Autor Wątek: Najdroższa Matko  (Przeczytany 2470 razy)

0 użytkowników i 2 Gości przegląda ten wątek.

Nisheera

  • Vyvanse.6830
  • Radny
  • *****
  • Wiadomości: 796
  • Płeć: Kobieta

Najdroższa Matko.

W dniu Przebudzenia każde z nas czuło się Twoje. Kochane. Wyjątkowe. Każde z nas było ufne. Ciepłe. Przyjazne. Pełne nadziei w sercu. Szczęśliwe. Pamiętam to jakby to było wczoraj. Lubię wracać do tego myślami, bo wtedy nie miałam wątpliwości. Nie miałam koszmarów, ani krwi na rękach, nawet na palcach. Krwawego znamienia na czole. Teraz czuję się nią cała oblana. Czasem mam wrażenie, że dławię się jej zapachem. Dłoń poczucia winy zaciska się na moim gardle i je miażdży, a mi brakuje powietrza. Duszę się.

To, o czym ostatnio śnię to czerń. Milcząca, bezkresna pustka i chłód, który nie przynosi ukojenia, a tnie niczym sztylet wbijany przez przyjaciela w podbrzusze. Czuję gorzki smak żywicy w ustach, dławiącej, sklejającej zęby, blokującej zdrętwiały język. Próbując iść wciąż się chwieję, jakby miotał mną wiatr, jak suchym liściem na wietrze. Dokądkolwiek pójdę, nie ma nic. Nie ma znajomych twarzy. Nie ma nawet obcych twarzy. Kroki są bezszelestne. Serce zamarło. Uszy ogłuchły. Żaden dźwięk nie dobiega z nikąd ani skądkolwiek - wszędzie cisza.  Tylko moja myśl głośna, niczym dźwięk z największego dzwonu - nie ma stąd ucieczki. Zaszłam za daleko, ignorując wszystkie ostrzeżenia na drodze. Drogę powrotną blokują ciernie, a w nozdrza uderza zapach spalenizny.

Później się budzę i wcale nie jest lepiej. Sama jestem sobie statkiem, sterem, wiosłem... Ale też najcięższą na świecie kotwicą i najbardziej zdradliwą mielizną, na której właśnie osiadłam. Gonią mnie demony przeszłości, skutków i konsekwencji złych decyzji. A ja nic nie mogę zrobić. Nie ma już ucieczki. Nie wyprzedzę ich, a jak będę próbować i się od nich odwrócę... Dopadną mnie i pochłoną, nim zdołam choć spróbować obronić  jak nie siebie, to najbliższych.

Wszystko mi mówi, że nie mogę mieć hamulców. Żadnych. Skoro mam być przyszłością, nie mogę stać w przeszłości... Muszę to zakończyć. Uciszyć głosik, który mówi mi, że jestem winna. Wskaż mi drogę, którą mam iść, bo już dawno zeszłam ze swojej ścieżki. Nie milcz... Błagam. Cadeyrn nie dostał od Ciebie wskazówki. On zbłądził. A ja.. Ja... Ja się boję. Tak bardzo się boję...

Milczysz.



          Shirea dochodziła do siebie bardzo powoli, mimo dobrej opieki. Minęły już trzy tygodnie, od kiedy zajmowano się nią w Gaju. Szarpana rana po ugryzieniu koszmarnego ogara mimo dużych dawek znieczulenia i ciągłego zasklepiania jej ciągle bolała i nie chciała się zaleczyć - cały czas sączyło się z niej coś i opatrunków to miała na sobie już tyle, że gdyby zebrać je do kupy to by starczyło na opatrzenie wszystkich jej braci i sióstr po walce na bagnach. No ale, co jak co, Menderzy to stawali na rzęsach, żeby jej pomóc. Ale, na ciernie i zgnite jabłka, co z tego. Bolało, nie goiło się, a jej się spieszyło. Banda konowałów.

          Tak bardzo chciała już stąd odejść, choćby i z zepsutą ręką... Przecież by się ją odrąbało, przypaliło i założyło gustowną protezę. Mogłaby tak zamiast ręki mieć miecz. Przynajmniej pochlastałaby parszywego kundla, który ją pogryzł. Ciekawe czym go karmili, że tak jej się ta rana paskudzi. Za punkt honoru postawiła sobie, że go odnajdzie i nakopie mu. Solidnie.

          Swoją drogą, czuła się tu bardzo obco. Minęło kilka lat, od kiedy ostatni raz odwiedziła stolicę. Już sobie przypomniała dlaczego - wiecznie ktoś jej próbował pomóc. W sumie to nie dopuszczała nikogo do siebie, poza jedną uzdrowicielką. Shirea ilekroć ta ją odwiedzała, nie mogła się nadziwić jej podobieństwu do siebie. Zupełnie, jakby ktoś ją skopiował, tylko odwrócił kolory i zrobił trochę mniej skośne oczy i w ogóle zmienił fryzurę. I jeszcze dobrał przeciwstawny żywioł wiodący. Do tego była fajna, ale naiwna. Świetne połączenie uzupełniało to, że jej emocje wręcz krzyczały o poczuciu winy. Nie żeby każdy uzdrowiciel tu miał podobnie - Shirea już każdemu zdążyła zrobić okropną awanturę o brak postępów w gojeniu się rany.

          W każdym razie - akurat jej Shirea nie wyrzucała ze szczególnym zaangażowaniem ze swojej tymczasowej kanciapy z jeszcze jednego powodu - zauważyła, że to elementalistka, która do tego podczas czarowania wykonuje prawie takie same gesty, jak jej Szef, który ostatnio zmienił swój przydomek. Jakiś inny kompletnie niekreatywny imbecyl przyjął miano podobne do jego poprzedniego i do tego jeszcze jest aktualnie popularniejszy. Normalnie to by pewnie wybił mu z głowy ten przydomek i sam awansował w leśnej hierarchii, ale chciał usunąć się w cień, to ma. Na ciernie, właśnie pomyślała, że gdyby zaaranżowała małe spotkanie, które mogłoby się skończyć wcieleniem potencjalnej nowej duszyczki do ich miłej gromadki może by jej nie sprał za nieobecność.

          Plan już był. Trzeba było poczekać z jego realizacją.
« Ostatnia zmiana: Wrzesień 16, 2018, 01:49:00 wysłana przez Nisheera, Powód : przedzielnik »

Nisheera

  • Vyvanse.6830
  • Radny
  • *****
  • Wiadomości: 796
  • Płeć: Kobieta

Najdroższa Matko.

Gdy przeznaczenie pchało mnie w stronę Tyrii, pojawił się On. Pokazał mi, że życie może być naprawdę przepiękne. Ale gdy zobaczyłam, jak skrzywieni są nasi niektórzy bracia i niektóre siostry... Ile zła chcą przynieść innym Twoim dzieciom... I co gorsza, jaka spotyka ich za to kara wpadłam w panikę. Zamknęłam oczy, odsunęłam się. Wtedy nauczyłam się uciekać. Tak opuściłam dobrego mężczyznę, który jednak zabił na moich oczach, bo chciałam przestać na niego patrzeć. Gdy nerwy opadły i dotarło do mnie, że świat poza Gajem jest bardzo niebezpieczny i ja też muszę się jakoś bronić, on jednak ruszył za swoim Łowem.

Choć spotkaliśmy się wiele sezonów później odmienieni, ja nigdy nie opowiadałam i nie opowiadam mu ze szczegółami o przykrych rzeczach, jakie mnie spotkały, gdy nie byliśmy razem. Nie opowiedziałam mu o pierwszej krwi, jaka stanowi wątpliwą ozdobę moich dłoni. Nie opowiedziałam mu, ile razy otarłam się o śmierć. Nie opowiadam mu o ryzyku, jakie podejmuję, podejmowałam i będę podejmować. Jestem jego nocą, a on jest moim dniem. Promieniem słońca zza chmur. Nie musi wszystkiego wiedzieć choć... Czasem myślę, że pożegnanie byłoby dla niego trudniejsze, gdyby nie mógł się na nie przygotować. Dokładnie tak - nie ufam w pełni nawet mojej Największej Miłości. Nie chcę go rozczarować, lecz gdyby wiedział, co tak naprawdę robię i do czego się posuwam z pewnością by odszedł. A ja chce stabilnej przystani. Moja próżność i egoizm czynią ze mnie grzesznika. Ale musisz wiedzieć, że Nie chcę go zranić. To zbyt piękny kwiat, by w jego serce wdała się wątpliwość, a dusza oszalała z gniewu i wątpliwości.

Zaczynasz się domyślać, co zaczęłam planować i robić, choć wciąż nie przechodzi mi to przez gardło. Błagam. Powiedz, że mam zahamować, nie brnąć w to dalej. Że muszę mieć w sobie hamulce. Tak - mam być przyszłością, nie mogę stać w przeszłości i... Wskaż mi drogę, którą mam iść, by uciec, bo... Te brzemię jest za ciężkie!. Nie milcz... Błagam. Cadeyrn nie dostał od Ciebie wskazówki. On zbłądził. A ja.. Ja... Ja się boję. Tak bardzo się boję...

Milczysz. Znów




          Shirea straszliwie się nudziła. Ręka wciąż ją bolała, a do tego jakimiś maściami śmierdział jej opatrunek. Konowały testowały na niej nowe sposoby na leczenie ręki. Na ciernie, to strasznie bolało. Ból, jak mawiają niektórzy jest częścią poznania, ale... No bez przesady z tym poznawaniem. Przecież bywało lepiej i bywało gorzej, ale teraz to była z tym tragedia.

           - Dzień dobry Życie, tutaj Shirea, już się poznaliśmy, jesteś zakichane! - niechcący jej się wyrwało, tonem jakby się przedstawiała. Czasem tak miała, gdy za bardzo się nakręciła czasem coś zdarzało jej się palnąć. Ileż to razy oberwała od Szefa po łbie za mamrotanie pod nosem! Och, bo to nikomu nigdy się nic nie wyrwie na temat głupich poleceń? Ugh! Aż przykro było myślą wrócić do dnia, w którym przypadkiem przy Szefuniuni Dziubusiuni, jak lubiła go nazywać zaczęła go przedrzeźniać. Na głos. No po prostu się zamyśliła i samo poszło, ale larmo było przy tym takie, jakby złapała go tam, gdzie nie powinna. Ależ on ma ognisty temperament! Przeszedł ją przyjemny dreszcz.

          - Shireo. Do karty objawów dopisać Ci mówienie do siebie i dreszcze, połączone z okresowym występowaniem niepokojącego rumienia na twarzy? - och, już miała wylać wiadro pomyj na przybysza, ale dobrze, że słuch jej działa i tego głosu to by nie pomyliła z innym. Podniosła wzrok i zauważyła Ulubioną w progu. W ogóle, to jak ona się nazywa?! Ugh. Niech na razie będzie Ulubioną albo Kruszynką, bo tak jest drobna, że aż można się zastanowić, czy by jej wiatr nie porwał.
          - No i soczyście! Nareszcie! W końcu jesteś, myślałam, że się nie doczekam Twojej wizyty! Gdzie byłaś?!
          - Ja... - Ulubiona się speszyła. Teraz to jej by można było dopisać do objawów niepokojący rumieniec. Szukała słów, a Shirea mogła się jej przynajmniej przyjrzeć. A Kruszynka wyglądała, jakby mocno ją przeciorało w ostatnich dniach - zaczerwienione, dziwnie błyszczące oczy, pęknięta warga, brak kolorów na twarzy. I jakby towarzyszył jej głęboki szok, ale tak głęboki, że głęboko skrywany, ale namacalny. No, no...
          - No? - Shirea zawsze miała tupet by popędzać. No co, taka była.
          - Ja właściwie... Też myślałam, że nie doczekam wizyty tutaj... Jak się czujesz? - wydusiła w końcu. Zdawała się być głęboko czymś poruszona, a jej spojrzenie podążyło ku zranionej ręce Shirei, która to zauważyła i zupełnie odruchowo pokazała jej środkowy palec. Kruszynka zamknęła oczy - Shir doskonale wiedziała, że teraz właśnie odlicza od pięciu w dół, by się uspokoić.
          - No co, a jak powinnam - burknęła w odpowiedzi - tak było najlepiej, bowiem Shir wiedziała, że tak najbardziej ukłuje uzdrowicielkę. Co jak co, ale akurat ona z ogromną lekkością oceniała brutalnie innych, bo zwracała uwagę na szczegóły. Diagnozę postawiła szybko - biedaczka, za dużo bierze na poważnie i chyba się kiedyś zajedzie. Może Kruszynce wpadła w oko? Tak to by nie miała problemu by ją ściągnąć do swoich kolegów i koleżanek. W mniej sztywnym gronie to by się może wyrobiła. No, ale trzeba było ciągnąć geriatryczny wywód dalej - Boli. Niedobre jedzenie. Nie pozwalają mi pobiegać.
          - Myślę, że... Niebawem się to zmieni. Bardzo mi Cię szkoda i... Coś opracowałam na tę toksynę, ale nie możesz o tym nikomu powiedzieć, bo będę miała kłopoty - Kruszyna uciekła wzrokiem. Zaczęła grzebać w swojej torbie.
          - A co to jest? A skąd? A czemu kłopoty? - Shir aż się ożywiła. Kłopoty to było jej drugie imię!
          - To jest... Kradzione. Pomyślałam, że skoro Ci Koszmaryci mieli truciznę, muszą mieć też odtrutkę - odpowiedziała otwarcie, zawstydzona. Lekko zadrżały jej ręce, gdy wyciągała fiolkę z rąk, jakby to co miała w nich było naprawdę ciężkie. Shir musiała grać swoją rolę, więc aż zapiszczała:
          - Jej! Ale czy to bezpieczne? Ilu musiałaś zabić?
          - Ja.. Żadnego. Bardzo Ci ufam i w ogóle, więc... Nie bój się, bo po prostu mam tam znajomości i wolę... By nikt o nich nie wiedział - westchnęła ciężko. A Shir zrobiła oczy jak złote monety. Do tego gdyby tak ją namówić, to miałaby wiadomości z pierwszej ręki o Koszmarytach z Caledon czy skądś! Jej! A co jak miały jakiś wspólnych znajomych?
          - Jasne! U mnie wszystko bezpieczne. Po prostu zrób coś, żebym mogła już w końcu stąd wyjść, bo nic nie działa! Tracę nadzieję! Jak to zadziała, to nie wiem jak Ci się odwdzięczę!
          - To... Opatrzę Cię i podam Ci leki nasenne - sen przyspiesza gojenie się ran. A co do tego... Jak mi się odwdzięczysz, jak wszystko pójdzie dobrze - Kruszynka podeszła bliżej, by zabrać się za ściąganie opatrunków. Nie dała sie wtrącić Shir, zamiast tego położyła jej na chwilę palec na ustach i dodała - Bez obaw, to będzie w zasięgu Twoich możliwości. Po prostu... Możemy pomóc sobie nawzajem. Ty wypadłaś z formy, a ja szykuję się do odejścia z Gaju, ale znam głównie zaklęcia wspierające i lecznicze... Pokażesz mi parę sztuczek? Tak z żywiołu ognia, bo przyznam, że podstawy mam, ale...

          Kruszyna urwała. Zawiesiła spojrzenie na ranie i westchnęła ciężko. W zasadzie, Shirea też by westchnęła, ale zdążyła przywyknąć. No, to że ręka była strasznie spuchnięta to jedno, a drugie to to, że brzegi szarpanej rany wyglądały, jakby dosłownie coś je wyżarło, jak kwas, a skórka wokół była cała w pęcherzach. Pewno była zaogniona, ale słabo było widać przez ciemną epidermę Shirei. Zęby sięgnęły nawet grubej zdrewniałej "kości", a korytarze jakie wytyczyły wciąż sie nie zalały z upływem czasu, a w sumie to nawet wydawały się być szersze.
          Gdy Kruszyna w końcu przestała się gapić na ranę i potraktowała ją tym dziwnym specyfikiem w maści stało się coś dziwnego. Maść naprawdę chłodziła. Co więcej, chłodziła tak, że aż przestało boleć, a obrzęk jakby się zmniejszył. W końcu obyło się bez wyciskania czegoś ropopodobnego z rany. Kruszynka wprawnie zabezpieczyła miejsce bandażem.

          - No, coś tam działa. Załatwione. Jak stąd wyjdę, to Ci coś z tej magii pokażę. Tylko daj to nasenne, bo tak mi życie wróciło, że zaraz kogoś zwyzywam - nieco udobruchana Shirea postanowiła przystać na propozycję Kruszynki, która już przysuwała jej do ust miksturkę z środkiem nasennym.

          Ostatnim, co zobaczyła nim odpłynęła, były zroszone łzami policzki uzdrowicielki. Niezbyt pokrzepiający znak... Albo może jej się wydawało? A może to były łzy radości? A może jednak nieszczęścia? Albo jakiś osobliwy majak...?
« Ostatnia zmiana: Październik 20, 2018, 12:28:21 wysłana przez Nisheera »

Nisheera

  • Vyvanse.6830
  • Radny
  • *****
  • Wiadomości: 796
  • Płeć: Kobieta

Najdroższa Matko.

Nie wiem, czego szukam każdego dnia gdy tu przychodzę. Serca nie oczyszczę, a dłonie miażdży ciężar grzechu. Tak - kilka tygodni temu wybrałam zło wybierając między złem, a złem.  Czy mniejsze, czy większe - nie wiem, bo tego nie można oceniać - granice są zatarte, a proporcje umowne. Tę decyzję podjęłam sama, nie chcąc kalać cudzych rąk tym brzemieniem. Potrzebowałam... Czasu by się przygotować, a mogłam to zrobić tylko tak lecz... Cena jest bardzo wysoka. Sądziłam, że ją udźwignę. A teraz... Jakże prościej byłoby żyć, gdyby uczepić się kurczowo myśli, że to było mniejsze zło. Jakże łatwiej byłoby oddychać, znajdując w kimś innym kogoś winnego, odnajdując coś co mogłabym obarczyć winą.

Po tym, jak On odszedł za swoim Łowem, ja trafiłam pod opiekę Mentora. Mentor wydawał się być dobrą osobą. Pomagał Ogrodnikom, znał wielu Wardenów, inni pięknie mówili o nim, a on pięknie opowiadał o innych i o żywiołach. Postanowił mnie nauczyć magii. Wiedzę chłonęłam jak gąbka. Tak pragnęłam nauczyć się jak najwięcej, jak najszybciej, ślepa na to co się dzieje, często zmęczona do granic wytrzymałości... Zaufanie, jakim go obdarzyłam i miękkie serce zapoczątkowały lekcję porażek... Które kosztowały zbyt wiele, by nazwać je lekcjami.

Dzień, w którym otwarcie próbował nauczyć mnie czegoś innego niż magia - okrucieństwa - to dzień, od którego odliczam każdą ofiarę, jaką mogło pochłonąć moje wahanie. Starczyło mi odwagi by się postawić. Starczyło mi odwagi, by zaryzykować życie, by ochronić nieznajomego. Nie starczyło mi odwagi, by zabić. Ja... Podjęłam złą decyzję. Nie potrafiłam skorzystać z jedynej okazji, by nawet spróbować odciąć pąk, dotknięty nieuleczalną chorobą - Koszmarem. Drżę, gdy myślę ilu do tej pory mógł przeciągnąć na swoją stronę. A ilu już zabił...

Brzemię świadomości istnienia kwiatów, które wykradł Tobie z korzeniami i próbował przesadzić w swoją jałową ziemię, myśląc że urosną piękniejsze niż były, jak wyrwie się im liście i wciśnie się w nie kolce okazało się być zbyt ciężkie. Musisz wiedzieć, że Felvind wygrał. Zwróciłam twarz ku okrucieństwu i złamałam zasady, których nigdy nie chciałam łamać. Uzdrowicielka truła pacjentkę tuż  pod nosem menderów. Ja... Wcześniej bym tak nie postąpiła. Czuję się słaba, Matko. Wybrałam najbardziej prymitywną drogę przygotowania się do odnalezienia Mentora i spotkania się z nim, by raz na zawsze zakończyć jego rządy. Gardzę samą sobą.

Kiedyś zbyt nisko ceniłam swoje zaufanie. Rozdawałam je każdemu w całości jak serce na talerzu w pakiecie z zestawem najwymyślniejszych noży z całej Tyrii. Gdy wbito w nie ustrza, schowałam je, a teraz... Otwieram się przed Tobą. Milczącą. Zranioną. Podczas rekonwalescencji. Widziałaś wiele swoich dzieci, które cierpiały przez swoich braci i siostry, które odwróciły się od nas. Uwierzyły w złudną moc okrucieństwa. Jest ich tylu... Drżę. Błagam Matko... Powiedz, że istnieje ucieczka z Koszmaru. Że jest na to jakieś antidotum, które mogłabym sporządzić, którym nie jest śmierć... Nie zostawiaj mnie z pustymi rękami! Powiedz cokolwiek!

MATKO! Proszę!



Shirea nagle zaczęła zdrowieć. Już drugiego dnia nawet już mogła podnosić chorą rękę, zginać palce i pokazywać te środkowe machając zamaszyście we wszystkie strony. Ręka goiła się jak na psie, o czym Shir zdążyła się przekonać jeszcze podczas zmian opatrunku. Oczywiście, wierzyła że Kruszynka nie popełniła żadnej maniany. Sztampowy Uzdrowiciel, jak większość Śniących oddałaby ostatnią kroplę potu, by kogoś ocalić. Śmieszne. Przecież Uzdrowiciel musi być najbardziej pełny sił, by pomóc jak największej ilości osób i to jak najdłużej. No nie ważne w jakim stopniu, ale tu szło o ilość. A zresztą, nie wiadomo kiedy pojawiłby się ktoś naprawdę potrzebujący pomocy i wtedy co? No kompost.

