Autor Wątek: Krwawa aria  (Przeczytany 35455 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Falkner

  • Egida
  • ******
  • Wiadomości: 1197
  • Płeć: Mężczyzna

Rozdział pierwszy, w którym wystawny bal zostaje przerwany.

- Pański mundur, wyprasowany starannie. Marina zaraz przyniesie rękawiczki i buty.
Sofia miała dziś pełne ręce roboty. O ile do południa rodzina panicza spokojnie spędzała poranek i przygotowywała się do obiadu, tak zaraz po nim wszyscy zaczęli się krzątać. Atmosfera rosła - lady Maria bez przerwy udzielała służkom porad, zaś sir Alexander wszystkich rozstawiał po kątach. Znużony panicz zamknął się w swoim pokoju i ogłosił, że zawołać go należy dopiero, gdy wszystko będzie przygotowane. Na domiar złego do drzwi pukało dziś trzech domokrążców, wciskając swoje tandetne maści na bolące plecy czy podrobione pamiątki z drugiego krańca Tyrii. Ta cała domowa zawierucha wywołana była dzisiejszym balem u któregoś z baronów, pal licho co to za typ. Jedynie sam panicz zdawał się wykazywać jakiekolwiek zrozumienie dla zapracowanych sług, które nie miały czasu nawet dojeść swojego obiadu.
- Dziękuję ci, Sofio. Połóż na łóżku - odparł panicz, wstając od biurka usłanego kartkami papieru. Gdy ona chciała już w ciszy wyjść z pokoju, syn pana zatrzymał ją - Zaczekaj... Pomożesz mi ubrać wstęgę? Powinna być przełożona pod epoletem.
Sofia w duszy westchnęła. Tylko czekać, aż pan Alexander zestarzeje się i jej psim obowiązkiem stanie się uwolnienie go od poczucia nieczystości zaraz po wstaniu z toalety. Starając się jak najbardziej ukryć swoje zmęczenie, skinęła głową i podeszła do leżącego munduru. Panicz w tym czasie odpiął epolet i zaczekał, aż służka przełoży wstęgę przez prawe ramię. Równie dobrze mogłaby to zrobić sama, bez wielkodusznej pomocy panicza. Jednakże skoro nalegał, to niech będzie po jego myśli.

O godzinie szesnastej panicz wyszedł z domu, a służka poszła zamknąć za nim furtkę. Do najbliższego drogowskazu było niedaleko, to też by zaoszczędzić na wynajęciu powozu najmłodszy z rodu postanowił przejść się pieszo. Nim jednak dane mu było opuścić folwark, tuż przed bramą dogonił go ojciec.
- Edgarze, nie zapomnij przesłać baronowi wyrazów życzeń z okazji urodzin. I przeproś go za moją nieobecność. I trzymaj się z dala od jego córki - jest na wydaniu, prawda, ale jej faworytem jest syn fligeladiutanta Parkera.
- Tak tato. Życzenia, przeprosiny i z dala od młódki. Obiecuję.
Sofia dostrzegła, że panicz wypowiedział te słowa z charakterystycznym jemu uśmiechem. Znaczy, że kłamał.

Przed bramą posiadłości barona Enrique Perez sekretarz prowincjonalny stanął za dwadzieścia piąta. Na straży stało czterech ochroniarzy, wyposażonych w szable schowane w pochwach z inicjałami rodziny barona, a odziani byli w czerwone surduty ze złotymi guzikami. Poproszono Edgara o okazanie zaproszenia, po czym otwarto bramę. Do domu barona, będącego nadzwyczaj ciekawym zjawiskiem architektury (dom był jednopiętrowy, za to rozległy na szerokość) prowadził marmurowy chodnik wiodący przez świeżo skoszony trawnik. Po lewej, jak i po prawej stronie stały rzeźby, przedstawiające bohaterów wojennych minionych lat. Baron Perez niegdyś służył w armii, gdzie doczekał się szybkiego awansu z wojska do cywila, gdzie piął się po drabinie hierarchii urzędniczej. Doczekał się zasłużonej emerytury i przeniósł do willi w Ruriktonie którą odbudowywał prawie dziesięć lat. Niemniej budynek dziś był jedną z wielu pereł, jakie znajdowały się w najbogatszej stolicy dzielnicy.

W domu, kamerdyner z brzuchem nadmuchanym jak balon poprosił przybysza o zapisanie się w księdze gości. Edgar namoczył pióro w kałamarzu i chwilę się zastanowił, następnie zapisał pierwsze lepsze życzenia jakie przyszły mu na myśl. Po drodze minął kilku Seraph pełniących dodatkową straż na przyjęciu z uwagi na fakt, że gospodarz poświęcił swe życie służbie pod sztandarem anielskich skrzydeł. Goście zaczęli się zbierać w głównej sali, skąd służba kierowała wytworne państwo do sali jadalnej. Z tamtej strony dochodziła też cicha muzyka, ale orkiestra momentami okropnie fałszowała. Edgar skrzywił się, gdyż jego uwrażliwiony na muzykę słuch nie umiał tego wytrzymać.
Nim jednak przeszedł do sali, obrócił się słysząc niemałe poruszenie przy wejściu. Ciężki stukot butów zwiastował przybycie mężczyzn i kobiet odzianych w pełne zbroje, w czerwonych tabardach. Straż Ministerialna rozchodziła się na boki, by przepuścić środkiem siwego chudzielca o brodzie aż do klatki piersiowej. Wytężając wzrok, Edgar poznał w nim Gustawa Erenfalla, Ministra Kultury i Sztuki. Wieczór zapowiadał się nadzwyczaj ciekawie.

