Autor Wątek: Opal  (Przeczytany 843 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Melody Falk

  • Postać alternatywna
  • *
  • Wiadomości: 50

Rozdział pierwszy - "Zła żona"
w którym patrzę wstecz


Minęło sporo czasu od kiedy ostatni raz się uśmiechnęłam szczerze, niewymuszenie, niekontrolowanie. Brzmi jak wstęp do ckliwej tandetnej historii o odbijaniu się od dna. Główny bohater po ciężkich przeżyciach zamyka się w sobie i staje się nieprzyjemną osobą kryjącą się za maską, aż pewnego dnia coś się zmienia - spotyka istotę, która odmienia jego życie. Zazwyczaj zanosząc się śmiechem zanosiłam książki powielające ten schemat w jedno z dwóch miejsc - do pieca albo do sierocińców. Częściej bliżej było mi jednak do pieca. Tak... Najpierw się śmiałam. A potem po pewnych wydarzeniach zapomniałam jak to jest tak po prostu się śmiać bez zmuszania się. Potem po prostu przestałam sięgać po takie książki. Po jakiekolwiek książki, bo zabrakło na to czasu i sił.

Co tak naprawdę się stało? Preżyłam traumę, zgubiłam radość, zmieniłam się. Wszystko zaczęło się wcześniej, znacznie wcześniej... Lecz pogorszyło mi się w miejscu, w którym niebo miało barwę szkarłatu, a woda - krwi. Był to sztuczny twór Anomalii X bazujący na wspomnieniu Metrici - Shadow's Realm. To tam mesmer, biegły w iluzjach został zmylony. Żona została zmuszona do zabicia męża, który tak naprawdę nim nie był - coś się za niego podszywało podczas gdy oryginał był więziony i bombardowany koszmarami. Podobno coś podobnego uczynił niegdyś Mordremoth, tworząc na bazie oryginałów ich wypaczone kopie, nie obchodziło ją to - ważne, że w jednym momencie ukochana istota rozpadła się na niezliczone wszystkożerne oozy, a w drugim - okaleczona wersja ukochanego wypadła z kokonu. Nikogo do niego nie chciała dopuszczać. Czy tych, którzy próbowali mu pomóc, czy tych, którzy byli gotowi wbić w niego kolejną szpilę. Choć była śmiertelnie wystraszona, spała obok, gotowa zabić po raz kolejny, gdyby okazał się spaczony. Głęboko w nią wrosła się myśl, że nie może już ufać, nie w stu procentach. Nikomu. Jej nowym "przyjacielem" został wstyd - wstyd za to, że choć była dobrą tarczowniczką, nie ochroniła tego, co było dla niej najważniejsze.

Po powrocie nie potrafiła okazać zrozumienia dla jego hemofobii. Próbowała go dość brutalnie leczyć, sama miotana lękami, że koszmar wróci i że znów jej mąż nie jest tym za kogo się podaje, tym, z którym wkraczała razem po jednej stronie na wojenną ścieżkę. Że znów ją zmylono. Zamiast pozwolić im obojgu uciec od wszystkiego, żona przywiodła koszmar ze sobą do ich domu rodzinnego. Ulubioną przytulanką została jej broń. Ulubionym słuchaczem - szklanka whisky. Ulubionym pocałunkiem - papieros dotykający jej ust. Ulubionym widokiem - widok wszystkiego, tylko nie jej męża. A wszystkim tym powinien być właśnie on - James.