Sylvari zeszła z łóżkokamienia z mchem - niebawem czekała ją rehabilitacja. Ugh, robiło jej się słabo na samą ilość zieleni w okolicy. Znacznie przyjemniej byłoby, gdyby tak w Gaju więcej czerwieni było, a w sumie to najlepiej sama czerń, czerwień i złoto. I dużo światełek i błyskotek i... wszystkiego takiego. Ale by było wtedy pięknie. Może kiedyś się uda, ale na razie pozostawało to w sferze marzeń. Dobrze, że jej wyjście z Gaju było tylko kwestią czasu. Narzuciła na siebie jakieś lekkie ubrania, w których czuła się idiotycznie, a do tego były zielone, a nie czerwone i błyszczące - brrr. Wzięła jeszcze pod pachę ten okropnie źle wyważony miecz i trzeba już było wyjść.

Plac treningowy nie był zbyt ciekawy. W gruncie rzeczy co, jakieś śmieszne liściaste kukły i dużo nowicjuszy. Nudnych i jeszcze słabych. I jakoś jak ćwiczyła to każdy się gapił, jakby nie wiadomo co oglądał - jakby lewitowała i rzucała podobiznami tego urwipołcia z Elony, jakmutam... Jalawa Poko. Na ciernie, nikt nie widział ognia? Przynajmniej miała ciekawe towarzystwo - Kruszynka jak zwykle przyszła oglądać jej trening. Milcząca i jakoś bardziej ponura, ale zawsze widok tej gęby poprawiał humor Shirei. No i przynajmniej słuchała jej komentarzy.

- Hej! W zasadzie z moją ręką jest już świetnie i to dzięki Tobie, to może w końcu Ci pokażę moje popisowe zaklęcie, co? - Shir zakręciła się wokół własnej osi, obracając w dłoni mieczem. Zerknęła kątem oka na uzdrowicielkę. Ta skinęła głową.

No to pokaz czas zacząć. Shirea podeszła niby to nonszalancko do kukły i dotknęła palcem ramienia kukły, przesuwając po nim szybko kilkukrotnie, jakby ją przyjaźnie smyrała, po czym niby to normalnie odeszła. Spojrzała w stronę uzdrowicielki z szelmowskim uśmiechem i pstryknęła palcami. W tej chwili kształt jaki rozrysowała na ramieniu kukły zaświecił się na 5 sekund.... A później kukła zapłonęła cała, żywym ogniem jak pochodnia. Wszystkie oczy skierowały się na kukłę i na Shireę, która zwyczajnie się roześmiała i zwróciła się do Kruszynki:

- I co, podoba Ci się? Dzięki temu przyjęli mnie do pewnej gromadki! Mój aktualny szef był tym wręcz zafascynowany! - szeroki uśmiech wytwitł na jej twarzy
- Jest... Bardzo osobliwe lecz to nie do końca moje metody. Aczkolwiek ćwicz dalej - dobrze wiedzieć, czego się spodziewać, jeżeli wywiążesz się z tego, co mi obiecałaś - Kruszynka uśmiechnęła się w odpowiedzi, aczkolwiek jakby zbladła. No, ale kto by się tym przejmował! Pewnie z wrażenia! Więc, żeby nie było jej mało wrażeń, trzeba było ćwiczyć dalej!


Przesunęła palcami po doszczętnie zniszczonej kukle. Zwęglona, bez wyraźnych śladów, dokładnie tak jak ciało sylvariego, znalezione kilka tygodni temu przez Lwią Gwardię. Niszczycielskie zaklęcie, tak lekkomyślnie pokazane przy wszystkich przez tę wariatkę zasiało spory niepokój wśród reszty trenujących. Później musiała przez godzinę uspokajać latorośle, że takie zaklęcia nie są popularne i że bardzo łatwo można je przerwać, niszcząc rozrysowany glif po prostu go ścierając jednym ruchem ręki. Na szczęście inne zaklęcia nie wywołały takiego ogólnego poruszenia - kule ognia, jakieś ogniste bicze i małe tornado były już dość znanymi zaklęciami. Jednak... Jej podopieczna przyciągnęła też uważne spojrzenia tych, którzy byli wtajemniczeni w sprawę tego dziwnego morderstwa. Niedobrze. Nie taki był plan. Po treningu odprowadziła ją do lecznicy i podała jej środek nasenny, wmawiając, że to przyspieszy proces regeneracji ręki tak, że jutro będzie mogła opuścić lecznicę.

Westchnęła ciężko. To był dobry dzień, by się napić. Bo to nie było tak, że Shirea mogła opuścić lecznicę, lecz musiała i do tego nie tylko lecznicę, ale i cały Gaj. W podskokach. Nie wątpliwie jej podopieczna skorzysta z okazji błyskawicznie, tym bardziej zachęcona zaproszeniem, jakie jej podrzuciła, a dla niej... Cóż jutro szykował się pracowity dzień. Musiała dopilnować, by ptaszyna nie zerwała jej się z łańcuszka przywiązanego do nogi i nie zniknęła od razu.

Właściwie, jedna rzecz była w tym wszystkim pocieszająca. Po tym, jak Shirea wspomniała o "szefie", była teraz pewna, że złapała w sidła odpowiednią ptaszynę. Akurat taką, jakiej było jej trzeba.

Nisheera

  • Vyvanse.6830
  • Radny
  • *****
  • Wiadomości: 796
  • Płeć: Kobieta

Najdroższa Matko.


Dobrze wiesz, że długo szukałam innej drogi ku wolności. Od Mentora uciekłam, zostawiając za sobą zgliszcza i jego śmiech. Odrzuciłam te wspomnienie, traktując je, jak nie moje, jakby nie było i się nie wydarzyło. Spychałam je na same dno mojej świadomości. Jak Koszmar, który zjawia się w nocy, a rankiem nie pozostawia po sobie już śladu.


Tak więc... Uciekłam. W technologię. Później w Bractwo. Gdy wypełniłam Łów... Technologia zaczęła mnie przerażać. Więc uciekłam w leczenie i alchemię. Gdy wojna i jej żniwo zaczęło mnie przerastać... Uciekłam w naukę magii, by leczyć lepiej i móc walczyć. Gdy mnie odrzucono - uciekłam  do Elony. Gdy źle poczułam się w Bractwie - uciekłam do Ligi. Gdy Liga mnie przerosła - uciekłam do technologii. Gdy wpadłam w rutynę, a Tyria nas potrzebowała w dżungli - uciekłam od wszystkich na front. Gdy Mordremoth został pokonany - uciekłam od wspomnień do Gaju. Gdy Gaj mi zbrzydł, uciekłam do Ligi. Od nudy pustej lecznicy uciekłam w naukę. Od gniewu, który zaczął mi towarzyszyć w medytację. Od poczucia braku sensu - w naukę Latorośli. Od niepokoju i napadów paniki - w leki uspokajające. Od bezsennych nocy - uciekłam w leki nasenne. Od snu - w leki pobudzające.  Mogłabym mnożyć przykłady przez resztę dnia i wciąż nie skończyć. Nigdy nie byłam wolna. Nigdzie nie było dla mnie miejsca.


Nauczyłam się, że... Im jest mi gorzej, im bardziej nie potrafię sobie z czymś poradzić najlepszym pomysłem jest ucieczka w coś innego. Ale teraz... Gdy tyle miotałam się przez sześcioletnie życie, nie potrafiąc przystanąć na moment by złapać oddech i spojrzeć na wszystko z innej perspektywy... Całe życie uciekam, Matko. Teraz nadeszła pora by się zatrzymać, nim zwiędnę i uschnę. Tylko dlaczego mam wrażenie, że już dawno zaczęłam usychać, a teraz za mną i przede mną pasmo złych decyzji?

Obie wiemy, że teraz też uciekam. Od poczucia winy w zemstę, która nie będzie miała słodyczy w smaku, a tylko gorycz trucizny.

Wiem, że mnie słyszysz Matko. Ale czy słuchasz? Czy zasłużyłam na Twoją uwagę, skoro rady i pomocy od wielu lat mi skąpisz, nawet teraz w czarnej godzinie?





Shirea wyspała się. W końcu nikt nie krzątał się jej o świcie po pokoju, wreszcie nie słyszała jakiś dziwnych śpiewów  o poranku i nie mdliło jej od słodkiego zapachu kwiatów. Powietrze tutaj było suche, aż lżej było oddychać. Pachniało tutaj tak dziwnie, taką starą słomą. Zamiast kamiennego mchołóżka w końcu miała normalne posłanie, do jakiego bardziej nawykłam a poza tym miejsce do gotowania i szafkę. Zamiast drzewiastoliściastych ścian, otaczał ją beton. Zamiast mięsistych liści - miała drewniane drzwi, które wiodły na zewnątrz.

Nieduży ganek przed małą jednoizbową chatką w Queensdale, na uboczu wioski o nazwie której Shirea nie zapamiętała w zasadzie był w zasadzie nawet uroczy. Poprzedni właściciel, a raczej właścicielka trzymała na nim jedną doniczkę na jakieś dziwne papierki o osobliwym zapachu, a w drugiej hodowała normalne kwiatki. Shirea nie wiedziała co to za kwiatki, ale były czerwone więc jej się podobały. Miejsce samo w sobie też było fajne. Z domku fajnie było widać mieszkańców wioski. Najnudniejsi byli zwykli mieszkańcy, bo w sumie podobnych tylko w zbrojach albo szatach to już zdarzyło jej się widzieć. Jedni biegali i wydawali się jej być najbardziej zapracowani ze wszystkich, choć były to dzieci. Inni chodzili powoli, zgarbieni jakby się skradali i mieli takie jasne włosy - Shirea wcześniej tylko o takich słyszała i po raz pierwszy miała okazję ich zobaczyć. Podobno byli nawet dwa razy starsi niż Pierworodni. Tak właściwie to dopiero teraz zdawała sobie sprawę ile ją ominęło. Wprawdzie miała już dziewięć lat, ale wszystkie te lata spędziła głównie w  dżungli. Czasem ciężko było jej się połapać wśród tych wszystkich ras... Ale miała sporo czasu na nadrabianie zaległości, bo była w opłakanym położeniu. Bez swoich najbliższych przyjaciół, bez nawet wskazówki gdzie są... Do tego jako jedyna obca tutaj... Hej, ale gdyby ktoś się tylko przejmował, to by szybko się zestarzał i umarł, co nie?


Rozsiadła się wygodnie, opierając się o barierkę ganku splatając palce za głową. Wróciła myślami do tego dziwacznego dnia, w którym opuściła Gaj i tu trafiła. Trochę czasu minęło i nic nie poszło do końca po jej myśli. Po pierwsze, obudziła się w środku nocy, co jej się nigdy nie zdarzyło, tak samo jak nigdy nie darzyło jej się obudzić z kartką pod twarzą,a tego dnia spełniło się i to i to. Namokły papier zawierał dobrą radę wyniesienia się z Gaju w trybie natychmiastowym i wskazówki Kruszynki. Więc... Shirea się wyniosła w trybie natychmiastowym. Idąc według wskazówek (i tylko tej pierwszej zamierzała się trzymać) odebrała u bankiera zostawione jej przez Kruszynkę pieniądze, swoją starą broń i szaty, może nie tak gustowne jak te, które zazwyczaj nosiła i to nie liściaste a materiałowe, ale przynajmniej czerwone z taką fajną ozdóbką, takim żółtym kryształkiem - dobrze Kruszynka pomyślała, odrobina elegancji potrafi sprawić że każdy poczuje się wyjątkowo. Następnie skorzystała z Drogowskazu, by przenieść się nie tam, gdzie Kruszynka jej zasugerowała, tylko tam, gdzie ostatni raz jej drużyna rozbijała namioty. No ale... Niestety. Nikogo tam nie zastała. Więc koniec końców z braku pomysłu przeniosła się tam, gdzie poleciła jej Kruszynka, bo akurat drogą przechodzili Wardeni... I tak znalazła się gdzieś w ludzkim lesie opodal tej takiej wioski około godziny skandalicznie wczesnorannej. Za drobną przysługę, jakąś żenującą, że aż mogło kogoś zemdlić - pozbycie się kilku gniazd szerszeni i os, a później gonitwę za tymi przerośniętymi leśnymi pająkami zaoferowano jej możliwość pomieszkania na miejscu przez parę dni i nawet zaproszono ją na popijawę, gdzie skakali przez ognisko i pili cydr, po udanych jabłkozbiorach. Dobrze to wszystko było przemyślane... Jej uzdrowicielka zdawała się wszystko zaplanować i przewidzieć - Shirea jej nie doceniała, ale nie miała do niej żalu, bo chodziło o to, by miała się gdzie podziać i z nią spotykać na treningach.

Teraz... Czasem zdarzało jej się zapomnieć, że zgubiła kumpli gdzieś w dżungli. Nawet Szef zdawał się być bardzo odległy. Zresztą, nawet jakby wiedziała nie mogła jeszcze do nich wrócić - tak z pustymi rękami po takim czasie nie wypadało. Wpadnie na nich, to wpadnie. Nie, to nie. Miała więcej czasu by namówić Kruszynkę do pokazania się jej małej grupce przyjaciół. A właśnie. Kruszynka. Zdarzało jej się wpaść ze trzy-cztery razy ostatnio. Shirea nauczyła ją, jak przywołać takie fajne ogniste tornado, a Kruszynka pokazała jej swojego żywiołaka, ale dopiero wtedy jak lekko podpalił się dach, mimo że nawet nikt nie zauważył. Poza tym to nawet normalnie ćwiczyły i udało im się wymienić parę doświadczeń, a do tego Shirea upewniła się, że gestykulacja Kruszynki jest bardzo znajoma, szczególnie podczas używania magii ognia. Normalnie kropka w kropkę jak jej szefa, no ale nie mogła go znać, przecież która by się takiemu oparła. Ciekawe jak i kiedy uda jej się zaaranżować spotkanie...


- Przepraszam Cieb-panienkę... Tam dzieci biegają i mój brat też... Czy mogłaby się waćpani...ee... Okryć? - myślotok Shirei przerwało pojawienie się jakiegoś mężczyzny, który zasłonił jej słońce, a do tego nie wiedział, gdzie może posiać wzrok. Shirea spojrzała po sobie. Przecież niczego jej nie brakowało, a nie wybierała się nigdzie walczyć. Co z tego, że nie przywdziała z przyzwyczajenia czegoś. Przyjrzała mu się. Taki nie stary, opalony, trochę zmęczony i zaczerwieniony. Miał fajne, złote, błyszczące w słońcu włosy. Strzelał już parę razy za nią spojrzeniami, pewnie nie widział wcześniej sylvari. No to teraz widział i to niepozakrywaną i się wstydził. W zasadzie niebrzydki był jak na człowieka, a do tego zdawał się jej być egzotyczny, choć był najbardziej typowym z mężczyzn. Przeciągnęła się, niby to leniwie by przez moment trochę bardziej kusić pozą, a by dodatkowo zwrócić jego uwagę i zmusić go do skupienia na sobie wzroku, odezwała się nieco mrucząc:
- Och, ojej. Najmocniej przepraszam, nie mam zupełnie głowy do niczego od kiedy na ostatnim ognisku skrzyżowałam spojrzenia z jednym tutejszym... Ojej - spojrzała na człowieka, idealnie udając zmieszanie i zawstydzenie. Uśmiechnęła się słabo i specjalnie nieudolnie spróbowała się zakryć. Efekt został osiągnięty - chłopak podniósł na nią wzrok i przygryzł wargę, zdecydowanie onieśmielony po jej wyznaniach. Nieśmiały, chcący się wyrwać z wioski, zafascynowany egzotyką i tym, co za murami wioski, ale do tego zbyt troskliwy i empatyczny, więc nie zostawi rodziny i rodzeństwa. Przypadek beznadziejny.
- Nic się nie stało... Err.. - wyraźnie nie potrafił znaleźć słów i uciekał wzrokiem. Nie nawykł do nagości. Ciekawe przypadki, Ci ludzie. Trzeba zagłębić się w nich bardziej. Miała już taktykę akurat na tego. Zaintrygować bardziej i zasiać poczucie winy.
- Ale coś musiało, skoro tu przyszedłeś. Wciąż się o Was uczę... Powiedz mi, co jest nie tak. Nie wyglądam estetycznie? Bardzo się różnimy i kogoś przestraszyłam? Och, ojejku, to ja lepiej się schowam w chacie i nie wychodzę przez kilka dni aż zapomną! - zaczęła udawać lekką panikę i specjalnie poderwała się niezdarnie, omal się nie wywalając. Tak jak się spodziewała, instynkt starszego braciszka zadziałał i nim nieelegancko się wywróciła złapał ją za łokieć, dzięki czemu miała okazję wstać, prawie ocierając się o niego. W nozdrza buchnął mu jej zapach - odurzający, kwiatowy, dość kobiecy. Chwilę się go przytrzymała.
- N-nie musisz się chować tylko... - zabrakło mu słów, było to widać. Zresztą, nie zamierzała dać mu dokończyć. Puściła go, lecz tylko po to by wbiec do domu z trzaskiem drzwi.


Idiotyzm tej zaaranżowanej przez nią sytuacji ją dosłownie poraził i uderzyła w nią myśl, że to było żenujące... Ale konieczne. Nie zakładała, że ma przed sobą wytrawnego konesera kobiet pewnych siebie i dojrzałych - założyła, że dzisiejszego wieczoru zapuka do niej zawstydzony młodzik, który najchętniej by się każdym dziecinnym zaopiekował. Nie mogla go onieśmielić doświadczeniem. Jak czegoś bardzo chciała, starała się to osiągnąć najprostszą i najszybszą drogą. A chciała - wydrzeć mu kilka nocnych godzin, sprawdzić tę rasę i wymagała zainteresowania i uwagi.

Naturalnie, jej kalkulacje nie zawiodły, a psychoanaliza okazała się trafna. Przed zachodem słońca przyniósł jej bukiet polnych kwiatów speszony zapewniając ją, że wszystko jest w porządku i że nie chciał jej urazić... W odwecie ona poprosiła, by poszedł z nią na spacer, bo nocą jest bardzo ładnie na polach i bardzo chciałaby zatrzeć złe wrażenie jakie na nim zrobiła. Gdy wrócili, zaprosiła go do swojego wynajmowanego domu, a później wygoniła go przed świtem, by chłopak nie musiał się nikomu tłumaczyć. Nie, żeby się przywiązywała, ani zakładała jakąkolwiek przyszłość z młodzikiem i ucieczkę ze wsi. I oczywiście, że jej golizna tego ranka była całkowicie zamierzona i podyktowana absolutną desperacją. Ona nie była wstydliwa. Nie czuła się odszczepieńcem. Nie była skromna. Ona po prostu jasno wiedziała czego chce. I niestety, ku swojemu, jeszcze tego nie dostała.



Asurański holograficzny ekran wyświetlał niezbyt bogatą w dane tabelę. Były to lokalizacje drogowskazów w ilości trzech - jednego w Queensdale, jednego w Gaju, a dokładniej tego na drugim piętrze, a także jednego w Caledon. Wszystkie trzy odczyty pochodziły sprzed kilku dni. Westchnęła z rozczarowaniem. Jej ptaszyna zgubiła swoje stado, więc manewr z lokalizatorem odpadał. W momencie, gdy podjęła decyzję o usunięciu się dyskretnie w cień, okazało się, że cienia po prostu nie ma. Odchyliła się na krześle w swoim warsztacie i skrzywiła się. Kolejny dzień nic. Naturalnie, sprawdziła okolicę miejsca odwiedzonego przez Shireę w lesie Caledon. Nie pozostała tam żadna wskazówka, gdzie mogła się udać grupa, której szukała, ale wszystko miało swoje dobre strony. Miała więcej czasu, by przygotować się do konfrontacji i więcej czasu, by podjąć decyzję, co z jej Podopieczną.

Właśnie, Podopieczna. Ciekawa istota. Sama do końca nie wiedziała, czy prawidłowo ją oceniała, ale jej związek z Poszukiwanym był jasny - znali się i prawdopodobnie był jej przełożonym. Może była substytutem za nią? A co, jak jednak nie była Koszmarytką? Nie emanowała bardzo negatywnymi emocjami, prawdę mówiąc przez większość czasu zdawała się być delikatnie mówiąc zainteresowana cielesnością innych, co mocno tłumiło jej pozostałe emocje. Jak dopytywała w karczmie w wiosce w Queensdale w której trenowały, żaden sylvari jej nie odwiedzał, a do tego zdawała się być spokojna, uczynna i dość życzliwa mimo pewnej ekscentryczności, szczególnie w doborze jedzenia. Wszak kto to we wsi widział, by zamawiać głównie owoce?

Cóż. Czas miał pokazać, co będzie. Najwyraźniej nic nie mogła przyspieszyć. Musiała zdobyć zaufanie elementalistki, wyciągnąć z niej tyle wiedzy ile się dało i jakoś poprosić, by przedstawiła ją swojemu szefowi, jak go znajdzie. Tylko jeszcze nie wiedziała jak to zrobić, by Shirea nie wywęszyła podstępu...

Nisheera

  • Vyvanse.6830
  • Radny
  • *****
  • Wiadomości: 796
  • Płeć: Kobieta

Najdroższa Matko.
Myślałam i myślę, że skoro mam być przyszłością, nie mogę stać w przeszłości... Chciałam to zakończyć.  Uciszyć głos poczucia winy. Przygotowałam się na to, by zszargać swoje imię i zgubić siebie, a w dłoni trzymam pióro - postawiłam pierwszą literę mojego podpisu pod wyrokiem skazującym mnie na drogę bez powrotu... Jestem coraz bliżej wejścia w układy, z których się nie wycofam. Ale nie mogę się cofnąć, choćby nie wiadomo jak mnie wstrzymywano i jak ochoczo oferowanoby mi pomocną dłoń. Jeśli ją przyjmę - narażę wszystkich. Jeżeli ją odrzucę - narażę tylko siebie.

