Autor Wątek: Ogród  (Przeczytany 1710 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Nisheera

  • Vyvanse.6830
  • Radny
  • *****
  • Wiadomości: 892
  • Płeć: Kobieta
Ogród



             Rozłożyste drzewo w centrum niezwykłego ogrodu, ukrytego przed światem. Nagie, pozbawione kory, z jakiegoś powodu jednak żywe - potężne gałęzie od wielu lat rodzą wąskie bezlistne pędy. W jednym miejscu kora pękła, tworząc szczelinę grubą na pół palca, a długą jak przedramię. Z drzewnej rany wypłynęła żywica która przybrała rdzawoczerwony kolor. Zastygła, niczym krew.  Tuż obok niego - kamienna ława przy której można spocząć i przyjrzeć się drzewu bądź im - wszystkim Kwiatom ogrodu.

             Najbliżej kwitnie krzew białej róży. Piękny, mimo, że nie ugina się od róż. Często mniej, znaczy więcej, a te kilka pąków i urodziwych kwiatów urzeka niezwykłą urodą, skromnością, lecz też chłodem - w zimnym świetle latarenek, którymi ogród był wypełniony biel róż zdawała się być mroźna, wyniosła, ale też elegancka. Róże są tu od dawna i mimo upływu lat są skrzętnie pielęgnowane. Przyglądając się im dokładniej obserwator zauważyłby, że róża rośnie nieco krzywo - jej pochyłe gałązki zdawały się odsuwać od ławki i od reszty ogrodu. Była tu od dawna - kto wie, może była pierwszym kwiatem, który został tu zasadzony.

             Uwagę zwracają też krzykliwe różowe astry, zupełnie wybijające się na tle innych kwiatów, tak jakby zwracały się do obserwującego - tu jesteśmy, nie waż się nas przegapić! Są piękne - wyglądają tak idealnie, jakby ktoś je dopiero namalował, a one istnieją, są naprawdę. Proste, równiutkie, pełne równiusieńkich płatków. Delikatnie kołyszą się na wietrze, jakby właśnie tańczyły w rytm jakiejś melodii.

             Czerwona gladiola wystrzeliwuje z ziemi tuż obok nich i góruje nad nimi wzrostem. Ciężko nazwać ją piękną - łatwiej nazwać wyjątkową. Przypomina swoim kształtem dwuręczny miecz wkopany w ziemię rękojeścią; długa, wysoka, zaostrzona. Nawet krawędzie płatków jej kwiatów zdają się być zaostrzone. Barwę również ma niezwykłą - agresywna czerwień kwiatów sprawia, że roślina wygląda jak zanurzona w szkarłatnej krwi.

             W ogrodzie jest więcej wyjątkowych okazów - ciemnofioletowe, niemalże czarne tulipany są czymś naprawdę rzadko spotykanym, a tu rosło ich parę lecz bardziej z boku, jakby odosobnionych i odseparowanych. Samo patrzenie na nie, zamknięte sprawia, że gość czuje się, jakby dostępował właśnie niezwykłej tajemnicy, dostępując wiedzy o ich istnieniu. Z jednej strony chciałoby się aż podejść, otworzyć jeden z pąków by zobaczyć, co skrywa się w środku - czy głęboka czerń bezdennej pustki, czy piękny głęboki fiolet, lecz z drugiej czuje się, że to nie jest najlepszy pomysł, że kwiat sam musi zdecydować, kiedy się otworzy.

             Są tu także nieco bardziej zwyczajne okazy. Czerwone maki w tym ogrodzie mają piękną barwę, ale nie różnią się wiele od tych polnych. Rosną jak chcą, dziko. Jedne łodyżki są proste, zaś inne powyginane. Jedne kwiaty już przekwitły i demonstrowały zamiast płatków nagą, jajowatą torebkę makówki pełnej ziaren wysypujących się oszczędnie przy każdym powiewie wiatru, zaś inne wciąż były zwinięte w pączki.

             Skromna jasnoróżowa lawenda roztacza niezwykły zapach, niemniej łatwo ją po prostu pominąć - wciśnięta w kąt ogrodu, jak wystraszona myszka, karłowata. Nasuwa się skojarzenie, że całą swoją postawą demonstruje to, że wolałaby nie istnieć, choć wnosi do ogrodu piękną woń.

             Więcej uwagi pochłania biała firletka, choć równie niepozorna ma w sobie sporo uroku - srebrzyste łodyżki zdają się być nieco oszronione, zaś liczba bielutkich kwiatków mogłaby wręcz oszołomić, gdyby nie to, że tutejsze firletki rosnące obok siebie nie są za bardzo poukładane - kwiaty zdają się rosnąć jak chcą, w każdą stronę wolne i dzikie sprawiając wrażenie artystycznego nieładu na trawie.

             Zwyczajny pomarańczowy goździk wręcz ugina się od ilości płatków. Jest ich tyle, że kwiaty wydają się być wręcz nieprawdziwe. Część pomarańczowych płatków zdaje się być skropiona szkarłatem. Kwiat rośnie prosto, jakby wynosił się nad pozostałe.

             Żaden kwiat nie wznosił się jednak ponad czarny bez. Próżno jednak szukać na jego gałęziach kwiatów; ich miejsce jest zajęte przez czarne błyszczące owoce. Co dziwne, brzegi listków rośliny zdają się iskrzyć złotawo, przez co krzew na pierwszy rzut oka zdaje się być obsypany złotem. Wygląda, jakby nic nie mogło go przewrócić, jakby był najstabilniejszy ze wszystkich.


             Ten ogród jest siedliskiem wielu innych kwiatów. Rosną tu gęsto konwalie, których nie powinno nigdzie być o tej porze roku, a co dopiero przebiśniegów, które również tu są. Białe kwiatki szczawicy i rabarbaru zdają się nawet lśnić tej nocy. Nawet zazwyczaj nieuznawane za ładne bylica i oset tutaj są naprawdę piękne. Skromne niezapominajki, stanowią kontrast do czerwonej piwonii o ogromnych kwiatach, tak rozbitych i kuszących, emanującej ciężkim zapachem; przez swoje sąsiedztwo piwonia zdaje się być wręcz wulgarna. W ogrodzie znajdują się też dostojne różowe magnolie, wesołe żółte jaskry, gęsto rosnące bratki, ukwiecony len, urocze orchidee, aromatyczny rumianek, melisa, mięta, mniszek, koniczyna, stokrotka i wiele innych kwiatów, którym ciężko się przyjrzeć, bo są zbyt daleko od świateł - zupełnie, jakby już nie zasługiwały na czyjąkolwiek uwagę. 


« Ostatnia zmiana: Styczeń 06, 2019, 15:38:51 wysłana przez Nisheera »

Nisheera

  • Vyvanse.6830
  • Radny
  • *****
  • Wiadomości: 892
  • Płeć: Kobieta
Spoiler: Krótkie wprowadzenie • pokaż

Opowiadanie, rozpoczynające się od pewnej rozmowy, której ciąg dalszy przewijać się w ramach retrospekcji, uwikłanych między opisem wydarzeń, w których zdobyte informacje przydadzą się głównej bohaterce. Tylko akcja w pierwszym i drugim opowiadaniu dzieje się przed wyżej wspomnianą rozmową.
Czas zdarzeń datuję na koniec listopada i grudzień poprzedniego roku oraz początek stycznia bieżącego roku (78 dzień sezonu Kolosa 1331 AE - 15 dzień sezonu Zefira 1332 AE) - okres gdy Liga jest ponownie w Elonie + trochę po nim.

O poprzedniej przygodzie Aeshri i Nish można przeczytać w opowiadaniu Najdroższa Matko. W największym skrócie - Nisheera pragnąca zemsty na swoim spaczonym przez Koszmar mentorze - Felvindzie - odnajduje Shireę (aktualnie Aeshri), która okazuje się być jego poprzednią podopieczną, która rozstała się z nim w dość... Burzliwy sposób. Rożnice w charakterach obu sprawiają, że ciężko im się dogadać, ale koniec końców Nisheera zdobywa wszystkie potrzebne informacje.  Ostatecznie "mścicielka" dowiaduje się, że jej mentor zmienił się na lepsze i próbuje stworzyć tę szansę innym pochłoniętym przez Koszmar - stworzył organizację zwaną Ogród, działającą na zasadzie najemników lecz bardziej w cieniu zlecenia przyjmując przez pośredników. Nish zamierza przekonać się na własnej skórze jak to wygląda, a Shirea - teraz już Aeshri chce się zemścić za odrzucenie, dlatego współpracuje z sylvari.
Przepustką Nish do Ogrodu było przyniesienie dowodu na zabicie Aeshri, więc sfingowała jej śmierć - ścięła jej włosy na dowód zabicia i skierowała ją do Ligi, załatwiając jej nową tożsamość, delikatnie ją oszukując przy tym wszystkim (w pewnym momencie naprawdę zamierzała ją zabić), lecz Aesh niczego się nie domyśliła, a nawet jeżeli - i tak nic z tym nie zrobiła. O ile "Najdroższa Matko" sporo mówi o emocjach, o tyle w Ogrodzie docelowo ma być więcej czynów i charakterów (oraz ich analiz i domysłów)


Rozdział pierwszy
w którym jeszcze nic emocjonującego się nie wydarzy


       Gaj zdaniem jej rozmówczyni nie był dobrym miejscem na spotkania. Brzęczenie emocji braci i sióstr na tak dużą skalę, w takiej ilości utrudniało skupienie się na tym, co ważne. Jak rzekła... To trochę tak, jakby w głowie naraz zalągł się rój pszczół. Niby są pożyteczne, ale jednak lepiej być z dala od nich, szczególnie jeżeli naraz nie pragnie się miodu. Aeshri ostatnio prawie zareagowała zbyt gwałtownie, gdy znienacka podszedł do niej jakiś sylvari i spytał się jej czy wszystko w porządku. A tego dnia nic nie było w porządku. Gniewny humor siostrzyczki utrudniał subtelne wypytanie jej o najważniejsze rzeczy przed przystąpieniem do zajęć i nie złagodziła go nawet zmiana miejsca spotkania z baru w Gaju na spokojny warsztat Nisheery w mieszkaniu, a nawet skromna acz dość wyszukana zawartość prywatnego barku. Więc tym razem to właśnie ciemnokora wybierała miejsce spotkania.

          Wybredna rozmówczyni choć oferowała pełne wsparcie w tej palącej je obie sprawie ciągle zmieniała zdanie. Najpierw chciała się spotkać w karczmie "Pod Pijanym Kojotem", ale uznała wtedy że szlag trafi konspirację, a później jednak zasugerowała wynajęcie osobnego pokoju w karczmie, po czym jednak dotarło do niej że wśród Ligi nawet ściany mają uszy... Więc Nish ostatecznie musiała się zjawić w kawiarni w Divinity's Reach. Nazajutrz jej rozmówczyni miała ruszyć z gildią do Elony, więc nie było już czasu na odkładanie sprawy. Krótko mówiąc, problemów było sporo, lecz mimo wszystko w dobrym tonie było przyjść nieco przed czasem. Pokazać, że zależy. Tym bardziej, że Aeshri - pora przyzwyczajać się do jej nowego imienia - to było obecnie najlepsze źródło informacji, jakie miała. Tylko dlaczego, skoro łączyła je jedna sprawa, było takie kapryśne, że aż kazało na siebie czekać... Nish kończyła właśnie herbatę, pochrupując herbatniczka - a trzeba przyznać że sylvari dość długo wzbraniała się przed złożeniem zamówienia i złożyła je dopiero poganiania zniecierpliwionymi spojrzeniami kelnerów tylko po to, by nie przegoniono jej ze stolika - gdy Aeshri pojawiła się łaskawie na miejscu. Była odziana jak zwykle w coś kusego, ale za to już bez turbanu na głowie, z gałęziami sięgającymi już za ramiona. Sporo serca w jej wygląd musieli włożyć Menderzy i Ogrodnicy, tym bardziej że już było widać pierwsze pąki kwiatów w jej głowie.

          - Wybacz, kochana. Duży ruch - ciemnokora sylvari pochyliła się znienacka, by cmoknąć siostrzyczkę w policzek. Nish przeszedł dziwny dreszcz - z jednej strony nie było to nic nieprzyjemnego, bowiem Aeshri wargi miała ciepłe, jakby chwilę temu wypiła coś gorącego, zaś z drugiej strony skłonności sylvari do zapominania o czymś takim jak przestrzeń osobista zdystansowanej i chłodniejszej osoby sprawiały, że można było załamać ręce. Nim Nish przyszło na myśl, by wygłosić reprymendę, Aeshri zasiadła na krześle jak królowa i wzięła w dłonie menu. Przywołała gestem kelnera (który swoją drogą wydał się być nieco wystraszony) i zamówiła kawałek ciasta czekoladowego, lody malinowe i kawę karmelową, zaś Nish skromnie poprosiła o herbatę. Musiała się skupić na słowach towarzyszki, wolała nie rozpraszać się czymś smakowitym.

          Grzeczność wymagała, by skomplementować rozmówczynię, ale relacje między nimi do łatwych nie należały. Gdy zderzają się ze sobą dwie osoby o tak skrajnie różnych charakterach - jedna powściągliwa, rozważna, a druga wylewna i impulsywna ciężko jest znaleźć wspólny język, tak by każda z nich czuła się komfortowo, a okoliczności, w jakich się poznały i pewne przemyślenia obu z nich wcale niczego nie ułatwiały. Krótko mówiąc, Aesh miała Nish za nudziarę, a Nish Aesh za postrzeloną i niepoważną istotę, która nie znała pojęcia przestrzeni osobistej.
          - Świetnie wyglądasz Aesh, w gałęziach Ci znacznie ładniej niż w liściach, a gdy zakwitną wśród nich kwiaty, będzie jeszcze piękniej - zagaiła rozmowę dość niepewnym tonem, jakby było jej mimo wszystko trochę głupio. Jej spojrzenie spoczęło na rozmówczyni, a dłoń w razie czego była gotowa ją zatrzymać - koleżanka często nie potrafiła powstrzymać swojej chuci i dziwnie reagowała na komplementy. Na szczęście Shirea.. Wróć. Aeshri pozostała na swoim miejscu.
          - Jej! Nie mogę się z Tobą nie zgodzić. Początkowo miałam ochotę Cię udusić za to, że wymusiłaś na mnie tę zmianę fryzury, ale teraz w sumie widzę, że wyszło to na lepsze. Jak tylko zakwitną kwiaty, będzie ze mnie niezła dżaga i ta fryzurka do mnie znacznie bardziej pasuje!

