Autor Wątek: Nie czas żałować róż...  (Przeczytany 130 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Ez

  • Towarzysz
  • ***
  • Wiadomości: 34
  • Płeć: Mężczyzna
Nie czas żałować róż...

Obrócił się raz jeszcze w siodle, by spojrzeć ku pozostającemu w tyle płonącemu obozowisku, upewniając się, że nikogo nie zostawili za sobą. Nawet jeśli zdążył zrobić to już wcześniej, objeżdżając na Oku Burzy drugą stronę wyrwy, nie zaszkodziło się przecież upewnić raz jeszcze, prawda? Więc czemu teraz, gdy już to zrobił, zamiast pognać szakala za grupą wciąż patrzył w tamtą stronę, próbując przewiercić wzrokiem dym? Czy potrafił przekonać sam siebie, że chodziło tu teraz tylko o chronienie wszystkich przed smoczą plagą? Wymagało to od niego całej siły woli, by odwrócić się z powrotem do kierunku jazdy i spojrzeć na plecy reszty ratunkowej grupy. Ich priorytetowe zadanie właściwie zostało wykonane, sylvari z Gorlois byli bezpieczni i eskortowani daleko od zagrożenia. Gwythyr, Morann, Dianwyn... Wszyscy byli we względnym jednym kawałku. Więc czemu, czemu wciąż musiało ciągnąć go w tamtą stronę mimo tego wszystkiego? Nawet nie wiedział, kiedy jego nogi same skłoniły szakala do zwolnienia tempa i zostania nieco w tyle. Ale skoro już i tak to zrobił, co więcej mogło go zatrzymać? Przechylił się lekko w bok, kierując wierzchowca ku południowemu-wschodowi i popędził go ponownie do biegu.
To było prawie jak szukanie omacku, przy wszechobecnym dymie i kamienistym terenie próżno było szukać śladów. Gdyby nie widział, że odjeżdżała w tą stronę, pewnie nie wiedziałby nawet, gdzie zacząć poszukiwania, a tak, zbliżając się do stromych, skalnych ścian, gdzie dym już nieco się przerzedzał, usłyszał wpierw jeden, a potem drugi głos, choć nie potrafił jeszcze rozróżnić słów. Zwolnił więc tempa, kierując się w tamtą stronę, by dostrzec wśród dymu sylwetki raptora i dwóch postaci, z których jedna siedziała oparta plecami o ścianę, a druga klęczała przy jej nogach.
- ...szczęście, że na tym się skończyło - usłyszał znajomy głos. Dłoń różowej sylvari emanowała ciepłym światłem, które spływało na zbroczoną żółtymi sokami łydkę i stopę jej towarzyszki. Druga z Koszmarytek, mimo bólu, nie przestawała się krzywo uśmiechać, patrząc przed siebie. Albo też zagryzała zęby, bo gdy otworzyła usta, by odezwać się na widok zbliżającego się w dymie sporego kształtu, uleciał z nich wpierw syk bólu, a potem niewyraźne ostrzeżenie. Przywódczyni odwróciła się dość gwałtownie, jedną dłonią sięgając ku toporowi, ale na widok jeźdźca i jego szakala zatrzymała się w pół ruchu. Przez chwilę zdawać się mogło, że wyraz jej twarzy złagodniał, ale zaraz na jej usta wpłynął szerszy, bardziej kpiący uśmiech.
- Ach, to ty. Nie musisz się chować za maskami. - Rozluźniona, odwróciła się z powrotem do podwładnej, unosząc dłoń i zaczynając coś rysować w powietrzu. Wyrysowany glif zalśnił po chwili, a fala magii pomknęła ku opartej o ścianę sylvari, pozbawiając ją resztek przytomności. Bezwładne ciało Mervyn osunęło się nieco po ścianie. Różowa opuściła dłoń. - I tak zdążyłam zauważyć, że to ty, Kerrianie.
Revenant wstrzymał szakala kilka metrów od Koszmarytek, nie odpowiadając nic. Nie potrafiąc odnaleźć własnego głosu w gardle i jakichkolwiek słów w głowie. Nie powinien był za nią jechać w pierwszej kolejności, a teraz jej głos, tak słodki i znajomy, brzmiał jednocześnie tak boleśnie gorzko w jego uszach. Sylvari gwizdnęła na swojego raptora, który zbliżył się do niej powoli, i skłoniła go do siadu. Przysunęła się do Mervyn, chcąc zarzucić sobie jej rękę wokół szyi.