Goście powoli zaczęli przechodzić do sali jadalnej, gdzie czekał na nich gospodarz wraz z żoną. Dzieci barona nie było nigdzie widać - młodej dziewczyny, o której przestrzegał go ojciec i jej starszego brata, który podobno słynie z zamiłowania do literatury. Edgar ustawił się w kolejce do złożenia życzeń i zerknął na kieszonkowy zegarek, który wskazał za pięć piątą. Kolejka posuwała się nadzwyczaj szybko i nim się obejrzał, sekretarz prowincjonalny stał przed baronem Enrique Perezem i jego żoną, przekwitłą już baronową Isabelle. Gospodarz ubrany był w ceremonialny mundur, który, jeśli wierzyć plotkom, był z nim od początku jego służby urzędniczej i od tego czasu najlepsi krawcy w stolicy utrzymywali go przy życiu. Baron był człowiekiem starym, lecz w jego piwnych oczach wciąż błyskała energia do działania. Podkręcony siwy wąs pod drobnym noskiem sprawiał, że baron Perez wyglądał niczym poczciwy dziadziuś, lecz mocny uścisk dłoni przypominał, że to wojskowy, nie jakiś tam gryzipiórek. Baronowa z kolei przypominała typową damę z obrazu - włosy upięte w jakiś dziwny pagórek, pociągła twarz i trochę przy kości. Jej jasnobłękitna suknia z koronkowymi wstawkami nie była niczym nadzwyczajnym, ale też nie prezentowała się najgorzej. Podkreślała powściągliwość gospodyni, która równie lekko wyciągnęła dłoń w kierunku Edgara by ucałować jej wierzch. Po złożeniu życzeń i przeprosin za nieobecność ojca, sekretarz prowincji mógł w spokoju usiąść w miejscu wskazanym przez służącego. Ogłoszono, że do kolacji jeszcze pół godziny. Niektórzy z gości zasiedli we wskazanych miejscach, inni oddalili się porozmawiać w małych kręgach, rozsianych po sali jadalnej i sali głównej. W ten sposób Edgar został praktycznie sam - ani obok niego, ani przed nim nikt jeszcze nie zasiadł.

Po niespełna trzech minutach podszedł młody mężczyzna, z włosami równo przeczesanymi na prawą stronę i idealnie wytrymowaną brodą, formującą kwadrat wokół ust, odziany w biały garnitur ze złotymi zdobieniami. Na pierwszy rzut oka niestosownym było, by tak młoda osoba mogła na przyjęciu nosić się tak wystawnie, jednakże Edgar prędko domyślił się, że stoi przed nim syn gospodarza.
- Sekretarz prowincjonalny Edgar Nightingale?
- We własnej osobie - odparł, wstając z krzesła. Zauważając wyciągniętą ku niemu dłoń uścisnął ją.
- Lucian Perez, miło mi. Słyszałem od ojca o pańskiej pracy. Jestem pełen podziwu dla pana metod.
- Dziękuję. To zasługa mojego nauczyciela, mentora i przyjaciela, ale też pewne zamiłowanie do niebezpieczeństwa. Jak to powiadają, trzeba czerpać z życia garściami, aby się nie zanudzić.
Twarz syna gospodarza balu wykrzywiła się w lekkim, tajemniczym uśmiechu. Czy chodzi o to, że podziela jego zdanie lecz sam ma zbyt mało odwagi by podejmować ryzyko, czy może chciał w jakiś sposób zamaskować zniesmaczenie? Młodzieniec wyciągnął dłoń w kierunku drzwi po prawej stronie, które były otwarte na oścież. Prowadziły one do korytarza, w którym wisiały obrazy, stały egzotyczne rośliny w wazonach i donicach a także znajdowały się fotele i szezlongi. Na każdym balu było takie miejsce - ustronne, przeznaczone dla mniejszego kręgu rozmówców, z dala od gwaru. Muzyka już dawno zmęczyła Edgara swoją niedoskonałością wykonania, jako że nie grała żadna orkiestra, tylko w pełni zautomatyzowana maszyna. Coś na wzór Mechanicznej Orkiestry Uzolana, jednakże mocno wybrakowana.

