Autor Wątek: Liga Arenowa - historia  (Przeczytany 6512 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Tank

  • Towarzysz
  • ***
  • Wiadomości: 75
  • Płeć: Mężczyzna
  • I'm a Tiger, you're a Maus.
« Ostatnia zmiana: Październik 20, 2019, 13:07:20 wysłana przez Falkner »

Tank

  • Towarzysz
  • ***
  • Wiadomości: 75
  • Płeć: Mężczyzna
  • I'm a Tiger, you're a Maus.
Zasady

- Sto dwanaście. Sto trzynaście. Sto... czternaście.

Seth zdziwił się trochę słysząc ruch na arenie treningowej. Wracał właśnie z małego rekonesansu po okolicach twierdzy. Wyciągnął z wewnętrznej kieszeni płaszcza mały srebrny zegarek. Wcisnął niewielki guziczek, opuszczając srebrną klapkę i spojrzał na wskazówki na tarczy. Druga trzydzieści w nocy. Kto oprócz niego był na tyle niezrównoważony, żeby z własnej nieprzymuszonej woli trenować o tej godzinie? Dla niego niczym nadzwyczajnym było trenowanie o tej porze, ale w momencie, w którym przez grasującego po terenie twierdzy Harnila, spora część osób nie może zmrużyć oka, większość, jeśli nie wszyscy nocni markowie odpuszczali sobie tę porę na trening. W końcu zdecydowanie łatwiej było trenować za dnia, zwłaszcza, że o partnerów do sparingu wcale trudno nie było, a w nocy rozrywkę zapewniał duch krasnoluda. W perspektywie zapowiedzianego przez Canacha turnieju, osób chętnych do spróbowania się w sparingu było nawet więcej niż wcześniej.
Z drugiej strony, może to nie był trening z własnej woli. Może to ktoś z Vigilu wykazał się sporą niesubordynacja za co został ukarany dodatkowymi ćwiczeniami o dość bezlitosnej porze. To brzmi jak coś, czego dopuściliby się oficerowie Vigilu.
Do tego ludzie wciąż napływali do krasnoludzkiej kryjówki. Pierwsza, największa fala ochotników do walki ze smokiem zdążyła się już na dobre zadomowić w tych kątach, jednak na świecie nie brakowało spóźnialskich. Z każdym dniem na pierwszy rzut oka bezkresna forteca zapełniała się coraz bardziej.
Gdyby się nad tym zastanowić, to bardzo dobrze. Zawsze brakuje rąk do pracy, a w walce z Kralkatorrikiem tej pracy będzie niesamowicie dużo. Toteż, dodatkowe osoby chętne do współpracy będą tylko mile widziane. Może nawet Mellitus będzie musiał zacząć gotować jedzenie na bieżąco zamiast co chwilę odgrzewać tę samą wojskową grochówę.

- Sto... dzie...więtnaście. Sto... dwadzie...ścia. Sto... dwa...dzieścia... jeden.

Niski, gardłowy głos wydawał się drżeć coraz mocniej, mimo zaledwie kilku powtórzeń różnicy. Przerwy między kolejnymi słowami robiły się dłuższe, a czasem całkowicie tłumiło je głośne oddychanie. Seth przemieszczał się między namiotami w kierunku areny. Nieświadomie zwiększył tempo. Chciał przekonać się, kto trenuje o tak późnej porze, jednak nie był ciekawski do tego stopnia by biec. Po prostu maszerował przed siebie, bo chciał już tam być.

- Sto... dwa...dzieścia... dwa. Sto... dwa...dzieścia... trzy.

Dźwięki sztangi co chwila ustawały na coraz dłuższe odstępy czasu. Mimo to obciążniki na drążku dygotały, prawdopodobnie tak jak mięśnie osoby unoszącej ją co chwilę w górę, wydając z siebie cichutkie metaliczne pobrzękiwanie. Kiedy w końcu Sethowi udało się przekroczyć ostatni rząd namiotów rozstawionych wokół areny mógł wreszcie przedostać się do centrum tego pomieszczenia.
Główny plac wypełniony był piachem, na którym rozstawiony został sprzęt treningowy. Wszystko to wciąż wyglądało bardzo nieschludnie. Kilka sztang, drążki, wielowymiarowe hantle, nawet skakanki i worki treningowe porozrzucane tu i ówdzie. Wokół placu paktowcy zdążyli już porozstawiać ławki na niegdysiejszych krasnoludzkich schodach. Wszystkie puste i nierówno porozrzucane w losowych miejscach schodów. Tu i ówdzie walały się niewielkie śmieci, podłoga zakurzona i zabrudzona, a własności osób nie będących członkami Vigilu smutno leżały bez opieki w mniej lub bardziej zorganizowanych kupkach. O tej porze nie było to niczym dziwnym, jednak prowizoryczność takiego ułożenia działała negatywnie na morale większości wojskowych.
Dla Setha, właściwie nie robiło to różnicy. Był tylko durnym najemnikiem. Co prawda tym, który zgładził Bestię, ale dalej tylko durnym najemnikiem. Osobą na której drodze pojawił się niewielki wybój o imieniu Kralkatorrik. Nie bywał tu specjalnie często. Trenować dużo nie musiał. Jeśli miał gdzieś być, żeby ćwiczyć swoje umiejętności, to na strzelnicy, a nie tutaj. Ci, którzy spędzali tu najwięcej czasu to w gruncie rzeczy Vigilowcy. Nawet członkowie jego gildii tu nie bywali. Być może John albo Braun. Oni byli dumni z tego jak zbudowane są ich ciała i jedyne czego pragnęli, to stawać się lepszymi niż są. Dla Setha nie były to najmądrzejsze ideały, ale nie zamierzał wcinać się w walki o to kto jest samcem alfa. Zwłaszcza, że ani człowiek ani norn nie wydawali się być osobami, z którymi poza wykonywaniem wspólnych misji Seth chciałby mieć jakkolwiek do czynienia.
Teraz kiedy mógł się już rozejrzeć po arenie mimo dosyć oszczędnego jej oświetlenia, zauważył samotnego charra o czarnym zabarwieniu sierści, zmagającego się z wagą sztangi. Z daleka nie wyglądała na ciężką, co pobudziło ciekawość sylvariego. Idąc tak, upewniał się, czy drążek delikatnie wygina się pod naporem masy obciążników, czy to tylko leciutki rekwizyt.
Im bliżej Seth podchodził tym bardziej popielec w samych spodniach wydawał mu się nienaturalnie wielki. Z początku myślał, że to tylko kwestia perspektywy, jednak teraz, kiedy był już tylko kilkanaście metrów dalej, obstawiałby raczej przedawkowanie sterydów, albo asurańskie eksperymenty.

- Sto... dwa...dzie...ścia... sie...de...m. Sto... dwa...dzie...ścia...

Tym razem leżący na ławeczce mięśniak nie dawał sobie rady z ciężarem. Zatrzymał się w pół ruchu. Ręce lekko ugięte w łokciach, desperacko próbujące wypchnąć masę sztangi wyżej aby się w końcu wyprostować. Charr drżał tak praktycznie w tej samej pozycji z zaciśniętymi zębami przez dobre kilka sekund.
Seth pokręcił głową z niedowierzaniem. Zachodząc z tyłu ćwiczącego, sylvari wyciągnął rękawiczki bez palców z bocznej kieszeni spodni i założył na jasnożółte dłonie. Nie chciał zetrzeć sobie kory zmagając się z niewiadomo jakim ciężarem. Mimo to, była szansa, że trenujący przed nim charr za moment udusi się upuszczając na siebie sztangę z ciężarem przypierającym jego szyję do ławki.
- Osiem. - Dokończył Seth, chwytając oburącz za sztangę i pomagając ją wciągnąć na stojak nad głową trenującego.
Większość wagi musiał przyjąć na siebie kot, bo wydawała się zbyt lekka. Wspólnymi siłami odłożyli drążek na metalowy chwytak. Charr odetchnął ciężko i prawie natychmiast podniósł się do siadu, przerzucając prawą nogę przez ławkę, tak by siedzieć bokiem do sylvariego. Dysząc jakby przebiegł sprintem cały maraton wgapiał się w piasek pod sobą, pozwalając aby ściekający mu po nosie pot skapywał między jego stopy. W tym samym czasie uwagę Setha przykuł instrument ćwiczeń wielkoluda. Zdjął ręce z drążka, zaciskając dłonie w pięści kilkukrotnie, żeby upewnić się, że nic mu się nie wydawało i nic się nie zmieniło z jego ciałem. Schwytał znowu drążek i spróbował dźwignąć ciężar. Owszem, lekką sztanga nie była, lecz nawet on z jego niewielką tężyzną fizyczną był w stanie ją unieść. Ba, mógłby robić na niej trenować. Nie byłoby to proste, ale pewnie by sobie poradził.
- Jak dużo powtórzeń robisz? - Zapytał przełamując lód.
Spodziewał się usłyszeć jaka liczba znajduje się przed końcówką sto dwadzieścia osiem. W końcu wielkolud wyglądał na takiego, który pożera takie ciężary na śniadanie.
Charr przez niewygodnie długą chwilę łapał oddech, żeby odpowiedzieć tylko:
- Nie wiem.
Seth spojrzał na niego z niezrozumieniem.
- Jak to nie wiesz? Przecież było słychać jak liczysz.
Wielkolud odetchnął jeszcze kilka razy i okręcił się, żeby podnieść ręcznik, którym przetarł twarz.
- Zaczynam liczyć jak zaczyna boleć.
Wyjaśnienie olbrzyma było proste, jednak zdziwiło żółtego sylvariego na moment. Tym zdaniem charr zyskał sobie zainteresowanie najemnika. Mimo iż wyglądał jak każdy inny zabijaka wokół, zwłaszcza teraz, gdy do twierdzy napływało pełno nornów i charrów żądnych krwi smoka, to wydawał się być ciekawą osobą. Seth zmierzył go od stóp do głów. Na jego spodniach, ani nigdzie wokół nie było żadnego oznaczenia ani paktu, ani żadnego z legionów, ani nawet któregoś z zakonów. Wniosek był prosty. Najemnik. Tak jak i on sam.
- Seth. - Przedstawił się wyciągając dłoń w rękawiczce do ciężko oddychającego charra.
- Brigg.
Skórzana rękawiczka sylvariego lekko skrzypnęła w kontakcie z mokrą łapą kota. Uścisk dłoni zawsze był dobrym wyznacznikiem tego jaka jest druga osoba. W ten sposób Brigg już wiedział, że Seth jest osobą zaskakująco pewną siebie, a Seth poprawił swoje wyobrażenie o tym, że jego dłoń zostanie bezpowrotnie zmiażdżona. Może charr nie podał mu kluski, jednak uścisk sylvariego był wyraźnie silniejszy niż ten wielkiego kota.

Nastała niewygodna cisza, w trakcie której ciekawość sylvariego jedynie rosła. Postanowił on być osobą która przejmie stery w tej rozmowie.
- Przygotowania do turnieju? - Zapytał.
- Do jakiego znowu turnieju? - Odpowiedział pytaniem na pytanie charr.
Sylvari skrzyżował ręce przekręcając oczami.
- Pojedynki jeden na jeden na tej arenie. Zorganizowany przez Canacha turniej. - Wyjaśnił trochę zirytowanym tonem wskazując palcem na podłoże pod sobą. - To jest powód, dla którego wnoszą tu te ławki i przygotowują... - Podniósł palec nad głowę wskazując sufit. - ...tamtą klatkę.
Brigg wpatrywał się w ową klatkę przez ostatnie parę godzin, jednak nie przeszło mu przez myśl zainteresować się dlaczego właściwie się tam znalazła. Był całkowicie niezainteresowany tym co dzieje się wokół niego i sam nie był w stanie stwierdzić dlaczego. Być może słowa wyjaśnienia Setha tchnęły w charra odrobinę ciekawości.
- Będą się zabijać? Teraz? Przed walką ze smokiem?
Seth zarechotał jakby usłyszał najlepszy dowcip od dawna.
- Nie takie pojedynki. Wyluzuj. Do pierwszej krwi, wyłączenia wroga z walki, albo jego całkowitego rozbrojenia. - Zacytował słowa Canacha z ogłoszenia.
Mimo iż charr trzymał w dłoniach swój ręcznik przetarł wciąż spływający po jego skroni pot swoim bicepsem, chowając na moment facjatę przed niespodziewanym towarzyszem rozmowy.
- Brzmi jak bardzo luźne zasady. Nawet za bardzo. - Powiedział w końcu.
Seth wzruszył ramionami.
- Luźna atmosfera to i luźne zasady. Canach chce po prostu zarobić na zakładach. Uczestnicy chcą się wyżyć. Każdy liczy, że uda mu się wygrać z zabójcą Bestii.
Sylvari podparł biodro jedną dłonią a drugą wyciągnął z kabury rewolwer i zakręcił nim z pewnym siebie uśmiechem w powietrzu.
- Pistolety są dozwolone? - Zapytał Brigg zdziwionym tonem.
- Pewnie. Cała broń palna bez ostrej amunicji, do tego łuki i kusze. Z czegokolwiek korzystasz wielkoludzie, na pewno jest w menu.
Charr spochmurniał na twarzy. Wyglądał jakby właśnie usłyszał największą głupotę w swoim życiu.
- Więc jednak chcecie się bez sensu pozabijać. - Mruknął.
- Co znowu? - Zapytał zbity z tropu żółty sylvari.
- Pistolety, karabiny, łuki. Chcecie do siebie strzelać? I liczyć na to, że nikt nie zginie?
Seth wydawał się nie rozumieć irytacji Brigga.
- Spokojnie chłopie. To tylko gumowe pociski. Do tego nikt nie będzie sobie celował w głowę przecież. Ostrożne strzelanie po kostkach czy brzuchu i tyle. Jeśli przyszedłeś walczyć ze smokiem, to wiesz jak trafiać w cel.
- Bardziej boję się tego, że będziecie trafiać, niż że będziecie pudłować.
- Co znowu?
- Seth uśmiechnął się słysząc to zdanie.
Charr prychnął i pokręcił głową. Spojrzał na stojącego przed nim Setha.
- Nabity? - Zapytał wskazując ruchem pyska rewolwer, który sylvari trzymał w dłoni.
- Jeszcze nie. - Odpowiedział Seth, odrzucając broń na bok, aby ukazać pusty bębenek. - Paktowcy zwracają szczególną uwagę na to, żeby wszyscy chodzili z niezaładowaną...
Sylvari zaczął, lecz nie skończył. W połowie zdania poczuł nagłe pociągniecie, całkowicie zaburzające jego balans. Jego prawa noga poleciała parędziesiąt centymetrów do przodu, pociągnięta podwiniętą nogą Brigga. Nim się obejrzał, był w pełnym wykroku, z lewym kolanem i ręką opartymi na piachu. Jego nadgarstek był w uścisku charra.
Coś jednak sprawiło, że Seth nie poruszył się nawet o milimetr. Chwyt trenującego przed momentem wielkoluda nie był mocny. Jedynie utrzymywał jego dłoń w jednym sztywnym miejscu. Seth spojrzał to na swój nadgarstek to na Brigga. Sylvari celował prosto w pysk charra z odległości kilku, może kilkunastu centymetrów.
- Niezły refleks. - Powiedział ponurym tonem kot.
Odrzucił nadgarstek sylvariego jak niepotrzebny śmieć na bok. Seth prychnął, stając do pionu. Obrócił w dłoni rewolwerem i schował go do kabury. Poczuł się zlekceważony, mimo iż nie powinien. Strzepał z boku płaszcza kurz, którego właściwie nawet tam nie było.
- I co niby tym udowodniłeś? - Zapytał tonem rzucającym charrowi wyzwanie.
- Wystrzeliłbyś szybciej niż byś o tym pomyślał. Odruchowo albo przez przypadek, bo trzymasz palec na spuście. Nawet jak masz pustą broń. Celując prosto w moją twarz. Z takiej odległości zabiłbyś mnie ślepakiem.

Petr odliczał już czas do rozpoczęcia turnieju. W jego głowie przeniesienie dochodowej rozrywki z Mgieł do twierdzy w Thunderhead Peaks było świetnym rozwiązaniem zważywszy na zagrożenie ze strony Kralkatorrika. Co jak co, ale do interesów to miał Canach nosa. Nie interes był jednak teraz najważniejszy. Arena musiała wyglądać jak teatr tuż przed spektaklem, a biorąc pod uwagę jak wyglądało to w tej chwili, to zostało jeszcze bardzo dużo do zrobienia. Szczęśliwie Kapitan Baragnir oddelegował mu solidną grupkę osób chętnych do pomocy przy naprawianiu i ustawianiu wszystkiego na arenie. Najgorsze było jednak to, że czasu nie zostało dużo. Pierwsze osoby chętne do wzięcia udziału w zorganizowanym przez niego i Canacha przedstawieniu już wpisały swe imiona i zadeklarowały chęć do walki.
Na zapisach człowiek się trochę zawiódł. Spodziewał się, że w tym tłumie już od pierwszej sekundy, mężni wojownicy, członkowie Vigilu i Paktu będą walili drzwiami i oknami tylko po to, żeby dopisać swoje imię na liście. Żeby uzyskać szansę na pokazanie wszystkim na tej wyprawie, jak niesłychanie sprawnymi osobami są. Jak widać, nie w tym rzecz.
Być może gdyby w informacji podana byłaby nagroda główna, wtedy wszyscy rzuciliby się do zapisów. A tak, tylko część z nich ma ochotę ruszyć się do oficerów, aby zapytać się o szczegóły.
Tak, tę część planu trzeba będzie poprawić zanim...
- Przepraszam! - Męski głos wyrwał go z przemyśleń.
- Tak? - Zapytał oglądając się za siebie.
W jego kierunku zmierzał niewysoki sylvari o żółtej korze, odziany w ciemny, brązowy płaszcz i jeszcze ciemniejsze czarne spodnie. Na jego szyi wisiała jaskrawo czerwona chusta. Wyglądał na zakłopotanego. Nie raczył jednak powiedzieć w czym tkwi jego problem. Podszedł jedynie bliżej i otworzył nieco usta, jednak nie był w stanie nic z siebie wydukać.
- No, no. W czym mogę pomóc? - Popędził go Petr.
Oderwał wzrok od sylvariego, żeby zaznaczyć coś piórem na liście którą trzymał. Stojący tak bezcelowo żółtokory osobnik odetchnął głęboko i w końcu wydusił z siebie to, co leżało mu na sercu.
- Chciałbym wypisać się z turnieju.
« Ostatnia zmiana: Październik 20, 2019, 13:07:39 wysłana przez Falkner »

Tank

  • Towarzysz
  • ***
  • Wiadomości: 75
  • Płeć: Mężczyzna
  • I'm a Tiger, you're a Maus.
Zapisy i Zakłady

Petr przesiadywał aktualnie tuż obok areny, obserwując poczynania swoich podopiecznych, którzy dopinali właśnie wszystko na ostatni guzik. Nie można było pozwolić, żeby turniej, zwłaszcza w tak ryzykownym czasie okazał się kompletnym fiaskiem już na starcie. A o to wcale nie było trudno. Arena nie mogła zostać zamknięta na czas tego swego rodzaju remontu. Miejsce treningowe miało być otwarte gdyż członkowie Vigilu odbywali regularne treningi. Oprócz nich, członkowie Paktu i gildii najemniczych co jakiś czas odwiedzali to miejsce, dbając o to, żeby nie zapuścić się tuż przed nadchodzącą walką ze smokiem. Jedzenie nie było aż tak syte, aby nabrać niepotrzebnej masy, jednak każdy wiedział, że długo nie walcząc łatwo jest zardzewieć.
Było dość wcześnie rano, jednak nawet w tej chwili na arenie było kilkanaście osób trenujących, żeby nie zapomnieć jak właściwie się walczy. Petr zerknął w stronę dwójki kobiet zmagających się za pomocą drewnianych toporów. Niewysoka nornka o ciemnej karnacji skóry i długich brązowych włosach oraz przeciętnego wzrostu kobieta o jasnej cerze z blond włosami związanymi w kucyk. Przez moment przyglądał się zmaganiom obu pań. Można by powiedzieć, że świdrował je wzrokiem. Każdy, kto nie znał Petra wnioskowałby, że jest zwykłym zboczeńcem, biorąc pod uwagę jak wyglądał kiedy tak patrzył. Jednak Petr nie widział żadnej z kobiet. Widział jedynie dwójkę wojowników, których po zakończeniu turnieju chętnie zabrałby ze sobą. Zwłaszcza tę niższą, blondynkę, przypominającą mu kogoś, kto zdążył już zrobić karierę dla siebie i dla niego. Nie dość, że wyglądała znajomo, to jeszcze sposób jej walki, mimo iż tylko w trakcie sparingu, przypominał mu coś, na co zdążył się już w swoim życiu napatrzeć. Dobrze byłoby mieć tu Opał. Zrobiłaby widowisko.
Szczęśliwie ten krótki przyjacielski pojedynek zakończył się zanim człowiek zdążył pożreć którąś z pań swoim wzrokiem. Przez krótką chwilę oglądał jak podają sobie ręce i rozchodzą się, każda w swoją stronę. Odchrząknął i wrócił wzrokiem na swój dokument.

Ardghair
Floriana Clermont

Majtek Bolo
Steve Fox
Seth
Morten Jornisson

Rozpruwacz Bill
Anna
Kira Sverige
Jorrus Frightbringer
Dormien Sanndoir
Tempp

Niewielki grymas pojawił się na twarzy Petra na ułamek sekundy. Lista nie tylko była krótka, ale i więcej osób zdążyło się już wypisać niż pozostało w turnieju. Jedyna nadzieja w tym, że od tej pory wojownicy nie zaczną tchórzyć bez żadnego konkretnego powodu. Czemu właściwie tyle osób zrezygnowało?
- Dzień dobry. - Przyjemny męski głos nakazał mu spojrzeć przed siebie.
Tuż przed nim stał przystojny, dobrze zbudowany człowiek z krótkim brązowym zarostem w kapeluszu na głowie. Petr od razu miał wrażenie, że skądś kojarzy tę facjatę.
- Dobry. Czyżby na turniej? - Zapytał.
- Zgadza się. - Potwierdził mężczyzna, kiwając delikatnie głową.
- Imię?
- Markus var Maelius.

Petr złapał za pióro i zaczął powoli skrobać na liście pełne imię kolejnego uczestnika turnieju. W połowie nazwiska go oświeciło. Pstryknął palcami i spojrzał znów na człowieka w kapeluszu.
- No tak! Markus var Maelius. Opiekun... ahhh... Ligi Siedmiu Filarów?
Markus uśmiechnął się pobłażliwie.
- Sześciu Filarów. Zgadza się, to ja.
Petr odwzajemnił uśmiech.
- A, jasne, Liga Sześciu Filarów. Przepraszam. Pełno gildii się tędy przewala, ale staram się zapamiętać te, które coś sobą reprezentowały.
- Nie ma problemu.
- Zapewnił Markus. - Czy coś jeszcze powinienem panu podać?
- Nie, nie. Tyle mi wystarczy. Papierologią zajmę się później, a w tej chwili nie pozostaje mi nic innego jak życzyć powodzenia. Pierwsze pojedynki mniej więcej za pięć dni. W razie problemów ze strony smoka, może się to przesunąć.

Petr włożył listę na podkładce pod lewe ramię i wyciągnął prawą dłoń do Markusa. Opiekun Ligi z uśmiechem odwzajemnił uścisk.
- Dziękuję. - Rzucił, po czym odszedł w kierunku, z którego przyszedł, zostawiając zadowolonego Petra samego.



Przystąpienie Markusa do turnieju pociągnęło za nim jeszcze dwójkę innych osób. Szkoda, że nikogo więcej. Uśmiech na twarzy Petra znikał z każdą minutą. Sam nie znał powodu, dla którego wszystko wyglądało tak jak wygląda. Dlaczego nie ma takiego zainteresowania jak we Mgłach? Dlaczego zbiorowisko osób żądnych krwi smoka nie potrzebuje wyżyć się na innych, potencjalnie w ich głowach, słabszych od siebie. Dlaczego nikt tutaj nie ma ochoty udowodnić sobie i innym, że jest lepszy niż pozostali. Gdzie jest duch rywalizacji? Dlaczego nikt nie jest chętny zarobić sporej sumki i zyskać sławy jako najlepszy wojownik twierdzy?
Petr aż przysiadł na krześle, rozkładając ręce lekko zawiedziony. Nie na to liczył. Potrzebował, żeby ktoś napędził ten teatr. Potrzeba mu było znanej postaci, kogoś kto pchnie tłumy w jego kierunku. Canach niestety poinformował go, że ani Dowódca Paktu, ani Braham ani nawet Zojja ze swoim golemem nie pojawią się na turnieju. Prawdopodobnie, żeby uniknąć oskarżeń o faworyzowanie. Bardzo słaby powód, jednak każda rasa lubi narzekać na wszystko na co jest tylko okazja.
Cóż. Trzeba czekać. Może kiedyś pojawi się ktoś, kto ściągnie więcej osób do niego.
- ZROBIĆ MIEJSCE!
Głośna komenda wydawana przez jakiegoś charra, który wnioskując po głosie należał do Legionu Krwi sprawiła, że Petr aż podskoczył na krześle. Zanim zdążył się obejrzeć wszędzie wokół pojawiło się pełno wojskowych. Nie był to zwykły pochód. Blisko dwudziestka żołnierzy w pełnym osprzęcie eskortowała jedną z wyższych głów popielczej rasy obecnych w twierdzy. Równy marszowy krok wojaków odbijał się echem po arenie. Treningi na środku pola ustały. Wszyscy obecni skierowali swój wzrok na żyjący taran, przemieszczający się w dużym tempie do Petra.
Człowiek wbił się głębiej w krzesło pod wrażeniem pochodu. Na jego czele znajdował się pewien nieprzeciętny jegomość o bladożółtym zabarwieniu, ozdobionym licznymi czarnymi pręgami, pokrywającymi sierść od stóp do głów. Zakrzywione w przód rogi wydawały się niebezpiecznie celować w Petra znad pyska charra.
- Petr van Pedersen? - Zapytał zaskakująco wysokim głosem.
- T-tak!
Człowiek pokręcił głową mrugając nerwowo kilka razy. Musiał rozbudzić się z wrażenia, które robił Legion. Spojrzał po wszystkich żołnierzach, jakby upewniając się, że to swoi i nic nie ma prawa mu się stać, jednak większość z nich nosiła na sobie hełmy zasłaniające twarz. Dopiero po chwili wrócił wzrokiem na lekko zarośnięty na bokach krótki pysk Centuriona.
- Chcę się zapisać na ten wasz turniej. I chcę to zrobić teraz. - Powiedział twardo charr, akcentując ostatnie słowo.
- Oczywiście Centurionie! - Człowiek wrócił do siebie, a jego ton zmienił się na jak zwykle przyjazny.
Wyprostował się natychmiast i najstaranniej jak potrafił zaczął zapisywać na liście kolejne dane.
Centurion Tyrron Rocktrooper.
To dopiero nazwisko.
Nie dowierzając swojemu szczęściu spojrzał w górę na oczekującego charra. Wstał i wyciągnął przed siebie dłoń.
- Witamy na pokładzie, panie Rocktrooper.
Charr wykrzywił kąciki ust w niewielkim uśmiechu. Uścisnął dłoń człowieka. Jego chwyt był nieco za mocny jak na gusta Petra, jednak van Pedersen nie śmiał zareagować inaczej niż troszkę mocniejszym zaciśnięciem zębów.
- Pierwsze pojedynki zaczną się mniej więcej za pięć dni. Jeśli nie będzie komplikacji ze strony smoka, oczywiście. - Poinformował Tyrrona. - Życzę powodzenia.
Rocktrooper skinął głową i zrobił niewielkie kółko palcem w powietrzu obok swojej głowy. Jego kompania zareagowała natychmiast, salutując człowiekowi. Szczęk stali obwieścił, że zbierają się z powrotem tam skąd przyszli.
- Nie będzie mi potrzebne. - Obwieścił Centurion obracając się na pięcie.
Petr stojąc tak w kompletnym bezruchu obserwował jak popielczy pochód oddala się w takim samym tempie w jakim tu przybył. Człowiek nie był jedynym, który zaprzestał wykonywać swoje obowiązki, żeby podziwiać prawdziwy pokaz siły oddalający się w stronę namiotów. Większość trenujących na arenie nadal nie zaczęła znów walczyć czy podnosić ciężary. Jak jeden mąż podążali wzrokiem za Centurionem. Człowiek wyrwał się z potężnego wrażenia jako pierwszy, spojrzał zwłaszcza po osobach odpowiedzialnych za przygotowywanie areny i klasnął dwukrotnie w dłonie.
- No, no! Na co tak patrzycie? Wracamy do roboty, mili państwo! Chyba, że ktoś chce się zapisać?
Większość oprzytomniała po tym ponagleniu. Nie minęło dużo czasu zanim kilka osób trenujących na arenie podeszło do Petra.
Jakim szczęściem dla człowieka było pojawienie się w tym miejscu samego Centuriona. Większość nowych chętnych miała ochotę się z nim zmierzyć. W końcu nie codziennie ma się szansę powalczyć jeden na jednego z kimś rangi Rocktroopera.



Nisheera dokonała tego czego potrzebowała. Mimo iż wpierw sponiewierana przez irytującego do granic możliwości kransoluda, sylvari dosłownie zaciągnęła przeklętego ducha na zewnątrz twierdzy, gdzie i ona będzie mogła wykorzystać w pełni swoje umiejętności. Zmiana tonu walki nie mogła być większa. Elementalistka, która zamknięta jak ptak w klatce, nie mogła polegać na swojej dość destruktywnej magii gdy wokół było pełno osób, wypuszczona na wolność nie pozostawiała wątpliwości dlaczego wybrano ją opiekunką ligi. Jeśli ktoś, kto potrafi zaskakiwać swoim pacyfistycznym nastawieniem, dominuje krasnoluda o którym mówiło się, że jest mistrzem walk, w zaledwie kilkanaście sekund, to wiadomo, że coś jest na rzeczy.
W tym zwycięstwie leżał jednak jeden problem. Było zaskakująco ciche. Jedynie garstka osób widziała potęgę sylvari, kiedy niemal setka osób obserwowała ją, gdy kilka godzin wcześniej jako przegrana musi się zbierać z podłogi. Dla samej kobiety nie było w tym nic szczególnego. Nie była osobą grającą pod publiczkę. Było jednak jedno pytanie, które krążyło w jej głowie. Pytanie, którego nie śmiałaby wypowiedzieć, gdyby ktoś nie zrobił tego za nią. A wszystko zaczęło się od oklasków.
Krótkiej, powolnej serii uderzeń dłoni należących do pewnej zainteresowanej tym pokazem osoby. Nie były to oklaski prześmiewcze. Wręcz przeciwnie, brzmiały na pełne podziwu, a osoba, która klaskała była jedną z tych, które robią to dosyć rzadko.
- Nie najgorszy pokaz sił. - Odezwał się Petr, odpychając się nogą od ściany.
Nisheera wciąż starając się ochłonąć po pojedynku nie zaszczyciła człowieka nawet jednym słowem. Z jedną ręką zaciśniętą w pięść, a drugą okalającą kostur, stała w miejscu oczekując na dalszą część tego monologu.
- Nisheera, prawda? Opiekunka Ligi Siedm-... Sześciu Filarów, zgadza się? - Petr dopytywał, ale nie zanosiło się, że otrzyma odpowiedź.
- Petr, Petr van Pedersen. Szczerze podziwiam pani umiejętności. Niesamowicie patrzyło się na taki pokaz. Wiem co mówię. Prowadzę pojedynki wśród Mgieł i osobiście twierdzę, że świetnie by się pani dopasowała.
- Szczerze wątpię.
- Odpowiedziała chłodno sylvari.
- O, nie ma co być skromnym. Wyglądało jak wycisk, który Harnil zapamięta na trochę dłużej. Złożył się jak papierowa zabawka.
Petr zaśmiał się krótko po swoim nietypowym określeniu.
- Ja i Canach organizujemy tutaj mały turniej. Jeden z pani podopiecznych oraz wydaje mi się, że jeden współpracownik czy współopiekun zdążyli zapisać się już do pojedynków. Może i pani spróbuje? To nic wielkiego. Zwłaszcza po takim pojedynku jak ten. Proste zasady. Jeden na jeden. Do pierwszej krwi, wyłączenia przeciwnika z walki albo całkowitego rozbrojenia. Nazwijmy to delikatniejszą wersją tego co robimy wśród Mgieł. Wszyscy zyskują. Można się trochę wyżyć, jest zabawa, a i można nieźle zarobić. Przydałby nam się ktoś kto nie tyle co walczy ciałem, a magią. Jak pani to widzi?
Nisheera nie odpowiedziała. Odetchnęła zimnym powietrzem Thunderhead Peaks i ruszyła w kierunku wejścia do twierdzy. Być może na tym zakończyłaby się rozmowa, jednak Petr zadał w końcu pytanie, o którym nie chciała nawet myśleć.
- To jest okazja się odbić. Z publiką. W końcu, szkoda, żeby wszyscy wokół zapamiętali Nisheerę jako tą, którą Harnil pozamiatał podłogę, prawda? Zdecydowanie przyjemniej patrzyłoby się na panią jako na zwycięzcę.
Sylvari sama mogła bić się z podobnymi myślami, ale wypowiadanie ich przez kogoś innego automatycznie budziło w niej odrazę. Obdarzyła człowieka potwornie chłodnym spojrzeniem. Nie czuła jednak potrzeby rozmawiania z kimś takim jak Petr.
- Pomyślę. - Rzuciła na odchodnym.



Praca w lecznicy twierdzy nie była w ostatnich dniach najciekawszym zajęciem. Prawdę mówiąc, dopóki nie rozpocznie się faktyczny atak na smoka, dużo się dziać nie będzie. Zawsze znajdzie się ktoś ranny, być może nawet poważnie, zwłaszcza, że teren wokół twierdzy powinien być uznawany za należący do wroga. Nie były to jednak wielkie ilości osób. Nietaktownym byłoby narzekać na brak rannych osób, zwłaszcza w obecnej pozycji paktu. Znalazła się jednak jedna osoba, dla której zaistniała sytuacja była po prostu nudna.
Zmęczony ciągłą medytacją i brakiem zróżnicowania przewijających się dni druid postanowił przejść się po twierdzy.
- Paproch, chodź. - Powiedział rzucając orzeszkiem w kierunku swojego zwierzaka.
Spacer, który miał zająć zaledwie dwadzieścia minut pochłonął go na dwie i pół godziny. Rozglądając się po wszystkich możliwych zakamarkach tego miejsca, druid przejrzał prawdopodobnie każdy najmniejszy kąt twierdzy. Do momentu, aż znalazł arenę. Napotkał tam znajomą sobie osobę, całkowicie wpatrzoną w kamienny słup z jednym tylko ogłoszeniem, rzucającym się w oczy na tle surowego szarego kamienia.
- Cześć Annie. - Powitał ją.
Nie było jednak żadnej reakcji. Kobieta tak po prostu stała, wpatrując się w kartkę.
- Halo, żyjesz? - Zapytał raz jeszcze, sprawdzając czy towarzyszka tym razem zareaguje.
Jendak nie nastąpiła żadna zmiana zachowania. Jak zaklęta, kobieta patrzyła w kartkę, widocznie nią przejęta. Druid błyskawicznie zauważył jej białe palce zaciskające się na łuku. Sylvari nie rozumiejąc nagłego wyłączenia się gadatliwej znajomej spojrzał tam gdzie i ona. Na jaskrawo złotym fragmencie papieru widniało ogłoszenie zbliżającego się turnieju pojedynkowego. Z początku negatywnie nastawiony do zapisanych nań słów, druid odwrócił się znów do Annie. Zdążył jedynie otworzyć usta, aby poinformować ją o swoim zdaniu, po czym i jego trafiło jak piorunem.
- To jest to. - Mruknął pod nosem.
Forest znalazł cel swojego spaceru. Znalazł również ucieczkę od przytłaczającej nudy. Było nią zapisanie się do reklamowanej na ogłoszeniu walki o sławę i chwałę.



- Petr, ty tutaj? - Mężczyzna zdziwił się widząc przed sobą osobę odpowiedzialną za jego główne źródło dochodu.
- A jakże! - Odpowiedział człowiek z uśmiechem na twarzy, rozkładając szeroko ręce. - Cześć Aurusie, co u ciebie?
Petr nie uzyskał jednak satysfakcjonującej odpowiedzi na to pytanie. To co otrzymał w zamian to podejrzliwy wzrok i mocniejsze przygryzienie wykałaczki przez rudowłosego elementalistę.
- Co tu robisz? Nie mów, że szykujesz się na smoka, bo ci nie uwierzę.
Człowiek odpowiedzialny za turniej zareagował krótkim śmiechem. Na jego twarzy pojawił się perfekcyjny uśmiech. Wydawał się wiedzieć dokąd prowadzi ta rozmowa.
- Domyślny jak zawsze. - Skomentował. - Nie, zdecydowanie nie, przyjacielu. Jestem tu, bo jest ładny pieniążek do podniesienia. Razem z Canachem organizujemy tu mały turniej. Zasady podobne do naszych. Może kilka małych modyfikacji, ale głównie nic co byłoby nam obce.
Aurus uniósł brwi.
- Kiedy zamierzałeś mi powiedzieć?
- Właśnie teraz.
- Odpowiedział Petr, obejmując przyjacielsko prawe ramię Aurusa. - Widzisz, pierwszy raz od dawna organizuję coś na tyle niewielkiego, że mogę się tym zająć sam. Nie odbierz tego jako obelgi. Po prostu nie chciałem zawracać ci głowy. Tak się jednak złożyło, że siłą rzeczy muszę. Wiesz, interesy przyciskają, terminy gonią, a jak się okazuje, nie wszystko jest dopięte na ostatni guzik i przyda mi się twoja pomoc.
Petr tłumaczył swoją wersję wydarzeń, żywo gestykulując lewą dłonią. Elementalista nie wydawał się jednak przekonany. Delikatnie pochwycił nadgarstek van Pedersena zwisający z jego ramienia i przesunął w prawo, zrzucając go z siebie.
- Czego chcesz?
- Widzisz. Zapisy teoretycznie się skończyły... teoretycznie, bo zostało jakieś...
- Zerknął na zegarek. - ...dziesięć minut. Problem jednak pozostaje. Brakuje mi jednego uczestnika i chciałbym...
- Nie.
- Odpowiedział natychmiast Aurus. - Znasz moje zdanie na ten temat.
- Och, daj spokój. Tylko ten jeden raz.
- Nie i koniec.
- Elementalista spopielił natychmiast wykałaczkę, którą trzymał w ustach. - Znajdź sobie kogoś innego.
- Niby kogo?
- Zapytał błagalnie Petr.
Aurus nie zdążył jednak rzucić w jego kierunku ciętą ripostą, gdyż ich rozmowę przerwało pojawienie się znajomej elementalisty. Kobieta podeszła do mężczyzn, zawiązując akurat włosy w kucyk z tyłu głowy.
- Przepraszam! O, cześć Aurus. - Zabrzmiał w uszach panów przyjemny dla ucha kobiecy głos.
- Witaj Teeno. - Odpowiedział elementalista, wyciągając z kieszeni papierek z kolejną wykałaczką.
To był moment, w którym Petr zobaczył wszystko co chciał zobaczyć od ostatnich paru dni. Natychmiast rozpoznał przed sobą kobietę, którą miał przyjemność obserwować w walce z niewysoką czarną nornką, kiedy to dopiero kilka osób znajdowało się na liście. Rozpoznał kobietę, która tak bardzo przypominała mu stylem walki Opał. Kobietę, której nie miał okazji niestety więcej spotkać. Kobietę, za którą zapłaciłby wielkie pieniądze, aby tylko zapisała się do jego małego spektaklu.
- Może pani? - Zapytał wtrącając się w powitania.
- Może ja? - Odpowiedziała pytaniem zdziwiona Teena.
- Może zechce pani zająć ostatnie, honorowe miejsce na liście turniejowej?
Petr nie ukrywał nadziei w swoim głosie. Jak się okazało, był to jego szczęśliwy dzień. Kobieta uśmiechnęła się uroczo.
- To zabawne, bo przychodzę właśnie w tej sprawie.