Ostatni raz proszę, wskaż mi drogę, którą mam iść, bo już dawno zeszłam ze swojej ścieżki. Nie milcz... Błagam. Cadeyrn nie dostał od Ciebie wskazówki. Zbłądził. Ja... Ja się bałam, że będę jak on. Ale teraz rozumiem. Ty wybierasz dzieci, z którymi chcesz rozmawiać, a ja  stojąca nad przepaścią nie jestem godna Twojej uwagi.

Nadchodzi sztorm, Matko. A ja w tym sztormie będę musiała się od Ciebie odwrócić, jeżeli nie chcę nikogo narazić. Będę sama; nie gardzę oferowanym w sferze obietnic wsparciem, ale może być na nie za późno. Jak coś pójdzie nie tak - bez Ciebie złamię się jak wątła gałąź. Uformują mnie na nowo, skrzywioną i nieuleczalnie kaleką. Chociaż... Wtedy może będę silniejsza - wszak utarło się, że wielokrotnie złamana kość staje się silniejsza. Teraz mam skrzywiony pogląd na życie. Ośmieliłam się uznać, że przyznanie się do lęku wymaga odwagi i siły. Najwyraźniej mylę pojęcia.

Jestem rozczarowaniem, Matko. Nikim wielkim i nikim wartym zapamiętania. Nikim, kto zasługiwałby na zrozumienie i chociażby wysłuchanie jego zdania. Nikim, kogo warto zauważyć. Mogę pracować ponad miarę, mogę zedrzeć gardło krzycząc o zasadach, mogę walczyć do ostatniej kropli krwi za bliskich - to na nic.  Jestem tylko pyłem, który był i niebawem przepadnie.

Nie zaprzeczasz. Ja też już nie próbuję, bo otwarliście mi oczy. Wszyscy. A ja mogę tylko odraczać coraz szybciej zbliżającą się egzekucję tego, w co wierzyłam i według czego starałam się żyć.




Shirea siedziała półnaga na łóżku i próbowała rozgryźć, co dzisiejszego ranka przyniósł jej jej nowy Chłopak. A były to bardzo drobno zmielone mocno pachnące zioła, zapałka i jakiś dziwnie wyrzeźbiony kawałek drewna. Normalnie skręciłaby je w aromatyczne liście, których nazwy nie pamiętała, ale rozpoznałaby je na ślepo w dżungli. Ale ta fajka... Po co to komu. Może by to tak po prostu wciągnąć? Albo... O. To będzie prostsze. Polizała palca i nabrała trochę ziół na palec. Wtarła to zaraz w dziąsła i... Och, na ciernie, jakie to paskudne. Taka gorycz... To musi być do palenia. Więc trzeba będzie użyć jakoś kawałka drewna... Uch, za chwilę. Teraz miała gorszą rzecz na głowie, nie mogła całego potencjału myślowego zużyć na jakieś dziwactwo. Zresztą, niebawem miał przyjść Chłopak.

Otóż to. Właściwie, do tej pory nie przywiązywała wagi do jego imienia, ale ostatnio napomknął coś, by nie mówiła do niego per. "Chłopcze" bo to sprawia, że po prostu przestaje być gotowy. I tak już jej się wykręcił cztery razy od wciągnięcia go do łóżka, a jej frustracja strasznie rosła i coraz częściej miała ochotę poszukać bardziej chętnego Konara albo chociaż świeczki. Ale to nie było rozwiązanie, przecież się uparła. Więc trzeba było sobie przypomnieć jego imię... Kiedyś jej się przedstawiał, chyba nawet na tym święcie po jabłkozbiorach, lecz nie zapamiętała wtedy twarzy, a jej wzrok błądził za czymś innym - jakiś umięśniony mężczyzna sam niósł wielką beczkę cydru. Niestety dyskretnie wyciągnięty również odmówił, bo był kochającym rodzinę mężczyzną. Cóż, ładny zapach w tym oborniku mógł być dużym szokiem - a przynajmniej tak sobie tłumaczyła, bo ciągle kichał przy jej bliskości, jakby chciał się pozbyć zaraz tego co wciągnął. W każdym razie... Musiała skupić się na Chłopaku. Jakie są typowe ludzkie imiona... Bob? Nie pasuje do niego. Ross? Chyba też nie... A to nie te śmieszne drugie imię, w sensie nazwisko? A może...

Ktoś zapukał do drzwi. Shirea westchnęła. No sobie nie przypomni.
- Przecież wiesz, że dla Ciebie zawsze otwarte, Chłopcze - odezwała się, nim ugryzła się w język. Aby jednak nie okazać swojemu nocnemu gościowi lekceważenia, usiadła nieco bardziej wyzywająco mimo że przychodził potrzymać się za ręce i poszeptać w ucho komplementy i sekrety o ludzkości, zamiast na konkret. W drzwiach jednak nie stanął Chłopak, a Kruszynka z jakimś takim zdziwieniem wypisanym na twarzy. Shirea zamiast się wściec się uśmiechnęła. Bingo. Tego szukała. Wymyśli Chłopcu jakiś pseudonim, który mu się spodoba. Może Książę Nocy? Ale mu to połechta ego. Chociaż nie, znała jednego Księcia Nocy... Przynajmniej póki jakiś koszmaryta podczas Turnieju nie pocharatał mu twarzy tak, że nie mogła na niego patrzeć i odeszła. Więc Chłopak będzie po prostu Księciem.
- Shireo... Chyba przyszłam nie w porę i nie jestem Chłopcem, ale mam sprawę, która nie może czekać - speszona Kruszyna powiodła spojrzeniem po jej aparycji podobnie jak ludzie unikając patrzenia na miejsca zazwyczaj zakryte. Zaczerwieniła się.
- Nie przejmuj się... Jest nudniejszy niż Ty, ale możesz go godniej zastąpić - wymownie pacnęła ręką w łóżko. Kruszynie ten gest wydał się być bardzo, ale to bardzo poniżający. Shirea z nieskrywaną radością odnotowała, że jej towarzyszka ma kilka warstw i nie jest pod żadnym pozorem nudna i bezpłciowa jak śnięta ryba, jak jej się wcześniej zdawało - właśnie wyczuła jej mrożącą krew w żyłach złość, choć żadna emocja się nie odbiła na jej twarzy. Mistrzyni aktorstwa? Shirea aż żałowała, że nie została w Gaju na dłużej, by wypytać o te zjawisko, lecz miała duże podstawy by sądzić, że Kruszynka do najbardziej skorych do żartów osób nie należała. Oblizała wargi. Trzeba będzie to zmienić.
- N-nie wygłupiaj się, Shireo - Kruszyna zawahała się podczas odpowiedzi, lekko się zająknęła. W nieco rozpalonym umyśle Shirei nie było miejsca na to, by zignorować taki symptom, który zaklasyfikowała zaraz pod "Chciałabym, ale boję się", niemniej czar prysł, gdy Kruszyna dodała - To nie zajmie długo. Nie mam wiele czasu
- Mówisz tak już chyba piąty raz od kiedy się znamy. Znów jakieś ryzyko? Jesteś uzależniona od adrenaliny? - Shirea wybawiła rozmówczynię od ciągłego zawstydzenia zakładając nogę na nogę.
- Tak - odparła bez wahania. Podeszła przysiąść na brzegu łóżka w dużej odlegości od Shirei, lecz mimo to sylvari się dosunęła i wyciągnęła ku niej dłoń, którą jednak Kruszyna zbiła z toru poruszania się sprawnym ruchem swojej ręki, a drugą, równie nachalną pochwyciła za nadgarstek nim Shirea złapała ją za policzek, by jednak coś zainicjować. Mocny chwyt sprawił, że Inicjatorka Niedoszłych Zdarzeń Niechcianych nieco ochłonęła - Shireo. Nie wiem, czy nadarzy się okazja by jeszcze pomówić. Zresztą, zdaje mi się że kogoś już tu masz. Mam nadzieję, że to pełnoletnia osoba, lecz się nie wtrącam. To co dla Ciebie mam jest naprawdę ważne, więc proszę, skup się.
- Dajesz sprzeczne sygnały.  I zresztą, mam i nie mam - to skomplikowane - burknęła w odpowiedzi. Rzadko ktoś ją tak obcesowo odrzucał i czuła się mocno urażona. To, że rzadko była tak wygłodniała i nakręcona, że sama zachowywała się poniżej krytyki by coś dostać na razie do niej nie docierało.
- Daję jasne sygnały - nie chcę, by nasza relacja szła w tę stronę - westchnęła.
- Taka napięta i sztywna jesteś, zrelaksowałabyś się... - Shirea już ją miała namawiać, ale spojrzenie oczu rozmówczyni stało się tak lodowate, że dosłownie usadziło ją w miejscu - Oj no, już dobrze, nie znasz się na żartach.
- Skądże, przecież widzisz jak pękam ze śmiechu - przymknęła oczy z rezygnacją. Puściła rękę Shirei, która ścierpła tak, że sylvari musiała ją rozmasować. W tym czasie sylvari wyciągnęła z torby jakąś rycinę i położyła ją na kolanach Shirei - Mam kilka krótkich pytań. Znasz go?


Shirea spojrzała na bohatera ryciny. Lekko się uśmiechnęła. To był najprzystojniejszy sylvari jakiego poznała, przynajmniej jak na razie. Wyraźnie zarysowana szczęka i prosty, szlachetny dłuższy nos podkreślały tylko, jak bardzo jest męski. Odpowiednio wygięte łuki brwi nadawały jego twarzy wyrazu surowości, a jego oczy, czerwone jak najpiękniejsze z rubinów świdrowały spojrzeniem tak, że można było zapomnieć o całym świecie. Usta, choć zazwyczaj wykrzywione w kpiącym uśmiechu nadawały się i do wydawania rozkazów i do najbardziej namiętnych pocałunków. Przystojniak był ciemnokory, chodzący zawsze z nagim, perfekcyjnie uformowanym torsem na środku którego tli się wszystkimi odcieniami złota, czerwieni i pomarańczu wrośnięty w ciało niegasnący kryształ, który wygląda, jakby ktoś zaklął w nim energię wszystkich ciepłych ognisk świata. Jego ciało było gorące, jak plaże po całym upalnym słonecznym dniu. Gdy się poznali, był Baronem Pożogi. A później, gdy ich relacje nieco się zacieśniły... Zamiast Barona, dla niej był po prostu Felvindem. Podniosła wzrok z ryciny na Kruszynę zupełnie inaczej. Jak na zagrożenie.

- A załóżmy, że znam. I co. - przeszła na najbardziej bezczelny z tonów. Jej zmianę nastawienia można by było porównać do polania ogniska wódką. Zerknęła w stronę swojej broni, aczkolwiek była za daleko. Zresztą, trzeba się było uspokoić, przecież miała zamiar przynieść Kruszynkę ze sobą jak trofeum. Zresztą, jak krótkie ukłucie zazdrości jej minęło, przypomniało jej się, że Kruszynka czaruje podobnie jak Felvind.
- Nie denerwuj się... Po prostu... Zauważyłam, że używasz podobnych zaklęć i podobnej gestykulacji jak on - Kruszynka próbowała zakryć jakieś emocje pod uśmiechem i łagodnym, uspokajającym spojrzeniem
- Znaliście się? - w zasadzie, Shirea pytała o oczywistą oczywistość.
- Minęło dużo czasu od naszego ostatniego spotkania - ale tak, dobrze się znaliśmy. Mogłabyś mi o nim opowiedzieć?

Na chwilę zapadła niezręczna cisza. Przecież Shirea nie miała z Felvindem żadnych tajemnic. Opowiedział jej o każdej osobie, którą poznał i która była przed nią i pomiędzy nią, a nią. Więc musiał jej kiedyś mówić. Niemniej... Zapatrzyła się na Kruszynę, która się uśmiechała miło, a spojrzenie miała jakieś takie ufne. Zdaje się być taka czysta i łagodna, przecież Felvind nie lubił takich laleczek. Nawykł do nazywania swoich towarzyszek imionami roślin i praktycznie każda z nich miała miejsce dla siebie w jego ogrodzie, choćby i pod postacią roślinek, skrzętnie pielęgnowanych - Felvind miał tą irytującą sentymentalność. I tak, często zdarzało mu się przechodzić przez ten ogród. Teraz... Kim mogła być Kruszyna...

Najpiękniejszą i najstarszą rośliną była Róża. Róża była jednym z najstarszych kwiatów w jego ogrodzie i mimo wieku wciąż piękniała. Krzew miał niewiele, ale za to bardzo urodziwych białych kwiatów z błękitnymi brzegami płatków. Był bardzo elegancki i pachniał obezwładniająco pięknie. Róża pochłaniała najwięcej uwagi Felvinda... Ale Kruszynka nie mogła być Różą Felvinda. Felvind kochał Różę, lecz ona odtrąciła jego uczucia i odeszła, zdradzając go. Była jego największym rozczarowaniem, a mimo to wciąż ją rozpamiętywał, ale nie próbował nawet jej szukać. Więc na pewno nie żyła, bo Felvind zawsze dostawał to czego chciał. Zrestą, Kruszynka Różą? Róża była niezłomna, uparta i pracowita, a przy tym miała w sobie dużo klasy i zarażała wszystkich dobrym nastrojem, a także pozytywnym nastawieniem do życia. Shirea odrzuciła też Oset i Bylicę, bo były wojowniczkami, więc na pewno nie one. Elementalistek było sporo w życiu jej szefa, lecz odrzucając Aster, Gladiolę, Tulipan, Mak, Bez, Goździk, Firletkę i Lawendę, które aktualnie były częścią grupy... Wciąż zostawało jeszcze za dużo.

Może warto się skupić na aparycji Kruszyny. Konwalia? Nie, ona byłaby za głupia, przecież nic tylko sięgała po używki. Rabarbar? Odpada, podobno podczas jednej walki straciła ucho, a Kruszyna miała oboje uszu. Przebiśnieg? Może... W zasadzie była w straży Felvinda jakieś dwa lata temu, więc może jednak nie, bo to niedawno. Chociaż podobno była bardzo męska, więc kompletnie odpadała. A może Szczawica? Oj, na Matkę, chyba nie. Jakby ktoś Shireę nazwał Szczawicą, mimo urody tego kwiecia po prostu by nie chciała się znów spotykać z Felvindem. Dobrze, że ona miała normalny przydomek - Peonia. Cóż... Jedna jeszcze elementalistka została w głowie Shirei z opowiadań Felvinda - Niezapominajka. Delikatna, łagodna elementalistka wody i powietrza, która zgubiła się podczas ucieczki jakieś cztery lata temu. Nie zawładnęła sercem Szefa, ale była bardzo uczynna i była najlepszą medyczką, jaką miał - podobno odnalazła go kiedyś na trakcie i się nim zaopiekowała, po prostu cudem wyciągając go ze szponów śmierci, a później podróżowała z nim przez jakiś Sezon, nim nie wpadli w kłopoty - musieli się rozdzielić i nigdy więcej się nie spotkali. Delikatny uśmiech zadrgał na jej ustach. Przecież wszystko wskazywało na to, że nie będzie musiała siłą ciągnąć Kruszyny do szefa. Rozpogodziła się. Tak, opowie jej o nim. Tylko same dobre rzeczy. Jeśli to Niezapominajka, nie jest w jego typie, ale będzie użyteczna, choć była nawet podobna do Shirei, ale to pewnie te kolory zniechęciły Felvinda do niej. Sprawę komplikował jedynie fakt, że naprawdę minęło sporo czasu i Niezapominajka chyba nie wiedziała kim Felvind jest.

- To Felvind. Ma dobre serce, przygarnął mnie prawie dwa lata temu po tym, jak zostałam sama jak palec. Podszkolił mnie trochę z magii i przyjął do swojej grupy. Wiesz - otacza sie głównie elementalistkami. Bardzo lubi zwierzęta, mamy dużo psów u siebie. Właściwie to jesteśmy jak jedna wielka rodzina. Pomagamy sobie wzajemnie i bez żadnych okowów przemierzamy dżungle, by móc bez ograniczeń nieść pożytek tam, gdzie nas zaniosą nogi - lekko się uśmiechnęła. Takie delikatne przedstawienie sprawy powinno się spodobać medyczce.
- Rozumiem - Kruszyna delikatnie skinęła głową. Potarła podbródek w namyśle - Szkoda, że nasze drogi się rozeszły. Powspominałabym stare dobre czasy... Nigdy o Was nie słyszałam. Jak się zwiecie?
- Wiesz, działamy w cieniu i bardzo z boku. Nie mogę Ci więcej powiedzieć, bo wiesz, zawsze jak komuś w czymś pomagasz to często robisz sobie wrogów. Ale... Słuchaj. Większość z nas włada żywiołem ognia, lecz trochę brakuje nam uzdrowicieli. Mogłabym zaaranżować małe spotkanie, jakbyś chciała - uśmiechnęła się przymilnie. Na twarzy Kruszynki odbiło się zdziwienie.
- Naprawdę, tak po prostu? Możesz mnie z nim skontaktować?
- Mogę i chcę. Daję słowo! Starzy znajomi Felvinda są zawsze mile widziani - uniosła podbródek - W końcu jesteś jego Niezapominajką, prawda?
- J-ja... - sylvari nie otrząsnęła się jeszcze z poprzedniego zdziwienia. Spojrzała głęboko w oczy Shirei i od razu odzyskała rezon - Skąd mnie znasz?
- Wiesz... Felvind opowiadał o Tobie same dobre rzeczy. Przecież wyciągnęłaś go ze szponów śmierci. Nie zapomniał o Tobie, Niezapominajko - uśmiech rozjaśnił twarz Shirei. Wyciągnęła dłoń do Kruszynki, by ująć ją za policzek. Z niewiadomych jej powodów Kruszynka - już teraz Niezapominajka - się nieco spłoszyła, ale już nie cofnęła, tylko zaczerwieniła się
- Shireo, ja sądziłam, że dawno mnie zapomniał i... Nie tak jak ja o nim. Wiele mnie nauczył - westchnęła ciężko, uśmiechając się - Niezapominajko... nikt tak do mnie dawno nie mówił... A to takie miłe.
- Mów mi Peonio. Teraz wiem, że jesteśmy prawie jak siostry. Nie odtrącaj mnie, zawsze chciałam mieć siostrę, miło będzie mieć kogoś niezawistnego w otoczeniu! Przepraszam za moje głupie zachowanie w lecznicy! - nachyliła się ku niej, by ucałować ją w czoło, choć tamta siedziała jak słup soli. Mocno ją przytuliła, tak że aż tamta sapnęła z powodu braku powietrza przez chwilę - Jej... Musisz mi koniecznie opowiedzieć, co się z Tobą działo, gdy Wasze drogi się rozeszły... Wtedy kiedy uciekaliście przed Lwią Gwardią. Mówił, że nie dotarłaś nigdy na umówione spotkanie!
- Niestety, nie zdążyłam. Miałam ogon i nie mogłam iść na miejsce zbiórki, bo naraziłabym Felvinda - westchnęła i spuściła wzrok, gdy Shirea ją puściła. Ujęła ją za dłonie - Ale jestem trochę zaniepokojona. Jak liczna jest jego obecna świta? I czemu wspominasz o zawistności?
- Jest nas... Hm. Ja, Aster, Gladiola, Tulipan, Mak, Bez, Goździk, Firletkę i Lawendę... Czyli  łącznie dziewięć i Felvind, dziesiąty w Bukiecie. Pozostałe pytania... Ojej. Ale nie powinnyśmy mieć przed sobą tajemnic - Shirea podniosła na Niezapominajkę wzrok - Na wszystko przyjdzie czas. Po prostu... Z Felvindem łączy mnie coś więcej niż stosunki przyjacielskie czy służbowe. Jestem jego kochanką. Pozostałe wolałyby, by Felvind traktował nas na równi. To tylko takie przyjacielskie przepychanki, nic znaczącego. Ale Ty nie masz nic przeciwko temu romansowi, prawda? Na nic nie liczyłaś, poszukując go? - delikatnie się uśmiechnęła ściskając jej dłonie.
- Uspokoiłaś mnie nieco. I nie, nie mam nic przeciwko. Nie liczyłam na nic, bo nie szukam miłości czy czułości - odpowiedziała zgodnie z prawdą. Spojrzała głęboko, przenikliwie w oczy Shirei, gdy podniosła wzrok - Muszę sobie wszystko poukładać w głowie, Peonio. Kiedy uda Ci się zainicjować spotkanie?
- Nie wiem. Straciłam z nim kontakt przez tę rekonwalescencję... Ale obiecuję Ci, że go znajdę. I nie zapomnę o Tobie. Tylko nie daj się zabić! Gdzie Ci mogę zostawić wiadomość?
- Będę Cię co jakiś czas odwiedzała. W końcu... Jesteśmy siostrami, tak? Tylko daj mi trochę czasu. Sama nie próżnuj. - uśmiechnęła się delikatnie. Zdawała się już być rozluźniona, lecz wstała i przeszła do wyjścia. Shirea ją odprowadziła, nawet nie ubierając spodni. Przytuliła ją na pożegnanie.
- Nie będę. Coś jestem Ci winna. Zobaczysz, będzie świetnie!

Niezapominajka skinęła głową na do widzenia i ruszyła w swoją stronę. Peonia chwilę ją obserwowała. Wszystko zdawało się układać lepiej niż myślała. Po pierwsze... Felvind znał Niezapominajkę. Po drugie Niezapominajka sama chciała się z nim spotkać. Po trzecie, Niezapominajka była fajna i przynajmniej elegancko uzupełni drużynę. Po czwarte, nie chciała się dobierać do Felvinda. A po piąte, to już się zdążyła spoufalić z Peonią - w końcu będzie miała jakąś miłą duszyczkę na codzień. Same korzyści... Tylko gdzie mógł być ten Felvind?



Musiała się wyciszyć. Specjalnie nie wracała jeszcze do mieszkania, a pozostała na górnych piętrach Gaju, by stamtąd spojrzeć na nocne życie miasta niżej. Oświetlenie stolicy Sylvarich było niesamowite i za każdym razem ją zachwycało, mimo, że minęło już tyle lat, a jej dom czasem wydawał się być jej więzieniem, w którym trzymała ją powinność.