Próbowała się leczyć. Psychiatrzy i psychologowie przepisywali jej leki. Otumaniały i otępiały, odrzuciła je zatem. Rzuciła się w wir treningów, tak by nie mieć na nic innego siły... Skorzystała na tym tylko jej wioska, bowiem wyszkoliła lepiej ochotniczą straż, a nie ona, ta która szukała sposobu na chorobę. Choć za dnia nie miała na nie czasu, w nocy wracały koszmary jeszcze straszniejsze. Wiele razy przyłapała się na tym, że gdy jej mąż oddychał i spał spokojnie, ona budziła się z wrzaskiem, bądź wprost przeciwnie - cicha, milcząca z mieczem w dłoni, zdolna zaszlachtować mężczyznę już teraz. Na szczęście, nie widział albo nie chciał widzieć, nie chciał komentować. Senna fikcja mieszała jej się z rzeczywistością, ale wiedziała jedno - pierścień na jej palcu oznaczał przysięgę. Musiała chronić rodzinę, choćby przed samą sobą. Zrozumiała, że nie ocali bliskich taka, jaką jest teraz - musiała stać się silniejsza, twardsza, bardziej zdecydowana. Zaczęła odwiedzać obserwatorim Dessy i badać Fraktale Mgieł. Czasem bywała na nich po 3-4 razy na dzień, ale szybko jej przeszło - to nie był lek, którego szukała, choć do tej pory jest tam stałym gościem.  Divinty's Reach podczas Festiwalu Czterech Wiatrów było miejscem, w którym poczuła się pewniej na arenach. Umiejętność polegania na samej sobie, którą nabyła jeszcze we Fraktalach mocno jej pomogła, zaś kilka wygranych walk podniosło jej pewność siebie. Coś zaczęło się poprawiać, lecz nie na polu, na którym powinno - nie widziała tego. Rozochocona nowym sposobem na wyładowanie agresji starała się coraz rzadziej bywać w domu, wracać tylko po kilka godzin snu. Ćwiczyła w pocie czoła albo brała na siebie prostsze zlecenia najemnicze... bądź znów wracała na legalne areny jako tarczowniczka Opal. Nie chciała, by ktoś poznał ją jako Melody Falk, nie tam, nie w tym towarzystwie, w którym obstawiano na boku duże stawki przed pojedynkami. Nie miała siły myśleć. Nie miała siły być. Zgubiła po drodze siebie i swój charakter. Mąż stracił żonę, a "zyskał"... to. Nie dostrzegła tego od razu... A gdy dostrzegła, bezskutecznie próbowała to naprawić, nawet nie racząc się przyznać do błędu.

Tak, to o mnie. Ale czy da się naprawić dwa lata zniszczeń w kilka lepszych dni? Producenci specyfików dla włosów to potrafią nawet w jeden dzień, jak nie raz zapewniali mnie w swoich rekomendacjach, gdy jeszcze dbałam o siebie i chodziłam do drogich butików w Divinity's Reach. Ale... Co zmienia jedna Wintersday'owa uczta zorganizowana dla całej wsi? Co zmienia jeden dzień, gdy jestem w domu i próbuję upiec jakieś ciasto? Albo wspólna opieka nad zwierzętami przyjaciół? A jeden spacer do lasu, podczas którego znajdujemy osieroconego kalekiego lisa i próbujemy go udomowić? Byłam z nim, starałam się być z nim, ale byłam obok. A on udawał. Kłamał w żywe oczy. W końcu miał świetną nauczycielkę - mnie.

Daleko w tych dniach było mi do motyla, który jest swego rodzaju manifestacją mojej magii. Bliżej było mi do opancerzonego insekta, który przy dowolnej okazji albo kąsa albo silniej zwija się w kulę, chroniąc się za swoim pancerzykiem albo wręcz oscentacyjnie zmyka w trawę do swoich biznesów. I tak właśnie zaczęłam postrzegać samą siebie - jak owada, głupie stworzenie, szkodnika, upierdliwą dręczycielkę.

To ja jestem tą złą żoną pokrzywdzonego mężczyzny, który nie odejdzie, bo myśli że warto dać mi jeszcze szansę. Jego pewność siebie jest w strzępach, jego samoocena - bliska zera, może dlatego jeszcze nie uciekł ode mnie, od tej wiecznie nieobecnej obcej kobiety.  I jednak - muszę mu przyznać - miał trochę racji. W zeszłe Wintersday pewien zawodnik zboczył ze ścieżki wyścigu i swoim wielkim wejściem zaskoczył mieszkańców Riversfield... I dopiero to było początkiem pewnej zmiany - przełomu.