Mijały sekundy, minuty, być może nawet już któraś godzina, od kiedy Annie jak zaczarowana wpatrywała się w ogłoszenie wiszące na słupie. Dla postronnych mogło to wyglądać, jakby jej wcale tam nie było. W kompletnym bezruchu, z ręką mocno zaciśniętą na łuku, pustym wzrokiem wodziła po słowach zapisanych na złotym papierze. Nie przeczytała jednak żadnego słowa od dłuższej chwili. Wyglądała jak na obrazku. Otoczona przez dziesiątki osób przechodzących obok, w czasie gdy ona wciąż stała w miejscu. Myślami daleko stąd, kompletnie pochłonięta wspomnieniami tego co było kiedyś i rozważaniami nad tym co będzie dalej.
Rozbita między przeszłością i przyszłością nie mogła odnaleźć swojego miejsca, mimo to, iż było przez cały ten czas tak blisko niej. Jej miejscem była teraźniejszość. Tak często pomijana, przez wagę czynów, które dokonały się tak dawno temu, że powoli zaczynały zanikać w odmętach czasu. Teraźniejszość tak często spychana na drugi plan, ze względu na konieczność zapewnienia lepszego jutra nie tylko dla siebie, ale i wszystkich wokół. Wszystkich, na którym jej zależało.
Z drugiej strony. Na kim jej zależało?
Cisza w jej głowie była ogłuszająca.
Patrycjusz? Za późno, by móc się nad nim użalać.
Rendar? Za późno, by móc się nim przejmować.
Teena? Brigg? Markus? Z jakiegoś powodu nie była w stanie poczuć żadnego głębszego uczucia wobec swoich współlokatorów. Nic na kształt książkowego przykładu przyjaźni. Nic, co zmuszałoby ją do działania.
Aeshri? Jeśli był ktoś kogo musiałaby wybrać...
Więc czemu przejmowała się przyszłością? Dlaczego była tu, a nie gdziekolwiek indziej. Mogłaby pić kawę w najlepszej kawiarni Divinity's Reach, czytając w gazetach o wyczynach Paktu, zamiast sama tkwić w tej durnej twierdzy.
Ale może tu leżał problem. Mogłaby, ale nie chciałaby.
Annie chciała zrobić to co słuszne. Pomóc tym, którzy tego potrzebują. Zrobić coś, co się światu od niej należy. Ale... jej też należy się coś od świata...
"Może tym czymś jest wygrana w turnieju?" Zapytała samą siebie, gdy udawała się zapisać na pojedynek.



Pruuf całkiem zgrabnie zapisywał kredą na tablicy imiona, które podawał mu Petr. Kiwając się delikatnie na drabinie, asur odchylał się jak tylko mógł, aby nie spaść z drabiny i dosięgnąć do drugiego końca tablicy.
- Dalej. - Ponaglił człowieka.
- To już ostatni. Rozpruwacz Bill. Dwieście sześćdziesiąt pięć do jednego na wygraną w turnieju. W następnym pojedynku dwa piętnaście do jednego. Tylko uważaj, bo masz tekst pod i nad sobą. Nie pobazgrol jak przy Dimitrjevie. I nie rozmaż!
- Istnieje tylko jeden powód dla którego zachowuję wstrzemięźliwość jeśli chodzi o zeskoczenie z tej drabiny i przyłożenie ci drewnianym kijem w okolicę potylicy.
- Zripostował Pruff, powoli wypisując symbole przed sobą.
- Oho, ciekawe jakiż to powód?
- Wypłata.

Petr zaśmiał się serdecznie i odwrócił się zabrać ze stolika dokumenty, które tam zostawił. Odwracał się jednak nieuważnie i o mało co, nie wpadłby na stojącą za nim osobę.
- Oj, przepra-... - Urwał.
Z opuszczoną delikatnie szczęką obserwował nie kogoś, a coś, co byłoby idealnym materiałem na wojownika w tym turnieju. Z wyglądu istną maszynę do zabijania. Maszyna podniosła jedynie łapę, sugerując, że nic się nie stało, po czym podeszła bliżej tablicy, żeby przyjrzeć się zakładom.
- Czy byłbyś tak łaskaw i pomógł mi... - Zaczął Pruuf, zwracając się do człowieka, ale i on urwał, kiedy obrócił głowę za siebie. - O, mamy gościa, a ty milczysz? Niespotykane. W czym możemy pomóc? - Zapytał stojącego przed nim charra, który odebrał Petrowi mowę.
- Zakłady? - Zapytał kot niskim tonem.
- Zgadza się. Ma pan ochotę obstawić?
- Zobaczę.

Popielec powodził wzrokiem po szczycie tabeli.

Centurion Tyrron Rocktrooper | 2:1 | 1.04:1 |
Zaveba | 4:1 | 1.12:1 |
Starszy Sierżant Copper | 9:1 | 1.88:1 |

- Zaveba... cztery do jednego, że wygra tą całą zabawę? - Kot zapytał siebie pod nosem.
Pruuf wydawał się jednak dobrze słyszeć, co mamrotał jego potencjalny klient, dzięki swoim nad wyraz sporym, szarawym uszom.
- Twarz tego sylvari jest na wielu listach gończych nie bez powodu.
Popielec prychnął i opuścił głowę, żeby spojrzeć na dół tabeli.

Li | 3200:1 | 12.6:1 |
Majtek Bolo | 3600:1 | 6.75:1 |
Annie Goldarrow | 4500:1 | 8.85:1 |

Popielec wyszczerzył kły widząc ostatnie nazwisko na liście. Pokręcił głową z niedowierzaniem.
- Biedna dziewczyna... ta, obstawię.
Petr wyrwał się w końcu z oniemienia i jakby chcąc zrobić dobre wrażenie wychylił się zza boku charra i radosnym tonem zaczął.
- Proponuję obstawić zwycięzcę turnieju, gdyż te zakłady zamkniemy razem z rozpoczęciem pierwszego pojedynku, a zwycięzców poszczególnych pojedynków można obstawiać aż do momentu, gdy rozpocznie się ich walka.
Kot jedynie przewrócił oczami.
- Jasne. Zwycięzca turnieju. Pięćdziesiąt sztuk złota.
- Wysoka stawka.
- Pochwalił asura. - Kogo pan typuje?



- Pięć srebra na Markusa, dziesięć na Zahrę i... dziesięć na Teenę. - Wyliczała Nisherra, wyciągając pieniądze.
- Widzę, obstawiamy faworytów, co? - Zagadnął Petr.
Mężczyzna zapisywał wyniki obstawiane przez sylvari i z uśmiechem wskazał dłonią na Pruufa, który siedział przy maszynie drukującej potwierdzenia. Wydawało się, że gdy Petr i Nisheera wyjaśnili sobie parę rzeczy, kiedy to ten przekonywał ją do wzięcia udziału chociażby w zakładach, obydwoje zapomnieli o ich rozmowie zaledwie trzy dni wcześniej. Leżało to w interesie i jednego i drugiego, aby przestać przejmować się tym, o czym wiedzieli tylko oni.
Nisheera dopiero teraz zwróciła uwagę na wypisane na tablicy liczby, sugerujące potencjalny kurs jej wygranej.
- Tak, chyba tak. - Potwierdziła.
- Choć, być może za szybko to stwierdziłem. - Mężczyzna poprawił się zerkając za własne plecy. - W sumie... kurs pani Dest wynosi cztery przecinek sześć do jednego. Nie najgorzej. Walka z panią Obonkolo powinna być całkiem ciekawa.
- Dwadzieścia srebra na Teenę zatem.
- Ale widziałem jak walczy pani koleżanka i samemu jestem pod wrażeniem.
- Trzydzieści pięć!
- Zmieniła szybko zdanie Nisheera.
Za sylvari przeszedł wysoki norn o krzaczastych brwiach i bujnej ciemnej czuprynie. Założyciel grupy najemniczej "Szturm". Osoba znana wielu tych okolicach. Szturchnął delikatnie łokciem plecy kobiety, po czym gdy odwróciła się do niego uniósł wyżej trzymany w ręku bukłak i puknął nim w swoją głowę.
- Żeby tylko opiekunce Ligi hazard nie uderzył za mocno do głowy.
« Ostatnia zmiana: Marzec 18, 2020, 02:44:24 wysłana przez Tank »

Tank

  • Towarzysz
  • ***
  • Wiadomości: 75
  • Płeć: Mężczyzna
  • I'm a Tiger, you're a Maus.
Dobry początek

Petr otoczony grupą wolontariuszy oddelegowanych przez Kapitana Baragnira rozsyłał ich po kątach, nadając im najprzeróżniejsze zadania z których, w jego oczach, każde było tak samo ważne. Niezależnie od tego jak kameralnym spektaklem miał być turniej na arenie twierdzy, dla człowieka była to sprawa honoru. W końcu podpisywał się pod tym wydarzeniem swoim nazwiskiem. Owszem. O nim prawdopodobnie nikt nie będzie pamiętał w czasie trwania Ligi Arenowej. W końcu twarzą tego przedsięwzięcia jest Canach.
Nikt jednak nie zwraca uwagi na to, że za kurtyną, Canach nie kiwnął nawet palcem żeby pomóc wprowadzić "jego" błyskotliwy pomysł w życie. Autorem wszystkiego na co patrzyła w tej chwili grupka trochę ponad dwustu osób był sam Petr. To on musiał użerać się ze wszystkimi regulacjami jakie narzucił na niego Kapitan Baragnir. To on musiał dosłownie błagać o to, żeby przydzielono mu ludzi do tego zadania. To on biegał za Pruufem, żeby ten pomógł mu zorganizować tworzące się wokół zakłady.
Petr van Pedersen. Człowiek, który zadedykował swój czas, życie prywatne, pieniądze i biznes, aby z durnego pomysłu Canacha stworzyć coś, co warto będzie zapamiętać na dłużej.
I jaka jest jego nagroda?
W sumie - zarobek taki, że niedługo nie będzie musiał już pracować do końca życia. Dokładnie. Nie ma powodu, żeby się denerwować. Jeśli wszystko pójdzie po jego myśli, turniej okaże się trafieniem w dziesiątkę, a ludzie dalej będą obstawiać tak szczodrze jak Canach, Rytlock i niektórzy najemnicy, wszelkie zmartwienia pójdą w niepamięć.
Podobało mu się to co robił. Delikatne uczucie adrenaliny cały czas buzującej po organizmie. Niecierpliwość ciągle rosnąca przed pierwszymi momentami tego turnieju.
Członkowie Paktu pod chwilowym dowodzeniem van Pedersena biegali jak w ukropie, porządkując arenę. Po raz pierwszy od kiedy Pakt przybył w to miejsce, arena wyglądała jakby była tworzona z myślą o pojedynkach dla najlepszych z najlepszych, a nie była miejscem do treningu w jakiejś zapyziałej mordowni Cytadeli.
Nie tylko silna, stalowa, ośmiokątna klatka opinająca okrągły piaskowy ring robiła wrażenie. Piach wyrównywany był co do milimetrów przez ostatnie parę godzin. Ławeczki ustawione zostały na schodach wokół, wszystkie czyściutkie i w równych odległościach od siebie, porozdzielane korytarzami, którymi dało się przejść między strefami trybun. Asurańskiej konstrukcji głośniki zainstalowane na filarach tworzących ośmiokąt na zewnętrznej części areny. Mały balkonik, na którym twarze tego przedsięwzięcia miały się pojawiać przed i w trakcie każdego pojedynku. Miejsce zarezerwowane również dla zwycięzcy turnieju, który oprócz gratulacji samego Dowódcy Paktu i sporej sumki, zainkasuje również niewielkie trofeum, które będzie mógł unieść właśnie na tym balkonie, z którego widzieć go będzie każdy członek publiczności.

Między przekazywaniem informacji i personalnym sprawdzaniem czy wszystko jest na swoim miejscu, Petr miał zwyczaj powracać na małe stoisko stworzone przez Pruufa, przy którym zazwyczaj urzędował asura przyjmujący pieniądze od chętnych obstawiać zakłady. Tak jak zwykle przysiadł na dodatkowym krzesełku i obserwował wymianę zdań między Pruufem, a jakąś wyjątkowo śliczną młodą dziewczyną.
- W czym mogę pani służyć?
- Chciałabym obstawić zwycięzcę tego turnieju.
- Słuszna decyzja, jak najsłuszniejsza...
- Mówił już bardziej do siebie asura, przygotowując swoją maszynę, aby móc wydrukować potwierdzenie kobiecie. - Annie Goldarrow, na siebie. Jaką kwotę pragnie pani przeznaczyć na ten cel?
Annie odczekała moment, zanim faktycznie się zdecydowała.
- Pięć sztuk złota i nie chcę obstawiać na siebie.
Pruuf zatrzymał się jak rażony prądem.
- Niesłychane! Jest pani pewna?
- Tak, chciałabym postawić na Teenę Dest.
- Między nami - jest pani pierwszym uczestnikiem turnieju, który ulokował swe pieniądze w rękach innej osoby.
- Powiedział Pruuf wyciągając szarą łapkę po złote monety. - Niespotykana sytuacja, aż miło mi... chwila moment... Czy pani Dest nie jest przypadkiem opiekunką pani Gildii?
Annie uśmiechnęła się blado.
- Jest.
Asur wyszczerzył kiełki odkładając pieniądze kobiety do bezpiecznej skrytki. Poklikał parokrotnie na klawiaturze swojej maszyny, żeby po chwili na wyprasowanym papierze pojawiło się potwierdzenie jej zakładu. Odczepił niewielką pieczątkę od prawej strony maszyny. Sprawdził czy jej spód żarzy się czerwonym światłem, które oznaczało jego wysoką temperaturę, po czym przystawił na krótki moment do wzmocnionego papieru. Malutki płomyczek pojawił się na ułamek sekundy na potwierdzeniu. Pruuf zdmuchnął go rozwiewając drobinki zwęglonego papieru i oddał kobiecie.
- Jestem zatem w stanie zrozumieć ideologię stojącą za tym zakładem. Dziękuję i życzę powodzenia w turnieju.
Annie skinęła głową w podziękowaniu, odbierając swoje potwierdzenie i ruszyła w sobie znanym kierunku. Przez cały ten czas Petr obserwował każdy jej ruch. Nie mógł przestać patrzeć w jej stronę, co nie umknęło uwadze szarawego asury.
- Czy istnieje jakiś powód ślinotoku, którego ofiarą obecnie jesteś?
Petr roześmiał się wesoło, po czym obracając twarz na prawo, tak aby asura go nie widział, symbolicznie przetarł usta rękawem swojej czarnej koszuli. Aluzja do tego jak bardzo nie mógł oderwać wzroku od kobiety trafiła w punkt.
- Śliczna jest. - Powiedział uśmiechając się do Pruufa.
- Jak na ludzkie standardy, jej walory piękna określane przez jej sylwetkę i twarz są zdecydowanie powyżej średniej. Tylko ta fryzura... wygląda okropnie. Jak gdyby nałożyła prostą, czarną perukę. Do tego marnie wykonaną, jeśli mam być szczery.



Kończyły się ostatnie chwile przed rozpoczęciem turnieju. Na arenie zebrało się pełno osób. Paktowicze, Olmakhanie, Wszystkie trzy Legiony, Słoneczne Włócznie, Korsarze, Gildie Najemnicze i inni. Każda rasa i każda nawet najmniejsza organizacja obecna na wyprawie Paktu miała jakiegoś przedstawiciela czekającego z niecierpliwością na upragniony początek widowiska.
Petr próbował nie dać po sobie poznać jak bardzo przejmuje się sukcesem tego wydarzenia. Przestępował nerwowo z nogi na nogę, rozmasowywał lewe ramię podwijając nieco rękaw swojej czarnej koszuli. Łańcuszek noszony przy prawym udzie podzwaniał co chwilę, gdy człowiek obracał się w lewo i prawo, aby zerkać we wszystkie zakamarki tego miejsca.
Jest jedna rzecz, której musi pamiętać pogratulować Pruufowi. Pomysł z umieszczeniem drugiej tablicy, będącej holoprojektorem, przedstawiającej drabinkę turniejową, tylko tym razem wykonanej ze szkła i w większym rozmiarze nadawał jakiejś niesamowitej wagi temu przedsięwzięciu. Nie żeby ich projekty we Mgłach wydawały się przy tym prostymi niedzielnymi spotkaniami, ale dopiero teraz widział profesjonalizm tego pomysłu. Wcześniej sceptycznie nastawiony z powodu sporych kosztów wykonania nie chciał się zgodzić na pomysł Pruufa, jednak argumenty asury były lepsze niż jego, więc w końcu się ugiął.
Całe szczęście. Wyglądało to niesamowicie.



Trzydziestu dwóch uczestników gotowych do walki, a ich imiona rozbłyskujące przejmującą bielą na szarawym tle. Świetna inwestycja.
Asura uderzył delikatnie bokiem pięści udo Petra, kiedy podszedł do niego.
- Zdenerwowany? - Zapytał spokojnym tonem.
- Nawet nie masz pojęcia jak. Ale właściwie czemu? Robimy to praktycznie codziennie. - Odpowiedział człowiek.
- Owszem, nie jest to największy turniej, który organizowałeś, ale ten jest wyjątkowy. Po pierwsze, nie zostanie on przypisany tobie lecz Canachowi lub Dowódcy Paktu. Po drugie, turnieje które organizujesz wśród Mgieł jak do tej pory w 94% przypadków miały ilość uczestników przeważającą liczbę oglądających. Nawet kiedy uczestników było tylko ośmiu. Sześć procent przypadków pokrywa turnieje organizowane specjalnie dla charrów, gdzie warbandy trenowały między sobą pojedynki jeden na jeden. Oczywistym jest, że cała banda będzie oglądać walkę jednego z członków. Nie masz zatem doświadczenia z pojedynkami, które będzie oglądać około siedmiuset osób.
- ILE?!
- Zdziwił się Petr.
- Jest to oczywiście tylko liczba przybliżona, lecz jeśli moje kalkulacje okażą się poprawne, a za margines błędu uznamy trzy procent obecnych w twierdzy osób, istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że pierwszą walkę oglądać będzie siedemset osób. Jeśli turniej się sprzeda, około dwóch tysięcy obejrzy finał.
Pod człowiekiem ugięły się nogi. Przysiadł na chłodnej podłodze obok asury.
- Będziemy potrzebowali większej areny.
- Wątpliwe. Teren, który przygotowywali twoi podopieczni powinien zapewnić dogodne miejsca do oglądania dla około tysiąca sześciuset osób. Do tego mamy jeszcze schody, na których można spocząć blokując innym drogę, a spodziewam się, że ktoś zdecyduje się również zająć miejsca stojące, których de facto nie jesteśmy w stanie policzyć.

Pruuf spojrzał na człowieka z góry.
- Skąd ten stres, Petr?
- Nie spodziewałem się tylu osób.
- Szczęśliwie dla nas, do turnieju przystąpi zróżnicowana stawka. Sześć ras, Słoneczna Włócznia, Olmakhan, Centurion Legionu Żelaza, Pirat, Członkowie Vigilu, Klasztoru Durmanda i Zakonu Szeptów, a na dokładkę dwie grupy najemnicze. Sześciu najemników z Ligi, czwórka ze Szturmu. Wielka szkoda, że wszyscy najemnicy "Wielkich" się wycofali. Jeśli się nad tym zastanowisz Petrze, zawodnicy z różnych środowisk oznaczają, że każda większa grupka ma swojego reprezentanta. Dzięki temu, dla większej ilości osób to wydarzenie może okazać się choć trochę interesującym. Zachowanie swego rodzaju zróżnicowania uczestników przez dłuższy okres trwania turnieju leżałoby w naszym interesie.




Zbliżała się godzina dwudziesta. Rozpoczęcie turnieju. Predykcje Pruufa nie okazały się być wyssanymi z palca. Ciężko mówić o tym, żeby trybuny wypełniały się po brzegi, jednak spora część miejsc siedzących została zajęta jeszcze pół godziny wcześniej. Teraz kiedy zbliżało się wielkie otwarcie, rozmowy powoli cichły, a w tych, które wciąż trwały słychać było wyraźną dozę ekscytacji. Większość widzów nigdy nie podejrzewałaby się o zainteresowanie tego typu rozrywką. Jednak gdy w okolicy często brakowało zajęcia, możliwość oderwania się od szarej codzienności w krainie brandu i oglądanie głupich walk wydawało się odskocznią, której tak bardzo brakowało Paktowiczom.
Petr i Pruuf zgodnie z poleceniem Canacha, strategicznie odsunęli się gdzieś w bok, żeby dwójka utożsamiana z zakładami nie przyćmiewała blasku tego wydarzenia. W końcu teraz miały się już liczyć tylko umiejętności trzydziestu dwóch uczestników. Nic więcej jak walka, nie miało prawa przemawiać głośnymi słowami. Dozwolone były jedynie szepty.

Przeciągły dźwięk rogu wypełnił całą arenę skutecznie uciszając wszelkie trwające rozmowy. Wzrok wszystkich zainteresowanych zwrócił się w kierunku specjalnie przygotowanego balkonu w północnej części areny. Na niewielkim podejście pojawiły się trzy znane twarze. Canach, Marszałek Paktu Logan Thackerey oraz Rytlock Brimstone. Trójka, której nie trzeba nikomu przedstawiać miała przyjemność przejęcia uwagi każdej osoby zgromadzonej na trybunach.
Po krótkiej chwili Canach rozpoczął, rozkładając szeroko ręce. Otrzymał od jakiejś wysokiej, jasnowłosej asury mikrofon i powitał zebranych.
- Witajcie żołnierze! Wspaniali wojowie i niestrudzeni pojedynkowicze!
Odpowiedział mu niewielki zgiełk, pochodzący głównie ze strony legionów charrów.
- Jak dobrze wiecie, w ramach rozrywki, przyjacielskiego sparingu i adrenaliny płynącej z odrobiny hazardu, ogłosiliśmy mały turniej, którego zwycięzca okaże się najlepszym z nas, czego dowodem będzie ten oto puchar, wzniesiony tylko przez najlepszego z najlepszych.
Dwójka członków Paktu przesunęła bliżej sylvariego stojak na kółkach, na którym usytuowany był sporych rozmiarów puchar wykonany ze srebra. Bardzo smukły w budowie, wysoki z niemożliwie cienką podstawą, wykonaną z marmuru. Canach kontynuował.
- Oczekiwania czas dobiegł właśnie końca, a ja mam przyjemność otworzyć Ligę Arenową!
Niespodziewana wrzawa przeszła przez publiczność. Wszyscy obecni mogli dać upust kłębiącej się w nich niecierpliwości poprzez krzyk i oklaski. Była to reakcja wystarczająco huczna, aby wywołać uśmiech na twarzy sylvariego.
- Zapisało się łącznie trzydziestu dwóch zawodników z różnych frakcji stanowiących nasz front przeciwko kryształowemu smokowi. Niechaj te starcia przygotują nas na nieuniknioną walkę z Kralkatorrikiem, którą oczywiście wygramy!
Znów krótka owacja przeszła przez arenę.
- Zobaczymy osiem pojedynków dzisiaj i osiem pojedynków jutro. Miejmy nadzieję na huczne zakończenie tygodnia! Raz jeszcze przypomnę wszystkim zasady: Żadnego zabijania. W broni palnej używamy nieostrej amunicji. Nie celujemy w głowę. Pojedynek kończy się wraz z pierwszą krwią, wyłączeniem przeciwnika z walki lub jego całkowitym rozbrojeniem. Złamanie którejkolwiek z wyżej wymienionych zasad grozi usunięciem z turnieju.
Ta przemowa nie wywołała w oglądających praktycznie żadnej emocji. Wszyscy czekali tylko aż rozpocznie się bój. Rytlock wyrwał mikrofon i ryknął swoim niskim głosem.
- Niech zacznie się walka!
Magiczne słowa charra odblokowały publiczność na dobre. Przez krótką chwilę łatwo było ogłuchnąć, siedząc w rozwrzeszczanym tłumie. Względny spokój zaprowadził dopiero metaliczny dźwięk dobiegający z głośników rozstawionych wokół areny. Ten sam, powtarzający się wielokrotnie magnetyczny puls, który zwiastował widoczne na szklanej tablicy losowanie. Z każdym przeskoczeniem światła po parze nazwisk dźwięk zwalniał, tak samo jak zmieniające się tło pary, która miała rozpocząć to widowisko. W końcu dźwięk pojawił się po raz ostatni, a za nim nastąpiło twarde tąpnięcie, które rozświetliło dwa imiona na tablicy, poszarzając wszystkie pozostałe.
Rytlock spojrzał na tablicę za sobą.
- Rozpocznie para numer siedem! Annie Goldarrow i Adalbert Poczciwy! Zapraszam na środek areny.
Ostatnie słowa Brimstone'a brzmiały wyjątkowo podle. Niemalże jak gdyby był wygłodniałym wilkiem, czekającym aż niczego nieświadome owieczki same wejdą w jego pułapkę.
Długo nie czekając, Logan udał się na dół i jako pierwszy wszedł do klatki.
W międzyczasie Canach zdążył odebrać mikrofon, tylko po to, żeby zapowiedzieć komentatorkę nadchodzącej walki. Niewielka asura z jaskrawo różowym kucykiem pochwyciła mikrofon i przywitała publikę.

W części trybun, gdzie usadowiła się większość Ligi Sześciu Filarów panowało spore poruszenie. Annie okropnie denerwowała się przed swoim debiutem. Właściwie przekonana o rychłej porażce kwestionowała swój wybór przez który się tu znalazła.
- Trzymamy za ciebie kciuki. Dopakuj mu. - Dopingowała ją na ostatnie sekundy opiekunka, Teena Dest.
- Nie dam rady! - Sprzeciwiła się Annie, sparaliżowana w miejscu.
Nie była w stanie wykonać nawet kroku w stronę klatki. Zdenerwowana, mimo iż pewna swoich umiejętności. Jakaś wewnętrzna blokada trzymała ją w miejscu. Całe szczęście i z tym mogła jej pomóc Liga.
- Dasz radę. Idź już. - Rzucił Brigg popychając dziewczynę na dwa kroki.
Kiedy już udało się postawić te dwa pierwsze, kolejne przychodziły zaskakująco łatwo. Do momentu aż przystanęła razem z Loganem i Adalbertem, a ostatnia ściana klatki została za nią zatrzaśnięta. Na drobną chwilę zamarła.

- Da radę? - Zapytała Nisheera, opiekunka Ligi, kiedy Annie znalazła się już w klatce.
Reszta jej podopiecznych nie zamierzała się jeszcze wypowiadać. Wzrok wszystkich utrzymał się na znajdujących się na środku areny wojownikach.
Markus zadał zdecydowanie prostsze pytanie.
- Jakie ma szanse?
- Cztery i pół tysiąca do jednego, że wygra wszystko. Dziewięć do jednego, że wygra z Adalbertem. - Odpowiedział Brigg krzyżując ramiona.
Zakłady były brutalne dla kobiety. Po wstępnym przeanalizowaniu udostępnionych przez Baragnira informacji, Petr i Pruuf spisali ją na straty. Patrząc prawdzie w oczy, faktycznie szanse łuczniczki nie były wysokie. Nikt nie spodziewał się po niej niesamowitego rezultatu w tym turnieju. Brak doświadczenia w pojedynkach jeden na jednego i niespełna roczny staż jako najemnik nie wróżyły dobrze. Nie oznaczało to oczywiście, że nie otrzyma ona wsparcia publiki. Zwłaszcza, że dziewczyna wyglądała zdecydowanie lepiej niż szybko starzejący się uczony. Łatwo było zatem przewidzieć kto będzie faworytem mężczyzn zasiadających na trybunach.

Annie przypomniała sobie o swoim wychowaniu i ukłoniła się nisko Loganowi i Albertowi. Obydwaj mężczyźni odpowiedzieli jej pełnym skinieniem głowy. W przeciągu kilku sekund Marszałek Paktu przedstawił uczestnikom po raz kolejny zasady, upewniając się, że każde z nich dobrze pamięta dlaczego tam jest i że na koniec dnia, są po tej samej stronie barykady.
Po krótkim wprowadzeniu dwójka wojowników wycofała się na brzegi klatki, po dwadzieścia kroków od siebie. Obydwoje mieli ostatnią okazję spojrzeć na publikę, po czym przyszło do mierzenia wzrokiem przeciwnika.
W tym samym czasie asura, której powierzono mikrofon skorzystała z przeznaczenia swojego urządzenia, w międzyczasie uruchamiając masywny, trzymetrowy hologram samej siebie. Było ją widać z każdego miejsca widowni.
- Z jednej strony areny stoi przed wami Annie! Nie dajcie się zwieść tej uroczej buzince! Zrobiłaby mięsnego jeża ze swoich przeciwników, gdyby zasady tylko na to pozwalały! Pochodzi z najemniczej gildii - Ligi Sześciu Filarów!
Chwila, w której asura zrobiła przerwę wypełniona została dopingiem widzów czekających na start pojedynku.
- Zaś w przeciwnym rogu areny znajduje się Adalbert Poczciwy! Przedstawiciel Priory, człowiek wielu odkryć mający na koncie lata badań i walki o swoje! Zaraz się przekonamy, czy zawsze jest taki poczciwy!
Niewielka seria oklasków przeszła przez widownię, kiedy to Logan odszedł ze środka areny, przystając pod balkonem. Jako sędzia tego pojedynku uniósł miecz i machnął nim w powietrzu, dając sygnał do rozpoczęcia pojedynku. Potrójne uderzenie w dzwonek rozeszło się przez świetnie rozmieszczone głośniki, wzdrygając niespodziewającymi się nagłego dźwięku osobami.

Walka zaczęła się dość powoli, gdyż i jedno i drugie starało się wyczuć styl walki przeciwnika.
Po raz pierwszy w tym miejscu, dźwięki świetnie bawiącego się tłumu wypełniały wnętrza twierdzy. Przez następne kilka minut, kiedy Adalbert i Annie głównie pudłowali - uczony pociskami energii a łuczniczka strzałami, widzowie otrzymali to czego mogło im brakować przez ostatnie kilka dni, tygodni, być może nawet miesiące. Prostą zabawę.
Obserwowanie jak dwójka wojowników zmaga się w uczciwiej walce, gdzie stawką nie było życie a jedynie honor i pieniądze, wydawało się niesamowitym powiewem świeżości po ostatnich zmaganiach ze smokiem. Brak ciążącej z tyłu głowy świadomości, że najmniejszy błąd może być powodem przedwczesnej śmierci zdejmował z każdej osoby zgromadzonej pewną mentalną blokadę. Możliwość przerwania ciągłego skupienia choć na moment była jak pierwszy łyk wody po ogromnym wysiłku.
Oczywiście, nie każdy mógł pozwolić sobie na takie wygody jak oglądanie turnieju w spokoju. Biorąc pod uwagę wciąż trwające zmagania ze smokiem, gigantyczna część osób znajdowała się w tej chwili gdzie indziej. Pojedynków miało być jednak więcej, toteż każdy powinien mieć czas zobaczyć chociaż jeden.

Swego rodzaju wyrównaną walkę przerwała jedna ze strzał Annie. Załadowana oślepiającym ładunkiem wbijając się w podłoże przed Adalbertem skutecznie oślepiła na moment starszego uczonego jak i kilka osób w pierwszym rzędzie. Łuczniczka wykorzystała ten moment, żeby zmniejszyć dystans do Prioristy i kopnąć go w nadgarstek, skutecznie wybijając mu kostur z dłoni. Kawałek drewna przeleciał dobre trzy metry zanim odbił się od podłoża.
Przez ułamek sekundy zapanowała cisza, którą przerwało podniesienie przez Thackereya miecza. Sprzętowcy wychwycili ten gest i dzwonek zabrzmiał ponownie.
- Zwycięzcą zostaje tym razem młodość! Annie zwyciężyła, rozbrajając przeciwnika! - Rozległ się głos asurańskiej komentatorki
Arena wybuchła. Zwłaszcza w części zajmowanej przez gildię Annie. Chłopiec (a właściwie dziewczynka) do bicia rozpoczął turniej być może chybotliwie, lecz zwycięsko. Triumf, którego nie spodziewała się nawet ona sama ucieszył większość areny. W końcu miło jest patrzeć jak ten potencjalnie słabszy wygrywa.
Nie było zbędnej celebracji, jedynie mały prosty ukłon kobiety w stronę publiczności. Niestety nie było też uścisku dłoni. Kiedy pojawił się sędzia pojedynku - Logan Thackerey, każde poszło w kierunku swojego wyjścia z klatki.
Na drabince turniejowej z głośnym dźwiękiem cięcia mieczem, imię Adalberta wyciemniło się, a to należące do Annie, jako pierwsze zagościło w drugiej fazie turnieju. Nie był to koniec przemieszczania się napisów na tablicy. Znany już wszystkim metaliczny puls przeskakujących pól rozpoczął losowanie kolejnej pary. Po kilkunastu sekundach podświetlenie zatrzymało się na parze numer dziesięć. Jak nigdy zdało się słyszeć wprost ogłuszający ryk. Pewna grupa charrów była bardzo zadowolona z tego losowania.
- Para numer dziesięć! Pochodzący z gildii najemniczej Szturm - Ronnie O'Keffe kontra... - Komentatorka przeciągnęła ostatnią literę przez dobre kilka sekund. - Centurion Tyrron Rocktrooper!

W czasie kiedy potencjalnie najsłabsza osoba w turnieju zgarniała gratulacje od swojej gildii, do klatki wchodził właśnie faworyt do zgarnięcia tytułu.
- Dobra, opanujcie się. Wchodzi Rocktrooper. - Przerwał dobre nastroje ligi Selb.
Popielec miał już doczynienia z Centurionem w czasie swojej wojaczki. Przyjmująca gratulacje Annie zmierzyła go chłodnym spojrzeniem, lecz nie mogła go winić. Jeśli czyjaś walka miała być interesująca, powinien to być Tyrron Rocktrooper.
Razem z Ronnie'em wyszli na środek klatki, która została szczelnie zamknięta. Panowie uścisnęli sobie dłonie jak przystało przed elegancką walką. Marszałek-Sędzia zapoznał ich z zasadami, po czym gdy walczący zajęli miejsca pod siatką i on oddalił się pod balkon.
Nazwisko Rocktroopera zaczęło być skandowane przez właściwie każdego przedstawiciela Legionu Żelaza jaki był w tej chwili w pobliżu. Najemnik stojący po drugiej stronie klatki rozkojarzył się przez to na moment. Kto by pomyślał, że walka przy takim dopingu dla przeciwnej strony może być aż tak stresująca. A przecież pojedynek jeszcze się nie zaczął.
Brigg wychwycił to jak O'Keffe rozgląda się wokół, w czasie kiedy popielczy Centurion mierzy go wzrokiem.
- Rocktrooper go rozniesie. - Powiedział do każdego obok niego, kto miał ochotę słuchać.
- Nie widzę innego scenariusza. - Odrzucił Selb, niesamowicie skupiony na gotowym do walki Centurionie.

Walka Rocktroopera i O'Keffe była potężną zmianą tonu po tym co przez ostatnie paręnaście minut wyprawiali Goldarrow i Poczciwy. Kiedy tylko rozległ się potrójny dzwonek padły dwa strzały. Pierwszy należał do Rocktroopera. Pocisk z kleju celował w prawą dłoń człowieka, w której ten trzymał swój pistolet. On również wystrzelił, lecz nie w kierunku charra, a pod własne nogi. Chmura dymu pokryła niewysokiego mężczyznę. Pocisk kleju przefrunął przez dym. Dźwięk jaki temu towarzyszył, zmusił Tyrrona do szarży. Tarcza obok ciała, a nie przed nim. Centurion doskonale usłyszał jak pocisk trafia, a potem dźwięk skóry uderzającej o siatkę. Przykleił wroga do ściany ośmiokąta.
Trybuny mogły zobaczyć jedynie jak zamachując się prawą dłonią wskakuje w chmurę dymu. Padł jeden cios, po czym Centurion pewnym siebie krokiem wyszedł z opadających czarnych obłoków.
Przez moment widzowie ucichli. Wyglądało to tak, jakby Rocktrooper zrezygnował z walki. Kiedy jednak dało się zobaczyć więcej zabrzmiał dzwonek, a Thackerey zbliżał się do środka areny z uniesionym mieczem.
Charrzy Legion znów wybuchł radosnymi okrzykami. Jedyną osobą, która nie miała pojęcia co się stało był sam Ronnie. Prawie panicznie rozglądał się wokół, starając się zrozumieć co właściwie miało miejsce. Poczuł jedynie trafienie w lewą skroń. Ponieważ walka się skończyła, schował sztylet trzymany w lewej dłoni i przyłożył dwa palce w miejsce, którym przyjął cios. Kiedy odsunął je od czoła, zobaczył że umazane są jego krwią. Uśmiechnął się do samego siebie. Jednym ruchem oderwał rękę od siatki, rozkruszając zasychający klej. Charr trafił go doskonale w punkt, który najłatwiej rozbić.

- Zwycięża Rocktrooper! - Oznajmiła komentatorka. - Zaledwie osiem sekund wystarczyło, żeby wygrał swoją walkę!
Oklaski przeszły przez arenę. Niezależnie kto komu kibicował, wszyscy musieli uznać talent Tyrrona.
- Trafił go przez dym i doskonale o tym wiedział, a potem trafił go w pełnym dymie? - Nie mógł się nadziwić Brigg.
- Nie zdobył tytułu siedząc na dupie. - Odpowiedział mu Selb, pewny wygranej Centuriona od dłuższego czasu.

Tank

  • Towarzysz
  • ***
  • Wiadomości: 75
  • Płeć: Mężczyzna
  • I'm a Tiger, you're a Maus.
Dobre złego początki

Wrzawa po popisach Rocktroopera trwała jeszcze przez kilkanaście minut. Głównie za sprawą nie mogących się nacieszyć błyskawicznym zwycięstwem pobratymcy charrów z Legionów Krwi i Żelaza. Okrzyki nie zakończyłyby się jeszcze pewnie przez dłuższy czas gdyby nie metaliczny puls przenikający swym dźwiękiem każdego, kto mógł go usłyszeć.
Losowanie następnej pary rozpoczęło się w towarzystwie hałasu, a skończyło w pełnej ciszy. Oczy publiki zwrócone były na holotablicę wyświetlającą dwa nazwiska.
- Więc czas na parę numer jeden! - Zabrzmiał głos asury z mikrofonem w dłoni. - Markus var Mealius i Li!
Tym razem popielcza wrzawa zamilkła. Być może powodem był brak ich przedstawiciela w nadchodzącym pojedynku, a być może to otwarty przeciwnik całego gatunku Charrów stający właśnie do walki uciszył ich doping. Sam var Mealius pewnie wybrałby tę drugą możliwość.
Skinął głową do swoich towarzyszy i udał się w stronę klatki. Minął odchodzącego O'Keffe, prawie zderzając się z nim barkiem. Ronnie nie wyglądał na zadowolonego, a i brak szacunku dla przestrzeni osobistej Markusa wydawał się pasować do jego obecnego humoru. Strażnik zmierzający do klatki zatrzymał się i popatrzył na plecy najemnika, który prawie na niego wpadł. Życzył sobie w duchu, żeby jego pojedynek nie trwał tak krótko. Niezależnie kto wygra.
Z drugiej strony areny, do klatki zawitał Li. Zefiryta odziany w typową dla swojej kultury długą szatę stanowiącą niewielką ochronę przed panującym wokół zimnem, a jeszcze mniejszą przed ostrym narzędziem jakim władał Markus.
Nie bez powodu Li został spisany przez Pruufa i Petra na straty już na samym początku. Zefiryci znani przede wszystkim z ugodowości i spokoju ducha, teraz w trakcie walki ze smokiem wydawali się delikatnie mówiąc nie na miejscu. Oczywiście, ich pomoc była ważna, jednak osoby takie jak Li, które do walki ze smokiem stanęły uzbrojone w gołe pięści i dobrą wolę nie powinny stanowić wyzwania dla wyszkolonych wojowników, uzbrojonych w miecze, łuki i pistolety. Śpiew Zefirytów był niesamowitą bronią przeciwko inwazji brandu, jednak przeciwko ludzkiemu przeciwnikowi nie wydawał się już tak dobrze dopasowany. Jedyną nadzieją dla Li miała być zatem jego szybkość i kontrola magii wiatru. Głównym pytaniem było jednak to, czy wystarczą one na Markusa var Maeliusa.
Opiekun Ligi na wielkiej tablicy zakładów widniał na szóstej pozycji. I wcale nie pozostawał w tyle za wyżej rozstawionymi rywalami. Wręcz przeciwnie. Dopiero za Markusem stawka zaczynała coraz to szybciej odstawać.
Niewielki szum przetoczył się przez publikę, kiedy to Logan Thackerey, pełniący rolę sędziego w pojedynkach podawał walczącym zasady.