          Nish przełknęła ślinę i wzdrygnęła się na wspomnienie ścinania fryzury towarzyszki. Cud że jej wrzaski i protesty nikogo z okolicy nie wyrwały z domu, a przecież ścinanie liści z głowy nie boli. Co więcej, precyzji "fryzjerce" odmówić nie można było - była chirurgiem z kilkuletnim doświadczeniem, zatem nie zrobiła krzywdy rozwrzeszczanej, wiercącej się towarzyszce, która ciągle chciała widzieć jak wygląda i roztkliwiała się nad każdym krwawo czerwonym listkiem , mimo że wiedziała że to dla jej dobra i się na to zgodziła. Empatyczna uzdrowicielka uznała wtedy drobne kłamstwo za mniejsze zło, bowiem mogła Aeshri po prostu zabić i parę dni temu była tego bliska, ale opamiętała się w porę. Zainicjowała walkę, którą udało jej się wygrać, lecz zwyciężyło... Przeczucie. Świadoma tego, że ratuje koszmarytkę, uznała że bardziej jej się to może opłacić i postanowiła upiec dwie pieczenie na jednym ogniu - zapewniła Lidze kolejny miecz (i postać do weryfikacji), a także zyskała sposób na zbadanie sprawy Ogrodu - małej grupy pod wodzą jej mentora, która obudziła w jej sercu wątpliwość - uwierzyć w ten obraz, czy uznać ich za chwasty do wyrwania.
          - Przede wszystkim jesteś bezpieczniejsza. I... Jak Ci się podoba w Lidze? Dalej masz ochotę ruszyć z nimi do Elony?
          - Ach, nie oceniaj mnie tak surowo, bo serce mi łamiesz kobieto! - Aeshri zachichotała. Nish wyraźniej poczuła jej emocje, w których dominowało rozbawienie i jakaś taka ekscytacja, lecz nie niezdrowa - Są trochę sztywni, ale po tym jak poznałam Ciebie to myślałam, że będą ultrasztywni, nie obraź się. Ale spokojnie, popracuję nad tym w Elonie.
          - Zaczynam się o nich obawiać...
          - A ja o Ciebie, wiesz? Mam Ci dużo do opowiedzenia. Bo wiesz, moje siostrzyczki są cudowne, tylko pogubione, każda jedna bardziej i wolałabym, byś nie oceniała ich tam pochopnie. I jejkuu... Zanim zostaniesz moją mścicielką, to weź się dowiedz, czemu nawet Felvind nie próbował mnie spytać, jak to wyglądało z mojej perspektywy - ostatnie zdanie wypowiedziała zupełnie innym tonem, takim który jasno sugerował, że na ten temat nie chce nic mówić, albo po prostu udaje hardą, żeby nie pokazać że dalej ją ta banicja kłuje. Nish delikatnie skinęła głową. Nie dopytywała, bo rozumiała takie subtelności doskonale, a z drugiej - właśnie przyszedł kelner z zamówieniami. Na razie nie pytał o rachunek i dobrze - odszedł tak szybko jak się pojawił, a może nawet szybciej, rzucając nieco zawstydzone spojrzenia Aeshri, jakby już ją skądś znał.
          W tym momencie Nish przeklęła swoją umiejętność zauważania drobnych szczegółów  i żeby się oderwać od myśli, które zaświtały w jej głowie zaczęła mówić, bowiem rozmowę trzeba było odpowiednio poprowadzić, by jej towarzyszka się nie rozgadała i nie rozmarzyła zanim nie zostaną poruszone najważniejsze tematy.
          - Rozumiem. Trochę się obawiam o to pytać, ale proszę najpierw opowiedz mi o Twoich stosunkach z obecnymi Kwiatami. Tak sumarycznie, na pół roku przed Twoim powrotem do Gaju. Zanim... Wiesz.
          - Wiesz że to niełatwe? - Aeshri wbiła widelczyk w ciastko, nabierając sobie mały kęs. Skubana szybko opanowywała ludzkie zwyczaje, bo radziła sobie całkiem nieźle z tą kilkuwarstwową bombą cukrów i tłuszczu. Jej spojrzenie na rozmówczynię napotkało prostą odpowiedź - lekkie skinienie głowy Nish i nieco zawstydzone spuszczenie wzroku. Najwyraźniej blada towarzyszka musiała już coś przeskrobać, a pytanie było tylko po to by nie zaczynać rozmowy od spowiedzi o porażce - to był ten typ osoby, która o swoich błędach mówi dopiero po czasie jak emocje okrzepną i uda się jej porażkę podciągnąć pod jakąś naukę. Podsumowując - może przekombinowywała, ale wypytywanie jej o wrażenia z dnia, w którym pojawiła się w ogrodzie byłoby pozbawione sensu, bo odpowiedź byłaby raczej wymijajaca. Aeshri zatem musiała chwilę pomyśleć nad swoją odpowiedzią i stopniem jej szczerości...


          Deszcz w dżungli to często nie byle deszczyk, tylko dosłownie oberwanie chmury. Wilgoć zawieszona w powietrzu nagle spada wędrowcowi prosto na głowę, tak jakby pogoda sama chciała przegonić wszelkie żywe stworzenie pod rozłożyste drzewa i do jaskiń i jam, byleby tylko przeczekać ulewę. Był jednak jeden plus, którego nie mogła przeważyć żadna inna wada - robactwo unoszące się w powietrzu w powietrzu unosić się w takich warunkach nie chciało.

          76 dnia sezonu Kolosa 1331 AE Nisheera niosła czerwone liście opakowane w ozdobny papier niczym bukiet róż od cichego wielbiciela. Oczywiście zarówno sylvari jak i papier przemokli, więc tyle z konspiracji, a próba zamaskowania za pomocą roślinności przebijającej przez papier czerwieni czupryny ściętej z głowy znajomej sylvari - jeszcze wtedy Shirei - spełzła na niczym. Liście charakterystycznej istotki ogniste jak jej temperament rzucały się w oczy, a suszenie pakunku za pomocą magii było niewskazane - jedyny dowód na "zabicie" sylvari mógłby uschnąć i się rozsypać. Schowanie paczki za pazuchę również odpadało - zdecydowała się tego dnia na koszulę, a nie płaszcz. Pluła sobie w brodę, że nie zdążyła wyciągnąć od Aeshri informacji o nastawieniu pozostałych do niej, żeby wiedzieć jak bardzo powinna taki pakuneczek ukrywać... A na spotkanie były umówione później. Zresztą i tak byłoby to podejrzane, bo wcisnęła jej kłamstwo, że wszyscy mogą teraz na nią polować - na własne życzenie szła do na miejsce bez jakiejkolwiek podpowiedzi, skazana na improwizację, gdyby coś poszlo nie tak.

          Rozrysowała symbol kwiatu na ukrytym przejściu do Mogiły, jednej z siedzib dziwnej organizacji zwanej Ogrodem, którą zamierzała infiltrować jako jedna z jego członkiń. Właśnie po to była ta cała farsa - dołączyć do grupy koszmarytów, którzy starali się odnaleźć na nowo spokój w życiu po strasznych przeżyciach, działając nie na przekór Snowi, lecz siły przeznaczając na pomoc mieszkańcom Maguumy. Dziś było tu dość cicho - na miejscu zastała Tulipan notującą coś w swoim notesie, Aster ze źle zrośniętą nogą leżącą na leżance i pobrzdękującą na swojej lutni, a także inną ciemnokorą sylvari, malującą coś na sztaludze w otoczeniu symbolicznych i prawdziwych liściastodrewnianych nagrobków z tabliczkami pokrytymi fluorescencyjną farbą. Ot, taki urok tego miejsca. W cieniu przejścia do gabinetu Felvinda stała Gladiola, której wzrok mógłby dosłownie zamrażać szczególnie gdy sylvari zawiesiła spojrzenie na jej pakunku. Niemniej, nim cokolwiek powiedziała lub zrobiła, Tulipan położyła palec na ustach i wzięła Nish pod ramię, by zaprowadzić ją pod gabinet Felvinda. Niezbyt się to spodobało Nisheerze, ale nie zamierzała się sprzeczać, tym bardziej z szanowaną tu sylvari, która już zdążyła jej kiedyś pokazać, że nie ma wobec niej złych zamiarów. Przynajmniej dopóki nie ma jasnego jednoznacznego rozkazu.

          Drzwi gabinetu Felvinda otwarły się. Po urazie o którym wcześniej opowiadał Nisheerze - magiczna eksplozja na wysokości jego klatki piersiowej ledwo przeżył i aktualnie poruszał się na lewitującym wózku, zależny od technologii, którą tak gardził - jego płuca nie wydalały i sylvari był skazany na specjalistyczną aparaturę. Jego rekonwalescencja prawdopodobnie będzie trwała bardzo długo. Mężczyzna skinął delikatnie głową na dzień dobry świeżoprzybyłym, podchodząc bliżej wejścia o kulach. Zgarbiony i z grymasem wysiłku na twarzy odezwał się zadziwiająco spokojnym tonem:
          - Witajcie. Tulipan, powstrzymaj się ze swoją repremendą, że wstałem. Różo, dobrze, że jesteś.
          Omótł spojrzeniem pakunek, jaki miała Nish. Sylvari mogła poczuć jego żal i ukłucie smutku, niemniej zaraz Tulipan wyrwała się, by odprowadzić go do biurka. Gestem polecił, by Nish usiadła, zaś ciemnokora członkini Ogrodu opuściła pomieszczenie. Dopiero, gdy zamknęły się za nią drzwi, Nisheera pomyślała, że ma kolejną okazję, by poderżnąć gardło Felvindowi. Kto wie, czy nie jedyną. Przecież to proste - zlikwidować okaleczonego, miotnąć piorunem w drzwi, by ogłuszyć Tulipan - Nish była przekonana, że sylvari podsłuchuje bezczelnie całą rozmowę - a później miotnąć odłamkami lodu w plecy bądź mostek tej nieznanej czerwonej sylvari. Kaleka Aster, która była muzykiem nie będzie stanowić zagrożenia. Niewiadomą stanowiła sylvari przy sztaludze, ale Nish miała na nią sposoby.  Spróbowała się zmusić do nienawiści i bezduszności, przypominając sobie prędko wymagające treningi i podrygi eks-mistrza do wpychania ją w koszmar. Wizja kokonu z sylvarim stanęła jej w głowie, lecz jedno spojrzenie na krzywdę byłego mentora sprawiło, że usiadła i położyła przed Felvindem pakunek.

          Sylvari niespiesznie go rozwinął. Spuściła wzrok, nie chcąc patrzeć centralnie na niego, ale widziała, że jej rozmówca odkłada listek po listku na bok, oglądając każdy z nich. Grymas wykrzywił jego twarz, a emocje jakie od niego wyczuwała przybrały na sile. Przesiedzieli kilka minut w ciszy. Gdyby wytężyć słuch, można było usłyszeć gdzieś plusk spadających z sufitu kropli. Oddech Felvinda - świszczący i nieco chrapliwy przez poważne obrażenia jakich doznał jakiś czas temu zagłuszał oddech Nish, która nie drgnęła przez ten cały czas, czekając co będzie dalej. Nie proponowała, że zostawi Felvinda samego, choć grzeczność by tego wymagała, ale sam zlecił jej tę robotę.

          - Było ciężko? - spytał w końcu. Głos jakby lekko drżał - naprawdę było mu przykro. Nish pomyślała, że warto byłoby podsycić te emocje.
          - Łatwiej i subtelniej, niż Tobie kilka tygodni temu. Bez niepotrzebnego cierpienia, bez angażowania cudzych kłów i pazurów. - odezwała się chłodno, z rezerwą. Podniosła wzrok na Felvinda. Roziskrzone oczy, nieco rozbiegane, jakby nie wiedziały gdzie mogą się zatrzymać. Drżenie dłoni, pozornie spokojnie złożonych na stole. Dziwne napięcie twarzy, jakby próbował czegoś nie pokazywać. Tik nerwowy - gryzienie policzka od strony wewnętrznej. Przygryzł go po jej uwadze policzek mocniej.
          - Ja... To nie do końca miało tak wyjść. Ale chyba nie przyszłaś tu mnie rugać i oceniać - odezwał się. Zbyt gwałtownie, nerwowo. Nie to chciał powiedzieć, ale próbował uciąć temat. Nish jednak nie przystała na zmianę tematu:
          - Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Najwyraźniej tak miało być - jej wzrok spoczął na blacie stołu. Westchnęła - Zaufaj mi - nie cierpiała. Złamałam jeden z punktów swojego kodeksu uzdrowicielki i użyłam swojej wiedzy, by zasnęła na zawsze. Po Twojej opowieści uznałam, że za to do czego się przyczyniła należy jej się stosowna kara. Tamta jej ofiara nie miała tyle szczęścia i spłonęła żywcem - to najgorszy z rodzajów śmierci, a zetknęłam się już z wieloma takimi. Ta sprawa obiła się szerokim echem również w Gaju.
          - Racja... Masz rację. Dobrze, że akurat Ty się tym zajęłaś... Trucizna? - spytał, choć znów nie chciał. Nie był też do końca szczery, rozpoznała to - gdy łgał, miał pewien tik nerwowy - dwukrotnie mrugał w krótkim odstępie czasu i czasem pocierał również prawy kciuk o palce. Nish była nieco zaskoczona - po pierwsze, że od tylu lat nic się nie zmieniło, a po drugie - że ona jeszcze to pamięta.
          - Środki nasenne. Po pierwszej przydużej dawce, gdy już spała twardym snem podałam jej kolejną, wraz ze śmiertelną dawką leków. Nic nie miała prawa poczuć.
          - Wierzę. Dziękuję... Choć nie wiem, czy to na miejscu - wydawał się być uspokojony, co Nisheerze wydało się śmieszne. Sam skazał dziewczynę na konanie w ogromnym bólu, rozrywaną przez ogara. Dlaczego Ruta wtedy odpuścił? Jak to tak naprawdę wyglądało? Czy będzie kiedykolwiek okazja zapytać? Nie, musiała zrobić to teraz choć to duże faux pas.
          - Wystarczy mi odpowiedź na pytania zamiast wdzięczności. Nie pytam, czemu mi przypadło te zlecenie zabójstwa, ale dlaczego za pierwszym razem mając tylu fachowców i jeszcze wtedy dużą sprawność, wykorzystałeś Rutę? I co tak naprawdę się tam stało? - wlepiła w niego spojrzenie. Na początku zdziwiła go śmiałość eks-podopiecznej, ale jednak nie czekała długo na odpowiedź:
          - Nie próbuj więcej o to pytać i drążyć - powiem Ci, ale tylko raz i ma to zostać w tym gabinecie. Wiem, że zawahałbym się, gdybym miał ją zabić. Nie zleciłbym też tego żadnej z jej przyjaciółek. A Ruta nikomu nie opowie. Gdy Peonia zabrała go na trening - bardzo lubiła z nim biegać i ćwiczyć - wystarczyło tylko wydać mu jedno polecenie. Musisz wiedzieć, że jego ślina dzięki pewnej mutacji może być paraliżująca. Najwyraźniej Ruta ją ukąsił, ale nie skończył  z nią - coś musiało go spłoszyć - westchnął i spojrzał na Nish dość twardo - Pech albo los chciał, że znaleziono ją i jakoś nawiązałyście kontakt. Ale dość. Musisz wiedzieć, że nie mieliśmy w Ogrodzie fachowca Twojego pokroju. Dobrze Cię widzieć wśród nas, szczególnie w departamencie Wiatr - jego ton mógłby przecinać papier, ale tym razem uciął tylko rozmowę.

