogę. Wicedyrektorka szpitala to jedna z moich najserdeczniejszych przyjaciółek z przeszłości, z czasów jak zaczynałam, 1328AE. Pozwoliła mi tu pracować przez kilka dni, póki będzie największe zapotrzebowanie na medyków. Zresztą, są potrzebne każde ręce do pracy - spoważniała. Jej “ręce do pracy” jednak nie pracowały w tym momencie - sylvari sięgnęła po kubek z czarną kawą, który położyła przy moim łóżku pewnie zanim się obudziłem i upiła łyka. Zwróciła się do mnie dość poważnym tonem - Muszę przyznać, że jesteś dość wyjątkowym pacjentem. Większość zamiast pytać o miasto i rodzinę, pyta o swoje rany, albo o to kiedy stąd wyjdzie. Myślisz czasem o sobie?
                - To… nie do końca tak. - chciałem zełgać, choć miała rację - rzadko myślałem o sobie.. Pod spojrzeniem tych przenikliwych oczu czułem, że kłamstwo będzie nie w porządku, nie szukałem odpowiedzi zatem zbyt daleko. Prawdę mówiąc, mój stan był dla mnie mało istotny teraz - żyłem, byłem w szpitalu, moje ręce dalej działały, a umysł pracował - Po prostu… To jest dla mnie teraz istotniejsze.
                - Albo może po prostu kochasz swoją rodzinę i miasto i masz duszę protagonisty-bohatera, który niestety czasami zapomina zadbać o siebie w tym wszystkim. To nic złego - dla świata. Z kolei dla ciebie… Cóż, życzę Ci by kończyło się w najgorszym przypadku co najwyżej tak jak teraz - uśmiechnęła się blado, ale pod skórą czułem, że choć pozornie właśnie mnie pochwaliła, to jednak jest to nieco głębsze.

                Może nie powinienem się tak nad tym rozdrabniać, ale nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że w ten sposób chciała mnie subtelnie zganić - przekaz "mniej ryzykuj, myśl też o sobie, martwy nikomu nie pomożesz", tylko wypowiedziany znacznie… Milej. Naprawdę, zupełnie jakby w ładnym opakowaniu zamknęła słowa “myśl czasem o sobie, bo prędzej czy później zginiesz i przestaniesz być tym dobrym protagonistą” i nie miałem prawa jej odmówić racji. Przecież… Wystarczyłoby spojrzeć w górę, użyć egidy, cokolwiek, nie teleportować się w miejsce, w które zaraz może uderzyć meteor, nie lecieć na pałę, bo rozkaz i pośpiech. Tylko skąd mogła wiedzieć jak było? Czy ja aby nie przesadzałem, nie popadałem w paranoję? Chyba moja mina przyłapanego na czymś szczeniaka skutecznie ją utwierdziła w przekonaniu, że dobrze strzeliła z tym stwierdzeniem, ale nie nękała mnie więcej jakimikolwiek morałami, za to żeby mnie przywołać do rzeczywistości wprowadziła mnie w zawiłości medyczne dość konkretnie, bez ostrzeżenia:
                - Miałeś złamanie otwarte lewej nogi w dwóch miejscach z przemieszczeniem, kilka poważnych stłuczeń, rozcięty łuk brwiowy, podejrzenie wstrząsu mózgu - to ostatnie właśnie rozwiane, a te pierwsze leczą się. Za dwa dni pozwolą Ci opuścić lecznicę o kulach z ortezą stabilizującą, a najwcześniej za 5 dni będziesz mógł się poruszać normalnie.
                - Dziękuję - znów przyglądałem się jej jak zahipnotyzowany i bez zrozumienia. Jak to, złamanie otwarte i wypuszczą mnie pojutrze? Musiała dojrzeć w moich oczach pytanie, bo zaraz podjęła się próby wyjaśnienia mi tego fenomenu.
                - Specjalizuję się w chirurgii i leczeniu magicznym, a złamania, stłuczenia, rozcięcia to standard po takich starciach. A im szybciej żołnierz wróci do służby tym lepiej dla wszystkich… dlatego masz też na sobie moje alchemiczne pasty na przyspieszenie regeneracji, nie tylko przydziałowe. - skromnie spuściła wzrok, jakby to było coś niestosownego. Utkwiła go w kubku kawy. Wiedziałem co chciała przez to powiedzieć - była medykiem, nie powinna nikogo faworyzować, niezależnie od pobudek, ale najwyraźniej czasem lubiła coś nagiąć dla większego w jej opinii dobra lub z sympatii. Nim miałem jednak sposobność dopytać, zmieniła zręcznie temat - Mam teraz akurat przerwę, Joseph i… Chcesz się czegoś napić, kawy, herbaty, wody? Przynoszę Ci niestety złe wieści.
                - Złe wieści? - powtórzyłem nieprzytomnie za nią. Nie myślałem o piciu, choć czułem się, jakbym w gardle miał trociny.
                - Tak. Niestety, nie możesz wrócić do mieszkania. Kamienica w której mieszkasz, właściwie większość kamienic w ścisłym centrum miasta uległa uszkodzeniu i istnieje ryzyko, że się zawali. Mają rozpocząć prace umocnieniowe, ale nie wiadomo kiedy się zakończą. Masz gdzie się zatrzymać? - Nish obserwowała mnie uważnie. Na początku nie dotarło to do mnie - byłem pochłonięty dyskretną analizą rozmówczyni i sposobu jej wypowiedzi. Ewidentnie biła od niej jakaś taka troska, czułem, że upewnia się, czy wszystko w porządku i czy może jednak nie zemdleję od tej informacji. Skłamałbym, jakbym powiedział, że mnie to absolutnie nie ruszyło - po prostu dotarło to do mnie po kilku sekundach. Moje mieszkanie… Miałem tam swój naprawdę ważny zbiór rzeczy związanych z Kurzickami może jedyny taki w Ebonhawke, moje rękopisy, wszystkie nieudane eksperymenty literackie, moje płyty, książki, część oszczędności, maszynę do pisania… W pierwszym momencie od razu chciałem wstawać i iść ratować co się da. W łóżku trzymały mnie jednak trzy rzeczy - słabość mojego ciała, rozsądek i to, że widziałem w poważnych oczach Nisheery też niewypowiedziane współczucie. Jeszcze brakowało, żeby ona zaczęła się o mnie martwić, a miała wystarczająco dużo swoich pacjentów i spraw na głowie.
                - To tylko mieszkanie, coś na pewno znajdę zastępczo na czas remontu - zagrałem perfekcyjnie wzorowe przyjęcie tej informacji, ale nie sądziłem, że elementalistka tak łatwo to łyknie. Wolałem od razu zmienić temat, żeby nie miała jak drążyć co powiedziałem i czemu tak. Zadałem jej pytanie, na które raczej nie będzie znała odpowiedzi, byleby zbić jej myśli na inny tor - Wiesz może co z mieszkaniami mojej rodziny, mają się gdzie podziać?
                - Niestety nie wiem, ale kamienice bardziej na uboczu nie oberwały tak, że coś stało się z konstrukcją, więc możesz być dobrej myśli. Ale Ty… Wiesz, jak coś to możesz się zatrzymać w karczmie. Masz status kompana, pokoje wspólne są dla was za darmo, zresztą mieszkają tam aktualnie tylko Kang i Kerrian, bardzo spokojni lokatorzy. - sylvari nic mi nie narzucała, za co mogłem być jedynie wdzięczny, ale musiałem odmówić tej propozycji.
                - Dziękuję, ale raczej będę szukał czegoś swojego, chociażby pokoju. Mam już jakieś swoje przyzwyczajenia - uśmiechnąłem się do niej lekko. Nie odpowiedziała tym samym, tylko lekkim skinieniem głowy.
                - Rozumiem. Chciałam tylko, żebyś wiedział, że masz jeszcze tę opcję. Wierzę, że dasz sobie radę, ale w razie czego możesz na nas liczyć.