Usiedli w rogu korytarza w wygodnych, obitych czerwoną tkaniną fotelach i każdy z nich zapalił fajkę. Mijająca ich służka zaproponowała coś do picia, niemniej panowie jednogłośnie odmówili. Wzrok Luciana skierował się w stronę sali, a po ciężkim westchnięciu rzekł:
- Tyle gości i straży nigdy tutaj nie widziałem. Urodziny papy zwykle przebiegały w dużo mniejszym gronie.
- Nie ma się co dziwić, wszak baron jest osobą znaną i poważaną. Poza tym prosty zwyczaj - ktoś zaprasza, należy i jego zaprosić.
- Niby prawda, ale papa nigdy nie chadzał na każdy bal, na jaki dostał zaproszenie.
- Może po prostu dopadło go poczucie, że musi zrobić tak wystawny bal by po przejściu na emeryturę o nim nie zapomniano?
- Być może - Lucian pokiwał lekko głową i półprzytomnie patrzył się w kierunku sali jadalnej - Mnie się jednak zdaje, że tu chodzi o moją siostrę, Rosalindę. I o mnie. Obydwoje jesteśmy jakby... na wydaniu.
Edgar pokiwał głową, doskonale rozumiejąc położenie, w jakim znalazł się rozmówca. Jego ojciec nigdy nie łasił się na wydanie balu, aby pokazać swego potomka potencjalnym kandydatkom na żonę. Znał syna dobrze i zawsze wiedział, że ustatkuje się kiedy indziej, że zbyt bardzo młodość mu do głowy uderzyła by teraz osiąść i wieść rodzinne życie. Lucian też nie wyglądał na takiego, który byłby zadowolony z ożenku.
- Słyszałem, że faworytem Rosalindy jest fligeladiutanta Parkera - podjął po chwili Edgar, przenosząc spojrzenie lawendowych oczu na rozmówcę.
- Faworytem? Być może. Nie wchodzę z butami do życia siostry, ale ona też zdaje się być bardziej pochłonięta swoimi marzeniami niż zakładaniem rodziny. Z pewnością syn skrzydłowego kapitana Seraph nie będzie miał z nią łatwo na początku, w sensie... - Lucian zmieszał się, na co Edgar z lekkim uśmiechem skinął mu głową, dając znak, że rozumie i rozmowa nie wyjdzie poza nich dwóch. Lucian wykonał wdech i dokończył:
- Jak tak na nią patrzę to wiem, że chce robić to, co kocha. A jej miłością jest muzyka. Tylko czekać, aż wyremontują Wielką Operę i wtedy będzie tam grać, już papa się o to zatroszczył.
- Mogę wiedzieć, na jakim instrumencie gra pana siostra?
- Jest harfinistką - odparł Lucian po czym zgasił fajkę, jako że muzyka ucichła, a po sali rozbrzmiał przyjemny dźwięk dzwonka, zapraszającego na kolację.

Po kolacji, która składała się z dwóch ciepłych posiłków, baron Perez zabrał głos i jako gospodarz wygłosił typową gadkę - podziękowania za przybycie, podziękowania za życzenia i wyrażenie życzenia, by każdy tego wieczoru bawił się dobrze. Prawdziwą atrakcją jednakże był wspomniany przez Luciana utwór w wykonaniu jego siostry Rosalindy. Delikatna, rudowłosa dziewczyna zasiadła za masywną, złoconą harfą i pociągając za struny instrumentu, wprawiała gości w trans.
Edgar przyglądał się jak zaczarowany córce gospodarza, gdy ta czarowała całą publiczność swoją nadzwyczaj piękną grą. Gdy tak subtelnie pociągała za struny, poczuł, że włosy na jego rękach stają dęba, a wzrok nie może oderwać się od niecodziennej urody kobiety. Przez chwilę wyobraził sobie, jak leży nad strumieniem w opodal swojego folwarku, a młódka umila podziwianie chmur na błękitnym niebie swoją grą. A gdy skończyła grać, w duchu zaklął na pięciu bogów, że nie przepuści żadnego z jej koncertów.

Gdy Rosalinda skończyła grać, podniósł się grom oklasków z całej sali, nawet parę osób ze straży nie mogło się powstrzymać i zabili brawa w okutych rękawicach. Po chwili harfa została wyniesiona, pozostawiając tylko ten szkaradny, zautomatyzowany instrument który miał udawać żywą orkiestrę. Jeden z gości, ubrany w czarny surdut i czerwoną koszulę z falbanami na rękawach wystrzelił jak z bicza w kierunku maszyny, kręcąc jakimiś pokrętłami i pieczołowicie pucował rozszerzenie ogromnej tuby, z której wydobywał się dźwięk. Podsłuchawszy plotkarzy, Edgar dowiedział się, że autorem tego ustrojstwa jest Raphael von Chrapke, który niegdyś był uczniem Uzolana lecz po ogłoszeniu go zdrajcą stanu od razu odciął się od swojego mistrza i w domowym zaciszu kształcił swe talenty inżynieryjne. Podobno dziwak jakich mało, ale cóż - wiele wielkich umysłów tak ma, choć i jemu trochę do wielkiego umysłu musiało jeszcze brakować, sądząc po wierności oddania prawdziwej orkiestry przez tę maszynę.
Niemniej, zabiegi przedsięwzięte przez von Chrapkego w jakimś stopniu poprawiły jakość dźwięku, choć dalej brzmiał on sztucznie, daleko mu było do prawdziwej orkiestry. Jednakże teraz przyszła pora na tańce. Edgar nie rwał się na rozpoczynający taniec, jako że przyszedł sam, bez partnerki. Ale później, gdy już panowie zaczną zmieniać partnerki, wtedy przyjdzie i jego kolej.