Melody Falk

  • Postać alternatywna
  • *
  • Wiadomości: 50
Rozdział drugi - "Skończona blondynka"
w którym robię coś naprawdę głupiego


W Tyrii jakoś w okresie Wintersday zaczęło się bum na wyścigi żuków. Podobno kiedyś była to bardzo popularna dyscyplina, ale dziś zyskaliśmy ją w odświeżonej wersji - z naturą spotkała się asurańska technologia i  alchemia. Drobny skarabeusz, robak, którego z przyjemnością każde z nas by zadeptało długo nie był obiektem zainteresowania. Bo co on robi, idzie naprzód, czasem wzbije się gdzieś na swoich skrzydełkach, brzęczy i bzyczy, a do tego toczy przed sobą kulę odchodów...  Lecz nie ten. Dziś ten owad powiększony do monstrualnych rozmiarów i połączony z technologicznym ustrojstwem budzi podziw, szacunek i ciekawość.

Tego pamiętnego dnia jak już wspomniałam pewien zawodnik zboczył z kursu - nie był doświadczonym jeźdźcem, więc jak uderzył w płot naszej działki w Riversfield zniszczył całe ogrodzenie, wypadł z "siodła", a potem wpadł w ścianę naszego budynku gospodarczego, ostatecznie lądując na tyłku nieprzytomny. Akurat ćwiczyłam wtedy z jedną z tarczowniczek z Milicji Wiejskiej - Jessie dwie ważne postawy defensywne, więc obie mogłyśmy obserwować majestatyczny lot i lądowanie felernego jeźdźca.  Jego czarny jak smoła żuk ledwo wyhamował przed budynkiem mojego domu, a w głowie już widziałam wymianę drzwi i posadzki w przedpokoju. Nie zwróciłam uwagi na te dziwadło - Jessi została wysłana po naszą zielarkę - Elisabeth Gray, a ja ruszyłam do jeźdźca.

Nie jestem lekarzem, ale nie wyglądało to najlepiej. Facet miał złamany kask, a twarz zalewała mu krew z rozbitego łuku brwiowego. Och, Słodka Lysso, wtedy to tylko miałam nadzieję, że mój mąż nie wejdzie na górę z dołu, przecież by zemdlał od razu na widok nawet takiej słabiutkiej krewki. Pamiętam za to, że z trudem zdjęłam mu połamany kask i próbowałam go postawić na nogi, tworząc i rozbijając wokół niego moje iluzje, to jedyne zaklęcie które może ze sobą nieść efekt uzdrowienia kogoś obcego jakie znam. Ela go opatrzyła i przenieśliśmy poszkodowanego do pokoju gościnnego w moim domu - do szpitala było daleko, a jedyna uzdrowicielka, jaką mogłabym wezwać do niego była jeszcze dalej więc... Musieliśmy poczekać, aż odzyska przytomność. Tak czy siak, trzeba będzie się dogadać co do zwrotu kosztów naprawy za płot. Zostawiłam go pod opieką mojego męża, który zaczął zrzędzić, a sama poszłam sprawdzić stan wierzchowca człowieka - uznałam że to będzie za dużo dla Jamesa na tamten moment.

Czarny żuk w najlepsze niszczył nasz kompostownik. Nad jego grzbietem lewitowało asurańskie ustrojstwo żarzące się fioletowawymi światełkami. Gdy podniosłam na niego głos odwrócił się powoli, drepcząc w miejscu na małych nóżkach i... Zobaczyłam go, obklejonego rozkładającymi się roślinami, zupełnie mającego gdzieś to, że przyłapałam go na czymś wyjątkowo obrzydliwym. Zdenerwowałam się. Musiałam gdzieś przestawić tego gównojada, a stworzenie ani się nie ruszyło, nie zamierzało się toczyć nigdzie ani w momencie, gdy pokazywałam mu gdzie jego miejsce, ani w momencie gdy wręcz zaczęłam go pchać ręcznie. Wtedy to nawet oberwałam jednym z jego czułków i spróbował mnie ugryźć w buta.