                Emanowała bardzo specyficzną aurą, jakby zaraźliwym spokojem - nie byłem sylvari, ale czułem to dość wyraźnie. Nie był to ten irytujący spokój i brak wzruszenia godny kamienia, tylko taki… Bardzo życzliwy rodzaj spokoju. Przez tę ulotną chwilę mogłem uwierzyć, że wszystko będzie w porządku. Chciałbym się w tym zatracić, ale nie umiałem się temu w pełni poddać. W głowie coraz głośniej dźwięczało mi echo tego, że właściwie jestem bezdomny. Skazany na marny pokój w jakiejś podłej gospodzie albo zmuszony do powrotu przed płótna i pod pędzle. Karczma Ligi była jakąś opcją, ale… Miałem swoje przyzwyczajenia, pracę, swoje “demony”. Dzielenie z kimś pokoju nie byłoby najlepszym pomysłem, potrzebowałem ciszy i spokoju. Z pewnością cała najbliższa rodzina pospieszy z podobnymi propozycjami pomieszkania u nich, ale… Wszyscy mieli swoje życia. Ulrica układa sobie dopiero życie z narzeczonym, Isabelle spodziewa się dziecka ze swoim mężem, Jonathan już ma trójkę, a rodzice… Przecież też już zdążyli odzwyczaić się od mieszkania ze swoimi pociechami. Nie mogłem im tego zrobić, zmusić do wywracania swojego życia do góry nogami. Z drugiej strony...To naprawdę tylko mieszkanie. Inni przecież mają gorzej niż ja. Muszę się wziąć w garść.
                - Wiem. A wy na mnie, jak zapanuję nad swoją sytuacją. - odpowiedziałem jedynie zgrywając twardziela. Musiała chyba nie raz, nie dwa w lecznicy widzieć takie zachowania, co ja jej chciałem udowodnić? Aczkolwiek nie kłamałem. Naprawdę chciałem wrócić jak najszybciej do akcji. Sprawa Malin czekała na wyjaśnienie, do tego te napady na magazyny An;Et… No i moje zobowiązania wobec wojska. Nie brałem pod uwagę w ogóle opcji, że zrezygnuję.

                Sylvari podniosła się i zaczęła się krzątać wokół mojego łóżka. Milczałem moment, po prostu z nią współpracując, a ona ułożyła mnie tak bym wygodnie siedział i postanowiła mi podać butelkę wody, którą ochoczo przyjąłem. Upiłem łapczywie kilka łyków i odstawiłem ją na stoliczek. Może jednak medycy umieli czytać w myślach, gdy usta ich pacjentów mówiły co innego lub nie mówiły wcale.
                - Dzięki… raz jeszcze. Gdzie leży Ulrica? Też wyjdzie tak szybko?
                - Może szybciej niż Ty, błyskawicznie się goi. Poszarpana i poparzona noga, magiczne leczenie i około 30 szwów. Straciła nieco krwi, więc jest nieco osłabiona ale przytomna. Sala 10, tylko nie kuśtykaj tam jeszcze - pamiętaj o swojej nodze, dopiero się zrasta. Sama chciała tu do Ciebie przybiec mimo swojego stanu, musieliśmy ją pwstrzymywać
                - Urli jest twarda - przyznałem, choć jeszcze kilka lat temu widziałem w niej kruszynę, którą musiałem chronić przed starszymi chłopakami i wrednymi koleżankami z podwórka. A po latach, w 1328 to właśnie Ulri uchroniła mnie przed podjęciem najgorszej decyzji w życiu i była dla mnie największym wsparciem, gdy przechodziłem przez coś ciężkiego; nawet jak ją wyrzucałem drzwiami to wracała oknem i to dosłownie. Przypomniałem sobie, że Nish również wspomniała ten rok - uznałem że warto będzie dopytać - Mówiłaś że byłaś w Ebonhawke w 1328 AE.
                - Tak, służyłam w szpitalu polowym - odpowiedziała krótko. Zerknęła na zegarek, upiła kawy - Też tam wtedy byłeś?
                - Tak, ale nie jako pacjent. Z tego moje miasto się podniosło, to temu też da radę  - przyznałem zaraz, nieco bardziej hardo, by sprawiać wrażenie większego optymisty niż byłem w tamtym momencie. Nie umknęło mi jednak te jej spojrzenie na zegarek - Spieszysz się?
                - Jeszcze nie, tylko się upewniałam, że jeszcze mam trochę czasu. A miasto na pewno się podniesie - zapamiętałam Was jako żelaznych, zahartowanych ludzi. Chcesz o tym pogadać? - znów jakby odczytała moje myśli - zdecydowanie chciałem posłuchać. Co mogło ją łączyć z Ebonhawke? Nie kojarzyłem jej, a znałem swoje miasto świetnie, przynajmniej w tamtym czasie.
                - Tak. Mieszkałaś tu wcześniej i po prostu byłaś na miejscu kiedy… Wszystko się zaczęło?
                - Nie. Przyszłam tutaj wtedy z posterunku Ostrza Śmierci, wcześniej mieszkałam tam w zaprzyjaźnioną popielczą Bandą. Po prostu, po przelocie smoka spakowałam medykamenty i przyszłam, nieść pomoc na tyle na ile potrafiłam. - odpowiedziała zwyczajnie, jakby mówiła o wyjściu na zakupy. Nie mogłem się nadziwić.
                - Mówiłaś, że dopiero zaczynałaś… Dlaczego to zrobiłaś, nie bałaś się?
                - Bałam - przyznała, nie wahając się nawet, ale uśmiechnęła się delikatnie - Ale ten strach dodał mi nieco determinacji i mobilizacji. Poszłam bo… Wiedziałam, że muszę, że nie będę mogła spojrzeć na siebie w lustrze, jak udam, że nie widzę tego cierpienia. Wiedziałam, że nie zbawię świata, ale mogłam uratować jakiś świat - cudzy. Więc skoczyłam na głęboką wodę.
                - Tak, to było… Straszne - przyznałem natychmiast, też się nie wstydząc prawdziwych emocji, jeszcze - Nikt się tego nie spodziewał, a czempiona Kralkatorrika zwabił do Ebonhawke umagiczniony ładunek podrzucony przez… Kogoś, kto w sumie swoje pobudki motywował nieco wykrzywioną troską o ludzi Ebonhawke - Separatystów. To co zobaczyłaś… Pewnie musiało być dla ciebie szokiem. Nie żałujesz tego, że tu przyszłaś wtedy? - nie obawiałem się już o to, że speszę ją osobistymi pytaniami. Chciałem ją jedynie popchnąć do dalszych zwierzeń. Wydawało mi się, że gdy się otwiera, zaczynam widzieć ją naprawdę - nie ukrytą za fasadą uprzejmych odpowiedzi, werbalnych testów i wnikliwych obserwacji.
                - Czy szokiem.. Tak. Wtedy tak - odpowiedziała i spojrzała mi głęboko w oczy. Może tego nie powiedziała wprost, ale jej oczy od tego czasu musiały widzieć i straszniejsze rzeczy. Może też, jak ja z tą walką z Primordusami w Ebon - naoglądałem się tego tyle, że gdy przyszło co do czego, miałem chłodniejszy umysł niż powinienem, ale potem sylvari poruszyła dość trudny i mniej ogólny temat - Wiesz, paradoksalnie najgorsi byli pacjenci, których wyjmowali z gruzów. Zmiażdżenia, odłamki w ciałach, nie było do końca wiadomo czy mamy do czynienia z napiętnowanym kryształem, czy z kamieniami. I… - zatrzymała się na moment. Sam też zacząłem ciężej oddychać, to było stresujące nie tylko dla niej. Spojrzała na mnie ze zdziwieniem - a potem ze zrozumieniem. Gdy skinąłem głową, kontynuowała - Wiesz…Musiałam amputować nogi małej dziewczynce. Całe życie przed nią… Całe życie bez nóg, z bólem fantomowym, bez możliwości gonienia za piłką… Gdy słyszałam, jak piła trze o kość, to nie umiałam oprzeć się wrażeniu, że tak pękają marzenia. Cięłam… I płakałam. A potem dopiero dotarło do mnie, że tak naprawdę to ją ocaliłam. Postanowiłam sobie jednak, że nigdy, jeśli jest nadzieja nie zrezygnuję z walki o cudze marzenia i zwykłe życie, amputacja to ostateczność
                - Ty musiałaś amputować. Mogłaś ratować. A ja… Ja miałem ręce związane rozkazem. Musiałem ich zostawiać, wiesz? Żywych, pod gruzami. Bo. Pieprzony. Rozkaz. Priorytety.