          Nish nie śmiała się uśmiechnąć, ograniczyła się do lekkiego skinięcia głową. Podniosła wzrok na Felvinda nie przyjmując na swoje barki ciężaru rozmowy. Spokorniał, choć próbował pokazywać, że jeszcze ma pazura. Znów nie mogła się oprzeć wrażeniu, że jednak mu współczuje mimo tego wszystkiego. Zamęczał ją wyczerpującymi treningami walki, odciągał ją od jej Dzikiego Łowu, odcinał od innych sylvarich, żeby się nie rozpraszała, a tak naprawdę próbował uczynić z niej swoją marionetkę, swojego Rycerza w szeregach Koszmarytów. Tak naprawdę rozstali się w momencie, w którym sylvari zbuntowała się i odmówiła torturowania pewnego opornego na koszmar więźnia, podnosząc broń na swojego mentora. Magia wymknęła się jej spod kontroli i... Cóż, Felvind zdołał uciec, a ona niechybnie zatrułaby się dymem pożaru w ciasnej grocie, który sama wywołała. To był dzień, który mocno odcisnął się na jej psychice, ale... Zwyczajne współczucie zdołało nieco zagłuszyć jej chęć zemsty, zresztą, co to by była za zemsta - na kalece.

          - Więc... Droga Różo. Witaj wśród nas. Dziewczyny nie wiedzą, że do nas dołączasz, ale wiedz, że Twoja reputacja Cię tutaj wyprzedza. Myślę, że szybko się zaaklimayzujesz. Jak zapewne wiesz mamy parę stałych siedzib - Wulkan, Ogród i Mogiłę, czyli te miejsce. Wiem, że w Ogrodzie byłaś, a Wulkan... Na razie tam nie wracamy. Ta nasza organizacja - bo tak muszę ją nazwać - to tak naprawdę ja i osiem dziewcząt z Koszmarnego Dworu - Bez, Gladiola, Aster, Firletka, Tulipan, Goździk, Mak, Lawenda i teraz jeszcze Ty. Poza nimi mamy jeszcze kilku przyjaciół Ogrodu - to czterech sylvarich, którzy pełnią rolę pośredników i przynoszą nam sporo zleceń - Hjall, Droghanir, Axor i Fearish. To, że jesteśmy eks-koszmarytami jest dość tajne - niewielu zleciłoby nam pracę, gdyby wiedziało - rozkaszlał się po tym, ale gdy mu przeszło, kontynuował - Tak więc działamy na zlecenie jak najemnicy, ale celujemy przede wszystkim w dżunglę Maguumiańską i tutejszych pracodawców. Działamy więc nieco niejawnie - podzieliłem swoje Kwiaty zależnie od talentów i spełnianych funkcji. Aster, Lawenda i Firletka są odpowiedzialne za "departament" Słońce, a więc za rekrutację i rozrost Ogrodu. Departamentem Woda, a więc zaopatrzeniem zajmują się Bez i Mak. Departament Wiatr jest odpowiedzialny za przynoszenie nam wieści ze świata i tu i na razie w tej części działa Tulipan. Goździk i Gladiola chronią nasz Ogród, ale nie tworzyliśmy pod to specjalnej nazwy. Obie są niezwykle skuteczne w walce. 
          - Rozumiem. Mam nadzieję, że niebawem uda mi się je poznać - Nisheera kiwała głową w trakcie przemowy Felvinda. Zapamiętywała imiona, funkcje, ze słowotoku wyciągnęła to co najważniejsze.
          - Będzie okazja. Muszę złożyć liście Piwonii pod jej nagrobkiem. Dziś wieczorem powinny się wszystkie pokazać. Przedstawię Cię, przebrniemy przez część oficjalną i myślę, że będziesz mogła wykuć swoje imię wśród nas. Bo wiesz, obserwowałem Cię przez lata. Najpierw wygrana w jakimś technologicznym turnieju, później jakieś gildie, podróże... Musisz kiedyś opowiedzieć o nich ze szczegółami. I o tym jak stałaś się koszmarytką. Bo jednak wybrałaś koszmar prawda?
          Na jej szczęście po tylu słowach wyrzucomych z siebie Felvind rozkaszlał się na dobre. Nie mógł złapać oddechu i musiał wrócić do inhalowania się za pomocą specjalnej tuby.
          - Myślę, że... Będzie niejedna okazja na takie opowieści - sylvari podniosła się z krzesła. Eksmentor skinął głową, oto był koniec audiencji.

          Dziś wieczorem wreszcie miała być przyjęta, a do tego czasu mogła obmyślić kłamstewko, na wypadek gdyby ktoś pytał jak i kiedy została koszmarytką. Bowiem kiedy skaczesz między wrony, musisz krakać tak jak one. Nish zamierzała opuścić Mogiłę, by zjawić się na miejscu dopiero wieczorem, aczkolwiek nie było jej dane. Gdy opuściła biuro Felvinda, stanęła oko w oko z czerwonokorą sylvari, wręcz dymiącą z wściekłości...
« Ostatnia zmiana: Kwiecień 14, 2019, 01:14:47 wysłana przez Nisheera »

Nisheera

  • Vyvanse.6830
  • Radny
  • *****
  • Wiadomości: 892
  • Płeć: Kobieta

Rozdział drugi
w którym po raz pierwszy i ostatni występują wszyscy naraz


       Nish nagle znalazła się ponad trzydzieści centymetrów wyżej. Jej dłonie zacisnęły się słabo na nadgarstku nieznanej z imienia czerwonej sylvari, która bez większego wysiłku podniosła ją jak lalkę w górę za gardło. Jej uścisk nieprzyjemnie parzył, ale to nie było najgorsze - najgorsze było to, że Nisheera nie zdołała zareagować, nie spodziewała się tak szybkiej akcji, a sama wolała niczego gwałtownego nie przedsięwziąć, mimo że tak kazało przeczucie. Z jednej strony płuca domagały się choćby haustu powietrza. Z drugiej - chwilowy bezdech wywołał chęć rozkaszlania się. Żadna ręka nie była w stanie sięgnąć po kostur, zaś ciało, które instynktownie się zwinęło, by wymierzyć kopniaka w trzymającą ją przeciwniczkę było za krótkie - Czerwonokora górowała nad Nisheerą nie tylko siłą, ale też wzrostem i wielkością. Nish odchyliła głowę do tyłu, wyszarpując oddech, na moment odblokowując swoją krtań, ale zaraz tego pożałowała - przeciwniczka poprawiła chwyt i przyparła uzdrowicielkę do ściany. Na moment pociemniało jej w oczach.

       - Gladiola, zostaw ją natychmiast! - jak przez mgłę rozpoznała głos Felvinda. Zaraz po nim spokojnie odezwała się Tulipan
       - Gladiolo. Odpuść.
       - Załóżmy się, Aster. Gladiola skończy z nią szybciej niż skończę mówić? - to już dobiegło z głębi Ogrodu. Właścicielka głosu zdawała się mieć dość mocną chrypę.
       - To nie jest śmieszne, wiesz, że od kilku dni świetnie nad sobą panowała. Tym bardziej... po tym. - ten głos kontrastował z poprzednim barwą - był jasny i czysty, jak u śpiewaczki.

       Nie. To naprawdę się działo, zaatakowała ją jedna z lepszych wojowniczek Ogrodu, bez powodu i ostrzeżenia. Ją, uzdrowicielkę, od tak, tak że nie zdążyła nawet dobyć własnej broni. Niższą i nawet wizualnie fizycznie słabszą. To mocno ubodło Nisheerę. Na to się nie zgadzała. Ujęła dłońmi nadgarstek przeciwniczki, jakby zbierała się do ostatniej modlitwy, bezgłośnie otwierając do niej usta. Otworzyła szerzej oczy i w rozognione ślepia furiatki wbiła spojrzenie dwóch odłamków lodu. To było jej ostrzeżenie. Chwilę potem zsunęła prawą dłoń, zaciskając palce na krysztale przy swojej bransolecie, a wokół jej nadgarstków zatańczyły płomyki i wodna mgiełka.

       Sylvari przeistoczyła się w parę wodną i przeszła za plecy oponentki, uwalniając się i parząc jej palce i twarz. Dało jej to czas na sięgnięcie broni, ale ledwie chwyciła za swój kostur, Gladiola odwróciła się i zaatakowała na ślepo rozognioną pięścią przecinając powietrze za sobą. Nish otoczyła się wodną regeneracyjną mgiełką, by pozbyć się chęci do kaszlu i wstępnie zaleczyć lekkie obrażenia szyi. Musiała sobie kupić moment na obmyślenie planu - zabicie oponentki nie wchodziło w grę, zwyczajne poranienie też nie, a podłożenie się byłoby błędem. Myśl, Nisheero, myśl!

       - O co Ci chodzi?! - zdradziła swoją pozycję, ale była przygotowana na następstwa tej decyzji - tymczasowo oślepiona Gladiola wpadła w jej mgłę, gdy sylvari przemieściła się. Zmroziło ją, gdy zobaczyła jak dobry refleks i świetną intuicję ma czerwonokora - jej kopniak przeszył powietrze błyskawicznie, omal nie trafiając Nish w podbrzusze. Naprawdę była niezła. Co zdziwiło sylvari - przeciwniczka jej odpowiedziała:
       - To były liście Peonii, Ty plugawa żmijo! Wszędzie bym je poznała! Co jej zrobiłaś, gadaj chwaście!

       Niemniej do zbyt rozmownych Gladiola nie należała i nie dała Nish czasu na odpowiedź, zupełnie jakby to miało być tylko pytanie retoryczne. Natychmiast dobyła miecza, który roziskrzył się, jakby płynęła w nim magma, rozgrzana tak bardzo, że lada moment mogłaby eksplodować niczym gejzer. Wbiła się nim w naprędce stworzoną przez Nish lodową tarczę. Para wręcz wytrysnęła z wątłej osłony, a mniej ofensywnie rozgrywająca walkę sylvari została odrzucona impetem uderzenia, na szczęście albo na nieszczęście - niezbyt daleko. Ręka pulsowała lekkim bólem, ale nie było to nic groźnego - kończyna była sprawna. Przeciwniczka już do niej doskakiwała, ale Nish miotnęła w nią strumieniem wody pod ciśnieniem i zdołała odturlać się na bok. Miecz wbił się w ziemię tuż obok niej, ale to nie był koniec niespodzianek - od miecza ku Nish pomknęła ognista smuga po ziemi; medyczka zerwała się na równe nogi i od razu musiała odskakiwać od niewysokiej ściany ognia.
       Pojedynek był jak najbardziej na poważnie, a pozostałe Kwiaty patrzyły - nawet gdyby mogły, nie zdołałyby zainterweniować nie krzywdząc Gladioli. Nish wymyśliła miała zatem dwie strategie do wyboru - albo wystraszyć oponentkę potężniejszym zaklęciem, co od razu uznała za mniej odpowiednie - uznała, że zostałoby to odebrane jako wyzwanie albo ogłuszyć przeciwniczkę, gdy nadarzy się okazja. Co bardziej odpowiadałoby gapiom? Co byłoby mniej ryzykowne dla niej samej? W głowie pojawił się trzeci pomysł, łączący oba.

       - Uspokój się! - miecz przeciął powietrze w miejscu, w którym chwilę temu była. Jej oponentka odzyskała wzrok, choć poparzenia na pewno jej doskwierały mimo tego, że wpadła w leczącą mgiełkę. Nish była pewna, że sylvari się nie uspokoi, choćby nie wiadomo co zrobiła, więc przygotowała się do kolejnego ataku. Krzyknęła przejęta- zupełnie jakby to było całkowicie spontaniczne - Przyniosłam je, by cokolwiek tu po niej zostało! To ona wskazała mi te miejsce, byłam jej uzdrowicielką!
       - Uzdrowicielką? Nie łgaj! Walcz, gnido, a nie tchórz! Nie podejdziesz mnie sposobem! Wyrwę Ci kły jadowe!

       Sylvari tupnęła, okręcając się z mieczem w półpiruecie. Nish nie przewidziała fali żaru po tym jak uniknęła ciosu, co nieco przypaliło jej nogawki i zachwiało nią. Znów otoczyła się leczącą mgiełką i wykonała dwa kroki do tyłu. Jej plecy spotkały się ze ścianą. Powstrzymała uśmieszek - mało kto mógłby ją o to posądzać, ale było to ekscytujące, tym bardziej że była coraz bliżej. Z głębi ogrodu usłyszała rozmowę:
       - Bez, właśnie przegrałaś. Dawno skończyłaś mówić, a ta sylvari dalej stoi na nogach.
       - Odkuję się. Zakład, że jednak wygra? Podwajam stawkę.
       - Jesteś wyjątkowo niestała w tym hazardzie. Przyjmuję, przecież przedstawia się jako uzdrowicielka.

       Niedoczekanie Twoje - pomyślała Nish, mimo że miecz Gladioli wbił się w ścianę nad nią i mocno naruszył roślinność jaskini w tym miejscu. Wiedziała, co ma robić - tu stawką nie tyle była wygrana, a zapunktowanie, pokazanie się. Gdyby raz odpuściła, mogłaby zostać obiektem żartów i drwin w takim gronie, a zresztą, może to faktycznie był pewien rodzaj inicjacji? Dostroiła się w połowie do żywiołu powietrza i nagle się schyliła, uderzając kosturem w odsłonięty bok Gladioli, gdy ta próbowała wyrwać broń. Mocny podmuch wiatru zachwiał sylvari, która absolutnie się nie spodziewała takiej odpowiedzi pasywnej Nisheery, choć sama się przecież werbalnie domagała kontrataku. Gladiola zamachnęła się ponownie, ale jej dłoń nie sięgnęła celu - Nish uderzyła ją kosturem w podbródek, bezbłędnie lokalizując odpowiedni punkt, by ją zamroczyć, a później błyskawicznie poprawiła uderzenie, tym razem dolną częścią broni uderzając sylvari w rękę trzymającą broń. Uderzyła w punkt, w którym ta ręka była najsłabsza, palce niekontrolowanie się rozpostarły.

       - Opanuj się, nie chcę Ci zrobić krzywdy - Nish odwróciła się plecami w stronę gabinetu Felvinda, mając na widoku resztę Ogrodu i oponentkę, zbierającą się na nogi. To było to - tak właśnie chciała się ustawić, nic nie było przypadkowe. Celowo ją prowokowała, bowiem poza ekscytacją przepełniała ją lodowata wściekłość - była już poturbowana, a po drugie po prawdzie czuła się zmieszana z błotem. Jakieś zakłady na boku, szalone furiatki, których nikt nie próbuje powstrzymać… Wróciła jej chęć wysadzenia tego wszystkiego właśnie w tym momencie.