- I co? Będziesz teraz tak milczał? Ostatnim razem miałeś więcej do powiedzenia. Pomyślałby kto, że przez te... trzy lata zapomniałeś języka w gębie, ale na pewno słyszałam cię tam przy Drogowskazie. - Złapała podwładną wokół talii i z widocznym trudem zaczęła podnosić ją z ziemi. Kerrian wahał się chwilę, ale zaraz zeskoczył z szakala i podszedł do dwójki szybkim krokiem, chcąc pomóc różowej przy Mervyn. Mimo że sytuacja nie była wesoła, czuł jej rozbawienie, gdy we dwójkę wsadzali nieprzytomną Koszmarytkę na siodło raptora. A to zupełnie nie pomagało mu pozbierać myśli.
- Kerri... - zaczęła, czując wzbierające w nim emocje.
- Jun - przerwał jej, spoglądając na nią przez szybkę w masce. Ciężko było mu to przed nią ukryć. Tęsknotę, żal, smutek... Gorycz. Wyglądało na to, że nieważne jak długo starał się zapomnieć, wciąż nie mógł. Nawet kiedy nie była już taką samą sobą... A przecież tak bardzo się starał zostawić te uczucia w przeszłości. A ona uniosła dłoń i zastukała palcem w szybę jego maski, uśmiechając się łagodnie.
- Rozpaczasz co najmniej tak, jakbym umarła. A przecież ciągle tu jestem, prawda? - Przejechała palcami w dół maski, w stronę piersi Kerriana, gdzie zatrzymała dłoń, opierając ją całą. - I nadal możemy być razem. Jestem teraz Rycerzem, mam sporo do gadania. Mógłbyś dołączyć do nas. Do mnie. Moglibyśmy znów...
- Kerrian!
Oboje odwrócili twarze w stronę głosu momentalnie. Przytłumione wołanie powtórzyło się raz, potem drugi. Revenant patrzył przez chwilę w tamtą stronę, zawieszony, po czym potrząsnął lekko głową i spojrzał na kobietę, która cofnęła dłoń.
- Chyba nigdy nie będzie nam dane porozmawiać w spokoju - stwierdziła z rozbawioną nutą, wracając do swojego wierzchowca i wskakując na jego grzbiet, by usadowić się za Mervyn. - Ale może następnym razem będziesz już wiedział, czego chcesz. Jedź, szukają cię w końcu - popędziła go, sama zachęcając raptora do powstania lekkim ruchem lejców. Mężczyzna patrzył na nią jeszcze chwilę, nim w końcu zacisnął dłonie w pięści, rugając siebie samego w środku. Odwrócił się na pięcie, szybkim krokiem wrócił do szakala i wskoczył na jego grzbiet, by z trzaskiem błyskawicy ruszyć w drogę powrotną w nastroju jeszcze gorszym i bardziej skomplikowanym od tego, w którym był, wjeżdżając na podnóża wulkanu.

***

- Możesz iść już odpocząć, ja się zajmę resztą.
Odwrócił głowę, by skierować wciąż pochmurne spojrzenie na Anwylla, którego dłoń wylądowała teraz na jego ramieniu. Mimo rozbawienia widniejącego niezmiennie na jego twarzy, i do niego musiało już docierać zmęczenie poprzedniej nocy, bo ruchy miał bardziej ospałe, a jego oczy straciły nieco ze swojego zwyczajowego blasku. Kerrian pokręcił lekko głową.
- Zasłużyłeś nie mniej, też zostanę.
- Nie kręć mi tu głową, tylko idź, bo zejdzie jeszcze dłużej. Złożę tylko raport i też kończę.
- Powinienem pójść z tobą, też tam byłem.
Anwyll westchnął, przewracając oczami na tą upartość i przecierając dłonią lewą stronę twarzy.
- Za słaba aluzja? Chyba już nie mam głowy do tego teraz - zaśmiał się nieco drętwo, klepiąc Kerriana po ramieniu. - I ty chyba też nie, co? Wydajesz się nieco... nie w nastroju. Wiesz, co mam na myśli. Jak potrzebujesz trochę czasu sam na ochłonięcie czy poukładanie sobie czegoś, no to idź. Nie, żebym cię wyganiał, bo nie chcę cię tutaj - dodał zaraz, unosząc dłonie w obronnym geście z nieco głupkowatym uśmiechem. - Ale wiesz...