Nie była Niezapominajką. Felvind nazywał ją inaczej, lecz wyraźnie wyczuwalna nadzieja w sercu Shirei... To jest Peonii nakazała jej skłamać. Peonia tyle ciepła zaczęła okazywać komuś kompletnie obcemu. Komuś, kto nie wydawał się być zagrożeniem. Komuś, kto podobno kiedyś ocalił Felvinda i zniknął. Nowomianowana Niezapominajka chwilę się zastanawiała. Może skradziona właśnie tożsamość bardziej pasowała do niej, niż miano, jakie jej nadał Mentor. Wszystko to było dziwne. Osiągnięcie celu wydawało się być zbyt proste, pomijając odnalezienie Felvinda, jednak... Sposób już był.

Problemy zaczną się po spotkaniu, gdy Felvind ją rozpozna i zorientuje się, że nie jest Niezapominajką. Ugh, gdyby tak teraz na to spojrzeć, co ją podkusiło, by jednak bawić się w jakąś drugą tożsamość. Niemniej, do tego było trochę czasu. Wątpiła w pełną szczerość Shirei. Wiedziała, że sylvari nie mówi jej wszystkiego, lecz nawet te minimum było przerażające. Wszystko wskazywało na to, że Koszmaryta tworzy wokół siebie harem. Zastanawiała się, czy wszystkie są w niego zapatrzone i zabójstwo lidera będzie się wiązało z koniecznością stanięcia naprzeciwko wszystkich czy może jednak w grupie działa prawo silniejszego... Cóż, czekało ją jeszcze kilka spotkań ze Shireą.

Shirea była naprawdę przerażająca. Jej dążenie do czułości i zaspokajania swoich prymitywnych potrzeb sprawiało, że "Niezapominajka" zastanawiała się, ile jeszcze podchodów wytrzyma, nie zabijając jej na miejscu. Jej niestabilność sprawiała, że ciężko było się przy niej rozluźnić... A już na pewno było to niemożliwe bez broni. To nie był czysty Chaos, to było chodzące Szaleństwo. Może oceniała ją zbyt surowo, ale dla niej tamta elementalistka była mocno zezwierzęcona. Nie znała pojęcia przestrzeni osobistej.

"Niezapominajka" właściwie też nie była święta. Ilość wypowiedzianych tej nocy kłamstw mocno nią zachwiała. Na szczęście żadne z nich nie zostało wykryte. Miała jednak wrażenie, że stąpa po bardzo kruchym lodzie. Musiała działać szybko.


« Ostatnia zmiana: Październik 20, 2018, 12:29:07 wysłana przez Nisheera »

Nisheera

  • Vyvanse.6830
  • Radny
  • *****
  • Wiadomości: 796
  • Płeć: Kobieta

Najdroższa Matko.

Opanowałam się. Znalazłam w sobie spokój. Ja po prostu... Miałam za dużo na głowie i... Twoje lekceważenie mnie tylko ściągało na dno. Nie wykonasz żadnego gestu, by wesprzeć swoje dziecko. Ktoś tak nic nieznaczący jak ja powinien się zadowolić samą Twoją prezencją, choć Twej obecności wcale nie czuję. Niemniej... Póki mogę tu przychodzić, powinnam mieć nadzieję.

Lodowata nienawiść zdawała się wypalać resztki mojego rozsądku, czyniąc ze mnie rozemocjonowaną kalekę umysłową, zamiast obudzić moje wyrachowanie i zmysł myśliwej. Bo sądziłam, że Mentor stanowi zagrożenie dla Gaju i Ciebie, a wszystko wskazuje na to, że usunął się w cień i działa bardzo dyskretnie, a przynajmniej nie na tyle niedyskretnie, by stać się celem Wardenów.

Choć powinnam skupić się na nim i zakończeniu wszelkich niegodziwości jakich się dopuszcza i dopuściłby w przyszłości, nie wycofam się z drużyny, której złożyłam obietnicę, bo czuję powinność wobec naszych braci i sióstr. Niemniej... Dobrze, że od początku zakładałam, że będę się musiała rozliczyć z Mentorem w pojedynkę i mam plan B. Kruchy i niepewny, ale jedyny jaki mam. Powierzę spokój swojego sumienia w ręce niewyżytej koszmarytki, polegając na jej radach i przeczuciach. Za nią wejdę do gniazda jadowitych węży i pozwolę, by się na mnie zacisnęły, a nim mnie zaduszą - spalę je wszystkie lub przepadnę. Przykro patrzeć na istoty pozbawione godności i szacunku do samych siebie. Gdy ja miałam styczność z Mentorem, nasze relacje były profesjonalne, przynajmniej z mojej strony. Nie sądziłam, że otoczy się wieńcem kobiet... A co jak każda jest taka jak moja Podopieczna? Ciekawe, czy istnieje dla nich jakiś ratunek. Boję się, że na miejscu zastanę nierząd i zniewolenie, lecz z drugiej strony - strach powinien mnie napędzić. Mnie i mój gniew, który pozwoli mi oczyścić całe te splugawienie.

Nie będzie więcej przeszłości, ani wspominania. Życie pcha mnie do przodu, a każdą zmianę muszę postrzegać jako rozwój. Z tego wyjdę silniejsza... Albo nie wyjdę wcale. Już teraz przepraszam, że zatruję Sen swoimi myślami i czynami, choć nigdy nie leżało to w moich intencjach.

Nie proszę o radę. Już nie.





Słońce zniknęło za linią drzew, a niebo w tej części Tyrii o tej porze nie ustępowało urodzie minionego pogodnego dnia - zasnute drobnymi chmurkami, w których igrały jego ostatnie promienie nadając im złotawego odcienia, łagodnie odcinającego się od jasno różowego nieba. Robiło się coraz chłodniej, lecz tu ten chłód był przyjemny i dawał wytchnienie od wszechobecnej parności i wilgoci. Właśnie następowała zmiana w otoczeniu. Roślinożercy wracali do swoich bezpiecznych siedlisk, zaś nocni łowcy przygotowywali się do dzisiejszych łowów. Wojskowi w licznych niedużych posterunkach szli spać lub zmieniali towarzyszy, którym przypadła dzienna warta. Ci, którzy byli na trakcie spieszyli się do miejsc, w których mogli liczyć na nocleg bądź rozglądali się za miejscami, w których mogliby rozbić obóz. Nad tutejszym wulkanem nie unosił się dym - zapowiadało się na spokojną noc. W powietrzu rozniosło się narzekanie, które oderwał obserwatorkę śmierci dnia i narodzin nocy od swojego zajęcia:

- Niezapominajkoooo... Nie znoszę tych Drogowskazów, a jeszcze trzeba za nie płacić - mruknęła niechętnie czerwonowłosa przewodniczka. Bardzo łatwo było nazwać emocje, które pokazywała, lecz co próbowała ukryć? Przecież sama dziś rano wyszła z propozycją pokazania jej ulubionego miejsca Felvinda.
- Dobry wieczór, Peonio -  skinęła jej delikatnie głową witając ją ze spokojem. Zawiesiła na niej spojrzenie, chwilę przeznaczając na ocenę jej aparycji. Jej towarzyszka, zamiast przywdziać lekki pancerz, wzmacniany grubszą skórą w okolicach klatki piersiowej i buty o wysokich cholewach, które mogłyby ocalić jej nogi od zadrapań ubrała się tak, jakby wybierała się do klubu, a nie na spotkanie szefa  - jej koszulka, odpowiednio wycięta obnażała dolną część jej piersi, zaś spodnie ciężko byłoby nazwać spodniami - w zasadzie były tak wycięte, że aż odsłaniały pupę i równie dobrze Shirea mogłaby ich nie mieć. Przynajmniej miała buty z długą cholewą... Tyle że ona sięgała aż do połowy uda. Co gorsza, buty były ciasno sznurowane i miały obcas. Krótko mówiąc, nawet nie znając historii Peonii łatwo można by było wywnioskować, że nie łączą ją z Szefem relacje czysto zawodowe lub przyjacielskie. Niezapominajka się wzdrygnęła. Gdyby Felvind jej kazał w czymś takim chodzić...
- I co, podoba Ci się? - sylvari pochwyciła jej spojrzenie i się obróciła wokół własnej osi dwukrotnie
- Um... Dasz radę w tych butach zajść tam, gdzie chcesz mnie zaprowadzić? - ujęła swoje wątpliwości najdelikatniej jak potrafiła, na głos nie wypowiadając ani słowa krytyki więcej, choć w głowie huczało jej, by wygarnąć towarzyszce coś o braku szacunku do samej siebie i... Do przestrzeni osobistej swojego rozmówcy, bowiem odpowiedź Peonii mogła wprawić w duże zakłopotanie.
- Ale Ty się o mnie troszczysz, siostrzyczko! - Peonia ujęła ją za oba policzki i ucałowała w czoło, a później w nos, ale nim zeszła niżej - jej wargi zetknęły się z palcami Niezapominajki, zamiast z jej ustami. Sylvari jednak niezrażona zachichotała i puściła towarzyszkę, po tym jak przesunęła językiem ku jej opuszkom... Gdzieś mając fakt, że Niezapominajka miała skórzane rękawice.
- Nosi Cię, prawda? "Książę" dalej zamiast "zdobywcą" jest "romantykiem"? - ukrywając swoje zmieszanie opuściła powoli dłoń, zagadując Shireę na temat o którym rozmawiały dwa dni temu. Na szczęście niechciany pocałunek nie nadszedł. Och, powinno być jej jej żal, ale... Jedyne co czuła to niechęć mimo swojej dużej empatii. Tylko próba osadzenia się w jej położeniu i wyobrażanie sobie jej myśli na moment pomagało ją zrozumieć... Ale już nie pochwalać. Jakże niedobranymi towarzyszkami były - gdyby za Peonię zabrał się ktoś bez zobowiązań, kto chętnie korzystałby z okazji z pewnością szybciej wycisnąłby z niej wszystko czego trzeba albo chociaż nie dusiłby się w tym wszystkim jak Niezapominajka.
- Daj spokój, okropny jest. Dlaczego ludzcy mężczyźni muszą być tacy skomplikowani? Chcę jednego, a nie jakiegoś gadania, spacerów i tak dalej. Felvind przynajmniej był konkretny i chciał tego samego jak ja, tylko niekoniecznie zawsze w tej samej kolejności - odsunęła się od towarzyszki, która powstrzymała się od odetchnięcia z ulgą. Ruszyła między drzewa, znając dobrze drogę.
- Gdyby uległ Ci łatwo, porzuciłabyś go szybko. Ma nadzieję - ruszyła za nią.
- Nadzieja... Głupiec. Muszę znaleźć kogoś innego - potrząsnęła głową
- Kogoś bez hamulców moralnych? Peonio, sama teraz masz nadzieję - podkreśliła - spotkać Szefa.

Shirea nie odpowiedziała, a do tego przyspieszyła kroku. Zabrakło jej riposty. O dziwo w kusym, niewygodnym stroju poruszała się z nielada gracją i zwinnie przeskakiwała nad korzeniami, umiejętnie lawirując między powykrzywianymi drzewami. Niezapominajka w swoim skromnym, lecz dopasowanym stroju na płaskich butach nie miała problemu by za nią nadążyć, lecz gdyby była odziana podobnie do przewodniczki z pewnością byłoby jej bardzo ciężko. Ciemnokora sylvari szybko wróciła do sił po rekonwalescencji - udało jej się utrzymać tempo przez ponad kwadrans i zatrzymała się dopiero przed wąskim wejściem w przesmyk, który łatwo byłoby przeoczyć. Rozłożyła dłonie, jakby prezentowała coś swojej towarzyszce.

- Zapraszam do  Ogrodu.

Niezapominajka po zaproszeniu postanowiła wejść przodem, w dłoń biorąc kostur i symulując zmęczenie podróżą, a także brak kondycji. Wsparła się na kiju i zaraz się okazało, że jej ostrożność była niepotrzebna.

Miejsce było po prostu oszałamiające. Choć z góry nie docierało żadne światło, przez rozłożyste drzewa chroniące przesmyk przed dostrzeżeniem go z nieba nie było tu strasznie - w głębi przesmyku tliło się kilkanaście niedużych błękitnych światełek, zlokalizowanych w równej odległości od siebie. Ich światło pozwalały się przyjrzeć niedużemu ogrodowi. W jego centrum rosło rozłożyste  drzewo, lecz niestety łyse i pozbawione kory, z jakiegoś powodu jednak żywe. Pod nim znajdowała się kamienna ława, obok której z jednej strony znajdował się krzew białej róży. Był piękny, mimo, że nie kwitło na nim wiele róż. Zdawał się uparcie rosnąć i emanował elegancją. W niedalekiej odległości rosły kolejne rośliny. Przepiękne różowe astry wyglądały tak idealnie, jakby z obrazka. Czerwona gladiola wystrzeliwała z ziemi tuż obok nich i górowała nad nimi wzrostem. Ciemnofioletowe, niemalże czarne tulipany były czymś naprawdę rzadko spotykanym. Zwyczajne czerwone maki w tym ogrodzie zdawały się być naprawdę ładne mimo swojej prostoty. Pomarańczowy goździk wręcz uginał się od ilości płatków.  Czerwona piwonia o ogromnych kwiatach, tak rozbitych i kuszących, jak otwarta i kusząca starała się być ta, która nosiła ich imię. Skromna lawenda oszałamiała zapachem, zaś biała firletka, równie niepozorna miała w sobie sporo uroku. Obok rosły gęsto konwalie, których nie powinno nigdzie być o tej porze roku, podobnie jak bzu, który jednak rósł nieco dalej, a jego fioletowe drobne kwiatki ozdabiały gałęzie, a co dopiero przebiśniegów. Białe kwiatki szczawicy i rabarbaru zdawały się nawet lśnić tej nocy. Nawet zazwyczaj nieuznawane za ładne bylica i oset zdawały się tutaj być naprawdę piękne. Opodal nich znajdowały się niezapominajki, do których swoje kroki skierowała ostrożnie sylvari. Po drodze minęła jeszcze kilka kwiatów - dostojną różową magnolię, wesołe żółte jaskry, gęsto rosnące bratki, ukwiecony len na uboczu, uroczą orchideę, aromatyczny rumianek, melisę, miętę, mniszka, koniczynę, stokrotki i wiele innych kwiatów, którym nie mogła się przyjrzeć, bo były zbyt daleko od świateł.

To było straszne. Poczuła się jak w jakimś miejscu pamięci, a gdyby zebrać wszystkie rośliny w jakimś spisie, z pewnością wyszłoby kilkadziesiąt, jak nie setka. Przyklęknęła przy niezapominajkach i udała, że przygląda im się w zadumie, choć jej wzrok uciekł ku róży. Nieco ją zmroziło. Kilka rozszalałych myśli przeszło jej przez głowę. Pogrążyła się w nich.


I gdyby jednak patrzyła przytomnie, być może zdążyłaby się zorientować co się stało i dlaczego nagle straciła przytomność, a ostatnim co zapamiętała był krzyk Shirei, stojącej w odległości kilku kroków od niej:
- NIEZAPOMINAJKO, ZMIANA PLANÓW - JEDNAK WIEJEMY!

Nisheera

  • Vyvanse.6830
  • Radny
  • *****
  • Wiadomości: 796
  • Płeć: Kobieta

Najdroższa Matko.

Nie chciałabym kończyć misji przedwcześnie, nawet jakby to miała być kara za moją lekkomyślność. Nie tak. Gdziekolwiek jestem, gdziekolwiek będę - mam nadzieję, że nie każą mi się Ciebie wyrzec, choć już niczego od Ciebie nie chcę.

Co innego odejść zupełnie, nie z własnej woli, a co innego mieć tylko w sercu wątpliwości i odrobinę żalu, wymieszanego z goryczą. Żalu, który może ciąć dotkliwiej niż cierń, lecz on zawsze może zostać uśpiony, zaś jeżeli trafię na drogę bez powrotu... Już z niej nie zdołam uciec, a pokuta nie będzie mi dana.



Zapach tytoniu roznosił się w pomieszczeniu i drażnił nozdrza. Sprawił, że się obudziła, dość gwałtownie łapiąc powietrze i zerwała się do siadu, gotowa zaatakować wcześniej męczona złym snem. Od razu pożałowała zmiany pozycji, zaczęło ją mdlić, a w głowie huczało, jak po mocno zakrapianej imprezie do białego rana. Twarz zdawała się być obca, jakby zdrętwiała, jedna jej strona zdawała się być wręcz sklejona. Język wychwycił paskudny smak żywicy.  Sylvari nie potrafiła otworzyć jednego oka, zaś drugie, otwarte narażone na jasność poranka zostało nią oślepione, choć udało jej się wypatrzeć postać siedzącą na... Stołku? Szafce? Kilka szybkich myśli przemknęło przez jej głowę.

Gdziekolwiek była, cokolwiek się zdarzyło... Na razie miała pustkę w głowie, a każda sekunda była cenna. Na palcu wciąż miała Sygnet Błyskawic, mogła uciec. Nigdzie nie czuła więzów. Kostur... Nie umiała go wymacać, ale na jednej z dłoni miała swoją bransoletkę z kryształem, czyli zapasowy przewodnik magii - zatem nie dość, że mogła uciec, to jeszcze narobić szkód, gdyby tylko umiała skupić wzrok. Uniosła dłoń do twarzy. Bandaż. Owinięty wokół głowy, przyklejony do skórki jej własną żywicą. Czyżby została ofiarą medyka, który nie wie, że sylvari nie mogą być bandażowane jak normalni ludzie? Tracąc sekundy mimo kołowania w głowie przesunęła palcami po najgrubszej warstwie zeschłej żywicy choć dotyk bolał - zarówno epidermę jak i prawą rękę, chyba stłuczoną, ale dało się nią ruszać. Oberwała w głowę, ale czaszka była cała... Niemniej musiała mieć sporego siniaka i rozcięty łuk brwiowy, może nawet krwiaka, choć w przypadku sylvarich był to raczej żywiczak. Jej dalsze oględziny zaburzyło pytanie, które rozbrzmiało echem wewnnątrz jej czaszki, choć nie było zadane głośno:
- Żyjesz?

Znała ten głos. Myśli powoli wróciły na odpowiedni tor. Chwilę szukała w pamięci imienia jej posiadaczki. Splunęła gorzką żywicą z ust na lewą dłoń i wzięła głębszy wdech. Błąd. Żebra też bolały, z prawej strony. Odruchowo dotknęła ich okolic, by je przebadać. Ból prawie odebrał jej ponownie przytomność, ale zdołała się powstrzymać przed dalszym badaniem. Kaszel również heroicznym wysiłkiem stłumiła.
- Daj mi... Z mojej torby... Fiolkę z środkiem przeciwbólowym - wychrypiała, ledwo słyszalnie. Nie podano jej nawet wody. Chwilę próbowała oszacować czas swojej niedyspozycji, ale ciężko było zebrać myśli.

Dzwoniło jej w uszach. Dopiero gdy podano jej wprost do ust zawartość mikstury udało jej się poprawnie zogniskować wzrok i wrócić względnie do zmysłów. Do głowy wracały tylko urywki zdarzeń... Krzyki, ból, ciemność, zapach spalenizny, błysk Drogowskazu, ból, ciemność, wleczenie po ziemi, chata w ludzkiej wiosce, ciemność, ból... Chyba teraz była względnie bezpieczna o ile można być bezpiecznym przy koszmarytce. Shirea, jej towarzyszka wpatrywała się w nią z napięciem, chyba po raz pierwszy nie emanując wręcz namacalnym pożądaniem. Chyba coś wcześniej mówiła, bo do jej uszu dotarły dopiero teraz ostatnie jej słowa:
- ...Nic się nie stało, zaraz napijemy się rosołu i po prostu jakoś dojdziemy do siebie. Następnym razem nie będziemy palić fajkowego ziela. Spokojnie, nie wiedziałam, że nas to tak kopnie! - roześmiała się nieco wymuszenie.

Wypalanie w pośpiechu tytoniu nie sugerowało, że jej towarzyszka jest spokojna, ani że wie jak się pali fajkę. Dłonie niewprawnie trzymały drewniany osobliwy przedmiot używany głównie przez dżentelmenów. Nie wyglądała najlepiej - miała kiepski opatrunek na bardzo opuchniętej nodze, który nie zakrywał całego poparzenia, które było wręcz pokryte bąblami. Te bąble, które były pod bandażem musiały pęknąć, sądząc po jego zabarwieniu. Mimo tak jaskrawych dowodów na kłamstwo, brakło jakoś siły z nią sprzeczać o chęci ukrycia zdarzeń poprzedniej nocy, jak i brakło też sił do drążenia, bo trzeba było działać, póki była przytomna, a zawroty głowy nie dokuczały choć przez chwilę.
- Milcz. I podaj mi kostur - przegrywając walkę o pion opadła na poduszki by się nie forsować.

Wobec takiego rozkazu Shirea nie śmiała się nawet odezwać, aczkolwiek z pewnością była urażona. Na przeprosiny czas przyjdzie później. Póki działał środek przeciwbólowy, miała czas działać. Choć ciało było zmęczone i ranne, umysł był już na tyle jasny, by działać prawidłowo. "Niezapominajka" pracowała już pod różnym rodzajem stresu, a tym razem cel był jasny i nie musiała na nic ustawiać priorytetu. Musiała się doprowadzić do porządku. Uniosła stłuczoną rękę i rozrysowała palcem w powietrzu glif przywołania żywiołaka wody. Gdy w jej dłoni wylądował kostur, tchnęła w symbol magię.