       Nie pomyliła się w swych przypuszczeniach. Jej odzywka zadziałała na furiatkę jak przysłowiowa płachta na byka - jeszcze leżąc, zamachnęła się mieczem, który rozjaśnił się jeszcze bardziej i w stronę Nisheery pomknęły magmowe pociski w postaci kolców. Sylvari z trudem powstrzymała uśmieszek - zepsułby efekt, jaki chciała uzyskać. Dokładnie tego się spodziewała i na to miała nadzieję - gdy miecz się rozświetlał, instynktownie przypadła plecami do ściany, ale zakryła przejście arkaniczną barierą - odłamki uderzając w nią straciły na energii. Wszystkie mknęły w tym momencie prosto na stojącego w przejściu Felvinda, który przez swoje przypadłości nie mógł już używać magii, by się obronić, ale dzięki Nish żaden się w niego nie wbił. Nie uszło to uwadze obserwujących zajście, bowiem wśród nich podniosły się szmery, a w oczach pojawiło się coś na kształt uznania i szoku.

       - Ostrzegałam - Nish zdobyła się na teatralny szept, dość emocjonalny, tak jakby naprawdę było jej przykro - tym bardziej rozsierdziła sylvari. Gdy Gladiola zerwała się na równe nogi i chwyciła za miecz, Nish wykonała jedno - miotnęła w bok jej głowy niepozornym lodowym pociskiem wielkości dłoni, ogłuszając ją. Nie dała czasu na myślenie o zajściu pozostałym, zupełnie zmieniając swój głos, jakby naprawdę była w szoku. Zatrzęsła się - Przenieście ją na jakieś łoże, muszę sprawdzić czy jest cała!
       - Gladiolo, co w Ciebie wstąpiło dziecino… - Felvind nie zdążył nic więcej rzec, bowiem Tulipan zaraz się wtrąciła:
       - Mistrzu, proszę wracaj do gabinetu  - zajmę się tym incydentem. Bez, leć po linę.  Ja zaciągnę Gladiolę na miejsce, a pani Uzdrowicielka niech najpierw zadba o siebie - Aster, pożycz jej coś na przebranie.
       - Ale mamy ranną… - Nish spróbowała zaprotetestować - Jestem za to odpowiedzialna, mogłam się chociaż zapowiedzieć, z czym przychodzę i dlaczego…
       - Cśś. Wychodziła z gorszych bitek, a my ją dla bezpieczeństwa zwiążemy.
       - Tak… Inaczej nie moglibyśmy jej uspokoić. Przepraszam za to. Różo, koniecznie zostań z nami do wieczora, dziewczyny zadbajcie o to by nie czuła się tu obco i zapomniała o tym incydencie. Bez, zwołaj na wieczór pozostałe Kwiaty. Gladiola jest spostrzegawcza, ale we wrzątku kąpana - nigdy nie wspominajcie o tym incydencie pozostałym Kwiatom, po co mają wiedzieć. Wiedzcie jednak że chciałbym symbolicznie złożyć cząstkę Piwonii pod jej mogiłą i powspominać ją dzisiaj - myślałem długo, że zginęła i rzucili jej ciało na pochłonięcie Koszmarnym Ogarom, ale okazało się, że nasza Piwonia zdołała im uciec, ale… Było już za późno, gdy ją odnaleźli podróżni. Dzięki uprzejmości i odwadze Uzdrowicielki wypełniającej jej ostatnią wolę mamy dziś okazję pożegnać Piwonię jak należy. Róża ściskała ją za rękę w ostatnich momentach i próbowała ocalić naszą siostrę, za co powinniśmy być jej wdzięczni - Felvind posłał znaczące spojrzenie Tulipan i wrócił do swojego gabinetu.


       - Musisz wiedzieć, że Gladiola mnie kochała. Platonicznie, bo nie czuła się dostatecznie godna by cokolwiek mi proponować - wiesz, noce spędzałam u Felvinda. Honor jej nie pozwalał. Więc czekała nie wiadomo na co, a jej miłość się nigdy nie spełniła - krótko mówiąc, nawet gdyby była wirtuozem o sprawnych palcach nie wystarczyłoby mi to, szukam czegoś zupełnie innego. Ciepła drugiego ciała, objęcia, a nie pocierania, palca czy jęz...
       - Esh. - Nish spąsowiała. Musiała ją przywołać do porządku.
       - No wolę zaznaczyć od razu, żebyś sobie nie pomyślała, że ja to jak wszyscy - związek dusz, bliskość emocji… Nah, dla mnie musi być jednak patyk, więc z żadną z Ogrodu nie miałam takich głębszych stosunków, chyba że bardzo potrzebowałam czegokolwiek, żeby nie rzec - byle czego. Poza tym nie była w moim typie. Zobaczysz jej "twarz", zrozumiesz - Aesh lekko wzruszyła ramionami. Spojrzała na Nish i moment mierzyła się z nią spojrzeniami; bladolistna do końca jej nie uwierzyła, bowiem w końcu ognista elementalistka próbowała kiedyś coś zainicjować między nimi. Piromantka puściła jej oko w odpowiedzi. Rozmówczyni wymownie wywróciła oczami, więc i Aeshri już odpuściła - Wiesz, mogę rzec że wskoczyłaby za mną w ogień. Dosłownie jadła mi z ręki. A gdy łapał mnie dobry humor i jednak robiło mi się jej szkoda, albo jednak nektaru było zbyt dużo panikowała i błagała, bym jej nie kusiła, bo nie będzie się czuła dostatecznie lojalna wobec Felvinda. Aster za to mnie nie znosiła - wolałaby zająć moje miejsce i sypiać z Felvindem.
       - Wy o niego rywalizowałyście…? - wyraźnie się to nie spodobało jasnej.
       - Ja mam swoje potrzeby, Aster swoje. Ty już dobrze wiesz, czego ja potrzebowałam, zaś Aster potrzebuje być gwiazdą. Ale… Do niej przejdziemy później. Jestem pewna, że moja śmierć byłaby jej na rękę. Z Mak za to miałam świetny kontakt - żyje w swoim świecie, ale to była dziewczyna do wszystkiego - i do sprawdzania różnych grzybków i do tańca i do serdecznego obgadywania wszystkich. Tym bardziej, że rzadko wiele z tego pamiętała. Mogłabym z nią chyba robić wszystko i świetnie się bawić, dopóki nie zaczyna znów tych swoich wizji. W przeciwieństwie do Lawendy i Firletki. Lawenda zdecydowanie się mnie bała, zaś Firletka bardzo słuchała się Aster. Z Bez było dość neutralnie - zależało to od aktualnych zysków, ale raczej żyłyśmy w zgodzie obok siebie. Goździk to suka. Po prostu suka. Zawsze uważała się za lepszą i nigdy nie traktowała mnie poważnie. “Przyjaciele” Ogrodu byli moimi fanami. Czasem zdarzyło mi się z nimi wyskoczyć gdzieś i się zapomnieć. Jakbyś kiedyś miała okazję, to Axor jest z nich najciekawszy...
       - Esh. Znasz moje zdanie. Kwiaty. Zapomniałaś o Tulipan? - Nish z trudem przełknęła zażenowanie.
       - Kto tam wie Tulipan… - Esh nie zamierzała kończyć. Upiła herbaty i wlepiła spojrzenie w Nisheerę.


       Gęstą atmosferę trafił szlag - zamiast tego zrobiło się tylko niezręcznie, a Nish porzuciła na jakiś czas myśl o brawurowej ucieczce i ambitnych wybuchach. Nie musiała już sobie specjalnie recytować w głowie mantry, że jest tu by badać nowe zjawisko, a nawet doświadczać go na swojej skórze.
       Kuśtykająca Aster co chwila bezczelnie zerkała jej w oczy jak gdyby nigdy nic i uśmiechała się pogodnie, z tak nieprawdopodobną radością, że aż nieprawdziwą. Nish zyskała chwilę prywatności podczas gdy obmywała się z kurzu, lecz później było tylko gorzej. Układanie pnącz na jej głowie, fałszywe szczebiotanie, puste pochwały - po kolejnym: “a czemu tak śliczna sylvari ukrywa swoje wdzięki” Nish miała ochotę przywalić różowokorej Aster. Po kilku próbach wciśnięcia Nish w za ciasne albo za długie ubrania znalazła dla niej białą suknię, która wyglądała, jakby była złożona z kilku ogromnych płatków owijających jej nosicielkę, przyozdobionych ukwieconymi gałęziami oraz coś w rodzaju pnączastej czarnej woalki do zakrycia części twarzy. Później miały usiąść razem pod drzewem, lecz Nish naciskała na to, by pozwoliły jej przebadać Gladiolę co uczyniła w niezbyt chcianym akompaniamencie lutnistki i śpiewaczki oraz wciśniętej gdzieś w kąt Mogiły Lawendy. Gladiola, jak się okazało była tylko ogłuszona i powoli odzyskiwała przytomność. Na życzenie Felvinda wprowadzono ją do jego gabinetu. Bez przeniosła swoją sztalugę jakoś tak bliżej wejścia do gabinetu.


       Nish mając wolną rękę obejrzała dokładniej nagrobki… W drugiej części ukrytej lokacji. Nie była żadnym wrogiem muzyki, ale w tym miejscu wydawała się jej ona niezbyt odpowiednia. Na nagrobkach widniało sporo imion, przydomków oraz wspomnień wydarzeń których nie miała prawa kojarzyć. Martwi Przyjaciele Ogrodu, symboliczne miejsca pochówku przyjaciół poszczególnych Kwiatów, ich przeciwników pokonanych wspólnie, a także nagrobki samych Kwiatów. Każde z miejsc pamięci wyróżniała krótka, zazwyczaj wierszowana sentencja. I tak o wydarzeniu z 1329 AE zatytułowanym “Dworzanie Dequerri” napisano:

“Kwiat Magnolii z Ogrodu wyrwali
Deptali, gnębili, umysł łamali
Gnietli, dusili, płatki porwali
Mnóstwo cierpienia jej przydali
Więc w proch się obrócili za moją sprawą.

A Magnolia żyje
Lecz tylko w moim sercu.”


       Uwagę Nish zwrócił nagrobek w mocno czerwonym kolorze. Podeszła bliżej, by mu się przyjrzeć. Rozłożysty liść nakrapiany złotem przy krawędziach był miejscem na dość obszerną sentencję ozdobioną rysunkami kwiatów Piwonii przy której sylvari zatrzymała się na dłuższą chwilę, czytając wiersz i analizując go moment w głowie:

“Złapałam Twój żar w swoje płuca
Pod skórą czułam Twojego ciała gorąc
Języki ognia parzyły mój język
W lepkim, gorącym pocałunku
 
I słyszałam  w wyjących mroźnych wichrach
Płomienne okrzyki pełne pasji
I widziałam w lodowatej obojętności
Ciepło, do którego lgnęłam jak zwierzę w srogą zimę
I pobiegłam, gdzie ciemność i mróz i pustka
Tam, gdzie czekać miało spełnienie

Otępiała oślepłam, ogłuchłam, zabłądziłam.
Zginęłam dwa razy. Dla Ciebie, za Ciebie
Ogarnął mnie Twój płomień, jak suche drewno w ognisku
Palę się - nie szkodzi. Duszę się - to drobiazg
 Bo ja do Ciebie jak ćma do świecy

Dzień za dniem
Brnęłam dalej, mimo zniszczonych skrzydeł
Bo bywałeś dla mnie
Ogniskiem.”

       - Znalazłaś bohaterkę dzisiejszego wieczoru. Zawsze pisała niby dość banalne wiersze, lecz gdybyś tylko ją poznała głębiej...
       Nish rozpoznała głos. Tulipan. Odwróciła się w jej stronę, a elementalistka przeszła bliżej nagrobka oświetlając liść przywołanym nad dłonią płomykiem - podświetlenie liścia zdradziło, że wierzchnia warstwa jest stosunkowo cienka, a w spodnich warstwach wycięto napis: “Shirea - Kwiat Piwonii. Kochanka Pożogi. Dziki Roztańczony Ognik, wraz z którym coś bezpowrotnie uleciało. Wiecznie igrała z Ogniem, aż do samego końca”. Nish nie miała pojęcia o czym więcej niż o niezbyt udanej miłości mógł być wiersz, bo poetką nie była, a to co podświetliła Tulipan niewiele jej powiedziało, więc na razie zaniechała analizy - na wspominki z pewnością później przyjdzie czas. Do głowy przyszło jej słowo, którym mogła opisać zjawisko i wiersz - tandeta.
       - Inaczej niestety nie mogłam postąpić. Skoro na nią był wyrok, byłby i na mnie - poznałam Wasze sekrety - Nish zawiesiła spojrzenie na Tulipan - A teraz i jej. Beznadziejnie się w nim zakochała, prawda?
       - Na swój sposób to odwzajemniał… Przez pewien czas. Jak napisała - bywał dla niej ogniskiem, a ona była gotowa na każde poświęcenie dla niego - mała zmarszczka pojawiła się na czole Tulipan. Zamilkła na moment, jakby się zastanawiała, czy coś więcej dodać; jednak uległa pokusie, albo taką przyjęła strategię - To nie jest sprawiedliwe.
       - O sprawiedliwość w tym świecie trudniej niż o bezpańską złotą monetę leżącą na ziemi - Nish postawiła na to drugie, więc po jej słowach zrobiła się znacznie bardziej czujna.
       - Jako medyk musisz wiedzieć o tym dość dużo. Naprawdę dałaś radę ją zabić?
       - Piwonia… Zginęła niemalże bezboleśnie - Nish odpowiedziała; nie kłamiąc poniekąd - Jest teraz bezpieczniejsza w znacznie lepszym miejscu. Chociaż tyle mogłam dla niej zrobić. Swoją drogą wydajecie się być mimo wszystko dość sentymentalni - od razu zaczęła nowy wątek, by Tulipan nie drążyła. Powiodła dłonią wokół, wskazując cały cmentarzyk pamięci:
       - Cóż. W tak małym znudzonym gronie każda okazja do celebrowania jest cenna. Nie nazwałabym tego sentymentalnością - Tulipan przystanęła przy Nish i zniżyła głos - Ale dość o tym - będzie czas gdy będzie mniej oczu i uszu wokół. Mam Ci coś ważnego do przekazania.
       - Zamieniam się w słuch - Nish skierowała ku niej twarz. Skryta elementalistka bez ogródek zaczęła:
       - Pamiętaj - gdyby pytali. Altana Zmierzchu, 1326 AE, okolice sezonu Zefira. Złapali Cię, potem ktoś Cię uwolnił, za późno. Nie pamiętasz imion ani jednych ani drugich - ja potwierdzę że Cię widziałam bo “też” stamtąd jestem, Ty nic nie musisz mówić. Próbujesz żyć normalnie, ukrywasz się wśród swoich. Jesteś dowodem, że można i że się da przez tyle lat. Niech ta rozmowa zostanie tylko między nami.

       Nish spojrzała na nią przeciągle i przekrzywiła lekko głowę. Tulipan jednak nie zdecydowała się nic więcej wyjaśnić; jak gdyby nigdy nic zadumana ruszyła dalej. Nish przeszła parę kroków za nią; ale to nie było to, czego życzyłaby sobie Tulipan, bowiem nie rzekła nic więcej, a Nish musiała udać, że zainteresował ją kolejny nagrobek, bowiem poczuła dziwne mrowienie w okolicach krzyża - jej przewrażliwienie lub intuicja podpowiedziały jej, że może być obserwowana. Do ceremonii “pogrzebu” zostało jeszcze trochę czasu.