Szału nie było. Prowadził gospodarz wraz z żoną, za nim Rosalinda ze swym faworytem, sierżantem Samuelem Parkerem. Syn fligeladiutanta kapitana Glenavona wyglądał jak prawdziwy samiec-drapieżca. Ostre rysy twarzy, krótka fryzura, starannie przycięta broda, budowa ciała muskularna, ale też nie przesadzona. Był dokładnym odzwierciedleniem propagandowego Serapha z plakatów w prawdziwym życiu. W tańcu prowadził też nie najgorzej, widać musiał pobierać lekcje by w towarzystwie nie wyjść na głupca. Towarzystwo tańczyło walca w szybkim tempie o nieparzystym metrum na trzy czwarte.
Następnie partnerzy zmieniali partnerki, niektórzy przenosili się w ustronniejsze miejsca, inni zaś wracali do stołu. Po piętnastu minutach obserwacji Edgar wstał z krzesła i ruszył na środek, zmierzając prosto do córki gospodarza, Rosalindy. Parkera nie było w pobliżu, zresztą nawet byłoby to wielce niestosowne, aby nie pozwolić gościowi zatańczyć z córką gospodarza. Również z tego powodu delikatna dama nie odrzuciła propozycji sekretarza prowincji. Ujął ją w talii i wyciągnąwszy trzymane dłonie, para czekała na rozpoczęcie kolejnego utworu.


Rozpoczęli z wolna, w rytm muzyki. Edgar bez przerwy spoglądał w oczy partnerki. Miał wrażenie, że ta zielone tęczówki wodzą jego zmysły, dodatkowo pobudzane przez piękno utworu (do niedoskonałości grającej maszyny zdołał się już przyzwyczaić) i dotyk filigranowej istotki. Dodatkowo fakt, że Rosalinda wręcz idealnie się prowadziła sprawił, że taniec stał się czymś więcej, niż tylko rozruszeniem kości po jedzeniu. Zdawało się, jakby nagle na parkiecie zrobiło się więcej miejsca - kątem oka dostrzegł, jak pozostałe pary usuwają się bliżej ścian, nie chcąc wchodzić błyskotliwej parze pod nogi. Idąc za ciosem, Edgar pozwolił sobie na jeszcze bardziej wymyślne figury, skoro nadarzyła się niepowtarzalna okazja pokazać swe umiejętności. W pewnym momencie poczuł, że jego napięcie powoli sięga zenitu, a partnerka dzielnie je znosi, bez przerwy utrzymując kontakt wzrokowy. Gdy ostatnie brzmienia muzyki ucichły, zatrzymali się i trwali w ramie jeszcze chwilę, nim sekretarz prowincjonalny otrząsnął się z amoku i w ramach podzięki ucałował dłoń Rosalindy.

By wziąć się w garść, wyszedł na zewnątrz i stanął za rogiem budynku, w tylnim ogrodzie. Sięgając po fajkę, drżącą ręką odpalił zapałkę, lecz nim dane mu było zaciągnąć się kojącym nerwy dymem tytoniowym, zza rogu wyszło trzech mężczyzn - sierżant Parker oraz dwóch gustownie ubranych panów w średnim wieku, każdy z orderem na piersi. A więc doigrał się.
- Powiem wprost, panie... zresztą nieważne - rozpoczął nadzwyczaj bezczelnie młodszy Parker - Proszę trzymać się z dala od Rosalindy.
- Czy zrobiłem coś nie tak, drogi panie nieznajomy? - odparł Edgar, ostatecznie rezygnując z zapalenia fajki. W odpowiedzi młody wojskowy wyciągnął w jego kierunku wskazujący palec:
- Powiedziałem. Wara od dziewczyny. Widziałem jak żeś pan sobie kły na nią szczerzył w tańcu. Wszyscy widzieli! Cała sala!
- Taniec to jeszcze nie jest zaproszenie do ślubnego kobierca. Myślę, że powinien pan to wiedzieć jako osoba, która została wpuszczona na salony.
Parker poczerwieniał ze złości, wykrzywiając usta w zdenerwowaniu. Gwałtownie machnął prawą ręką w bok i wręcz wykrzyknął:
- Dość tego. Jak nie prośbą, to groźbą. Załatwimy to tu i teraz. Masz pan tutaj sekundanta - klepnął w plecy człowieka ze swojej eskorty po prawej. Ten zdziwiony przeszedł na stronę Edgara bez słowa. Widać młody umie porozstawiać sobie ludzi po kątach.
- Nie tak szybko, panowie - zza rogu wyszedł Lucian Perez z nietęgą miną - Najpierw pan Nightingale musi przyjąć pana wyzwanie i wybrać broń - tu syn gospodarza przeniósł wzrok na Edgara, w duszy będąc przekonanym, że ten nie odmówi - Jeśli już musicie panowie rozwiązywać to w taki sposób, to stanowczo nalegam, aby pojedynek stoczył się na szable. Bez zaklęć, bez rozlewu krwi. Baron nie zniósłby takiego wypadku na jego urodzinach.
Edgar uśmiechnął się lekko, rezolutność tego młodzieńca bardzo mu imponowała. Skinął głową i odparł:
- Przyjmuję wyzwanie, pojedynek stoczymy przy pomocy broni białej. Jak widzę, każdy z nas ma broń. Zaś sekundantowi z pana strony podziękuję, proszę zaś panicza Pereza o przejęcie tej roli.
Wszyscy spojrzeli na siebie skonfundowani. Parker klepnął jednego ze swoich, by podał swój miecz Lucianowi. Cała piątka odeszła kawałek dalej, przeganiając osobistą straż barona do ogrodu.