Swoje myśli skupiła je przede wszystkim wokół żywiołaka, formując kolejne rozkazy i uwalniając swoją energię magiczną przy każdym kolejnym. Nie zdołała skupić się na sobie, czy na rozmowie z towarzyszką, nie w tym stanie. Jej ciało skupiało się tylko na tym, by nie wypuścić kostura z dłoni, póki żywiołak działał, a miał naprawdę dużo do zrobienia. Stan tej, która go przywołała również na niego oddziaływał, więc nie był tak skuteczny jak zazwyczaj niemniej... Żebra przesuwały się na swoje miejsca, objawy stłuczenia ręki odchodziły w niepamięć, zaś rozcięcie skroni, wcześniej zasklepione przez przyspieszoną regenerację ciała sylvari teraz zostało w pełni zaleczone. Obrzęk twarzy zmalał i przynajmniej nadmiar żywicy został wypłukany. Zaklęcia żywiołaka działały. Nie miała sił przejmować się mokrym od wody łóżkiem, lecz zdołała jeszcze wysłać swojego przywołańca na pomoc towarzyszce. Zaklęcia leczące rzucone nieco na oślep to jedyne, na co było ją stać, póki nie rozkasłała się i nie straciła przytomności ponownie.


Shirea ćmiła chyba już trzecią fajkę, starając się robić to powoli, ale brakowało jej cierpliwości, więc coś, co szanująca się osoba powinna palić godzinę, Shirea paliła w mniej niż 10 minut. Sprytny system tam zastosowany i odrobina techniki pozwalały jej utrzymywać żar i nie spalić tytoniu zbyt szybko, przynajmniej w teorii. Minuty ciągnęły się jak rozgotowany, klejący się makaron. W wolnej dłoni trzymała kostur towarzyszki, który kompletnie nie chciał przewodzić magii, a w rękach Niezapominajki iskrzył czasem wszystkimi kolorami tęczy i jeszcze umożliwił jej przywołanie takiego dużego żywiołaka wody. Dziwny kijek, a może to nie kijek jej pomógł? Przecież powinien działać w każdych rękach. Bubel.

Chwilę przed kolejną utratą przytomności Niezapominajka ją uleczyła, mimo że Shirea ściągnęła na nią klopoty i w zasadzie - musiała to przyznać - sylvari była w takim stanie przez jej lekkomyślność. Gdyby sytuacja była odwrotna, udusiłaby Niezapominajkę przy pierwszej lepszej okazji, ale ona po prostu okazała dziwną wyrozumiałość i łaskę. Te dziwne zdarzenie obudziło to w niej jakieś nowe uczucie. Nie potrafiła go nazwać i jakoś tak zginęła na jakiś czas jej niefrasobliwość i pogoda ducha. Kompletnie nie wiedziała jak powinna się zachować. Nie dość, że jakoś wysuszyła swoją magią mokrą pościel, to jeszcze nawet zaczęła się solidnie obwiniać i analizować porażkę, chyba po raz pierwszy od dawna. Mogła lepiej opracować plan, choć w planach dobra nie była, a po drugie... Wczoraj chyba wszystko poszło nie tak.

Ubrała się dla tego głupca jak sto złotych monet. Musiałby być naprawdę ślepy i zawzięty, by jej nie ulec, gdyby do ogólnej aparycji dołożyła swój najlepszy uśmiech i dziewczęcy, niewinny chichot. Liczne spory i ogniste kłótnie zazwyczaj łagodziła w taki sposób. A teraz sposób został elegancko zmodyfikowany - miała przyjść do Ogrodu i zastać tam tylko Felvinda, wręczając mu Niezapominajkę jak dar. Uśmiechnąć się, zaśmiać z przeszłości i poprosić o przebaczenie za poprzedni występek. Jasne, nie miała najczystszego sumienia, ale kto w tej Tyrii ma? I zresztą, po co się przejmować przeszłością? W każdym razie... Miało być pięknie. A gdy weszła za Niezapominajką do środka, zorientowała się, że coś zdecydowanie nie poszło po jej myśli.

Po pierwsze - Felvinda tu nie było. Nie siedział na ławce przy tej swojej róży ani nie przechadzał się po całym ogrodzie. Po drugie, było tu zdecydowanie zbyt cicho - ogród był miejscem pamięci, ale też spotkań na których często któraś z tych bardziej artystycznych Kwiatów, choćby Aster czy Firletka grała na harfie lub na lutni. A po trzecie - było tu zbyt ciemno, jakby te miejsce zostało opuszczone, mimo że kwiaty były w dobrej kondycji. Shirea nie zdążyła ułożyć swoich wniosków w zdanie, gdy one się urzeczywistniły w najgorszym z możliwych momentów - to była pułapka. Och, na ciernie, dlaczego dopiero w tym momencie pomyślała, że sama by zabezpieczyła ogród na miejscu Felvinda?

Krzyknęła, by ostrzec Niezapominajkę, ale było za późno. Jeden z ulubionych ogarów Felvinda - Ruta, ten sam który ją pokąsał przestał się kryć w cieniach Ogrodu i wyskoczył na Niezapominajkę w szarży. Sylvari nie zdążyła nawet jęknąć, gdy Ruta w nią wpadł, a jej drobne ciało uderzyło w kamienną ławę i drzewo kawałek dalej. Poskładała się jak szmaciana lalka. Shirea już miała zwiewać, ale coś ją zatrzymało - wściekłość. Ruta stał się jej wrogiem numer jeden. Zostawiając za sobą ścieżkę ognia przyspieszyła kroku i dopadła ogara, ciskając w niego kulą ognia. A później drugą i trzecią. Rozjuszyło to bestię, która zmieniła swój cel na Peonię. Ogar chwilę się zawahał. Nastroszył futro, obnażył kły i gotował się do skoku. Gdy Peonia zamierzała się do ognistego cięcia, ktoś zablokował jej nadgarstek, chwytając go, a później ją wywrócił i założył jej bolesną dźwignię. Niefortunnie upadła tak, że rozgrzany miecz który wypadł jej z ręki miała teraz  pod udem i powoli czuła, że się przypieka. Byle nie zemdleć. Wiedziała z kim ma do czynienia. Tulipan, ta zgaga znów ją zaskoczyła - jej zdolność do pozostawania w bezruchu i bezszelestnego poruszania się, a także umiejętności maskowania się zawsze denerwowały Shireę.
- Peonio. Co Ty tu robisz? - Tulipan przejęła inicjatywę.
- Szukam Felvinda, żeby przeprosić za poprzednie - sapnęła. Kompletnie nie miała siły myśleć, czy Kruszyna - jej karta przetargowa żyje. Zresztą, należała do dość egoistycznych osób - Ale tylko jego! Puść mnie, bo nie ręczę za siebie. To ten jego kundel mnie wyłączył tygodnie temu!
- Ruta? To niemożliwe, byłaś jedną z nas wtedy - uścisk, zamiast zelżeć stał się silniejszy - Nie powinno Cię tu być. Przecież jesteś martwa, nadziałaś się na patrol, poniosłaś klęskę i przyniosłaś nam hańbę - tak nam powiedziano. A teraz... Mam inne rozkazy.
- Zaraz, jak to martwa? Jaki znowu patrol? I zaraz, jakie rozkazy? - Shirea chwilę dyszała, próbując się wyrwać Tulipan na różne sposoby, ale chwyt elementalistki był silny, a miecz niedostępny
- Spokój. Daj mi się zastanowić. Skoro wypierasz się awantury z patrolem, idąc Twoją wersją zdarzeń... Obie wiemy, że Ruta nie zrobi niczego bez zezwolenia Felvinda. Z jakiegoś powodu Mistrz musiał mu zezwolić na zabicie Ciebie, a później opowiedział nam, że rzekomo zabił Cię ktoś inny. Wcale nie próbował odzyskać Twojego ciała, byśmy je pochowały. A Ty - żyjesz. Nagle się nagle tu zjawiasz z gościem. Nazwałaś ją Niezapominajką, a później rzuciłaś się jej na ratunek przed Rutą...
- Ugh... - Shirea sapnęła niezadowolona i zasyczała. Czuła, że jej udo wręcz płonie od bólu - Co, Felvind chciał mnie zabić?!
- Mhm, zakładając, że nie kłamiesz... Mocno niepokoi mnie ta teoria - zerknęła na bezwładne ciało bladolistnej, a jej ton stał się absolutnie pozbawiony emocji  - Przysięgałam lojalność Ogrodowi. Wiedz, Siostro, że moim rozkazem jest pilnowanie tego miejsca, póki Mistrz nie powróci i właśnie świadomie łamię ten rozkaz. Felvind był wobec Ciebie zbyt surowy jeśli to był sąd, choć potępiam to co zrobiłaś, kiedy mu się naraziłaś. Zabieraj swoją towarzyszkę i nigdy tu nie wracajcie. Ale jeden fałszywy ruch i nakażę Rucie atak. Nim go zabijesz, rozszarpie ją, a później ja będę musiała zabić Ciebie, ale zrobię to szybko.
- Tak po prostu?!  - odpowiedziała nie bez irytacji w głosie. Uścisk na jej rękach zelżał; Tulipan z niej zlazła, więc Shirea ciężko wstała. Noga piekła niemiłosiernie. Mocno zabolało, gdy miecz został odsunięty od poparzenia. Chyba wraz z nim odeszło kilka warstw liści.
- Peonio. Byłyśmy siostrami w bitwie, nie raz, nie dwa. Tyle mogę dla Ciebie zrobić - Tulipan skrzyżowała ręce na piersi, lecz mimo to była absolutnie gotowa zareagować natychmiastowo. Shirea wiedziała, że Tulipan nie rzucała żadnych słów na wiatr, dlatego chowając dumę do kieszeni ruszyła pozbierać z ziemi Niezapominajkę, która nie była w najlepszym stanie, ale przynajmniej oddychała. Ignorując Rutę, któremu z wściekłości pysk zaszedł pianą zagadnęła poprzednią koleżankę:
- Wiesz, że nie o to pytam. Felvind mógł mnie po prostu chcieć zabić? Po tym wszystkim o przeszliśmy?!
- Skoro tak przedstawia się sprawa, to tak, stąd mój niepokój. Ukarał śmierć śmiercią, ale wypadłaś z jej szponów. Wyszło Ci to na dobre - przyznam, że jestem pod wrażeniem. W końcu patrzysz na innych, a nie tylko na swój płomień i swoje potrzeby, chyba że łączy Was coś więcej, niż myślę, ale wtedy pewnie nie byłabyś taka potulna - skinęła głową na nieprzytomną - Lecz strategia i przewidywanie wciąż u Ciebie kuleje. Działasz pod wpływem chwili i często tracisz nad sobą kontrolę, jak wtedy, w Caledon. Jeśli dlatego miałaś zginąć, teraz nie możesz do nas powrócić by ktoś nie dokończył dzieła. Bądź dalej Martwa dla Ogrodu.
Przełknęła zniewagę i nie słuchała już dalej pseudomądrości Tulipan - taka z niej nudziara była, a do tego od jej gadki bolała głowa. Kotłowało się w niej ze złości. Gdy umysł roztaczał wizje, jak najlepiej byłoby skrzywdzić Tulipan, usta rozciągnęły się w zawstydzonym uśmiechu, na twarzy pojawił się rumieniec, zaś oczy mimo wszystko pełne zrozumienia i bólu utkwione zostały w czubkach bucików sylvari. Wiedziała, że nie zmiękczy lodowatego serca Tulipan, ale przynajmniej chciała podtrzymać wrażenie, że coś się zmieniło.
- Tulipan... Masz rację. Całkowitą. A co z resztą? Gdzie są? Oczywiście, pytam by ich uniknąć! - uniosła wolną dłoń w geście obronnym. Tulipan chwilę wahała się od odpowiedzi, niemniej udzieliła jej, lecz dość zagadkowej:
- Nie chodź w żadne z miejsc, które z nami poznałaś. Unikaj Wulkanu i jego bliskości, wiesz już dobrze gdzie. I pod żadnym pozorem nie odwiedzaj Mogiły. Odejdź, pókim dobra.

Zostawiła za sobą Tulipan i Rutę. Ciemnofioletowa, niemalże czarna sylvari odprowadzała wzrokiem kulejącą towarzyszkę taszczącą bezwładną bladolistną kruszynę, zaś Ruta wciąż parskał gniewnie, niezadowolony z faktu, że musiał odpuścić. Część liści na jego ciemnozielonym grzbiecie bezpowrotnie uschnęła, część się przypaliła i dopiero zejdzie płatami. To nie był dla niego dobry dzień.

Pomyślała, że brakuje jej lodowatej Tulipan i właściwie wszystkich przedstawicielek Ogrodu. Każda z nich była niesamowita na swój sposób. Tulipan, a właściwie Teleri wyróżniała zdolność do nieokazywania emocji. Nigdy nie działała pochopnie i zawsze szukała sposobu, by jednak kogoś nie zabić. Nie miała nosa do istot, z którymi się stykała, lecz mimo to była ostrożna, co jej się opłacało i pewnie nie raz ocaliło jej tyłek. A reszta...

Z myśli wyrwało ją stęknięcie. Niezapominajka podniosła się z łóżka i spojrzała na nią nieco zbolałym wzrokiem, wskazując jej swoją torbę medyczną. Shirea podniosła się pospiesznie i podała jej jej własność, wygrzebując jeszcze z niej ostatnią fiolkę środków przeciwbólowych. Gdy chciała jej je podać, Niezapominajka zacisnęła dłoń na jej nadgarstku:
- Co się wczoraj stało...? Tylko bez kłamstw, bo nie mam na nie sił.
- To... Bardzo długa historia, którą streszczę w dwóch zdaniach. Ogród ma zamkniętą rekrutację, zarówno dla nowych jak i dla byłych członków. A ja mam u nich wyrok śmierci.

Roześmiała się. Po raz pierwszy tego dnia zupełnie szczerze. I co ciekawe, opowiedziała historię, pomijając fragment o tęsknocie za Ogrodem, lecz dokładając do niej negocjacje o życie Niezapominajki, a także heroiczną ciężką walkę na miecze i magię, po której pozostała jej pamiątka w postaci oparzenia na udzie. Ze zdziwieniem zamiast pochwał i wyrazów wdzięczności albo chociaż miłego gestu w odpowiedzi usłyszała suche stwierdzenie, wypowiedziane z niezachwianą pewnością:

- Zatem... Skoro chcesz przetrwać, musisz zmienić swój wygląd i imię. Już nie możesz być Peonią. - i naprawdę, zepsuło to cały efekt i humor Peonii... Wróć, Shirei. Nic nie mogło bardziej zepsuć budowanego przez nią nastroju. Chwilę jej nie słuchała, aż nie padły wielkopomne słowa, które pozwoliły jej obrać kierunek i nazwały to, co było na wyciągnięcie ręki - Rzecz jasna - nie odpuścisz, prawda?

- Tak - odpowiedziała z równą pewnością. Kąsająca boleśnie myśl, że została sama i jedyne co jej pozostało to uwodzenie jakiegoś wsiura gdzieś odleciała - Mamy kilka miejsc do odwiedzenia, kundla do wybatożenia i mężczyznę do odnalezienia, który ma mi coś do wyjaśnienia.
« Ostatnia zmiana: Październik 20, 2018, 12:27:17 wysłana przez Nisheera »

Nisheera

  • Vyvanse.6830
  • Radny
  • *****
  • Wiadomości: 796
  • Płeć: Kobieta

Najdroższa Matko.

Nie wiem, kto tu jest kocurem, a kto jest myszą, lecz ten chory układ to jedyne co mi zostało. Dodaj mi sił. Widzę ledwo zauważalną ścieżkę wśród drzew, która wiedzie w las głęboki. Czy jest tam mój cel? Czy będzie z niej odwrót? Nie wiem. Lecz ta ścieżka, którą szłam wcześniej prowadzi do nikąd - tylko do dławiącej gardło goryczy bezsilności.



Dni mijały powoli. Wskazówki zegara jak na złość poruszały się w tym okropnym żółwim tempie u każdego śmiertelnika, ale przynajmniej przy aktywnym trybie życia można się było zanurzyć w iluzji, że czasu jest za mało w dobie, by ze wszystkim zdążyć i wszystko od razu mijało zastraszająco szybko. Nie tym razem. Tak jak powoli mijał czas, tak samo powoli i ślamazarnie goiły się rany Niezapominajki, od tej pory poniekąd zmuszonej do robienia dobrej miny do złej gry. Sylvari znalazła się w sytuacji, której wyjątkowo nie lubiła - jej cierpliwość była wystawiana na próbę przez jej własny organizm, który do regeneracji i nadążenia za planami i zadanami jego właścicielki potrzebował cennego dla niej towaru - czasu. Osobista tragedia Niezapominajki nosiła nazwę Rekonwalsecencja i była zarówno próbą charakteru, jak i desperackim poszukiwaniem kolejnych poszlak w jej osobistym śledztwie, które przez jej niedyspozycję stanęłoby po prostu w miejscu, gdyby nie znienawidzona, rozkapryszona koszmarytka, która w końcu miała się okazać użyteczna. Ale po kolei.

Udało jej się uniknąć popadnięcia w marazm, dzięki temu, że każdemu z kolejnych prawie takich samych dni - jej zdaniem bardzo nieproduktywnych - postanowiła nadawać adekwatne nazwy, aby je odróżnić. Pierwszy dzień był dniem Omdleń. Niewiele z niego pamiętała, ale przynajmniej udało jej się rozeznać w sytuacji - jak doprowadzono ją do stanu w którym się znalazła. Kolejny dzień - dzień Płytkiego Oddechu przyniósł jej odpowiedź na pytanie, co stoi za jej kłopotami z oddychaniem - jedno z żeber w amoku źle przez nią zaleczone bardzo gniotło i musiała poprawić spartaczoną robotę, co przypłaciła kolejnymi omdleniami w ilości dwóch. Trzeci dzień był dniem Zawrotów Głowy i Nudności, kolejny Dniem Powrotu do Gaju, w którym jej partner zadał dużo niewygodnych pytań, na które ledwo udało jej się wymyśleć odpowiednią bajeczkę, a później nastąpiły kolejno: Dzień Bólu Ręki, Dzień Menderów i Dzień Odurzenia Lekowego. Wczoraj był Dzień Rehabilitacji. Mimo kwiecistego nazewnictwa, dni Niezapominajki wyróżniało tylko to co wyszczególnione wyżej, bowiem każdy z tych dni w zasadzie przeleżała, bo jak tylko zaczynała żyć normalnie, albo co gorsza - coś czytać wracały nudności, a obraz przed oczami rozmywał się. Dopiero dziś nad ranem skończyła chudą książeczkę (a wg. jej kryteriów chuda książeczka to dzieło około 500-stonnicowe) o sztuce oddychania i nauce wstrzymywania oddechu, którą męczyła przez ostatnie dni (swoją drogą, dość intrygująca pozycja, zakrawająca o fantastykę pseudonaukową, niemniej jej wiarygodność miała zostać poddana badaniu w ciągu najbliższych dni). Na szczęście przez te wszystkie dni poza menderami i jej partnerem nikt się nie kręcił po jej mieszkaniu i jej nie widział w tym kiepskim stanie, co jej oszczędziło sporo wstydu.

Dziś miał być Dzień Podsumowań (i nieprzewidzianej, stłumionej jednak naparami ziołowymi Migreny). Więc, zbierając wszystko do kupy - miała za sobą złamanie kości skroniowej i wstrząśnienie mózgu, złamanie szóstego lewego żebra i pęknięcie siódmego lewego żebra,  złamanie kości ramiennej w części trzonowej. Sama sobie udzieliła pomocy i rozpoczęła rehabilitację, a także trening oddechu (poniekąd wymuszony urazem jej żeber i zainspirowany dziwaczną lekturą, która ostatnio wpadła w jej ręce), lecz i tak musiała skorzystać ze wsparcia Menderów. Poprzedni tydzień był dla niej tygodniem straconym i spędzonym tak bardzo nieproduktywnie, że aż liście na głowie mogły stanąć dęba, a to wszystko to w dużej mierze przez Shireę. To ona wpakowała ją w kłopoty, nie przestrzegając jej przed możliwością spotkania starych koleżanek i rozszalałego psa. W jej profilu, który Niezapominajka tworzyła w swojej głowie należałoby kilka razy podkreślić lekkomyślność i niezdolność do oceny ryzyka. Och, jakże szczerze jej nienawidziła...

Co więcej - wszystko wskazywało że Narzędzie - jak zaczęła nazywać wspólniczkę - ma spore kłopoty wśród swoich, więc wejście do grupy "z polecenia" odpadało, niemniej pojawiła się inna opcja wykorzystania Shirei - podsycić jej gniew i odpowiednio go ukierunkować, by wycisnąć z niej tyle informacji, ile się da, a co potem... To jeszcze nie było jasne dla Niezapominajki, w każdym razie plan trzeba było wcielać w życie. Zaczęła od razu, najpierw podsycając płomyk, nie pozwalając się podłamać towarzyszce. Tchnęła w nią nowy cel - zemstę, a później wydarła z niej część wiedzy. Wcielanie planu w życie na razie doprowadziło do: łzawej i gorszącej opowieści o niezapomnianych wieczornych schadzkach z kochankiem (co, jak łatwo się domyśleć, nie wniosło nic do sprawy poza zgorszeniem Niezapominajki), zaskakujących ataków histerii w ilości dwóch (rzucanie przedmiotami, kupa łez i niekończące się minuty odgrażania się przewrotnemu losowi i winowajcom sytuacji, przerywane pytaniami, co teraz będzie, na co Niezapominajka musiała jednak odpowiadać, by uspokoić obiekt), a także do nieskładnej opowieści. Nieskładna opowieść była dość osobliwa i rzuciłaby nowe światło na sprawę gdyby wziąć ją na poważnie. Lecz zanim przejdzie się do meritum, warto podkreślić okoliczności, w jakich doszło do nieskładnej opowieści - otóż wczoraj po rehabilitacji udało jej się odnaleźć trochę czasu między końcem rehabilitacji, a powrotem Partnera, więc czas spożytkowała na odwiedziny u Shirei. Emocje sylvari nie okrzepły z czasem i najwyraźniej przez kilka ostatnich dni bawił u niej Pocieszyciel, który jednak nie był tym prostym chłopakiem, którego jej towarzyszka z uporem nazywała Księciem - Niezapominajka minęła znacznie starszego mężczyznę w przejściu. Z chaotycznej opowieści czarnokorej (która wystąpiła przy napadzie histerii numer 2) jednak płynęły dwa wnioski - gromada Felvinda to więcej niż otaczający go wieniec elementalistek , wyjątkowo wobec niego lojalnych; one stały najwyżej w hierarchii, lecz ta zepsuta, zbrodnicza organizacja z wypaczonym pojęciem moralności, bo tak należało o nich mówić miała jeszcze zewnętrzne kręgi podwykonawców. Nie wszyscy z nich byli sylvari. Ale to nic - odcinając łeb hydrze i najważniejszym, Ci niżej rozpierzchną się.