- Nie przepadają za sobą. - Mruknął Brigg do siebie.
- Co znowu? - Zapytał Selb, wychwytując jego słowa.
- Markus i Li. Widać, że się nie szanują.
- Niby czemu?
- Obydwaj ukłonili się Loganowi. Żaden nie ukłonił się swojemu przeciwnikowi.

Selb spojrzał to na charra, to z powrotem na środek areny. Trójka mężczyzn na środku stała w odległości nie większej niż dwa metry od siebie.
- Przesadzasz. - Odpowiedział wzruszając ramionami.

Kiedy Marszałek Thackerey upewnił się, że obydwaj walczący zrozumieli co miał im do przekazania, zaprosił ich w przeciwległe brzegi areny, samemu udając się w nieco oddaloną pozycję pod balkonem, na którym urzędowali Canach, Rytlock oraz Elli, a raczej jej gigantyczny hologram komentujący całe to widowisko.
Var Maelius uniósł miecz i przytrzymał go tuż przy twarzy, celując w kierunku Zefiryty czterdzieści kroków dalej. Li nie wydawał się speszony. Wykonał dłońmi niewielki ruch, ustawiając je przed sobą na wysokości pasa, przechodząc w postawę typową dla władanej przez siebie sztuki walki. W tym bardzo krótkim i nic nieznaczącym geście wprawne oko mogło zobaczyć coś więcej.

- Widzieliście to? - Zapytała Annie resztę swojej gildii.
Odpowiedziały jej jedynie zdziwione spojrzenia.
- Takie smugi powietrza wokół jego dłoni.
Zaveba będący jednym z faworytów tego turnieju przemówił prawdopodobnie po raz pierwszy tego dnia. Być może po raz pierwszy w tym tygodniu.
- W końcu włada wiatrem. - Odpowiedział z niewielką dozą sarkazmu, tłumacząc Annie oczywiste.
Opierając się o ścianę schodów ze skrzyżowanymi rękoma wydawał się nawet nie patrzeć w stronę areny. Jego głowa skierowana była nieco na bok. Nie było jednak pewne czy w ogóle przejmuje się tym co dzieje się na środku pomieszczenia, czy patrzy w kierunku balkonu, czy chociażby szuka tablicy przedstawiającej turniejową drabinkę. Refleksyjne gogle odbijały światło, nie pozwalając dostrzec jego oczu, a chusta od nosa w dół zasłaniała resztę twarzy.
Annie mogła jedynie zmierzyć sylvariego chłodnym spojrzeniem. Nie było to coś czym złodziej widocznie by się przejął, jednak kobieta postanowiła zgarnąć każde zwycięstwo jakie jest w stanie, nawet to moralne. W końcu tylko ona była w stanie dostrzec tę niewielką smugę z takiej odległości.

Logan odczekał niewygodnie długą chwilę, kiedy to pojedynkowicze mierzyli się wzrokiem, zanim zamachnął się mieczem, dając sygnał do rozpoczęcia walki. Z rozstawionych wokół głośników rozległ się potrójny dzwonek, pozwalający mężczyznom rozpocząć ich widowisko.
Obydwaj jak gdyby próbując naśladować przeciwnika, ruszyli niewielkim okręgiem, zmniejszając dystans. Żaden z nich nie ryzykował pochopnego zachowania. Poprzednia walka nauczyła ich co nieco o szybkich decyzjach i tego jak wiele korzyści lub strat mogą przynieść.
Pojedynek Ronniego O'Keffe i Tyrrona Rocktroopera przypominał bardziej krótki mecz kamień-papier-nożyce, w którym na nieszczęście dla najemnika Szturmu, on wybrał tę gorszą opcję.
Obecnie walcząca dwójka nie miała jednak ochoty odpaść po pierwszym lepszym błędzie. Panowie przyjęli taktykę nie popełniania żadnego błędu.

- ...jak dwa lwy piaskowe walczące o dominację, jak dwa ptaki podczas godów, jak dwaj lunatycy w transie! - Zabrzmiał z głośników głos asurki komentującej pojedynek.
Jej słowa niecierpliwiły publikę jeszcze bardziej. Niesamowite, trudne do opisania uczucie chęci widoku rozlewu krwi, albo chociaż wyprowadzanych uderzeń objęło większość widowni. Ciche szmery z każdą sekundą coraz bardziej przeradzały się w mniej lub bardziej artykułowane okrzyki zagrzewające mężczyzn do walki.
Jednakowoż, żaden z walczących nie chciał popełnić błędu na początku walki. Być może krążyli by wokół siebie do dziś, gdyby nie to, że z każdym krokiem, mimo iż stąpając do prawej, nieuchronnie zmniejszali odległość między sobą bardziej i bardziej. Kiedy dystans wyniósł mniej niż dziesięć kroków Li wystrzelił jak z bicza, pozostawiając za sobą tylko podmuch powietrza. Błyskawiczny atak był jednym z atutów Zefiryty i prawdopodobnie jego jedyną szansą na zwycięstwo w tym pojedynku. Zanim strażnik zdążył się zamachnąć, Li doskoczył do niego od lewej strony, z dala od przygotowanego miecza, aby znaleźć miejsce na uderzenie w spód hełmu.
Markus był gotowy na ten atak, jednak nie na to, że Zefiryta był krok przed nim. Zrzucając oba ramiona i miecz w dół, zablokował lewą rękę Li'ego. Faworyt w tym pojedynku musiał jednak uznać wyższość w przygotowaniu rywala, gdyż ten obrócił się na obu nogach wyprowadzając uderzenie bokiem lewej pięści w hełm var Maeliusa.
Z daleka dało się słyszeć jak stal chrzęści, kiedy trafienie odpycha głowę strażnika do prawej. Odrzucony na dwa kroki Markus zakołysał się chwytając lewą dłonią za wibrujący hełm. Sam Zefiryta odskoczył w drugą stronę, szybko niwelując własną przewagę. Wolał jednak wybrać bezpieczną alternatywę i niczego nie ryzykować. Nie tak szybko.

To pierwsze, być może niespodziewane trafienie podrzuciło publikę. Canach i Rytlock spojrzeli po sobie. Jak na komendę, obydwaj unieśli brody w geście podziwu dla tego trafienia.
- Czyżby kolejny z faworytów miał przegrać swój pojedynek? - Zapytała głośno komentatorka wydająca szybkie osądy.

- Oj, oby nie. - Powiedział sam do siebie Petr, obserwujący walkę z boku.
- Przy obecnych rezultatach zdecydowanie nie byłoby nam to na rękę. Zwycięstwo panny Goldarrow jest wystarczającym problemem. Szczęśliwie Li nie ma tylu fanów co młoda łuczniczka. - Odpowiedział Pruuf stojący obok.
Opierał łokieć o blat stołu, przy którym przyjmowali zakłady. Trzymał na nim prawdopodobnie cały ciężar swojej głowy. Nie wyglądał na zainteresowanego pojedynkiem. Petr wychwycił to natychmiast, kiedy odwrócił wzrok na towarzysza.
- Nudzi cię walka?
- Interesuje, lecz nie ciekawi.


Markus pochwycił znów swoje ostrze w obie ręce, gotowy do dalszej walki. Jego przeciwnik jedynie przysiadł niżej na kolanach, wystawiając otwartą dłoń w kierunku strażnika. Nie pozostała jednak ona otwarta na długo, gdyż już po chwili jej palce zgięły się w geście zapraszającym do dalszego pojedynku. Ten gest nie przeszedł niezauważony.
Publika otrzymała coś co chciała zobaczyć. Dobry show. Nie było niedokładności z pierwszej walki. Nie było zabójczej dokładności, prowadzącej do jednego ciosu, którego nawet nikt nie widział z drugiej. Była jednak mała iskra faktycznej rywalizacji. Od samego początku widać było, że obydwaj walczący są tutaj by wygrać. Teraz jednak było jasne, że jest to coś na podłożu relacji między nimi. Być może nie było między nimi złej krwi. Cele jakie przed sobą postawili, różniły ich na tyle, by stworzyć namiastkę faktycznej walki. Dodatkowa prowokacja ze strony Zefiryty była prostym i nic nie znaczącym gestem dla tego, kto ją wykonał, jednak to tłum decydował, co oznaczało to zachowanie. Większość odpowiedziała okrzykami. W końcu widowisko się podobało.
Brak odpowiedzi Markusa na zachęcenie ze strony przeciwnika był jednak głośniejszą odpowiedzią niż ryk publiki. Strażnik trzymał grunt i solidną pozycję przywołując dla siebie egidę, która miała go zabezpieczyć przed następnym atakiem rywala.
Znów zmiana tempa.

- Egida zablokuje go przed uderzeniem w twarz? - Zapytał Brigg nie znający zasad działania magii strażnika.
Członkowie gildii spojrzeli po sobie.
- Oberwie w pysk, odrzuci go, ale zęby mu nie wypadną. - Odpowiedział Selb, będący skarbnicą wiedzy w czasie pojedynków.

Panowie patrzyli na siebie, choć przez hełm Markusa, nie było widać wyrazu jego twarzy tak łatwo jak tego Zefiryty. Li uśmiechnął się do siebie, widząc, że jego mała drwina nie zadziałała. Egida var Maeliusa była jednak dla niego sygnałem do działania. W jednej sekundzie był nisko osadzony na nogach, w drugiej wyskoczył na tyle wysoko żeby kopnięciem prawej nogi niczym piłkarz przyłożyć w lewy policzek przeciwnika.
Markus znów pozostał w defensywie, lecz tym razem bardziej przygotowany. W ułamku sekundy zdołał oderwać się od ziemi na niewielką wysokość, zmniejszając dystans. Uniósł miecz, świetnie blokując atak, którego efektów nawet nie poczuł dzięki nałożonej na siebie egidzie. Kopnięcie zatrzymało się lewym przedramieniu strażnika. Kiedy atak zawiódł, a Li został właściwie zatrzymany w powietrzu stał się łatwym kąskiem dla doświadczonego najemnika. Prawa dłoń Markusa zjechała z broni, gotowa pochwycić kończynę Zefiryty i cisnąć nim o ziemię. To jednak nie mogło się wydarzyć. Za szybki dla strażnika w pełnej zbroi, Li oparł drugą nogę o prawe ramię var Maeliusa, aby nie wytracić prędkości i odbijając się od niego wyskoczył wyżej, wykonując salto w tył.
Markus pchnięty w dół zdążył obrócić miecz pionowo, aby ten wbił się w piach i nie wypadł mu z lewej ręki. Upadając na kolano, natychmiast podniósł głowę żeby śledzić wroga. Zrobił to na tyle wcześnie, żeby zobaczyć jak ten ląduje swoje popisowe salto.
Niesłychana energia przeszła przez publikę. Kolejny z faworytów wydawał się być słabszy niż Petr i Pruuf podejrzewali. Pojedyncze oklaski pojawiały się po karkołomnym manewrze Zefiryty.

- Jeśli dalej będzie tak tylko stał, to Li go zatłucze gołymi pięściami.
Selb brzmiał na zirytowanego. To mogło przykuć uwagę pozostałych Ligowiczy siedzących obok niego. Jeśli ktoś miał przejmować się walką Markusa, to prawdopodobnie nie on, jednak to właśnie charr zauważył słabość strażnika. Co więcej, ta prosta słabość irytowała go niesamowicie. Li był jednym z najniżej rozstawionych na tym turnieju, a jego opiekun nie bez powodu zajmował szóste miejsce od góry.
Przez moment sam sobie wydał się głupi, że obstawił Markusa.
- Bierz go, Markus. - Zachęciła cicho Nisheera.

Po mowie ciała var Maeliusa można było zauważyć, że żarty się skończyły. Mężczyzna cały się naprężył, podnosząc się do pionu. Tym samym ruchem zerwał się biegiem na Zefirytę i machnął dłonią, aby przywołać spod ziemi łańcuchy, które miały unieruchomić nogi Li'ego. Zanim ten drugi zdążył połapać się w całym tym planie, było już za późno.
Starał się odturlać przez prawe ramię do tyłu, lecz jeden z łańcuchów zdążył już zatrzymać jego lewą kostkę w miejscu.
Li stracił balans. Z przewrotu został jedynie upadek na plecy. Podparty na łokciach zdążył zobaczyć Markusa już przy sobie, uderzającego go jelcem miecza.
Lekko gruchnęło, kiedy rękojeść zderzyła się z czołem Zefiryty. Uzbrojony w gołe pięści wojownik opadł bezwładnie na plecy. Zabrzmiał potrójny dzwonek.
Walka zakończyła się tak szybko jak tylko Markus zdecydował się zaatakować pierwszy. Cios z bliska był na tyle mocny, że Li utracił kontakt ze światem na krótką chwilę. To wystarczyło, aby var Maelius wygrał.

- Tyle by było z rewelacji. - Mruknął Rytlock w kierunku Canacha, opierając się łapami o barierkę balkoniku.
Ich dalszą rozmowę przytłumił jednak zachwyt komentatorki oraz wrzawa na trybunach.



- Przygotujmy się na pojedynek numer siedem! - Ryknęła asura do mikrofonu.
Jej głównym zadaniem było utrzymać widzów w ciągłym zainteresowaniu. O ile nie brakowało jej animuszu, o tyle pojedynek między Reksą Havocslapper a Olumim Mubolo do najciekawszych nie należał. Zupełnie niczym powtórka z pierwszego pojedynku. Jednak po festiwalu jaki zostawili Agent Falae i Krzyżowiec Bankers, nagły brak kontaktu ciał, zaciętości a przede wszystkim wyrównania pojedynku między Reksą a Olumim zostawił po sobie swego rodzaju niesmak.
Kiedy jedna walka unosi cię na skraj siedzenia, a kolejna tak bardzo spowalnia tempo, a do tego zwycięzcą jest pojedynkowicz trafiający strzałą w kolano, cała energia ulatuje z człowieka. Cała nadzieja w tym, że kolejna para pokaże trochę więcej.
Metaliczny puls zaczął przeskakiwać po drabince turniejowej. Coraz mniej miejsc, po których światło mogło skakać oznaczało większą niepewność. Imię każdego z walczących wyświetlało się wielokrotnie w przeciągu kilku sekund. Aż w końcu, jak na zawołanie, trafiło na parę, która miała faktycznie coś pokazać.
- Para numer jedenaście! - Zabrzmiał głos asury. - Zaveba kontra... - Znów przeciągnęła ostatnią sylabę. - Szaman Koffik!

Wzrok członków Ligi Sześciu Filarów powędrował na sylvariego o ciemnej korze, podpierającego właśnie ścianę schodów niedaleko nich. Zaveba wyciągnął jedną dłoń z kieszeni płaszcza, złapał za niedopałek papierosa odsuwając go od filtrującej maski i strzelił nim gdzieś na swoją lewą.
- Szaman Koffik. Brzmi groźnie. - Zażartował do siebie sarkastycznie.
Włożył rękę z powrotem do kieszeni i ruszył w kierunku areny. Po drodze usłyszał kilka pokrzepiających słów od swoich towarzyszy z gildii, jednak jedynie machnął na nich dłonią obojętny. Nie potrzebował wsparcia. Nie potrzebował "powodzenia". Wiedział doskonale po co tu jest i jak to zdobyć. Wystarczyło po prostu robić to, co umiał najlepiej.
Na środku areny czekali już na niego Olmakhański szaman i Marszałek Paktu. Obydwaj mieli pewne siebie postawy, przy których całkowicie obojętny, lekko pochylony sylvari wyglądał nie na miejscu. Czarny strój, maska, gogle, czerwone liście żarzące się na głowie i wiecznie obecny, pozorny brak zaangażowania. Zaveba nie musiał grać pod publikę. Nie musiał budować swojej osoby dla innych. Jego reputacją było rozstawienie na samej górze, obok Tyrrona Rocktroopera i Starszego Sierżanta Coppera.
Logan Thackerey znów wytłumaczył zasady, upewniając się, że obydwaj walczący wiedzą co im wolno, a czego nie. Jak się okazuje, sylvari nie do końca interesował się regulaminem. Kiedy jednak dowiedział się o zakazie używania ostrej amunicji westchnął jedynie, chowając pistolet do kabury pod płaszczem.
Kiedy wszystko było już jasne, charr wyciągnął łapę w kierunku Zaveby.
- Powodzenia. - Powiedział, lecz w jego głosie nie było słychać żadnej emocji.
Zaveba wyciągnął dłoń nieco krócej, jakby zmuszając Olmakhana do wyciągnięcia swej ręki jeszcze dalej, a kiedy ten to zrobił, sylvari przyłożył dłoń bliżej maski. Trzymał w niej zapalniczkę, którą odpalił papierosa trzymanego już teraz w ustach. Zasłaniając ręką płomień upewnił się, że może w spokoju odetchnąć.
Brak szacunku ze strony najemnika wywołał uśmiech na twarzach niektórych członków publiczności. Na innych zaś, malowała się złość. Jedno było pewne - poruszył absolutnie każdym widzem. Jedynie sam Olmakhan nie wydawał się być w żaden sposób zdziwiony takim zachowaniem Zaveby. Zupełnie jakby spodziewał się zobaczyć to czego doświadczył.
Logan Thackerey nakazał walczącym się rozejść, a samemu ruszył pod balkonik. Dopiero gdy byli od siebie w bezpiecznej odległości Zaveba zdecydował się okazać przeciwnikowi trochę szacunku i skinął mu głową. Z odległości większej niż metr nie było jednak widać tego minimalistycznego ruchu.
Marszałek Paktu uniósł miecz. W tej samej sekundzie, w której zabrzmiał potrójny dzwonek, z najemnika nie zostało nic więcej niż małe cząstki cienia rozpływające się w powietrzu.

- Co jest z tymi złodziejami i znikaniem w cieniach? - Zapytał nieco urażony Petr.
- Nie jest to przypadkiem ich główny atut? - Odpowiedział mu pytaniem na pytanie asura.
Pruuf wydawał się nie zwracać zbytnio uwagi na pojedynek toczący się w klatce. Przejeżdżał palcami po kartkach, sprawdzając zapisy ze wszystkich zakładów jakie zostały zawarte, szukając wśród nich kto wie jakich informacji. Zerknął znad małego stosiku na Petra.
- Więc?
- Jest. - Przyznał Petr niechętnie. - Ale nie jedyny. Są szybcy, zwinni... dlaczego nie chcą pokazać wszystkim wokół jak się walczy?
- Wnioskowałbym, że nie walczą dla rozgłosu, lecz żeby wygrać. Pragną zachować dla siebie tajniki swoich zagrywek. Czasy się zmieniają, Petr. To nie są złodzieje z którymi miałeś okazję się pojedynkować.
Człowiek westchnął odchylając się na krzesełku.
- Kiedyś to było, co? - Zażartował odwracając się do pogrążonego w papierach towarzysza.
Nie spodziewał się zobaczyć żadnej reakcji ze strony zazwyczaj poważnego i oderwanego od wszelkich rodzajów rozrywki asury, jednak ten uśmiechnął się do niego, nieznacznie kiwając głową.
- Kiedyś to było.

Walka nabrała tempa dla widzów kiedy to szaman zrozumiał, że podłoże na którym walczą jest zdradliwe dla najemnika. Elementalista żywiołu ziemi podniósł piasek i kurz zebrane na arenie i otoczył nimi najbliższą okolicę. Klatka nie była ogromna, a i Zaveba nie zamierzał uciekać. Piasek wyraźnie naznaczał jego lokację, więc ten musiał zaprzestać swoich sztuczek. Pojawiał się razem z potężnie wyprowadzanym uderzeniem kijem.
Wielu pewnie widziało jak uderzenie trafia, jednak Koffik zaplanował to inaczej. Wymierzył berłem w nadbiegającego najemnika i podmuchem powietrza odepchnął go od siebie. Nagły pęd wiatru wywrócił sylvariego, jednak mimo przetarcia plecami o piach przez dobre kilkadziesiąt centymetrów, Zaveba zdołał przerzucić pęd na własne ręce opierając je nad głową. Wykorzystując prędkość jaką miał błyskawicznie stanął na rękach i obrócił się by znów wrócić do pionu jak gdyby nigdy nic.
Przez moment stał w miejscu obserwując Olmakhana, który z jakiegoś powodu również nie drgnął. Sylvari oparł kij o piasek i dwoma palcami prawej dłoni złapał za papierosa, którego trzymał w ustach. Odstawił go lekko i wydmuchał trochę dymu.
- Jak ja nienawidzę elementalistów. - Skwitował.

- Lubię go.
- Zavebę?
- Dopytał Pruuf.
- Ta. Ma umiejętności, ale jest arogancki i zbyt pewny siebie.
Asura odłożył trzymany fragment dokumentów na blacik i spojrzał to na arenę, to na Petra.
- Przypomina ci to kogoś? - Zapytał dobrze znając odpowiedź na to pytanie.

Walka na dystans działała na korzyść Koffika. Utrzymywał przewagę przez pierwszą minutę lub dwie. Piaskowa garda była w stanie zneutralizować zagrożenie ze strony niewidzialności złodzieja na tyle długo, żeby szaman poczuł się pewniej. Zachęcony przewagą postanowił zrealizować plan, w którym to wygrywa z drugim najwyżej rozstawionym zawodnikiem tego turnieju.
Korzystając z odległości jaką zapewniły mu przygotowane wokół ziemne i piaskowe kolce, postanowił przemienić się w piaskowego żywiołaka. Zdradzieckie dla najemnika podłoże zaczęło powoli otaczać ciało charra, wolno wspinając się po jego nogach. Chwilę później jego sierść została w całości zamaskowana przez otaczający go żywioł.
Zaveba nie wykonał żadnego ruchu. W czasie kiedy Koffik przeradzał się w bardziej niebezpieczną wersję samego siebie, on w spokoju stał, opierając swój kij o piach, który nieuchronnie uciekał spod jego stóp. Palił, a nie lubił, gdy ktoś mu w tym przeszkadzał. Nie było widać tego spod maski i gogli lecz wzroku nie spuszczał z rywala. Potrafił być nonszalancki, jednak w czasie walki nie było miejsca na błędy. Zwłaszcza jeśli chciał zgarnąć tą ładną sumkę za zwycięstwo.
Ponieważ żywiołak nie kwapił się, żeby do niego podejść, najemnik podbiegł do niego. Poruszająca się piaskowa osłona z kolców była świetna, żeby po nich skakać, jednak wystarczył jeden ruch berłem żywiołaka, a kolce rozstąpiły się akurat w momencie kiedy Zaveba po nich przebiegał, prawie go wywracając. Żeby nie upaść, złodziej musiał wpaść w uścisk prawej ręki Koffika. Złapany za szyję wypuścił papierosa z ust.
W jednej sekundzie przejechał ostrzem zamontowanym na nadgarstku po ręce szamana, która trzymała go w powietrzu i odepchnął się nogami od ręki przeciwnika. Obracając się w powietrzu złapał swój papieros zanim wylądował i odszedł parę kroków, kiedy to Koffik przyłożył lewą pięścią w miejsce, w którym przed chwilą był najemnik.
Szaman prychnął niezadowolony z jakimś nieznanym, głębszym pomrukiem spowodowanym jego zmianą w twór ziemi. Usłyszał nietypowy dźwięk, jak gdyby ktoś ustawił obok niego klepsydrę. Spojrzał na swoją prawą łapę i obserwował chwilę jak piasek wypada z jego nadgarstka.
Koffik dał się ponieść. Ruszył do ofensywy dzierżąc jedynie berło i własne pazury. Zaveba był gotowy.
Sylvari odskoczył, żeby uniknąć szarży, a kiedy szaman zrozumiał, że nie trafił, złodziej wykorzystał swój cienisty krok. Pojawił się tuż przed przeciwnikiem, w trakcie wykonywania zamachu kijem. Uderzenie głośno poniosło się po arenie. Trafienie w żebra było na tyle mocne, że odebrało Koffikowi dech na krótką chwilę.
Bez powietrza w płucach, jego magia przestała istnieć. Odsunął się na kilka kroków, kiedy opadała piaskowa osłona, żeby być bezpiecznym od dalszych ataków Zaveby. Ten jednak nie atakował dalej.
Z nikąd zabrzmiał potrójny dzwonek, a Logan Thackerey już wkraczał pomiędzy walczących.

- Zwycięża Zaveba! - Wykrzyknęła komentatorka.
Ciężko stwierdzić, kto był bardziej zdziwiony. Jedno jest pewne. Nikt nie spodziewał się, że walka zostanie przerwana w tym momencie. Koffik zerknął na swój prawy nadgarstek. Cięcie Zaveby przeszło przez piaskową osłonę oraz szatę charra, rozcinając jego dłoń. Krew ściekała po ręce szamana zatrzymując się dopiero na opuszkach palców, skąd zaczynała skapywać na podłoże.

Złodziej strzepał z ramienia resztki piasku i wypuścił ostatnią chmurkę dymu przez maskę. Papieros wystarczył idealnie na czas walki. Pstryknął go palcem wskazującym, zostawiając pet na piasku gdzieś na obrzeżu areny. Nie czekał na przeciwnika, sędziego ani reakcję publiczności. Zapiął kij na plecach i wkładając uprzednio dłonie w kieszenie ruszył do wyjścia z klatki.
- Ts, Nish mnie zabije za te rany. - Prychnął niezadowolony ze sposobu w jaki wygrał.



- Przed nami ostatni pojedynek dzisiejszego dnia! Dajcie o sobie znać naszym walczącym herosom! - Asura zachęciła kibiców do żywego udziału.
Większości nie trzeba było dwa razy powtarzać. Metaliczny puls rozpoczął się wraz z hukiem ponad setki gardeł. Po wydarzeniach poprzedniego pojedynku wszyscy mieli ochotę na powtórkę takiej dawki dobrego show.
Dźwięk powoli zwalniał, choć wrzawa nie ustawała. Wręcz przeciwnie, im bliżej wylosowania ostatniej pary, tym głośniej robiło się na arenie. Aż w końcu dźwięk zatrzymania losowania wywołał salwę oklasków.
- A zatem dzisiejszy dzień zakończy walka pary numer osiem! Lornar Rudy, a przeciwko niemu Arame Potworny! Który z nich okaże się lepszy? - Nadawała Elli.

- Dwóch nornów, co? - Zagadnął Petr, obracając głowę, żeby upewnić się, że Pruuf go w ogóle słucha.
Mimo iż stał do niego plecami i porządkował swoje stanowisko, asura słuchał komentarza Elli, jak również docierało do niego wszystko o czym mówił van Pedersen.
- Bankers nie był w stanie zwyciężyć, a zatem naraz minimum i maksimum jeden norn może pojawić się w drugiej rundzie.
- Niezależnie który wygra...
- I tak wygra norn. Zgadza się. Łut szczęścia dla nas. Publika nie powinna znudzić się składem drugiej rundy, jeśli dalej będzie tak zróżnicowany. Mamy ludzi, charrów, sylvarich i norna. Brakuje tylko żeby Krax lub Lapps wygrali swoje pojedynki i asury również zawitają w drugiej rundzie. Być może dopisze nam szczęście i również nieumarły Jaz wygra swoją walkę. Mielibyśmy wtedy kogoś spoza standardowej piątki ras. Przydałby się jeszcze ktoś... niezrzeszony, bo nie mogę powiedzieć, że liczę na zwycięstwo Bolo z Forestem. Jeśli to nastąpi to przysięgam, że zjem but.

Człowiek roześmiał się z żartu Pruufa.
- Nie mów hop. Goldarrow wygrała.
- Prawdopodobieństwo powtórki jest znikome. Var Maelius bardzo dosadnie to pokazał.


Pojedynek nornów trwał zbyt długo, żeby mogli oni trzymać dystans do siebie jak i świata zewnętrznego. Liczyło się zwycięstwo, a jednak przeciwnik był ekstremalnie dobrze dopasowany. Lornar, będący wojownikiem z krwi i kości ze swoim dwuręcznym mieczem nie dawali nekromancie wytchnienia. Choć martwe sługi tego drugiego dzielnie utrzymywały Rudego w ryzach, czysta agresja pchała wojownika przez zastępy wrogów, z każdą chwilą przybliżając go do Arame'go, który w walce w zwarciu wielkich szans nie miał.
Obaj uświadomili to sobie w podobnym momencie. Arame nie zamierzał czekać i zużywając jeszcze większe nakłady sił, przywołał więcej stworzeń żądnych krwi Lornara. Sama ilość nadchodzących wrogów była wystarczającym progiem zwalniającym dla wojownika. Rudowłosy norn nie dawał się trafić ostrymi pazurami zwierzątek Potwornego, jednak poczuł, że napierają na niego coraz mocniej. Z każdą chwilą kończyły mu się siły, cierpliwość i czas. Zrobił to, co wiedział, że zadziała.
Wycofał się do brzegu areny i odbijając się od siatki, ku uciesze publiki wyskoczył wysoko w powietrze, zbierając w sobie energię, żeby spaść na piach ze zdwojoną siłą.
Plan zadziałał. W jednej chwili Lornar był zaledwie trzy metry od od Arame'go. Zanim ten zdążył dobrze zareagować, Rudy obracał się wokół własnej osi, z mieczem wyciągniętym przed siebie. Twarda stal przecięła ubrania i skórę nekromanty, odrzucając go kawałek z efektowną strużką krwi wydobywającej się z brzucha norna. Cięcie nie było na tyle głębokie, żeby spowodować śmierć, jednak wystarczyło, aby wydobyć tyle krwi z przeciwnika, że medycy poderwali się ze swoich miejsc, gotowi wkroczyć, jak tylko otworzą się drzwi klatki.
Zabrzmiał dzwonek, a Logan spokojnym krokiem udawał się spod balkoniku do zwycięzcy pojedynku. Zwycięzcy, który nie zamierzał zrezygnować z walki. Adrenalina buzująca we krwi norna nie pozwalała mu przestać. Widząc upadającego przeciwnika, Lornar zrobił to, co podpowiadał mu instynkt wojownika. Rzucił się na wroga, wypuszczając broń z rąk. Osiadając na przeciwniku zdążył wyprowadzić potężne trzy ciosy kruszące czaszkę Potwornego, zanim Thackerey zareagował.
Marszałek Paktu zdołał odrzucić norna błękitnym pchnięciem, jednak musiał natychmiast podbiec do odrzuconego Lornara i pochwycić go od tyłu w pasie i cisnąć na glebę, żeby ten oprzytomniał.
Publika w większości zamarła. Nastąpiło to, co nie miało prawa się wydarzyć.
Medycy natychmiast wbiegli na środek. Ruszyli zająć się właściwie konającym Arame'm. Ich interwencja była błyskawiczna. Kiedy Logan oraz kilka osób wbiegających na arenę upewniło się, że Lornar oprzytomniał i jest świadom tego co zrobił, sanitariusze starali się łatać nekromantę na tyle na ile to było możliwe.

- Co z nim? - Zapytał Petr, który zdołał wepchnąć się do środka jako jeden z pierwszych.
Medycy byli skupieni na pomocy, jednak Nisheera zdążyła odpowiedzieć jemu oraz wszystkim wokół.
- Wyjdzie z tego. A teraz zróbcie miejsce!



Dzień zakończyła dyskwalifikacja Lornara z turnieju. Oczywistym stało się również, że Arame nie będzie w stanie kontynuować udziału w Lidze Arenowej. Pojawiło się zatem jedno wolne miejsce i jeden gigantyczny problem dla faktycznego organizatora turnieju.

Petr chodził w kółko po swoich śladach od ostatnich kilku minut. Kiedy dowiedział się, że stan nekromanty jest już stabilny, a sam Lornar zrozumiał co się stało i z opuszczoną głową przyjął decyzję Rytlocka o wyrzuceniu go z turnieju, człowiek trochę się uspokoił. Teraz jednak stanął przed ogromnym wyzwaniem.
Pruuf obserwujący go w czasie tej stacjonarnej wędrówki westchnął w końcu opuszczając rękę na której się podpierał i spojrzał w kierunku areny.
- Kiedy już ten cały zgiełk ustanie, wszyscy obecni, którzy obstawiali ten pojedynek jak i walczących jako zwycięzców turnieju ukierunkują się do nas, żądni zwrotów. Jaki jest nasz plan działania? - Zapytał Petra, starając się go wyrwać z błędnego koła.
- Dajemy zwroty. Całość dla tych, którzy obstawili Lornara, połowę dla tych, którzy obstawili na Arame.
- Powód danej decyzji?
- Lornar wygrał. Walka była fair. Po prostu nie potrafił się zatrzymać po jej zakończeniu... durny berserker!
- Petr wydarł się wściekły.
Przyłożył pięścią w marmurowy filar wspierający konstrukcję areny. Pruufowi nie umknęło to, że kiedy van Pedersen wyprowadzał uderzenie wokół jego prawej ręki pojawiło się jaskrawe czerwone światło, którego nie miał okazji zobaczyć od bardzo dawna. Uniósł brwi, zdziwiony nie reakcją człowieka, lecz magią, która znów pojawiła się przy nim.
Uderzenie natychmiast skruszyło sporą część filaru. Asura spojrzał w górę, widząc jak z samego sufitu spadają niewielkie drobinki kurzu i piachu, który zebrał się wyżej. Pokaz siły, która nie powinna była drzemać wewnątrz Petra.
- Zrozumiałem. - Odpowiedział asura.
Natychmiast rozpoczął przygotowywać zbiór dokumentacji, żeby upewnić się kto obstawił ostatni pojedynek dzisiejszego dnia oraz odznaczać osoby, które otrzymały zwrot pieniędzy. Spojrzał po raz kolejny na Petra. Z jego prawej pięści ciekła krew. Jego ciało nie było przystosowane do mocy jaką posiadało.
Petr odetchnął ciężko i spojrzał na dziurę, którą zrobił.
- Pójdę znaleźć Aurusa do pomocy dla ciebie. Potem idę poprosić Baragnira o kogoś do ochrony na wszelki wypadek. I kogoś kto to naprawi. - Zakomunikował wskazując na filar.
- A ty?
- Idę się przewietrzyć.
- Odpowiedział człowiek, zgarniając z krzesła swoją futrzaną kurtkę.


Tank

  • Towarzysz
  • ***
  • Wiadomości: 75
  • Płeć: Mężczyzna
  • I'm a Tiger, you're a Maus.
Seria potknięć

Aurus oparł policzek o rozłożoną dłoń i przekręcił oczami. Nie do końca miał ochotę tu siedzieć, zwłaszcza, że nikt mu za to nie płaci, ale skoro zdążył się już na to zgodzić, to nie będzie się teraz wywijał. Najgorszą częścią tego pomysłu była wczesna pobudka, do której został zmuszony. Cóż, nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie nocna warta, którą wczoraj pełnił. Od razu poczuł, że trzy godziny snu nie pomogą mu zbytnio w przetrwaniu tego dnia.
Petr i Pruuf rozmawiali od kilkunastu minut o technicznych aspektach turnieju, które udało im się dostrzec pierwszego dnia imprezy. Nie był to wymarzony dla elementalisty temat o tak wczesnej porze dnia. Do tego nie zabrał ze sobą śniadania. Musiał posiedzieć i odbębnić tą pogawędkę, zanim będzie mógł ruszyć do kantyny złapać cokolwiek do przegryzienia. A czeka go dziś jeszcze kolejna kilkugodzinna warta. Mało zachęcająca perspektywa spędzenia dnia. Przygryzł mocniej wykałaczkę i starał się skupić na tym o czym rozmawiali mężczyźni.
- Podoba mi się koncept tego co robi Elli, ale nie forma. - Tłumaczył Petr.
- Rozwiń myśl. - Popędził go Pruuf machnięciem dłoni.
- Ona ma być dodatkiem do tego co dzieje się na arenie, a nie punktem przyciągającym uwagę. Jej komentarz jest niezły, ale zbyt barwny i opisowy. Żadnych szczegółów, konkretów jakiejś wiedzy na temat tego co może się wydarzyć, kto ma jakie szanse, jakie są czyje słabości i mocne strony... coś w ten deseń. Brak jej... brak jej...
- Brak jej oka eksperta.
- Dokładnie. A przede wszystkim ten jej wielki hologram jest jakimś... dziwnym wynalazkiem. Ludzie mają patrzeć na arenę, nie na komentatora.
- Słuszna uwaga.
- Przyznał Pruuf. - Przekaż to Canachowi.
Petr westchnął wymownie.
- Postaram się. Nie sądzę, żeby chciał ze mną dyskutować po wczorajszym. W najgorszym wypadku będziemy musieli jakoś sobie radzić z tym co jest. Hologram da się przeżyć, tylko ten jej komentarz jest...
- Niepełny
. - Dokończył za człowieka Pruuf. - Zanotowałem. Moją sugestią oraz prawdopodobnie najlepszym rozwiązaniem w tej sytuacji byłoby znalezienie dla niej doświadczonej osoby do duetu.
- Tak jest.
- Podłapał tok myślenia Petr. - Kogoś doświadczonego, kogoś kto nie jedno widział. To ma sens. Tylko ten ktoś musi umieć też opowiadać o tym co widzi, ale nie jak bard a raczej zawodowo. Jak trener. Jak żołnierz. Jak pułkownik, czy cokolwiek.
- Analityk. Potrzebujesz Analityka.
- Wytłumaczył asura.
Van Pedersen machnął głową na boki. Po jego lekko skwaszonej minie łatwo było poznać, że nie do końca jest pewien tej odpowiedzi.
- Tylko gdzie twoim zdaniem, znajdę kogoś, kto ma doświadczenie i będzie skłonny złapać za mikrofon? - Zapytał Pruuf rozkładając ręce.
Zanim nadeszła odpowiedź na to pytanie Aurus wtrącił się do rozmowy.
- To może ty? - Zapytał patrząc na Petra.
- Ja? Nie, nie. - Człowiek niemal natychmiast zaprzeczył.
Prawie, że wycofał się o krok zaskoczony nagłą propozycją siedzącego do tej pory całkiem cicho elementalisty.
- Dlaczego nie? Masz to co trzeba: doświadczenie, wiedzę i wystarczająco dużo energii. Pruuf, poprzyj mnie.
Asura odchylił się delikatnie na swoim stołku.
- Aurus prawi całkiem sensownie. Mógłbyś spróbować swoich umiejętności.
Van Pedersen pokręcił dłońmi po czym skrzyżował je w nadgarstkach.
- Zamiast wymyślać takie dyrdymały lepiej mi znajdźcie kogoś na miejsce Lornara. - Powiedział z niewielkim uśmiechem, jednak jego ton był boleśnie poważny.
Miny Aurusa i Pruufa nic nie zdradzały, jednak obydwaj mieli nadzieję, że o wydarzeniach wczorajszego dnia mogą na spokojnie zapomnieć. Nic z tego. Petr nie zamierzał zostawić wolnego miejsca na drabince. Niedyspozycyjność prawowitego jego właściciela zmuszała jednak człowieka do znalezienia zastępstwa.
- Ułatwię wam trochę zadanie. Potrzeba mi kogoś, kogo ludzie znają, ale najlepiej nie dlatego że walczy. Najlepiej jakby w ogóle walka była na drugim planie dla tej osoby. - Zaczął.
- A to ze względu na? - Zapytał zaciekawiony asura.
- Na przeciwnika. Jak spojrzysz na drabinkę - z kim walczyłby Lornar?
Pruuf i Aurus nachylili się nad papierową wersją drabinki turniejowej, która rozłożona była na blacie. Elementalista rozpoznał nazwisko, jednak to asura rozpoznał plan jaki się za tym krył.
- Goldarrow. Chcesz, żeby ktoś się jej podłożył? - Zapytał Petra.
Van Pedersen cofnął głowę w wyrazie oburzenia.
- Nic z tych rzeczy. Walka ma być uczciwa! Po prostu byłoby nieźle, gdyby wygrała. Trzeba odbudować jakoś liczbę widzów, bo dziś pewnie będzie tragedia. - Wytłumaczył. - Jeśli jest ktoś, kogo publika lubi to ona i Bolo.
- Który nie przejdzie dzisiejszej walki. Zrozumiałe.
- Przeanalizował asura.
Matho wykorzystał ten moment, żeby zajrzeć znów w drabinkę turniejową. Z lewej jej strony powypisywane były przewidywania Pruufa oraz wielkości stawek na każdego z zawodników. Majtek Bolo, pirat praktycznie od urodzenia, nie miewał się w tej tabeli najlepiej. Jeden z najniższych wyników zdaniem asury prognozującego wyniki, a na dodatek jeszcze trudny rywal. Rywal, którego on osobiście dobrze znał. Forest. Druid z Ligi Sześciu Filarów. Teraz silniejszy o towarzystwo swojej jacarandy o wdzięcznym imieniu Paproch. Uśmiechnął się pod nosem, świadom tego jak nisko rozstawiony przez asurę został Forest. Znał go wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że szarawy długouchy organizator jest w niesamowitym błędzie. Jednak cieszył się, że nie musi tego naprostowywać, gdyż Pruuf zapewne zasłoniłby się argumentem, jakoby Aurus był stronniczy. Może i dobrze. Druid powinien wywołać na nim wrażenie.
Wyciągnął wykałaczkę z ust, wciąż śledząc wzrokiem pary turniejowe, po czym spopielił ją i bez najmniejszego zwlekania wyciągnął z kieszeni biały papierek, w który zawinięta była świeża, nowa wykałaczka. Ta wylądowała znów na jego zębach, a papierek przeistoczył się w niewielką ilość pyłu.
- Być może znam kogoś, kto będzie ci odpowiadał. - Powiedział Pruuf, rozmyślając nad dobrym rywalem dla Annie. - Tylko w jaki sposób to wytłumaczymy?
- Tłumaczenia zostaw mnie.
- Zapewnił Petr. - Po prostu kogoś mi znajdź.