Revenant wziąwszy głębszy oddech, odwrócił się do towarzysza i tym razem to on sięgnął ręką ramienia drugiego, zatrzymując go w pół zdania. Wiedział - albo przynajmniej mógł się domyślać - że Anwyll wyczuwa jego podły nastrój, bo on sam czuł zmartwienie płynące od Wardena.
- Wiem. Masz rację. Dzięki - dodał jeszcze po chwili. - Zorganizować jakieś jedzenie?
- Wolałbym sam ugotować, nawet śpiąc na stojąco. Kupne jedzenie... - prychnął Anwyll, zakładając ramiona na piersi. - A poza tym, miałeś zająć się sobą - przypomniał mu, unosząc wyżej liściaste brwi. - A ja idę złożyć ten raport zanim obaj rzeczywiście tak pośniemy, prowadząc gadki-szmatki - stwierdził, opuszczając ręce i rzeczywiście opuszczając teren szpitala w Gaju, by udać się do kwater głównych Wardenów. Kerrian wyszedł zaraz za nim.
- Śmieszne, ale kiedyś pewnie tylko byś coś burknął pod nosem i tyle z rozmowy. Jak ten świat się zmienia.
- ...Poczekam przy Ogrodach Nocy - stwierdził tylko revenant w odpowiedzi na ten komentarz, na co Anwyll uraczył go rozbawionym spojrzeniem na odchodne.

***

- ...Nie za dużo tego pieprzu? - odezwał się Kerrian, przerywając ciszę, w której wpatrywał się w Anwylla kręcącego się przy kuchni ze swojego miejsca po drugiej stronie stołu. Warden drgnął, wyrwany z myśli i dość automatycznego trybu gotowania. Spojrzał w stronę garnka, wydał z siebie trudny do określenia dźwięk niezadowolenia i sięgnął po łyżkę, żeby zebrać nadmiar przyprawy z wierzchu zupy.
- Zamyśliłem się - przyznał. - Pewnie się domyślasz, o czym, ale w sumie i tak ci powiem. Nie żebym chciał się za bardzo interesować czy coś, ale... to chyba nie była pierwsza lepsza Koszmarytka, co? Nie musisz odpowiadać ani nic, po prostu... przed taką o byś nie próbował się schować. No chyba że coś się zmieniło od ostatniego czasu i teraz chowasz się przed każdym Koszmarytą, ale w to akurat wątpię - kontynuował, opłukując łyżkę pod strumieniem wody i mieszając w uratowanej zupie.
Kerrian wziął głębszy oddech i opuścił wzrok na pusty kubek po herbacie, który teraz przed nim stał. Zdążył się już w większości otrząsnąć po tym niespodziewanym spotkaniu pod wulkanem, przynajmniej zewnętrznie, ale wcale nie znaczyło to, że chętnie wszystko opowie, nawet staremu znajomemu.
- Nie, nie była pierwsza lepsza - odpowiedział więc tylko dość ogólnikowo. Anwyll chwilę jeszcze czekał, czy może ten nie zdecyduje się dopowiedzieć czegoś więcej, nim mruknął:
- Mmhm. Tak podejrzewałem, jak pojechała z nami - stwierdził całkiem luźno, choć dość intensywnie zastanawiał się, jak wydobyć z drugiego sylvari jakieś informacje, nie płosząc go za bardzo pytaniami. - Na początku myślałem, że pewnie pojechałeś sprawdzić jeszcze raz tą wioskę, jak zniknąłeś. Wiesz, jak za dawnych czasów, "nie zaszkodzi sprawdzić i trzy razy". Ale wszyscy tak spanikowali, jak tylko zorientowali się, że cię nie ma, że zaraz pognali cię szukać, dramatycznie wykrzykując twoje imię, nim zdążyłem coś powiedzieć - parsknął cicho, uśmiechając się sam do siebie. Albo do swojej zupy, w której w końcu przestał mieszać.
- Też pewnie bym spanikował, gdybym nie miał na głowie tamtych sylvari, bo pewnie zdążyłbym pomyśleć, że pewnie już tak nie robisz i to raczej anomalia. Ale na szczęście szybko wróciliście i udało mi się zachować twarz, więc... Możesz dać znać następnym razem, jak będziesz zostawał w tyle. A jak nie mi, to chociaż tym swoim kompanom, bo chyba martwili się twoim zniknięciem. Swoją drogą, nie wiedziałem, że macie też służbistów na stanie. Całkiem przyjemny gość mi się wydawał z tego popielca - gadał dalej, dopiero po chwili zauważając, że odchodzi od tematu, o który zamierzał towarzysza zaczepić, bo w międzyczasie wypadało przygotować jakieś naczynia, żeby mieć do czego zupy w ogóle nalać.