Niewiele myśląc wskoczyłam na siodło... I nic. Klapa. Przyciski na uproszczonej konsoli wbudowanej w... ustrojstwo nic mi nie mówiły. Brakowało tego jednego guzika z napisem start. Naprawdę się rozzłościłam - tam, gdzie łączyła się natura i technologia nie mogło się wydarzyć nic dobrego. Kopnęłam w coś piętą - żuk nagle stanął na czterech łapach i fuknął gniewnie. Zaczął się trząść próbując mnie zrzucić, ale lewitujące siodło nieźle amortyzowało wszelkie objawy niezadowolenia stwora. Jakoś tak... Przechyliłam się w bok na siodle, zobaczyć co się stanie. Żuk czując ciężar również przechylił się w tę stronę. Coś nacisnęłam co miałam pod palcami... I to był błąd. Musiałam się szybko chwycić za drążki z boku tego dziwacznego siodła, bo żuk nagle zwinął się w kulę i zaczął się toczyć z zawrotną prędkością do przodu. Ledwo wymanewrowałam przenosząc ciężar ciała z jednej strony na drugą, żeby wypaść przez dziurę, którą wcześniej wyrył w naszym płocie, a po tym skończyły mi się pomysły - zwierzę wspomagane technologią dymiącą srogo z jakiegoś dziwacznego wydechu z tyłu siodła pędziło tak, że ledwo widziałam co dzieje się wokół nas i przed nami. Przyznam że... To była pierwsza sytuacja od dawna, w której czułam że nie mam absolutnie kontroli i że jestem skończoną blondynką. Co, na Piątkę mnie podkusiło - myślałam, gdy linia lasu stawała się coraz bliższa.

Melody Falk

  • Postać alternatywna
  • *
  • Wiadomości: 50
Rozdział trzeci - "Narkotyk"
w którym opowiadam o źle ulokowanej miłości

Przeniosłam ciężar z lewej strony na prawą stronę i znów, i znów, i kolejny raz, i kolejny raz. Świst powietrza w uszach, trzask łamanych gałązek i gałęzi, zaniepokojone ptasie trele - oto przez las mknie taran, a na nim ja. Przemykaliśmy przez leśną gęstwinę i... Na wizję, co się może stać, gdy uderzymy w końcu w jakieś drzewo nie czułam strachu, tylko przyjemny dreszcz przebiegający po karku, zupełnie jak narkoman na głodzie, który już szykuje się do przyjęcia kolejnej dawki zakazanej trucizny. Nie kocham śmierci - zakochałam się w adrenalinie. Najpierw była sposobem na powrót do normalności i okiełznanie nerwów. Teraz wiem, że mnie uzależniła. Czymże byłoby bez niej życie?

Pamiętam jak pierwszy raz po wyjściu na względnie prostą poczułam podobny dreszcz... Może nawet silniejszy. Oczywiście ta "względnie prosta" oznaczała tyle, że podnosiłam się z łóżka, jadłam i moim celem nie było zaharować się tak, że ledwie dotknę poduszki policzkiem to zasnę. Było to podczas Festiwalu Czterech Wiatrów na arenach w Divinity's Reach. Wtedy przeciwników stanowiły watchknighty pod iluzją, lecz walczyły nawet zacieklej niż żywi. Projekcje nie zawsze są idealne, a maszyny nie czują tak bólu jak inni. Połowa moich zaklęć niestety nie mogła uczynić im krzywdy. Moim przeciwnikiem był elementalista ognia. Była to już moja kolejna walka z rzędu. Pot zalewał mi oczy, ściekał w dół moich pleców, palił moje uda, a kolana zaczynały drżeć. Ciężka płyta nie ułatwiała zadania, ale bez niej skończyłabym walki szybciej jako przegrana. Gorąc był nie do wytrzymania, nie mogłam się skupić. Mój przeciwnik potrafił zasnuć płomieniami całe podłoże. Przesuwał mnie skutecznie na sam kraniec areny, odcinając mi inne drogi ucieczki. I wtedy to poczułam, jakby moje serce zaczęło bić na nowo. Czułam pulsowanie w całym ciele, jakby wypełniała mnie nowa krew - gorąca, pełna pasji i determinacji, płynąca wartko. Oszukałam go - zaczełam tworzyć iluzje jego płomieni, by sądził, że jego ogień rozprzestrzenił się jeszcze bardziej, tak że w ogóle nie miałam jak uciec ani się do niego przedostać. Sędzia chciał ogłosić koniec walki na moją niekorzyść, ale krzyknęłam, albo i zawyłam gorąco. Rzuciłam się biegiem przez iluzję płomieni, a zaskoczony oponent nie mógł nic zrobić. Nie zdążył - najpierw zdzieliłam go tarczą w przednią część, a potem dosłownie przeteleportowałam się w płomienie za jego plecami i zakończyłam jego żywot wbiciem miecza w jego trzewia, niwecząc iluzję i niszcząc mechanizm. Nie zdążyłam się poparzyć - płomienie zniknęły wraz z jego "śmiercią". Później dowiedziałam się, że to co zrobiłam było jedną  bardziej widowiskowych akcji tego dnia, albo i tego festiwalu. Ja, płomienie tańczące wokół mnie, odbijające się w głębokiej czerni pancerza... I upadek jednego z potężniejszych konstruktów, z którymi można było się zmierzyć w tamtych dniach.