Niezapominajka powoli zwlekła się z łóżka. To znaczy, najpierw usiadła, a że złożyło się tak, że mdłości (odpukać w niemalowane) nie nadeszły, odliczyła w głowie do trzydziestu i otwarła oczy. Partner gdzieś wyszedł, a pozostali często bywający tu ostatnio umedycznieni goście uszanowali jej chęć do samodzielnej rehabilitacji (jakże perfidnie nałgała im, że czuje się na siłach). Ciało osłabło przez te ciągłe leżenie i rzadkie spożywanie posiłków podyktowane brakiem apetytu, ale udało jej się przejść kilka kroków z pokoju do pokojowarsztatu i zasiąść przed prywatną asurańską konsolą. Holograficzny ekran migotał, ale rekonwalescencja szła jednak lepiej, niż Niezapominajka przypuszczała - mdłości nie wróciły. Praca dziś była zatem możliwa. Sylvari zaczęła uzupełniać swoje elektroniczne notatki. Zajęło jej to więcej czasu niż zwykle, niemniej zapisała wszystko. Zapatrzyła się na swoje dzieło i już myśli wracały na swój dawny ekspresowy tor, lecz... Nie dość, że odezwała się migrena, to do drzwi rozległo się ciche pukanie, a później rozległ się szelest rozsuwanych liści. Drugi domownik właśnie wracał. Niezapominajka wyłączyła konsolę i oparła głowę o blat warsztatowego stołu, by sprawiać wrażenie, jakby zasnęła. Prawdę mówiąc, naprawdę zrobiła się bardzo senna.


Shirea ostatnie dni spędziła w naprawdę głupim stanie - sama nie wiedziała, czy powinna się cieszyć, czy rozpaczać. Bo teraz tak jakoś, powoli ale wreszcie do niej dotarło, jakoś przebijając się przez wrodzoną pychę i nabyty egocentryzm, a także w głęboką wiarę w siebie i w swoje ciało, że jest sama na tym świecie. Odrzucono ją - to raz. Kochanek za którym tęskniła chciał ją zabić - to dwa. Skończyli jej się przyjaciele - to trzy. W Gaju nie ma czego szukać - to cztery. Koszmaryckie Dwory kompletnie nie były dla niej, chyba że zrobiliby ją na księżną, ale jej panowanie byłoby krótkie, więc trzeba było sobie dać spokój - to pięć. Na samo dno dobijających rzeczy zrzuciła coś, co działało na nią jak liźnięcie lepkiego języka wysuwającego się ze śmierdzącej oślinionej paszczy - czyli źle, uściślając, zatem nóż numer sześć miałby grawer - Niezapominajka nie jest głupia, więc pewnie znienawidziła Shireę za jej porażkę i za jakieś roztaczanie bajecznych wizji, przez które obie omal nie zginęły. Więc nie miała nikogo. A do tego wylądowała w jakiejś małej wiosce, daleko od Drogowskazu, gdzieś na drugim końcu świata. Ale to było ciekawe,  w końcu mogla poznać trochę Tyrii i zacząć od nowa. Miała się za istotę silną psychicznie, więc wszystkie te noże i nieprzychylność losu zamiast ją ugiąć, sprawiły że się tylko zaparła silniej. Albo ją złamie, albo nie. Grała w swoją grę, a w niej wygraną była zemsta. Do tego musiała posłużyć się Niezapominajką. Podskórnie czuła jej nienawiść, trzeba będzie ją przekuć na coś innego.

Niezapominajka była czuła na krzywdę innych, a otwarte okazywanie emocji ją mocno peszyło. Szczególnie, jeżeli to były emocje, których nie widuje się na codzień, które inni przed nią chowają. Dlatego Shirea postanowiła zrobić z siebie ofiarę losu, wzbudzić tyle współczucia ile się da, powoli dawkując informacje - wiedziała, że Felvind nie ucieknie, bo dokąd? Ich grupa miała swoje miejsca i przyzwyczajenia. Ta gra była jak gra karciana; w tej partii cennymi kartami były podstęp, cierpliwość i wiedza. Shirea żadnej z nich jeszcze nie miała na ręku, ale to w jej myślach zabrzmiało dość mądrze. Ale fakty były, jakie były - grupa ją zabije, jak tylko  się wśród nich pojawi, więc potrzebowała godnej zastępczyni, a nią mogła się okazać Niezapominajka. Głupio tak zawierzać jednej istocie, ale co miała za wyjście... Niezapominajka świetnie się do tego nadawała. Tulipan i Ruta mocno ją poturbowali - to raz. Felvind do którego chciała się dostać okazał się dupkiem, który chciał zabić jej podopieczną, to jest Shireę - to dwa. Felvindowe ogary miały ślinę z jakąś toksyną, która sprawiała że rany się nie goiły - to trzy, a to już na pewno zainteresuje medyczkę. I cztery - zdawało się, że Niezapominajka bardzo się przejmowała stanem Shirei. Szczególnie to zauważyła po wczorajszej jej wizycie, gdy urządziła jej kolejną scenę pokazowej histerii.

Dziwny humor i nuda z powodu rekonwalescencji koleżanki odbiła się na sylvari tak, że ostatnio zaczęła zapraszać tego wąsacza, Jim'a do siebie. Jim miał siódemkę dzieci i brzydką żonę. Poznawanie tego dojrzałego człowieka sprowadziło się do tego, że Jim konkretnie wiedział czego chciał więc za bardzo go nie poznała, ale jak się okazało - czegoś mu brakowało i zamiast zapraszać go częściej Shirea postanowiła traktować go jak ochłap, jak miseczkę flaczków tuż obok wykwintnej kolacji - od biedy niech będzie, ale ani to ładne, ani przyjemne. A co gorsza, przez drugiego adoratora oberwało jej się od Księcia, który zdawał się być mocno urażony i gdyby go nie udobruchała, skończyłyby się nocne schadzki. Książę był czymś atrakcyjnym dla niej, bo wciąż był do zdobycia. W każdym razie... Między jednym panem, a drugim (nie dosłownie), Shirea czasem wracała myślami do swojej poprzedniej gromadki.

Bo tak naprawdę Ogród - głupia nazwa dla organizacji, ale Felvind był artystą - to nie tylko ukochane, wojownicze Kwiaty, biorące udział w zleceniach, do których niegdyś należała Shirea, a także podgrupy - Wiatr, Woda i Słońce, na czele których stały wybrane z Kwiatów. Wiatr byli odpowiedzialni za przynoszenie wieści ze świata. Woda zaś zajmowali się zaopatrzeniem i zapewnieniem godnego bytu ogrodowi - zarówno jeżeli chodzi o dostawy towarów, jak i dostawy nowych zleceń i nowych zleceniodawców. Słońce zaś zapewniali rozrost Ogrodu - rekrutowali nowych członków, zarówno do podgrup jak i nowe potencjalne członkinie Ogrodu. Ponadto byli także Goście - czyli właśnie zleceniodawcy, którzy korzystali z "uroków" ogrodu. Mimo hierarchii, poza Felvindem każdy w Ogrodzie był równy, a wśród towarzyszy - niezależnie czym się zajmowali panowała przyjacielska atmosfera, póki rozkazy były wypełniane. Krótko mówiąc, Ogród był bardzo szerokim pojęciem, znacznie szerszym, niż na początku opowiadała Niezapominajce. Póki co nie podzieliła się opowieścią o Ważnych Miejscach dla Ogrodu - jeszcze nie był na to czas, bo tamta jeszcze gotowa tam pójść sama, z tymi opatrunkami.

Ktoś przerwał jej myślotok pukając do drzwi - i dobrze, bo nie ma co wspominać za często bez powodu tego co nie wróci. Shirea zwróciła swoją twarz ku drzwiom i odezwała się głośno:
- Otwarte!

Nisheera

  • Vyvanse.6830
  • Radny
  • *****
  • Wiadomości: 796
  • Płeć: Kobieta

Najdroższa matko,

Nadchodzi czas. Czas stawiania pod ścianą i czas, w którym słowo stop nie jest możliwe. Dość bierności, przynajmniej do następnych poważnych kontuzji. Czas poświęceń z tym co wygodne i czas pożegnań z tym znajome. Czas, w którym trzeba działać i wznieść się ponad własne obrzydzenie. Zatkać nos, by nie poczuć mdlącej woni cudzej porażki, w której przyszło mi się zanurzyć.




Przez próg domu Shirei przeszedł Książę. Złote włosy młodzieńca były zmierzwione, sylwetka przygarbiona, zaś w oczach jaśniała jakaś taka intrygująca wściekłość. Shirea nawet nie zdążyła pomyśleć, co tak go zdenerwowało, bo Książę już na wejściu spytał dość nieprzyjemnym tonem, od którego zrobiło się Shirei przyjemnie gorąco:

- Od jak dawna to trwa?! Od jak dawna przychodzi tu pan Jim?!
- Niecały tydzień - Shirea lekko się uśmiechnęła, dość niewinnie. Zarumieniła się, lecz nie ze wstydu. Wodziła kocim spojrzeniem za Księciem, który zaczął krążyć po jej mieszkaniu, chyba zbierając myśli. Zaczerwienił się i ewidentnie go zatkało. Więc... U ludzi działało to inaczej, a wierność jednemu chyba była czymś naprawdę ważnym. Co za sposób bycia, prowadzący tylko do nadmiernej nerwowości! Z przyjemnością zatem zełgała - Ale nic nas nie łączy, opowiada mi o swojej pracy i o swojej rodzinie.
- Akurat! A nam opowiada o wąskich dziuplach i o gibkich konarach! - splunął z obrzydzeniem w kąt. Podniósł wzrok na Shireę - Nie wierzę w ani jedno Twoje słowo! Chciałem się spakować i zabrać Cię w podróż, ale tu mnie już nie uświadczysz! Moja noga nie stanie więcej ani w tym mieszkaniu, ani w tym miasteczku!
- Hej... Zaczekaj. Nie bądź taki. Sam mnie nie chciałeś, zresztą... Co to, że jakiś facet podbija sobie ego moim kosztem, a ty mu wierzysz, hę? - zmrużyła ślepia, postanowiła odwrócić kota ogonem.

Niestety, Książę już nie słuchał. Trzasnął drzwiami, a Shirea poczuła się nieco gorzej. W zasadzie nie tyle źle sama z sobą, tylko z faktem, że jej szanse na miłą noc z kimś mniej doświadczonym spadły. Zwlekła się z łóżka i wyszła z domu. Coś trzeba było porobić.


Shireę obudziło pukanie do drzwi w godzinach popołudniowych następnego dnia. Jakoś tak... Wybitnie nic jej się nie chciało całe rano. Książę już jej nie odwiedził, Jim był zmęczony po całym dniu roboty, czuła się dosłownie wyposzczona, a nie miała ochoty na kolejne łowy. Krótko mówiąc, gość będzie ciekawą odmianą od nudy dnia.
- Otwarte - odezwała się sennie i poprawiła się w łóżku. Do środka weszła Niezapominajka, skinąwszy jej głową. Od razu ruszyła ku jedynemu krzesłu. Shirea na ten widok bez szemrania ruszyła do garczka, który wisiał nad niedużym palnikiem i zabrała się za rozgrzewanie w nim wody na dwie herbaty. Zagadnęła luźno:
- Książe mnie chyba rzucił. I dalej nie pamiętam jego imienia... - uśmiechnęła się głupawo mimo wszystko. Bo co teraz jej pozostało, łzy? To dla nudziar.
- Co mu się stało? - jej towarzyszka odwróciła się na krześle, śledząc ją spojrzeniem. Shirea właśnie sypała liście herbaty do dwóch dość czystych kubków.
- Chyba mu odbiło. Męska zazdrość - czarnokora wzruszyła ramionami. Jej słuchaczka pokiwała głową, jakby się właśnie takiej odpowiedzi spodziewała. Shirea żeby się na nią nie zirytować od razu zmieniła temat - Co tam?
- Po staremu. Już jestem praktycznie zdrowa, choć nie daje mi spokoju kwestia Mogiły, Wulkanu i miejsc o których mi opowiadałaś. Muszę się za to wziąć, Shireo, bo mam też swoje obowiązki na głowie.

Oho, czyli to był powód jej wizyty. Jakże kulturalnie wypowiedziane - dawaj informacje, natychmiast. Jedno spojrzenie na bladą sylvari wystarczyło, by zorientować się że nie da jej spokoju. A może tak właśnie trzeba by z nią to rozegrać? Tak pójść na ustępstwa, podzielić się wszystkim i czekać na wdzięczność tej bryły lodu?

Podała jej do rąk herbatą i siadła na łóżku. Pokiwała głową i udała, że zbiera myśli. Chwilę milczała, wytrzymując poważne i nieco ponaglające spojrzenie Kruszyny; zawsze się gdzieś spieszyła, chyba że miały trening. Przeciągała tę chwilę, póki w oczach towarzyszki nie odbiło się zirytowanie, które próbowała nieudolnie ukryć. Na szczęście minęło już pół kubka w milczeniu pitej herbaty, więc towarzystwem nudziary udało się trochę nacieszyć. Sięgnęła po mapę kartkę i zaczęła na niej kreślić mapę Mount Maelstrom, tam mniej więcej obrazowo zaznaczając na niej dwa punkty - coś na północy i coś przy wulkanie, a poniżej - prosty rysunek róży, który podpisała jako "symbol". Podała ją Niezapominajce, która na kartkę spojrzała, poskładała ją i schowała do torby, by zaraz znów podnieść wzrok na Shireę, nieco zdziwiona lekkością z jaką zdobyła informacje. Shirea nie zamierzała jej pozwolić wyjść z zaskoczenia, bo chrząknęła i podjęła opowieść:

- Dobrze... Wulkan to pracownia, którą urządziliśmy sobie - a jakże - przy wulkanie, tam gdzie wcześniej swoje laboratorium miały asury, te z... Inquest. W każdym razie, tam ćwiczymy, tam tworzą nasze alchemiczki, zaś szef ma tam swój gabinet. Większość z nas, Kwiatów czuje się znacznie lepiej w Ogrodzie, dlatego Wulkan bardzo często jest opustoszały, nawet Felvind bywa tam sporadycznie. Próżno szukać tam dokumentów, czy czegoś - nienawidzimy papierologii, a listy od razu palimy - obnażyła ząbki w uśmiechu. Jej towarzyszka słuchała jej jak zaczarowana, niemniej bez cienia uśmiechu, choć widać było że informacje o braku dokumentów ją zirytowały. Shirea po chwili podjęła znów - Mogiła to miejsce, dla tych, którzy polegli. Otwiera ją rozrysowanie na liściach ją maskujących symbolu Ogrodu. To nieduża jaskinia, pełna nagrobków i symbolicznych i normalnych. Nie leżą tam tylko Kwiaty, lecz również członkowie pozostałych grup. O każdym z nich spisano poza imieniem kilka trafnych słów - to Felvind podpatrzył na ludzkich nagrobkach, to jest miłe. Ciekawe co napisali o mnie... Za to, za co wyleciałam to... ja nie wiem - urwała. Nieco się zmieszała, bo mimo jej nastawienia do życia, ta zdrada ją naprawdę kłuła, a do tego jej słuchaczka nie ułatwiała jej dojścia do siebie. Po chwili milczenia musiała zadać wiszące w powietrzu pytanie:

- Shireo, tak właściwie to co przeskrobałaś?
- To... Nic takiego... Po prostu zabiłam Zleceniodawcę... Dawczynię. Za takie coś przekreślił prawie dwa lata...

Shirea odkryła, że jakaś taka dziwna wilgoć pojawiła się w kącikach jej oczu, a głos uwiązł jej w gardle. Czyżby jej aktorstwo przejęło nad nią kontrolę, czy naprawdę takie emocje silne dalej te wydarzenie budziło? Już miała się zrugać za przesadną emocjonalność, lecz jej rozmówczyni zdążyła zauważyć jej słabość, bo złapała ją za rękę i ścisnęła ją, z poważną miną. Jakby chciała powiedzieć: to nic takiego, płacz, płacz, mów mi więcej, będzie Ci lżej...

Spoiler: Drobne NSFW • pokaż
"Rozklekotaną" Shireę uderzyła niemożliwa do opisania myśl, od której zrobiło jej się cieplej. Wcale nie chciała mówić, ani płakać, lecz chciała więcej. Niewiele myśląc pociągnęła ją ku sobie, drugą ręką ujmując ją za twarz, nie pozwalając się jej odsunąć, a jej usta musnęły najpierw jej wargi, by po chwili dosłownie się w nie wpić. Przekrzywiła delikatnie głowę i wytyczyła żwawym aksamitnym językiem ścieżkę pomiędzy rozchylonymi ze zdziwienia niczym płatki dojrzałej róży ustami Niezapominajki, jednocześnie na nią napierając, lekko odchylając krzesło w tył. Poczuła drżącą dłoń na swoim brzuchu, która niezdarnie próbowała ją odsunąć, na co jednak zareagowała entuzjastycznie, wypuszczając twarz towarzyszki i jej dłoń z rąk, by zwinnymi palcami móc sięgnąć wąskiej talii i żeber towarzyszki, a później powoli przesunąć je wyżej...


Nie było jej dane. Najpierw z jej wargi trysnęła żywica, gdy towarzyszka ją mocno przygryzła, zaś później odnotowała ból. Dodatkowo pociemniało jej w oczach - gdy tylko odsunęła twarz w odruchowej reakcji na ból, jej niedoszła kochanka rąbnęła ją w czoło z dyni.  A później odepchnęła ją z dużą siłą; lodowaty podmuch wiatru elementalistki który uderzył boleśnie w okolice przepony w zasadzie sprawił, że Shireę dosłownie zdmuchnęło na łóżko dwa metry dalej i odebrało jej oddech na chwilę. Sylvari zwinęła się w kulkę i stęknęła - skubana wiedziała, gdzie uderzyć by zabolało, zaś sprawczyni bólu i obrończyni dobrych obyczajów stanęła na nogi i strzepnęła z koszuli niewidzialny pyłek, wzdrygnąwszy się. Otarła usta, a zaraz później splunęła na świeżo wyjęty kawałek bandaża żywicą okaleczonej. Chwilę ją obserwowała, między palcami przekładając kryształy swojej bransoletki. Zajęcie te pomagało jej czasem zebrać myśli i opanować tiki nerwowe, lecz bransoletka miała swoją drugą funkcję - przewodziła magię sylvari i służyła jej do rzucania prostych zaklęć - stąd te bezczelne i efektowne odrzucenie zalotów. Shirea warknęła głucho i nie bardzo umiała na razie odpowiedzieć, no po prostu po raz kolejny ktoś ją zaskoczył. Niezapominajka przy czwartym obrocie błyskotki sięgnęła po swój kostur przykucnęła, przysuwając go bliżej Shirei. Broń otoczyła przyjemna wodna mgiełka lecząca, zaś uzdrowicielka podjęła powoli cedząc słowa; choć mówiła bez agresji, przerażały one bardziej z uwagi na irracjonalny spokój i podkreślenie każdej z sylab:

- Dziękuję za wiedzę i otwarcie serca, ale... Nie tak chciałabym za to płacić. Powiedziałabyś pewnie ze złością, że ogranicza mnie wątła iluzja wiedzy, że wiem co jest moralne, a co nie i pożałowania godna wierność jednemu - nie mam Ci za złe Nie martw się - odpłacę się inaczej, robiąc z niej użytek. Współczuję Ci. Zdaję sobie sprawę, że może Ci być ciężko. Jednak nie leczę chorób psychicznych, a Ty ewidentnie jesteś chorobliwie uzależniona od uciech cielesnych albo jesteś egoistką i nie masz w sobie krztyny kultury. Naucz się, że nie, znaczy nie, szczególnie gdy ktoś nie podziela Twojego lekkiego podejścia do życia, a przede wszystkim - do partnerów. Dużo Ci to ułatwi w życiu - podniosła się z kucków, zabierając kostur; wiedziała, że Shirea niebawem poczuje się lepiej. Stuknęła nim o podłogę - Nie każde udzielone wsparcie, czy gestem czy to zaproszenie do ogrodu w którym jest miejsce tylko dla jednej osoby. Zarzekam się, że jeszcze raz mnie tkniesz w taki sposób, nie będę już dobra. Mam nadzieję, że jeszcze Cię odwiedzę. Życz mi powodzenia.

Shirea nie odpowiedziała i zwinęła się bardziej w kulkę, udając obrażoną - niech Kruszyna poczuje ukłucie poczucia winy. Prawdziwa królowa lodu. Chwilę później dobiegł ją odgłos kroków i powoli zamykanych drzwi. W zasadzie to nie żałowała - co wydarła, to jej. Ciekawe ile osób mogło się czymś takim pochwalić. Uśmiechnęła się głupawo. Chwilę pomyślała nad nudnym monologiem Niezapominajki, po czym zwlekła się z podłogi i siadła na jedynym krześle, by w spokoju zapalić fajkę. Może trochę przegięła, ale miała swoje potrzeby, jakby to było ciężkie do pojęcia. Pomysł, że jest chora psychicznie mocno ją rozsierdził i na chwilę jej myśli zajęły bluzgi pod adresem Niezapominajki, ale szybko jej przeszło - w zasadzie to była nawet urocza, ale z pazurem i przynajmniej nie zostawiała złudzeń czy chce czy nie, więc trzeba będzie jej dać spokój na jakieś dwa tygodnie, może niebawem wpadnie na jakąś miłą formę okazania wdzięczności. Swoją drogą... Skoro na Księcia nie ma co liczyć, może Jim dziś przyjdzie ją "pocieszyć"? Ochłap, nie ochłap, przynajmniej cokolwiek.