- I tak w ogóle to... Uch... - Zerknął w stronę revenanta, który zaraz podniósł na niego wzrok, czując wzbierające w towarzyszu wahanie.
- Jeśli chcesz o coś zapytać, pytaj. Najwyżej nie odpowiem.
- Pojechałeś za tą Koszmarytką wtedy?
Kerrian skinął powoli głową.
- I co...? Co potem?
- To nieważne. Ale nic im nie jest. Nie zabiłem ich, jeśli o to chodzi.
- O, nie. Nie żebym cię o to podejrzewał - zaprzeczył szybko z cichym śmiechem Anwyll. - Po prostu myślałem, że może się dowiem, czemu miałeś taki kiepski nastrój. Że walczyliście albo coś... Ale chyba nie byłbyś z Cyklu Nocy, gdybyś tak wszystko powiedział, co? - zażartował, patrząc jeszcze chwilę na Kerriana, nim odwrócił wzrok z powrotem do garnka i sięgnął, by zdjąć go z ognia. - To co, ile ci nalać?
« Ostatnia zmiana: Styczeń 21, 2021, 04:35:44 wysłana przez Ez »

Ez

  • Towarzysz
  • ***
  • Wiadomości: 34
  • Płeć: Mężczyzna
Nie tak miał wyglądać ten poranek

Spokój, szum wody, ćwierkanie budzących się do życia ptaków. Wczesnymi porankami Astorea wyglądała tak spokojnie, że aż ciężko byłoby uwierzyć, jak żywa bywała ta wioska za dnia. Kerrian jednak nie miał z obecnym jej stanem żadnego problemu, wręcz przeciwnie. Przez ostatnie dwa tygodnie bywał tu w końcu codziennie i stąd wiedział, jak przyjemnym miejscem do medytacji są okoliczne wodospady o tej porze dnia. A może wciąż nocy? Przy panującym półmroku i spokojnie śpiących mieszkańcach pewnie śmiało można było tak powiedzieć. To głównie dlatego z lekkim zdziwieniem sylvari odnotował obecność na zewnątrz kogoś innego niż strażnika na służbie, a z jeszcze większym rozpoznał, kto obecnie siedzi przed swoim domkiem w towarzystwie jarzącego się intensywną pomarańczą papierosa.
- Nie wiedziałem, że palisz - odezwał się Kerrian, zbliżywszy się do siedzącego na ławce Wardena. Wyglądało na to, że zrobił to dostatecznie cicho, bo sylvari ocknął się, wyrwany z zamyślenia, dopiero gdy revenant się odezwał. Rozejrzał się nieco nieprzytomnie, zatrzymując wzrok na znajomej sylwetce rozświetlonej różowym, pulsującym blaskiem.
- Kerrian. - Opuścił dłoń z papierosem odruchowo, nieco zmieszany jakby ktoś go przyłapał na gorącym uczynku, ale zaraz odezwał się rozbawiony, zmieniając temat dość zręcznie: - No, no. Trzy dni to ledwo ponad weekend. Chyba nie myślisz, że już wracamy do pracy? Nadal mam urlop.
Różany sylvari wpatrywał się w niego dłuższą chwilę bez słowa.
- Chyba nie widziałem do tej pory, żebyś wstawał przed dziewiątą, jeśli nie musisz. Na pewno masz wolne?
Anwyll wypuścił szybciej powietrze nosem, unosząc kąciki ust w uśmiechu.
- No popatrz, a jednak czasem mi się zdarza. Powiedzmy, że nie mogłem spać. Jak ci się nigdzie nie śpieszy, to siadaj. - Skinął głową ku miejscu na ławce obok siebie. - Nie wiedziałem za to, że ty aż tak wcześnie się zrywasz, kiedy jesteś na nogach przede mną. No wiem, że wcześnie, ale żeby aż tak?
- Zwykle nie zrywam się tak wcześnie. Spałem w ciągu dnia i po prostu nie chciało mi się już dłużej. - Po chwili zastanowienia Kerrian przystał na propozycję znajomego i przysiadł obok niego. - To po to ci ta ławka przed domem? Przychodzisz tu palić po kryjomu nocami?
- Może. A może lubię obserwować, jak Astorea budzi się do życia? - podsunął z lekkim uśmiechem, zaciągając się papierosem i po chwili wypuszczając dym w bok, żeby nie chuchać na towarzysza. - Nie no, może nie. To całkiem przyjemny widok, ale ile lat można. Chyba jednak wolę odespać swoje. No ale... co cię tu sprowadza? Bo chyba nie przyszedłeś już serio z powrotem do pracy. Musiałbyś ogarnąć sobie innego Wardena do towarzystwa na te kilka dni.