Tak zyskałam na moment miano Węgielka. Nie pasowało mi te miano, nie dla kogoś o moim statusie spolecznym. Jestem arystokratką, jestem próżna. Węgiel jest powszechny. Ja... Ja potrzebowałam czegoś bardziej luksusowego. Od tamtej pory rejestrowałam się na wszelkie walki nie jako "Tarczowniczka", a jako "Opal". Sporo osób myśli, że powstaje w ogniu, lecz to nie prawda. Tak samo jak moje iluzje, którymi staram się oszukiwać wrogów, gdy przestaję się bawić walką i chcę ją po prostu skończyć.

Wypadłam z gęstwiny na płaski teren, przecięty dokładnie tym, czego szukałam - płytkim jeziorkiem, w którym miałam zamiar zahamować. Albo chociaż spróbować. Każda walka kiedyś się kończy... A poza tym to miejsce nadawało się na miejsce, w którym nauczę się obsługiwać technologiczne ustrojstwo na żuku. Jakoś do domu trzeba będzie wrócić, a do tego zaparkować żuka tak, by zostawił kompostownik w spokoju.

Melody Falk

  • Postać alternatywna
  • *
  • Wiadomości: 50
Rozdział czwarty - "Rozmycie"
w którym wracam pamięcią do pewnego wygranego pojedynku sądowego

Żuk ponownie mnie zaskoczył - albo to ja jego. Stworzenie najpierw jakby sunęło po tafli odbijając się, zupełnie jakby nie zorientowało się, że już koniec drogi, a później zostało zmuszone do gwałtownego skrętu - mocno się przechyliłam w lewo, szarpiąc za sobą kierownicę w tamtą stronę. Jego ciało zwróciło się bokiem do kierunku jazdy, ślizgając się na powierzchni płycizny. Pióropusze wody unosiły się za nami, gdy wytracaliśmy na chwilę prędkość tylko po to, by zaraz znów wyrwać do przodu gdy wyprostowałam się w siedzisku. Prosto na spotkanie z drzewem.

Przypomniało mi się coś całkiem zabawnego. Po paru arenach czy w Mgłach czy tych mniej legalnych i mniej oficjalnych w Tyrii, a także po niezliczonych fraktalach, na których pozbyłam się wszelkich skrupułów i hamulców postanowiłam się sprzedać. Poczułam się na tyle pewnie, by zamienić pewną ciągnącą się od maleńkości niechęć do większości osób z moim statusem społecznym aktywnych w społecznościach snobistycznych i na salonach oraz balach na sakiewki z monetami i dreszczyk emocji przebiegający po karku, gdy zwyczajnie legalnie przed sądem jako sekundant jakiegoś nadzianego dupka można kogoś zaszlachtować na oczach gawiedzi i nie jest to uznawane za nietakt. Prawdę mówiąc ważniejszy dla mnie byl ten drugi powód - pieniędzy tak naprawdę nie potrzebuję.  Spory spadek po ojcu - eks-lichwiarzu zapewnia mi i mojemu mężowi spokój teraz i na ewentualną starość, zaś o dobrobyt potomstwa nie muszę się martwić - wydarto mi na nie szansę, a później uzdrowiciele zabrali mi nadzieję - ludzka Tyryjska medycyna mi nie pomoże. Dość odbiegania jednak od tematu - to, o czym pomyślałam wywołało na mojej twarzy uśmiechopodobny grymas w momencie, w którym wiedziałam już, że nie wyminiemy wraz z żukiem drzewa, na które pędził, choć niemalże wisiałam z lewej strony jego siedziska, próbując go skłonić do skrętu.