                Ledwo to powiedziałem, wzdrygnąłem się. Na moment się wyłączyłem i wbiłem wzrok w ścianę - zrobiłem sobie to na własne życzenie, sam pytałem, sam zacząłem temat. Wtedy… Musiałem niejednokrotnie podejmować decyzje kto powinien zostać ocalony, a kto nie, a dla kogo nie ma już nadziei, a moje osądy nieczęsto pokrywały się z tymi narzuconymi przez sztywne rozkazy. Chciałem wyjąć każdego - a nie mogłem. I z tego wszystkiego najbardziej pamiętałem ciała powyginane w straszny sposób. Oczy - mniej lub bardziej martwe. Kurz na pozbawionych życia martwych gałkach ocznych. I ten upiorny skrzek kruków. Bo trzeciego dnia pracy nie dość, że walczyliśmy ze zmęczeniem, z gruzami i własnym sumieniem, to jeszcze z nimi.


                Poczułem jej dłoń, otulającą moją na tyle szczelnie, na ile drobne palce jej pozwalały. Nie była ciepła, ale była najcieplejszą rzeczą, która mnie spotkała w ostatnim czasie - w takim momencie, tak… Niespodziewanie. Podniosłem wzrok na weterankę, kogoś kto widział setki jak nie tysiące śmierci, która zwyczajnie wiedziała, co zrobić w takim momencie gdy odpływałem. Rozumiała. A jak tylko pomyślałem, co zrobiła w takim momencie najbliższa mi wtedy osoba… Zacisnąłem szczęki mocniej. Nie chciałem, by Nish zobaczyła coś, czego nie chciałem pokazać - jak bardzo jestem miękki, gdy tylko to roztrząsam. Przyciągnąłem ją do siebie, przytulając ją tak, by nie widziała mojej twarzy i tego pustego spojrzenia, tego napięcia mięśni, grymasu. To czego nie chciałem jej pokazać to nie łzy - ich się nie wstydzę, choć jest ich niewiele. To była złość i rozczarowanie. Przeżywałem to w mikroskali jeszcze raz - wspomnienie rozkazów, wspomnienie powrotu do domu.
                Tulona ledwie poltorametrowa drobinka zesztywniała w pierwszym momencie, ale rozluźniła się nieco po chwili i nawet nieśmiało mnie odtuliła. Praktycznie obca kobieta, domyślała się częściowo co się dzieje w mojej głowie. Milczała, jakby zdając sobie sprawę, że potrzebuję jeszcze chwili, zmęczony udawaniem że jest w porządku, że było. Wdychałem zapach rozmówczyni, tę uspokajającą szałwię, starałem się dojść do siebie. Uciszyć przykre wspomnienie, przełknąć wstyd i znów zepchnąć na dno umysłu jak wielkim frajerem wtedy byłem.

                - Wiesz… Ja też... Bardzo ciężko to zniosłam, to był szok, popełniłam błędy, nie wszystko poszło dobrze. Nie zapomniałam - zaakceptowałam to i poszłam dalej. Ty też możesz i wiem, że na pewno dasz radę. A właściwie - to już dajesz. Wróciłeś przecież do oddziału, przeskoczyłeś tą… Traumę, tak mogę to nazwać. Nie poddałeś się i… Przetrwałeś, tak? No to tego się trzymamy - lekko odklepała w moje plecy jak w matę na sali treningowej. Zaraz jednak rozładowała napięcie jednym zdaniem - A teraz wybacz, ale mnie wypuść, bo jak mnie jakaś pielęgniarka zobaczy, to mnie rozerwą tu na strzępy. Wpadłeś co najmniej pięciu z nich w oko.
                - Dziękuję, Nish - skinąłem jej głową, wypuszczając ją. Faktycznie nadmierne zainteresowanie zawsze było dla mnie jakimś problemem, ale przekute na żart pozwoliło mi się szybciej ogarnąć - I… Przepraszam za to bo…
                - Wiem. Jest w porządku, Joe. Rozumiem to. - wtrąciła najspokojniejszym ze swoich tonów, nie pozwalając mi dokończyć. Wiedziałem, że mówi szczerze. Wypuściła moją rękę - Zajrzę do Ciebie później, dobrze? Może nie czekają mnie amputacje, ale już po mojej przerwie.


                Wymieniliśmy uśmiechy i skinięcia głową i wyszła. Najbardziej w tym wszystkim zaskoczyło mnie to, że ja spytałem o Ebonhawke, a ona po prostu zaczęła opowiadać, jak to się zaczęło. Nie bała się pytań o emocje, o wrażenia, o porażki i ten dramat, wydarzenie jakie najbardziej na nią wpłynęło z tego wszystkiego. Zobaczyłem w niej ten błysk, którego szukam dla swoich artykułów. Tę uzależniającą pasję. Przyglądałem się jej dłoniom otulającym kubek i nie mogłem pozbyć się z głowy jednego niezadanego pytania, które na pewno nie będzie miało odpowiedzi. Ile już osób ocaliła? A ile z nich nawet jest świadoma, nie spojrzała jej w oczy, nieprzytomna na czas zabiegu? To było… Inspirujące. Zaczęła od zera i strachu, niepewna swojej sytuacji i umiejętności, a zaczerpnęła z tego siłę do działania i rozwoju, nie poddając się. Opuściła przyjaciół, wśród których czuła się bezpiecznie skazując się na tułaczkę przez groźne ziemie, żeby nieść pomoc poszkodowanym nieznajomym i to bezinteresownie, w moim mieście. Jej słowa trafiały do mnie. Może przez ten tembr głosu, może przez to, że mówiła o tym tak otwarcie, tak osobiście, a zarazem tak z dystansem - minęło wszak sporo czasu.
                Poczułem się tak, jakby ktoś po upadku pomagał mi rozłożyć skrzydła i delikatnie pomógł mi w powrocie do dalszego lotu ciepłym przyjemnym podmuchem wiatru - szczególnie te “bardzo ciężko to zniosłam, to był szok, nie wszystko poszło dobrze. Nie zapomniałam - zaakceptowałam to i poszłam dalej. Ty też możesz i wiem, że na pewno dasz radę”.  Wprawdzie nie rozmawialiśmy bardzo długo, raptem 20 minut, ale zdołała mnie podnieść na duchu. Dała mi coś czego zabrakło mi te kilka lat temu w 1328 AE gdy wróciłem do domu, do kogoś, kto nie potrafił tego pojąć, a ja to wtedy zwyczajnie zaakceptowałem.