- Przyszedłem pomedytować. Właściwie miałem do ciebie zajrzeć później, jak już będziesz na nogach.
- Miło z twojej strony. Szczególnie że jakoś niespecjalnie wyszło mi złapanie ciebie... - Wskazał na Kerriana papierosem. - W tej waszej karczmie. Zaraz zacznę myśleć, że się przede mną ukrywasz. Albo wstydzisz znajomych. A nie powiem, spotkałem już kilka ciekawych osób...
- Ciekawych znaczy...? - Witkowy sylvari spojrzał wyczekująco na towarzysza, najwidoczniej oczekując jakiegoś rozwinięcia.
- Jakiś sylvari o fantomowej nodze. Sylvari pijąca piwo z wiaderka... Inny sylvari z rogami kozy. O, człowiek o czarnych białkach. To raczej niezbyt codziennie u nich, co nie?
- Chyba go kojarzę... To chyba detektyw?
- Mm. To by się zgadzało. Flo, o ile mnie pamięć nie myli. A reszty towarzystwa nie znasz? Iridy, Nae... uch. Cośtam. I Vei... Veil...? - zaczął, mrużąc oczy w skupieniu i kierując spojrzenie ku Kerrianowi, wyraźnie chcąc jakiejś podpowiedzi.
- Taki fioletowy? Veillchen. Jego znam.
- Dziwnie by było, gdyby było inaczej, on cię kojarzył - parsknął, wracając do opierania głowy o ścianę. Na wpół wypalonego papierosa po chwili namysłu zgasił o spód ławki i wrzucił do stojącej pod nią doniczki, gdzie leżały końcówki wypalonych wcześniej fajek.
- Wiesz co. Mam ochotę na chleb dyniowy - stwierdził dość losowo, jednak prostując się z nową werwą. - Zajrzyj za jakieś... trzy godzinki góra, co? Akurat będzie na późne śniadanie. Znaczy, nie wyganiam cię teraz, możesz zostać, ale chciałeś pomedytować, to wiesz, tak mówię - dodał, podnosząc się z miejsca. - Ale inaczej będziesz musiał znosić moje tragiczne śpiewanie pod nosem - zażartował, szczerząc się i przeciągając się tak przesadnie jakby z tą połówką papierosa co najmniej pół wieku siedział na ławce.
- Na pewno znaleźliby się tacy, co śpiewają gorzej - odpowiedział taktycznie Kerrian, na co Anwyll parsknął głośniejszym śmiechem.
- Żartowniś z ciebie. Przyhamuj, bo zaraz obudzę całą Astoreę. - Ruszył ku drzwiom, skąd spojrzał jeszcze na towarzysza, lecz gdy otwierał usta, by zadać pytanie, revenant go uprzedził:
- Zobaczymy się na śniadaniu.
Warden uśmiechnął się tylko na to czytanie w myślach.
- W porządku. Miłego siedzenia i rozkminania egzystencji. - Pomachał mu krótko, wchodząc do środka. Nim ten zamknął za sobą drzwi, Kerrian usłyszał jeszcze jak mówi do siebie pod nosem: - Kminania... Kmin. W sumie z kminkiem byłby chyba całkiem niezły.

***

Otworzywszy drzwi, Anwyl uśmiechnął się lekko i już miał wpuszczać towarzysza do środka, ale jego wzrok przyciągnęła butelka w jego dłoniach.
- A to co? Wymedytowałeś to pod wodospadem?
Kerrian rzucił mu tylko krótkie spojrzenie w odpowiedzi, kręcąc lekko głową na to stwierdzenie.
- Zajrzałem do Gaju. Pomyślałem, że świeży nektar będzie dobry do takiego śniadania.
- Ach, nektar. Dobry pomysł. Jakiejś odmiany od tych herbat się w końcu zachciało, co? - parsknął, wchodząc w głąb domku i ruszając do jednej z szafek, żeby wyciągnąć z niej szklanki dla nich obu. Kerrian wszedł do środka i już w progu powitał go zapach świeżo wypieczonego chleba. Zaraz zamknął drzwi za sobą by ten się nie ulatniał.