Lucian stanął po lewej stronie Edgara, trzymając miecz przed sobą. Sekretarz prowincji wyciągnął z pochwy swój rapier, na co Parker uniósł brew i przyjął grymas zażenowania. Sam wyciągnął paradną szablę, a jego sekundant stanął po jego lewej, również w dłoni dzierżąc oręż.
Przeciwnicy mierzyli się wzrokiem przez chwilę, czy któremuś w ostatniej chwili nie braknie odwagi. Tymczasem ani urażonemu Edgarowi, ani przewrażliwionemu Samuelowi Parkerowi niespieszno było się wycofywać.
Rozpoczął Parker, markując cięcie znad głowy. Edgar natychmiastowo wyciągnął szpadę w górę i sparował atak. Wycofując miecz, przygotował się do kolejnego zablokowania ciosu, zabrzęczała stal. Sekundanci bacznie obserwowali walczących, czy któryś z nich nie oszukuje. W takim przypadku mieliby święte prawo przerwać pojedynek i zablokować nieczyste uderzenie. Walka wciąż trwała, choć ograniczała się do ciosów to jednej, to drugiej strony, za każdym razem sparowanej. Parker zawzięcie markował cięcia, krzywiąc się przy tym w złości. Edgar blokował jedno za drugim i okazjonalnie wyprowadzał kontry, które również były zbijane. Jak się okazało, syn wysoko postawionego Serapha wcale nie był kiepski w walce. Z pewnością wiele wyniósł z frontu, niemniej sekretarz prowincji mimo braku aktywnej służby wcale nie odstawał zdolnościami od przeciwnika. Wyprowadziwszy bezpośrednie pchnięcie zaraz po parowaniu, stalowe ostrze rapiera prawie że pocałowało bok Parkera, gdyby ten gibko nie uniknął. Miecze zetknęły się raz jeszcze w akompaniamencie głośnego brzęku, gdy nagle rozległ się krzyk i wołanie o pomoc. Edgar natychmiastowo zrobił krok w tył i spojrzał za siebie. Jednakże przeciwnik, zaślepiony walką, najwyraźniej wyłączył słuch i wyprowadził cięcie w stronę Edgara.

- Stop! - krzyknął Lucian, dokonując tak zwanego wtargnięcia. Szabla Serapha i miecz syna barona zderzyły się w głośnym brzęku.

Falkner

  • Egida
  • ******
  • Wiadomości: 1197
  • Płeć: Mężczyzna
Rozdział drugi, w którym wrogowie muszą się zjednoczyć.

- Natychmiast proszę zrobić przejście! Przepraszam! Proszę się przesunąć, przejście zrobić!
Samuel Parker brnął przez tłum gapiów niczym zbrojna kolumna, tarczami torująca sobie drogę przez szyki centaurów. Edgar mknął zaraz za nim, korzystając z wydrążonego przez osiłka korytarza. Zaraz za nim szedł Lucian, raz po raz przepraszając gości na lewo i prawo. Gdy przecisnęli się na sam front, sekretarz prowincjonalny zdołał dojrzeć sylwetki strażników wszelkiej zebranej tu maści - Ministerialnych, Seraph czy prywatnej ochrony barona Pereza. Pochód trójki mężczyzn zatrzymał się z uwagi na pierwszego - Parker swym barczystym ciałem zasłaniał cały widok Edgarowi i stojącemu za nim Lucianowi. Nawet delikatne pchnięcie go nie pomogło, dopiero gdy Lucianowi puściły nerwy, przemknął bokiem, znów przepraszając gości za zbytnie ocieranie się o ich ciała.

Edgar prędko skorzystał z sytuacji, gdy Lucian wyszedł z pierwszego szeregu gapiów i wyskoczył z kotłowaniny. Najpierw wybałuszył oczy na leżące ciało, nad którym stało w sumie pięciu strażników i Lucian. Teraz doskonale wiedział, dlaczego Parker nie ruszył się ani o krok naprzód.
- Przepraszam, proszę mnie przepuścić! - głos barona rozbrzmiewał gdzieś z tyłu zbiegowiska. Jakże w pierwszej chwili Edgarowi zrobiło się przykro, że serce starego weterana za chwilę przebije gruba szpila żalu i smutku. Lucian stał sparaliżowany, podobnie jak Parker, którzy mieli najwięcej do czynienia z ofiarą. Rosalinda patrzyła zupełnie gdzieś w bok, spojrzeniem pozbawionego życia. Edgar spuścił głowę i otarł czoło wyciągniętą z butonierki chusteczką. Przed oczyma przebiegł mu ich wspólny taniec, pierwszy i ostatni jak się okazuje. A mało brakowało, a podzieliłby jej los.

Tego dnia już więcej nie rozmawiał z nikim - ani z baronem, ani z Lucianem, ani tym bardziej z Parkerem. Gdy na miejsce zbrodni przybyło więcej straży, wszyscy goście zostali uprzejmie zachęceni do opuszczenia rezydencji Perezów. Odchodząc, słyszał cichy szloch baronowej Isabelle, która siedząc na ławce ogrodu dawała upust swemu bólowi w postaci przelewania licznych kropel płaczu, które czym prędzej z jej twarzy ocierał Lucian, jej syn. Gdy minął bramę i skręcił w ulicę Mieczników, odetchnął ciężko i przysiadł na ławce. Spuściwszy głowę, sięgnął po kieszonkowy zegarek i spojrzał na godzinę - dochodziła dwudziesta. O tej porze raczej ciężko mu będzie znaleźć fiakra, który dowiózłby go do domu, zaś do najbliższego drogowskazu było około dziesięciu minut piechotą. Posiedział więc chwilę, obserwując jak w domach zapalają się i gasną naprzemian światła. Gdy dzwony zabiły osiem razy, wstał z ławki i z wolna udał się do domu.