Kiedy wybiła godzina osiemnasta, drugi dzień Ligi Arenowej mógł się w końcu rozpocząć. Petr stał gdzieś z boku areny, lekko zdenerwowany ze skrzyżowanymi rękoma. Jego przewidywania nie były dalekie od prawdy. Na rozpoczęciu drugiego dnia zmagań pojawiło się zdecydowanie mniej widzów niż wcześniej. Człowiek próbował o tym nawet nie myśleć. W jego głowie panował niepokój, lecz nie miał dobrego rozwiązania dla problemów jakich przysporzyła mu ostatnia para walcząca wczoraj. W związku z tym, jedyne co mu pozostało to stać tu i liczyć, że dzisiejszy dzień będzie lepszy niż poprzedni.
Tuż przed tym jak impreza miała się znów rozpocząć, Aurus podszedł do niego i szturchnął w ramię.
- Zdenerwowany? - Zapytał wyciągając w jego kierunku otwartą paczkę papierosów.
Petr odmówił gestem dłoni.
- Rzuciłem. Myślałem, że ty też.
Matho wzruszył ramionami i schował paczkę do kieszeni.
- Na czarną godzinę. - Wyjaśnił.
Van Pedersen uśmiechnął się do siebie i oparł prawym ramieniem o ściankę schodów prowadzących na jedną z części trybun.
- Ostatni przed walką z Kralkatorrikiem? Daj. - Powiedział po chwili przekonany.
Aurus wyciągnął znów paczkę i poczęstował znajomego. Nie zamierzał mówić nic więcej, dopóki nie otrzyma satysfakcjonującej odpowiedzi. Albo właściwie jakiejkolwiek. Znał Petra na tyle dobrze, że wiedział, iż wystarczy dać mu chwilę, a ten sam powie co i jak.
Nie mylił się. Kiedy tylko van Pedersen wypuścił pierwszy dym z ust odpowiedział na wcześniej postawione mu pytanie.
- Wszystko się sypnie. Tak to kurwa jest jak bierzesz robotę od kogoś pod Dowódcą. Albo od samego Dowódcy. Jak już kopnął cię ten zaszczyt, żeby poznać tę "wspaniałą" i wychwalaną wszędzie osobę, to już potem wszystko się pierdoli. Canach nie chciał robić biznesu, tylko samemu zarobić. A my wszyscy jesteśmy tylko pionkami w jego planie. Potrzebował, żeby ktoś wszystko zrobił za niego, żeby mógł się w razie czego odciąć. A że jest pod immunitetem Dowódcy to... - Przerwał na moment. - ...a szlag by go trafił, byłoby po problemie.
Aurus uniósł brwi.
- Czyli to nie twój pomysł?
- Trochę mój, trochę nie.
- Odpowiedział Petr wymijająco i znów pociągnął trochę nikotyny. - Daj spokój cholera, rozdrabniam się jak baba. Pomysł Canacha, ale to do mnie przyszedł, żeby go zrealizować. Wiesz, dużo pieniędzy to za te nasze mgiełki nie ma, ale przynajmniej zarobek stały. Tu można złapać więcej. Zdecydowanie więcej. Jakby się sprzedało, to można by mgły urozmaicić. Nawet nie masz pojęcia ile rzeczy bym poprawił.
- To w czym masz problem?
- Bo się nie sprzeda. Bo zasady są dziurawe, bo wszystko jest robione na wariata, bo gościa honorowego nie ma. Z tej durnej gildii pojawili się tylko Rytlock i Canach. Bo chcą zarobić na zakładach.
- Dowódcy dziś nie ma? Ponoć padła obietnica, że...
- Nie.
- Przerwał Petr. - Razem z tym swoim smokiem będą szukać słabych punktów Kralkatorrika. Niby to rozumiem, ale po wczorajszym, bardzo by się przydało, żeby Dowódca tu był.
- Rozchmurz się.
- Rzucił Aurus, poklepując znajomego po ramieniu. - Nie będzie tak źle.
- No, miejmy nadzieję, że będzie chociaż na co popatrzeć. Już bez takich potknięć jak wczoraj.




Elli i jej hologram rozpoczęli show kilka minut wcześniej. Teraz pozostało już tylko zapowiadać nadchodzącą walkę. Zadowolona z tego, że udało jej się wprawić nieco mniejszą publikę w ruch, asura spojrzała na gigantyczną w jej opinii holograficzną tablicę, na której już tylko osiem par pozostało odkrytych. Z metalicznym pulsem, kolejne imiona podświetlały się tylko po to, by po chwili znów zgasnąć. Losowanie było częścią spektaklu. Częścią, która podobała jej się najbardziej. W czasie gdy pomarańczowe światło zwalniało swoje zmiany, jej serce przyspieszało. Mimo iż nie do końca brała udział w tym, co działo się przed jej oczami, niemożliwość przygotowania się do tego co nastąpi za chwilę niesamowicie ją nakręcała.
Puls zwalniał i zwalniał, aż w końcu twarde tąpnięcie obwieściło wybranie pary do pierwszego pojedynku tego wieczoru.
Elli nacisnęła mocniej swoją dłonią na mikrofon i obwieściła to wszystkim wokół.
- Zacznie więc para numer piętnaście! Pracująca dla Zakonu Cieni Zahra Ayim oraz członek grupy najemniczej Szturm - Myśliwy Hajmdol! Kto okaże się zwycięzcą?!



Seth wyrwał się od Wielkich i ruszył popatrzeć na pojedynki. Fakt, że wszyscy zrezygnowali w udziału w turnieju świadczył o ich niesamowitym zgraniu i jednomyślności, jednak nikt nie mówił nic o obserwowaniu tych, którzy już się na to zdecydowali. Pechowo, wszyscy najemnicy z Wielkich odbywali wczoraj obowiązkowe warty, więc nie mógł zobaczyć całego pierwszego dnia, a z opowieści, które słyszał, ominęło go naprawdę dużo. Dziś jednak, Seth miał wolne i mógł pozwolić sobie zobaczyć co dzieje się na arenie.
Gdy tylko ruszył w kierunku trybun trochę przygniótł go wygląd tego miejsca. Jeszcze kilka dni temu wszystko było takie... puste. Dziś jednak, wszystko było gotowe do wystawienia jedynego w swoim rodzaju spektaklu. Sylvari potrząsnął głową i ruszył przed siebie. Wchodząc po schodkach zauważył znajomy mu kształt niedaleko od siebie. Z bliżej nieznanych sobie powodów ruszył przysiąść niedaleko osoby, z którą całkiem niedawno zamienił pierwsze dwa zdania, dokładnie w tym miejscu.
- Brigg? Dobrze pamiętam?
Czarny popielec siedział odchylony na jednym z niższych stopni trybun. Obejrzał się w prawo na Setha. Na jego pysku nie pojawiła się żadna emocja.
- Ta. - Potwierdził.
- Będzie ci przeszkadzać jak siądę niedaleko? - Zapytał Seth wskazując miejsce poniżej.
Charr najpierw delikatnie wzruszył ramionami, sugerując obojętność, ale po chwili wskazał wybrane przez sylvariego miejsce dłonią zapraszająco.
Przez moment panowała niezręczna cisza. Najemnik Wielkich trochę liczył na cieplejsze przyjęcie. Brigg na pierwszy rzut oka wydawał mu się mało sympatyczną postacią, jednak interesującą. Teraz, jego zainteresowanie zaczynało maleć. Ktoś kto nie potrafi się nigdy uśmiechnąć i jedynie zachowuje się jak gbur nie jest niczym więcej jak pustym, zwiędłym kokonem, z którego nic nigdy nie wyewoluuje. A niestety jak do tej pory, charr idealnie pasował do tego opisu.
- Gdzie masz koszulę wielkoludzie? - Zapytał żartobliwym tonem, żeby przerwać panującą ciszę.
- Nie noszę. - Odpowiedział beznamiętnie Brigg.
- Nie marzniesz? W tej temperaturze nawet mnie jest ciężko.
Havgaard odwrócił wzrok z areny na żółtokorego sylvariego. Tym razem odetchnął lekko przez nos, unosząc prawą część wargi w niewielkim uśmiechu.
- Zimno to moje najmniejsze zmartwienie. Nawet wolę jak jest zimno.
Seth uniósł dłonie w wyrazie zrozumienia i przysiadł rząd niżej.
- Jasne, cokolwiek wolisz.
Nie było co ukrywać, rozmowa im się nie kleiła. Z jednej strony członek Wielkich nie przejmował się tym zbytnio, jako że był bardzo bliski skreślenia Brigga z listy osób, które mogłyby go w jakikolwiek sposób zainteresować. Z drugiej jednak, nie po to ruszył tutaj przysiąść obok tego kota, żeby teraz udawać, że go nie widzi.
Przede wszystkim Seth chciał obejrzeć dobrą walkę. Zobaczyć co stracił i być może zacząć pluć sobie w brodę, że wśród swoich zagłosował przeciwko braniu udziału. Dobre towarzystwo mogłoby pomóc w wyciągnięciu z tego spektaklu jak najwięcej, jednak nikt z Wielkich nie był w stanie dziś dołączyć. On jako jedyny wyrwał się od codziennych obowiązków aby choć na chwilę móc zerknąć na to, co dzieje się na arenie.
Kiedy zatem odwrócił wzrok na środek sali, zobaczył, że w klatce znajdowali się już Logan Thackerey oraz Myśliwy Hajmdol. W panującym wokół zgiełku nie był w stanie usłyszeć o czym, ale mężczyźni wyraźnie o czymś rozmawiali.
Seth wychylił się lekko w prawo. Zobaczył kształt sporego psa, który musiał towarzyszyć myśliwemu. Ciemne brązowe umaszczenie podopiecznego nie pomagało w dostrzeżeniu go. Prawdopodobnie taki był też zamysł, gdyż płaty sierści wyglądały nienaturalnie. Zupełnie jakby pies został pomalowany do walki. W którymś momencie Hajmdol gestykulując wskazał psa, a Logan jedynie potrząsnął głową, jakby potwierdzając coś.
Z przyglądania się mężczyznom czekającym na Zahrę wyrwało Setha lekkie szturchnięcie w lewy łokieć.
- Pozwolą mu walczyć z psem u boku? - Zapytał charr siedzący obok.
- Na to wygląda.
Brigg prychnął tylko rozbawiony.
- Niezłe te zasady w tym ich durnym turnieju. - Warknął kręcąc głową z niedowierzaniem.
Normalnie Seth zadałby pytanie, starając się dociec takiego nastawienia popielca, jednak przypominając sobie własną opinię na temat siedzącego obok najemnika oraz ich pierwsze spotkanie, postanowił nie drążyć tematu. Nie miał też dużo czasu, żeby sobie na to pozwolić, gdyż spóźniona Ayim właśnie wkraczała na arenę. W nietypowym towarzystwie. Trzy Zahry Ayim wkroczyły na środek areny. Każda z nich wydawała się bardzo żywa i bardzo uśmiechnięta. Pozytywne nastawienie Zahry objawiało się niemalże dostrzegalną aurą kroczącą wokół niej. Ta ciekawa eskorta agentki Cieni rozpłynęła się w mgnieniu oka, kiedy ta dotarła do sędziego i Hajmdola.
Mimo iż można byłoby odebrać takie wejście za nieco pyszne i gburowate, być może mające na celu zdenerwowanie rywala, w rzeczywistości nie mogło być to dalsze od prawdy. Kobieta taka po prostu była. Widocznie przeprosiła za spóźnienie, jednak sylvari nie był w stanie rozpoznać nic więcej, gdyż rozmowy wokół wciąż zagłuszały to co działo się na arenie. Hajmdol również nie wyglądał wcale na speszonego. Wręcz przeciwnie, wydawał się rozbawiony. Wyciągnął się na lewej nodze, aby móc dosięgnąć dalej i serdecznie i z uśmiechem na twarzy uścisnął dłoń kobiety, otaczając ją drugą dłonią. Marszałek Paktu również wyglądał na rozluźnionego. W towarzystwie Zahry ciężko było być wściekłym. Wiecznie rozgadana kobieta zdążyła już powiedzieć coś, co sprawiło, że na twarzach mężczyzn pojawiły się nieco szersze uśmiechy.
Być może nikt nie chciał powtórki z wczoraj, a być może i Hajmdol i Ayim byli po prostu typowymi ludźmi. Istotami stadnymi, szukającymi znajomości i akceptacji. Nie potrzeba im było kolejnych wrogów, zwłaszcza w obliczu nadchodzącego starcia ze smokiem i ciągle trwających potyczek z jego pomiotami. Trójka stojąca na środku przypominała starych znajomych, spotykających się na środku uliczki, którzy postanowili wykorzystać nadarzającą się okazję do porozmawiania o wszystkim i o niczym. Uśmiechy, dużo mówienia, zdrowa gestykulacja, ale przede wszystkim brak spięcia. Ruchy giętkie i naturalne. Dwójce przyszłych przeciwników widocznie odpowiadała wylosowana para. Dzięki temu sam Marszałek Paktu miał trochę mniej do roboty, a tłumaczenie zasad przebiegło szybko i z widocznymi żartami chowającymi się gdzieś za co trzecim zdaniem.

- Kto wygra? - Zapytał Brigg, jakby w przestrzeń.
- Ayim. Nie ma wątpliwości. Pies może pomóc, ale z mirażem nie wygrasz. - Odpowiedział natychmiast Seth, pewny swojego zdania.
Odpowiedziało mu jedynie prześmiewcze prychnięcie charra. Sylvari nie zamierzał jednak się na nie obruszyć. Spojrzał tylko na siedzącego obok najemnika i uśmiechnął się z politowaniem.
- Wszyscy się tak boicie tych miraży. - Prychnął Brigg.
- Jest czego. Nauczyć się walczyć to jedno, ale nauczyć się walczyć swoją iluzją, to już sztuka. Nauczyć się walczyć kilkoma na raz? Szaleństwo. Nakład pracy nie idzie na marne, bo rozpoznać co jest sztuczką, a co faktycznym wrogiem, zwłaszcza, kiedy wszystko wydaje się na tyle prawdziwe, że może cię zranić, to nie lada wyzwanie. Dlatego wszyscy się boimy miraży. Z respektu.
Wyjaśnienie Setha nie było czymś, czego Briggowi przyjemnie się słuchało, a przynajmniej nie wyglądał na zadowolonego. Musiał chyba pozjadać wszystkie rozumy, więc ktoś wytykający mu lukę w jego myśleniu mógł go tylko zdenerwować. Mimo wszystko, tłumaczenie Setha uciszyło charra, który jedynie skrzyżował ręce.

W międzyczasie tłum ucichł. Nagłośnienie wróciło na środek areny, idealnie aby złapać końcowe strzępki wypowiedzi Logana Thackereya.
- ...zasady zwycięstwa są proste, co pewnie zdążyliście już zauważyć będąc tu wczoraj. Wygrywa pierwsza osoba, która rozbroi przeciwnika, sprawi że rywal zostanie wyłączony z walki, albo zacznie krwawić.
Logan spojrzał na myśliwego i wskazał niewielkim gestem dłoni jego towarzysza.
- To się tyczy również Tenesee. Jeśli zacznie krwawić, wygrywa Zayra.
Hajmdol pokiwał głową ze zrozumieniem. Uśmiech nie zniknął w pełni z jego ust, ale sama myśl o tym, że Tenesee miała by zostać ranna w tej walce lekko go zaniepokoiła.
- Z rzeczy, których wam nie wolno... - Marszałek Paktu odetchnął i z uśmiechem kontynuował. - ...oboje jesteście ludźmi, więc łatwiej wam będzie to zobrazować.
Przejeżdżając otwartą dłonią obok części swojego ciała tłumaczył.
- Nie celujemy w głowę, nie wyprowadzamy ataków niczym innym niż gołe części ciała i tępe części broni w kierunku głowy przeciwnika. Narzędzia ostre mają trzymać się z dala od lewej strony torsu. Serce jest wrażliwym narządem, na który macie obowiązek uważać.
Tu Thackerey odwrócił wzrok na Ayim.
- Absolutny zakaz atakowania palców i nadgarstków wroga. Z rozmiarem tych toporów łatwo o pomyłkę, w której ktoś mógłby stracić podręczne liczydło. - Zażartował machając palcami lewej dłoni.
Zahra również skinęła głową, przyjmując do wiadomości, na co musi uważać w trakcie tego pojedynku.
- Poza tym? Życzę obojgu z was powodzenia, możecie się rozejść. Po dwadzieścia kroków w przeciwną stronę. Zaczynacie na znany wam już pewnie sygnał potrójnego dzwonka. Wszystko jasne? - Zapytał Logan przerzucając wzrok między walczącymi.



- No dobra, zaczynać już. - Mruknął Brigg niecierpliwiąc się nieco.
- Gdzie ci się tak śpieszy? - Zapytał Seth mimo tego, że samemu już zaciskał palce w pięści nie mogąc doczekać się pierwszego pojedynku tego dnia.
Charr odchylił się nieco, opierając plecy o kamień, z którego wykonany był dużego rozmiaru schodek za nim. Nie znał właściwie odpowiedzi na to pytanie. Dla sylvariego jego zniecierpliwienie było niesamowicie niezrozumiałe, zwłaszcza po ich spotkaniu przed rozpoczęciem turnieju. Czyżby w trakcie wczorajszych walk Brigg przekonał się, że jednak warto było wziąć udział? Myśl o tym, że sylvari dał się przekonać nieznanemu wcześniej popielcowi do wycofania się, a potem jeszcze zabrał ze sobą z turnieju resztę gildii zaprzątała głowę Setha już od jakiegoś czasu, ale dopiero teraz zaczynał nieco żałować. Miał nadzieję, że to tylko jego świadomość jest dla niego mało przychylna, ale jeśli pojedynki okażą się być tak niesamowitym widowiskiem jakie sobie wyobrażał, będzie sobie długo pluł w brodę, z powodu rezygnacji.

Zahra i Hajmdol jeszcze raz uścisnęli sobie dłonie, wymieniając nadspodziewanie miłe słowa i życząc sobie udanej i równej walki.
Na to liczył przede wszystkim Petr. Jeśli turniej miał się jakoś podnieść po wczorajszym nieco niemiłym akcencie, to dziś musiało zacząć się z hukiem. Całe szczęście na początek trafiło na parę numer piętnaście. Petr miał już okazję poznać Zahrę. Jak na Agenta Cieni była dość popularną osobą, która nie bała się towarzystwa. Jej usposobienie jedynie uwypuklało charakter obok którego ciężko było przejść obojętnie.
Pojedynkowicze w końcu rozeszli się do swoich krawędzi areny i przygotowali się do rozpoczęcia. Nie musieli długo czekać na sygnał. Thackerey uniósł swój miecz, zabrzmiały wspomniane przez niego wcześniej trzy dzwonki i pojawił się doping na trybunach. Cała gildia Szturm rozpoczęła wrzask, który niczym przeziębienie w przedszkolu rozprzestrzenił się po całej arenie.
Walka rozpoczęła się równie nagle co hałas wokół areny. Tenesee wyrwała do przodu, jakby całkowicie ignorując myśl, o tym, że mogłaby zostać trafiona i zacząć krwawić.

- Inteligentne. - Skomentował zachowanie psa Seth.
- Niby co? - Brigg aż pochylił się niżej, żeby słyszeć sylvariego przez wrzask osób wokół oraz komentarz Elli.
- Atak psa. Hajmdol przewidział, że miraż nie ruszy od razu do ataku tylko zacznie od tworzenia iluzji.

W tym samym czasie Ayim zdążyła stworzyć trzy kopie samej siebie, jednak błyskawicznie musiała ewakuować się z miejsca w którym była. Nabierając rozpędu pobiegła w prawo po krawędzi areny, zupełnie tak jak jedna jej kopia. Dwie pozostałe wysłała w lewo.
Hajmdol i Tenesee nie byli parą, którą można łatwo zlekceważyć. Myśliwy nałożył drugą strzałę na cięciwę i obrócił łuk na bok. Wycelował w dwie Zahry i wystrzelił naraz dwoma pociskami. Nie tylko był zabójczo szybki, ale i niesłychanie celny. Obie strzały trafiły odpowiednio w nogi dwóch kopii. Obie rozpadły się, pozostawiając za sobą jedynie złote fragmenty roztrzaskanego szkła, unoszącego się w powietrzu. Na tym jednak nie skończył się atak najemnika. Wbrew masywnemu wyglądowi, pies Hajmdola był niesłychanie szybki. Zanim Zahra mogła odpowiednio zareagować, Tenesee rzuciła się na nią otwierając szeroko szczęki. Jedyną słuszną decyzją jaką kobieta mogła podjąć była zamiana miejsc z uciekającą obok kopią. Pies zatopił zęby w ciele kopii, która rozpadła się tak samo szybko jak dwie poprzednie.
W efekcie pozostała już tylko jedna Ayim, szybko zbliżająca się po okręgu do Hajmdola. Przez ten krótki moment, członek Szturmu musiał poradzić sobie bez swojego czteronogiego towarzysza. Nie było to zadanie należące do najłatwiejszych. Doświadczona w walce agentka musiała jak najprędzej odwrócić losy walki, po doskonałym starcie myśliwego. Doskakując do niego z kilku metrów postawiła na atak toporami wycelowany w uda rywala.
Jej atak, tak samo jak Hajmdola, był zabójczo precyzyjny, jednak tu również, rywal był gotowy na jego ewentualność. Myśliwy z malującym się na twarzy niewielkim zdziwieniem, odturlał się przez lewe ramię na dwa metry do tyłu. Nie zyskał sobie dużo miejsca, ale kiedy wracał do pozycji na prawym kolanie, strzała była już naciągnięta na łuk.
Wystrzelił w kierunku brzucha Zahry. Mesmerka wycofała się z błyskiem złotego światła kilka metrów w prawo. Strzała przeleciała przez znikające odbicie Ayim i pofrunęła zaledwie kilka centymetrów nad kulącą się przed strzałem Tenesee. Niewiele zabrakło, a doszłoby do ognia przyjacielskiego.
Tym bardziej, że strzała mknęła dalej i zatrzymała ją dopiero metalowa krawędź klatki.

Seth wycofał głowę, kiedy wystrzelony przez Hajmdola kawałek drewna z piórami wbił się grotem niecałe trzy metry przed nim. Tępo wpatrując się w drewno trzęsące się po drugiej stronie klatki zauważył, że sam myśliwy wystawił w jego kierunku prawą dłoń w przepraszającym geście. Nie chcąc przeszkadzać w walce szybko pokazał kciuk, a dopiero wtedy Hajmdol zaczął szukać prawdziwej Ayim, gdyż zaczęło ich przybywać wewnątrz klatki.
- Ale czad! - Rzucił w końcu Seth nieco drżącym głosem, kiedy wziął już głębszy oddech.
Brigg spojrzał na niego z politowaniem.
- Cudownie, prawie umarłem, bo strzała z areny mogła mi się wbić w środek czaszki! Czad! - Rzucił sarkastycznie Charr.
Adrenalina udzielała się Sethowi. Zaczynał odczuwać, że bardzo podobają mu się pojedynki, mimo, że siedział jedynie na widowni.
- Zawsze masz takie humorki? - Zapytał odwracając tors w kierunku siedzącego za nim ligowicza.
Havgaard widocznie nabrał powietrza, żeby coś odpowiedzieć, ale jedynie machnął dłonią i pokręcił głową z widocznym niesmakiem. Niezależnie od tego co miałby do powiedzenia, Seth nie czekał na odpowiedź. Obrócił się znów w kierunku środka areny w idealnym momencie, żeby zobaczyć jak Tenesee unika trafienia toporem, kiedy to jedna z kopii Zahry zbliżyła się niespodziewanie do psa.
Oczy żółtego sylvariego świeciły się jakby patrzył na świąteczną choinkę na środku Divinity's Reach. Przez następne bądź co bądź, kilkanaście minut obserwował jeden z najbardziej wyrównanych pojedynków w historii.
Dla Petra mogło to być wybawienie z mało ciekawej sytuacji, gdyż takie widowisko przyciągało coraz więcej osób. Dzięki tak jaskrawym osobowościom walczących oraz ich niespotykanym umiejętnościom, walka przeistoczyła się w istny spektakl, w trakcie którego każdy mógł znaleźć coś dla siebie.
Ataki z bliska, walka na dystans, chybienia, trafienia, uniki, kontry oraz taktyki, które były wyraźnie przygotowywane przed walką, teraz wprowadzane w życie w jej trakcie z lepszym lub gorszym skutkiem. Ale co najważniejsze - czysta przyjemność. Dla walczących, dla oglądających, dla honorowych gości, jak i dla samego Petra. Spektakl, na który po prostu przyjemnie było patrzeć. Prawdopodobnie najbardziej wyrównana walka od początku turnieju.

W pewnym jednak momencie widowisko musiało się skończyć. Z czasem, Hajmdolowi zaczynało brakować odpowiednich kontr, kiedy dobrze przygotowana Zahra zmniejszała dystans między nimi, trzymając Tenesee w szachu za pomocą swoich kopii. Uciekanie w kółko nie mogło się sprawdzić, więc musiał zaatakować, kiedy tylko nadarzyła się okazja.
Po raz pierwszy odskoczył na środek areny, nie mając już za plecami bezpiecznych krat, które zapewniały mu spokój chociaż z jednego kierunku. Płynnym ruchem nałożył proste zaklęcie na trzy strzały, które złapał i posłał je w podłoże tuż przed sobą. Dzięki magii myśliwego, jego strzały niespodziewanie odbiły się od piachu i poszybowały w kierunku Ayim oraz jej dwóch najbliższych kopii. W ten sposób, Hajmdol oswobodził swojego psa. Mesmerka nie miała jednak w planach tak po prostu się poddać. Widząc swoją szansę w odsłoniętych plecach przeciwnika, w oka mgnieniu teleportowała się z toporami gotowymi do ataku.
Nie przewidziała jednego. To zachowanie było częścią planu Hajmdola. Być może na wyczucie, jednak tuż po wystrzeleniu strzał, Hajmdol wypuścił cięciwę z prawej dłoni i potężnie machnął ręką do tyłu, trafiając łokciem Zahrę niewiele poniżej nosa. Kobieta nie zdążyła zareagować, kiedy trafienie odrzuciło jej głowę do tyłu. Natychmiast odskoczyła w miejsce jedynej pozostałej istniejącej kopii, z dala od Hajmdola i Tenesee.

- Pokonał ją! - Seth poderwał się z miejsca, klaszcząc w dłonie.
Nie był jedyną osobą, która to zrobiła. Wrzawa poniosła się po arenie. Był jednak jedyną osobą, która była pewna zwycięstwa myśliwego. Walka wciąż trwała.
Sylvari spojrzał po swoim otoczeniu zdziwiony. Nikt nie wydawał się zauważać końca walki. Nawet stojący najbliżej sędzia, Marszałek Paktu - Logan Thackerey. Mężczyzna stał w tym samym miejscu, z mieczem gotowym do zasygnalizowania końca pojedynku, jednak w kompletnym bezruchu.
- Czemu Thackerey nie przerywa walki? - Zapytał Seth, przyglądając się sędziemu.
- Bo nic się nie stało. Dostała w twarz, gramy dalej. - Wyjaśnił mu wciąż siedzący z tyłu Brigg.
- Przecież krwawi...
Nikt jednak nie czuł tego co on. Nikt oprócz Setha i Zahry nie miał pojęcia o tym, że jej usta wypełniają się krwią o wyjątkowo paskudnym, metalicznym posmaku.

Sama Zahra odwróciła wzrok na moment na stojącego nieopodal Logana i widząc, że pozwala im dalej walczyć, postawiła sobie za cel wygrać tak szybko jak tylko może. Wzdrygając się nieco, przełknęła napływającą do ust krew i ruszyła w kierunku Hajmdola po prostej linii.
Kobieta wpadła na genialny plan. Szkoda, że dopiero teraz. To aż niesamowite, jak łatwo ziścił się scenariusz jaki miała w głowie. Wyskoczyła na wprost, mając na celu tylko i wyłącznie Hajmdola. Myśliwy był w stanie się powstrzymać, ale jego pies zaczął łaknąć walki, zwłaszcza teraz kiedy wygrana była tak blisko, a na okrągłym ringu była już tylko jedna Ayim. Tenesee ruszyła przeciąć trasę mesmerki. Jedyną bronią psa były jego łapy i zęby. Oczywistym stało się, że rzuci się na Agentkę Cieni kiedy ta będzie wystarczająco blisko. Wystawiony w płynnym skoku pies był łatwym celem.
Zahra przerzuciła ciężar ciała do tyłu obracając się na lewo, by trafić psa kopnięciem prawej nogi w pysk, samej upadając mniej lub bardziej komfortowo w piach.
Trafienie było nagłe i niespodziewane. Krew z pyska psa trysnęła niewielką lecz widoczną, szkarłatną stróżką. Ciągnęło to za sobą błyskawiczne reakcje.  Thackerey zasygnalizował koniec walki. Medycy, a właściwie bardziej weterynarze, poderwali się i wbiegali do klatki równo z dźwiękiem potrójnego dzwonka. Hajmdol popędził ile sił w nogach w kierunku swojej towarzyszki. Pies podniósł się z gleby natychmiast, wciąż gotowy do walki lecz z pyska podopiecznej najemnika ciekła krew.
- Już, już Tenesee! Koniec. Koniec! - Myśliwy uspokoił psa, zanim ten pomyślał o rewanżu na Zahrze.

- Zahra Ayim! - Elli oznajmiła wiwatującym trybunom zwycięzcę pojedynku.
Większość obserwujących zerwała się na równe nogi. Doping przez dłuższy czas nie ustawał.
Seth obrócił się za siebie, żeby zobaczyć Brigga niechętnie, lecz klaszczącego z uznaniem dla umiejętności walczących. Sylvari nie rozumiał sytuacji jaka miała właśnie miejsce. Odruchowo, bardzo powoli i niezdecydowanie zaklaskał. Na jego twarzy malowała się pustka jakiej charr dawno nie widział.
- Ta, też liczyłem, że Hajmdol da radę. - Poinformował Havgaard.
- Ale on... dał radę. Przecież... uh... czy Zahra... przecież ona krwawi. - Seth miał odmienne zdanie co do wyniku pojedynku.
Wyglądał jakby trafił do restauracji, w której je się stopami. Otwarta dłoń wierzchem do góry oddawała jego zdziwienie.
- No jak? Spójrz na tę jej czystą facjatę. Za lekko facet jej przyłożył.

- Powinniśmy interweniować? - Zapytał Pruuf zerkając na Petra.
- Niby dlaczego? - Zdziwił się człowiek.
- Gdyż pan Thackerey nie zauważył krwawienia pani Ayim.
Petr uniósł brwi.
- Zahra krwawi? Gdzie?
- Może być ci niesłychanie trudno to zauważyć. Spójrz na jej prawy rękaw. Posiada manierę przecierania ust, więc zaraz powinien stać się wilgotny od jej krwi. Na czarno-czerwonym nie zauważysz, ale próbuj.

Człowiek ruszył bliżej areny i wytężył wzrok na kobietę, którą na jej szczęście jeszcze nikt się nie interesował, gdyż wszyscy zajęci byli kondycją psa. Splunęła na piach i przetarła prawym rękawem usta. Dokładnie tak, jak przewidział to asura. Z tej odległości ludzkie oko nie pozwoliło van Pedersenowi jednak dostrzec nic nadzwyczajnego w tym zachowaniu, ani w kolorze jej rękawa.
Wzruszył ramionami, wracając do Pruufa.
- To uwierz mi na słowo. - Zaproponował asura.
- Wierzę. Nie ja jestem sędzią. - Odpowiedział po prostu Petr. - Logan powiedział Zahra, to wygrywa Zahra.
Pruuf pomyślał przez chwilę.
- Z naszego punktu widzenia, to nawet lepiej.

Chwilę później Zahra i Hajmdol składali sobie wzajemne gratulacje. Odpowiednio doskonałej walki i zwycięstwa. Kobieta starała się jeszcze przeprosić psa, ale niestety nie zasłużyła sobie na sympatię czworonogiego towarzysza najemnika. Myśliwy jednak nie żywił urazy do Agentki Cieni. W końcu ktoś musiał przegrać w tym pojedynku. Wypadło na niego.
Ostatnim, pożegnalnym gestem, Zahra zaczęła bić brawo nad własną głową, po czym obiema rękoma wskazała na Hajmdola i Tenesee, zachęcając publikę do żywszej reakcji.
I reakcję tą otrzymała. Owacja na stojąco była doskonałą nagrodą za niesamowity spektakl, jaki pokazała para numer piętnaście.



Pojedynek pary numer sześć okazał się również niezłym widowiskiem. Niestety, nie trwało ono tak długo. Po około czterech minutach, doświadczenie Sierżanta Coppera pozwoliło mu uniknąć nadchodzącego cięcia Fabrro, jednocześnie wytrącając mu jego sztylet z dłoni.
Publika wydawała się ożywić nieco, a pozostałe pary powoli zaczynały się niecierpliwić. W końcu na tablicy pozostało już tylko dwanaście imion, z pośród których każdy chciał być następny.
- Nerwy? - Zapytał Zaveba przystając obok druida ze swojej gildii.
- Nawet nie masz pojęcia. - Zapewnił Forest.
Druid wyciągnął butelkę bliżej niezidentyfikowanego napoju i pociągnął solidny łyk. Wykonał trzy oddechy i zaczął wpatrywać się w szklaną tablicę, na której już za chwilę miało rozpocząć się kolejne losowanie.
Zaveba spojrzał przez gogle na towarzysza. Kto by pomyślał, Forestowi faktycznie zależało na zwycięstwie. Na pewno bardziej niż jemu.
W tej samej sekundzie arenę wypełnił metaliczny puls, który kojarzyli już wszyscy zebrani wokół okrągłej klatki. Nazwiska przeskakiwały dość wolno. Teraz kiedy pozostało już tylko sześć par, wybór co chwilę padał na tę samą dwójkę, sprawiając, że ciśnienie krwi podskakiwało przy każdym błysku pomarańczowego światła.
Puls zabrzmiał jeszcze kilka razy, aż w końcu osiedlił się na górnej części drabinki.

- A więc w kolejnym pojedynku zobaczymy starcie pirata z druidem! - Zabrzmiał głos Elli wypełniając całe pomieszczenie. - Majtek Bolo zmierzy się z Forestem i jego jaracandą, Paprochem! Kto wyjdzie z tego pojedynku górą?! Czy piąty z najemników Ligi trafi do drugiej rundy czy rzucony na głęboką wodę sylvari spotka się z abordażem ze strony Bolo?! Przekonamy się już za moment! Dajcie im siłę do walki swoim dopingiem!
Dzień numer dwa zaczynał nabierać tempa. Petr był pod niewielkim wrażeniem. Nie miał pojęcia co wydarzyło się w nocy, kiedy on musiał wyjść się przewietrzyć, ale na pewno było to coś niesamowitego. Pierwsze pojedynki były bardzo wyrównane. Można nawet powiedzieć, że przyjacielskie i bezpieczne, ale nie zachowawcze. Podniosło się tempo, trybuny zaczęły się trochę wypełniać w trakcie pierwszej walki. Szczęśliwie trwała wystarczająco długo, żeby ci spóźnialscy i ci, którzy zwątpili po wydarzeniach dnia poprzedniego, mogli wrócić i raz jeszcze poczuć tą niesamowitą atmosferę.
- Nie rozkręcaj się za szybko. - Ostudził zapał człowieka Pruuf.
Asura notował coś na dokumentach nawet nie obdarzając van Pedersena spojrzeniem. Mimo to, z jakiegoś powodu był w stanie perfekcyjnie odczytać myśli kompana.
- Przed nami jeden z nudniejszych pojedynków. Przynajmniej na papierze.

- Dawaj Paproch.
- Zachęcił swojego podopiecznego Forest.
Zaveba puścił tę dwójkę bez chociażby słowa czy gestu. Skrzyżował jedynie ramiona na piersi i obserwował jak druid już zdecydowanie pewniejszym krokiem zmierza do środka areny, gdzie spotkał się z Loganem Thackereyem - sędzią pojedynku.
Chwilę później dołączył do nich również Majtek Bolo.
Zaczęło się być może nieco wolniej niż pozostałe pojedynki tego dnia. Przede wszystkim Marszałek Paktu musiał upewnić się o bezpieczeństwie zawodników. Poprosił pirata odzianego w elońską koszulę, bufiaste spodnie i czerwoną chustę osłaniającą łysą głowę o jego pistolet, tak by mógł sprawdzić amunicję.
Nikt nie chciał niepotrzebnych wypadków, zwłaszcza po występie Lornara Rudego.
W pistolecie nie było niczego poza czarnym prochem. Mimo to, Bolo wydawał się kapkę obruszony.
- Drogi panie, tylko proch w nich! Żadnego ołowiu, widzi? - Zapytał tonem, który wskazywał, że Forest nie był jedyną osobą spożywającą bliżej niezidentyfikowane napoje przed pojedynkiem.
Logan uśmiechnął się i oddał piratu jego broń.
Druidowi nie umknęło, że będzie mieć zatem do czynienia z piratem wyposażonym w straszak oraz sejmitar. To drugie nie wydawało się jednak bezpieczną alternatywną.
Logan pokrótce przypomniał zawodnikom zasady panujące wewnątrz klatki po czym gestem obu rąk zaprosił ich na przeciwległe strony ringu.
Forest natychmiast odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku przygotowanego dla siebie miejsca, w czasie gdy Bolo pozostał w miejscu. Chciał uścisnąć dłoń rywala, ale musiał zadowolić się jedynie uściskiem dłoni samego Marszałka Paktu.
- Powodzenia, he he! - Rzucił majtek w kierunku odchodzącego sylvariego. - Ahoj, pieniążki z zakładów!