***


                - TRZY DNI CIĘ NIE BYŁO, GNOJU!
                Uchyliłem się przed nadlatującym talerzem, nie mając siły go zręcznie złapać. Trzask porcelany nie zdołał mnie ani trochę obudzić. Nieprzytomnymi oczami zauważałem porozwalane po mieszkaniu poduszki, pomazane farbą ściany, wywaloną na podłogę zawartość szuflad z moimi prywatnymi dokumentami i zapiskami. Słuchałem jej półprzytomny ze zmęczenia, okradziony z luksusu snu i prysznica w ciągu ostatnich dni. Moje łokcie już nie dawały rady się zginać dokładnie, kolan praktycznie nie czułem, a palce miałem tak opuchnięte od pracy fizycznej, że… Jeszcze nie myślałem, jak zdejmę rękawice. Nie docierało do mnie. Nic, do końca. W głowie miałem tylko te gruzowiska i uwięzionych. I tę okrutną selekcję.Tych próbujemy ratować i wyciągać, tych nie. To było nawet gorsze od interwencji w mieszkaniach samobójców - tam widziałem często makabryczne skutki decyzji dorosłych ludzi, tu - według wytycznych musiałem podejmować makabryczne w skutkach decyzje o życiu dorosłych ludzi. Po tych trzech dobach pustka i zimno w moim sercu były nie do zniesienia. Od gruzowiska do gruzowiska, moje serce coraz bardziej przeradzało się w jedno z nich… Nie umiałem udawać, że nic się nie stało, miałem wrażenie, że chwilowo nie czuję już nic. Nie chciałem czuć czegokolwiek obrzucany wyzwiskami, zamiast głaskany troską i spokojnymi pytaniami pełnymi zrozumienia dla mojej pracy i tego co działo się w mieście.

                - PRZYZNAJ SIĘ, NA PEWNO SYPIAŁEŚ U JAKIEJŚ WYWŁOKI, GNIDO! NIE NA TAKIE ŻYCIE SIĘ PISAŁAM!

                 Nie wierzyłem, nie chciałem wierzyć, że jest tak oderwana. Nie widziałem teraz irracjonalności jej oskarżenia, nie widziałem zniszczeń, nie widziałem zamachu na moją prywatność, widziałem tylko ją - moją bursztynowooką ukochaną, która z pewnością zrobiła to wszystko, bo nie mogła wytrzymać ze stresu. Zawiodłem ją. Poświęciła dla mnie tak wiele - majątek, tytuł, kontakt z rodziną, a ja skazywałem ją na godziny bez końca, pełne strachu czy w ogóle wrócę z warty albo z akcji nie mając z tego nic poza kolejnymi koszmarami, rozwiewanymi przez słodycz jej miłości czekającej na mnie w domu. Czara goryczy się przelała. Wciąż mówiła i mówiła o kobietach, o nerwach, o wściekłości… A ja nie słuchałem. Ująłem jej dłoń w swoje, ucałowałem ją w czoło, spojrzałem jej głęboko w oczy i odezwałem się.
                - Masz rację. Mam dość. Rezygnuje z Hebanowej Awangardy. Znajdę normalną, bezpieczną pracę i będziemy mogli być razem. Bez stresu, nerwów, tak jak obiecałem.

                Miałem wrażenie, że jej oczy rozszerzyły się ze zdziwienia. Nie pamiętam, jak trafiłem do łóżka, pamiętam, że obudziłem się po ponad 17 godzinach w wysprzątanym mieszkaniu, jakby obrazy i krzyki sprzed zaśnięcia były tylko kiepskim snem albo żartem, a ukochana czuwała przy moim łóżku. We włosy miała wpiętą kintajską ozdobną szpilkę z jadeitu, a na palcu - pierścionek zaręczynowy, który nosiła od pół roku. Nie zapytałem o nic, ciesząc się że po prostu jest ze mną, ta jedyna stała w moim życiu. Jedyna stała - która miała wkrótce wywołać w nim trzęsienie, po którym ślady pęknięć noszę do dziś.
« Ostatnia zmiana: Luty 20, 2021, 17:30:17 wysłana przez Joseph Bleistift, Powód : tytuł się popsuł »

Joseph Bleistift

  • *
  • Wiadomości: 6
                Wziąłem głębszy wdech. W uszach dźwięczała mi jeszcze jej opowieść o nogach, o pękających marzeniach, o błędach jakie popełniła. Może mogła mieć tak jak ja, stąd ta pojedyncza, ale mocna nić zrozumienia między nami? Oboje przeszliśmy coś w pewnym stopniu podobnego, w tym samym czasie w tym samym mieście. Wiedziała, co może się dziać w mojej głowie, jak powiedziałem tylko zdawkowo o "pieprzonych rozkazach", jak powiedziałem, że musiałem czasem zostawiać jeszcze żywych pod gruzami, bo były inne priorytety. Ściągnęła mnie na ziemię, nim dałem się ponieść wspomnieniu jednym prostym gestem - podając mi rękę, wyrywając mnie z powodzi paskudniejszych myśli zwykłym-niezwykłym dotykiem. Jej “Nie zapomniałam - zaakceptowałam to i poszłam dalej” było dla mnie bardzo autentyczne - było czymś, co po prostu musiałem usłyszeć, już nie pierwszy raz. Zazwyczaj dobrze sobie z tym radziłem - minęło dużo lat, ale wtedy, kiedy wspomnienie wracało, dobrze było mieć kogoś kto przerwie flashback, wyrwie z gonitwy myśli, będzie wiedział że trzeba, że to się dzieje. A znalezienie kogoś takiego wśród grona nieznajomych było graniczące z cudem.

                 “Nie zapomniałam - zaakceptowałam to i poszłam dalej” brzmiało tak prosto, tak oczywiście, a jednak tak proste i oczywiste nie było, przynajmniej nie zawsze. Trzeba iść dalej - słyszałem to nie raz, sam sobie to mówiłem i przyjmowałem za swoją drogę, ale gdy bywały gorsze dni... Choć szedłem tą ścieżką, ścieżką o nazwie “trzeba żyć dalej”, zdarzało mi się tracić ją z oczu gdy za dużo się rozglądałem, oglądałem, zatrzymywałem, jakby umykała sprzed mych stóp. A teraz przed sobą miałem jedno - perspektywę spędzenia dnia ze wspomnieniem przeszłości. Jeden głupi sen sprawił, że teraz do końca dnia moja była narzeczona będzie do mnie wracać, jak zasłyszany fragment muzyczny siedzący w głowie, skłaniający do tego by go nucić, choć bardzo się już nie chce. Jedyną radą na to było czekanie, aż przejdzie samo albo przesłuchanie utworu do końca.

               Zadałem sobie w głowie pytanie, jak tym razem chcę uciec od tych wspomnień - czy szukając jakiejś ucieczki w inne myśli, czy wracając do tego pamięcią, w pełni świadomy, że to jak wbijanie sobie kołka w samo serce. Wstępnie nastawiłem się na pierwszą opcję i zacząłem się rozglądać po sali w której leżałem - cztery łóżka, pacjenci pogrążeni w śnie, żaden z nich nawet nie chrapał, po sali nie kręciły się żadne pielęgniareczki, po prostu nic co mogłoby mnie nieco rozproszyć. Moja noga, ta złamana, również wybitnie nudna, cała w usztywnieniu nie przykuła mojej uwagi na zbyt długo. We własnej głowie skazywałem się na porażkę i samotność ze wspominkami - jakie to żałosne, prawda? Praktycznie bezdomny facet, który się jeszcze odrobinę niekomfortowo czuje się przy huku petard, wspominający eks narzeczoną, jedyny bilet do normalności po przeżyciach w wojsku, który podarł rezygnując z niej gdy… Łatwo by było powiedzieć “zasłużyła”. Zapewniłoby to oczyszczenie, które może byłoby potrzebne, ale byłoby… Zbyt płytkie. Nie wiem, nie wiem cholera czy zasłużyła. Może ja też zasłużyłem na to co się stało - choć każdy próbował mi wmówić, że nie ponoszę za to winy, ja wiem, że nic nie dzieje się bez przyczyny. To co mną teraz zawładnęło to nie tęsknota za nią - tylko może tęsknota za lepszymi czasami, gdy mniej wiedziałem i wściekłość, ta zimna, nie wiem czy o to, że byłem takim frajerem, czy o to, że… Może byłem ślepym głupcem, przeoczyłem moment, w którym zaczęło być źle, może można było inaczej, może mogłem coś zrobić? Agresywniej oparłem głowę o poduszkę i zazgrzytałem zębami - to akurat mogłem. Przecież było dobrze. Nie wróciła w żadnej myśli już.. Od dwóch sezonów. To na pewno tylko i wyłącznie nagromadzenie emocji. Przez tę informację o mieszkaniu zaczynałem dramatyzować i na mgnienie oka przestałem jasno widzieć swoją przyszłość - ja, wbrew pozorom optymista, marzyciel -  więc moja głowa jakże mądrze przypominała mi, jak to było, gdy myślałem, że mam wszystko. “Wszystko” - aż kwaśny uśmiech wpełzł mi na usta. “Wszystko”. W każdym innym dniu powiedziałbym, że z takim “wszystkim”, wolałbym po stukroć “nic”, co wbrew pozorom nie brzmiało ani trochę mniej depresyjnie, ale za to niosło mniejszy ładunek “nostalgii”. Zapewne zadręczałbym się kolejnymi godzinami, jak zwykle nie dochodząc do niczego więcej niż spieprzonego zmarnowanego dnia i powtarzanego za każdym razem postanowienia “zapomnieć, żyć dalej”, ale na korytarzu zapanowało spore poruszenie. Znajome głosy. Słodka Lysso przygotuj mnie na to. Znalazłem w sobie siłę, by usiąść tak, że spuściłem nogi z łóżka, a kwaśną minę zamieniłem na blady uśmiech… I się zaczęło.