- Trzeba korzystać, kiedy jest okazja wypić świeży. Herbaty mogę napić się potem. - Podszedł do stołu i postawił na nim butelkę, zaraz zabierając się za jej odpieczętowywanie i nalewanie do szklanek, które postawił przed nim Anwyll. Sam gospodarz parsknął tylko krótko na tą herbacianą miłość i obrócił się do kuchni, gdzie na blasze stygł już chleb. Tylko jego brakowało już na stole, zastawionym naczyniami i dodatkami do pieczywa w postaci miodu, konfitur i kremu z orzechów, za którym to przepadał Warden.
- No tak. Czyli jednak, zawsze herbata. Czy to już uzależnienie? - zażartował, najwidoczniej rozbawiony samą taką możliwością. Ciepły jeszcze chleb postawił na drewnianej desce, nim przeniósł go na stół wraz z ząbkowanym nożem do pieczywa. Zaraz zabrał się za odkrajanie pierwszej kromki. Chwila prawdy, czy wszystko na pewno ładnie się upiekło i... Anwyll mógł odetchnąć z ulgą. Nie trzeba było sklecać czegoś na szybko i nie było zawodu, że obiecał taki świeży, dyniowy chleb, a nie mógłby tej obietnicy dotrzymać. Pierwszą kromkę, rzecz jasna, musiał spróbować sam, żeby być stuprocentowo pewnym, że wszystko smakuje jak należy, ale i Kerrian zaraz mógł się rozkoszować smakiem świeżo wypieczonego chleba.
- Hmm... I jak? Czujesz jakąś zmianę? - spytał Warden, przyglądając się Kerrianowi uważnie.
- Od ostatniego razu? - ten spytał po przełknięciu przeżuwanego kęsa. - Nadal jest dobry. Może trochę... nieco inny.
- Lepszy?
- Nieco... intensywniejszy? A co, zmieniłeś przepis?
- Dodałem jedną rzecz.
- Kminek? - zgadywał revenant.
Anwyll aż przerwał w pół gryza.
- No no, nie wiedziałem, że z ciebie taki znawca przypraw.
Kerrian uśmiechnął się tylko lekko pod nosem i sięgnął po konfiturę z pomarańczy.
- Słyszałem, jak mówiłeś do siebie pod nosem wcześniej.
- ...No to rzeczywiście. Teraz nie wiem, czy rzeczywiście coś czujesz, czy to efekt placebo - westchnął  Anwyll, opierając się ciężej na krześle z miną zdecydowanie nader poważną jak na takie rozkminy. - Moja wina, było nie gadać do siebie - stwierdził, sięgając po krem orzechowy.
- Następnym razem muszę pamiętać, że masz słuch jak... nie wiem, co w sumie ma aż tak dobry słuch. - Wyszczerzył się do towarzysza, zaczynając ładować sobie górę wyżej wspomnianego na kromkę. - Ale mimo wszystko nie słyszysz z tej swojej góry, jak wpadam.
- To może zajdź następnym razem, jak będziesz? - revenant zaproponował jakże proste rozwiązanie.
- I gdzie w tym zabawa? Żadnej losowości i wymuszania na mnie poznania reszty ekipy. A w sumie jak już o tej twojej drużynie mowa... Liga Sześciu Filarów, nie? Opowiedz mi coś o nich. Czemu sześć?
- ...Filarów? - dopytał Kerrian, bo to było jedyne, co mu tu pasowało do kontekstu.
- No filarów - potwierdził drugi, na chwilę jednak się zaraz zatrzymując ze swoim smarowaniem chleba. - Filarów, nie? Nie pomieszało mi się?
- Tak, po prostu... skąd to zainteresowanie czymś takim?
- A gadaliśmy sobie z tym całym Veillem i Iridą i rzuciłem żartem, że powinniście mieć takie flagowe danie, Sześć Filetów. No i cóż, nie potrafię o tym zapomnieć od tamtej pory. Bo wiesz, sześć różnych filetów to całkiem niezłe wyzwanie, ale zbyt ogólne.
- Sześć... filetów... - powtórzył za nim powoli witkowy sylvari, chwilę później unosząc kąciki ust w rozbawieniu. - Tak, to chyba się już domyślam, do czego ci te filary. Hm, no to ogólnie te filary odpowiadają wartościom, na których stworzona została Liga. Wolność, Determinacja, Opieka... Rozwój... Więzi... - wymieniał powoli, przypominając sobie kolejne nazwy. Przeliczył szybko na palcach wymienione.