Pirat wydawał się bardzo zadowolony. Być może nawet pewien zwycięstwa, tak właściwie jeszcze zanim ten pojedynek się rozpoczął.
Nie umknęło to uwadze oglądających. W szczególności Petra.
- Czy on jest poważny? - Zapytał dobrze znając odpowiedź.
- Myślisz, że moja analiza umiejętności zawodników przed rozpoczęciem turnieju była zwykłą intuicją? - Odpowiedział pytaniem nieco urażony Pruuf.
Asura odłożył pióro i spojrzał na człowieka nieco zrezygnowanym wzrokiem. Nie miał do końca ochoty zajmować się pojedynkiem z najniższym rozstawieniem w turnieju, choć z drugiej strony jak do tej pory nie wyglądał na szczególnie zainteresowanego którąkolwiek z walk.
Petr uniósł obie dłonie w przepraszającym geście.
- Nie, nie. Po prostu liczyłem, że przyjdzie trzeźwy.
Pruff wydał z siebie krótkie i prześmiewcze "ha ha", po czym wrócił do swojego zajęcia.
- Jak już wspominałem, przyrzekam, że skonsumuję należący do mnie but jeśli Bolo zwycięży ten pojedynek.

Nim asura zakończył ostatnie zdanie, rozległ się potrójny dzwonek rozpoczynający trzecią walkę tego dnia. Najniżej rozstawiona para rozpoczęła z potężnego kopyta. Walczący wystrzelili do siebie, jakby zależało od tego ich życie. Forest i Paproch łukiem, dzieląc się na dwa tak samo wartościowe cele, natomiast Bolo wolał wybiec na wprost, skracając odległość między sobą a przeciwnikiem tak szybko jak to tylko możliwe.
Kiedy mężczyźni zauważyli, że nikt tu nie zamierza się zatrzymać, obydwaj zaatakowali. Druid wykorzystał swoje przywiązanie do natury, aby nawet tutaj, na specjalnie równanym piachu, wysłać w kierunku Pirata wiązkę korzeni, która miała go unieruchomić. Spotkało się to tylko z głośnym śmiechem Bolo, który mierząc jedynie w kierunku sylvariego wystrzelił wydawałoby się na pusto.
Chmura czarnego jak węgiel dymu pokryła ciało całkiem rosłego człowieka, w pełni chowając go przed wzrokiem Foresta i jego jacarandy.
Druid zatrzymał się tak szybko jak mógł. W powietrzu wykonał znak pływów, aby spróbować odrzucić majtka z dala od siebie, niezależnie gdzie w tym dymie ten się znajdował. Jego defensywa nie była daleko od celu. Nie wiadomo co planował pirat, ani do czego by doszło, gdyby ten plan się ziścił. Musiał on jednak niesamowicie się zdziwić, kiedy silny i skoncentrowany podmuch powietrza nie tylko oczyścił ring z dymu, w którym się krył, ale również cisnął nim twardo w piach.
Nie miał jednak opcji, żeby komfortowo odpoczywać, gdyż roślina druida przechodziła do kontrofensywy. Za pomocą niesamowicie długich macek Paproch próbował przyłożyć ciosem policzkowym. Mimo tego, że tylko trochę krwi przepływało właśnie w układzie alkoholonośnym pirata, był on w stanie zareagować wystarczająco szybko, żeby nie stracić zębów.
Nieco panicznym, lecz nadal skutecznym machnięciem sejmitara był w stanie sparować nadchodzący cios.

- Hulaka straszny. - Rzucił krótko Seth.
- Bolo? - Dopytał Brigg z rzędu wyżej.
- A kto inny? W życiu nie widziałem żeby ktoś tak spity szedł na poważną walkę, a nie na mordobicie przed jakimś zatęchłym barem.
Brigg wyszczerzył się od ucha do ucha i starał się nie roześmiać, kiedy przypomniał sobie wyczyny większej ilości członków swojej gildii. Postanowił jednak odpowiedzieć, mimo że słychać było jego widocznie rozbawiony ton.
- Niewiele jeszcze widziałeś.

Dalsza rozmowa była zdecydowanie trudniejsza, gdyż publika zaczynała żywo reagować na to co działo się na arenie. Nie tylko pojedynek okazał się całkiem wyrównany, ale również obydwaj zawodnicy, mimo kilku zdecydowanych błędów trzymali wysoki poziom, którego nie spodziewał się po nich przede wszystkim Pruuf.
Trajkotanie Elli zmusiło go do podniesienia wzroku na walkę kilkukrotnie w przeciągu ostatnich trzech minut. Nie wyrzucił z siebie żadnego komentarza, ale już po jego minie można było wnioskować, że w najśmielszych snach nie przewidywał takiego rozwoju wydarzeń.
Nie on był jednak ważną postacią tego wydarzenia. W tej chwili dla wszystkich wokół liczyli się tylko pirat i druid.
Przez większość czasu w ofensywie pozostawał Forest, jednak i Bolo mógł się już pochwalić atakami, które gdyby były choć trochę celniejsze, lub lepiej wyprowadzone, wygrałyby ten pojedynek.
Z upływem kolejnych sekund stało się jednak jasne, dlaczego Pruuf był tak pewny wygranej druida. Walka dwóch na jednego nie zostawiała majtkowi dużo pola do popisu. Dodatkowe upojenie alkoholowe tylko pogarszało jego już i tak nieciekawą sytuację.
Chcąc wyswobodzić z nadciągającego ataku korzeniami, Bolo wycofał się sprawnym odskokiem, lecz nie patrzył, w którą stronę wykonuje ten manewr. Karą za ten błąd było porażenie jedną z błyskawic jacarandy.
Wstrząśnięty i kompletnie wywrócony z równowagi, pirat znów upadł na plecy. Szczęśliwie dla niego, naprężające natychmiast jego mięśnie wyładowanie elektryczne sprawiło, że utrzymał on broń w rękach.
W tym też momencie ukazało się prawdziwe zgranie między Forestem a Paprochem. Jedno trafienie prowadziło do kolejnych. Korzenie oplotły nogi pirata, utrzymując go w miejscu. Sylvari przygotował się do ataku kosturem, kiedy Bolo wreszcie zaczął odpowiadać.
Majtek przeciął sejmitarem wiążące go korzenie i natychmiast wystrzelił z pistoletu pod własne nogi. Kolejna porcja dymu otoczyła pirata, dając mu odetchnąć. Nie był to długi odpoczynek, gdyż niewielkie błyskawice Paprocha wciąż rozcinały gęsty dym.

Korzystając z okazji, że i tak nic nie widać, Seth odwrócił się na moment do towarzysza rozmowy.
- Patrząc na niego prędzej bym powiedział, że to jakiś wyszkolony zabijaka, a nie druid, obrońca przyrody.
Charr prychnął delikatnie przyjmując do wiadomości słowa żółtego sylvariego. Samemu mógł powiedzieć o członku swojej gildii zdecydowanie więcej, jednak postanowił trzymać język za zębami i zostawić szczegóły walczącemu w tej chwili koledze.
- Od czegoś jest najemnikiem. - Rzucił krótko.
Seth pokiwał głową na boki, jak gdyby taka odpowiedź nie do końca mu wystarczyła, jednak to była jedyna jaką mógł otrzymać.
- Może po prostu zawsze inaczej sobie wyobrażałem druidów. - Odpowiedział w końcu. - Chyba.
- Nie dziwię ci się. Ja też.
- Teraz tylko jakaś niesamowita seria potknięć i pomyłek mogłaby mu to przegrać.
- Dorzucił Seth całkowicie pochłonięty kolejną z walk.
Jego ekscytacja rosła z walki na walkę coraz bardziej. Prawdopodobnie dlatego, że w przeciwieństwie do poprzedniego dnia, dzisiejsze pojedynki nie tylko utrzymywały poziom, ale i podnosiły go z każdą sekundą.

Złośliwi powiedzieliby, że Seth wykrakał los druida. Ci bardziej sceptyczni, tacy jak Pruuf, zwróciliby raczej uwagę na to, jak nieprzygotowany na zachowania pirata okazał się Forest, oraz jak bezmyślnie kontynuował walkę. Jedna decyzja, którą podjąłby lepiej i prawdopodobnie wygrałby ten pojedynek. Jednak zadziało się inaczej.
Z chmury dymu wystrzeliła niewielka czarna smuga trafiając druida w prawe ramię, odbijając je kilka centymetrów do tyłu. Dym, jak nawiedzona chmura przesunął się na prawicę Foresta. W tej samej sekundzie, czarny kłąb powietrza uformował się w postać nakręcającego się pirata. Proste kopnięcie od tyłu w zgięcie nogi sylvariego skutecznie sprowadziło go na kolano.
Ku zaskoczeniu większości oglądających, Bolo jedynie wycelował w skroń druida i zapytał po prostu:
- Poddajesz się?
Odpowiedź była natychmiastowa i choć tylko Forest się jej spodziewał, obydwaj walczący zdążyli zareagować. Gałąź paprocha poszybowała między twarzami mężczyzn, kiedy i jeden i drugi odchylali się w uniku, wyglądając jak własne lustrzane odbicia. Ich idealna symetria została przerwana przez Majtka, który zamachnął się sejmitarem. Pirat był wciąż odchylony, jego atak zamiast celować w przeciwnika natrafiłby najwyżej na kostur, który druid trzymał w prawej dłoni i tylko jeśli ten postanowiłby wysunąć go jeszcze kilkanaście centymetrów w przód.
Z jakiegoś jednak powodu, Forest zadecydował, że musi zdobyć odległość, gdyż w zwarciu nie radzi sobie najlepiej. Wypuścił kostur z dłoni w przód, aby dwoma wolnymi rękoma rozrysować w powietrzu glif odepchnięcia.
Powietrze tąpnęło twardo w klatkę piersiową Pirata, odrzucając go kilka metrów dalej. Trafienie Bolo zostało jednak potwierdzone. Zanim nauczył się latać i lądować twardo na plecach, Majtek przyłożył bokiem sejmitara w kostur, który dodatkowo pchnięty zaklęciem wyleciał w kierunku krawędzi klatki. Kiedy tylko uderzył w siatkę rozległ się potrójny dzwonek.

- Zwycięzcą jest Bolo! - Wykrzyknęła Elli, której głos zyskiwał na sile z każdym pojedynkiem tego dnia.
Niesamowity zgiełk rozległ się na arenie. Trybuny ryknęły pod wrażeniem walki oraz jej rezultatu.
Jedynie Forest stał na środku ringu, zupełnie jak rażony prądem. Rozejrzał się za Loganem, nie rozumiejąc co właściwie się wydarzyło.
- Co jest? - Zapytał, kiedy podchodził do niego Marszałek Paktu.
- Zostałeś rozbrojony. - Poinformował Thackerey, po czym wskazał na podnoszącego się Pirata. - Bolo utrzymał broń w rękach. Twój kostur leży tam.
Forest popatrzył tępo w kierunku, który wskazał Logan. Faktycznie, jego broń była poza jego zasięgiem. Wciąż nieco skonfundowany popatrzył to na Majtka to na swój kostur. Tym razem musiał uznać wyższość przeciwnika.



Petr i Pruuf wyglądali na wmurowanych. Człowiek z rękoma założonymi za głowę i miną zdradzającą całkowite niezrozumienie dla tego, co właśnie zobaczył, starał się pozbierać myśli.  W niesamowitej wrzawie jaka przechodziła po arenie oraz ogólnemu zaskoczeniu wynikiem pojedynku praktycznie nikt nie zwracał uwagi na dwie postaci stojące w bezruchu.
- Czy ja dobrze widzę? - Zapytał w końcu.
- Jak najbardziej. Logan drgnął, lecz nie zakończył walki, kiedy Forest zwyciężył. Postanowił oddać triumf Bolo. Naumyślnie?
Człowiek nie był w stanie znaleźć odpowiedzi na to pytanie. Rozłączył tylko na moment dłonie, trzymane na tyle głowy w wyrazie niepewności.
- Na kogo obstawił Canach? - Spytał, nie odwracając wzroku od środka areny, gdzie świętował właśnie pirat.
- Bolo. Pokaźną kwotę. - Odpowiedział natychmiast asura.
Obydwaj mężczyźni kiwnęli głową, sami dochodząc do nasuwających się automatycznie wniosków. Żaden nie był szczególnie zadowolony. Dosłownie poprzedniego dnia stracili sporą część kontroli nad wydarzeniami turnieju, czyżby tylko po to, żeby dziś, stracić jeszcze więcej? Najgorszą jednak częścią, była świadomość, że znaleźli się w miejscu, w którym kontroli odzyskać nie mogą.
Pełną kontrolę przejęli zatem członkowie Dragon's Watch.
- Odwołujemy się? Bolo celował w głowę. - Przerwał milczenie van Pedersen.
- Zasady nie są sformalizowane. Nikt ich nigdzie nie zapisał. Cokolwiek powie pan Thackerey jest świętością, więc jeśli sformułował tą zasadę jako zakaz strzelania albo atakowania w kierunku głowy, a nie samego celowania, odwołanie zostanie unieważnione. Poza tym, nasza interwencja byłaby tylko i wyłącznie odebrana w negatywnym świetle przez wszystkich uczestników zakładów. Wyglądałoby to jakobyśmy...
- Nie chcieli wypłacić nagród. Jasne, jasne.
- Na chwilę brunet zamilkł. - Wtopa bardzo?
- Co najwyżej niewielkie potknięcie.
- Skomentował Pruuf.
- Myślisz to co ja?
- Dragon's Watch postanowiło ustawić sobie turniej? Przez moment tak myślałem. Ten wniosek jest zaiste prosty i zrozumiały, ale nie spodziewam się, by odnalazł swoje potwierdzenie w faktycznych wydarzeniach. Nawet jeśli napędzany chęcią szybkiego zysku, Canach jest diabelnie inteligentnym osobnikiem. Odnoszę wrażenie, że chciał już na początku odbić sobie koszty całego turnieju, żeby nie wyjść stratnym na "organizacji" tego przedsięwzięcia, w razie gdyby miało się ono przedwcześnie zakończyć z powodu inwazji smoczej armii.  Jeśli to byłaby prawda, teraz pozostałby pewnie poza zasięgiem radaru, obstawiając mniej, lub wcale. Przynajmniej do końca drugiej rundy. Czas pokaże. Z drugiej zaś strony, może to tylko czysty przypadek, a pan Thackerey jest po prostu wyjątkowo niekompetentnym sędzią.
- A za co Canach niby zapłacił?!
- Oburzył się Petr, słysząc wzmiankę o poniesionych kosztach i ignorując resztę zdania towrzysza.
- Jednostki Baragnira otrzymują żołd, więc pomoc jakiej nam udzielili ludzie przez niego wyznaczeni była w zakresie ich obowiązków, za które otrzymają rekompensatę pieniężną. Nad nami jednak, Pakt nie ma bezpośredniego zwierzchnictwa, a w końcu ktoś musi nam zapłacić za przepracowane godziny, prawda?
Człowiek odetchnął głęboko i oparł ręce na biodrach. Odchylając nieco głowę do tyłu, skierował wzrok w sufit i z niezadowoloną miną ruszył bliżej areny.
- Zapłacą nam, prawda? - Asura natychmiast zaczął truchtać za nim. - Petr!



Kiedy Varrza opuściła klatkę jako zwycięzca pojedynku, na tablicy wyświetlającej drabinkę turniejową podświetlone już na pomarańczowo były dwa imiona.
- Ostatnia para dzisiejszego dnia! - Oznajmiła Elli. - Z jednej strony, niezwykle utalentowana strażniczka, na co dzień pracująca dla Priory, Magister Anne Galway!
Asura nie musiała zachęcać do braw, kiedy to kobieta wkraczała na środek areny. Drugi dzień wypełniony był dynamicznymi pojedynkami, a wszyscy oglądający wciąż głodni byli wrażeń. Ich doping był zatem głośniejszy niż zwykle.
- Z drugiej, jej przeciwnik! Znajomy po fachu członek Priory, Badacz Lapps!
Niewysoki asura wyposażony w dwa pistolety wkroczył na ring również w towarzystwie zagrzewających do walki krzyków i oklasków.

- Ostatnia walka na dziś. Nie mogę się doczekać! - Rzucił wciąż podekscytowany Seth.
- Raczej nic specjalnego. - Jego towarzysz rozmowy nie wydawał się podzielać jego entuzjazmu.
Sylvari przewrócił oczami, przypominając sobie jakie nastawienie do całego tego przedsięwzięcia miał Brigg. Przez głowę przeszła mu myśl, że niepotrzebnie dał się przekonać jakiemuś wielkiemu klocowi, który nie ma za dużo w głowie do zrezygnowania z udziału. Ale w sumie... czy charr kazał mu coś zrobić? Seth przeklął się w myślach, zwracając sobie uwagę za to, że dał się nastraszyć jakąś prostą sztuczką, a potem sam podjął złą decyzję.
Zwłaszcza, że dzisiejsze walki wyglądały na zdecydowanie bardziej przyjacielskie niż wszyscy mu opowiadali w związku z wczorajszym dniem. Prawdopodobnie walka Lornara i Aramego pozostawiła po sobie mały niesmak, a potem wszyscy zaczęli panikować. Zupełnie jak ten futrzak siedzący za nim z marsową miną i brakiem wystarczającej ilości szarych komórek, żeby ją czymś wesprzeć.
- Daj spokój, cały czas siedzisz tylko oburzony na ten turniej. Nawet jak walczyli twoi. Weź się rozluźnij.
- Jacy moi?
- Zdziwił się Brigg.
- No jak to jacy? Twoja gildia. Liga Sześciu Filarów.
Przez moment charr wydawał się wmurowany. Pochylił się nieco na ławeczce w kierunku sylvariego.
- Nigdy nie wspominałem, że jestem z Ligi.
- Ale ich symbol nosisz na sprzączce.
- Seth wskazał od niechcenia palcem na pasek wielkiego kota.
Brigg spojrzał w dół i jakby rozluźnił się znów. Otworzył pysk w wyrazie zrozumienia i rozsiadł się z powrotem wygodnie na swoim miejscu.
- Już myślałem, że jesteś szpiegiem. - Wyjaśnił żółtemu sylvari.
- Nie, tylko spostrzegawczy. - Zapewnił Seth. - I wiesz co jeszcze widzę?
- Co?
- Widzę siebie na miejscu kogoś z nich.
- Sylvari wskazał na Lappsa i Anne Galway wysłuchujących instrukcji przed pojedynkiem. - To mogłem być ja.

Wbrew obawom Pruufa ostatnia walka tego dnia wcale nie należała do najnudniejszych. Co prawda jej tempo było zdecydowanie wolniejsze niż pozostałych siedmiu pojedynków, natomiast mogło to być spowodowane tym, że i Lapps i Galway należeli do perfekcjonistów. W ich ruchach brakowało spontaniczności, ale również nie było tam miejsca dla paniki czy niezdecydowania. Wszystkie ich decyzje podejmowane były na podstawie ułożonej taktyki, a zaklęcia, strzały, defensywa i ataki wyprowadzane były z niesamowitą dokładnością.
Właśnie to mogło się podobać. Zabójcza dokładność z obu stron i idealnie komplementujące się sposoby walki. Pani Magister preferowała pozycję niesforsowanej wieży, którą nie sposób poruszyć. Dzięki przebytym treningom na strażnika, kobieta nie posiadała dziur w swojej obronie i zawsze kiedy była okazja, starała się atakować z dystansu zaklęciami, które miały zatrzymać Lappsa lub wybić go z równowagi.
Z drugiej zaś strony, asura nie pozostawał dłużny. Jego głównym atutem była szybkość i dokładność. Wyposażony w dwa pistolety, strzelające delikatniejszymi niż standardowe, gumowymi pociskami, starał się zajmować Galway atakami z różnych kątów, w różnych odstępach czasowych, nie pozwalając jej choć na chwilę odpuścić obrony aby kontratakować.
W oczach wielu, którzy obserwowali ten pojedynek, był on pewnym zwycięzcą. Owszem, ciężko było przebić się przez obronę pani Magister, natomiast ktoś, kto nie jest w stanie zaatakować, nie ma również szans na wygraną. Jedynymi momentami, w których Galway mogła coś zrobić, były krótkie chwile, gdy Lapps przeładowywał. Pracująca dla Priory archeolog miała jednak problemy z nadążaniem za ciągle poruszającym się asurą, a jej próby zatrzymania go w miejscu zwyczajnie nie wystarczały, żeby zapewnić jej chociaż najdrobniejszą przewagę.
Sama Anne zdawała się rozumieć to doskonale. Mimo wszystko nie chciała przegrać bez wyprowadzenia żadnego ataku. W jej głowie pojawił się niewielki plan. Przez ostatnie kilka minut walki, jeśli asura wykonywał unik, w większości wypadków robił to w prawo, w kierunku dominującej nogi. W pozostałych wypadkach, mimo iż uskakując na lewo, obracał się na dominującej prawej nodze. Zatem cała jego postawa oparta była właśnie na prawej nodze. Jeśli udałoby się jej znaleźć sposób na wyłączenie z walki nogi kolegi po fachu, istniała spora szansa na rozbrojenie go, gdy upadnie na glebę. Być może udałoby się jej nawet odepchnąć go mocnym zaklęciem, kiedy nie będzie miał on jak go uniknąć. Nagłe pchnięcie powinno pomóc z wyrwaniem mu pistoletów z rąk.
Walka trwała więc dalej. Lapps okrążał  Galway od prawej, starając się unikać pułapek wybijających piach pod jego stopami w powietrze. Kiedy pani Magister zauważyła jak badacz obraca się na prawej nodze, wiedziała, że kolejny unik nastąpi w prawo.
Opuściła zatem gardę i przygotowała nieco silniejsze, drugie pchnięcie, które gestem lewej dłoni podłożyła w piachu kilkadziesiąt centymetrów po prawej od poprzedniego. Oznaczało to jednak, że pozostała bez swojej wiernej tarczy osłaniającej większość jej ciała przed atakami Lappsa.
Badacz doskonale wiedział jak zareagować, kiedy zobaczył eksplozję tuż przed sobą. Na silniejszej nodze odskoczył w prawo, strzelając w tym samym czasie w kierunku Anne. Nie spodziewał się on jednak zmiany taktyki przez rywalkę. Wpadł prosto w pchnięcie, które odrzuciło jego silniejszą nogę do tyłu ciskając go twarzą w piach.
Magister Galway trafiona gumowym pociskiem w wątrobę zgięła się natychmiast, jak rażona prądem. Upadając na piach, wciąż kurczowo trzymała swoją tarczę. Pocisk niczym puls elektromagnetyczny przeszedł przez całe jej ciało, wyłączając jego dolną część.
Jednak dźwięk jej upadku został zagłuszony przez kolejny wystrzał Lappsa. Czując jak łzy napływają jej do oczu, Anne zaciskała dłoń na ranionym miejscu, a drugą starała się utrzymać tarczę, która była jedynym czynnikiem wciąż chroniącym ją przed następnym atakiem.
Ten jednak nie nadchodził. Drugi pocisk musiał chybić.
Usłyszała potrójny dzwonek oznaczający koniec walki. Musiała krwawić. Nic dziwnego. Przymknęła oczy starając się powstrzymać łzy, aby móc wyjść z tego pojedynku z twarzą. Mimo iż ból był okropny nie zamierzała dać się ośmieszyć przez strzał w wątrobę. Zacisnęła zęby i zamierzała podnieść się od razu, kiedy Logan Thackerey lub ktokolwiek inny podbiegnie do niej, zapytać czy wszystko w porządku. W tej chwili wolała jednak jeszcze zebrać siły.
Wrzawa na stadionie jednak zniknęła. Brzmiało to prawie jakby była w bibliotece. Jedynie pojedyncze krzyki, które ciężko jej było zrozumieć. Do momentu gdy usłyszała wściekły głos Petra.
- Z drogi! Z DROGI! ZRÓBCIE PRZEJŚCIE!
- Wszystko w porządku.
- Zapewniła cicho, dźwigając się do siadu.
Nic nie było w  porządku. Bolało ją jak nigdy. Ale chciała chociaż wyglądać na twardą.
Po podniesieniu się odkryła jednak, że tłum, który Petr rozpychał nie zbierał się wokół niej. Odsunęła rękę od miejsca, w które trafił ją Lapps. Materiał na jej ciele nie był ani mokry ani czerwony.

- Kurwa jego mać! - Wydarł się Petr, kiedy przedarł się na tyle blisko, żeby zobaczyć wreszcie dwójkę medyków klękających nad badaczem.
Najbliżej zajścia była dwójka, która być może i nie znała się najlepiej, ale chwilowo doskonale radziła sobie ze współpracą. Nisheera, będąca opiekunką Ligi Sześciu Filarów, zużywała całe dostępne zapasy sił, żeby na bieżąco tamować krwawienie i łatać ranę. Z drugiej strony asury klęczał Oddi, wysoki norn o krzaczastych brwiach i bujnej czuprynie, założyciel grupy najemniczej "Szturm". Przeprowadzał pierwszą pomoc. Wielkimi jak patelnie dłońmi wykonywał masaż serca.
Po minach najemników łatwo było zrozumieć, że obydwoje wiedzą, że walczą w przegranym już boju.
- Co się stało?! - Zapytał natychmiast roztrzęsiony Petr.
- Kiedy upadał na glebę... miał palec na spuście... wystrzelił sobie w brodę. - Odpowiedział nienaturalnie chłodno norn między kolejnymi uciśnięciami.
- Pocisk wystrzelił prawie pionowo w górę. Gazy wylotowe wypaliły dziurę w brodzie Lappsa. Pocisk przebił się przez górną część szczęki i powędrował dalej, w kierunku mózgu. Nie wiemy jak głęboko. - Wyjaśniła zajście Nisheera.
Jej głos również był bardzo chłodny. Petr miał prawo wiedzieć, jednak w tej chwili jedynie jej przeszkadzał. Zanim jednak van Pedersen mógł zapytać jeszcze o cokolwiek, Oddi od razu go uciszył.
- Chyba nie...  - Szukał słów. - ...nie dopisało mu szczęście...

Akcja ratunkowa trwała jeszcze kilka minut. Wszystko to w towarzystwie niemalże ogłuszającej ciszy. Na nic zdała się natychmiastowa pomoc medyków. Wypadki się zdarzają, niestety również te śmiertelne. Front przeciwko Kralkatorrikowi nie spowalniał jednak tempa i już chwilę później pewnym stało się, że medycy potrzebni będą gdzie indziej, skoro dzień turniejowy i tak się skończył.
Zbiorowisko nie rozstępowało się zbyt szybko. W ponurej atmosferze zebrani nie bardzo wiedzieli jak mają zareagować na to co działo sie przed ich oczami.
Seth stał z palcami zaplecionymi na siatce ringu. Nie był w stanie uwierzyć w to co się stało. Na własne oczy zobaczył śmierć w turnieju.
Poczuł na plecach sporego rozmiaru dłoń. Nie musiał się odwracać, żeby wiedzieć, do kogo ona należy. Ponury chrapliwy głos odbił się echem w jego głowie.
- Ta, to mogłeś być ty.

« Ostatnia zmiana: Luty 04, 2020, 03:29:40 wysłana przez Tank »

Tank

  • Towarzysz
  • ***
  • Wiadomości: 75
  • Płeć: Mężczyzna
  • I'm a Tiger, you're a Maus.
168 godzin

Od dłuższej chwili panowała cisza. Ciemne, chłodne wnętrze pokoju przeznaczonego dla Marszałka Paktu wypełniało uczucie pustki. Marazm, do którego nikt nie przyznawał się w trakcie wojny, teraz wydawał się być obecny w każdym zakamarku tego pomieszczenia.
Dopiero w tej chwili Petr pojął prawdziwość określenia "Śmierć jednej osoby to tragedia, śmierć milionów to tylko statystyka." Właściwie nie pamiętał kiedy usłyszał to zdanie. W tej chwili nawet nie próbował sobie tego przypomnieć. Z jakiegoś powodu jego mózg pozwalał mu myśleć tylko o tych kilku słowach. Przez ostatnie kilkanaście dni słyszał o śmierci dziesiątek osób. Na własne oczy widział rannych, którzy przenoszeni byli do improwizowanego szpitala, zorganizowanego przez Vigil w południowym skrzydle Fortecy. Nie przejął się losami żadnej z tych osób. Zapytany nie potrafiłby nawet wymienić jednego imienia.
A mimo to, mimo iż doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że w tym miejscu nikt nigdy nie był bezpieczny, mimo że śmierć osób na polu bitwy spływała po nim jak po kaczce, z jakiegoś powodu nie był w stanie przejść tak po prostu obok śmierci Lappsa. Było w tym coś niesłychanie niemożliwego. Smutny fakt, z którym nie chciał się pogodzić. W jego głowie kołatały się przedziwne myśli.
Przez ponad piętnaście lat doświadczenia z tego typu pojedynkami, nie miał okazji uświadczyć śmierci. Nie w jego turnieju.
Najchętniej zrzuciłby winę za smutny los asury na Canacha. Na jego dziurawe zasady. Na całkowity brak respektu dla tego jak śmiercionośnymi narzędziami są bronie, które trzymali zawodnicy tego turnieju na co dzień. Na to, że dostali zielone światło żeby się nimi posługiwać w trakcie walki. Wszystko to nie miało sensu. Wydawało się zbyt nierealistyczne. Głupie i naiwne.
A jednak stał w tym ciasnym pokoju wypełnionym dokumentami i planami ataku na smoka, w towarzystwie mężczyzny, którego miał już serdecznie dosyć, oraz sylvari, której jeszcze nigdy nie widział. Co gorsza, nie było tu dwójki, którą najchętniej w świecie by po prostu rozerwał. Ani Canach, ani Rytlock nie pojawili się razem z nim przed drzwiami Logana.
Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że wszyscy obecni w tym pomieszczeniu myślą, ale nikt nic nie mówi. Tylko potęgowało to ten nietypowy tok wydarzeń. W innych okolicznościach siedząca przy biurku, na którym rozłożone były dokumenty istotne dla Lappsa, sylvari w barwie żywej zieleni prawdopodobnie zdążyłaby już zebrać wszelkie podpisy i być w drodze, żeby przekazać sprawę innym. Teraz jednak czekała aż Thackerey lub van Pedersen coś powiedzą. Jednak żadnemu z nich nie było śpieszno. Zatem to ona musiała przejąć stery.
- Priory zajmie się przekazaniem wieści. - Powiedziała w końcu, prawdopodobnie żeby przełamać ciszę.
- Kogo wyznaczył Lapps? - Zapytał z automatu Logan.
Wszyscy, którzy udawali się do walki ze smokiem, musieli przejść prosty system zapisu aby w razie przedwczesnej śmierci można było poinformować bliskich, przyjaciół lub kogokolwiek tylko wybrali uczestnicy, o tym co zaszło.
- Małżonkę o imieniu Mikko oraz Perception Krewe, prawdopodobnie z sentymentu. Jeśli chodzi o Priory, to wieść już krąży. Jego przełożony rozdziela obowiązki Lappsa między innych. Dopilnowałam tego osobiście.
Nie wiadomo czy słowa sylvari wpłynęły w jakikolwiek sposób na Marszałka Paktu. Cały czas stał zwrócony plecami do pozostałej dwójki i jedynie kiwnął głową.
- Dziękuję Aotoge. - Rzucił odwracając się.
Na jego twarzy pojawił się pocieszający grymas mający przypominać uśmiech. Nie spełnił on swego zdania, jednak w jaki inny sposób ma wyglądać Marszałek Paktu, odbierający informacje o zmarłym towarzyszu. Zwłaszcza, kiedy jego śmierć widział na własne oczy, z odległości mniejszej niż trzydzieści metrów.
Sylvari skłoniła się delikatnie i odwróciła na pięcie. Zanim wyszła, jej wzrok na moment spoczął na Petrze. Przez ułamek sekundy ich spojrzenia skrzyżowały się. Ogromne uczucie pustki towarzyszyło człowiekowi. Aotoge zdała się wyczuć jego nastawienie. Delikatnie skinęła głową w jego kierunku, jakby pragnąc mu dodać otuchy.
"Tak musi być." zdawały się mówić jej oczy.
Dla Petra nie było to żadne pocieszenie. Odprowadził kobietę do drzwi chłodnym spojrzeniem, po czym znów spuścił głowę. Westchnął głęboko i uznając, że wszystko czego musiał być świadkiem zostało zakończone, ciężko opuścił skrzyżowane ręce i wykonał krok w stronę drzwi.
- To miał być towarzyski turniej Petrze. Dla rozrywki. - Rozpoczął Thackerey.
- A nie był? - Zdziwił się zirytowany od samego początku van Pedersen.
- Minęły zaledwie dwa dni. Mamy za sobą trwałe okaleczenie oraz śmierć. To nie jest bezpieczeństwo, które zapewniałeś.
- Nie zapewniałem bezpieczeństwa dla zawodników, którzy muszą przestrzegać zasad, wymyślonych przez kogoś kto nie ma o tym wszystkim zielonego pojęcia.

Petr cały się zjeżył kiedy tylko poczuł się atakowany przez Marszałka Paktu. Stanął twardo na nogach, zaciskając pięści. Tylko on wiedział, że wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej, gdyby to on zarządzał Ligą Arenową. Gdyby to on ustalał zasady.
Logan starał się uspokoić rozmówcę gestem otwartej dłoni.
- Wiem. - Zaczął spokojnie. - Ale prawda jest taka, że mamy na rękach krew naszego towarzysza. W najgorszym możliwym momencie. Teraz kiedy potrzebna jest nam każda...
- My? Jacy my? On się sam zabił! Strzelił sobie w brodę i po prostu się zabił! Bo wasze durne zasady na to pozwoliły!
- Wrzasnął Petr.
W trakcie plucia kwasem podłożył dwa palce pod własną brodę i zgiął kciuk, pokazując Marszałkowi co tak naprawdę miało miejsce, bo jego zdaniem Logan wydawał się już zapomnieć. Thackerey natomiast nie wyglądał jakby zamierzał się teraz kłócić. Pokiwał jedynie głową przymykając delikatnie oczy. Starał się brzmieć naturalnie i rzeczowo.
- Petr, choć zdecydowanie łatwiej byłoby mi zrzucić na kogoś winę, wiem że nie mogę. Obydwaj wiemy, że to nigdy nie powinno było mieć miejsca.
- I nie miałoby, gdybyście ułożyli zasady jak trzeba! Gdyby wszystko było jasne! Gdyby liczyło się dla was cokolwiek poza pieniędzmi z turnieju!

Agresywna postawa van Pedersena nie polepszała wcale sytuacji. Wskazywał palcem Marszałka Paktu wytykając mu błędy, których mężczyzna nawet nie popełnił. Jednak nie zanosiło się, żeby kilkoma niemiłymi słowami i nieprzyjemnym tonem miał złamać Thackereya. Choć jego słowa odbiły się od ścian, wracając z niemiłym pogłosem, jego wściekłość całkowicie niwelowała ich siłę. Zwłaszcza kiedy jego rozmówca, któremu wyraźnie nie kończyła się cierpliwość nie potrzebował uciekać się do argumentów siły krzyku.
Logan westchnął odwracając wzrok od stojącego przed nim człowieka. Usiadł na krześle i obrócił w swoim kierunku przyniesione przez Aotoge dokumenty. Lewą dłonią rozmasował swoje skronie i spojrzał na kartkę przed sobą.
- Czy twoim zdaniem powinniśmy kontynuować turniej? - Zapytał.
Petr został nieco zbity z tropu. Przetarł czoło prawym przedramieniem, rozluźniając nieco mięśnie. Zastanawiał się przez chwilę co odpowiedzieć. Miał ochotę wyrzucić z siebie całą wściekłość. Wszystko pod adresem Marszałka Paktu. Mimo, że nawet w jego opinii winowajców było więcej, a żadnego z nich nawet nie było z nimi w pokoju. Rozsądek zwyciężył. Van Pedersen wypuścił sporo powietrza przez usta i uspokoił swój ton.
- Tak. Jeśli zatrzyma nas ta śmierć... wszyscy wokół stracą morale. Zaczniemy bać się smoka.
Thackerey wydawał się zadowolony odpowiedzią jaką usłyszał. Zmiana tonu również była miłą dla ucha zmianą.
- Nie oczekiwałem od ciebie ani skruchy, ani wyrozumiałości, ani nawet spokoju. W dalszym ciągu nie zamierzam ich od ciebie wymagać. Wiem doskonale jakie uczucie ci towarzyszy. Potrzebuję przemyślanych decyzji. To jest jedna z nich. Natomiast... zrób mi przysługę.
- Jaką znowu przysługę?
- Spytał Petr.
- Upewnij się, że nikt więcej nie ucierpi w tym turnieju.