Poranek na tarasie nie należał do najprzyjemniejszych z dwóch powodów - było chłodno, kawa więc szybko stygła i umysł nie zdążył się jeszcze oswoić z wczorajszymi wydarzeniami. To jednak nie przeszkodziło sekretarzowi prowincji usiąść przy stoliku pod ogromnym parasolem i zapalić fajkę. Lubił sobie powtarzać, że nie każda chwila w życiu musi być usłana różami, czasami trzeba codziennym czynnościom oddać się w nader nieprzyjaznych warunkach, aby dodać sobie hartu ducha. Na przekór prośbom Sofii, aby panicz nie wystawiał się w taką pogodę na chłód i potencjalne przeziębienie, Edgar rozsiadł się na krześle ogrodowym i powoli pykał z fajki. Sięgnął następnie po leżącą na stoliku gazetę - dzisiejsze wydanie "Wieści". Oczywiście, że pierwsza strona musiała traktować o wczorajszym zajściu - "Zamordowano córkę barona Pereza - Rosalindę". Niżej autor artykułu opisywał wszystkie szczegóły, jakie pozwolono mu przedstawić lub jakie zdążył wychwycić. "Rodzina odmówiła wydania oświadczenia, zaś szczegóły postępowania są jeszcze nieznane. Wiemy, że w domu barona Pereza dzisiaj stawią się reprezentanci dwóch służb ochrony prawa - Seraph i Straży Ministerialnej. Obecność tych drugich potraktowana jest tym, że na przyjęciu był obecny Minister Kultury i Sztuki."

Dalej nie było niczego ciekawego. Na stronie spraw kryminalnych od kilku dni maglowano temat zabójstw jednych i tych samych osób. To jakaś śpiewaczka operowa, to jakiś dyrygent z filharmonii. Edgar odetchnął ciężko i sięgnął po filiżankę z kawą. Jego dłoń zastygła w połowie drogi, gdy pokojarzył fakty - Rosalinda też przecież grała na harfie. Może był to trop nadzwyczaj naciągany, ale być może coś w tym było. Zamiast kolejnego łyka, rozłożył raz jeszcze gazetę ujmując ją w obie dłonie i przebiegł wzrokiem po artykułach kryminalnych.
- Paniczu, czy mógłby pan jednak...
- Nie Sofio, pozwól mi skończyć. Doczytam i wrócę do środka - przerwał jej Edgar i odparł zirytowany, że ktoś zaburza jego pracę umysłu. Ale służka nie dawała za wygraną. Cicho krząknęła i dodała:
- Ktoś do panicza w odwiedziny.
Edgar uchylił trzymaną w dłoniach gazetę i poza Sofią, zobaczył w jej towarzystwie niewysokiego człowieka, ubranego po mieszczańsku. Nie mógł pochodzić stąd sądząc po ubiorze, twarzy też nie kojarzył. Wytłumaczenie mogło być jedno - ktoś go przysłał z jakąś wiadomością.

Nie pomylił się. Gońca przysłał baron Perez z zaproszeniem na obiad i "ważną rozmowę". W przekazanej przez posłańca wiadomości na piśmie, emerytowany weteran zasugerował wynajęcie pokoju w dowolnym hotelu mieszczącym się w stolicy. Nie zwlekając, nakazał Sofii spakować swoje rzeczy, zaś gońcowi dał nowe zadanie - zajść do hotelu "Grand" i wynająć pokój "luks". Oczywiście za drogę i dodatkowe zadanie dał mu odpowiednie wynagrodzenie, za które przeżyje godziwie najbliższy tydzień.

Stojąc przed bramą barona, napatoczył się na człowieka w brązowym, kratkowanym palcie i kaszkiecie za którego paskiem, który okalał nakrycie głowy wciśnięta była mała karteczka z napisem "Prasa". A więc sęp już czekał na nowinki, znaczy się, że obrady u barona właśnie trwają. Zastanawiał się, czy baron przypadkiem nie zaprosił go do wzięcia udziału, lecz zaraz tą myśl odgonił w kąt. Gdyby faktycznie tak było, dałby znać w liście i nie zaczynał bez niego. W duchu poczuł podniecenie, bowiem wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazywały mu na nową sprawę. Czy baron chciałby go nająć do przeprowadzenia własnego dochodzenia? Wysoce prawdopodobne.
Wylegitymował się na wejściu i otworzono dla niego bramy rezydencji. Szedł tym samym trotuarem pośród ogrodu, który tak ochoczo przemierzał wczoraj, nie mogąc pozbyć się uderzających zewsząd myśli o nowej sprawie. Złapał się na tym, że uśmiechał się lekko - nie żeby nie robił tego cały czas z uwagi na swoją pogodną fizjonomię, ale po przekroczeniu progu domu musi przybrać bardziej poważny wygląd. Drzwi jakby otwarły się same, a w nich stanął niski człowieczek z łysym czubkiem głowy i niechlujną, posiwiałą kozią bródką. Szybko rozpoznał w nim śledczego Harlowa ze Straży Ministerialnej. Pamiętał go jeszcze z Departamentu Zbrodni Ciężkich, gdy przyszło mu rozwiązywać zagadkę Dwugłowego psa. Harlow wtedy nie był uwikłany w szczegóły, ale nie sposób było nie zauważyć toczącego się po korytarzach Departamentu tłuścioszka i nie zaśmiać się w duchu nad jego przezabawnym wyglądem.