                Do sali najpierw wjechał wózek, prowadzony przez moją mamę, Orimi. Niektórzy mogliby mnie uznać za maminsynka, ale nie wstydzę się tego, że to właśnie ona jest dla mnie inspiracją i wzorem. Zawsze potrafiła tak zaczarować słowem, że nieważne co się działo, nigdy się nie poddawaliśmy, wszystko przetrwaliśmy dumnie, z podniesionymi z godnością głowami, dbając nie tylko o siebie, ale i o innych. Ta obecnie pięćdziesięciopięcioletnia kobieta w swoim życiu znalazła czas na wydanie 12 bestsellerów z cyklu “Jadeit”, na wychowanie czwórki umagicznionych dzieciaków, a także na sukcesywne dbanie o to, by wszyscy mieli co zjeść, radzili sobie z nauką, wiedzieli coś o naszych korzeniach i historii Kintaju i starczyło jej jeszcze czasu na pilnowanie, by jej mąż był mężem szczęśliwym - nie pamiętam zbyt wielu kłótni, ale za to pamiętam, jak wielkim wsparciem byli dla siebie wzajemnie, niezależnie od tego, jak się nam wiodło, ile pieniędzy mieliśmy i jak bardzo stresujący dzień w pracy miał mój ojciec. Przy jej łagodności surowość mojego ojca, Henrika wpojona mu pasem przez jego ojca, czyli mojego dziadka gdzieś znikała, jak mrok przeganiany przez ciepły płomyk świecy, pozostawiając w moim ojcu człowieka rozsądnego, acz ostrożnego, może aż za bardzo momentami - tata był postrachem wszystkich adoratorów moich sióstr, gdy były młodsze, a i aktualnym mężom czy partnerom patrzył na ręce. Ten już nieco siwiejący, o przerzedzonych włosach emerytowany sześćdziesięcioletni oficer Hebanowych szedł zaraz za swoją żoną i tłumaczył coś ożywionym tonem pielęgniarce, która próbowała mu tłumaczyć co mi jest i dlaczego limit odwiedzających to góra 2 na pacjenta, ale wtedy na korytarzu mignęła jedna znajoma twarz uzdrowicielki. Przez króciutką chwilę widziałem, że sylvari pokazała gestem pielęgniarce, że jest w porządku. Nie zdążyłem jednak zobaczyć co tam się dalej działo, bo za moim ojcem do sali wkroczyła moja starsza siostra, Isabell zasłaniając mi widok. Podekscytowana, z ogromną torebką na ramieniu. Jak ją znam, zapewne  wypakowała ją jakimiś słoikami i książkami, skutecznie maskując swoją wyprostowaną postawą i imponującym rozmiarem torebki jak wielki ciężar nosiła, a przecież miała dziecko pod sercem. To był przecież taki ważny czas, mimo że brzuszek jeszcze nie był dobrze widoczny, w końcu nie minął nawet sezon… Zawsze musiała zgrywać niepotrzebnie twardzielkę. Z Isabell zawsze najmocniej łączyły mnie książki, muzyka i poezja. Choć pozornie byliśmy bardzo różni od siebie, to jednak zawsze gdzieś znajdowaliśmy wspólny grunt. No i w tym zgrywaniu twardzieli - cała nasza rodzina taka była, ale ja i Bell byliśmy przypadkami tragicznymi, przynajmniej jeśli chodziło o niemartwienie najbliższych. Szyk zamykał Jonathan, mój starszy brat. Dumny, wymęczony tata trójki trojaczków, sierżant Hebanowych, ten który kilkanaście lat temu przyjmował postawę siły i przesuwał meble po mieszkaniu, żebym nie złapał go w zabawie w berka, a ja zawsze go przechytrzałem teleportując się na meble i z mebli zamiast biegać wokół nich. Tak zamordowaliśmy kilka stolików, ulubiony barek taty i dwie komody, a i niezliczoną ilość razy zarobiliśmy lekko pasem, tak dla przykładu, jak akurat mama nie patrzyła. To właśnie on - facet dojrzały, spokojny, wyważony, niewzruszony odezwał się jako pierwszy szorstkim żartem:
                - No proszę. Joejoe w szpitalu po raz drugi w tym sezonie. Może abonament Ci wykupić, kartę stałego pacjenta?
                - Och, skończ Tan - mama fuknęła na niego i zaraz przeniosła wzrok na mnie - Jak się czujesz Joe?
                Otworzyłem usta. Nie zdążyłem odpowiedzieć na żadne z tych pytań. Mój ojciec - niedyplomowany specjalista z zakresu szybkiej pobieżnej oceny medycznej za pomocą wzroku wtrącił:
                - Nogi na miejscu, ręce też, głowa jeszcze nie odpadła. Miejsce innym pacjentom zajmuje. - tata był tylko pozornie taki zrzędliwy - widziałem że cieszy się na mój widok, chyba spodziewał się zastać mnie w gorszym stanie. Ale i na to nie zdążyłem opowiedzieć, bo wkroczyła moja siostra.
                - Joe! Przyniosłam Ci rosołu, pierogów i książek! - Isabelle wypchnęła się naprzód z tą swoją torebką. Wyciągnąłem dłoń i oczywiście, też bardzo chciałem zademonstrować jak bardzo nic mi nie jest. Mimo kołowania w głowie użyłem zaklęcia duchowej dłoni, żeby przechwycić jej torebkę jednym ruchem, drugą ręką łapiąc za własny medalik Lyssy, którego mi nie zdjęli w szpitalu. Chyba coś mi się dźwignęło w żołądku, ale ukryłem dyskomfort pod szerokim uśmiechem.