       -...zatem z głębokim żalem i smutkiem pożegnajmy naszą ukochaną siostrę Shireę, jedną z Kwiatów, Piwonię po raz ostatni. Najpierw łykaliśmy łzy, gdy dowiedzieliśmy się, że Ogień, z którym igrała spalił ją - że poległa w pojedynku. Później, gdy Gladioli nie udało się odzyskać jej ciała. A teraz po raz trzeci - gdy wiemy, że się spóźniliśmy by ją ocalić, by chociaż się z nią pożegnać, uścisnąć ostatni raz dłoń. Zamiast tego nasza siostrzyczka zginęła w obcym miejscu, wśród obcych istot, wśród uzdrowicieli, których nie znosiła szczerze, mimo że okazali jej serce i dobroć, lecz to nie wystarczyło - było za późno. Nasze zaniedbanie i zaniechanie doprowadziło do tego, że ta nasza Iskierka zgasła na zawsze. Jak pisała w swoich wierszach…

       Nish słuchała steku bzdur wygadywanych przez Felvinda siedząc w kącie, na uboczu. Elementalista podczas ckliwej mowy często mrugał i bawił się palcami dłoni - tik nerwowy, który - jak podpowiadały Nish jej wspomnienia - świadczył o tym, że elementalista łga. Sylvari siedziała bardziej w cieniu, pochylając głowę. Nie bez powodu wybrała taką lokalizację - po pierwsze chciała być jak najdalej od przygrywającej na lutni Aster, która w teorii grała coś smutnego, ale zupełnie nieautentycznego - Nish nie umiała się oprzeć wrażeniu, że utwór ten nie jest na tyle smutny, na ile powinien być jak na pogrzebie - to, co grała miało w sobie domieszki i nuty czegoś podniosłego. Zupełnie, jakby grała nie ku żałobie za koleżankę, ale ku koronacji nowej królowej, którą nie była Aeshri. Uśmieszek lutnistki mówił sam za siebie kto jej zdaniem teraz będzie tu władczynią. Nish głęboko się zastanawiała, czy Aster może jednak nie ma racji i odejście Shirei dobrze zrobi członkiniom Ogrodu - wszystko wskazywało na to, że sylvari była w patologicznej relacji z minimum trzema członkami tej organizacji, lecz prędko odrzuciła tę myśl. Aesh była kartą, na którą postawiła Nisheera. Jej jokerem w talii.

       I dzisiejszą gwiazdą, jak ją wcześniej określiła Tulipan. Nish nie zamierzała odbierać nieobecnej show - poprosiła, by Felvind nie robił z jej przybycia wielkiego wydarzenia. Gdy do Ogrodu zaczęły schodzić się Kwiaty oraz Goście ucinała rozmowę po kulturalnym przedstawieniu się jako Róża… Co i tak wywoływało jakieś emocje, ale na szczęście nikt nie miał jak zatrzymać się przy niej na dłużej i drążyć - albo po prostu nie chciał, czemu się nie dziwiła absolutnie. Mimo to sporo wysiłku umysłu włożyła w to, by zapamiętać imiona obecnych i nawet próbowała się uśmiechać miło, co było trudne, między innymi dlatego że szczery uśmiech przy zaciśniętych szczękach był praktycznie niemożliwy do wykonania. Nie potrafiła się tylko doliczyć jednego z Kwiatów - jeżeli pamięć jej nie myliła, osobiście nie poznała jeszcze Mak.

       Dzięki swojemu usytuowaniu oraz woalce na twarzy mogła w spokoju obserwować  pozostałych gości bez narażenia się na to, że wyjdzie na niezbyt grzeczną i małokulturalną. Felvind siedział wystrojony w bogatsze szaty na swoim nieodłącznym wózku. Obok niego stała aparatura do oddychania, w razie gdyby liczba słów, jaką wydusi ze swojej piersi była zbyt duża więc jego przemówienie mimo wszystko było dość rwane. Miał jeszcze sporo do powiedzenia - zamierzał zaraz przejść do tego, jak poznał Shireę, jak trafiła do Ogrodu, w jaki sposób zasłużyła się w tej społeczności. Naturalnie, interesowała ją jego perspektywa, lecz wiedząc, że jest kłamcą i sam zaplanował jej śmierć traktowała jego słowa z dużym dystansem; żeby nie powiedzieć - powstrzymywała się od wymownego parsknięcia. Dlatego również swoją uwagą obdarzała pozostałych.

       Niedaleko sylvariego, tuż przy nagrobku klęczała Gladiola. Wciąż nieco skołowana po pojedynku wpatrywała się tępo w liście, które złożono opodal tablicy upamiętniającej Shireę. Wysoka, odziana w drewnianą zbroję z pulsującymi słabo runami na jej powierzchni, kołysząca się w przód i w tył. Choć miała sporo czasu by pogodzić się ze śmiercią towarzyszki, widok jej liści musiał na nowo otworzyć rany. Mimo pojedynku budziła w Nish współczucie, chyba jako jedyna z całej grupy dziewcząt, bowiem pozostałe zdawały się nie podchodzić do sprawy na tyle poważnie, na ile powinny zdaniem Nish. Tulipan oraz Bez stały kilka kroków za Felvindem. Tulipan wpatrywała się usilnie w jeden punkt, nie szpecąc twarzy nawet najmniejszą emocją, zaś Bez podrzucała złotą monetę i sprawdzała niefrasobliwie co jakiś czas czy właśnie wypadł rewers, czy może jednak nie. Blada Firletka wydawała się być w zupełnie innym miejscu. Wzrok gdzieś błądził jakby patrzyła, a nie widziała, a na ustach pojawiał się co jakiś czas delikatny nerwowy uśmiech, szczególnie wtedy gdy wzbogacała melodię Aster o ciche nucenie czy mało zrozumiałe słowa pieśni niezakłócające wypowiedzi Felvinda. Jasnoróżowa Lawenda siedząca przy umuzykalnionych była prawie nie do zauważenia. Wciśnięta w kąt, zupełnie jakby chciała z nim stanowić jedność. Spojrzenie wydawała się mieć dość przestraszone - rozglądała się na boki nerwowo, lecz czego się bała? Jeszcze bardziej groteskowa wydawała się być siedząca jak dama na jednym z kamieni sylvari odziana w szaty, które można by było wdziać na bal w Divinity’s Reach, a nie do ukrytego w dżungli ogrodu. Zadzierała nosa i zdawała się emanować namacalną wręcz pogardą, która wydawała się otaczać ją niczym aura i błyszczeć jak sztylet w każdym jej spojrzeniu - zwano ją Goździk.

       Nieco dalej od przemawiającego Felvinda, kilka kroków od Nisheery stała grupka czterech sylvarich płci męskiej. Przedstawili jej się krótko wcześniej jako przyjaciele Ogrodu, pośrednicy. Hjall miał dłuższe żółtawe liście i jasnozieloną cerę i patrzył w taki dość niewinny sposób. Śmiał się niemalże jak kobieta, podobnie też ściskał dłoń, jakby się bał że zrobi krzywdę witanemu. Droghanir zaś wyglądał tak, że w dębowym lesie mógłby się zgubić. Konary wystające z głowy gęsto porośnięte dębowymi liśćmi, brązowa jak pień drzewa skóra, brązowe ubrania. Nie okazywał emocji, oszczędzał na słowach. Axor był ciemnokorym sylvarim o fioletowych liściach na głowie i dość nieprzyjemnym wyrazie twarzy - cały czas wydawał się kpiąco uśmiechać, niezależnie od tego jak próbował się uśmiechnąć lub wykrzywić. Fearish zaś był popielaty i nijaki. Nish nic nie zapamiętała z krótkiej rozmowy i uścisku dłoni. Wyglądał jak każdy i nikt, niepodobny do nikogo, a podobny do każdego, mógłby być każdym i mógłby być nikim.

       -...w naszych sercach zostanie ziejąca lodowatą pustką dziura, którą niesposób wypełnić. Pamiętam dzień, w którym się poznaliśmy; gdy jeszcze kroczyłem nieodpowiednią ścieżką i szukałem sposobu by uczynić Koszmar silniejszym. Była osamotniona - jak i ja. Więc zdecydowaliśmy się…

       Nie było dane jej posłuchać opowieści z należytą uwagą do końca, bowiem jedna sylvari zaraz się do niej dosiadła - zielonolistna sylvari, której fryzurę zwieńczały czerwone płatki formujące się w zamknięty kwiat. Wpatrzyła się w nią bez słowa czarnymi jak węgiel oczami, jakby czegoś oczekiwała. Nish wstępnie zamierzała ją zignorować; wymownie kiwnęła głową w stronę mówiącego Felvinda, ale gdy ponownie przeniosła wzrok na sylvari coś zauważyła - jej oczy nie były jednak czarne. Jej badawcze spojrzenie prześwietliło potencjalną rozmówczynię - nienaturalnie rozszerzone źrennice, z czego jedna zauważalnie mniejsza od drugiej, ‘przekrwione’ okolice kącików, drżenie niektórych roślinnych odpowiedników mięśni - jej twarz zastygła w wyrazie dziwnego napięcia. Okolice nosa były nieco lepkie od żywicy która niedawno się tamtędy sączyła. Oblicze uzdrowicielki skrzywiło się w wyrazie zatroskania zmieszanego ze współczuciem. Pytanie, czy jej rozmówczyni była po prostu za słaba by oprzeć się prymitywnym pokusom, czy mierzyła się z problemami na które brakło normalnego leku. Czyżby to była…
       - Mak? - Nish wyciągnęła w jej stronę dłoń. Tamta jakby tego nie zauważyła; przesunęła się tak by spojrzeć na lewy profil Nish, ten który przy bliższym przyjrzeniu się nosił ślady potyczki z wiwerną w Sercu Cierni.
       - T-tak. To ja. - odezwała się z wyraźnym przejęciem w głosie - Ty jesteś…
       - Ró… - Nish nie miała jak dokończyć; sylvari jej przerwała szeregiem krótkich słów, łapiąc ją za rękę z siłą, której by się nie spodziewała:
       - Lisica. Ślepota. Noc. Świt. Wilki… Szczenięta. Martwe. Trzask. Pęknięcie… Co pęka?! Powiedz, co pęka… Nie widzę - sylvari jakby opadła z sił; Nish mogła wyszarpnąć rękę. Mak spuściła wzrok i zakryła uszy. Zakołysała się w przód i w tył - Nieważne. Nie zobaczę.
       - Nie rozumiem - Nish zmarszczyła czoło. Po raz kolejny poczuła w głębi siebie wstyd, że nie poświęciła wystarczająco dużo czasu zagadnieniom chorób psychicznych i wpływu używek na układ nerwowy; ale na jej niezbyt wprawne oko wyglądało to jak szaleństwo. Czy do Mak mówiły głosy, czy miała omamy albo napady lękowe - nie mogła zdiagnozować po takim krótkim fragmencie rozmowy - Muszę Ci pomóc. Chyba źle się czujesz. Potrzebujesz...
       - Nie. W porządku - odezwała się całkiem rzeczowo, znów przerywając Nish. Sapnęła ciężko i oparła drżące dłonie o nieco mniej drżące kolana, wlepiając wzrok w sklepienie; unikała krzyżowania wzroku z Nisheerą - Ja… Przygotuję się. Przyjdź za kilka dni… Będę miała w sobie siłę. Lisico. Pomożesz. Wytłumaczę.
       - Ja…
       - Nie mów nic. Dźwięk boli.

       Nish bez słowa przesunęła dłoń w stronę czoła sylvari. Pokryta kroplami leczniczej rosy przyniosła ukojenie zielonej sylvari, która zaczęła nieco lżej oddychać i nieco mniej się trząść. Nikt nie zwrócił na to uwagi, bowiem właśnie wnoszono poczęstunek, a Felvind kończył swoją opowieść:

       - ...wtedy podjęła decyzję - wybiegła w stronę tych Koszmarytów pod wodzą Rycerza Mroźnych Wichrów. I rzuciła mu rękawicę za to jak potraktował naszego Uzdrowiciela. Rycerz podjął jej wyzwanie. Właśnie w tamtym miejscu. Eks-rycerz Iskier nie klęknął; wicher nie zdołał zdławić jej płomienia. Pamiętacie, jak zazwyczaj walczyła - jakby ta walka miała być jej ostatnią. Zwyciężyłaby, ale zgubił ją jej szacunek do przeciwnika - gdy wytrąciła mu broń z ręki, uznała pojedynek za zakończony. Ale jak wiecie ostatnim, co widział nasz przyjaciel Fearish, była strzała z trucizną wbita w jej plecy wypuszczona przez jednego z popleczników Koszmaryty, przerażonego przegraną brata. Powtórzę to - nie winię Fearisha za niedopilnowanie sprawy - ale teraz wiemy, że w pojedynku nie zabił jej - zostawił ją na skraju śmierci. Odnaleźli ją nasi bracia i siostry z Gaju i próbowali ją ocalić, niestety nadaremnie - było za późno. Tak właśnie do Ogrodu trafił ktoś, kto powinien znaleźć się tu już dawno. Róża.

       Nish delikatnie skinęła głową, bowiem reszta się na nią obejrzała. Nie musiała udawać speszonej - nie znosiła nadmiaru niechcianej uwagi, tym bardziej, że nie uważała tego za nobilitujące. Felvind czynił z niej gwiazdę. Może próbował okazać jej szacunek… Ale w świetle ich poprzednich rozmów jej niechęć się pogłębiła - robił to wszystko i łgał, przekonany że Nish zabiła sylvari zamiast ją ratować. Wzrok utkwiony w podłożu ocalił Nish od strzelania lodowatymi spojrzeniami po gromadzie.

       - Żałuję, że nie mogłam zrobić dla niej więcej… Żałuję, że znałyśmy się tak krótko. Ale zaufała mi na tyle, by opowiedzieć mi o Was. Napijmy się… Za jej pamięć. By nie przeminęła. - Nish uderzywszy w poważniejszy ton ruszyła po kielich z nektarem.
       - Za Rycerza Iskier.
       - Za Ognika.
       - Za Shireę.
       - ...

       Słowa nałożyły się na siebie wypowiedziane jednocześnie przez kilka gardeł. Pierwszy kieliszek nie zalał ogólnej niezręczności i lekkiego zdziwienia. Drugi przy kolejnym niemrawym toaście wzniesionym przez Gladiolę - wcale nie sprawił, że zrobiło się trochę lepiej. Trzeci, gdy do głosu doszli Przyjaciele Ogrodu - Nish już sobie podarowała i odeszła nieco na bok, by przyjrzeć się gromadzie, lecz nic nie zwróciło jej uwagi. Akurat gdy uwaga większości została pochłonięta przez przekąski Nish postanowiła odejść. Dotarło do niej, że bez pomocy Aeshri nie odnajdzie się tutaj, a nie miała czasu na rozgryzanie każdej z osobna. Dziwne charaktery, nieadekwatność zachowania do sytuacji, jakieś poematy, a do tego ta Mak... Choć jej ciemnokora towarzyszka miała pstro w głowie, mogła być użyteczna. Pora zaplanować spotkanie.