- Dzień dobry, panie Harlow.
- A dzień dobry młodzieńcze. Panie Nightingale, cóż tu pana sprowadza? - odparł Harlow, uradowany na widok znajomej twarzy. Śledczy wyglądał, jakby mocno nie dosypiał. O higienie jamy ustnej też pewnie zapomniał, sądząc po jego wczorajszym oddechu.
- Wezwanie od barona - odparł sekretarz prowincji, podkreślając tonem, że kopnął go taki zaszczyt. Harlow ściągnął brwi i przytknął tłusty palec do ust i przygryzł go delikatnie w zastanowieniu.
- To ci dopiero niespodzianka. A ja myślałem, że baron ma już dość kłopotów z tym, komu przydzielić śledztwo. Ale cóż,  Straży Ministerialnej nic do tego. Zgodnie stwierdziliśmy, że zabójstwo nijak nie dotyczy Ministra Erenfalla, więc nie będziemy sobie z Seraph wchodzić w paradę.
A więc jednak. Sądząc ze słów śledczego, baron ma jakieś plany co do Edgara i dochodzenia, które przypadło Seraph. Pożegnał się więc z przedstawicielem Straży Ministerialnej i wszedł do środka, gdzie przywitał go otyły kamerdyner.

Zatrzymawszy się przed drzwiami gabinetu barona, kamerdyner zapukał i wolno otworzył drzwi. Wpuścił Edgara do przestronnego pomieszczenia, w którym na ścianach wisiały obrazy w złotych ramach, inscenizujące wybrane potyczki zbrojne Seraph. Przez dwa wysokie okna wpadało światło dzienne, promieniami okalając sylwetkę Enrique Pereza siedzącego przy biurku. Zaraz przed nim siedziała druga osoba, którą rozpoznał po sylwetce. Samuel Parker nawet nie musiał się odwracać na krześle i wykrzywiać masywnej twarzy, by Edgar mógł poznać swego wczorajszego rywala. Syn fligeladiutanta momentalnie wstał i z oburzeniem spytał gospodarza:
- A ten fircyk tu po co? Czy to nie jest sprawa Seraph?
Edgar łagodnie uśmiechnął się i chcąc poniżyć brak manier wojskowego, z radością wyeksplikował swoje dobre zachowanie wobec barona.
- Dzień dobry, baronie Perez. Proszę przyjąć moje szczere kondolencje. Stawiłem się najprędzej jak się dało i skorzystałem z pana rady w dostarczonym liście - to powiedziawszy, skierował spojrzenie na Parkera i jemu również skinął głową - Dzień dobry, sierżancie.
- Dzień dobry, sekretarzu. I dziękuję - baron odparł Edgarowi, po czym spojrzał karcąco na swego niedoszłego zięcia. Następnie zaprosił gestem dłoni detektywa, by usiadł przy biurku.

- Drodzy panowie. Nie jest mi znany powód waszej waśni, ale od teraz obydwoje zjednoczycie siły i razem odnajdziecie zabójcę Rosalindy. Pan, panie Parker rozpocznie śledztwo z ramienia Seraph, zaś pan, panie Nightingale podlega bezpośrednio pode mnie. Nie obiecuję panu bezpośredniego wsparcia Seraph, jednakże jako były urzędnik, weteran i wojskowy mam tam coś do powiedzenia i szczerze wierzę, że starzy przyjaciele się ode mnie nie odwrócą w takiej chwili. Obydwoje zostaniecie godnie wynagrodzeni, jeśli znajdziecie mordercę. Pan - rzekł w stronę Parkera, którego wzburzenie dalej nie opuszczało jego wyrazu twarzy - może liczyć na szybki awans, zaś pan - skierował wzrok na Edgara - na wynagrodzenie pieniężne i dług u rodziny Perez. Pana Parkera już poinstruowałem, dlatego Samuelu pozwól mi teraz rozmówić się sam na sam z detektywem.
Gdy drzwi zamknęły się za sierżantem, baron odetchnął z wyraźną ulgą i ściszając głos o jedną czwartą tonu, zwrócił się do Edgara:
- Lucian powiedział mi o wszystkim. O pojedynku i o wtargnięciu. Ale w obliczu takiej tragedii, która dotknęła moją rodzinę nie będę wywlekać tego na wierzch. Liczę, że i pan zachowa zimną krew wobec Samuela. Jego ojciec załatwił młodemu, że przejmie śledztwo, chodź do detektywa mu daleko. Dlatego jest pan moją jedyną nadzieją w tej sprawie. Proszę znaleźć sprawcę i korzystać z Samuela i Seraph. Bez przychylności stróży prawa będzie panu ciężej. Pracę zaczynacie panowie od teraz.