- I... a, tak, Rozsądek - przypomniał w końcu sobie. - Któryś z Opiekunów mógłby ci więcej opowiedzieć o tych filarach. Ja wiem tylko, że każdy Towarzysz... to taka wyższa niż no, przeciętna, ranga... wybiera swój i obraca amulet, tak żeby wisiał wybranym filarem u góry.
- Dostajecie jakieś amulety? Trochę zaczyna brzmieć na sektę, nie powiem - stwierdził Anwyll z lekkim uśmieszkiem, wpychając sobie do ust swoją słodką kanapkę. - Jeszcze pewnie to jakieś koło z pentagramem.
Kerrian popatrzył po nim w milczeniu.
- Nie, nie z pentagramem - odpowiedział, zorientowawszy się, że no, koło się zgadza. - To bardziej jak taka... rozeta. Sześć kolorowych kryształów, każdy na inny filar.
- Hm... Na pewno łatwiej stworzyć danie pod kolor niż pod ideę. To jak to tam idzie? Czekaj, zapiszę sobie...
- Nie pamiętam dokładnie, który kolor to który... Na pewno biały to Wolność, fioletowy - Rozwój, a zielony to Opieka. Jest jeszcze czerwony... pomarańczowy i niebieski.
- Tyle czasu tam siedzisz, a kolorów nie znasz? - zaśmiał się nekromanta, notując sobie na boku jednej ze stron swojego kucharskiego zeszytu.
- Raczej nie miałem z nimi za dużo styczności poza rekrutacją - Kerrian mruknął pod nosem w odpowiedzi, przewracając oczami i wracając do konsumpcji śniadania.
- Oj już, już, żartuję sobie przecież. I tak wiem, że będziesz bronić swojej sekty aż po grób, czy znasz kolory, czy nie. Tak to już bywa w takich... organizacjach. Już za samo to powinni ci ten medal dać - stwierdził Anwyll, ewidentnie rozbawiony. - No już, serio, nie krzyw się tak - dodał, widząc to zmarszczone czoło i dłoń skierowaną ku skroni. - Złapałem aluzję.
Revenant podniósł na niego wzrok, zdezorientowany.
- Co? Nie, nie. Po prostu... Nieważne na razie. - Potarł skronie i opuścił dłoń, sięgając po nektar. Anwyll przyjrzał mu się uważniej, przez chwilę zaczynając się zastanawiać na poważnie, czy przypadkiem rzeczywiście nie wdepnął w jakieś grząskie tematy z tą sektą, ale póki co wrócił do jedzenia w milczeniu, podobnie jak Kerrian. Długo jednak nie mógł wysiedzieć i znów się odezwał:
- No to tego, Opiekunowie, mówiłeś, tak? To pewnie jakaś kadra zarządzająca? No chyba że po prostu się wami opiekują, żebyście się sami nie skrzywdzili w czasie pracy i stąd ta nazwa.
- To pierwsze - odpowiedział dość mrukliwie drugi, odkładając swoją kromkę na talerz i znów sięgając dłonią ku głowie.
- Wszystko w porządku? Nie smakuje ci? Nie musisz jeść, jak nie chcesz... - dodał, widząc tą niewyraźną minę u towarzysza. Może jednak powinien był sobie darować ten kminek? Chociaż jemu to osobiście smakowało... - Kerri? - Pstryknął palcami bliżej drugiego sylvari, chcąc zwrócić na siebie jego uwagę. Nim jednak zdążył dostać jakąś odpowiedź, Kerrian przechylił się ku stołowi i zaczął osuwać z krzesła na bok bezwładnie.
- Kerrian! - Anwyll zerwał się ze swojego miejsca, wyciągając bliższą dłoń, by złapać towarzysza, nim ten przewróci się na ziemię, a drugą zaparł się w miejscu. Że nie było to ani zbyt wygodne, ani poręczne, a on już i tak trzymał dłoń we własnym talerzu przez to wszystko, zaraz przywołał dwie cieniste ręce, które złapały revenanta bardziej stabilnie, by on sam mógł okrążyć mebel.
- Hej, Kerri? - Odchylił jego głowę i poklepał go lekko po policzku, oczekując chyba jakiejś reakcji, ale że żadnej nie dostał, rozejrzał się nieco bezradnie po domu. Ale nikogo innego przecież tu nie było. - Uch. Kerri, żyjesz? - Nachylił się nad nim bliżej, przypomniawszy sobie, że tak, sprawdzenie oddechu to może być dobry pomysł. Odetchnął samemu nieco głębiej, słysząc, że ten wciąż oddycha i to całkiem normalnie.