                - Mamo, tato, Bell, Tan - odezwałem się do grupki, wyjmując przy tym słój rosołu z torby siostry. Właściwie to rosołu było w tym mało - więcej mięsa, warzyw i makaronu, a nawet jajko tak jak lubiłem. Byłem rozczulony, odrobinę, no kto by nie był? Dobiegałem do trzydziestki, a miałem lepsze wsparcie w tym szpitalu ze strony rodziny niż niejedno dziecko, które się tu znajdowało. Co więcej, ich obecność skutecznie podnosiła mnie na duchu, mimo naprawdę kiepskich okoliczności w jakich się znalazłem - dzięki nim w momencie zobaczyłem świat w jasnych kolorach, mimo że zaczynał powoli czernieć. Głupie wrażenie że nie mam przyszłości i jestem tylko jakimś bylekim z bylekąd bez mieszkania, nękany jakimiś wspomnieniami i jeszcze bez możliwości swobodnego przemieszczania się, do czasu zakończenia leczenia gdzieś znikało - nie byłem bylekim z bylekąd, miałem ich, naprawdę byli cali, Nisheera nie kłamała, a ja dałem się wcześniej ponieść gonitwie głupich myśli jak… skończony głupek. Po prostu - to był dzień wielu emocji, dzień wielu zaskoczeń i dzień, w którym byłem jednak wrażliwszy, niż zazwyczaj, bo skazany na siebie - i tylko tyle. Tak jak wcześniej dotyk Nish wyrwał mnie z marazmu, tak teraz ich obecność mi pomogła się ogarnąć. Nie mogłem się nie uśmiechnąć - Nie musieliście… Ja zaraz bym stąd wyszedł i Was odwiedził. Prawie nic mi nie ma, wypuszczą mnie za dwa dni. Bell, za noszenie takich ciężarów w ciąży chyba powinienem na Ciebie nakrzyczeć. Tutaj, teraz, publicznie.
                - Tralalala. Jeszcze stresuj ciężarną kapryśną elementalistkę ognia - zakryła uszy i pokazała mi język. Wspominałem, że Isabelle ma aktualnie 31 lat, a zachowuje się jakby nie miała 13? Zaraz jednak podeszła bliżej mi pomóc z wypakowywaniem - wyjęliśmy i upchnęliśmy w szpitalnej szafce jeszcze pudełko pełne pierożków kintajskich i dwie książki - nowy tomik wierszy autorstwa Kao Ganga oraz moją ulubioną część "Jadeitu" pióra mojej matki. Znałem ją na pamięć i na wyrywki, ale zawsze lubiłem do niej wracać, w końcu byłem jej pierwszym fanem i czytelnikiem. Pozornie niezauważając mojego zadowolenia z tych darów i ogólnego rozczulenia, Bell burczała dalej, oczywiście w żartobliwym oburzeniu - Ty też nie lepszy jesteś tak swoją drogą. Wstrząśnienie mózgu, złamana noga i inne. A siedzi jak panisko, magii używa i zgrywa się, że o, taki w pełni sił. I jeszcze mówi że nic mu nie ma, pff!
                - Noga usztywniona, wstrząśnienie zostało wykluczone. Naprawdę, jest w porządku, byliście u Ulri? - odezwałem się na swoją obronę i skierowałem rozmowę na inny temat, moją młodszą siostrę byleby nie gadali o mnie.
                - Te wieczne “nic mi nie jest” plagą tej rodziny. Chyba wychowaliśmy Was na diamentowych ludzi z tą twardością - moja mama aż się uśmiechnęła, ale zaraz odpowiedziała - Byliśmy przez chwilę. Zmienił nas jej narzeczony, ale opowiadał, jak mu pomogłeś z destroyerami. Dzięki Tobie uniknął poważnych poparzeń.
                - Był w potrzebie, to żołnierz i… Przecież to jak rodzina. Ulri wlecze go ze sobą od dwóch lat na wszystkie święta, urodziny i wesela w rodzinie. Przynajmniej jest z kim się napić - uśmiechnąłem się delikatnie. Zerknąłem na Jonathana który westchnął jedynie nieco ciężej, napotykając mój wzrok. Był trochę wykluczony z takich rzeczy jako dumny i zmęczony tata trzech demonów, nie dzieci. Najbardziej szalony plan w jego głowie to aktualnie "wyspać się" .
                - To jak tak “nic” Ci nie jest Joe to chodź, przejedziemy się na dziedziniec szpitala. Nie będziemy tu hałasować przy wszystkich. - Bell wskazała wręcz zapraszająco wózek przywieziony przez mamę. Jonathan właściwie nie czekając na żaden rozkaz czy prośbę natychmiast mnie przeniósł z lekkością na niego, nie bacząc na moje nieme protesty, że dam radę sam. Postawa siły wojownika skutecznie mu pomagała w tym zadaniu.
                - Jak 27 lat temu tylko wózek inny - mama uśmiechnęła się pogodnie, ale to mój szarmancki w tym momencie ojciec zastąpił ją przy wózku, żeby się nie męczyła. W ciągu tych 27 lat odkąd ostatni raz byłem w wózku trochę jednak się nabrało masy, a wózki w szpitalach z jakiegoś powodu lubiły skręcać nieco w prawo i zgrzypieć w tym jednym momencie podczas obrotu koła.