Nisheera

  • Vyvanse.6830
  • Radny
  • *****
  • Wiadomości: 796
  • Płeć: Kobieta

Najdroższa matko,

Wiedza kosztowała więcej, niż się spodziewałam, choć przyszła bardzo szybko. Niepokoi mnie to, ale chyba nie ma w tym haczyka. Jestem tylko ja. Mój plan. Zdolność do przystosowywania się do zmieniających się warunków. Mój żal i gniew, które powinnam wyciszyć. Może gdy zakończę tę sprawę w końcu nauczę się odpoczywać i odpuszczać.
Jak nie wrócę w przeciągu kilku dni... Miej w opiece Twoje błądzące dzieci. Proszę, wezwij mojego Partnera tu na górę do siebie i ukołysz jego żal, by nie dojrzał on do zła i ogromnego nieszczęścia.



Ubrana w lekkie, przylegające do ciała odzienie w ciemnych barwach, wzmocnione w strategicznych punktach skórzanymi wstawkami po raz trzeci zmieniała rozmieszczenie noży, skalpela, fiolek z toksynami, pasa z ładunkami wybuchowymi i niedużej kuszy, którą można by było zamontować na nadgarstku zamieniając ją po raz kolejny na drobny pistolet. Przyczyną jej dziwactw było to, że nie do końca potrafiła się skupić na zadaniu. Wspomnienie skradzionego pocałunku wywoływało u niej ogromny niesmak, którego nie potrafiła stłumić. Sądziła, że wcześniej jasno dała znać podopiecznej, że na nic takiego nie powinna mieć nadziei, a wczorajsza sytuacja udowodniła dosadnie, że liściasta ma kłopoty z pohamowaniem chuci. Westchnęła ciężko. Być może już nie będzie trzeba się z nią widzieć, jak wszystko się powiedzie. Uspokoiła myśli, postanawiając nalać sobie kieliszek wódki, wypijając go na raz. Zdecydowała się na kuszę naręczną, zaś pistolet przytoczyła do pasa. Choć nie umiała go szybko dobywać, uznała że w razie kłopotów, gdy będą ją rozbrajać pozbędą się tylko tego co oczywiste. Noże i fiolki skrzętnie poukrywała w swojej odzieży. Pogłaskała psiaki i opuściła dom, zamykając liściaste drzwi za sobą.


Pierwszym punktem wycieczki był Wulkan. Gorące powietrze, tak blisko krateru w Mount Maelstrom wręcz dusiło. Choć z wulkanu nie dymiło, mocniejszy podmuch wiatry poniósł ze sobą wulkaniczny pył, który od razu osiadł na twarzy sylvari, jak czarne piegi. Sylvari jednak miała to  gdzieś.

Nogi poniosły ją do podnóża wulkanu, ale zamiast iść głównym szlakiem ku szczytowi, jak nierozważny turysta zdecydowała się odbić w bok. Weszła w plątaninę wąziutkich przesmyków między wulkanicznymi czarnymi skałami, lecz gdy jej frustracja sięgnęła zenitu, znalazła w końcu przejście wgłąb tunelu, którego szukała. Mapa, jaką miała w rękach była dość precyzyjna mimo wszystko.

Za tunelem znajdowały się pozostałości asurańskiej architektury, o ile tak można to było nazwać. Nieaktywne lewitujące płytki, martwe generatory twardych holograficznych schodów i mostków, pęknięte asurańskie kryształy, resztki golema obronnego z serii Mark II. Technologiczny bzik wygrał z rozsądkiem, sylvari przykucnęła przy nim by go sprawdzić. Został stworzony około 2 lata temu i niestety nie miał żadnych użytecznych części, chyba że blachę, ale wymagałoby to dużych przeróbek... Sylvari porzuciła łup i ruszyła wgłąb kompleksu, lecz panowała tu cisza jak makiem zasiał. Sprawdzała wszelkie wnęki i załomy, niemniej znalazla tylko dwa pomieszczenia, oba całkiem puste, jeżeli by nie liczyć śladów po paleniskach w obu, pustych drewnianych skrzynek w jednym z nich, które pachniały jakby pomarańczami, ale bardzo słabo, a także kamienia uformowanego w blok na środku drugiego z nich. Na tym dziwnym ołtarzu sylvari spróbowała narysować świeżo poznany symbol róży, lecz nic się nie stało.

W ten sposób zmitrężyła dwie cenne godziny. Bez konkretu, sfrustrowana ruszyła do wyjścia, by rozpocząć marsz w stronę Mogiły. Nieprzyjemny dreszcz przebiegł przez jej plecy, gdy uświadomiła sobie, jak to brzmi.


Im dalej od wulkanu, tym powietrze było przyjemniejsze, a tu już szczególnie - zieleń wokół napawała optymizmem i można było zapomnieć że daleko za plecami ma się wulkan. "Niezapominajka" stanęła przed zasłoniętym liśćmi i pnączami przejściu. Gdy powoli i spokojnie rozrysowała symbol róży, liście rozsunęły się na boki. W środku tliło się niebieskawe światło, lecz ciężko było cokolwiek dojrzeć - światło padało na jedną ze ścian jaskini. Z wnętrza dobiegały odgłosy harfy, a na moment ktoś zaśmiał się dźwięcznie, niemalże perliście. Nieproszony gość zamknął oczy i postąpił dwa kroki do środka. Liściaste wrota się za nią zamknęły, nie ma odwrotu.

Empatia sylvari pozwoliła jej nie myśleć o swoim lęku. Wyczuła emocje zgromadzonych za ścianą, choć zlały jej się w jedno, trudne do nazwania lecz pozytywne. Postanowiła ruszyć powoli wgłąb korytarza, ale poczuła nagle coś nowego - cudzą ciekawość i zaskoczenie. Ktoś pochwycił ją za nadgarstki, lecz nim zdołał je wykręcić, sylvari sprawnie je uwolniła, znając słaby punkt tego chwytu. Odwróciła się w stronę oponentki, chcąc się przygotować do kontrataku i ją rozpoznać. Kiepskie światło nie utrudniało jej zadania - fioletowy blask bijący z załamań liści na twarzy sylvari tuż przy jej brwiach, na czole i przy ustach oświetlał jej ciemnofioletową korę. Ciemnofioletowe liście na głowie były gładkie, proste. Nie widziała w jej rękach żadnej broni, zaś przy jej pasie coś błysnęło. Rękojeść sztyletu w srebrnej pochewce.
- Tulipan? - "Niezapominajka" spróbowała jedynego imienia które przyszło jej do głowy. Wszak to ona zaskoczyła ostatnio jej towarzyszkę. Liściasta skinęła głową, nie znikała jeszcze, a za to zaszeptała:
- Ta, którą Peonia nazywała Niezapominajką. Nikt Cię nie rekrutował. Czego tu szukasz?
- Tego samego co w Ogrodzie. Szukam Felvinda. Chcę z nim pomówić - odszepnęła spokojniej, choć naprawdę w duchu była mocno zaniepokojona. Umysł podsuwał pomysły na pozbycie się sylvari, ale ręce uzdrowicielki nie służyły do zabijania - tym bardziej, że dziś zakładała tylko jednego trupa. Gdy Tulipan niespodziewanie klepnęła ją luźno w ramię, prawie umarła w środku.
- Nie brak Ci odwagi Kwiatku, a Twoje nerwy są chyba ze stali - niespodziewanie pochwaliła intruza. Dodała nieco bardziej poufałym tonem - W Ogrodzie miałam jasny rozkaz. Dziś nie mam rozkazu pozbywania się intruzów i to Felvind będzie musiał zdecydować, co z Tobą zrobimy.
- To... Jaki dzisiaj masz rozkaz? - spojrzenie sylvari podążyło na moment ku sztyletowi Tulipan, niemniej był on cały czas na swoim miejscu
- Dziś rozkazów brak. Biesiadujemy. Mija równo sezon od kiedy położyłyśmy do piachu spaczonego Drzewca z Mount Maelstrom. To była dobra walka, choć do tej pory Aster dochodzi do siebie - rzuciła luźno, jakby naprawdę nic się nie stało.
- Och... Ojej. Tak długo? - Niezapominajka nieco opuściła gardę. W zasadzie tylko dlatego, że była mocno zdziwiona tym, jak ją potraktowano. Postanowiła na razie nieco spuścić z tonu, bo ani jej nie rozbrojono, ani nie czuła, że coś jej grozi. Prawdę mówiąc, czuła się całkiem bezpiecznie, nawet bezpieczniej niż w Gaju, a osoby w pomieszczeniu obok zdawały się być całkiem pozytywne. Po drugie - jej dedukcja pozwoliła jej ocenić, że gdyby Tulipan chciała, od razu mogła się zaangażować w walkę. A druga sprawa... Że gdyby miała ją wciągnąć w pułapkę, i tak miała sposób na ucieczkę i ładny pas z ładunkami wybuchowymi pod koszulą. Zaś po trzecie... Spaczony Drzewiec? Czyżby doszło do rywalizacji między Dworami czy...? Nie ważne co, sprawę trzeba było zgłębić w takim razie.
- Ach...  Złamanie. Noga Aster paskudnie się zrosła, a Aster nie da połamać jeszcze raz byle komu, a nie mamy na podorędziu żadnego mendera, który by się na tym znał, bo poprzednich już wystraszyła. Ta sylvari też jest bardzo uparta, chyba przypadniecie sobie do gustu - Tulipan pokręciła głową, zaśmiała się - Ale wiesz co... Niezapominajka, tak? Jesteś menderką, więc może coś poradzisz?
- Jestem  uzdrowicielką, ale...  Nie do końca jestem Niezapominajką. Znałam Felvinda długo przed powstaniem Ogrodu. Myślę, że sporo się wyjaśni, jak pomówię z Felvindem. Raczej mi nie odmówi kilku słów - odpowiedziała dość poważnie. Tulipan spojrzała na nią poważnie i uważnie na sylvari. Po chwili pokiwała głową, jakby do siebie i machnęła "Niezapominajce" by poszła za nią.

Wprowadziła sylvari do dziwnego miejsca. W ziemię powbijano sporo różnokształtnych tabliczek w równej odległości, zupełnie jak na ludzkim cmentarzu, ale na tym kończyło się podobieństwo. Było tu bardzo kolorowo - każda z tabliczek pomalowana była fluorescencyjną farbą, dzięki której jasno i wyraźnie było widać co upamiętnia i kogo, lecz ciężko było spamiętać, Nie brakowało różnorakich kwiatów w licznych wazonach, wielobarwnych lian i pyłku świetlikowego rozproszonego na kamieniach. Na tych bardziej płaskich głazach rozłożono poczęstunek i alkohol; przy przeciwległej do wejścia ścianie znajdowała się taka skalna półka na której było największe zgromadzenie przekąsek. W powietrzu pachniało ładnie, mocno kwiatowo. U szczytu jaskini wisiały barwne niebieskie lampiony, będące źródłem przyjemnego światła. Towarzystwo, bo to one było kluczowe dla pani "intruz" delikatnie mówiąc było równie barwne i przede wszystkim babskie - znajdowało się tu raptem 12 sylvarich -  8 kobiet i 4 mężczyzn. Nie zdążyła się przyjrzeć dokładnie, ale zauważyła w tej barwnej masie jedną jasnoróżową, która leżała na kocu z krzywą noga opartą o specjalnie dosuniętą bliżej skrzynką i przygrywała coś na harfie, do czego druga siedząca obok - ciemnoróżowa coś wesołego podśpiewywała. Do jej uszu dobiegły tylko słowa: "I Drzewiec ten, co spaczony był. zagrażał podróżnym tak...", bowiem zaraz  Tulipan złapała "Niezapominajkę" za rękę i pociągnęła ją nieco głębiej jaskini bokiem sali, póki nie wzbudziły dużo uwagi.

Kolejny pokój był zabezpieczony grubymi liśćmi, w które Tulipan zastukała w jakiś wymyślny sposób. Liście po chwili się rozsunęły, a widok sprawił, że "Niezapominajce" brakło tchu. Nie chodziło o wnętrze pomieszczenia - bo czym się tu szokować, zwykły pokój, parę krzeseł, meble sylvari. To jego rezydent sprawił, że sylvari po prostu zatkało. Ten, którego spodziewała się zastać w pełnym zdrowiu, jako ogromne niebezpieczeństwo dla Tyrii i Gaju oraz wszystkich Śniących, po prostu... Siedział, a w zasadzie półleżał na asurańskim lewitującym wózku inwalidzkim, zaś na twarzy miał maskę połączoną z butlą stojącą na ziemi. Niespiesznie odsunął maskę od twarzy i chwilę oddychał normalnym powietrzem. Zszokowana "Niezapominajka" spojrzała na jego tors, tam gdzie spodziewała się ujrzeć artefakt - zamiast niego ujrzała ziejącą dziurę i przepaloną korę, która już zdążyła się zabliźnić. Cokolwiek się wydarzyło... Nie wyglądał, jakby stanowił zagrożenie. Przez myśli przemknęło jej, że całe stresy i planowanie poszły na marne, ale zrobiło się jej od tego lżej na sercu. Odezwał się trochę słabym, ledwo słyszalnym głosem, nieco świszczącym:
- Tulipan... Takiego Gościa się nie spodziewałem.
- Wybacz, Mistrzu, że zakłócam terapię, ale to ta sylvari, którą poturbował Ruta ostatnio w Ogrodzie. Znalazła nas dzięki Peonii. Dziś nie było rozkazu pozbywania się intruzów, więc ją postanowiłam przyprowadzić - od razu pospieszyła z wyjaśnieniem Tulipan. Kształt, jaki początkowo "Niezapominajka" wzięła za jakiś mebel albo cień na podłodze poruszył się - to był właśnie Ruta. Spięła się.
- Ta sylvari to Nisheera, Biała Róża, Pierwsza z Ogrodu. Należą Ci się przeprosiny za te niedogodności, drogie dziecko. Nie sądziłem, że będziesz chciała ze mną pokojowo pomówić, kiedykolwiek - powiódł spojrzeniem ku Nisheerze. Zarówno ją jak i Tulipan nieco zatkało. Tulipan zbladła, a Nisheera pociemniała
- R-róża? I T-ty nic nie mówiłaś? - wydusiła Tulipan
- Mimo wszystko nie sądziłam, że będę tu mile widziana - Nish lekko pochyliła głowę
- Przecież... Oj... - Tulipan miała mocno skonsternowany wyraz twarzy. Nie było jej dane się dowiedzieć, bo Felvind zachrząknął, co chyba go zabolało - wciąż nie mógł się przyzwyczaić do nowego stanu swojego ciała
- Tulipan. Myślę, że Róża będzie miała sporo czasu na tłumaczenia, ale najpierw... Chciałbym z nią pomówić sam.

Polecenie było jasne. Tulipan bez cienia urazy wyszła na zewnątrz, a drzwi się za nią zamknęły. Nisheera została sam na sam z tym, którego zamierzała zaszlachtować, ale... Teraz jakoś nie potrafiła. Ani sięgnąć po ładunek, ani po nóż czy kuszę czy pistolet. Czy dostrzegł jej prawdziwe intencje czy nie - podjechał wózkiem nieco bliżej i wtedy mogła zauważyć pamiątkę po sobie - starą bliznę, tuż pod obojczykiem, tam gdzie wbiła swój sztylet przed pięcioma laty. Zawiesił na niej czujne spojrzenie swoich oczu, w których jednak brakowało dawnego ognia i szaleństwa. Jakby odczytał myśli które chmurzyły jej czoło odezwał się:
- Igrałem z ogniem i się sparzyłem, dziecko. Jeżeli szukasz tego, którego opuściłaś pięć lat temu, poszukiwania na próżno. Tyle ryzykowałaś, żeby się ze mną spotkać - z byłym Baronem Pożogi. Pierwszym posłańcem Koszmaru który odrzuciłaś. Czułem oddech śmierci na karku, ale Twoje emocje się zmieniły, więc... Rozczarowałem Cię. Przyszłaś tylko pomówić?
- Teraz szukam odpowiedzi. Chciałabym zrozumieć czym jest Ogród i dlaczego Tulipan tak zareagowała na wieść, jak mnie zwałeś - cofnęła się o krok; sylvari zrozumiał aluzję, też się nieco cofnął
- Po naszym ostatnim spotkaniu też szukałem odpowiedzi i chciałem zrozumieć, czemu odrzuciłaś taką karierę. Mozolnie piąłem się w hierarchii Dworu coraz wyżej, lecz nie umiałem tam znaleźć spokoju, ani w zamęczaniu psów, ani w zabawach z grzybami halucynogennymi, ani w pojedynkach, ani w spełnianiu zachcianek moich przełożonych. Ruszyłem więc przed dwoma laty do Wulkanu i wydobyłem stamtąd przedmiot, mocno emanujący magią. Nie chciałem go nikomu oddawać - był mój - zrobił na chwilę przerwę. Przelewitował na środek pokoju - Zdecydowałem się uczynić z niego część siebie. Wplotłem go najpierw w pancerz, lecz było mi mało. Później otuliłem go liśćmi mojego ciała, a ja stawałem się Baronem Pożogi. Potęga, jaką mi dał i rozpoznawalność kusiła. Przeciążałem się, zyskiwałem poparcie i podziw. Wszystko w momencie pękło. Dwór księżnej Mahamuyer podzielił się. Jedni podstawiali się Wardenom, inni wyrżnęli swoich braci i siostry - tak przez skrytobójców Rycerza Jadu straciłem Hrabinę, która w pewnym momencie była mi tylko kamieniem u szyi więc i żal był mniejszy, zaś księżna którą popierałem podupadła bez doradczyni i straciła pazura, więc poparcie też. Spadłem ze świecznika i nabrałem pokory. Szukałem pomysłu na siebie i pomyślałem, że znów mógłbym uczyć. Tak powstał Ogród, lecz chciałem uniknąć błędów, jakie popełniłem przy Tobie.
- Większe skupienie na okrucieństwie? - rzuciła z rezerwą
- Nie. Właśnie bycie przyjacielem, a nie opresorem. Wybierałem Kwiaty spośród Koszmarytek i próbowałem je wyciągnąć je ze smoły, oczyścić i zasiać na ziemi, na której odżyją i odetchną świeżym powietrzem, a nie spaczeniem. Myślałaś kiedyś, że zobaczysz koszmarytkę słuchającą ze szczerym uśmiechem gry na harfie i pieśni o czymś, co nie jest otwieraniem oczu Śniącym? - wzruszyła ramionami w odpowiedzi, aczkolwiek słuchała z zainteresowaniem, zaś rozmówca kontynuował - To nie jest recepta na koszmar. A raczej sposób na podarowanie im domu. Wiele z nich jest na siłę wepchniętych w koszmar - porwane i przetrzymywane w kokonach, torturowane, doprowadzane na skraj agonii wychodzą skrzywione, lecz może coś jeszcze zostało w ich sercach. Chronię je i chcę wydobyć z nich piękno i spokój, dać im cel - westchnął - Ty powinnaś rozumieć. Jesteś Różą. Uczennicą, która dała Mentorowi lekcje, ale pojąłem ją za późno. Dopiero teraz naprawdę się realizuję. Poza Kwiatami, są też inni. Nie wszyscy są koszmarytami
- Mhm - powątpiewanie było wyraźnie słyszalne w jej głosie - Dlaczego jednak zamierzałeś zabić Peonię?
- Peonia... mocno zachwiała porządkiem wszystkiego - przesunął dłonią w stronę ziejącej w jego torsie dziury - Była bliska memu sercu, lecz nie mogłem jej wszystkiego wybaczać w nieskończoność. Chciała mnie na własność, mnie i mój artefakt. Tak się składa że... Miałem z nim problemy, w końcu jak nie mieć problemów z czymś magicznym niemalże w twoim własnym ciele - szybko się przegrzewał i ostatnio emanowował jakimiś dziwnymi wiązkami energii. Z preemedytacją zabiła kogoś, kto mógł mi pomóc się go pozbyć na czas - uzdrowiciela, który zlecił jej szukanie składników. Była o niego zazdrosna. Spaliła go żywcem. Innego nie mieliśmy na podorędziu. I tak... Odrzucona nam groziła, więc musieliśmy ją zabić. Tulipan nie do końca  to pochwala, bo uważa, że Peonia działała w afekcie, ale... Fakty są takie - Aster jest bez medyka, a do tego 34 dni temu mój artefakt wybuchnął magią prosto w moje ciało i teraz o używaniu magii mogę sobie tylko pomarzyć. Mało słów mogę jeszcze Ci dziś dać przez tą rekonwalescencję. Jeżeli Ogród ma być bezpieczny... - podniósł wzrok na Nisheerę - Zabij ją. Jest niestabilna i jest dużym zagrożeniem. Po tym będziesz mile widziana w Ogrodzie, nie tylko jako Kwiat, do grupy Wiatr. Znam Twoją historię - wiem, że cenisz wolność i chcesz decydować, gdzie i komu pomagasz. W Wietrze będziesz mogła być gdzie chcesz, z kim chcesz i dzielić się czym chcesz. Przemyśl to sobie na spokojnie. Pytania?

Odwrócił się, gdy pokręciła głową, lecz miał naprawdę zbolałą minę po wydaniu rozkazu. Uznał rozmowę za zakończoną, a Nisheera nie miała szansy nic dodać, bowiem drzwi się otwarły, zaś za nimi była Tulipan, dość przejęta. Chyba słyszała całą rozmowę bo bez szemrania wyprowadziła Różę z groty, w której panowała impreza. Zagadnęła tylko przy wyjściu:
- Różo, co zrobisz?
- Nie wiem... Naprawdę, naprawdę nie wiem. Najpierw ułożę sobie to w głowie.