W wydawałoby się nieskończonej pogoni za Kralkatorrikiem łatwo jest stracić poczucie czasu. Bohaterowie przychodzą i odchodzą. Pokonani, zranieni lub nawet martwi. Ich towarzysze starają się dopilnować, aby słuch o tych, którzy poświęcili swoje życie walce z najpotężniejszym tworem tego świata, nigdy nie zaginął. Tym, którym udało się przetrwać starcie ze skrzydlatą bestią i jego armią, pomaga jednak ktoś z goła inny.
Osoby, o których wcale nie jest aż tak głośno, mimo tego jak fundamentalną rolę w zjednoczonych siłach Tyrii odgrywają. Bohaterowie, których najważniejszym zadaniem jest zapobiec temu co ostateczne - powstrzymać nadciągającą śmierć. Nie pozwolić, aby ciemność otoczyła tych, którzy jako pierwsi rzucają się w bój.
Sanitariusze, medycy, lekarze, bo o nich właśnie mowa, przeżywają wydawałoby się nawet gorszy koszmar, niż ci, którzy spojrzeli śmierci w oczy. Ich zadanie, mimo iż pozornie proste, nie mogłoby być trudniejszym. W otoczeniu przejmującego chłodu, migotających świateł i jęków rannych, mieli za zadanie utrzymać przy życiu tyle osób ile się da. Nie ważne były koszta. Nie tylko dla Paktu, ale dla samych sanitariuszy.
Osoby odpowiedzialne za prowadzenie szpitala polowego w Thunderhead doskonale zdawały sobie sprawę z tego jak cenne jest każde życie w trakcie tej wyprawy. Kiedy o zwycięstwie zapewniającym bezpieczeństwo dla całego świata może zadecydować chociażby jedna dodatkowa para rąk, trzeba o te ręce zadbać.
Tylko jak długo można walczyć o czyjeś życie bez przerw, bez wytchnienia i często... bez efektów? Kiedy czyjaś dusza ulatuje z ciała na oczach chcących pomóc, wygrywa uczucie bezsilności. Trauma pochłaniająca cały umysł, która odbiera wszelkie siły do działania. Nawet jeśli udaje ci się wyzbyć uczuć wobec obcych, co kiedy na stole przed tobą pojawiają się twoi znajomi... przyjaciele... rodzina? Twoja psychika może nie wytrzymać.
To właśnie powód numer jeden, dla którego w szpitalu polowym w Thunderhead, dyżuru medycznego nie mogła pełnić tylko jedna osoba. Nawet jeśli tak jak teraz, była trzecia w nocy. Praca w parach czy grupach pozwala na wzajemne wsparcie, lecz co najważniejsze - pozwala zamienić się rannymi. Na wszelki wypadek.
Jest jednak osoba, która nie pozwoliłaby sobie odebrać członka własnej gildii ze stołu. Jedna z opiekunek Ligi Sześciu Filarów zużywała wszystkie pokłady energii jakie posiadała na kontrolowanie stanu jednego ze swoich podopiecznych. W czasie kiedy ranny, wyziębiony i ledwo odratowany Zaveba leżał nieprzytomny na łóżku, nad jego bezwiednym ciałem pochylała się Nisheera, przelewając w jego ciało każdą, nawet najdrobniejszą cząstkę magii, którą mogła przekształcić leczniczo. Przyszłość jej pobratymca nie była pewna. Dla niej, najważniejszym było aby pozostał wśród żywych. Zaveba, ten którego nazwała zwykłym, zrzędliwym, nienawidzącym wszystkiego złodziejem. Osoba, której często nie była pewna, teraz leżała przed nią, całkowicie nieprzytomna, tocząca bój z losem o własną duszę. A ona wcale nie zamierzała jedynie stać i się przyglądać.
Gdyby obok niej był to ktokolwiek inny, Nisheera dalej przelewałaby resztki siebie na rzecz Szkarłatnego Podróżnika. Ktoś jednak chciał, aby dyżur tej nocy razem z nią sprawował Oddi. Na co dzień rozmowny i wygadany norn, teraz wydawał się niesamowicie cichy. Przynajmniej na razie. Nie zapowiadając swojego nadejścia przystanął obok sylvari, z lewą dłonią wyciągniętą ponad ciało Zaveby.
Nagły blask błękitnego światła, sprawił, że Nisheera została wyrwana z transu. Zerknęła na swoją lewą, aby rozpoznać założyciela Szturmu. Spojrzała na niego zmęczonym lecz ciepłym wzrokiem. Wysoki mężczyzna jedynie kiwnął głową z niewielkim, pocieszającym uśmiechem.
- Odpocznij. - Zaproponował.
Odpowiedzią było tylko niechętne kręcenie głową uzdrowicielki. Jej widocznie słabnące dłonie nie zamierzały zrezygnować. Powoli gasnące światło wokół ran jej towarzysza zostało delikatnie zatrzymane, kiedy to norn delikatnym ruchem prawej dłoni przesunął jej nadgarstki bliżej niej.
- Nie pomożesz mu, jeśli sama się wykończysz. Dopiero co wyciągnęli cię z kryształu. Nie możesz rzucać swojego zdrowia na szalę. - Powiedział delikatnie, ale dobitnie.
Nisheera westchnęła, lecz uznała argumenty Oddiego za słuszne. Jej gildia włącznie z nią wyruszyła na misję ratunkową, w trakcie której niewiele poszło zgodnie z planem. Mieli niewiele informacji na podstawie których mogli działać, widoczność była ograniczona przez burzę śnieżną i działali na wrogim terenie. To nie jest misja dla ośmiu osób. Jednak tylko taką siłą dysponowała w momencie gdy Baragnir przypisał im tą misję. Przysiadła na krześle obok, obserwując pracę norna. Kiedy patrzyła na nieprzytomnego Zavebę jej wyraz twarzy zdradzał toczącą się w niej walkę. Choć doskonale szło jej ukrywanie wszystkiego co czuje przed osobami wokół, tym razem zapomniała, że ktoś może ją cały czas obserwować.
- Co cię trapi? - Zapytał Oddi, obracając delikatnie głowę na Nisheerę.
Uzdrowicielka Ligi nie odpowiedziała od razu. Spuściła nieco wzrok, starając się przybrać sztucznie neutralny wygląd.
- To tylko zmęczenie. - Zapewniła.
Oddi odetchnął, wypuszczając głośniej powietrze przez nos, jakby ubawiła go odpowiedź. Również przez moment postanowił nie kontynuować rozmowy. Skupiał się na pomocy. Jednakże osobą, która w jego mniemaniu potrzebowała pomocy, nie leżała przed nim na stole, a siedziała na krześle, nerwowo poruszając palcami obydwu dłoni.
- Powinienem w to uwierzyć?
Głos norna zdradzał, że zdanie to wcale nie niosło za sobą negatywnych emocji. Zadał proste pytanie, na które musiała nastąpić prosta odpowiedź. Oddi potrzebował zweryfikować czy powinien się w ogóle zagłębiać w problemy znajomej mu już twarzy. Pozostawił jej prosty wybór. Jeśli odpowie twierdząco, Oddi pozostanie osobą milczącą, tak długo jak będzie sobie tego życzyła sylvari. Z drugiej strony, zdecydowanie łatwiej by było, gdyby zdecydowała się jednak z nim porozmawiać. Powiedzieć... właściwie cokolwiek. Doskonale wiedział o tym, że ta rozmowa, jeśli w ogóle się odbędzie, nie będzie należeć do najłatwiejszych jakie w swoim życiu prowadził, ale czuł się w obowiązku pomóc. Jak zawsze. Wiedział jednak również, że kobieta ma pełne prawo mu nie ufać ze swoimi doświadczeniami życiowymi. I nie winiłby jej za to. Przed wspólnym wyruszeniem na do Thunderhead Peaks aby dopomóc Pakt w walce ze smokiem spotkał ją być może cztery razy, z czego raz nawet nie zamienił z nią żadnego zdania.
W tej chwili był niestety jedyną osobą wokół, której Nisheera mogłaby powiedzieć gdzie leży problem. Jakby nie było - strapienia medyków były zdecydowanie gorsze dla wszystkich rannych. Obecnych i przyszłych. W końcu rozbity uzdrowiciel może pomóc tak bardzo jak dużo może również wyrządzić szkód. Tego Paktowi wcale nie było potrzeba.
Sylvari długo biła się z myślami, zwracając wzrok na podłogę między swoimi stopami. Pochylona na swoim krześle złączyła dłonie i zastanawiała się co winna była odpowiedzieć. Najchętniej znalazłaby puste miejsce, w którym mogła by się wykrzyczeć i wyżalić na wszystko co trapiło jej duszę. W tak przeludnionej twierdzy nie było to jednak proste.
- Nie. - Odpowiedziała w końcu dość chłodnym tonem.
Wykonała pierwszy krok w kierunku rozmowy. Oddi nie śpieszył się z kontynuowaniem, skoro dla koleżanki po fachu samo rozpoczęcie tematu było tak wielkim problemem. Trochę tak jak gdy spotkali się po raz pierwszy w czasie inicjatywy gildyjnej. Obydwoje otoczeni byli innymi ludźmi, którzy przychodzili i odchodzili, ale oni... pozostali przy tym co uważali za najważniejsze. Mimo, że obydwoje przez pewien czas odłożyli swoje obowiązki na drugi plan, żadne z nich nie zrezygnowało z tego co gwarantowała im ich gildia.
- Oni?
Norn kiwnął głową w kierunku Zaveby, ale pewne było, że miał na myśli całą gildię najemniczą Nisheery. W przeciągu ostatnich trzech dni większość z nich znalazła się tutaj. Wszyscy w ciężkim stanie, niektórzy jak sylvari którym się właśnie zajmował, w krytycznym. Miał okazję zajmować się niektórymi z nich. Na całe szczęście dla niego, był w stanie się łatwo od nich zdystansować. Po prostu ich nie znał. Słyszał o nich, nawet widział jak niektórzy walczyli w turnieju, ale to byłoby tyle jeśli chodzi o jego interakcje z członkami ligi.
- Mhm. - Przytaknęła Nish, nie mówiąc nic.
Wydawała się rozbita. Nawet norn był w stanie to wyczuć. Tak nietypowe dla opiekunki ligi sześciu filarów zachowanie zdawało się go poruszyć. Za każdym razem gdy ją widział, była raczej powściągliwa. Nie starała się mówić za dużo. Zawsze do przesady chłodna i profesjonalna. Tak jakby cała agresja czy szczęście drzemiące w niej przeradzały się w pasywne zachowania. Jak gdyby jej jedynym sposobem na okazywanie emocji było... chowanie ich. Skazywanie rozmówcy na domyślanie się, jaka tak właściwie Nisheera jest.
- Niezniszczalne skurczybyki. - Zażartował Oddi. - Tacy to przeżyją nie jedno.
Całkowitym przypadkiem norn trafił w punkt. Po raz pierwszy zobaczył jakąś reakcję w sylvari. Kobieta ze sporym impetem przyłożyła pięścią w stolik obok. Narzędzia medyków wyskoczyły z metalicznym brzękiem zdającym się przedstawiać wściekłość opiekunki. Reakcja tak niespodziewana, że zazwyczaj niewzruszony mężczyzna aż drgnął.
A potem cisza. Nie wyglądało, żeby ktoś miał coś powiedzieć. Nisheera podciągnęła kolana pod brodę, całkowicie odrywając się w ten sposób od podłogi. Drgnęła delikatnie. Na jej twarzy nie malowała się jednak żadna emocja. Oddi nie był w stanie stwierdzić czy to wściekłość czy smutek. Gest był jednak uniwersalny. Kobieta nie umiała poradzić sobie ze wszystkim co kołatało się w jej głowie.
- Tak niewiele brakowało żeby... - Zaczęła, jednak nie kontynuowała.
Przez moment dwójka była całkowicie cicho. Nawet dźwięk leczniczej magii przepływającej przez dłonie norna w kierunku nieprzytomnego członka ligi ucichł. Mężczyzna doskonale wiedział, że w tej chwili kwestia wyzdrowienia najemnika nie jest już w rękach ani jego, ani Nisheery. Teraz stymulował jedynie stan pacjenta.
- A jednak nic takiego się nie wydarzyło. - Odpowiedział lider Szturmu, wiedząc o czym myśli sylvari.
Tym razem kobieta odpowiedziała natychmiast.
- Cud. Jeden wielki cud. Głupi przypadek, który uratował moją gildię... moją... rodzinę. - Nisheera zaczęła być choć trochę bardziej wylewna. - To nawet nie była nasza misja. Ruszyli na żywiołaki, na brandedów... na anomalię. Mimo, że nie musieli walczyć w takich warunkach. Mimo, że były inne drogi. Mimo, że dostali raport, że napiętnowanych jest więcej. Wszyscy byli pijani poprzednimi sukcesami. Zlekceważyli wroga. Zlekceważyli zagrożenie. Zlekceważyli mnie, opiekunkę...
Sylvari urwała. Pokiwała głową niezadowolona. Jakby w nagłym przypływie emocji zrozumiała, że mówi za dużo. Osobie, która nie dość że nic nie wie, to jeszcze jest jej po prostu obca. Poczuła że się zagalopowuje. Spada głęboko w odmęty pychy i dumy. Jak gdyby to ona była w tym wszystkim najważniejsza.
Norn wydawał się jednak rozumieć. Pokiwał głową, po czym oddał trochę swojej energii nieprzytomnemu, aby rozruszać prawie że zamarznięte przewody po których krążyła żywica. W tym samym momencie proteza na lewej dłoni Zaveby wystrzeliła fragment sprężyny na zewnątrz pod wpływem magii norna. Dla Oddiego był to dobry moment, żeby móc zaangażować się trochę bardziej w pacjenta. Być może brak kontaktu wzrokowego pomagał Nisheerze mówić. A sam fakt, że mówiła niepytana był już postępem. Pochylił się lekko nad najemnikiem, chwytając delikatnie za stalową dłoń. Metal był w okropnym stanie. Zimno mogło nie doskwierać Zavebie w trakcie zamieci. Jego sztuczna dłoń nie była jednak tak dobrze przyzwyczajona do zmian temperatury. Metal na pewno odczuł upływ czasu w mrożącym krew w żyłach chłodzie.
Norn przejechał kciukiem po poszczególnych częściach, odnajdując w końcu sprężynę w nadgarstku. Nie znał się na budowie tego cudu natury. Delikatnym pchnięciem palca schował mechanizm wewnątrz dłoni. Proteza wróciła do normy.
- Ale nikt ich nie był w stanie powstrzymać. Nawet ty. Ich lider. - Słowa Oddiego wydawały się wydobywać z jakiegoś głębszego wnętrza. - Opiekunka. - Poprawił się.
Nisheera oderwała wzrok od osób leżących wokół i skupiła go na karku mężczyzny.
- A potem... trafili na problem, którego już nie byli w stanie przeskoczyć. Ale wtedy było już za późno.
Wszystko o czym mówił lider Szturmu było zbyt prawdziwe dla sylvari, żeby nie poczuła się dziwnie słysząc te słowa kierowane do niej. Wyprostowała się nieco w krześle, a jej wzrok stał się podejrzliwy.
- Ale, nie przemówisz im do rozsądku. To najemnicy. Królowie własnego losu. Kompletnie nieświadomi tego na jak wielkie zagrożenie wystawiają nie tylko siebie, ale i wszystkich swoich towarzyszy. Bo dla nich to zabawa, zarobek, wyzwanie... ale nigdy coś poważnego. Jak gdyby śmierć miała ich nigdy nie dotknąć. Ich zgubą nie będą potężni wrogowie... tylko oni sami, gdy pewnego dnia przeliczą się, gdy będzie zależało od tego ich życie.
Po tych słowach norn zamilczał na dłuższą chwilę, pozwalając sylvari przyswoić sobie wszystko co jej powiedział. Na jego ustach zagościł niewielki uśmiech, kiedy to opiekunka Ligi nie zbyła go żadnym chłodnym komentarzem, a jedynie siedziała obok, trawiąc informacje, walcząc sama ze sobą.
- Doskonale wiem co czujesz. - Zapewnił. - Ale... jak głupio by to nie brzmiało... daj im być tym kim chcą być. To ich życie. Nakładając na nich ograniczenia tylko ich przeciwko sobie zbuntujesz. Stracisz szacunek jakim na pewno cię darzą.
- Nie mogę im po prostu pozwolić, żeby dali się pozabijać!
- Warknęła nagle Nisheera.
Norn wydawał się rozbawiony tą reakcją. Uśmiechnął się znowu, tym razem ciepło i z jakąś nutą zrozumienia. Jak gdyby sam kiedyś przechodził to, przez co przechodzi w tej chwili kobieta siedząca obok niego.
- Czy któreś z nich kiedyś dało się zabić? - Zapytał po prostu. - Czy ktoś z twoich zginął, a ty musiałaś na to patrzeć?
Nisheera przez moment nie odpowiadała na to pytanie. W końcu przyznała cicho.
- Dwie osoby. - Nie podawała imion, ale jasnym było, że dobrze to pamięta.
- Więc doskonale wiesz, że nic na to nie poradzisz. - Rzucił tylko. - Mam coś co może cię pocieszy.
Norn odpiął swój futrzany płaszcz i odgarnął jedną część koszuli, ukazując nagi tors. Nie był on pełen tatuaży jak to często bywa w przypadku nornów. Ten był właściwie pusty, gładki. W delikatnym kolorze prawie że białej karnacji Oddiego.
Puknął dwukrotnie palcem wskazującym w swoją pierś, pozwalając Nisheerze zobaczyć co tak właściwie chciał jej pokazać. Blizny. W dziwnej harmonii. Cztery pionowe, cięte rany, przebite jedną na ukos. Obok nich cztery kolejne. Te również zabite piątym cięciem. Poniżej nich, znajdowały się jeszcze cztery. Tym razem bez żadnych dodatkowych cięć. Jedynie cztery puste ramy. Wszystkie o długości nie więcej niż pięciu centymetrów.
- Czternaście osób. - Rzucił ponuro. - Czternastka wspaniałych wojowników... towarzyszy... przyjaciół. Wszyscy niezniszczalni. Nie straszna im była śmierć. I już nigdy nie będzie. Niektórzy zginęli, bo nie posłuchali rozkazów. Inni, bo usłuchali. Wiesz jednak co ich łączy? Zrobili to, co uważali za słuszne. To była ich decyzja, na którą ja nie miałem wpływu. Poszli w ogień za mną lub za innymi. I przyszło im za to zapłacić najwyższą cenę. Przez moment też myślałem, że po prostu mnie nie słuchają. Lekceważą. Jakby brak szacunku dla lidera dodawał jakieś punkty w towarzystwie. Nic bardziej mylnego.
Norn zapiął koszulę i znów zarzucił na siebie płaszcz kontynuując.
- To dobrze, że się martwisz. To źle, że im o tym nie mówisz. Wiesz co poskutkowało dla mnie?
Nisheera odpowiedziała jedynie nieznacznym potrząśnięciem głowy.
- Powiedzenie im, co dla mnie znaczą. Ale nie wszystkim na raz. Wyśmiali by mnie. Każdemu z osobna. Sam na sam... wszyscy są inni. Dbają o więcej. Nie muszą budować przed światem jakiegoś dziwnego wizerunku osób którymi nie są. Ego schodzi na drugi plan, a na pierwszy wchodzi troska o to co dla nich ważne. A jeśli jesteś dla nich choć w połowie tak ważna jak myślę, że jesteś... to zaczną cię traktować nie jak opiekunkę, a raczej jako... jak to powiedziałaś... rodzinę. I pewnie, w rodzinie często się kłócimy... ale dobro innych jest zawsze ważniejsze niż jakieś tam spory.
Sylvari mogłaby nie chcieć przyznać racji gadatliwemu nornowi, ale jakoś nie potrafiła. Jego słowa z jakiegoś dziwnego powodu uderzały głęboko w to, co plątało się w środku niej przez ostatni rok. Coś, czemu niedawno próbowała dać upust, ale czego nie mogła się tak po prostu z siebie wyzbyć. Tak jakby starając się pozostać obojętną, musiała zabić część siebie samej. Więc, dając świadectwo swojemu zrozumieniu pokiwała jedynie głową. Może to o czym mówił Oddi nie było tak dalekie od prawdy jak mogłaby się spodziewać. Może ten cały czas młodo wyglądający norn przeżył nieco więcej niż mogłoby się jej z początku wydawać.
Szczęśliwie dla niej nie musiała nic mówić, bo ten niezrażony kontynuował.
- Ale... czego byś nie zrobiła... czy im nakażesz, czy zabronisz czy poprosisz... oni będą dalej walczyć. Do upadłego. Tak długo jak będzie trzeba. Jak Reksa.
Oddi wskazał dłonią na coś kilka łóżek dalej. Kiedy sylvari spojrzała we wskazanym jej kierunku spostrzegła jedynie nie poruszające się, zwinięte w kulkę ciało kruczoczarnej popielki. Gdyby nie co chwilę drgająca mimowolnie kita jej ogona, Nisheera mogłaby pomyśleć, że Reksa przegrała swój wyścig o życie. Jej rany w większości zostały zaleczone, ale wciąż wyglądała na okropnie poturbowaną. Mimo potencjalnego braku przytomności, kocica chowała nos przed światem zewnętrznym. Zapewne oznaczało to, że największe obrażenia jakie otrzymała zostały na jej pysku.
Kobieta westchnęła czując jakąś wewnętrzną bezsilność, mimo tego, że nie miała nawet okazji poznać charrzycy. Nie miała nawet pojęcia, co mogło jej się przydarzyć. To nie ona zajmowała się kocicą. Prawdopodobnie była wyciągana z kryształu, kiedy Reksa tu trafiła. Wracając wzrokiem na norna załapała się na nieco weselszą notkę.
- Żadno z nich nie będzie mogło narzekać, że ich przeciwnik miał więcej czasu na odpoczynek. - Rzucił Oddi, zerkając to na Reksę, to na Zavebę.
Przyszli rywale, w tej chwili obydwoje całkowicie bezsilni wobec tego co los rzucił w ich kierunku. Obydwoje skazani na łaskę medyków, kiedy to ich ciała nie poradziły sobie z wyzwaniem.
- Wracając... kiedy nadejdzie najgorsze... - Oddi zatrzymał się na moment. - ...ze wszystkimi da się wygrać, ale nie ze śmiercią.
Chwilę później, jego ton zmienił się na pogodniejszy.
- Przynajmniej ja nie znam nikogo, kto wstałby po kulce w łeb.
- Może masz rację.
- Odpowiedziała Nisheera przejeżdżając dwoma palcami po bliźnie na czole.



Petr poprawił swoją kurtkę. O ile w twierdzy dało się wysiedzieć w samej koszuli, o tyle temperatura na zewnątrz była nie do zniesienia. Całe szczęście odwalił swoją robotę i mógł zaraz wrócić do środka. Robiąc kolejne kroki po wydeptanej ścieżce w śniegu myślał o tym, co właśnie robił. Nie do końca był w stanie zrozumieć dlaczego jemu również trafiła się obowiązkowa warta.
Nie narzekał, po prostu nie sądził żeby teraz się jeszcze do czegokolwiek nadawał. Sześć lat temu? Wtedy można było o tym porozmawiać. Teraz był tylko cieniem samego siebie. Ciągle wściekły. Ciągle szukający dziury w całym. Pełen sprzeczności. Zamiast dążyć do swoich celów podporządkowujący się wszystkim wokół.
Zupełne przeciwieństwo tego jak kiedyś wyglądał. Ale kto by pamiętał tamtego Petra.
- Pedersen!
Wołanie zza niego wytrąciło go z tych, być może nieco smutnych rozmyślań. Zatrzymał się w miejscu i obrócił, żeby zobaczyć nadbiegającą nornkę odzianą w grube futro. Z wyciągniętą ręką zatrzymała się tuż przy nim. Z jej dłoni zwisał niewielki złoty wisiorek. Kiedy tylko Petr zauważył ten gest odruchowo poklepał się po klatce piersiowej. Nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek go ściągał. Zwłaszcza w trackie warty. Być może jego głowa nawet w trakcie obowiązkowej służby znajdowała się gdzieś wysoko w chmurach. Przeklął się w myślach.
- Łańcuszek twojej... twój łańcuszek. - Powiedziała nornka.
Jedną ręką otworzyła jego dłoń, a drugą odłożyła do niej wisiorek.
- Dziękuję. - Odpowiedział po chwili Petr.
Nie wiedział co powiedzieć. Był wmurowany. Cała ta sytuacja była po prostu dziwna. Jak wszystko co działo się wokół niego od kiedy trafił do Thunderhead.
Nornka skinęła głową i już miała odchodzić, ale człowiek ją zatrzymał.
- Poczekaj... skąd wiesz, że należał do mojej...
Nie dał jednak rady dokończyć tego pytania. Kobieta uśmiechnęła się nieco ponuro. W jej kasztanowych oczach pojawiło się wyraźne współczucie. Poklepała człowieka po prawym ramieniu.
- Wszyscy pamiętają, że to dla niej zacząłeś. - Przerwała na moment i czując, że o ile ona zna Petra, o tyle on zapewne nie wie o niej zbyt wiele, postanowiła nie kontynuować. - Przykro mi.
Skinęła znów głową, wracając do miejsca gdzie stacjonowała. Zostawiła van Pedersena z dłonią zaciśniętą na łańcuszku, cały czas wpatrzonego w jej plecy. Mimo iż śnieg i wiatr smagały jego nagą głowę, przypominając mu o tym jak zimno jest na zewnątrz, przez dłuższy moment człowiek nie potrafił ruszyć się z miejsca.

Teraz, kiedy już wszystko co musiał zrobić dziś dla Paktu zostało zakończone, Petr ruszył w kierunku areny. Pruuf poprosił go o spotkanie, więc na pewno miał dla niego jakieś wiadomości. Ciekawe tylko czy dobre czy złe. Biorąc pod uwagę co wydarzyło się cztery dni temu... raczej nie było miejsca na dobre wiadomości. Mimo to, życie toczy się dalej. Chociaż pluł sobie w brodę, że imię Lappsa zostanie na zawsze powiązane z nim. Z jednej strony chciał zrzucić winę za to wszystko na Logana... na Rytlocka... na Canacha. Z drugiej, nie bez powodu to właśnie on miał być odpowiedzialny za uczestników. Jego priorytetem powinno było być zadbanie o to, żeby do takich sytuacji nigdy nie doszło.
Pokręcił głową niezadowolony, kiedy wchodził na arenę. Jak praktycznie o każdej porze dnia, kilka osób było w trakcie treningu. Zwrócił szczególną uwagę na dwie panie, walczące praktycznie na samym środku. Nie był jedyny. Kobiety walczyły w nieco inny sposób niż wszyscy wokół. Żadnych broni, żadnych zbroi. Top utrzymujący piersi w trakcie nagłych ruchów, długie luźne spodnie, dające swobodę kroków oraz taśmy na pięściach, chroniące przed obrażeniami. Wszystko takie... proste. Przypominające czasy kiedy to Petr zaczynał. Kiedy w pojedynku najważniejszą bronią było ciało. To były jeszcze czasy segregacji rasowych przed poszczególnymi walkami. Teraz to było nie do pomyślenia. Chociaż jak widać, nie dla wszystkich.
Prawie nie odrywając wzroku od toczącego sparingu odnalazł małe stoisko przy którym siedział Pruuf. Jak łatwo było się domyślić, ten pochłonięty był jakąś dokumentacją, praktycznie nie zwracając uwagi na wszystko co działo się wokół niego. Zapisywał coś na jednej kartce ze wzrokiem utkwionym w drugą, utrzymywaną w jednym miejscu za pomocą jego dłoni. Kiedy człowiek zabrał krzesło by przysiąść obok niego, praktycznie nie zareagował, pochłonięty swoim zajęciem.
- Ale tempo. Kto to? - Zaczął Petr, wskazując skinieniem głowy na walczące kobiety.
W jego oku łatwo było dostrzec błysk. Jak zwykle interesował go każdy kto przejawiał widoczną sprawność w trakcie pojedynku. Nigdy nie dbał o wojny. Liczyło się jeden na jednego.
Pruuf nawet nie oderwał wzroku znad stosiku papierków, a nawet odwrócił się na moment, szukając czegoś za sobą. Po tylu latach znajomości doskonale wiedział o kogo chodziło van Pedersenowi. Najwyraźniej asura znalazł to czego szukał, bo za chwilę wrócił do spisywania tego na czym mu zależało i bez podnoszenia wzroku odpowiedział człowiekowi.
- Niższa z walczących pań, ta w krótkich brązowych włosach to Floriana Clermont jeśli dobrze pamiętam. Jest tu z ramienia Vigil. Przynajmniej tak twierdzi. Obstawiła pierwszą rundę, nie uwierzysz, ze wszystkich obecnych na turnieju osób, na Annie Goldarrow. Jako jedna z dziewięciu osób, które nie są członkami Ligi Sześciu Filarów. Choć, wygląda że doskonale zna blondynkę za którą tak wodzisz wzrokiem kiedy tylko jest w pobliżu. A jeśli chodzi o pannę Clermont - nie zawitała aby obstawić ponownie, aczkolwiek pieniądze z wygranej zdążyła już odebrać.
Petr miał krótką chwilę, żeby skupić się na technice Floriany. Głównie dlatego, że to ona była w natarciu. Bazowała przede wszystkim na uderzeniach. Nie były one jednak proste, typowe dla ulicznych wojowników. Brakowało w nich też typowo wojskowego szlifu, tak charakterystycznego dla członków Vigil, który czasem objawiał się ich sztywnością. Jej ruchy były gładkie i eleganckie, ale co najważniejsze, planowane. Przemyślane od pierwszej do ostatniej sekundy. W tym pojedynku było to nieco problematyczne, gdyż zasięg jej ramion był krótszy od jej rywalki z powodu różnicy wzrostu. Do tego wycofana postawa drugiej z pań i skupienie na nogach nie pozwalały Clermont na wyprowadzenie zbyt wielu ciosów, które mimo wszystko wyglądały jakby mogły odebrać charrowi przytomność przy pojedynczym trafieniu.
- A ta druga? - Zapytał w końcu Petr.
Pruuf oderwał wzrok od notatek, które przeglądał. Tylko na moment, ale akurat w idealnym momencie aby zobaczyć jak Floriana pudłuje prawym prostym. Jej rywalka schodząc nisko na kolanach pochwyciła ją w pasie i zaciągnęła do parteru. Asura kontynuował gdy zobaczył jak Clermont ląduje na plecach w piachu i całkowicie niezainteresowany dalszym przebiegiem tego pojedynku pokręcił głową i wrócił do swojego zajęcia.
- Druga z pań, ta z czerwonymi włosami spiętymi w kucyk to Kira Sverige. W pierwszej rundzie obstawiła Reksę Havocslapper. W drugiej również. Jeśli pamięć nie myli, wspominała że jest treserką raptorów. Co wyjaśniałoby obecność tego jakże niegroźnego jegomościa.
Głos asury wydawał się nieco znużony. Niewielka dawka sarkazmu zdradzała jego niechęć do czegokolwiek o czym mówił. Zanim człowiek zdążył dopytać kogo lub co Pruuf ma na myśli, ten wskazał mu trzymanym w dłoni piórem przeciwną stronę pomieszczenia, gdzie po prawej od strefy treningowej zauważyć można było spory czarny kształt. Łatwy do przeoczenia. Przynajmniej do tej pory. Z tej odległości wyglądało jak stosik worków na śmieci. Kiedy jednak worki zaczęły się poruszać, Petr mógł dostrzec zwiniętego w kłębek, odpoczywającego na piachu raptora. Czarnego jak smoła. Jedynie jaskrawo żółte ślepia pozwalały odnaleźć odpowiednie kształty jaszczura z tej odległości. Światło padające z pochodni obok wydawało się wcale od niego nie odbijać.
Być może van Pedersen przyglądałby mu się dłużej, gdyby nie to że wskazany wierzchowiec podniósł głowę jak na zawołanie i leniwie skierował spojrzenie wprost na człowieka. Jak gdyby wiedział, że jest tematem rozmowy Pruufa i Petra.
- Nie jesteś fanem zwierząt? - Zapytał mężczyzna nieco rozbawiony.
- Nie jeśli ich zęby są większe niż przekrój mojej czaszki. - Odpowiedział asura wcale nie wytrącony z równowagi.
Wyczuwając kontakt wzrokowy ze zwierzęciem wrócił do swoich notatek. Wyraźnie nie był zadowolony z przyzwolenia paktu na wprowadzanie wierzchowców do twierdzy. Ale skoro było w niej miejsce nawet dla smoka to nie mógł na to narzekać.
- Jak spotkanie z Loganem? - Zmienił temat dyskusji na coś bardziej interesującego niż durna jaszczurka.
Petr westchnął krzyżując ręce na klatce piersiowej. Nie do końca wiedział jak ma właściwie odpowiedzieć na to pytanie.
- Mogło być gorzej.
- Gramy dalej?
- A spodziewałeś się czegoś innego?

Człowiek nie wydawał się zadowolony, ale brzmiało to jakby od dawna był przygotowany na to, co miało miejsce w czasie drugiego dnia turnieju. Oczywiście nie był uradowany tym faktem, ale być może w ten sposób łatwiej mu było sobie poradzić.
- Spodziewałem się wymuszonych zmian. Nie chcę mi się dawać wiary, że sam Marszałek Paktu nie poczuł się choć odrobinę wstrząśnięty tym, że nawet on nie dał rady ocalić życia członka wyprawy. Choć, przy tak doskonale skonstruowanych zasadach i ich spektakularnej egzekucji... aż dziw, że potrzeba było szesnastu pojedynków, żeby do czegoś takiego doszło.
- Nie no...
- Mruknął Petr. - ...wyglądał na trafionego.
Mężczyzna pokręcił głową wspominając to jak przez większość rozmowy prezentował się Logan.
- A ja się trochę zagalopowałem. - Opowiadał dalej. - Aotoge ma przekazać wiadomości o śmierci Lappsa. A my mamy dopilnować, żeby nic takiego więcej się nie powtórzyło.
- Aotoge? Czy to być może sylvari? Płci żeńskiej?

Petr wycofał głowę zdziwiony.
- Znasz ją?
- Nie. Ale znam Earlita.
- Kogo?
- Earlit. Również sylvari. Aotoge to jego partnerka.
- Partnerka?
- Zdziwił się znowu mężczyzna.
- Nie przejmuj się znaczeniem tego słowa. Tobie i tak żadna nie jest pisana.
Delikatna szpilka asury sprawiła, że zdziwiona mina Petra zniknęła natychmiast, a na jej miejscu pojawił się grymas tak typowy, kiedy jest się celem dobrej obelgi. Ponieważ nie posiadał żadnej ciętej riposty jedynie wyciągnął prawą nogę i szturchnął krzesłem Pruufa, kiedy ten był zajęty przepisywaniem czegoś na nową kartkę papieru. W efekcie gruba czarna kreska atramentu przekreśliła praktycznie całą długość dokumentu.
Asura westchnął tylko wymownie, odwracając wzrok na z jakiegoś powodu zadowolonego mężczyznę. Nie przerywając kontaktu wzrokowego zgniótł w dłoni zniszczony papier i odłożył go na bok. Kiwając głową na boki zawiedziony niesamowitymi pomysłami swojego współpracownika, Pruuf westchnął po raz drugi i wyciągnął nową kartkę.
- Mam dla ciebie dwie wiadomości. - Powiedział w końcu, skupiając się na czymś bardziej interesującym.
Jednak Petr już go nie słuchał. Jego uwagę skutecznie odwróciła kolejna kobieta, która pojawiła się na arenie. Tym razem jednak to nie jej styl walki go zainteresował, a faktycznie sama dziewczyna. Dzierżąc na plecach swój świetlny łuk, przez plac niedaleko nich przeszła Annie Goldarrow. Odziana w niedopiętą wysoko, delikatnie prześwitującą niebieską koszulę i dobrze opięte czarne długie spodnie przygotowane specjalne na trening.
Mężczyzna jak zahipnotyzowany wpatrywał się w każdy jej najdrobniejszy ruch. Jej kobiece względy go fascynowały. Mogło się to wydawać dość przyziemne, jednak dla kogoś takiego jak van Pedersen to była pierwszyzna. Jedyne co go interesowało w osobach na które patrzył to ich umiejętności. Dokładnie to samo miało miejsce kiedy obserwował pojedynek dwóch sylvari, kiedy zmierzał usiąść obok Pruufa. Nie zapamiętał nawet koloru ich liści. Czy to były w ogóle sylvari?
Z zamyślenia wyrwała go kartka papieru trafiająca go w skroń.
- ...a do tego mnie nie słuchasz. - Mówił Pruuf. - Po raz wtóry molestujesz wzrokiem pannę Goldarrow. - Upomniał go.
Petr został złapany na gorącym uczynku. Nie do końca miał jak wydostać się z tej pułapki zastawionej przez młodą dziewczynę. Szczęśliwie ktoś przyszedł mu z pomocą. Ktoś niespodziewany. Kiedy Annie przechodziła blisko środka areny, Sverige odwróciła wzrok od rywalki, całkowicie skupiona na walorach estetycznych blondynki. Jej mina zdradzała szczery podziw. Ale tylko przez chwilę, bo zaraz został on przymusowo starty z jej twarzy.
Z miejsca w którym siedzieli panowie idealnie można było zaobserwować jak prawy sierpowy należący do Clermont trafia kobietę o czerwonych włosach prosto w prawy policzek i odrzuca jej głowę na tyle mocno, że wytrąca ją z równowagi i wywraca na piach, zmieniając znów losy tego pojedynku.
- Nie ja jeden. - Zażartował Petr, wskazując brodą arenę.
- Ludzie... - Westchnął asura.
Zerknął w prawo, jego humor wcale się nie poprawił, po czym złapał znów za pióro i zanotował coś w dokumentach. Prawdopodobnie niezwiązanego z tym co działo się na arenie, gdyż żeby to zrobić wyciągnął jedną kartkę pełną notatek spod sporej sterty, zerknął na zegarek i postawił pięć symboli na papierze, po czym odłożył papier tam skąd go wziął.
Petr przypomniał sobie, że asura nic nie mówi, głównie dlatego, że kiedy faktycznie przekazywał informacje, mężczyzna był zajęty patrzeniem w obszar treningowy.
- Dobra, dobra. Masz dwie wiadomości. Dobrą i złą. Dawaj. Tą złą najpierw.
Pruuf westchnął nieco zawiedziony i zaczął od nowa.
- Potwierdzasz, że nie słuchałeś. Mam dwie wiadomości. Co ciekawe, obydwie są dobre.
- Obie dobre? To coś nowego.
- Zdziwił się Petr.
- Też byłem zaskoczony, że cokolwiek jeszcze może iść po naszej myśli. - Zażartował asura. - Jednak, jak widać i do nas nieszczęśników, los potrafi się czasem uśmiechnąć.
- To może zacznij od tej lepszej.
- Mam kogoś, kto zgodził się dołączyć do turnieju w miejsce Lornara.

Petr przyklasnął w dłonie. Faktycznie była to bardzo dobra wiadomość. Aż pochylił się w przód na swoim krześle zainteresowany. Dzięki temu mógł oderwać wzrok od areny.
- Kto to?
Asura po raz pierwszy wydał się nieco speszony.
- Kuglarka.
- Kuglarka.
- Powtórzył nieco zbity z tropu człowiek. - Zgodziła się walczyć w turnieju?
Jakiś niezrozumiały grymas pokazał się na twarzy Pruufa. Z początku dźwięk niezdecydowania podkreślony jedynie dziwnym gestem nie oznaczającym nic konkretnego były odpowiedzią, która musiała wystarczyć człowiekowi. Ponieważ jednak pewnym było, że nie była to zbyt wyczerpująca odpowiedź, szarawy asura kontynuował.
- Peppa w swym życiu zdążyła być już piratem i najemnikiem. Dopiero kiedy te scenariusze nie przyniosły jej oczekiwanego spokoju, postanowiła zmienić profesję. Ale dwa yoyo które dzierży w dłoniach pozostały niezmienione. Nie była chętna, ale ponoć po zobaczeniu kilku pojedynków sama chciała spróbować. Drugi dzień pierwszej rundy ją ominął. Może to i lepiej. Prawdopodobnie wiadomości tak czy siak do niej dotarły.
- Ale dopóki nie widziała na własne oczy, to nie skitra.
- Skomentował Petr.
- Zwłaszcza, że ma trafić na Goldarrow.
- Jasne...


Człowiek oderwał wzrok od towarzysza rozmowy i skierował go znów na arenę. Najpierw zatrzymał się na blondynce, ale wbrew sobie wolał jednak popatrzeć na dobrą walkę. Był to idealny moment, żeby zobaczyć jej koniec. Floriana wyprowadziła udaną serię uderzeń. Ostatnie z nich było lewym prostym wcelowanym w szczękę rywalki. Problemem Clermont było jednak to, że ponieważ udało jej się wejść w zasięg uderzeń była też podatna na powalenia. A z tego co zdążył już zaobserwować Petr, wyższa z kobiet była tą lepszą w parterze. Sverige schyliła się pod ciosem i z prędkością jakiej van Pedersen już dawno nie widział pochwyciła wyciągnięty nadgarstek rywalki w obie ręce od spodu i tym samym ruchem odbiła się nogami od ziemi. Te znalazły swoją drogę wokół szyi Floriany w podobnym czasie. Wydawałoby się prostym obrotem, Kira przełożyła lewą nogę nad gardłem sparing partnerki, a prawą pod jej karkiem. Lewa zgięta w pół zacisnęła chwyt, prawa asekurowała tył głowy Clermont przed twardym przyłożeniem w piach kiedy waga obu kobiet ściągnęła ją w dół. Nie tracąc czasu, Sverige odchyliła się tak jak mogła, wyciągając rękę Floriany byle dalej od niej, wyginając ją w stronę przeciwną do jej poprawnego zgięcia.
Człowiek od razu rozpoznał ten ruch. Był jednak pod wrażeniem, że mimo tego iż panie były w trakcie walki, wyglądało na to że obydwu zależało również na tym, aby ta druga nie ucierpiała. Nawet przez przypadek. Ta noga działająca jako poduszka dla Clermont nie powinna była się znaleźć w takim miejscu. Obie nogi powinny blokować dostęp do pochwyconej ręki rywalki.
Być może niefortunny los Lappsa sprowokował takie zachowania. Być może wzajemny szacunek stanie się na tej arenie czymś bardziej codziennym. Być może takie pojedynki wrócą do swojej dawnej świetności, kiedy to respektowało się przeciwnika i jego umiejętności, a nie zasłaniało dumą i pychą. W obecnych czasach mało kto był w stanie po prostu pogratulować przeciwnikowi. Albo życzyć mu powodzenia. Za jego czasów było to standardem. Przynajmniej zanim Petr trafił na arenę. Jemu nie zdarzało się być dobrze wychowanym czy pełnym respektu. W jego głowie pojawiła się myśl jakoby to on mógł zacząć te negatywne wzorce.
Z drugiej strony, być może po prostu ten chwyt jak i ciosy Floriany były po prostu źle wyprowadzone, a on doszukuje się większych podtekstów? Tylko czy to było w ogóle możliwe?
Nie przyszło mu znaleźć odpowiedzi na to pytanie, gdyż w czasie kiedy on zajmował się rozmyślaniem, lewa ręka kobiety o krótkich brązowych włosach zaczęła wyginać się w bardzo nieprzyjemny sposób. To był moment, w którym Clermont mądrze klepnęła kilkukrotnie zaciśniętą na sobie nogę rywalki, oddając walkę. Uścisk puścił natychmiast.
Petr wrócił wzrokiem do Pruufa, który również odkleił swoje ślepia, choć ten patrzył gdzieś na prawo.
- Ty jesteś pewien, że ona to tylko treserka raptorów? - Zapytał asurę, wskazując mu brodą na Kirę.
- Ty jesteś pewien, że ja to tylko bukmacher? - Odpowiedział natychmiast jego towarzysz.
Van Pedersen odetchnął głęboko. Czego jak czego, ale takiego zdania się nie spodziewał. Nie dlatego, że nie wiedział. Dlatego, że było zaskakująco proste i wyjaśniło mu wszystko co chciał wiedzieć. Nawet gdyby miał dalsze pytania, nie musiał ich nawet zadawać.
- No tak... - Mruknął.
- Każdy z nas musi w pewnym momencie życia się gdzieś ustatkować.
Mężczyzna nie miał żadnego dobrego schematu jak kontynuować tę rozmowę. Podrapał się z tyłu brązowawej czupryny i spojrzał znów w kierunku areny. Wyglądało na to, że panie wymieniają poglądy po walce. Obydwie wydawały się być w dobrych humorach. Czy możliwym jest, żeby tak jak kiedyś walka z kimś zbliżała do niego, zamiast oddalać? Że wzajemny szacunek znów zaczynał przeważać nad bezsensowną rządzą krwi, o którą teraz tak łatwo?
Przez moment Petr uśmiechnął się do siebie, myśląc o takiej teraźniejszości. O tym, że coś takiego może znowu zaistnieć.
Miał jednak tego pecha, że robiąc to wpatrywał się wprost w plecy Annie Goldarrow rozpoczynającej właśnie swój trening siłowy. Jego karą było natychmiastowe uderzenie zwiniętą w twardy rulon gazetą w tył głowy. Pruuf musiał trzymać ją przy sobie tylko by móc trzepnąć kogoś w tył głowy w ten sposób co jakiś czas.
- Ała, no czego? - Zapytał nieco zirytowany człowiek.
Rozłożył ręce domagając się wyjaśnień. To pytanie było ogromnym błędem z jego strony. Asura miał już wyjaśniać, ale ponieważ usłyszał ton w jakim wypowiedział się jego współpracownik nie zawahał się przyłożyć gazetą po raz drugi przez głowę Petra.
- Jak już koniecznie musisz wpatrywać się w zakończenie pleców panny Goldarrow, to chociaż nie uśmiechaj się tak do siebie, bo wyglądasz jak zboczeniec, a nie jak profesjonalista.
- Nawet nie patrzyłem na nią!
- Bronił się van Pedersen.
- A Zhaitan nawet nie był smokiem... weź się za siebie człowieku, bo to ty powinieneś być moim szefem nie ja twoim.
Nauczycielski ton Pruufa w połączeniu z jego ofensywną postawą i niezadowoloną miną sprawiły, że Petr nie planował się dalej kłócić. Po prostu gestem obydwu dłoni uspokoił towarzysza, dając jasno do zrozumienia, że zrozumiał swoją lekcję. Mimo, że jej nie zrozumiał. Ale nikt nie musiał tego wiedzieć. Pragnąc udobruchać trochę już rozjuszonego przyjaciela założył ręce na klatkę piersiową i odchylając się na krześle powiedział.
- To największy problem mamy z głowy. Co masz dalej?
- Kogoś do duetu z Elli. Rogan Jawspinner. Z ramienia Vigilu. Doskonały taktyk wojenny. Ma swoje lata świetności trochę za sobą, zwłaszcza po odbyciu nie jednego natarcia na Płomienny Legion w ramach charrzej wojny domowej, ale energii mu nie brak. Nie jedno już widział. Powinien się dobrze odnaleźć jako analityk. Jest tylko jeden problem.