- Żyjesz, dobrze - skomentował do siebie, łapiąc go już normalnie w ręce i decydując się go przenieść na własne łóżko. Popatrzył jeszcze po nim badawczo, położył mu dłoń na czole i jeszcze raz nachylił się, żeby sprawdzić oddech. No stracił przytomność jak nic. Tylko dlaczego? Może powinien polecieć po mendera? Nim jednak porządnie się zastanowił nad tą kwestią, Kerrian jęknął cicho i poruszył się, zaraz sięgając dłonią do głowy i otwierając oczy.
- Kerri! Jak się czujesz? Przestraszyłeś mnie, już prawie biegłem po mendera. Chcesz wody albo coś? Co się stało? - Warden zadał zdecydowanie zbyt wiele pytań na raz i zaraz się zreflektował, kładąc dłoń na ramieniu towarzysza, gdy ten już od razu próbował usiąść. - Czekaj, nie podnoś się jeszcze. Pójdę po tą wodę, zaraz mi powiesz.
Żółty sylvari opadł z powrotem głową na poduszkę, nie rozumiejąc zbytnio, co się stało. Powiódł spojrzeniem za Anwyllem i potarł twarz dłońmi.
- O na Matkę... - mruknął do siebie, biorąc głębszy oddech. Przed chwilą jeszcze siedział przy stole, a głowa bolała go niemiłosiernie, aż w pewnym momencie... tak po prostu musiał odlecieć. Nie żeby teraz bolała go o wiele mniej, ale ten nagły ucisk...
Zaraz wrócił Anwyll wraz z pełną szklanką. Przysiadł na brzegu łóżka, odstawiając póki co naczynie na szafkę obok.
- I jak się czujesz? Nie kręci ci się w głowie ani nic?
- Nie. Tylko... boli - mruknął, zdecydowanie z tego faktu niezadowolony. Albo z innego. Jednak mdlenie przy kimś, znajomym lub nie, nie należało do jego ulubionych zajęć i kiedy sobie to uświadomił, do tej całej mieszanki dołączyła jeszcze odrobina zażenowania, którą Anwyll zinterpretował zdecydowanie inaczej.
- No... jeśli to wszystko to jakaś intymna sprawa, to nie musisz mówić czy coś. Po prostu wiesz, trochę mnie przestraszyłeś. Nie spodziewałem się. Pierwszy raz ktoś przede mną zemdlał. Znaczy tylko przede mną. Tak to już raz widziałem, ale nie byłem sam, więc... wody?

***

- Miałem ci powiedzieć, że coś takiego może się przytrafić - odezwał się Kerrian, kiedy w końcu usiedli z powrotem przy stole z Anwyllem - ten pierwszy nieco mniej zażenowany, ten drugi trochę spokojniejszy.
- Chyba nie rozumiem czemu. Znaczy, jak mówiłem, nie będę wnikać, jak to twoje prywatne, ale-...
- Nie, w porządku. To taka... bardziej skomplikowana sprawa. Nie choroba. Właściwie nie wiemy, co to jest, ale przytrafia się to kilku osobom od jednego naszego zlecenia. Koszmary o wspólnym elemencie, bóle głowy... omdlenia. Pierwszy raz mi się przytrafiło od tamtej pory - revenant mruknął praktycznie w swoją szklankę z nektarem, nim się napił.
- Och. No to... Hm, trochę mi ulżyło. A z drugiej strony to nadal... Hm. I nie da się na to nic poradzić?
- Jeszcze nie wiemy, szukamy jakiegoś rozwiązania tej sprawy.
Anwyll pokiwał powoli głową.
- No w porządku. Ale w takim stanie to zdecydowanie nie możesz ze mną wrócić do służby - zastrzegł, skupiając spojrzenie na Kerrianie, od którego po tych słowach wyraźnie wyczuł rozczarowanie. - Wyobraź sobie, że stoisz nad szczeliną i nagle mdlejesz. Nie mogę cię mieć ciągle na oku. To nie byłoby zbyt bezpieczne, ani dla ciebie, ani dla nikogo innego. Ale przede wszystkim dla ciebie. Tym bardziej powinieneś... wiesz, odpocząć.
Revenant westchnął, odkładając szklankę na stół, zrezygnowany. Zdecydowanie nie chciałby, żeby taka sytuacja się powtórzyła, i to publicznie, już pomijając kwestie bezpieczeństwa. Mógł tylko mieć nadzieję, że ta sprawa szybko się rozwiąże.
« Ostatnia zmiana: Styczeń 21, 2021, 04:31:43 wysłana przez Ez »