W milczeniu odprowadziła ją wzrokiem, gdy ta szła do Drogowskazu. Kto wie, co już w tamtym momencie działo się w jej głowie.

Nisheera

  • Vyvanse.6830
  • Radny
  • *****
  • Wiadomości: 796
  • Płeć: Kobieta

Najdroższa Matko,

Wszystko... Było zupełnie inaczej, niż się spodziewałam. Zamiast agresora, spotkałam kalekę. Zamiast spaczonych koszmarytek - grupę, która szuka dla siebie miejsca w Tyrii. Zostawiłaś na moich barkach decyzję, a gdy ją podjęłam nie wsparłaś jej. Nie winię Cię. Przyszłość nie jest jasna, a Sen nie zawsze jest odpowiedzią. Myślałam, że będę musiała pobiec w Koszmar, lecz jednak nie. Wciąż to do mnie dochodzi. Czy wszystko jest prawdą, czy to czego doświadczyłam wczorajszego wieczoru jest tylko grą? Nie upewnię się, dopóki nie przyniosę łupu i nie poznam Ogrodu lepiej, jako jego część. Choć im nie ufam, muszę to zbadać. Jak już zaszłam tak daleko, takim kosztem... Wycofanie się będzie błędem. Została mi tylko jedna rzecz do zrobienia. Życz mi szczęścia.





Nisheera po bezsennej nocy rano musiała się ratować mocną kawą i porządnym śniadaniem. Owoce, pełnoziarniste pieczywo, świeży twarożek, mocna czarna kawa i narkotyki, po które sięgała tylko w kryzysowych sytuacjach odegnały resztki zmęczenia. Wstydziła się, gdy zażywała dzisiejszą dawkę; gdyby tylko ktoś wiedział byłaby skończona - a przynajmniej tak podpowiadał jej jej umysł... Dawno nie brała tego syfu, bo zazwyczaj decydowała się na to tylko, gdy miała naprawdę dużo pracy, a jej pacjencji potrzebowali przytomnego uzdrowiciela. Dziś nie było miejsca na zmęczenie, choć zadania miała dwa. Zresztą, prochy dodawały jej nieco odwagi, przyda się. Te usprawiedliwienie nie pomogło jednak zupełnie wcale, lecz powoli wszystko zaczynało być jej jedno. Ważne, że prochy pomogły, a woalka zmęczenia opadła z jej oczu, które w końcu spojrzały względnie przytomnie na ekwipunek, a jakoś niezbyt zauważyły pobojowisko pośniadaniowe w kuchni.

Ubrana i przygotowana na akcję z przytłaczającej zieleni przeniosła się w nieco mniej kolorowy Kryteński krajobraz. Ruszyła niespiesznym krokiem od Drogowskazu prosto między drzewa. Trawa wciąż była mokra od rosy, a przez trakt leniwie przetaczały się wozy z wołami. Nish nie miała czasu się za kimś wlec; postanowiła wyjątkowo pójść na przełaj przez las. Bo cóż mogło jej zagrozić? Dziki? Pająki? Żywioły były po jej stronie, a bandyci, nawet jak jacyś się w tych lasach kryli najpewniej odsypiali nocne popijawy. Przez całą drogę nie trzasnęła żadna gałązka i było cicho, do czasu. Tam, gdzie spomiędzy drzew można było dostrzec niewyraźne zabudowania wioski, do której zmierzała panowało nie lada poruszenie. Dwójka dzieciaków kręciła się opodal jednego z drzew i na coś wskazywała, głośno komentując. Strzęp rozmowy dotarł do uszu sylvari:
- A babka to mówi, że takich to Grenth nie bierze! - wymądrzał się jeden chłopiec
- Co tam Grenth, przecie to brat Jimmiego. Ale ja im nie powiem, Ty im powiedz - drugi głos był zdecydowanie dziewczęcy.
- Sama im idź powiedz!
- Nie, bo Ty!

Nish podeszła bezszelestnie i spojrzała, o czym dyskutowały dzieci. Widok... Raczej dla dziecięcych oczu przeznaczony nie był, choć ta dwójka zachowywała się nadzwyczaj bez histerii - dla dzieci rzeźnika wiszące ciała i widok śmierci nie są czymś przerażającym.

Spoiler: NSFW • pokaż

Z grubej gałęzi zwisała lina, a na końcu tej liny dyndał człowiek. Dyndał sobie już tak na oko jeden dzień. Czubki palców sinych stóp skierowane ku ziemi, pokiereszowane kostki, nakłute w kilku miejscach gdy denat był już martwy, chude nogi eksponowane przez brak spodni, wyżej zwykła bielizna. Wciąż miał na sobie zwyczajną białą koszulę z drewnianymi guziczkami, którym brakowało chyba czterech górnych do kompletu; jeden z nich prawie przydepnęła przez przypadek. W różowosinym trójkącie między szyją, a rozpiętą koszulą znajdował się blady ślad z opalenizny, a raczej jej braku -  prawdopodobnie po  medaliku z Melandru, wszak w mniejszych wioskach szczególną czcią otaczano właśnie ją. Niczym ciepły szalik powróz otulał troskliwie szyję człowieka, który zastygł jakby w zadumie. Blond grzywa zasłoniła jego twarz i zmieszała się z czerwienią, lecz nie nadmierną - oczu pozbawiono go stosunkowo niedawno, kilka-kilkanaście godzin po śmierci. Samobójca. Miał o tyle szczęście, że umarł od razu i nie dusił się przez kilka minut walcząc z odruchami swojego organizmu. 

Miał o tyle pecha, że już martwego znaleźli go bandyci, zwinęli mu eleganckie buty, spodnie i wisior, a później zainteresowała się nim zwierzyna. To nie było wstrząsające - to można było przewidzieć. Wstrząsało to, że twarz była znajoma - to był "Książę".
- Witajcie. Dam Wam 10 miedzianych, jak przyprowadzicie tu jego dziewczynę, tą liściastą z chaty na uboczu - odezwała się do dzieciaków. Dziewczynka na początku pisnęła, lecz tym razem chłopaczek zachował zimną krew:
- 25. Przyprowadzę jeszcze kogoś żeby go ściągnąć!
- 15 i nie przyprowadzaj tu nikogo. Jak będzie potrzebna pomoc, to same pójdziemy - spojrzała na chłopca.
- Pierwszy go znalazłem! Za dyskrecję to 20!
- Dobrze, niech będzie. Zapłacę jak ją przyprowadzicie.

Odprowadziła dzieciaki wzrokiem. Obeszła drzewo niespiesznym krokiem i poza guziczkami znalazła ułamane gałęzie po wspinaczce złodziei i zdeptaną karteczkę - list namokły od wilgoci lasu. Niemalże nieczytelny, rozpadał się w palcach. Szkoda, że nie pozna jego motywów choć... Wzdrygnęła się. Przecież nie tak dawno Shirea narzekała jej, że ją zostawił. Jak to powiedziała.... "Chyba mu odbiło", "męska zazdrość". Nish rozgniewała się. Jej "podopieczna" zabawiła się cudzymi uczuciami i wybierając schadzki ze starym rozpustnikiem z żoną i dziećmi złamała chłopaka. Zgniotła papierek w dłoni.
- Witaj, Niezapominajko. Nie musiałaś wysyłać całej komisji budzącej... Oj.
Spojrzała między drzewa, akurat by zauważyć dzieciaki prowadzące mocno zaspaną sylvari bliżej drzewa, lecz ta stanęła jak wryta. Nish odliczyła kasę i przekazała im, odprawiając je. Zerknęła na Shireę, która łączyła wątki, lecz nieco mozolnie. Zdawało jej się, że sylvari spoglądała na ciało z niezdrową fascynacją, jakby oglądała obiekt na wystawie w rynku, a nie zwłoki kogoś, kto był jej bliski. Nish zalała fala obrzydzenia. Sięgnęła po nóż.



Nóż przeciął ze świstem powietrze, a później - poważnie naciął grubą linę na której wisiał młody człowiek. Lada moment jej niedoszły kochanek spadnie - to udało się wyłapać mocno zaspanej Shirei. Podobnie jak nieprzyjemne emocje towarzyszki, ale o co tu się warto było denerwować? Był człowiek, nie ma człowieka. Westchnęła i nawet nie raczyła podejść złapać ciało gdy spadał, choćby i odruchowo, bo przecież ciała nic nie zaboli, a miejsce dusz takich połamańców było w rifcie. Zresztą, zaraz ktoś przyjdzie go pogrzebać. Gdy tak upadał, wcześniej skupiona na czym innym i oszacowywaniu czy sporo ją ominęło, przez jego odrzucenie, w końcu podniosła wzrok wyżej, na twarz i dopiero wtedy zauważyła, że ucztowały na nim kruki. Skrzywiła się, lecz to nie był koniec przykrych niespodzianek. Bo od strony Niezapominajki  padło pierwsze pytanie, pełne pretensji:
- I tak spokojnie do tego podchodzisz?
- No, przecież nic się nie da zrobić. Nie żyje.
- Nie czujesz się choć trochę winna?!
- Przecież sam wybrał - przewróciła oczami - Chciał iść, to poszedł. Chciał się powiesić, to się powiesił. Takie jest życie.

Jej towarzyszka miała minę, jakby ktoś uderzył ją obuchem. Potrzebowała chwili, by w końcu wycedzić:
- Ktoś tak zepsuty jak Ty nie powinien chodzić po Tyrii...
Shir odwróciła się w jej stronę. Tak, racjonalne argumenty najbardziej denerwowały furiatki, a po raz pierwszy ta spokojna fala się tak rozwścieczyła, choć chyba zbierała się od dłuższego czasu. Shireę wręcz to rozczuliło, ale lodowy kolec, który przemknął obok jej twarzy  prawie rozcinając jej policzek wzbudził jej czujność.

Przeciwniczka rzuciła w jej stronę sztylet i wcale nie było tu czasu na myślenie a po co, dlaczego - sztylet wpadł prosto do jej ręki, więc od razu go wykorzystała i otoczyła się na moment magmową skórą. Ledwie się zabezpieczyła, zaraz odrzuciło ją nieco w tył - centralnie w jej mostek uderzył kolejny lodowy kolec , który niechybnie by ją przebił. Jak walka, to walka i to na poważnie. Zakręciła swoim sztyletem, tworząc z niego bazę do lawowego bicza, lecz zrobiła to za wolno - jej oponentka nagle zniknęła, a później znów ją uderzyła, tym razem od tyłu i podmuchem wiatru tak silnym, że jej kolana spotkały się z ziemią. Na ślepo zamachnęła się biczem przez ramię, by kupić sobie trochę czasu i próbowała się podnieść; usłyszała syknięcie, chyba przeciwniczka w coś oberwała. Ból chyba dodał jej animuszu, bo odpowiedziała wściekłym kontratakiem - kolejny podmuch wiatru przyparł ją wręcz do ziemi, a później błyskawica przemknęła po jej uzbrojonej ręce, paraliżując ją na moment i mocno parząc. Sztylet wypadł, a później, bezceremonialnie został odkopany przez jej oponentkę. Zaklęcie magmowej skóry zostało przerwane, Nisheera jakby gotowała się do rzucenia bronią. Zatrzymała się i zawahała; wyzywająco rzuciła nożem tuż przed głowę Shirei. Ostrze wbiło się w ziemię do połowy głębokości. Shirea była zła, więc ledwo złapała za ostrze, odkręciła się na plecy i cisnęła zdobycznym nożem w stronę Nish, by wyrwać się po sztylet.

Shirea wykorzystała to, że sylvari musiała przykucnąć; gdy tylko złapała za sztylet, zamachnęła się, by zaklęciem lawowego bicza smagnąć w nogę oponentki i opleść ją, co się udało bez zarzutu. Szarpnęła gwałtownie, skracając długość bicza i wywróciła ją. Dopadła do niej w jednym susie, chcąc nią potrząsnąć, ale stało się coś, czego nie mogła przewidzieć; gdy się na nią rzuciła, wpadła prosto w gorącą mgłę, która poparzyła jej dłonie i twarz, zaś sylvari bez szwanku stanęła za nią. Bolesny kopniak w nerki od agresorki sprawił, że się rozjechała na ziemi i znów wypuściła broń. Odwróciła się na plecy zwijając się z bólu, lecz chcąc mieć przeciwniczkę przed oczami, ale nie było jej dane się długo wić i zareagować. Nisheera przydusiła ją do ziemi, blokując jej sprawną rękę, zaś drugą dłoń, wokół której zajaśniała niewielka wiązka elektryczka przysunęła bliżej jej mostka. Shireę obleciał strach, chyba po raz pierwszy od dawna. Furiatka odezwała się:
- Jakieś ostatnie słowa?
- Najdroższa Matko... P-przyjmij mnie do siebie. Niech o mnie pamiętają.

I nagle zrobiło się jakby lżej.



Najdroższa Matko,

Byłaś obserwatorem i świadkiem tej historii. Jesteś jedyną, której opowiedziałam o niej w całości, nie tając niczego. Od wspomnienia skrzywionego przez Koszmar mentora, poprzez odnalezienie jego podopiecznej w lecznicy i haniebne celowe przetrzymanie jej dłużej w rekonwalescencji, podyktowane tchnieniem czystego egoizmu, bym mogła sobie kupić więcej czasu na przygotowanie intrygi i pychą, która szeptała mi, że z moją wiedzą na temat już uciszonej Anomalii jestem odpowiedzialna za całą Tyrię. Wiesz o tym, że celowo jej szkodziłam, traktując toksyną jej rękę, chcąc stworzyć sytuację w której położy we mnie całe swoje zaufanie. Udając, że umożliwiam jej ucieczkę, wyekwipowałam ją w lokalizator, by ją śledzić jak jakieś zwierzę i przykułam ją do ludzkiej wioski na kompletnym wygwizdowie. Wyszarpałam od niej wiedzę, podebrałam jej kilka zaklęć, zmusiłam, by znienawidziła swoje siostry i Mistrza. Sama miałam ją za jedną z najpodlejszych ciernistych winorośli, myślałam, że ją znienawidziłam i obwiniałam ją za niepowodzenia. Życzyłam jej bardzo źle, byłam zadowolona że w ramach inicjacji do Ogrodu wystarczy tylko ją zabić, a gdy zobaczyłam te zwłoki zwisające z drzewa i zorientowałam się, dlaczego tak... W  ostatnim porywie wspaniałomyślności rzuciłam jej mój ulubiony sztylet, by odciążyć swoje sumienie, w którym do końca byłoby wyryte celowe zabicie bezzbronnej. Tak. Straciłam rozum do reszty.

Lecz... Musisz wiedzieć, że nie straciłam duszy. Kilka słów, które z niej wydarłam odmieniło moje serce i otwarło mi oczy, otrzeźwiając mnie bardziej, niż kiedykolwiek zrobiły to sole trzeźwiące. Gdy powiedziała: Najdroższa Matko, przyjmij mnie do siebie, niech o mnie pamiętają, zupełnie tak, jak ja bym Ci powiedziała smoła, która we mnie zaległa nagle odpuściła. Postawiłam sobie pytania:

Czy chciałabym być tak zapamiętana w Śnie? W Śnie odbijały się lęk, wstyd i strach, a także nienawiść chłodniejsza od północnych Dreszczogór. Może któryś sylvari by to wyśnił; czerpałby z tego inspirację. Mogłabym stworzyć potwora - obojętnie którą stronę by wybrał, mógłby się stać kimś bezdusznym. Za Sen jesteśmy odpowiedzialni wszyscy.

I drugie, ważniejsze - kto w ciągu ostatnich tygodni okazał się Koszmarem - ja, Shirea czy Felvind? Zadrżałam, bo obie znamy odpowiedź - to ja. Bo ja powinnam stać po stronie Snu i zasad, a byłam gotowa odrzucić to wszystko. Ja zawsze mam wybór. A Shirea? Felvind? Nie mają drogi odwrotu, a starają się nie czynić zła, przynajmniej nie otwarcie. Pierwsza po prostu jest cholernie samotna i pragnie tylko ciepła, co z tego że od każdego i tak bezczelnie. Drugi... Odnalazł spokój i cel w życiu, prawdopodobnie ograniczając też przemoc.

Więc... Intrygę zakończyłam odpuszczając, schodząc z niej i lecząc jej rany, a później swoje - lecz swoje tylko powierzchownie, by nie bolały - taka moja kara była i mój plan. Nakarmiłam ją kłamstwem o tym, że te prawie zabójstwo - łagodnie nazwałam je Testem, było próbą charakteru - wyjaśniłam jej, że chciałam sprawdzić, jak zareaguje w sytuacji ogromnego stresu, bo propozycję takiego życia dla niej mam - pełnego emocji, kolorów i ryzyka. Opowiedziałam jej o Lidze, o wszystkich tych przygodach, zahaczyłam o czuły punkt o nazwie mężczyźni. Gdy zobaczyłam błysk w jej oczach, spuściłam wzrok - zełgałam  że ten teatrzyk miał jeszcze jeden cel. Wtedy właśnie wmówiłam jej, że Felvind wysłał wszystkie Kwiaty w różne części Tyrii, by ją wykończyły i zmobilizował grupę Wiatr, by dostarczała mu informacje przede wszystkim o niej, bo każda już wie, że jest winna zamordowania cennego medyka i zleceniodawcy. Powiedziałam, że muszę się wsławić, zanim zemszczę się na nim za nas obie, bo wtedy zaboli go bardziej i będę mogła się lepiej do tego przygotować. Powiedziałam jej, że nigdy nie zamierzałam jej zabijać i że mam plan, jak to zrobić, by przeżyła paskudny lincz, prosząc o zaufanie. Darła się, gdy ścinałam jej liście z głowy na dowód zabicia, zostawiając ją kompletnie łysą, ale zamilkła na błysk złota w ręce, namiary na Ogrodnika i adres karczmy w Queensdale, wraz z obietnicą szansy na podróż z gildią do Elony - ucieczkę i przyczajenie się gdzieś na jakiś czas. Bez zająknięcia obiecała pełną dyskrecję na temat naszych przygód. Przyjęła też nowe imię, jakie dla niej wymyśliłam. Gdy na miejsce przyszli ludzie z wioski, po nas nie było już śladu, a "Książę" leżał dostojnie, jakby dopiero zasnął, oczyszczony i ułożony starannie na ziemi, z nogami przykrytymi płaszczykiem Shirei.

Muszę się wycofać. Ponownie odnaleźć w sobie pokój, by móc spojrzeć w lustro bez wstydu. Zbadam Ogród i zaprowadzę w nim porządki, jeżeli będą konieczne. Jeżeli to wszystko nie było tylko manipulacją Felvinda, bym przyniosła mu trupa Shirei, a to co mówił jest prawdą... Przecież te połamańce też muszą mieć gdzie szukać azylu, a lepiej by trafiły na kogoś takiego niż na kolejnych fanatyków. Wszak każdy sylvari idzie swoją ścieżką; nie każdy Śniący rzuca wszystko, by bronić Snu przed Koszmarem, a właściwie wielu z nich idzie dalej, wierząc że są stworzeni do wyższych celów, niż walka z braćmi i siostrami. Może nie każdy Koszmaryta ma w sobie pragnienie szerzenia Koszmaru? Muszę się dowiedzieć. Może to właśnie jest antidotum na Koszmar - pozwolić okrzepnąć emocjom, wskazać inną ścieżkę, inny sposób na spożytkowanie swojej energii.

Zatem historia o mścicielce, szukającej swojego spaczonego Mistrza, który na koniec okazuje się mieć czystsze intencje od niej kończy się trzema kropkami - kto wie, co przyniesie przyszłość. Wciąż trwa też historia o trudnej relacji między kompletnie różnymi kobietami z zupełnie różnymi aspiracjami i celami. Czy to będzie kiedyś dziwna przyjaźń, czy nie - kto wie, co dopisze do tej historii los. Nie wiem, czy dobrze zrobiłam pozwalając jej dalej żyć i kierując ją na moich przyjaciół, lecz tak podpowiedziało mi serce. Być może odnajdzie się wśród nich znacznie lepiej niż ja.




Aeshri zaśmiała się sama do siebie, po raz pierwszy od dawna szczerze, długo i z radością. W końcu miała przed sobą jasną wizję przyszłości i to całkiem ciekawej przyszłości, bo poprzednie dni były naprawdę całościowo nudne. Bo co, najpierw leżała ranna, potem uciekła do jakiejś wioski, podrywała dwóch facetów, dowiedziała się, że w jej poprzedniej ekipie absolutnie jej nie chcą... A później zrobiło się ciekawie, bo był ten trup i po raz pierwszy tak się niespodziewanie z kimś tłukła, że nie miała czasu pomyśleć, co by tu dalej zrobić. A potem te spontaniczne wkręcenie Niezapominajki w jakieś sentymenty do Matki! Tak naprawdę, to jej ostatnimi słowami byłoby - przynajmniej tak sobie kiedyś wymarzyła - "Znudziłam się już". A później rewelacje spadły na nią jak deszczyk. I tak się nimi zszokowała, że aż zaczęła podziwiać piękny umysł Niezapominajki, że taką intrygę przeciw Felvindowi wymyśliła i jeszcze jednak chciała ją uratować i dać jej miejsce w świecie. No, i to było w końcu dobre.
 
Wszystkie pieniądze otrzymane od tak jakby przyjaciółki przepieprzyła koncertowo - na porządnego "fryzjera", a właściwie ogrodnika, na ciuszki, na sztylecik i raptora, a do tego starczyłoby jeszcze na słodką bułkę i na kilka dni noclegu, gdzieś. W życiu nie widziała takich pieniędzy, więc może przy tej całej Lidze tak się zarabia? Więc wiedziała, gdzie ma się udać, ale jeszcze miała czas - nigdzie jej się nie spieszyło. Lwie Wrota były bardzo urocze wieczorem.