       Przed wyjściem z Mogiły warował Ruta, rosły ogar Felvinda. Podniósł spojrzenie swoich ślepiów na sylvari i zebrał się pomału do siadu. Nish tknięta jakąś dziwną myślą, dziwnym wspomnieniem zapisków o próbach resocjalizacji Koszmarnych Ogarów wyciągnęła dłoń w stronę Ruty by dać mu ją powąchać, a później spróbować pogłaskać. Dzielny, teoretycznie nieustraszony ogar szkolony by bardziej bać się właściciela niż dowolnego niebezpieczeństwa na widok zbliżającej się dłoni obnażył kły i nastroszył kolce na grzbiecie, by później… Podkulić ogon i umknąć w stronę Ogrodu, jakby jednak się czegoś bał. Nish powiodła za nim zamyślona spojrzeniem, nim zdecydowała się ruszyć w stronę Drogowskazu. Pierwsze i, czego Nish nie miała prawa przewidzieć już ostatnie spotkanie w takim gronie przyniosło same pytania, a żadnych odpowiedzi. A najważniejszym z nich było - czy warto zostawiać gildię i ignorować wyprawę do Elony, która miała służyć powstrzymaniu Plagi Skarabeuszy Palawy Joko dla zbadania takiej sprawy? Jakiegoś domu wariatów, farsy i groteski? Ani nie był to Dwór Koszmarytów, ani ogromne niebezpieczeństwo dla Tyrii, ani gildia najemnicza. Tylko tandeta, groteska, choroby psychiczne i jakaś... Oderwana od rzeczywistości i świata banda. A do tego kłamstwo goniące kłamstwo. Nish nie mogła się oprzeć wrażeniu, że wie nawet mniej niż wydawało jej się że wie - nawet o przeszłości Aeshri, którą próbował przybliżyć jej Felvind. Była pewna tylko jednego - że w szeregi Ligi wepchnęła Koszmarytkę i to nie byle jaką - Eks-rycerza Iskier. Musiała zaczerpnąć o niej informacji.

Nisheera

  • Vyvanse.6830
  • Radny
  • *****
  • Wiadomości: 892
  • Płeć: Kobieta
Spoiler: Krótkie wprowadzenie nr 2 • pokaż

Minął ponad rok od ostatniego opowiadania, ale do pewnych rzeczy warto czasem powrócić. Dziewczęta już poznaliście na eventach. Wprawdzie w uszczuplonym składzie, ale zawsze - jakoś. Stąd zrodziła się w mojej głowie ochota do powrotu do porzuconej historii, której tylko fragmenty gdzieś przemycałam podczas RP na spontanach.

Gwoli przypomnienia: czas wydarzeń to listopad 2018 - styczeń 2019, zanim Nisheera została Opiekunką Ligi, mniej więcej w czasie gdy w fabule przeprowadzaliśmy serię "Plaga". Od tego rozdziału fragmenty rozmowy Nish i Aeshri są osadzone w czasie przed pozostałymi wydarzeniami opowiadań



Rozdział trzeci
w którym Aeshri musi zdradzić jeden ze swoich sekretów, a Nish w słusznej sprawie sięga po alkohol


        Nish wpatrywała się chwilę w Aeshri bardzo przenikliwym spojrzeniem. Zazwyczaj niewielu wytrzymywało długo bez odwracania wzroku albo chociaż powiedzenia czegoś wymijającego, nie inaczej było tym razem.

        - No co tak patrzysz? Naprawdę nie wiem, co z Tulipan. Wiem tylko tyle, że z jakiegoś powodu ostatnio mnie ocaliła w swoim stylu, choć chyba po raz pierwszy nie wypełniła jasnego rozkazu tak do końca, jak się należy. Bo ona jest bardzo posłuszna Felvindowi. Jak jego wierny piesek - Aesh wywróciła ślepiami.
        - Doceniam szczerość, "Rycerzu Iskier" - Nish położyła większy nacisk na dwa ostatnie wyrazy, mimo, że uprzejmie skinęła głową rozmówczyni dało się słyszeć w jej tonie pewien przytyk. Nadszedł moment, na to, by delikatnie zaatakować rozmówczynię poznaną kilka dni temu informacją - Tym bardziej, że daję Ci nowe życie wśród osób, które kocham. Mojej rodziny.
        - Nie ma sprawy - Aesh zwyczajnie wzruszyła ramionami, ale nie spodobało jej się sprowadzenie rozmowy na te tory. Nabierając więcej ciasta rozejrzała się dyskretnie na boki i wróciła spojrzeniem na Nish. Zrobiła się bardziej uszczypliwa - Tak, nazywali mnie Rycerzem Iskier. Tak, było to jeszcze za czasów, gdy Felvind był Baronem. Służyłam mu jako jego osobista ochrona. Nie, nie rozdawałam ulotek rekrutacyjnych, nie organizowałam rajdów na wioski, nie zabijałam Śniących, a do tego przyłożyłam rękę do zabicia Hrabiny Phorii i rozpadu Dworu księżnej Mahamuyer. Jeszcze jakieś pytania?
        - Zabiłaś hrabinę Zatrucia...? - Nish mocno zaskoczyło, w jakim torze poszła ta rozmowa.
        - Tak. Połączyłam siły z Rycerzem Jadu, gdy Felvind stracił pazura i zapragnął wyrwać się z dworu. Zacząć coś nowego. Więc... Zrobiliśmy to. Razem. To też i to nie raz. Uwielbiałam jego podejście do Koszmaru. - przyłożyła dłoń do  serca. Mówiła dość cicho, acz rozglądała się czasem, czy nikt niepowołany nie stoi zbyt blisko stolika. Wydawała się mimo wszystko emanować  - Pełne wolności - chcesz to idziesz za nim, nie chcesz to trudno, bądź Śniącym, Niemym, cokolwiek, ale żyj. Nie jakiś pieprzony fanatyzm na siłę. Ale tak naprawdę... Między nami Ish, ja nigdy tego nie czułam.
        - Nie odwzajemniłaś tej miłości? - Nish delikatnie przekrzywiła głowę, ale miała bardzo ostrożny ton. Nie chciała zranić Aeshri, skoro ta zaczęła się przed nią tak otwierać. Różniły się, to prawda, ale rozmówczynię należało bardzo ostrożnie popychać ku kolejnym wyznaniom i brać poprawkę na jej uczucia. Nie chciała też się zdradzić z ewentualnym poddawaniem jej słów w wątpliwość i brakiem wiary w pełną jej szczerość.
        - Ach nie o to chodzi - wiedział na co się pisze spotykając się ze mną.  Obiecałam lojalność Felvindowi, więc to za nim poszłam wtedy. A na myśli miałam teraz, że... Ja nigdy nie czułam tego całego koszmaru, cholera, ja kocham przyjemności, uwielbiam gdy jest miło, absolutnie nie mam ochoty zasmradzać Snu tą całą negatywną otoczką. Życie dość kopie w dupę, by zobaczyć jego wszystkie kolory bez pomocy koszmarnych rytuałów Kruszynko, ale chyba nie muszę Ci tego mówić - widelczyk z nabranym fragmentem ciastka wylądował w końcu w jej buzi.

        Coś podpowiadało Nisheerze, że Aeshri mówi prawdę. Ciemnokora elementalistka była lekko zdenerwowana, ale mówiła o rzeczach, za którymi być może odrobinę tęskniła, a które chcąc nie chcąc nieco bolały. Wiele ze słów, które właśnie wypowiedziała mocno utkwiły w głowie Nisheery. Wróciło wspomnienie. Kopniak w nerki, powalenie, obrót, przyduszenie do ziemi, zablokowanie sprawnej ręki oponentki; powolne przysuwanie roziskrzonej błyskawicami dłoni w okolice mostka i pytanio-polecenie zawieszone w powietrzu: "Jakieś ostatnie słowa?". I jej odpowiedź, proste słowa, które sprowadziły Nish natychmiast do zdrowych zmysłów: "Najdroższa Matko [...]". To nie była łatwa sytuacja dla uzdrowicielki, ale okazała jej łaskę. Co więcej, teraz jej słowa o tym, że nie czuje takiego parcia na szerzenie koszmaru, to było coś... Niezwykłego i nieprawdopodobnego.  Nish starała się zdroworozsądkowo wziąć je na dystans i założyć, że Aesh mówi jej rzeczy, które sylvari chce usłyszeć, ale nie szło łatwo szczególnie z podszeptami intuicji.

        - Zacięłaś się Kruszynko? Mam mówić wolniej? - Aesh wycelowała w Nish widelczykiem. Już wyglądała i mówiła całkowicie normalnie, jakby chwilę temu nie powiedziała nic, co mogłoby zachwiać opinią Nisheery na jej temat.
        - Nie, nie, w porządku. - bladolistna zmieszała się odrobinę - Wybacz uszczypliwość i wątpliwości, ale to przez to, że nie chciałabym załatwiać Twoich osobistych porachunków z dziewczętami jak ślepe narzędzie, skoro idę tam głównie po to, by dowiedzieć się więcej. Nie oceniasz aby niektórych dziewcząt zbyt surowo? Choćby Aster.
        - Ach, Aster... No dobra, może faktycznie przesadziłam - Aesh rzuciła niefrasobliwie. Nish po tych słowach wewnętrznie umarła na chwilę tym bardziej że piromanka zasugerowała, że mogła maczać palce w jej "śmierci", ale Aesh niezrażona kontynuowała - Aster jest... Była świetną łuczniczką i technikiem. Wlazłaby dosłownie wszędzie, ale gdy oberwała na jednym zadaniu solidnie w nogę, a noga źle jej się zrosła to zmieniła się nie do poznania. Faktycznie dalej gra na instrumentach, wydaje się być życzliwa, pogodna, ale pcha się do centrum uwagi i chce być gwiazdą. Nawet myślałam, czy nie chce iść do uzdrowiciela z tą nogą dlatego, że jak się wyleczy to wszyscy przestaną wokół niej skakać? - Aesh wzruszyła ramionami - Startowała do Felvinda i też chciała wydrzeć nieco uwagi Mistrza dla siebie. No i zdecydowanie liczyła na adorację z jego strony. Ja jestem gotowa na dzielenie się, ale Aster nie do końca - wymaga absolutnego niepodzielnego podziwu i kocha flirt. Nie raz nie dwa z tego powodu się pokłóciłyśmy. Ona i te jej przyjaciółeczki potrafiły uprzykrzyć życie, kiedy nikt nie patrzył.
        - A jaka była przed kontuzją nogi?
        - O, odpalił Ci się tryb-uzdrowicielka? - Aesh należała do dość bystrych i domyślnych, mimo że nie znały się z Nish długo - Powodzenia w namawianiu jej na leczenie. Jest strasznym uparciuchem. Ale odpowiadając na Twoje pytanie... Aster była dziewczyną do tańca i wygłupów wtedy, kiedy można było i czuła się komfortowo, a kiedy trzeba było potrafiła się skupić na zadaniu. Pamiętam do dziś drinki z lodem, limonką, białym rumem i miętą, jakie namiętnie pijałyśmy, gdy miała dobry humor i zanim mi się naraziła. Oddana swojej sztuce, niekiedy potrafiła z Lawendą snuć pieśni bez końca póki palce nie zaczynały  krwawić od strun, a głos chrypieć. Kiedy ostatni raz tam byłam to... Aster mało śpiewała. Mało wymyślała w dołku artystycznym. Stała się uszczypliwa, wredna i zgryźliwa wobec mnie razem ze swoimi koleżaneczkami uprzykrzając mi życie, a do Felvinda szczebiotała jak kocica w rui.
        - Mhm... - Nish potarła w namyśle brodę. To co mówiła Aesh mogło być użyteczne. Niekoniecznie ten fragment o ruji. Kelner akurat podchodził do ich stolika, zatem kolejne pytanie musiało moment zaczekać.




        Nish już z lżejszym sercem przeszła przez wejście do "Mogiły". Wczorajsza rozmowa z Aeshri dała jej więcej, niż mogłaby sobie życzyć. Nieco nadziei i większej pewności, gdy wchodziła do tej paszczy piaskowego lwa, mimo licznych ostrzeżeń, które otrzymała od sylvari. Teraz obydwie czekał sprawdzian - Aesh na nieznanych ziemiach z grupą całkowicie obcych osób, Nish - w całkowicie obcym towarzystwie, w którym jednak nie była aż tak anonimowa. Nish jednak zamierzała zabrać się do sprawy wolniej niż początkowo chciała - zamierzała poznać każdą z dziewcząt z osobna i dać też szansę Rucie, a także zrozumieć, co się wydarzyło w tym miejscu, czemu tak to wygląda, dlaczego choć w Ogrodzie kwitnie wiele kwiatów, tylko mała ich część jest członkiniami i czy... Którakolwiek z dziewcząt ma tak jak Aeshri i w ogóle jak to możliwe, że Aesh taka jest mimo wielu lat w takim środowisku.
        Po całej tej rozmowie uzdrowicielka zdała sobie sprawę, że nigdy nie negowała Koszmaru samego w sobie, chyba że w ogromnym gniewie. Negowała za to okrucieństwo, fanatyzm i tortury. Negowała marionetkarzy, a nie marionetki. Stąd brała się jej cała nienawiść, zrodzona z bezsilności i złości, podsycana coraz to dramatyczniejszymi przypadkami, z którymi musiała sobie nie raz radzić w lecznicy w Gaju. Po rozmowie z Aesh nadzieja rozkwitła w jej sercu, przeganiając gdzieś mrok który je spowił z powodu jej niewiedzy, zbyt szybkiego osądu i goryczy. Naiwnie uwierzyła, że pośród ogrodu cierni odnajdzie piękne, żywe kwiaty, które zasługują na życie, a nie karę, którą musiałaby spróbować wymierzyć ze smutkiem. Zdawała sobie sprawę, że ten świat ma zdecydowanie więcej cieni niż blasków, a często biały i czarny to tylko jaśniejszy lub ciemniejszy szary - nigdzie nie było istot idealnych więc chciała zrozumieć, pojąć, dać szansę. Napędzana tą samą myślą, która ukuła ją kilka dni wcześniej - czym różniłaby się od Koszmarytów, gdyby przyjmowała ich metody krzywdząc i zabijając w zaślepieniu własnych domysłów i założeń o słabych podstawach, przystąpiła do akcji, która miała jej pomóc przejrzeć na oczy.