                Wyjechaliśmy z sali. Na korytarzu panował spory szum więc nie chcieliśmy jeszcze dokładać, dlatego chwilę milczeliśmy. Najpierw uważnie spojrzałem na członków mojej rodziny - każde z nich wyglądało na niedraśnięte podczas zawieruchy, więc mogłem się tylko cieszyć. Chwilkę podziwiałem odrapane ściany korytarza, pełne drobnych ubytków szczególnie na wysokości odpowiadającej wysokości łóżek czy wózków pacjentów zapewne po zderzeniach ściana-wózek. Zerkałem na pielęgniarki, które w pośpiechu przemykaly między salami - oczywiście te młodsze i bardziej urodziwe, zaszczycając je jednym krótkim spojrzeniem, które nie miało prawa im się wydać choćby troszkę niestosowne. Wyminęliśmy wózek kobieciny rozwożącej posiłki po salach - zapachniało grzybową i jakby mortadelą. Tym bardziej cieszyłem się, że Bell jednak przywiozła mi coś z domu. Nie będę głodował, udając brak apetytu albo sen byleby tylko wymigać się od szpitalnego jedzenia.

                Dotarliśmy zaraz na mały dziedziniec. Smętna zakurzona fontanna ze starą rzeźbą Melandru wyznaczała jego środek, a po bokach stały ławki i rosły już zmarniałe krzewy, trzymane jeszcze wśród żywych jakąś niewyjaśnioną siłą i uporem roślin. Zobaczyłem w końcu światło dnia - było południe. Tan zdmuchnął kurz z jednej z ławek - był to popiół, prawdopodobnie nieuprzątnięty jeszcze po starciu. Mama zaś podeszła bliżej krzewów i załamała ręce.
                - Te ciężkie powietrze je prawie zabiło. Patrzcie czy ktoś nie idzie, dobrze? Coś z tym zrobię, będzie przyjemniej.
                - Orimi… Twój syn jest w szpitalu, a Ty o kwiatkach myślisz? - mój ojciec już chciał się z nią łagodnie spierać, ale i on wiedział, że to bez sensu.
                - W porządku, na pewno będzie milej. Zresztą, kobieca podzielność uwagi i to niepodważalny fakt - odezwałem się natychmiast, by nikt nie poczuł się winny niepoświęcania mi 100% uwagi. Wszyscy wiedzieliśmy, że moja mama zaraz skorzysta z jakiś zaklęć łowcy, by nieco pomóc tym roślinom, więc ojciec pomógł Tanowi oczyścić ławkę, żeby rodzina miała gdzie usiąść, z czego Bell natychmiast skorzystała, panosząc się na samym środku. Ja zaś jak ostatni kołek siedziałem na wózku obróconym przodem do nich. Odchyliłem głowę w tył, przymknąłem na moment jedno oko, zaś spojrzenie drugiego wbiłem na krótko w niebo. Dość niebieskawe, mimo pyłu, który wciąż jeszcze unosił się w powietrzu. Od czasu, gdy Aurene oczyściła kawał brandu częściej mieliśmy dobrą pogodę. Zagadnąłem zaraz:
                - W ogóle… Jak po ataku? Nikomu nic się nie stało?
                - U nas w porządku  - Bell uśmiechnęła się do mnie pogodnie - Wszyscy przetrwaliśmy. W ogóle to dość daleko od naszych mieszkań czy domu rodziców te Destroyery się pojawiały - ja to tylko widziałam harpię przez okno, ha. Ale z daleka. Mieszkanie cioci Floriany i wujka Gustawa ma dziurę w ścianie, ale naprawią w trzy dni. Nawet dziadek John ma się nieźle, choć do jego sąsiadów wbiegło kilka destroyerów. Ale wszyscy znamy dziadka… - westchnęła ciężko. Po tym westchnięciu już wiedziałem wszystko. Nasza rodzina bardzo chętnie wykorzystywała magię w życiu codziennym, a akurat dziadek John był chodzącym przykładem osoby, która chyba wszystko by robiła magicznie niezależnie od wieku i stanu zdrowia.
                - Osiemdziesiąt pięć lat i przekonanie, że ma werwę 20-sto latka. Co tym razem? Gang shade'ów bez kontroli czy całun w jego wieku? A może jeszcze porwał zabytkowe ostrze Oni z gabloty na ścianie?
                - Całun, bez zabierania ostrza Oni. Jakimś cudem jego bohaterzenie nie doprowadziło go do żadnych obrażeń, poza stłuczeniem ręki. - Tan zdał mi rzetelny raport.
                - Gdy babcia Mei jeszcze żyła żyła, jakoś mogła na niego wpłynąć. A tak to… ma tylko nas. I Was - wtrąciła mama - Po wszystkim musicie go odwiedzić, ale…Jak już takie poważne sprawy omawiamy... Joe. Musimy Ci coś powiedzieć. Trochę nie wiem jak się za to zabrać, ale Twoje mieszkanie… - odezwała się moja mama. Wszedłem jej w słowo:
                - Wiem - uspokoiłem ich. Byli dość zaskoczeni i nieco skonsternowani - pewnie się spodziewali że przynoszą złe wieści i wahali się jak to zrobić - Naprawdę, nie martwcie się. Coś zastępczego prędko znajdę.
                - Możesz zatrzymać się u mnie! - Bell natychmiast wyskoczyła z propozycją, szybko otrząsając się ze zdumienia - Może byś rozruszał mojego Chena, bo odkąd za niego wyszłam, spasł się niemiłosiernie.
                - Albo u mnie. Pomożesz przy trojaczkach… - Tan się uśmiechnął. Nie miał złudzeń, że odmówię, ale na pewno byłbym nieocenioną pomocą… Gdybym miał zapędy masochistyczne.
                - Oczywiście do nas też możesz wrócić. Zawsze jesteś mile widziany - no i w  końcu mielibyśmy znów syna w domu. Na dłużej niż tylko obiad co parę tygodni. - mama wysunęła ręce spomiędzy gałęzi krzewu. Jej magia zadziałała - liście odzyskały życie i piękny zielony kolor.
                - Nowa młodość - zażartował mój ojciec wtórując jej. Wiedziałem, że mogę na nich liczyć, wszystkich, ale podjąłem inną decyzję.
                - Nie, przecież stary kawaler nie będzie mieszkał z rodzicami - zażartowałem, nie wiedząc w jakie bagno się pakuję tym stwierdzeniem, nie dostrzegłem w porę chytrego spojrzenia Bell - Naprawdę coś wymyślę.
                - No tak, tak. Zawsze radę dasz. A Joe, a… Słuchaj. Dostałeś list. Kim jest Annie? - Bell spytała niby to luźno, ale jednak coś mi w tym nie grało. Może to przez to, że właśnie Bell o to zapytała.
                - Annie? - miałem złe przeczucia. Oczywiście, znałem, nawet kilka. Ale tylko o jednej teraz pomyślałem - Sprecyzuj, Bell.

                Podala mi list, patrząc na moją reakcję. Zresztą, nie tylko ona. Tym bardziej, że list był otwierany już wcześniej, więc moją pierwszą reakcją było gniewne spojrzenie na rodzinkę, całą. Dopiero potem wbiłem wzrok w kartkę papieru.


Cytuj
Witaj.
Doszły mnie słuchy o ataku, który miał miejsce w Ebon. Mam nadzieję że tobie ani twojej rodzinie nic się nie stało. Jeżeli potrzebujecie jakieś pomocy poinformuj mnie o tym. Również jeżeli czegoś trzeba w miasteczku, koce, materiały do remontu, zapasy... cokolwiek również daj znać a cos postaram się zorganizować.
Annie


                Pomyślała o mnie. Znów. Nie pierwszy raz, a przecież… Nie miała prawa wiedzieć że wyślą nas do Ebonhawke z oddziałem, nie mogła wiedzieć, że akurat tu byłem, aż tak dużym echem obiło się, że moje miasto oberwało? Do tego ja przecież byłem tylko miernym kompanem z gildii i to jeszcze cierpiącym na migreny. Potencjalnym zagrożeniem na misji. Marudą, który kilka razy gadał do niej, kiedy w końcu zrobi sobie wolne. Dupkiem, który wtrącił się w nie swoje sprawy i jednym zdaniem ochrzanił buraka, zarzucającego jej coś bezpodstawnie. Facetem, który raz zaprosił ją na domową lazanię, żeby wymusić na niej choć jeden wieczór z odpoczynkiem, bo widział jej zmęczenie tym wszystkim co ją otacza, no dowiedział się, że nigdy nie jadła takich rzeczy, a potem żartował, że może szafranu brakowało albo drobinek złota, śmiała się, nie odmówiła propozycji wyskoczenia do klubu z karaoke, tak nieodpowiedniego dla jej statusu społecznego, poszliśmy potańczyć, było przyjemnie. Ja tylko chciałem być miły, przecież w końcu…