Petr uniósł wyżej brew.
- Jaki?
- Aurus go znalazł.
- No to cudownie. Dopiszę mu kolejną butelkę whisky do listy drogich alkoholi, które jestem mu winien. Problem z głowy, coś dalej?

Asura zerknął na prawo, po czym wrócił wzrokiem na człowieka. Pokiwał głową nieco niezadowolony.
- Wybór na papierze jest dobry... ale wiesz jaki jest Aurus. - Mruknął.
- Przystojny? Wysportowany? Utalentowany? - Zapytał van Pedersen rozkładając ręce.
- To miłe że go doceniasz, ale szukaj dalej.
- Bystry? Głodny wiedzy? Cierpliwy?
- Wśród negatywnych cech.
- Uzależniony od ognia? Uparty? Nie przejmuje się problemami innych?
- Słuchaj Petr, gdybyś był choć trochę głupszy musiałbym cię podlewać dwa razy w tygodniu.
- Wyrzucił z siebie Pruuf.
Ze sporym impetem usiadł znów na swoim krześle i odłożył zwiniętą gazetę z frontu gdzieś na bok. Złapał znów za pióro i wyciągając jedną z kartek ze swojego stosu zaznaczył coś na niej, po czym wymierzył czarnym gładkim końcem we współpracownika.
- Aurus ufa tylko ludziom, z którymi spędził wystarczająco dużo czasu.
- A to problem, bo...?
- Bo takie osoby czują się bardzo komfortowo na pozycjach, które już zajmują. Nawet jeśli sprawdziłby się jako analityk, jego miejsce jest w Vigil. Gdybyśmy chcieli ponowić z nim współpracę będzie to bardzo trudne, jeśli w ogóle możliwe. Sam fakt, że wyraził chęć współpracy jest tylko i wyłącznie zasługą Aurusa, który, o ile nie mam pojęcia jak go przekonał, to z pewnością przedstawił Roganowi tę okazję jako jedyną w swoim rodzaju.

Petr spojrzał pobłażliwym wzrokiem na swojego towarzysza.
- I co w tym złego? Skupmy się na tym, co tu i teraz. Nie skończyliśmy jeszcze tego turnieju, a ty już myślisz o przyszłości. Równie dobrze nikt z nas może nie dożyć kolejnego dnia. Po co się na zapas martwić tym co będzie po Thunderhead? Jakoś to będzie.
Pruuf odłożył pióro na blacik. Złożył ręce i możliwe że nawet zdziwił się rzeczową odpowiedzią jaką usłyszał. Przez chwilę trawił to co usłyszał, rozmyślając nad wszystkimi możliwymi rozwiązaniami dla swoich dalszych dywagacji. Odwrócił głowę na prawo. Uderzył kciukiem w blat stołu kilka razy, zastanawiając się czy faktycznie jest sens szukać dziury w całym.
Petr podsunął swoje krzesło nieco bliżej.
- Na co ty tak co chwilę zerkasz? - Zapytał nieobecnego wzrokiem asurę.
- Na nic. - Odpowiedział Pruuf zgodnie z prawdą. - Masz rację. Możemy się brać za robotę. Mamy niecałe 60 godzin.



Nie każdy mógłby zareagować na otarcie się o śmierć w krysztale w połowie tak dobrze jak Forest. Druid Ligi Sześciu Filarów postanowił zająć się tym, co po prostu sprawiało mu przyjemność. Palił fajkę, mieszając różne rodzaje trunków. Nie zapowiadało się, że po wyjściu ze szpitala rychło otrzyma jakąś przymusową wartę co tylko poprawiało mu nastrój, zwłaszcza, że dzięki temu mógł w spokoju odetchnąć. W końcu nic nie działało tak kojąco na umysł i duszę jak trochę leczniczych ziół podanych do mózgu w postaciach płynnej i gazowej.
Zwłaszcza, że miał pewność co do swoich źródeł. W końcu sam nimi był. Nic co wyszło z pod jego rąk nie mogło mu zatem zaszkodzić. A fakt, że właśnie zużywał zapasy, które przygotował sobie na dwa przyszłe tygodnie... cóż. Okazja dobra jak każda inna. Kilka minut dłużej w krysztale i mógłby już nigdy nie spróbować wspaniałych właściwości leczniczych i odprężających gwarantowanych przez te znamienite rośliny.
Docierał powoli do stanu, w którym nic poza orzechami, z których wykonana była jego nalewka nie robiło mu różnicy. Fajka powoli się kończyła, ale efekty uboczne jej wypalania dopiero zaczynały. Błogostan, którego było mu trzeba w czasie kiedy całe jego ciało wciąż odczuwało trudy ostatniej misji gildii.
Nie było jednak dane nacieszyć mu się tym stanem zbyt długo. Jak cień w słoneczny dzień, z nikąd pojawił się obok niego Zaveba. Jego towarzysz i brat spojrzał na niego z góry, kiedy to Forest siedział w pełnym spokoju na czerwonym kocu, który zabrał ze sobą w podróż.
- Forest. - Zaczął złodziej.
- Cześć. - Druid nie wydawał się speszony. - Chcesz się dołączyć?
Sylvari wyciągnął dłoń w której trzymał fajkę w kierunku towarzysza z gildii, gotowy się podzielić. Brak jakiegokolwiek gestu ze strony jego rozmówcy kazał mu jednak ją cofnąć. Wzruszył ramionami. Dla niego to nawet lepiej, więcej ziół do wypalenia. Przez niekomfortowo długą chwilę Zaveba nie powiedział nic, jedynie zerkając zza swoich gogli na "medytującego" druida.
- Potrzebna mi przysługa. - Przyznał w końcu.
- Tobie? - Zdziwił się Forest. - No to mów. W czym ci pomóc.
Forest potrafił być bardzo otwartą osobą. Zwłaszcza pod wpływem działania swoich leczniczych specyfików. Zawsze lubił towarzystwo i alkohol, więc nic dziwnego, że pod ich wpływem bardziej otwierał się na świat zewnętrzny.
Z Zavebą sprawa miała się trochę inaczej. Rzadko kiedy mówił dłużej. A jeśli mu się to zdarzało, to jego ton był monotonny i znudzony. Złodziej zawsze preferował robić niż mówić. Jeśli miał coś robić, to świetnie wychodziło mu trzymanie rąk w kieszeni i podrzucanie zapalniczki, którą zawsze przy sobie trzymał. Teraz jednak, kiedy wychodził ze sprawą, to on musiał być osobą mówiącą, jeśli chciał uzyskać jakąś pomoc.
- Obstaw moją walkę.
Forest zdziwił się nieco.
- Sam nie możesz? Wszyscy to robią.
- Przeciwko mnie.

Nastała chwila ciszy. Druid zainteresował się trochę bardziej. Jego oczy baczniej zaczęły przyglądać się towarzyszowi.
- Przeciwko? - Dopytał.
Odpowiedziało mu jedynie nieme kiwnięcie głową.
- Co ty kombinujesz Zav?
W odpowiedzi sylvari w goglach jedynie upuścił woreczek wypełniony monetami przed nogi Foresta.
- Nie musisz wszystkiego wiedzieć. 25 procent twoje. Za fatygę. - Zapewnił.
Druid spojrzał podejrzliwym wzrokiem na Zavebę, jednak podniósł woreczek i zważył w dłoni. Było tam na pewno kilka złotych monet. Przez moment sylvari chciał pytać dalej, co tak właściwie chodzi jego bratu po głowie, zwłaszcza, że czytanie aury złodzieja nie należało do najłatwiejszych. Nawet kiedy zmysły druida były ekstra czułe dzięki wzmocnieniu ziołami.
Szczęśliwie, wbrew temu co zadowalałoby złodzieja, odpowiedź przyszła w postaci pojawiającego się niemalże z nikąd strażnika. Wychodząc z iluzji, Dimitrjev odbił się prawą stopą od ściany i podszedł bliżej rozmawiającej dwójki.
- To ja ci powiem co kombinuje. - Zaczął, wtrącając się do rozmowy. - Wie, że prędzej czy później wyleci z turnieju, więc woli wylecieć na własnych zasadach.
Ton Dimy był zdecydowanie ostry. Brzmiało jakby gardził taką decyzją. Do tego wzrokiem pełnym zniesmaczenia obdarzył to co mógł, czyli refleksyjne szkło na goglach sylvariego. Panowie mierzyli się wzrokiem przez krótki moment w trakcie którego Forest zdążył już wziąć dwa kolejne wdechy swojego specyfiku.
- Nie wylecę z tego turnieju, dopóki się nie skończy. - Rzucił oschle Zaveba. - A nie chce mi się czekać na wypłatę aż tak długo.
- Nawet jeśli uda ci się przejść przez Reksę, dalej trafiasz na mnie. Dlatego się boisz.
- Bać się? Ciebie?
- Przecież widzę, że trzęsiesz spodniami jak galareta.
- Dziadek, ciebie nawet twój podopieczny się nie boi.

Dima i Zaveba wymieniali się jednozdaniowymi obelgami i pogróżkami, lecz Forest nie był zbytnio zainteresowany tym o czym rozmawiają panowie. Zwłaszcza, że ponieważ postanowili zacząć skakać sobie do gardeł, on znowu miał spokój i mógł bez przeszkód oddać się alkoholowi. Wyciągnął zastępczą piersiówkę w kierunku kłócących się dalej mężczyzn. Nie miał już nawet pojęcia o czym mówili. Być może była to wina jego ziół. Ale zapytać należało.
- Ktoś chętny? - Zapytał trzęsąc przed sobą piersiówką.
Panowie byli zbyt zajęci rozprawianiem kto czego się nie boi, żeby zauważyć ten drobny w ich mniemaniu gest druida. Forest niezrażony wzruszył ramionami.
- Więcej dla mnie.

« Ostatnia zmiana: Marzec 10, 2020, 02:39:34 wysłana przez Tank »

Tank

  • Towarzysz
  • ***
  • Wiadomości: 75
  • Płeć: Mężczyzna
  • I'm a Tiger, you're a Maus.
Powrót

Nieważne kim jesteś gdy wyruszasz walczyć ze smokiem. Nie jesteś gotowy. Nikt nie może być gotowy. W przypadku Kralkatorrika zagrożenie zawsze wydawało się być tak blisko, jednak nikt nie wiedział, kiedy nastąpi ten decydujący moment. Moment, o którym nie wypadało mówić głośno. Atak na twierdzę.
Perspektywa ogromnej bitwy ciążyła nad głową każdej osoby obecnej w Thunderhead. Bitwy, z której może nie udać się wyjść zwycięsko. W końcu połączone siły Dragon's Watch, Paktu, najemników, poszukiwaczy przygód oraz innych śmiałków i ochotników były zaledwie garstką mniej lub bardziej zorganizowanych sił w porównaniu z tym jaką armią na zawołanie mógł władać Prastary Smok.
W tym wszystkim jedynym czynnikiem, który przemawiał za Tyrią, były umiejętności każdego z osobna. Brand, choć potężny i trudny do rozbicia, był tylko kolejną bezmyślną armią nic niewartych stworzeń, utrzymywanych przy życiu magią Kralkatorrika. Za każdym kto odważył się stanąć w obronie świata jaki znamy przemawiało serce i dusza gotowe do walki. Siła, spryt, szybkość, doświadczenie, zwinność, przygotowanie. To jedyne rzeczy, które mogły uratować twoje życie w starciu z armią smoka. Tylko kiedy to starcie nastąpi? Tego nie wiedział nikt. Może jutro, może za tydzień, może za dwa, może dziś, może za piętnaście minut. Nikt nie mógł być w pełni gotowy.
Dlatego właśnie tak ważne jest utrzymywanie formy. Mimo, że nie było dużo przerw na wytchnienie w codziennych obowiązkach. Mimo że wokół twierdzy panował przeraźliwy, mrożący krew w żyłach chłód. Mimo niewielkiej ilości snu. Mimo trudności w oddychaniu na takiej wysokości, trzeba było cały czas być w formie.
Tak przynajmniej myślała Teena.
Swego czasu zadziorna i buntownicza dziewczynka ze wsi, teraz opanowana i rozsądna kobieta. Odpowiedzialna za losy nie tylko swoje, ale i całej gildii którą prowadziła za sobą. Stojąca przed największym z wyzwań z jakimi przyszło jej się zmierzyć. Wszak niecodziennie trzeba bronić losów świata przed potęgą smoków. Skupiona na swoim celu, uparcie dążyła do niego przez całe życie, więc i teraz nie mogła pozwolić, by jej ciało nie było w perfekcyjnej kondycji, gotowe do użycia stu procent jego możliwości. Zwłaszcza teraz, kiedy wszystko wydawało się zmierzać do jakiegoś rozstrzygnięcia.
Zapominając o istnieniu luksusu znanego zwykłym śmiertelnikom jako przerwa, Dest spędzała zdecydowanie za dużo czasu na arenie. Wedle planu miała skończyć swój trening już półtorej godziny temu, ale jej myśli napędzały ją do dalszego wysiłku. Już nawet pot spływający po jej plecach i czole nie był w stanie przypomnieć jej o tym, że nie tylko może, ale i powinna skończyć.
Zgięcie brzucha, lewy łokieć do prawego kolana, wyprost, oddech, zgięcie brzucha, prawy łokieć do lewego kolana, wyprost, oddech, zgięcie brzucha, nos prawie między kolanami, wyprost, spojrzenie w wiszącą pod sufitem klatkę areny, na której jutro przyjdzie jej odbyć drugą walkę i ruszyć dalej w turnieju. Zgięcie, wyprost, klatka, zgięcie, wyprost, klatka, zgięcie, wyprost... zielone oczy?
Teena aż zatrzymała się w pół ćwiczenia.
Widziała nie tylko wpatrzone w nią oczy. Widziała burzę czerwonych włosów zwisających z przysłoniętych czarną chustą ramion. Widziała serdeczny uśmiech pochylonej nad nią dziewczyny, dla której pojęcie "przestrzeń osobista" prawdopodobnie musiało ograniczać się do luźnej sugestii. Teena leżąc na rozłożonej macie z dłońmi za głową patrzyła prosto przed siebie na to nowe wydarzenie w jej życiu. Być może zbyt skupiona na własnych myślach i treningu nie zareagowała w żaden inny sposób.
- Teena? Teena Dest? - Wyrwał ją z przemyśleń miły dla ucha głos stojącej nad nią dziewczyny.
- Tak?
To, że dziewczyna znała jej imię aż tak nie dziwiło. Szczególnie, że w Thunderhead byli już jakiś czas, a wystarczyło śledzić sam turniej by móc z łatwością ją rozpoznać. Podniosła się zaraz na nogi i chwyciła za swój ręcznik, aby przetrzeć twarz z potu.
Dziewczyna przed nią wyglądała jakby była w siódmym niebie. Przez moment jedynie uśmiechała się w jej kierunku pozwalając Teenie doprowadzić się do całkowitego porządku. Odgarnęła czerwone włosy z czoła, zaciągając je za prawe ucho.
- Wybacz mi, jeśli to zabrzmi głupio czy nachalnie, ale po prostu... jestem wielką fanką! Ty i Rai jesteście niesamowici! Dawno nie widziałam takiego... uczucia, takiej więzi między jeźdźcem i raptorem. Wyścig wokół Lilii Pustyni widziałam z najlepszego możliwego miejsca. - Jej ton nieco uspokoił się, a nawet stał się lekko zawstydzony tym nagłym wybuchem ekscytacji. - W sumie... mogłaś mnie widzieć. Zajmowałam się waszymi raptorami przed startem jak i po wyścigu, kiedy wy odbywaliście obowiązkowe ważenie.
Takiego wyznania Dest z całą pewnością się nie spodziewała, co widać było po jej minie. Zarzuciła ręcznik na ramię i ściągnęła gumkę z włosów by zaraz ponownie zabrać się za ich związywanie.
- Wybacz. Przed wyścigami raczej skupiam się wyłącznie na tym, co mam przed sobą. Ale od razu fanką? Gdybym chociaż miała jeszcze jakieś większe osiągnięcia.
Mimo wszystko zachowanie tej dziewczyny rozbawiło Teenę. Nigdy by nie przypuszczała, że w takim miejscu może wrócić do niej jej hobby, które z wielkim bólem, na czas wyprawy, musiała zostawić za sobą.
- Hej, nigdy nie widziałam takiej pary. Serio. - Powiedziała fanka nachylając się znów nieco. - Sukcesy przyjdą. Lilia to tylko pierwszy z nich. Tak jak i tu, musiałaś gdzieś zacząć.
Jasnym było, że dziewczyna ma na myśli arenę. Jej wzrok wydawał się całkowicie pochłonięty Teeną, ale z każdą chwilą wydawała się oswajać z tym, z kim ma do czynienia. Widocznie zreflektowała się, że wygląda dziwnie.
- Wybacz, po prostu... uwielbiam patrzeć na… coś takiego. Prędkość, adrenalina, wysiłek, emocje. - Wymieniała. - Dzięki temu, ja też mam co robić w życiu.
- Ciężko się nie zgodzić.

Opiekunka gildii uśmiechnęła się nieznacznie do dziewczyny i choć czuła się nieco nieswojo, tak dobrze wiedziała o co chodzi jej rozmówczyni. Od samego początku do jazdy na raptorze podchodziła jak do czegoś więcej niż zwykłego treningu czy potencjalnej rywalizacji. Jej raptor - Rai - stał się kimś więcej niż tylko zwykłym wierzchowcem.
- Wyścigi raptorów to coś niesamowitego. Niestety jak widać po naszej obecności tutaj, ciężko to pogodzić z innymi obowiązkami. Jak Ci na imię? - Zapytała po chwili, bo choć czerwono włosa dziewczyna ją znała, tak sama jeszcze nie zdążyła się przedstawić.
Nietypowa fanka natychmiast zreflektowała się, że w tym całym szoku spotkania nawet nie zdradziła swojego imienia, co łatwo można było uznać za dość niegrzeczne, albo - co gorsze - podejrzane. Natychmiast wyciągnęła pewnie dłoń w kierunku doprowadzającej się do porządku Dest.
- Wybacz. Kira. Kira Sverige. - Podała swe imię. - Opiekun oraz treser raptorów. Do usług.
Ostatnie słowa dodała uginając nieco nogę i pochylając się w niewielkim ukłonie.
- Miło Cię poznać.
Teena podała dłoń, jednak sama się już nie przedstawiała. W końcu ta najwyraźniej już dobrze ją znała. Z jakiegoś powodu uścisk nowo poznanej osoby wydawał się bardzo delikatny, a jednak bardzo szybko oddawał temperaturę. Mimo tego jak zgrzana własnym treningiem była opiekunka Ligi Sześciu Filarów, dłoń kobiety wciąż sprawiała wrażenie przyjemnie ciepłej. Chętnej do dotyku.
Dest przerwała kontakt wzrokowy i choć niewiele mogła zobaczyć znajdując się na arenie treningowej, jej rozglądanie się było bardzo wymowne. Czerwono włosa fanka zabrała w końcu dłoń, wyczuwając, że popełniła kolejne faux pas.
- Przepraszam. Po prostu… lubię kontakt. - Wytłumaczyła się z zadziornym uśmiechem. - Powiedz proszę... to prawda, że prowadzisz też gildię najemniczą?
- Współprowadzę.
- Sprostowała natychmiast Dest. - Ale tak, zgadza się. Przybyliśmy by wspomóc Pakt w walce z Kralkatorrikiem. W końcu ktoś musi o naszą Tyrię zawalczyć.
Blondynka pokiwała spokojnie głową i rozmasowała się dłonią po karku. Powoli zaczynała odczuwać skutki przydługiego treningu. Widocznie nie zniechęciła się do stojącej przed nią kobiety. Uznała, że każdy ma jakieś odchyłki od normy. Jedni dotykają się zbyt długo, drudzy śpią z dwumetrową halabardą.
- Dobrze wiedzieć, że mamy tutaj też takie osoby jak ty. Podejrzewam, że nie wszystkie wierzchowce dobrze znoszą tak długi pobyt pod ziemią? Nie mówiąc już o okolicznościach, w jakich się znajdujemy.
Kira uśmiechnęła się nieco na to pytanie.
- Nie jest im łatwo. - Przyznała. - Ale nikomu nie jest. Uspokojenie ich to kwestia porozumienia... pewnej więzi... wzajemnego szacunku i zrozumienia.
Od dłuższego czasu wzrok Sverige dosłownie pożerał kobietę z którą miała przyjemność rozmawiać. Czując to, opiekunka Ligi nie czuła się niekomfortowo, jednak łatwo była w stanie zauważyć zmianę, kiedy to stojąca przed nią kobieta zatrzymała wzrok gdzieś na wysokości jej lewego ramienia. Teena odwróciła głowę, żeby spojrzeć za siebie. Nie dostrzegła niczego nadzwyczajnego więc po prostu powróciła wzrokiem na zielone oczy tej nieco nietypowej osoby.
Tym razem napotkała kontakt wzrokowy z Kirą, która przez moment rozważała dalsze pytania, ale wygrała z nią jej własna natura.
- Podsumowując. Waleczna, śliczna, utalentowana i skromna. - Zaczęła wyliczać cechy Dest na palcach i uśmiechnęła się zawadiacko. - Robisz coś dziś wieczorem?
Teenę rozbawiła seria pozytywnych epitetów napływających w jej kierunku. Jedynie ten zadziorny uśmiech zbił ją nieznacznie z tropu. Uśmiech oraz pytanie, które zostało zadane chwilę później.
- Gdyby określanie planów było jeszcze tutaj takie łatwe. - Zaśmiała się nieznacznie i pokręciła głową. - Nigdy nie wiadomo czy nie pojawi się jakaś nagła warta, czy też zadanie. No ale zakładając, że Kapitan Baragnir niczego nam dzisiaj nie wymyśli, to w planach jest pewnie jakiś drobny odpoczynek. A skąd pytanie?
- Bo może nie jest to najlepsze miejsce, a kantyna do wybitnych nie należy... ale może dałabyś się namówić na drinka?
Pytanie było dla Kiry tak naturalne jak oddychanie. Podparła odsłonięte biodro dłonią i zaczekała na odpowiedź. Teena spędziła krótką chwilę na zastanowieniu się nad dobrym wyjściem z tej sytuacji. W końcu to nic złego. Ot, dość rzucająca się w oczy młoda dziewczyna przedstawia się jako jej fanka, a potem proponuje wspólne wypicie alkoholu. Nie brzmiało to na nic zbyt skomplikowanego, ani nawet podejrzanego. Co ciekawe, blondynka gdzieś w głębi duszy zainteresowała się tym na jaki temat Sverige tak właściwie chce porozmawiać. Może to właśnie skłoniło ją do zaakceptowania tej dziwnie szybkiej oferty.
- Na drinka? Czemu nie. Ale tylko na coś lekkiego! - Dodała natychmiast. - Będziesz mogła poopowiadać jak to się zaczęło z tobą i raptorami.
- Pewnie.
- Rzuciła w odpowiedzi dziewczyna wciąż z uśmiechem na ustach. - O ósmej?
- Zatem o ósmej.

Dest zgodziła się skinięciem głowy, po czym zerknęła w kierunku głębi podziemnego kompleksu, w którym przyszło im mieszkać. Spostrzegła niewyraźną postać Nisheery idącej w tym kierunku. Sylvari zauważyła, że współ-opiekunka zwróciła na nią uwagę. Zatrzymała się w miejscu i jedynie puknęła palcem wskazującym w goły nadgarstek lewej ręki, żeby przypomnieć Teenie o jej obowiązkach. Blondynka natychmiast zrozumiała, że pora jest późna, a przedłużony trening i rozmowa z treserką raptorów tylko bardziej ją pogrążały. Energicznie potrząsnęła głową, dając znać, że rozumie ten prosty sygnał. Nisheera przyjęła to do wiadomości i szybkim krokiem udała się znów do lecznicy.
Teena nie chciała być niekulturalna, jednak wypadałoby jeszcze zmyć z siebie trudy treningu, a stojąca przed nią kobieta jak interesująca by się nie wydawała, w tej chwili była przeszkodą na drodze do czystości ciała.
- A póki co lepiej doprowadzę się do porządku. – Powiedziała Dest. - Miło było Cię poznać Kiro.
Dziewczyna pozostawiła po sobie jedynie pewny siebie uśmiech i zalotne spojrzenie. Prostym ruchem samych palców prawej dłoni pożegnała Teenę, zanim pozostawiła ją samą ze sprzętem treningowym.
Opiekunka Ligi odetchnęła głęboko po raz pierwszy od dłuższego czasu i zaczęła zabierać swoje należności. Pakowała wszystko niedbale do torby, żeby jak najszybciej znaleźć się pod natryskiem.
Coś jednak nie dawało jej spokoju. Ten wzrok, ten uśmiech.
Teena zatrzymała się w pół ruchu i wyprostowała gwałtownie.
- Czy ona mnie właśnie zaprosiła na randkę?!







Trybuny powoli zapełniały się w oczekiwaniu na rozpoczęcie drugiego dnia kolejnej rundy turnieju. Jak się miało okazać, zgodnie ze smutnymi prognozami Pruufa obecność kibiców przy drugiej rundzie okazała się zdecydowanie mniejsza niż w przypadku kiedy Liga arenowa rozpoczynała swoją przygodę w Thunderhead. Jedną z właśnie takich grup, którą łatwo było wcześniej zobaczyć i usłyszeć, a dziś pozostawała w sporym rozbiciu była Liga Sześciu Filarów. Choć obecna w prawie pełnym składzie w drugiej rundzie Ligi Arenowej (za wyjątkiem druida, który przegrał swój pojedynek z zaskakująco pewnym siebie piratem), dziś wydawała się prawie niewidoczna. Oczywiście był ku temu doskonały powód. Grupa najemnicza napotkała na swojej drodze zadanie, z którego ujście z życiem można uznać za gigantyczny sukces, a przy okazji spore szczęście.
Mimo skrajnego wyziębienia, grupa najemnicza postanowiła zmierzyć się z anomalią powodującą niesłychanie potężną zamieć, aby uwolnić południową część Thunderhead Peaks od inwazji brandu. Jeśli spojrzeć na to obiektywnie, ciężko jest nazwać ich misję udaną. Ponieważ nikt nie zginął, a dzięki interwencji Aurene, wspomniana wcześniej anomalia również zniknęła z powierzchni planety, ciężko z drugiej strony również mówić o porażce. Zgraja choć przetrzebiona przez ledwie uniknione przymusowe zbrandowanie, w większej lub mniejszej części pojawiła się na trybunach, żeby obserwować poczynania swoich towarzyszy. Choć w nieciekawych humorach i nienajlepszej kondycji, najemnicy nie zamierzali odpuścić sobie tego widowiska. Było to dla większości z nich punktem honoru.
Selb Coalgrasp, jeden z najmłodszych stażem, przysiadł w najwyższym możliwym rzędzie, żeby mieć dobry widok na to co znajduje się na środku areny. Jako popielec bardzo dobrze poradziłby sobie w dolnych rzędach, przewyższając ludzi, sylvari i asury swoim wzrostem jednak od dawien dawna przyzwyczajony był do wysokości.
W czasie kiedy pracował na dźwigu jego percepcja rzeczywistości zmieniła się nieco. Czujna para oczu dostrzegała najdrobniejsze szczegóły lepiej, kiedy on usadzony był wyżej. Być może nawet sam nie zdawał sobie z tego sprawy, ale jego podświadomość nakazywała mu wybierać miejsca, w których będzie on w stanie zapewnić sobie możliwie jak najwyższą pozycję.
Gdy obserwował pierwsze przygotowania na arenie, obok niego pojawił się jeden z jego towarzyszy. Zdecydowanie wyższy wzrostem i zdecydowanie niższy stopniem wojskowym Brigg widocznie utykając na prawą nogę, bardzo powoli, jakby bojąc się o własne zdrowie, usiadł obok. Nie czekał na zaproszenie ani pozwolenie.
Selbowi nie przeszkadzało to nic a nic. W końcu tak to już bywało w charrzym środowisku. Choć czas na drobne uprzejmości był, to nigdy nie było obowiązku, aby się do nich stosować. A jeśli był ktoś, kogo Selb zdążył już poznać, a kto nie trzymał się sztywnych zasad tylko dlatego że tak wypadało, to był to gladium, który właśnie zajął miejsce obok niego.

Wskazani przez Baragnira członkowie Paktu rozstawiali sprzęt, wyrównywali piach, upewniali się o stabilności klatki i zajmowali się wszystkim, co było potrzebne do startu dnia. Nie było to nic ciekawego dla oglądających, a mimo to żaden z panów nie podjął rozmowy. Zupełnie jakby wykonywane przez grupę speców czynności przygotowawcze były najciekawszym do obserwowania zajęciem w Tyrii. Albo przynajmniej żaden z charrów nie wydawał się zbyt rozmowny.
Trwało to do momentu w którym Brigg skorzystał z okazji, że złapał Selba samego.
- Te, wojak... w sumie to... czemu nie walczysz? - Zapytał wskazując na środek areny.
- Nie uczono mnie jak walczyć dla pokazów, a żeby zabić. Jak nie można się strzelać, to marne bym popisy odstawił. Po co się błaźnić?
Nieco ponury uśmiech pojawił się na pysku Brigga.
- Strzelać wolno jak już widziałeś. Ale teraz będą się bać.
Spory charr odchylił się nieco na ławce. Odpowiedź którą otrzymał, mimo iż krótka, była łatwa do zrozumienia. Zwłaszcza dla kogoś, kto widział już jak walczy Selb. Mimo to, coś nie grało w sposobie wypowiedzi Coalgraspa.
- Myślisz, że oni walczą tylko na pokaz? - Zapytał znowu, myśląc o pojedynkach, które zdążył już obejrzeć.
Selb podrapał się po brodzie, przyglądając się dłuższą chwilę ubitej ziemi na arenie. Bane w Czarnej Cytadeli było miejscem zarówno rozrywki jak i walk o stopień, władzę czy rację. I najczęściej ktoś z tych powodów umierał. A przynajmniej tak on je zapamiętał. Tutaj było trochę inaczej, choć... tylko "trochę".
- Dowództwo robi to dla naszej rozrywki. Ale widziałeś sam, jaki kocioł ras mamy w tej twierdzy. Myślę, że niektórzy aż nazbyt poważnie sobie to wezmą. Zobaczymy kto.
- Markus. - Odpowiedział Havgaard bez wahania. - Albo Zaveba. Albo obydwaj. Jeden, bo honor nie pozwoli mu przegrać, drugi, bo za duże w tym pieniądze.
Masywny charr przełożył prawą dłoń obok głowy, żeby podrapać się po łopatce. Na jego twarzy pojawił się dziwny grymas. Nie był to ani uśmiech, ani zakłopotanie. Nie było w tym cienia żalu czy złości. W jego głowie pojawiły się myśli na tyle męczące, by wpłynąć na jego ton i zachowanie.
- Dlatego pytam. Każdy z nas dołączył, bo ma po co walczyć. Ty nic takiego nie masz?
Po tym pytaniu Selb przeniósł spojrzenie na Brigga.
- Mówisz teraz o arenie czy ogólnie? Bo ogólnie, to jestem tu bo reszta tu jest. - Odpowiedział solidarnie wzruszając ramionami. - Honor czy pieniądze, nieistotne. Zabawy w wojnie nie uświadczysz. Dla mnie to bardziej zawód niż sposób na ratowanie świata.
Brigg wciąż z ręką za plecami wpatrywał się w arenę skrupulatnie sprzątaną przed jego oczami.
Być może przypadkowo, ale dowiedział się nowej rzeczy o Selbie, której prawdopodobnie nie dowiedziałby się w żadnym innym wypadku. Postanowił odpowiedzieć dość zachowawczo. Nie zamierzał zagłębiać się dalej niż jego towarzysz będzie miał ochotę go zabrać.
- Miałem na myśli turniej, ale dobrze, że wiem na jakich zasadach jesteś z nami.
Być może faktycznie nie była to podróż na którą szary charr miał ochotę go zabrać. Wojskowy jedynie siedział na swoim miejscu, wydając się całkowicie pogrążony w podążaniu wzrokiem za ciemnozielonymi grabiami trzymanymi przez jednego sylvari. Przeczesywały piasek, na którym jeszcze tego wieczoru mieli zmierzyć się kolejni zawodnicy.
Jak się jednak okazało, Brigg mimo swojego cudownego zamierzenia, chciał upewnić się, że Selb nie ignoruje go, tylko nie ma więcej do opowiedzenia w tej kwestii.
- Serio nie kręci cię arena? Rytlock jakby mógł, to zapisałby się w pierwszej sekundzie. Pewnie nawet ze dwa razy.
Coalgrasp odpowiedział krótkim, ale serdecznym śmiechem.
- On jest z Krwawych. Tacy mogliby się bić po otwarciu oczu nad ranem. Tu mogę se posiedzieć i pooglądać jak innym idzie. Nie nadaję się do aren, przyznaję bez bicia, ale jakby zaraz miały syreny wyć że brandy atakują, to pierwszy lecę.
- Pewnie słusznie.

Haavgard przełożył znów prawą dłoń i oparł ją o kolano, odczuwając, że zrobił to zdecydowanie za szybko. Jego ciało wciąż się regenerowało po przymusowym przystanku w krysztale. Stęknął lekko i strzelił kośćmi w karku obracając głowę. Odwrócił w końcu wzrok na Selba.
- A jak po misji? Wszystko na miejscu? - Zapytał nieco sucho.
Selb położył przedramiona na kolanach, splatając palce.
- Wszystko… prawie wszystko, poza łbem. - Charr lekko pokiwał głową, wskazując swoją czaszkę. - Ocalili nas. Mało kiedy się coś takiego zdarza.
Tym razem to Brigg spowolnił tempo rozmowy. Było to dość ciekawe, zważywszy, że odpowiedź miał gotową już od kilku chwil. Prawdopodobnie jednak rozmowy po prostu nie należą do mocnych stron popielców, zatem chwytają się każdej okazji, aby je na moment przerwać.
- Normalnie bym się z tobą zgodził. Ale teraz, skoro i my mamy smoka... nagle niemożliwe staje się codziennością. Wszystko jest tak... nieskończenie bez sensu. Nie rozumiem tej ich magii.
- Ja tym bardziej.
- Selb uniósł lewą łapę na moment w powietrze, by następnie nią machnąć ze zrezygnowaniem.  - Nie takich potyczek nas uczono. Może Sentinelowie na Brandzie nie uważają tego za zaskoczenie, ale hej, tych to raczej nic nie ruszy. Taki przydział, a teraz my robimy to samo.
Z głośnym strzyknięciem wyprostował na moment nogi. Nie chciał się przed nikim przyznawać, zwłaszcza przed znajomymi medykami, ale ostatnia akcja faktycznie wdała mu się we znaki. Przyznanie się do bólu było by jednak świadectwem słabości. Robił więc to czego uczyli go od zawsze. Siedział cicho.
- Ale mamy za to bezpieczne dla uczestników areny, he he.
- Ta...
- Brigg nie wydawał się zachwycony dowcipem Selba, ale myśleli tak samo. - ...tu przynajmniej wiesz, z czym masz doczynienia.
Kolejny raz, wyższy z charrów przez chwilę nie odzywał się, nie podejmując tematu dalej. Myśli na moment uciekły w stronę wydarzeń ostatniego pojedynku pierwszej rundy turnieju. W tym samym czasie położył dłoń na kieszeni spodni i usłyszał delikatny szelest papieru. Sam zdziwił się dzźwiękiem który zasłyszał. Wyciągnął z kieszeni zwitek papieru z wypaloną pieczątką.  Potwierdzenie postawienia zakładu, które zmusiło go do zadania kolejnego pytania młodszemu koledze.
- Jak myślisz, kto wygra całość?
Coalgrasp parsknął przeciągle w zastanowieniu.
- Nie wiem jak pójdzie naszym, może przejdą dalej. Obstawiałbym Centuriona. Nie dlatego że go znam, ale dlatego, że on zna się na rzeczy. A przynajmniej powinien z taką rangą.







Wybiła godzina osiemnasta. To zabawne jak mało istotnym był upływ czasu w każdym innym miejscu niż to. W twierdzy każdy dokładnie wiedział jaka jest pora dnia, najczęściej z dokładnością do kilku minut. Ten dość nietypowy fenomen wywołany był ciągłym obowiązkiem stawiania się gdzieś „o czasie”. Warty, obchody, służby, pomoc, zadania, a w to wszystko wplecione również treningi, wizyty u znajomych rannych w lecznicy, posiłki, sen… a przecież wypadałoby jeszcze kiedyś chociaż moment odetchnąć od tego ciągłego biegu. Czas wolny z każdą chwilą spędzoną w Thunderhead Peaks wydawał się coraz bardziej zyskiwać na wartości. Być może również dlatego dzisiejsze obłożenie trybun na arenie było zdecydowanie mniejsze niż w ciągu rundy pierwszej.