        Ruta czekający w przedsionku głównej sali podniósł się na równe łapy na widok Nisheery. Szczeknął ostrzegawczo i obwąchał sylvari dokładnie; Nish nie śmiała drgnąć. Mimo, że zwierzę nie zjeżyło się pojęła, że musiał wyczuć znajomą woń, szczególnie, że siedząc przed nią wąchał okolice ramion i szyi Nisheery, pamiętające pożegnanie z nader wylewną Aesh w Divinity's. Prysznic i noc najwyraźniej nie zdołały zmyć poklepywań, przytulania i niespodziewanego wzruszenia. Dzięki niech będą Matce albo z uwagi na to, że działo się to w ludzkiej stolicy - Bogom - że nikt znajomy tego nie widział. Ruta szczeknął dwukrotnie, zakręcił się wokół Nish i bez zrozumienia spojrzał na nią, wbijając ponownie nos w poprzednie miejsce. Stworzenie lekko naparło na te miejsce popychając Nish w tył i zamachnęło ogonem.
        - Ruta... Prze-estań, to łaskocze! - sylvari aż pisnęła. Nie żeby nie była odważna, ale te miejsce było naprawdę wrażliwe, co więcej Ruta mógłby jednym kłapnięciem szczęk ją zabić w tej sytuacji i żadna magia lecznicza by jej nie pomogła.

        - Co się dzieje?! - do przejścia wbiegła Gladiola. W ręku miała już swój miecz, ale zatrzymała się przed dekapitowaniem kogokolwiek. Spojrzała na sytuację i nieco ochłonęła, zaskoczona - Co Ty mu zrobiłaś? Reaguje na Ciebie niemalże jak na Piwonię, która wraca z dłuższej misji.
        - Ja.. Nie wiem, weszłam tutaj i on już tak... - Nish spróbowała się cofnąć o krok, ale Ruta najwyraźniej wziął to za hasło, by pójść za Nish. Gdy stał, z uwagi na swoją wierzchowcową wysokość w kłębie wydawał się jeszcze straszniejszy.
        - Hm. Wchodź. Wygląda na to, że nie zrobi Ci krzywdy bez komendy - Gladiola spróbowała się uśmiechnąć, ale słabo to wychodziło. Jeszcze była zła na Nish z uwagi na poprzedni pojedynek, ale Felvind musiał ją udobruchać. Chyba trafiła do niej jego bajeczka o medyczce spełniającej ostatnią wolę Piwonii.


        W towarzystwie Ruty i Gladioli, Nish trafiła do głównego pomieszczenia Mogiły, dziś bardzo opustoszałego. Znajdowały się tutaj jedynie Aster, Lawenda i Tulipan; dwie pierwsze wróciły do gry na instrumentach skoro nic się nie działo, zaś fioletowokora Tulipan wydawała się być zaalarmowana, szczególnie widokiem dosłownie przyklejonego do Nisheery.

        - Ruta, fe. Zostaw - Tulipan zrugała ogara. Stworzenie wcześniej z ogonem wysoko w górze natychmiast usiadło podkulając ogon. Sylvari wróciła wzrokiem do Nish, która mogła w końcu odetchnąć głębiej oraz do Gladioli - Gladiolo, upewnij się że wrota są dobrze zamknięte. Różo, Felvind wlaśnie wypoczywa, zatem nie radzę go niepokoić, ale dam mu znać że jesteś tak prędko jak to możliwe. Witaj ponownie w naszych skromnych progach. Właściwie to czuj się jak u siebie, teraz to też Twój dom. Zjesz coś? Napijesz się czegoś?
        - Nie, dzięki. Jadłam u siebie. Pomyślałam że wpadnę, że załapię się na koncert Aster i Lawendy. Jakoś... Wcześniej po tym wszystkim miałam zbyt skołotane nerwy na muzykę. - zerknęła krótko na Gladiolę, gdy ta odchodziła i już była poza zasięgiem słuchu - Choć w gruncie rzeczy... Może później się napijemy w szerszym gronie? Mam ochotę na mohito, przyniosłam rum i świeżą miętę oraz limonkę - dotknęła swojej torby. Szkło zadzwoniło przyjemnie sugerując, że na pewno jest tam butelka i coś więcej.
        - To nie do końca mój trunek i mój sposób na rozrywkę - Tulipan uniosła dłonie w obronnym geście - Ale Aster na pewno będzie chętna. Jakbyś czegoś potrzebowała to daj znać.
        - Oczywiście. Twoja gościnność jest czymś bardzo miłym z Twojej strony, trochę pomaga się to odnaleźć - Nish skinęła delikatnie głową Tulipan. Krótko zerknęła na Rutę i aż się jej zrobiło żal ogara. Mimo to ruszyła w stronę Aster i Firletki.


        Dziewczęta siedziały na kocach. Lawenda przygrywała na harfie, zaś Aster - na lutni. Szarpane struny obu dobrze nastrojonych instrumentów wydawały śliczne dźwięki, zgrywające się ze sobą harmonijnie w całkiem przyjemnym dla ucha utworze, którego podchodząca Nish nie kojarzyła. Raz dziewczęta uderzały w wyższe tony, raz w niższe dźwięki. Melodia nie urwała, się, nawet gdy przyuważyły uzdrowicielkę, tylko ciągnęła się dalej, acz ciszej. Lawenda mocno się jednak speszyła i szarpnęła za złe struny, myląc się i później znowu i jeszcze raz. Pociemniała na policzkach.

        - R-r-róża. - Lawenda skinęła jej głową witając się. Jakby nie było tego widać wystarczająco, to jej zawstydzenie było wręcz przytłaczająco silne.
        - Och. Kopnął nas zaszczyt - Aster wymierzyła kuksańca Lawendzie - Zachowuj się moja droga. Legenda ożyła. A ja niedawno miałam okazję ubierać tę legendę. Swoją drogą kochana, powinnaś częściej nosić takie eleganckie ubrania. Byłoby Ci ślicznie w dekoltach - zwróciła się do Nish i mrugnęła do niej. Wydawała się być życzliwa.
        - Dziękuję, ale na razie nie zanosi się. A wy prześlicznie gracie. Wybaczcie, że nie pogratulowałam po pogrzebie pięknego akompaniamentu, ale byłam odrobinę… Przytłoczona. Przyniosłam przeprosinowo komponenty do mohito.
        - Mohito? Czytasz mi w myślach kochana. Lawenda, odkładamy instrumenty. Pijemy. Wyluzowałabyś, ona już jest swoja. Chrzanić to, że zakładałam się, że przegra z Gladiolą.
        - Um.. Alkohol? Nie wiem czy powinn… - Lawenda umilkła, widząc spojrzenie Aster. Lekko się skuliła - Dobrze, napijmy się.
        - Nic się nie stało, sama pewnie też bym robiła zakłady. - Nish uspokoiła Aster; podobnie uspokajającym tonem zwróciła się do Lawendy - Spokojnie, nic na siłę. Mogę też zaparzyć herbatę...
        - Ach, herbata. Lawenda, musisz się rozerwać czasem. Dawaj te mohito. - Aster ucięła rozmowę natychmiast. Szklanki, magia lodu Nish, limonki i rum poszły w ruch.




        Po niecałej półtoragodzinie flaszka nie była jeszcze pusta, ale towarzystwo do picia było już niepełne. Lawenda drzemała pod drzewem, wcześniej najwyraźniej miała swój powód by odmawiać alkoholu - bardzo słabą głowę. Aster, chyba kompletnie odzwyczajona od częstego picia była mocno wstawiona, zaś Nish słabiej - trzymała się nieźle, głównie dzięki kreatywności w rozlewaniu trunku. Wcześniejsze rozmowy toczyły się praktycznie o niczym - o pogodzie, o muzyce, o instrumentach, pośladkach samców odwiedzających zazwyczaj Ogród. Mówiła przede wszystkim Aster - Nish zaś potakiwała, reagowała żywo na wszystko co sylvari mówiła darząc ją niepodzielnym zainteresowaniem od momentu w którym Lawenda odpłynęła i zdążyły ją ułożyć wygodnie. Uzdrowicielka nie chciała niczego przyspieszać, ale wyglądało na to, że nie musiała.

        - Ale Ty jednak jestesz fajna, wiesz? - Aster lekko złapała Nish za przedramię. - Bo ja myszlałam, że przyjdziesz i będżesz gwiazda. A tu proszę. Jak swojaczka. Przychodzi. Dba o nasz. I jeszcze nawet Gladiolkę naszą narwaną traktuje jakby nic się nie stało…!
        - Asteer. Weź no przestań, gdzie ja, gwiazda. To wy jesteeście tu gwiazdy! - Nish umiarkowanie przeciągała samogłoski. Co jak co, ale uznała, że nie ukrywając, że jest lekko wstawiona wyda się bardziej szczera - Czemu nie występujesz na wielkich scenaach?! Masz głos i talent dziewczyyno.
        - Aach. - Aster uciekła wzrokiem w górę - Chciałabym. Ale wszystko sztracone kochaaana. Jestem szkazana na te miejscze. Nigdzie mnie nie zechcą.
        - Ale jak too? Ja wierzę w wolność jednostki! - Nish uniosła palec wyżej.
        - Słuchaj… Ja najpierw byłam Ogrodnikiem. Technologiczną! Ale potem pokochałam śpiew, byłam wielka, mogłam być wielka. Śpiewałam głównie w Gaju. Kochali mnie, wiesz? Nazywałam się… Nieważne jak się nazywałam. To nie wróci. Ważne, że tamtego dnia jechałam do Mabon na koncert. No i wtedy już się szkończyła wolność jednostki.
        - Kooszmaryci? - Nish spytała z wyraźnie słyszalnym smutkiem.
        - Tak… I wtedy szysko zostało przekreślone. Ja pamiętam… I już nie trafiłam na konczert. Tylko do kokonu. Jednego, drugiego. Sztraciłam rachubę. A potem Felvind dał mi dom. Grono szłuchaczy - wskazała wokół - Więczej nie mogę chczeć.
        - Oj, Asteer… - Nish delikatnie poklepała sylvari po ramieniu - Czy masz napisane na czole, kogo z Ciebie zrobili? Czy każdy wszędzie to zobaaczy?
        - Ale ja nie mogę! Nie sz tako nogą i... Szłabym repertuarę. I w tych łachach, och, kiedy ja miałam ostatnio nową szuknię! Zresztą, Felvind by nie chciał żebym stąd odeszła.
        - Na Felvinda nie pooradzę, ale Aster, jedno słowo i jak wytrzeźwiejemy, zajmę się Twoją nogą. Będzie jak nowa w mniej niż tydzień. Ile się już tak męczysz?
        - Z szezon będzie… Może dłużej. Ale sztraciliśmy naszego medyka, no nie było jak. A wcześniej to… No myszlałam, że się zagoi samo dobrze - westchnęła. Przejechała dłonią po twarzy - Ja szię boję. Boję szię jak cholera.
        - Czego, Aster? - Nish polała jej kolejnego drinka. Powoli przysunęła w jej stronę szklankę, bezbłędnie formując jeszcze kostki lodu między palcami by uzupełnić mohito. Obserwowała przy tym uważnie dziewczynę. Nie była pewna, czy to nie jakaś bajeczka, ale przez cały czas dbała o to, by Aster czuła się rozumiana, słuchana i podziwiana za swój kunszt, a do tego by ją zapewnić, że nie zamierza odebrać jej blasku i uwagi. Sylvari nie miała powodu, by jeszcze bardziej kupować uwagę Nisheery wymyślonymi historyjkami, zresztą była pijana. To ostatecznie utwierdziło Nish w przekonaniu, że powinna jej uwierzyć.

        - Dżękuję, kochana. - różowokora dosunęła sobie drinka. - Boję się, że jak to ruszę to już nigdy nie sztanę na nogi. To ja już wolę kuśtykać.
        - Asteer, mam ogromne doświadczenie. Podejmę się tego, jak pozwolisz. Leczyłam w szpitalach polowych. W Askalonie, w Elonie, nawet w lecznicy w Gaju. Wszystko. A źle zrośnięte nogi naprawiałam niezliczoną ilość razy. - Nish uderzyła się w pierś. Gdy poważniała, jej głos wracał do normy - Może nie mam 15 lat praktyki, tylko 6, ale możesz mi zaufać.
        - Tej Elonie z pieśni “Elońskie dziewczyny”?! - Aster ewidentnie najbardziej zainteresowało to zagadnienie - “Żegnajcie nam dziś, elońskie dziewczyny. Żegnajcie nam dziś…”
        - “Marzenia ze snów. Ku brzegom Kryteńskim już ruszać nam pora, lecz kiedyś na pewno wrócimy tu znów” - odpowiedziała Nish, skinąwszy głową, przytakując. Upiła swojego drinka - Mogłabyś zobaczyć te Elońskie dziewczyny i chłopaków na własne oczy i nie tylko. Oczywiście, nie na stałe. Jak życzysz sobie zostać tutaj - w końcu to Twój dom - możesz przecież zawsze po wycieczce tu wrócić.
        - Nie mogę. Przecież mnie szukają. Ale… - wpatrywała się w Nish ogromnymi oczami - Ty. Opowiedz, jak ształaś się medyczką. Ja powiem, czy się zgodze na leczenie. Tylko szczerze! Bo ja widzę takie rzeczy.

        Nish absolutnie nie wiedziała kto szuka Aster i za co, ale obiecała sobie poruszyć ten temat później. Tym bardziej, że usłyszała kroki za sobą. Gdy się obejrzała, przyuważyła Felvinda pchanego na wózku przez Tulipan. Dwójka zatrzymała się opodal.
        - Chciał Cię ujrzeć, Różo. Mamy sprawę… - Tulipan zaczęła tłumaczyć, ale Aster zaraz jej przerwała:
        - Szwietnie! Trafiliszcie na opowieść Róży jak została medykiem! Felvind ma siedzenie najlepsze w całym Maelstrom, a Ty Tulipan siadaj, siadaj!
        - To na pewno będzie ciekawsze. Nasza sprawa może poczekać. - Felvind przyzwalająco skinął głową. Tulipan mimo niezbyt zadowolonej miny usiadła obok Aster i zerknęła na Nish, a do gromady zbliżył się też Ruta, który położył się w pewnej odległości od nich.
        - Więc… Z technologią do końca mi nie wyszło, to kosztowna dziedzina - krótko zerknęła na Felvinda. Była świadoma, że opowiadał dziewczętom, że jego “Róża” opuściła go by podążyć za zewem technologicznym i uznała, że jak przyzna się do porażki wpłynie to tylko korzystnie na jej postrzeganie. - Zajęłam się zgłębianiem tajników medycyny tradycyjnej i alchemii.Tak naprawdę poważnie wszystko zaczęło się od.. Przelotu Shatterera nad Ebonhawke. Stacjonowałam wtedy z popielcami w Posterunku Martwego Ostrza na północ od miasta… - nie dane jej było dokończyć. Aster ożywiła się:
        - Zaraz, z TYMI popielcami? Stacjonowałaś?!
        - Byli moimi przyjaciółmi. Była to banda Krwawego Legionu, banda Smoka - taką mieli nazwę, byłam przy nich dlatego, że czułam, że mogę się im przydać. W każdym razie, gdy Shatterer przeleciał nad ludzkim miastem pełnym cywili, nie mogłam stać z założonymi rękoma - ruszyłam w drogę. Przyjaciele zrozumieli ten zew, który pchał mnie do miasta, nie zatrzymywali mnie choć było to niebezpieczne. Po drodze minęłam jednak kogoś nieznajomego, komu nie zdołałabym pomóc. Widziałam, jak piętno smoka pokrywa ciało, zmuszając je do tego, by stało się więzieniem dla umęczonej zbolałej duszy. Przyspieszyłam kroku, nie potrafiłam przerwać jego cierpienia, bałam się. Naiwnie postanowiłam, że już nikt nie będzie tak cierpiał, by później gdy dotarłam do miasta… Porzucić tę myśl. Widziałam, jak składano już martwych ludzi na kilku stosach. Wspólna mogiła by ich nie pomieściła, a nie wiadomo było, czy któryś z nich nie ma w sobie odłamka, który przemieni go w sługę Kralkatorrika. Różowawy kurz pokrywał twarze ludzi, z których większość nie przejęła się tym, że przyszedł ktoś nowy. Dotarłam do stanowisk aptekarzy, medyków, szybko organizujących szpital polowy na Rynku. Potrzebne były każde ręce zdolne do pomocy - przydzielili mnie do zespołu kierowanego przez ludzką kobietę o imieniu Britt i zaczęło się. Opatrywanie, proste operacje pod okiem bardziej doświadczonych, a także te bardziej wymagające. Pracowałam bez wytchnienia innego niż te najbardziej konieczne. Rzucona na głęboką wodę. - przez całą opowieść ani raz głos Nish się nie załamał. Mówiła poważnie, bez zbędnych emocji innych niż te konieczne. Pogodziła się z tą przeszłością, nie mając nikomu, ani niczemu za złe, że tak to wyglądało w jej przypadku. Głównie zwracała się do Aster, ale czasem umykała wzrokiem na Tulipan i Felvinda.