To był mój może trzeci, może czwarty proces - te zlecenie było już z polecenia. Mój "podopieczny" nawywijał dość srogo - w jego mieszkaniu znaleziono korespondencję z Johnym Sinorękim, hersztem bandytów, która obciążała go zarzutami handlu ludźmi i zlecenia dwóch kradzieży rodzinnych pamiątek z domu pewnej szlachetniej urodzonej osobistości. Jedynym sposobem, w jaki mógł ocalić życie był pojedynek sądowy. Sprawa była lepka i trochę obciążała sumienie, ale ją przyjęłam, działając oczywiście pod pseudonimem - jako Opal. Jego przeciwnicy postanowili wystawić jako sekundanta norna - specjalnie wynajętego na tę okazję Uve Młotorękiego. Musieliśmy wyglądać dość groteskowo - niewysoka kobieta kryjąca twarz pod hełmem, cała w czarnym płytowym pancerzu, jej "podopieczny", któremu ledwo dziewiczy wąs pokrył okolicę pod nosem delikatnym meszkiem, wystrojony w niepraktyczny strojny garnitur z jeszcze strojniejszą szabelką u boku, przeciw przewyższającemu ich dwukrotnie półnagiemu nornowi i umięśnionemu człowiekowi, który mimo swojego szlacheckiego pochodzenia wyglądał, jakby jego ciało miało być świadectwem ciężkiej pracy nad sobą i licznych ćwiczeń, glównie siłowych. Musiałam ruszyć - jeszcze tego mi brakowało, żeby najpierw zgnietli mojego "chlebodawcę". Ukryłam jego prawdziwe ja pod iluzją powietrza, zaś na bok puściłam wierną kopię - miałam niestety okazję się przyjrzeć fircykowi, gdy zawile próbował mi tłumaczyć, że jest niewinny, a ja próbowałam udawać że mu wierzę. Sięgnęłam po tarczę, ruszając w kierunku norna i oskarżyciela. Widzałam ich uśmieszki, postanowili skończyć ze mną szybko, zachodząc mnie z dwóch stron, gdy dałam jasny sygnał, że idę w stronę szlachcica z obnażonym mieczem. I wtedy do głowy wpadł mi najdurniejszy pomysł, na jaki mogłam wpaść. Zagrałam zupełnie nieświadomą norna za sobą, szłam powoli, spokojnie, pozwoliłam im zmniejszyć dystans. Człowiek zamarkował cios z lewej. Wypadłam do przodu, jakby próbując dźgnąć szlachcica mieczem, ale Rozbiciem roztrzaskałam wszystkie iluzje i rozmyłam się w powietrzu - przemknęłam za plecy szlachcica, by od razu pchnąć go wprost na norna, w miejsce, gdzie ja stałam wcześniej. Jego ostrze wbiło się w tętnicę udową norna, zaś norn zrównał jego głowę z ramionami uderzeniem młota, którego nie zdążył zatrzymać przy opuszczaniu.

I tak też postąpiłam teraz. Zamiast spotkania z drzewem, żuk dosłownie przez nie przeleciał, gdy na sekundę rozmyłam nasze sylwetki. A później... Coś stało się z kierownicą, gdy próbowałam się z jej pomocą podciągnąć w górę, spowrotem na siedzisko, wyglądała tak jakbym coś odgięła. Żuk zaczął gwałtownie hamować, a ja walczyć o pozostanie w siedzisku. Oj, nieprędko wrócimy do domu.