Choć takim myśleniem zasłaniał się Pruuf, Petrowi ono nie wystarczyło. W ciągu swoich lat widział niejedną śmierć. Jednak tylko za jedną czuł się odpowiedzialny. Teraz jednak, kiedy pojedynek Magister Galway i Lappsa zakończył się śmiercią tego drugiego, mężczyzna nie do końca wiedział jak sobie z tym poradzić. Na zewnątrz grał obrażonego i wściekłego, przede wszystkim na Logana. W środku jednak, cała ta sytuacja uderzała go nieco inaczej. Zupełnie jakby to znów była jego wina. Tylko dlatego, że zgodził się organizować to całe przedstawienie. Mimo że odebrali mu kontrolę nad wszystkim. Nie jego zasady, nie jego turniej. Tak przynajmniej sobie powtarzał. Ile było w tym prawdy? Czy gdyby nie zgodził się na warunki Canacha, Lapps miałby się dobrze? A co jeśli to van Pedersen jest jest jedynym powodem dla którego Liga Arenowa w ogóle doszła do skutku? Co gdyby odmówił, a zasrany Canach odpuścił sobie organizację czegoś takiego. Organizuje to ktoś inny, bo przebiegły sylvari może wtedy zarabiać na tym krocie.
- Petr!
Mocniejsze szturchnięcie w plecy wytrąciło van Pedersena z przemyśleń. Tępym wzrokiem rozejrzał się po okolicy jakby starając się ustalić gdzie jest i co właśnie uderzyło go z tyłu.
- Co? Co?! - Zapytał wyraźnie nieświadomy otaczającego go świata.
Aurus pchnął go jeszcze raz w plecy, tym razem faktycznie zmuszając do wykonania kroku w przód. Rudy mężczyzna założył dłonie na piersi i kiwnął głową w stronę środka areny.
- No dawaj. - Wytłumaczył z najdrobniejszymi szczegółami.
Szczęśliwie dla Petra, to wyjaśnienie, mimo iż niesamowicie okrojone, okazało się wskazać mu właściwą drogę. Skinął koledze w podziękowaniu za trzymanie ręki na pulsie i ruszył przed siebie, zająć miejsce bliżej areny.

- Na kilka godzin przed walką miałem przyjemność z nim rozmawiać. Ta pogawędka prawie w całości uciekła mi z głowy… poza jednym jej fragmentem. Pamiętam, że zapytałem Lappsa „jaki plan na dzisiaj?”
Logan rozejrzał się wokół zatrzymując swoją przemowę na krótką chwilę.
- „Wygrać”. „Z panią Magister?” zapytałem. Lapps pokręcił głową i jak to prawdziwy asura z pobłażliwym uśmiechem wytłumaczył mi moje błędne założenie. „Nie” odpowiedział. „Ze smokiem”. Jako zwykły człowiek potrzebowałem kolejnej dawki wyjaśnień, jednak znany nam badacz wcale się do mnie nie zraził. Z pełnym spokojem opowiedział mi krótką historię wspólnej wyprawy, łączącej jego… mnie… i każdego z was tutaj. Historii, którą nazwał nieskończonym rozdziałem. I choć, jak to sam określił, nie dla każdego historia ta pozostanie otwartą, to naszym obowiązkiem jest upewnić się, że nie stanie się zamkniętą dla nas wszystkich po starciu z Kralkatorrikiem.
Thackeray opuścił na moment mikrofon, żeby przejechać dłonią po dwudniowym zaroście. Dotarło do niego, że warto byłoby w którymś miejscu zakończyć jego bardzo chaotyczny wywód. Uniósł nieco brodę i po raz ostatni zwrócił się do wszystkich wokół.
- Śmierć Lappsa nie była pierwszą w Thunderhead. Niestety, najprawdopodobniej nie będzie też ostatnią. Jest jednak wyjątkowa, ze względu na swoje okoliczności. Okoliczności, których nikt z nas się nie spodziewał i którym nikt nie był w stanie zapobiec. Dlatego proszę was wszystkich o ostatni honor jaki możemy oddać uczonemu badaczowi. Uczcijmy jego życiowe osiągnięcia minutą ciszy.
Gdy tylko Logan opuścił swoją dłoń z małym asurańskim urządzeniem, pomieszczenie w którym znajdowała się arena całkowicie ucichło. Do stopnia, w którym nawet poruszenie się o centymetr powodowało niewygodny szelest ubrań lub pobrzękiwanie pancerza. Nikt się zatem nie poruszał. Wielu z obecnych nawet spowolniło swój oddech, wsłuchując się w dźwięki ciszy. Dopiero teraz niektórzy mieli pierwszą okazję zrozumieć jak gigantyczną była krasnoludzka twierdza. Dalekie dźwięki dochodzące z kantyny, szpitala polowego i innych pomieszczeń tego miejsca rozbijały się po ścianach i wracały zniekształcone, ciche i przytłumione. Nawet wprawne ucho nie byłoby w stanie przypisać tym dźwiękom idących za nimi historii.
Thackeray kiwnął delikatnie głową unosząc nieco brodę.
- Dziękuję. - Pożegnał się zanim oddalił się w kierunku krawędzi klatki, gdzie odprowadziła go salwa oklasków.

Z wyraźną niechęcią malującą się na twarzy i odzwierciedloną w mowie ciała Petr również kilkukrotnie zaklaskał zanim założył ręce na siebie.
- Nie spodobała ci się przemowa? - Zapytał Pruuf, który wciąż uderzał dłonią o dłoń, oddając hołd zmarłemu towarzyszowi.
Van Pedersen pokręcił głową nie będąc pewnym odpowiedzi.
- Gdzie tam. Choć raz mogę się zgodzić z panem Marszałkiem. - Westchnął lekko. - Po prostu nie powinna była mieć miejsca. Gdyby nie te durne zasady-
- Ktoś inny skręciłby kark potykając się w trakcie walki z panią Magister. - Odparł sucho asura.
Człowiek uniósł nieco prawą brew i zerknął na swojego towarzysza, który jak się jednak okazało, wcale nie był w tak wyśmienitym nastroju jak to sobie wyobrażał Petr. Na zarysowanej bliznami przeszłości twarzy asury nie pojawił się choćby cień jakiegoś uczucia, ale jego ton zdradzał jak bardzo zaangażowany Pruuf był w to, co wydarzyło się w czasie trwania Ligi Arenowej.
- To nie twoja wina. Więc skończ się irytować o nic, bo szukanie winnych też spokoju ci nie da. Stało się. Teraz to już przeszłość. Jeśli znowu postanowisz zacząć nią żyć, tym razem nikt nie będzie cię z niej wyciągać.







-…a ja mam przyjemność powitać Rogana Jawspinnera, który od tej pory, będzie razem ze mną urozmaicać wasz czas przed, w trakcie oraz między walkami!
Głos Elli zabrzmiał szerokim echem po arenie i spotkał się z nadspodziewanie dużą dozą entuzjazmu ze strony oglądających. Choć trzymetrowy hologram amatorsko komentującej asury stał się już przeszłością, to nadal wszystkie oczy na trybunach skierowane były tam gdzie znajdowała się w tej chwili. A ze względu na to, że aby dobrze komentować wydarzenia w klatce musiała być na najlepszym możliwym miejscu. Łatwo było dostrzec ją śmiało wychylającą się z balkonu w północnej części areny.
Towarzyszył jej potężnie zbudowany beżowy charr, którego ciało przeplatała spora ilość ciemnych pasów, głównie koncentrujących się na jego dłoniach i ramionach. W porównaniu z niewielką w rozmiarach Elli, kot wydawał się być gigantycznym potworem.
- Dziękuję. Dobrze tu być.
Już pierwsze, lekko ochrypłe słowa Rogana spotkały się z niespodziewanym entuzjazmem. Głównie ze strony obecnych członków Vigil zajmujących wyższe szczeble oraz zawsze dumnych ze swoich przedstawicieli charrów.  Odpowiedź ta wywołała lekkie uśmiechy na twarzach komentatorów. Powinno być im łatwo przemawiać do tych, którzy faktycznie chcą ich słuchać.
- Dobrze mieć cię przy nas. - Odpowiedziała czarującym tonem asura zanim przeszła do rzeczy. - Jednak ta całkiem znacząca zmiana w postaci mojego rosłego towarzysza rozmów nie jest jedyną, na jaką musimy się przygotować! Rogan, miałbyś ochotę przybliżyć nam wszystkim jak zmienia się nasz turniej?
Charr skinął głową, czego nie zauważyła pewnie większość widowni.
- Naturalnie.
W momencie, w którym Jawspinner wypowiedział pierwsze słowo, holoprojektor z cichym szumem przedstawił na cztery strony areny drabinkę turniejową, w której trzydzieści dwa imiona zabłysnęły potężną bielą. Trwało to jednak tylko ułamek sekundy, gdyż już chwilę później, siedemnaście z nich utraciło swój blask przechodząc powoli w szarość, podobną do tabelek, które wypełniały. Pozostała piętnastka odnalazła swoje miejsca w drugim rzędzie, przedstawiającym kolejną rundę pojedynków. Z tak doskonale przygotowaną oprawą wizualną charr mógł bezproblemowo wdrażać się w szczegóły zmian.
- Runda pierwsza Ligi Arenowej odbyła się na przestrzeni dwóch dni i zaledwie kilku godzin. Mimo ogromnego wysiłku i nakładu pracy wielu zaangażowanych osób, terminy walk okropnie goniły nas wszystkich tutaj. Osiem pojedynków dnia numer jeden oraz drugie osiem niespełna dwadzieścia cztery godziny później. Niestety, losowa kolejność wyboru pojedynków sprawiała, że nasi uczestnicy zostali wyłączeni z życia Twierdzy nie na przewidziane 36 godzin, a aż na 60. W związku z zasadami przecież należało im się dwanaście godzin przygotowania przed pojedynkiem.
- Ta swego rodzaju niepewność była tematem rozmów na Arenie od rozpoczęcia turnieju. W jaki sposób jednak udało się zaradzić temu problemowi?
- Kontynuowała rozmowę Elli.
- Bardzo prosty. - Odpowiedział z entuzjazmem Rogan. - Na polecenie przede wszystkim miłościwie nam dowodzącego Kapitana Baragnira, udało nam się ustalić terminarz, który pozwala nie tylko zapewnić jak najsprawniejsze działanie Twierdzy i sprawiedliwe warty, ale również umożliwia zebranie się nam wszystkim w jednym miejscu.
- Cudownie! Ale co to oznacza dla zawodników?
- Co ciekawe, więcej zobowiązań wobec Twierdzy, ale i więcej czasu na przygotowanie między walkami. Od tej pory czas przygotowania wydłużony zostaje z 12 do 24 godzin. W trakcie czasu przed walką, zawodnicy zwolnieni są z jakichkolwiek służb. Nie oznacza to jednak, że nie będą musieli odpracować ich w późniejszym terminie. O nie.
- Wyprawa na smoka to nie wakacje. Ten turniej będzie tylko tego świetnym przykładem.
- Dokładnie tak, Elli.
- W takim wypadku, mamy pewność co do terminarza. Prezentuje się on następująco: Już dziś zobaczymy cztery pojedynki. Każdy z nich w osobnej grupie, dzięki czemu nie poznamy jeszcze bezpośrednich rywali w ćwierćfinałach. Rozpocznie para Teena Dest i Niższy Hierarcha Fadir, a dzień zakończą dla nas Zahra Ayim i Galiateli. Ależ to będą pojedynki!
- W rzeczy samej. Niesamowite osobistości, które dały już o sobie znać w poprzedniej fazie turnieju. Nie mogę się doczekać pojedynku dwójki najemników z różnych gildii.

- Zaveba kontra Reksa Havocslapper? - Dopytała Elli.
- Właśnie ta dwójka. Wysoko rozstawieni zawodnicy. Każde z nich z paczką sekretów wciąż schowaną pod peleryną. Dodatkowo pozostaje honor gildii, którego przystaje im bronić, bo jednak chcą pokazać się tu z jak najlepszej strony. Nie tylko dla siebie, ale żeby również udowodnić swoim kompanom jak dobrzy naprawdę są. Ta swego rodzaju determinacja i zawziętość będą doskonale widoczne kiedy najemnikom przyjdzie wymienić uprzejmości.
- Jak tu nie kochać braterskich pojedynków? Czy twoje eksperckie oko widzi potencjał w jeszcze jakimś z dzisiejszych pojedynków?

Rogan roześmiał się krótko.
- Skłamałbym mówiąc, że w którymś z pojedynków nie widzę tego potencjału o którym wspominasz. Jeśli jednak miałbym wybrać jedną walkę, której nie chciałbym za nic przegapić, będzie to starcie Annie Goldarrow z zawodnikiem z listy rezerwowej, który to zajmie miejsce Lornara Rudego naprzeciw ludzkiej najemniczki.
Jak na niesamowitego żółtodzioba, charr bardzo dobrze układał swoje słowa w sposób, który przykuwał słuch zebranych. Niewielki szmer poniósł się po arenie na wspomnienie dodatkowego zawodnika.

Jako osoba rozstawiona najniżej w turnieju, Annie Goldarrow miała każdą możliwą rzecz do udowodnienia niedowiarkom i samej sobie, jednocześnie nie mając nic do stracenia. Nosząc na swych barkach ciężar jedynie spokoju własnego sumienia można różnie podchodzić do sytuacji. Choć mogło to być coś przed czym chciałaby się schować jakiś czas temu, pierwszego dnia turnieju była zupełnie inna. Silna. Spokojna. Pewna siebie. Nie do stopnia, w którym mogłoby to jej zaszkodzić. Jak na kogoś rozstawionego tak nisko przez asurę zwącego się ekspertem w tych sprawach, była niesamowicie dorosła. Opanowana. Inna.
Inna niż to co prezentowała sobą jeszcze kilka sezonów wcześniej. Zdecydowanie inna niż to co usłyszeć mógł o niej do tej pory Pruuf, który nieświadomie przerzucił prawdziwy diament do sterty z węgielkami.
Teraz odleciała myślami gdzieś daleko poza granicę Twierdzy, planując już rzeczy jeszcze niestworzone w świecie, który wcale nie był jej obiecany. Zawsze praktyczna w swoim myśleniu, teraz zdążyła już zapomnieć, w jakiej sytuacji się znajdują. Jak niedaleko jest zagrożenie. Jak wiele można stracić przez nieostrożność. Dla niej liczył się świat na dobre kilka sezonów, jeśli nie lat, w przyszłość.
W tym właśnie momencie wyglądała jakby zamieniła się miejscami z opiekunką gildii stojącą zaledwie kilkanaście centymetrów od niej.
Teena nie zwracając nawet na to najmniejszej uwagi co chwilę zaciskała i rozprostowywała palce prawej dłoni. Jej twarz nie zdradzała żadnego śladu emocji, kiedy wpatrywała się na zmianę w holoprojektor i balkonik, szukając tam Elli i Rogana. Jednak mowa jej ciała sugerowała wiele, jeśli ktoś miał już okazję ją poznać. Z jakiegoś powodu, teraz faktycznie odczuwała nerwy. Mimo, że pierwsza runda poszła jej bezbłędnie i ścierała się z potencjalnie silniejszym rywalem. Teraz przypominała kłębek nerwów. Kilkukrotnie odetchnęła przez usta. Z każdym wydechem słychać było jak jej płuca przeskakują delikatnie, nie pozwalając jej płynnie wypchnąć powietrza. Gdyby ktoś zapytał ją czym się stresuje nie byłaby w stanie udzielić dobrej odpowiedzi. W końcu to nie była walka, której musiałaby się obawiać. Była doskonale świadoma swoich umiejętności. Wiedziała o swoich słabościach, jedynie podkreślonych przez Adame Obonkolo w pierwszej rundzie. Potrafiła wyciągnąć z nich wnioski i teraz może podejść do kolejnego pojedynku z przygotowaną wcześniej taktyką. To tylko druga runda. Wszyscy jej towarzysze są praktycznie pewni jej zwycięstwa. Wszak wielu z nich, a zwłaszcza Nisheera, obstawiło na nią spore pieniądze.
Więc czemu się denerwuje?
Dlaczego musi wkładać całą swoją obecną siłę i skupienie w utrzymywanie pokerowej twarzy?
Gdzie jest Feniks?
Ostatnie z tych pytań sprawiło, że opiekunka Ligi Sześciu Filarów wzdrygnęła się nagle i żywo zaczęła kręcić głową, szukając swojej zguby. Zachowanie to sprawiło, że spokojna jak do tej pory Annie została wyrwana ze swoich przemyśleń.
- Wszystko w porządku? - Zapytała.
- Tak, tak. - Odpowiedziała błyskawicznie Teena.
Nie przestała się jednak rozglądać. Tym razem miała powód, żeby zacząć się nieco denerwować. Co jak co, ale topór który zajmował ważne miejsce w jej rodzinie od przeszło dwustu pięćdziesięciu lat byłoby szkoda tak po prostu zgubić.
- Po prostu… pamiętasz gdzie odłożyłam Feniksa?
Bez odpowiedzi na to pytanie, Goldarrow dołączyła do ćwiczenia mięśni szyi, kręcąc głową w poszukiwaniu długowiecznego toporu. Szczęśliwie, znalezienie go do najtrudniejszych nie należało. Był dokładnie tam gdzie Teena go zostawiła. W bezpiecznych dłoniach podchodzącej właśnie nornki.
- Nie jest to Merkury, ale to świetna broń. - Przyznała Aurora.
Jej głos był zaskakująco ciepły i przyjazny. Uśmiechnęła się tak samo pokrzepiająco, poprawiając oprawki swoich okularów na ładnym, niewielkim nosie. Ułożyła dwuskrzydłowy topór na obu dłoniach, aby przekazać go opiekunce.
- Dziękuję. - Odpowiedziała Teena widocznie uspokojona.
Złapała swoją broń i odetchnęła ciężko. Spojrzała na swoje odbicie na świetnie wypolerowanym ostrzu. Nie sposób powiedzieć co tam zobaczyła. Wydało się to być jednak mocno uspokajające, gdyż jej nerwowe manieryzmy zniknęły jak ręką odjął. W końcu coś wyrwało ją z toku myśli, w którym tkwiła od dłuższego czasu.
Kiedy już Feniks znalazł się w dłoniach prawowitej właścicielki, wydarzyła się rzecz prawdziwie niesłychana. Aurora prawdopodobnie po raz pierwszy i ostatni uznała wyższość czyjegoś orężu nad własnym.
- Leciutki. - Rzekła krótko. - Merkurego trzeba mocno pilnować. Tym możesz łatwo i celnie rzucić.

Wszyscy którzy przybyli dziś na arenę oglądać zmagania zawodników w drugiej turze turnieju mieli jakieś oczekiwania wobec tego co zobaczą. Ponieważ jednak każdy z obecnych był osobą inną, oczekiwania te wcale nie musiały się zazębiać. Ile osób, tyle gustów. Do tego w grę wchodzi świadomość, że przegrany odpada z turnieju na dobre, a razem z nim wszystkie obstawione pieniądze. Niesamowitym fenomenem jest zjawisko, w którym ciśnienie szybuje pod sam próg bezpieczeństwa kiedy tylko w grę wchodzi znaczna ilość gotówki.
Tym razem to nie pieniądze były powodem wzmożonej ekscytacji. O dzisiejsze wrażenia postarała się już pierwsza para. Niższy Hierarcha Fadir oraz Teena Dest dosłownie i w przenośni wypruwali sobie żyły, żeby przeciągnąć szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Rywale byli jednak na bardzo podobnym poziomie, przez co żadne z nich nie było w stanie wykreować sobie znaczącej przewagi. Dzięki temu, od dobrych kilku minut pojedynek jedynie nabierał na tempie.
Teena ruszyła już kolejny raz w kierunku nieumarłego, aby dostać się w zasięg ataku toporem. Rywal był od niej zdecydowanie wyższy, a do tego od dłuższego czasu posługiwał się swoimi pomiotami, aby zwiększać dystans. I tym razem, kiedy wydawało się, że Dest będzie w stanie znaleźć się wystarczająco blisko, musiała sprostać dwóm wyzwaniom.
Po pierwsze - na jej drodze stanęły piaskowe węże, które przyzwane przez scourge’a wcale nie miały wygrać za niego pojedynku, ale jedynie wytrącić kobietę z równowagi. Sprawić, że przestanie walczyć po swojemu i będzie musiała się dopasować pod tempo jakie odpowiadało Fadirowi.
Po drugie - nieumarły korzystał z zapasów swojej magii bez najmniejszych zahamowań, dokładając coraz to kolejne piaskowe portale. Połączone w jedną sieć tworzyły idealny system punktów zmiany pozycji na bardziej komfortową, przy okazji uniemożliwiając skorzystanie z nich komukolwiek kto magią piasku nie władał.
Tak się składało, że Teena która właśnie nałożyła na siebie zaklęcie żelaznej skóry, była w stanie sprawić aby jej ciało stało się twarde niczym metal za pomocą magii skupionej wokół niej, jednak piasek był dla niej czymś zupełnie obcym. Były to doskonałe wiadomości dla Fadira, który raz jeszcze w tym pojedynku przeszedł przez portal, znajdując się znów za plecami Dest zmagającej się z piaskowymi wężami. Tym razem jednak, musiała zatrzymać się przed szarżującym wysoko pomiotem, aby móc pozbyć się jego głowy sprawnym cięciem Feniksa. Dało to wystarczająco dużo czasu nieumarłemu, który robiąc wykrok w jej kierunku, zaatakował własnym toporem.
Atak nadchodził od góry i celował w plecy. Gdyby nie to, że jako osoba powstała z martwych, Fadir był raczej dość powolny, cięcie zostawiłoby niemiły ślad na plecach kobiety. Zwinność była jednak kluczową umiejętnością w pojedynkach takich jak ten. Tors Teeny obrócił się w lewo, a wraz z nim dzierżona tarcza, która choć z trudem, to jednak przyjęła na siebie ciężar ciosu.
Dest nie zamierzała jednak tylko się bronić. Natychmiast wyprowadziła kontrę, odpychając tarczą broń Niższego Hierarchy, wyprowadzając własne cięcie. Było ono praktycznie lustrzanym odbiciem tego, co pokazał rywal. Fadir był tak samo dobrze przygotowany do tego pojedynku. Zrobił zaledwie jeden krok w tył, przechodząc przez świeżo postawiony piaskowy portal, pojawiając się dobre sześć metrów za plecami Teeny. Był całkowicie bezpieczny, kiedy kobieta zamachnęła się na marne, przebiegając przez portal, z którego nie była w stanie skorzystać.

- …och to był świetny blok ze strony Dest… kontra! Pudłuje! Fadir wycofał się przez portal i zagrożenie zniknęło. - Głos Elli odbijał się po Arenie.
- Perfekcyjne wykonanie, ale nawet ono nie przyniosło upragnionego rezultatu! Fadir doskonale zaplanował przebieg tej walki. Po raz kolejny ogranicza każdy centymetr zdobyty przez Dest.
- Jednak sam nie zyskał nic w zamian za wysiłek, który wkłada w tworzenie portali.
- Tu bym się nie zgodził.
- Zaoponował Rogan. - W tej chwili arena aż roi się od piaskowych portali. Jeśli ten trend będzie się utrzymywać, wkrótce Teena nie będzie mogła postawić swobodnie nogi nie wdeptując po drodze w wirujące piaski nieumarłego. Nie tylko z każdą chwilą ogranicza on jej przestrzeń, ale i zabiera dla siebie nieskończenie więcej. Pamiętaj, że magia Fadira pozwala mu utworzyć jedną spójną sieć. W tej chwili nie ważne już, który portal wybierze - Teena musi uważać na każde możliwe wyjście.
- To prawda, im dłużej trwa ten pojedynek, tym gorzej dla Dest. Jej pole manewru kurczy się w mgnieniu oka. Jeszcze trochę i Fadir zadusi ją, nie pozostawiając jej miejsca na oddech.

Dwójka komentatorów wyraźnie doskonale czuła się w swoim towarzystwie. Jedno mogło skupić się na tym co widzi, a drugie na tym co wie. Choć duet ten spisywał się całkiem nieźle, to nie na nich zwrócone były oczy wszystkich widzów. Dokładnie o to chodziło Petrowi.

Sama Teena zaczęła mieć świadomość, że mimo początkowej przewagi, pojedynek zaczął prowadzić Fadir, a ona musiała coś z tym w końcu zrobić. Rozejrzała się szybko, sprawdzając gdzie znajduje się nieumarły. Nie marnując ani chwili ruszyła znów na niego. Niższy Hierarcha był chwilowo zajęty kreacją kolejnego portalu bliżej środka areny. Z każdym kolejnym portalem, ich tworzenie zabierało dodatkowe siły i tak już szybko zużywane przez Fadira. Dzięki tym dodatkowym kilku milisekundom kobieta mogła nadrobić nieco dystansu. Nieumarły zwrócił na to uwagę dość późno, przez co piaskowe węże które przyzwał musiały atakować od razu. Tym razem planem było odbicie najemnika. Wijące się pociski piaskowe wystrzeliły prosto w tors nadbiegającej Dest.
Następne trzy sekundy sprawiły, że publika eksplodowała głosem setek gardeł, a starający się to przekrzyczeć Ellie i Rogan musieli już na początku dzisiejszego dnia pojedynków zdzierać sobie gardła. Prawdopodobnie jednak nawet nie zwracali na to uwagi, bo to co działo się na ich oczach było podręcznikową sztuką walki, którą najzwyczajniej w świecie świetnie się oglądało.
Przyzwane zwierzęco-piaskowe twory nie należały do najszybszych. Choć Fadir doskonale radził sobie z utrzymywaniem tak wielu portali na raz, to animowanie takich kreatur było zwyczajnie trudne. Dzięki temu nawet biegnąca Teena miała wystarczająco dużo czasu na reakcję. Być może coś zaświtało w jej głowie dokładnie w tym momencie, a może dopiero przypomniała sobie o tym co potrafi. Zmieniła jednak taktykę. Jej cięcie nie rozpoczęło się z góry a od dołu. Pozwoliło jej to wypuścić Feniksa z dłoni w momencie, w którym ostrze zaczynało pozbywać się piasku sprzed niej. Broń napędzona sporym zamachem poszybowała w kierunku nieumarłego, który był za blisko by spodziewać się takiego ciosu.
Miał natomiast czas, żeby zareagować na niespodziewane. Zwłaszcza, że atak ten, choć niesamowicie spektakularny, nie należał do najdokładniejszych. Rączka nabrała rotacji, zmieniając kąt rzutu, a przede wszystkim ściągając go mocno w dół. Fadir wycofał się przez portal. Był już jedną nogą w bezpiecznej odległości od Teeny, zmieniając swoje położenie o kilkanaście metrów na lewo od Dest.
Niestety, to była tylko jedna noga. Zostawiona z tyłu lewa kończyna przyjęła na siebie atak, w tym samym momencie znikając za portalem. Topór nie dał za wygraną i kiedy już trafił, utknął w udzie Niższego Hierarchy, znajdując się nagle sporą odległość od prawowitej właścicielki. Przejście przez portal zatrzymało jego pęd.
Kobieta wyhamowała natychmiast. Jej głowa obracała się wokół szukając znikającego Fadira. Uniesiona tarcza pozwalała schować się przed potencjalnym kontratakiem, jednak żaden nie nastąpił. Wszyscy zamarli w bezruchu, oczekując werdyktu sędziego.
Logan nie zareagował.

- Niesamowite trafienie Dest! Topór w nodze, to musi być koniec! - Krzyknęła Elli.
- Nie! - Odpowiedział po prostu Rogan, sam zaskoczony tym co widzi.
- Thackeray nie przerywa walki!
- Nie może! Nie mamy jeszcze zwycięzcy!
- Charr nie mógł ustać w miejscu. - Zasady mówią: „do pierwszej krwi”. Nieumarły krwawi smołą. A ta widocznie nie zamierza się zbyt szybko wydostać z jego ciała. Tak długo jak topór Dest tam tkwi, Fadir jest względnie bezpieczny!
- Ale co z zasadą rozbrojenia? Topór Teeny jest w tej chwili z dala od niej!
- Tarcza!
- Teena ma jeszcze tarczę!
- Połapała się asura. - Dopóki ma ją w dłoniach, też jest względnie bezpieczna! Ależ wymiana między tą dwójką! Koniec pojedynku wydaje się bliski. Tak jak do tej pory wydawało nam się, że Fadir zaczyna powoli budować przewagę, nagle całe budowane przez niego momentum runęło!
- Zdecydowanie. Nawet najdrobniejszy ruch może go teraz kosztować utratę tej sztucznej blokady smoły. Jeśli topór Dest ruszy się choć trochę… Fadir musi wymyślić sposób w jaki pozbędzie się również tarczy z dłoni Teeny. Do tego szybko!
- Jeśli nie może się ruszyć, to jego portale stały się bezużyteczne! Wystarczy, że Teena inteligentnie to rozegra!


Głosy komentatorów oraz publiki zaczęły wprowadzać zawodników w swego rodzaju trans, z którego dopiero teraz wyswobodziła się dwójka.
Kobieta była pewna swojej wygranej widząc jak jej topór blokuje się w udzie Fadira. Zerknęła szybko na Logana, jednak ten nie postanowił zakończyć pojedynku. Dlaczego? Odwróciła wzrok na nieumarłego. Nagle szerzej otworzyła oczy, zwracając uwagę na prawie idealnie czystą nogę Niższego Hierarchy.
- Jak?! - Zapytała wściekła.
Zanim jednak uzyskała odpowiedź na to pytanie, wyciągnęła dłoń przed siebie, chcąc przyznać Feniksa z powrotem. Topór drgnął, co zmusiło Fadira do pochwycenia jego uchwytu i utrzymania w swoim ciele. Ostatnią deską ratunku było utrzymywanie broni rywala w udzie tak, by nie dało rady drgnąć. Szczęśliwie dla niego, nieumarły posiadał wystarczająco dużo siły, aby uniemożliwić Teenie przyzwanie broni. Teraz jednak zmagał się z kolejnym problemem. Musiał skupić się na utrzymaniu nieswojego oręża nie tyle przy sobie, co w sobie.
W połączeniu ze wszystkim co działo się w tej chwili, jego możliwości nie pozwalały zająć się wszystkim. Elli doskonale opisała sytuację na arenie. Wystarczyło, że najemniczka ruszyła biegiem wciąż utrzymując zaklęcie przyzywające Feniksa. Unieruchomiony Fadir mógł jedynie patrzeć, jak ta zbliża się w szybkim tempie. Ostatnią próbą było użycie własnego topora do cięcia od góry w nadbiegającego rywala.
Nic to nie dało, gdyż Teena nadbiegała z jednej strony by uskoczyć w drugą, kiedy Niższy Hierarcha wypuszczał swój ostatni atak. Kiedy ten spudłował, grzmotnęła tarczą w bok twarzy nieumarłego. Nie udało jej się trafić na tyle mocno, żeby rozbić jego łuk brwiowy lub nos. Nie było krwi czy smoły. Jednak Fadir nie utrzymał swojej postawy odrzucony uderzeniem. Musiał asekurować się obiema rękoma kiedy upadał do tyłu. Wypuścił rączkę Feniksa z dłoni, a ten natychmiast wydostał się z jego nogi i wrócił do Teeny. Smoła leniwie zatoczyła się w dół nogi Niższego Hierarchy.
Logan Thackeray zakończył pojedynek.







Aurusa przeszył dreszcz. Faktycznie było zimno. Można było zabrać ze sobą coś więcej niż tylko płaszcz. Odetchnął głęboko i potarł dłonie o siebie, zyskując nieco więcej błyskawicznie uciekającego ciepła. Rozejrzał się wokół. Był zaledwie dwieście metrów poza zewnętrzną granicą twierdzy, a już ślady czyjejkolwiek obecności zaczynały zanikać. Pokryte śniegiem ścieżki, nieużywane od stuleci, ledwo odróżniały się od zwykłej, nierównej skalnej ziemi. Puchata kołderka sprawiała, że całe to pole bitwy, którym nieuniknienie stanie się Thunderhead wyglądało nawet niegroźnie. Przyjaźnie. Spokojnie. Niewinnie.
Niewielki podmuch wiatru smagnął elementalistę po twarzy. Język zimna natychmiast rozkazał Aurusowi zmienić kierunek marszu o kilkanaście stopni w lewo. Uniósł wyżej ramiona, żeby przysłonić nieco policzki przed przenikliwym mrozem. Faktycznie powinien był wziąć ze sobą czapkę tak jak radziła Annie. Wtedy nie trzeba byłoby się posuwać do tak drastycznych kroków jak wytwarzanie kulki ognia orbitującej wokół niego. Dzięki temu przynajmniej dało się wytrzymać na tej bezlitosnej zimnicy. Ale w czapce mu przecież nie do twarzy.
Kaszlnął i ruszył dalej, rozgrzewając ramiona szybkim pocieraniem ich dłońmi. Walka ze smokiem na pustyni przynajmniej nie sprawiała mu fizycznego bólu z powodu pogody. Potyczka w lodowatych warunkach Thunderhead ze smokiem może być niesamowicie trudna. Jeśli w ogóle dojdzie do walki. Moc którą dzierżył Kralkatorrik…
Nie. Nie czas o tym myśleć. Wyszedł się jedynie przewietrzyć. Ciągły kontakt z tłumami w twierdzy go męczył, a warta nie była żadnym odpoczynkiem. Nawet gorzej, była tylko większym wyzwaniem, bo musiał tkwić w jednym miejscu przez kilka godzin i jeszcze wyglądać względnego porządku. W środku nie było z tym problemów, ale na zewnątrz było już trudniej. O zwadę z brandem ciężko nie było, ale w tej chwili nie przynosiło to żadnych korzyści. Jedynie zmęczenie. Wybijanie w pył kryształowych sługusów smoka w oczach Aurusa przestawało mieć jakiekolwiek znaczenie. W jego opinii, Kralkatorrik wysyłał swoje wojska do walki nie po to by cokolwiek wskórały. Wszak, mógł tworzyć gigantyczne armię, a to z czym przyszło się mierzyć Paktowi to tylko niewielkie oddziały, czasem poprzeplatane jakimiś większymi jednostkami. To nie był pokaz siły. To nie był atak. Smokowi musiało zależeć jedynie na tym, aby trzymać wrogów w napięciu. Aby nie pozwolić nikomu nawet na chwilę odetchnąć. Nie dać się zrelaksować czy odpocząć.
Aurus lubił zawsze chadzać własnymi ścieżkami. Więc skoro Kralkatorrik przygotował dla niego taką drogę, człowiek natychmiast chciał zmienić jej kierunek. Nie mógł pozwolić, aby wola wroga tak po prostu się wypełniła. Zatrzymał się więc w miejscu i uśmiechnął nieco. Pora zrobić smokowi na złość. Zamknął oczy i… odetchnął lekko. W tej sekundzie nie musiał z nikim walczyć. Nie musiał przejmować się obowiązkami. Nie było potrzeby aby koncentrował się na tym, żeby przeżyć i zapewnić bezpieczeństwo innym wokół. Mógł po prostu zatrzymać się w miejscu i… nie myśleć. O niczym. Matho nie były w stanie tknąć żadne głębokie przemyślenia. Opróżnił całkowicie swój umysł wierząc, że to co właśnie robi zapewnia mu największą przewagę jaką jest w stanie sobie zagwarantować. Poczucie mocy było dla niego zawsze jak narkotyk, więc każda przewaga jaką mógł sobie stworzyć, zwłaszcza nad istotą tak potężną jak smok sprawiała mu niesamowitą przyjemność.
- Patrz Kralk… odpoczywam.
Ta krótka chwila oderwania się od myśli wszelakich, a zwłaszcza swoich własnych wystarczyła, żeby czyjeś inne, głośno wyrażane emocje wtargnęły na ich miejsce. Męski głos wydawał się bardzo podekscytowany, w czasie gdy kobiecy szybko tonował jego entuzjazm.
- To jej dzieło! To musi być jej dzieło. Nie ma nikogo innego, komu udałoby się wywinąć taki numer! – Mówił norn.
- Nikogo innego o kim byśmy wiedzieli. - Upomniała go asura. - A jeśli zakładamy, że jej faktycznie się powiodło, a Priory nic nie rozdmuchuje, to znaczy, że diabelnie dobrze się z tym ukrywała. Więc, jeśli uznamy historię tej asurki za prawdziwą, to istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że takich jak ona jest więcej, tylko ukrywają się zdecydowanie lepiej. Z resztą, czy nie odczulibyśmy efektów tego urządzenia, gdyby działało?
W trakcie gdy para rozmawiała, Aurus miał okazję rozejrzeć się wokół żeby odgadnąć z którego kierunku nadchodzą ich głosy. Wyciągnął z ust wykałaczkę i cisnął nią na lewo. Kawałek drewna zapłonął w powietrzu i nie miał już okazji dotrzeć do poziomu śniegu. Matho podszedł kilka kroków w stronę obelisku wystarczająco dużego, aby móc się o niego bezpiecznie oprzeć i dobrał kolejną wykałaczkę z niewielkiego pudełka w kieszeni płaszcza. Odwinął papierek i spopielił go prawie natychmiast, obserwując jak cienko odziany norn stara się nadążyć za maszerującą w kierunku twierdzy asurą wyglądającą jak stojak na płaszcze.
- Tego nie wiemy! - Odbił argument asurki. - To może być wszystko - inny świat. Inny wymiar. Inna rzeczywistość. Luka w historii, która gwarantuje nam, śmiertelnym, możliwość zmienienia oblicza otaczającego nas wszechświata. Bo jakim cudem Meffu mogła zobaczyć perfekcyjne odbicie naszego świata, które jednak zmienia bieg teraźniejszości. Historie, które idealnie się pokrywają, żeby w kluczowym punkcie zacząć prowadzić różnymi ścieżkami. I żadna z tych ścieżek się nie kończy! Obie prowadzą swoje własne szlaki, w których niegdyś identyczne podmioty nagle podejmują różne decyzje. Czy to nie wydaje ci się choć trochę ekscytujące? I widziała sto różnych wizji takich światów. Sto! A kto wie, może jest ich więcej.
Asura nie wydawała się idealnym towarzyszem rozmowy, gdyż przez cały czas kiedy norn wypluwał z siebie słowa żywo gestykulując, ona jedynie przebijała się przez złośliwie padający śnieg. Kiedy jednak wysoki mężczyzna przerwał na chwilę by złapać nieco powietrza, zatrzymała się jak wryta i obróciła do niego. Jej głos był wściekły w pierwszej sekundzie co Aurus wyczuł natychmiast.
- TO WSZYSTKO TEORIA! TYLKO… teoria. - Uspokoiła się. - Mamy dowody i pokrycie w dokumentach jedynie na to, że Meffu nigdy nie istniała. Nie ma Tyrii 33, Tyrii 34 i wszystkich tych durnych wymysłów. Inquest tworzył broń masowego rażenia. Każda historia byłaby świetną przykrywką, ale to jest ponad wszystkie trzeźwe przewidywania niemożliwe! Ale najważniejsze – choćbym chciała uwierzyć w to co mówisz – nie mamy dowodów. Nawet nie „dowodów” - dowodu. JEDNEGO. Nic. To tylko domysły, próżnostki, domniemania i jeśli mam być szczera, myślenie życzeniowe. Siedzisz nad tym już ponad rok i nie znalazłeś nawet jednego dowodu na istnienie wymiarów równoległych. JEDNEGO! Wszystko co masz to przemyślenia i wyedukowane zgadywanie. Owszem, logiczne, ale wciąż zgadywanie.
Norn choć większość czasu pochylał się dość wyraźnie, by głową być bliżej asury tym razem wyprostował się, a na jego ustach zagościł pewny siebie uśmiech.
- Mam jeden dowód.
Aurus odepchnął się od obelisku. Para nie oddalała się od niego, ale on musiał być bliżej. Zrobił zaledwie krok.
- Jaki? - Zapytała asura.
- Widziałem bramę. Wiem gdzie jest. Brama 71.
Aurusowi opadła szczęka. Wykałaczka wypadła z jego ust i po raz pierwszy nie spłonęła, a jedynie spadła w śnieg, pozostawiając ślad po obecności elementalisty na zewnątrz. Człowieka tak bardzo skupionego na rozmowie nieznajomych o tak bliskim mu wątku, że nie zwrócił uwagi na to, że nie jest już sam. Nie myślał wiele i zrobił kolejny krok w stronę rozmawiającej pary. Gdyby mógł, już byłby przy tej dwójce. Był jednak tak skupiony na śledzeniu każdego słowa tej dyskusji, że ten krok okazał się jego ostatnim zanim został zaatakowany od tyłu.