        - Co w tym było najgorsze? - Aster nie pozwoliła ciszy zapaść na zbyt długo. Ruta postawił uszy.
        - Okropny odgłos piły tnącej kość - zupełnie, jakby właśnie cięła na drobne kawałki czyjąś przyszłość. A potem... Zabandażowane kikuty. I te dygotanie całej siebie, którego nie można było nikomu pokazać, bo trzeba było być twardym. To była sześciolatka ze zmiażdżonymi nogami. Ja przeprowadzałam zabieg. Ja postanowiłam, że nie poddam się przy jakichkolwiek nogach, póki jest nadzieja. Amputacja to ostateczność. - głos Nish zyskał na stanowczości
        - Wiesz Różo… Podjęłam decyzję. Miałasz rację. Dasz radę. Żoperuj moją nogę. Najszybczej jak szę da - Aster rzuciła całkowicie poważnie. Nietrzeźwa, ale poruszona opowieścią, szczera w swojej prośbie. Wszystko wskazywało na to, że Aeshri oceniła ją zbyt płytko i surowo.
        - Dobrze. Przygotuję Ci miejsce w lecznicy, w której pracuję najwcześniej na jutrzejsze popołudnie - Nish powstrzymała odetchnięcie ulgi; zachowała spokój, niestety nie było jej to dane na długo. Felvind chrząknął niezbyt zadowolony i rzucił stanowczo:
        - Jakakolwiek operacja  będzie musiała mieć miejsce tutaj. Ustalimy szczegóły z Różą na osobności. Zapraszam za mną, Uzdrowicielko.

        Aster spojrzała nieco spanikowana na Nisheerę, jakby coś właśnie przeskrobały zaś Tulipan podążyła za Felvindem, by popchać jego wózek. Obejrzała się na bladolistną ponaglająco, zatem Róży nie pozostało nic, poza pokazaniem Aster “okejki” i posłaniem jej pokrzepiającego spojrzenia, przed podążeniem za dwójką do gabinetu. Kłamstwem byłoby jednak rzec, że słowa Felvinda jej nie wzburzyły. Bardzo nie lubiła osób niezwiązanych z medycyną, które mądrzyły się bez rozeznania tematu. Po drodze Nisheera rozejrzała się wokół z powątpiewaniem. Do dyspozycji miała gładki kamień pełniący rolę stołu, symboliczne bądź niesymboliczne nagrobki, trawę, wydeptane ścieżki i w końcu gabinet Felvinda, w którym co najwyżej miejsce było dla kurzu i książek, a nie dla lecznicy. Oświetlenie jakie miała do dyspozycji to niebieskie słabo świecące lampy oraz lampiony. Leczyła wprawdzie w gorszych warunkach otwarte rany, przy świście pocisków z góry i hałasie artylerii w oddali, przy wszechobecnym pyle i chaosie bitwy, ale tu chodziło o ranę starą i o dziewczynę której bez problemu można by zapewnić lepsze warunki, bardziej komfortowe i dla niej jako przyszłej dochodzącej do siebie pacjentki i dla medyczki, która podejmie się tego przypadku. Dlatego też, ledwo Tulipan opuściła gabinet, Nish skupiła część wysiłków by nie zmieszać kaleki z błotem i czekała uprzejmie, aż eks mentor podejmie temat.

        - Wyczuwam Twoją irytację, Różo. Gniew jest uczuciem, które raczej nas zaślepia, zamiast pozwolić nam lepiej widzieć całą sytuację, czyż nie? Przypominasz mi odrobinę Piwonię, choć jej irytacja była dzika, ognista, pełna emocji i wybuchów. Twoja to nieposkromiony mróz, przed którym nie da się ukryć; choć nie widać go gołym okiem, to go czuć. Przeszywa aż do kości i nie wiadomo, w którą stronę umknąć. Odrzuć go, bo inaczej nie zdołamy pomówić o przyszłości Aster. - Felvind nie dał jej długo czekać - podjął temat ledwo za Tulipan zamknęły się drzwi.
        - Jestem spokojna. Lecz nie potrafię spokojnie podejść do Twojej decyzji o przeprowadzeniu operacji Aster tutaj i poddaję w wątpliwość Twoją wiedzę z zakresu medycyny i oceny ryzyka w takich kwestiach - Nish wzięła głęboki wdech i uśmiechnęła się profesjonalnie, acz wymuszenie.
        - Za to ja nie poddaję w wątpliwość Twoich umiejętności. Świetnie sobie radzisz. Chwila i Ruta Ci zaufał - już teraz chodzi za Tobą jak wierny pies, pewnie jadłby Ci z ręki. Mniej niż godzina rozmowy nawet nie na temat i przekonałaś Aster, by dała się wyleczyć, co nie udało się do tej pory żadnej z dziewczyn. - Felvind ewidentnie chwalił podopieczną. Mimo świszczącego oddechu miał miły i głęboki tembr głosu, uspokajający i nawet nieco usypiający. Nish naprawdę zaczęła się uspokajać pod jego wpływem  - Niezwykła z Ciebie osoba, moja Różo.
        - Wychowuję dwa paprotne ogary, Ruta pewnie wyczuł zapach któregoś z nich, a Aster przekonałam, bo jestem uzdrowicielką i nie robiłam tego pierwszy raz - Nish kompletnie nie potrafiła reagować na komplementy, ze względu na swoją skromność poczuła się nieco mniej pewnie. Stępiło to jej pazury. Zaskoczył ją, inaczej się przygotowała na kolejne konfrontacje z nim po poprzedniej rozmowie, choć znów przyjął bardzo uległą postawę. A może to były tylko pozory?
        - Nie możesz mieć tak niskiej samooceny. Przyznaj czasem, sama przed sobą, że jesteś świetna. - Felvind splótł palce w piramidkę i oparł się o nią. Uśmiechał się delikatnie do sylvari, która nie wyczuła od niego ani krztyny gniewu. Była skłonna mu uwierzyć, nie podważać jego czystych intencji, niemniej… Sprawa była zbyt ważna. Nie mógł jej rozpraszać pochlebstwami. Po drugie miała pełną świadomość, że siedzi przed kłamcą, który zlecił jej zabójstwo Piwonii, a resztę przekonał, że próbowała ją ocalić, a w Ogrodzie pojawiła się spełniając jej ostatnią wolę. Musiała to uciąć, bo od pochlebstw zaraz zacznie jej się odbijać.
        - Nie martw się moją samooceną. Przyznaję. Jestem dobrym uzdrowicielem, dlatego chciałabym wykonać zabieg Aster w odpowiednich warunkach z odpowiednim sprzętem. - spróbowąła ugryźć temat z innej strony.
        - Opowiedziałaś nam właśnie świetną historię ze szpitala polowego. Możesz być skuteczna również tu, tym bardziej, że pod opieką będziesz miała tylko jednego pacjenta. - słowa Felvinda wwiercały się w głowę, tym bardziej, że miał rację. Przecież naprawdę dałaby radę.
        - Czemu odmawiasz mi zabrania jej do lecznicy w Gaju? Tam sytuacja byłaby pewniejsza. Zawsze ktoś pełniłby dyżur. Miałabym wszystkie leki i opatrunki pod ręką. Czyste posłania, ciszę i spokój. - Nish przeciwstawiła się znów, acz nie z taką mocą jak na początku. Wszystko w niej krzyczało, że musi odseparować na chwilę Aster od grupy, dowiedzieć się, co jej zagraża, czemu czuje się tu tak przykuta, ale z drugiej strony nie mogła przeciągać struny już w pierwszym tygodniu.
        - To druga sprawa, jaką chciałem poruszyć. Nie chciałbym słyszeć, że namawiasz dziewczyny do opuszczenia tego miejsca. Nie są bezpieczne dla otoczenia. Pamiętaj, że są koszmarytkami. To, że Tobie się udało, nie znaczy, że one bez jakiegokolwiek nadzoru sobie poradzą w świecie. Mam pewność tylko co do Bez i Tulipan... I Ciebie. Dlatego albo zoperujesz Aster tutaj, albo wcale. - Felvind był nieugięty.
        - Chcesz mi powiedzieć, że dziewczyny zajmujące się “rekrutacją” są przykute do “Mogiły”? - Nish nie dała się i tym razem oczarować jego przekonującemu głosowi. Nie trzymało jej się to kupy.
        - Póki nie skończy się ich trening - tak. Aster jest niebezpieczna. Źle znosi traumę, byle co może ją wytrącić z równowagi, a wtedy czekałoby ją tylko więzienie Wardenów. Dlatego zakazuję Ci prowadzenia podobnych rozmów, to się źle skończy jak Cię posłuchają - ton Felvinda uległ zmianie na pełen nacisku - Potrzebuję Twojej decyzji. Operujesz tutaj, czy Aster ma pozostać kulawa?
        - Jeżeli to jedyna możliwość… Przyniosę swój sprzęt. Zacznę jutro.
        - Dobrze. Zanim pójdziesz Tulipan pokaże Ci miejsce, w którym będziesz miała dobre warunki.


        Jakkolwiek by się nie przeciwstawiła, wiedziała jednak, że nie przekona sylvariego. Nie chciała się zdradzić z nieufnością, więc po prostu skinęła głową, zgadzając się na warunek. Co jak co, ale potrzebowała życzliwości i zaufania Felvinda, skoro przeprowadzała śledztwo. Całkowicie sama. A jej przyjaciele, nieświadomi niczego wykonywali misję w odległej Elonie, w razie jej porażki w tej sprawie dowiedzą się zdecydowanie za późno.
        Nish nie wyobrażała sobie Aster, która mogłaby celowo skrzywdzić innych, chyba że technologią sylvari użytą w nieodpowiedni sposób. Przez ten moment, w którym prawdziwą twarz dziewczyny miał jej pomóc dostrzec alkohol zauważyła w niej wrażliwą artystkę, tęskniącą za sławą, którą jej odebrano nim zdążyli o niej usłyszeć w różnych miejscach. Dla Nish faktycznie momentami jej gra brzmiała jak rzępolenie, ale uzdrowicielka nie była wrażliwa na muzykę - była za to czuła na prawdziwą, nieudawaną pasję, a Aster szczerze kochała grę na instrumentach i śpiew. Na scenie czułaby się jak ryba w wodzie, a obecnie była rybą w zbyt małym zbiorniku, w którym nie zdołałaby się nawet obrócić. Ograniczano wolność dziewcząt. Choć może… Felvind naprawdę miał ku temu powód? Może naprawdę należało trzymać je z daleka od świata?
        Uzdrowicielka jednak nie pozwoliła wątpliwościom pojawić się na jej twarzy. Ani gdy żegnała się z Felvindem, ani gdy Tulipan prowadziła ją do miejsca w którym przyjdzie jej nazajutrz wykonać zabieg.




        Zabieg miał się odbyć w wyczyszczonym przez dziewczęta pomieszczeniu na drugim końcu “Mogiły”, w głębi, które wcześniej robiło za pracownię technologiczną, pełną różnych słojów, donic i próbek roślin. Spory i solidny stół warsztatowy dokładnie odkażono i dla pewności jeszcze obłożono czystym prześcieradłem przyniesionym przez uzdrowicielkę. Nish prosiła o asystę - z jakiegoś powodu do pomocy zgłosiła się Lawenda oraz… Mak. Obie kandydatki na pomoc medyczną - dziewczę, które bało się własnego cienia i oderwana od rzeczywistości ćpunka - niezbyt leżały Nisheerze, ale nie zamierzała ich natychmiast skreślać, tym bardziej, że Aster cieszyła się z ich obecności, wciąż jeszcze przytomna.

        Od czasu pierwszej amputacji, jaką musiała przeprowadzić, bardzo bała się utraty nogi lub jakiejkolwiek innej kończyny w całości. Utrata nogi lub ręki przekreśliłaby prawie wszystko - jej pracę uzdrowicielki, szczególnie w szpitalach polowych, gdzie nikt nie mógłby jej pomóc się przemieszczać albo opatrywać rannych, bo każdy miałby pełne ręce roboty, jej pasje takie jak latanie na lotniach i kitesurfing, jej karierę najemniczki. Odebrałoby jej możliwość cieszenia się z jazdy na wierzchowcu. Łapanie wiatru w pnącza i liście, może nawet czarowanie. Dlatego też odkąd pamiętała, naprawdę robiła wszystko, co w jej mocy by nikt nie musiał cierpieć w taki sposób - zgłębiała wiedzę na temat kości, kręgosłupa, mięśni, najlepszego sposobu na radzenie sobie z takimi przypadkami. Miała znajomości wśród twórców protez kończyn i dzięki tym kontaktom lepiej rozumiała również protetykę i wiedziała, po jakie księgi sięgać. Miała doświadczenie - urazy nóg, pleców, złamania były chlebem powszednim w szpitalach polowych, a do normalnych lecznic również nie przychodzono tylko z powodu przeziębień - zdarzało jej się mierzyć ze źle zrośniętymi złamaniami.

        Nish była pewna, że da z siebie wszystko i że sobie poradzi. Była przygotowana. Jedyne co budziło jej wątpliwości, to fakt, że po wykonaniu zabiegu teoretycznie zabraknie jednego z powodów, z których przyjęto ją do Ogrodu.