                - To tylko moja przełożona - odpowiedziałem zwyczajnym tonem rodzinie, jakimś cudem starając się nie uśmiechać. Nie myśleć teraz, jak bardzo to było miłe, że o mnie pomyślała, o moim mieście, o mojej rodzinie, zapamiętała że są dla mnie ważni i jeszcze chciała pomóc. Na pewno pisała tak do każdego Ligowicza z zagrożonych terenów. To mnie uspokajało.
                - "Tylko" przełożona pisze take listy? - Bell ciągnęła mnie za język. Rodzinka zamieniła się w grono pilnych słuchaczy.
                - Pracujemy nad pewnym śledztwem. Najwyraźniej jej zależy, by zespół był w komplecie i pełnej dyspozycji - wyjaśniłem szybko, by Bell nie wyskoczyła z niczym niepokojącym i porzuciła ten temat, niechętna do skomplikowanych spraw, ale się przeliczyłem.
                - Akurat. Ładna jest? Kiedy ją zaprosisz na rodzinny obiad z nami?
                - Bell… - mama próbowała ją powstrzymać, ale bezskutecznie.
                - Lubi koty? Muzykę, śpiewać, tańczyć? Co robi na codzień?
                - Bell. Jest moja szefową. Nic o niej nie wiem, poza tym co muszę - odpowiedziałem siląc się na spokój. Postanowiłem, że odpiszę na jej wiadomość, że jest dużo pracy w mieście i że nie gdzie będzie mnie kilka dni, żeby nie wiedziała, że znów wylądowałem w szpitalu. Łaskotało mnie wspomnienie jej troski już ostatnim razem gdy wylądowałem w lecznicy - wtedy, przez omdlenie z tych migren. Zaproponowała mi wtedy przeprowadzkę do siebie. Żebym "nie był sam", choć w życiu nie uskarżałem się na samotność. Jakiś niepokojący dreszcz przemknął przez mój kręgosłup - nie powinenem o tym myśleć w taki sposób, na pewno tylko chciała pomóc, nic poza tym - Zapiszę wam zaraz odpowiedź, jakby tylko któreś z Was było uprzejme na tyle, by je wysłać...
                - Już wysłałam - Bell była uśmiechnięta od ucha do ucha… A ja umarłem właśnie w środku. W momencie oblał mnie zimny pot, a po kręgosłupie znów przemknął lodowaty chłód, wzdrygnąłem się.
                - Co napisałaś? - odezwałem się takim niepokojąco spokojnym tonem, że aż mama złapała mnie za ramię. Tak na wszelki wypadek.
                - Ach. Że mamy się dobrze, a Ty nie masz mieszkania chwilowo, nie dziękuj. A, i o zbiórkach, że pewnie będą, jak się chce dorzucić, ale nam nic nie potrzeba.
                - Bell.
                - Nie, naprawdę normalny list. - odpowiedziała prędko. Moment mierzyłem ją spojrzeniem ale… Przypomniało mi się, że dała mi pierogi i rosół, a także, że pomyślała o książkach. Przymknąłem oczy i rzuciłem jedynie chłodno, aby jej uświadomić, jak wielki błąd popełniła.
                - Bell, skoro Ty jej odpisałaś, ona jest gotowa pomyśleć, że jestem w okropnym stanie.
                - ...No to pewnie tu przybiegnie i przy okazji ją obczaimy. Jeju, Joejoe. Ogarnij się. Teraz laski wolą szczerych facetów, a nie twardzieli na siłę, autentyczny w ogóle nie będziesz.
                - To moja przełożona - powtórzyłem z uporem maniaka. Tak, zdecydowanie, ta panika, która mnie ogarnęła była spowodowana faktem, że nie chciałem wyjść na nieudacznika, z którego nie ma pożytku w oczach przełożonej, skoro znowu jest w szpitalu. Uczepiłem się tej myśli. Przecież gotowi mnie odsunąć od śledztwa albo wyrzucić z gildii, skoro co chwila obrywam, ląduję w szpitalu i nie można na mnie polegać.
                - No to skoro tylko przełożona, to nie masz co się martwić. Ale po Twojej reakcji widzę, że albo bardzo byś jej nie chciał, albo bardzo byś ją chciał. Nie bądź taki. Opowiedz coś.
                - To arystokratka, koleżanka, nic więcej - uznałem, że to wystarczy. Moja rodzina była zaznajomiona z moją historią. Nie, żebyśmy mieli uraz do arystokratek. Tylko raczej pewien… Dystans.
                - Oho. Nie zaprzeczył! - Bell uśmiechnęła się szerokim uśmiechem, nie do końca znając pojęcie dystansu i czasem taktu - Ale się cieszę że się wyleczyłeś z Amber w końcu. Nareszcie.
                - Bell. Bądźmy profesjonalni. Żadnych. Takich. Okej? Bo to przełożona. - już zaczynałem się tym męczyć, tym bardziej, że wspomniała o Amber i jeszcze te insynuacje...
                - Dowódczynią najemników arystokratka? Jak fajnie! Masz coś chyba szczęście do wyjątkowych pań. Tylko te pochodzenie nasze Joe nie za wysokie progi?
                - Bell. - wtrąciłem znacząco.
                - W sumie mamy jakieś tam arystokratyczne korzenie - Tan spojrzał na mojego ojca, nie pomagając mi - Pra albo praprababcia nie była aby z rodu var Maelius?
                - No i zostaje jeszcze Kintaj od mamy mamy - Bell podłapała.
                - O ile to prawda… To nasze arystokratyczne korzenie zanikły kilka pokoleń temu. Wiecie, że to było około 1170 AE. Jakoś u nas chyba ważniejsza była zawsze miłość, a nie wpływy, intratne małżeństwa i podtrzymywanie na siłę czystości arystokratyczności rodu. -  mama pospieszyła z wyjaśnieniem, nieco stopując moje rodzeństwo.
                - Wpadliście w szał po tym liście? - jęknąłem, już nie mogąc ich znieść. W tym dniu było za dużo emocji. Naprawdę nie myślałem, nie chciałem myśleć w tych kategoriach. Nie chciałem myśleć, nie dziś, nie w tym roku, nie o kimś poza moim zasięgiem, bo po co. Po prostu się kolegowaliśmy, a moja rodzina była czasami straszna.
                - Joejoe, w porządku. Wiesz jak bardzo te baby lubią sobie pogadać, a Jonathan z nimi - skwitował to mój ojciec, kończąc temat. Uśmiechnąłem się do niego z ulgą. W końcu.


***


                Bez regularnie wpadającego żołdu Hebanowych oszczędności topniały w zastraszającym tempie. Początkowa sielanka i zachwyt większą ilością czasu dla siebie ustąpiły miejsca kłótniom i pretensjom. Z dorywczymi pracami jakich się podejmowałem jakoś starczałoby na życie z tygodnia na tydzień, skromnie, ale razem, tyle że... jakoś nie starczało, a ja wcale nie miałem lekko i nie mogłem znikąd wyczarować większej gotówki - już nie było czasu. Najmowałem się a to do pomocy przy prostym remoncie, a to pracowałem na niepełnym etacie w redakcji przy prasie drukarskiej, a to śpiewałem w zaprzyjaźnionej knajpie do kotleta za grosze albo cholera nawet pozowałem do kalendarza już za porządniejszą gotówkę, ale to akurat jednorazowo. W końcu ile razy do roku potrzebne są kalendarze? Koniec końców często musiałem szybko kołować bylejaką robotę w dzień przed opłatami - przecież wiedziałem, co ile kosztuje, co kupuję, kontrolowałem to, wszystko trafiało do notesu, wiedziałem, kto przepuszcza oszczędności bez konsultacji ze mną, o to też się kłóciliśmy. Doszło do tego, że wracając z jakiejś dorywczej roboty nawet w domu, w tym małym mieszkaniu ja naprawdę skrzętnie unikałem Amber, karmiąc ją wiecznymi wymówkami, a ona mnie. Zazwyczaj kładłem się wcześniej spać albo ona udawała, że śpi. Mieliśmy siebie dość.

                Wracałem do domu w nieregularnych porach. Czasem wyjątkowo się ociągała, zanim mnie wpuszczała do mieszkania, zawsze wściekła, że jej przerwałem pośniadaniową drzemkę, wieczór z gramofonem, poobiednie lenistwo. Zauważyłem, że wyjątkowo często potrzebowaliśmy majstrów do różnych usterek domowych. Zawsze umykali jakoś tak wyjątkowo w momencie, w którym akurat wracałem, czasem zostawiając robotę rozpieprzoną do dokończenia następnego dnia. Kłóciliśmy się z Amber o to, że zamawia fachowców, jak ja mogę wszystko zrobić sam, że kupuje najdroższe wino. Kłóciliśmy się, że nie daję jej kwiatów i błyskotek, że nie zależy mi jak wcześniej, że to moja wina, że jestem nieudacznikiem. Byłem przemęczony. Myślałem nawet, że tęsknię za wojskiem.

                Do dziś pamiętam, jak raz poszedłem do ojca, prosić go o pożyczkę, bo naprawdę, już nic nie miałem, a nie chciałem brać na siebie długów. Pamiętam, jak wręczył mi gotówkę i spytał prosto:
                - Czemu Amber nie pójdzie do pracy?
                - Tato, przecież ona nie może pracować jako kelnerka, czy sprzedawczyni a do niczego nie ma kwalifikacji. A jak ktoś jej ubliży, położy na niej rękę? Zresztą, ma być moją żoną. To mój obowiązek o nią zadbać...
                - Synu, zastanów się co robisz.  - przerwał mi krótko.

                Nie miałem czasu się zastanowić. Jakimś cudem z dnia na dzień Amber zmieniła się nie do poznania. Znów była tą Amber, w której się zakochałem. Zapomniałem o tamtym gorszym sezonie. Przecież się zdarza - wszyscy byliśmy zestresowani zmianami, a Amber najbardziej. Przecież wybierając mnie, a nie swoją rodzinę straciła prawie wszystko. Musiałem jej zapewnić stabilność i bezpieczeństwo - wszak to właśnie je poświęciła dla mnie. Tym bardziej, że pewnego wieczora powiedziała jedno zdanie, które wywróciło moje życie do góry nogami jeszcze bardziej:
                - Za niespełna trzy sezony zostaniesz ojcem, Joe. Musimy wszystko przyspieszyć.
« Ostatnia zmiana: Marzec 05, 2021, 19:55:01 wysłana przez Joseph Bleistift, Powód : duh, poprawka bieli dialogu »