Nie można było się nie zgodzić ze słowami Pereza. Dlatego też poszukiwania zabójcy rozpoczął od pieczołowitego przeszukania domu, dzieląc się z Parkerem pokojami aby nie wchodzić sobie niepotrzebnie w drogę. Spotkali się dopiero na obiedzie, przy którym zasiedli wraz z baronem, jego żoną i synem. Atmosfera była grobowa - dosłownie i w przenośni. Edgar zabrał ze sobą listę gości i udał się zapalić fajkę do ogrodu, podczas gdy Parker zaczął opłakiwać zmarłą wraz z lady Isabelle. Tworząc sobie w głowie mapę myśli, jego wysiłek intelektualny przerwało przybycie Luciana. W odróżnieniu od służki, jego nie mógł zganić.

- Panie Edgarze... - rozpoczął młodzieniec, zasiadając obok detektywa na ławce - Ja... ja chciałbym pomóc, ale nie mam pojęcia jak.
- Może po prostu ochłoniesz i pozostawisz śledztwo osobom, które się na tym znają?
- Nie ma pan na myśli chyba Samuela... Dureń jeden. Nie to, żebym chciał go obrażać, ale jest kiepskim materiałem na śledczego. Cieszę się, że papa wynajął pana do pomocy.
Wypuszczając kłąb tytoniowego dymu ustami, Edgar skinął głową i wziął fajkę w lewą dłoń, prawą wyciągając w kierunku Luciana:
- Edgar. Nie mów do mnie per pan, uratowałeś mi wczoraj skórę, a Samuelowi honor.
Uścisnęli sobie dłonie. Po twarzy Luciana przebiegł promień radości, który niejako odgonił na moment czarne chmury żalu po utracie siostry. Zapadła jednakże niezręczna cisza.
- Jeśli chcesz pomóc, to zastanów się w pierwszej kolejności nad gośćmi - podjął Edgar - Kto zachowywał się dziwnie, kto wychodził zbyt często, no i oczywiście straż. Na razie mamy całkiem spore grono podejrzanych, musimy je zawęzić. Nie - przerwał mu, gdy młody Perez rozchylił usta by coś dodać - zastanów się na spokojnie. Będziemy w kontakcie.
Edgar zgasił na szybko fajkę i wstał z ławki, widząc jak nadciąga sierżant Perez, w milczeniu wskazując dłonią na bramę.

Falkner

  • Egida
  • ******
  • Wiadomości: 1197
  • Płeć: Mężczyzna
Rozdział trzeci, w którym sierżantowi pęka serce.

Gmach siedziby Seraph mieścił się zaraz przy wejściu do pałacu, gdzie dwójka strażników w niebiesko złotych mundurach służyła jako pierwsza instancja dla służby czy petentów, którzy zostali zaszczyceni audiencją. Na oko dwójka to żadna wielka liczba - sekret tkwi nie w tych strażnikach których można dostrzec gołym okiem, a w tych, których dostrzec od razu nie można. Ponadto sąsiadujący obok Seraph mieli swoje doszlifowane do perfekcji procedury na wypadek incydentów przed wrotami pałacu.
Samuel Parker nie wysilił się na uprzejmość - do środka siedziby Seraph wszedł pierwszy, nawet nie przytrzymawszy drzwi by idący za nim gość mógł wejść bez ryzyka przytrzaśnięcia. Przemierzając główny hol, Parker zmuszony był salutować prawie że bez przerwy starszym rangom oficerom. Edgar zaś kiwał lekko głową mundurowym i w ślad za swym nowym "partnerem" ruszył schodami na wyższe kondygnacje. Tu znowu zawistny sierżant dreptał po schodach jak opętany, ale nie zdołał zostawić detektywa w tyle na krętych stopniach pnących się w górę. Znużony tą dziecinadą, Edgar w duszy zbierał się do uzewnętrznienia swojego zgorzknienia zachowaniem Parkera, niemniej uznał, że taka dyskredytacja oficera w jego własnym gnieździe może zaszkodzić samemu śledztwu. Wszak syn fligeladiutanta może nieraz pozwolić sobie na "usprawiedliwione złamanie prawa" i wyjść z tego z jedną naganą, podczas gdy jemu raczej nie upiekłoby się tak łatwo.

Na trzecim piętrze skręcili w korytarz po prawej gdzie, sądząc z tabliczek przy drzwiach, mieściły się gabinety oficerów. Zatrzymali  się przy drugich drzwiach gabinetu od prawej. W czasie, gdy Parker szukał klucza, Edgar przyjrzał się tabliczce: "Porucznik-fligeladiutant Theodor Parker". Ładnie, synalek rozporządza sobie gabinetem ojca jak swoim własnym.
Weszli do pokoju urządzonego dość powściągliwie, tradycyjnie - obrazy na ścianach, wolnostojący zegar, biurko, fotele, trzy komody i szafa. Oficerska zbroja stała na stojaku, a w gablotkach znajdowały się miecze podpisane niewielkimi, pozłacanymi tabliczkami. Samuel od niechcenia wskazał Edgarowi fotel przed biurkiem, za którym zasiadł na krześle. Złożywszy ręce uderzył nimi w blat, a jego ociosana twarz przyjęła nadzwyczaj skupione oblicze.
- Powiem wprost, panie detektyw - podjął sierżant, odchylając się na krześle. Wylewając z siebie potok zuchwałych słów, otworzył szafkę biurka i wyciągnął zeń kryształową popielniczkę i pudełko z cygarami. Dla siebie, ma się rozumieć - gościa nie poczęstował - Śledztwo mam zamiar skończyć szybko i skutecznie, bez żadnych przerw na powątpiewania. Listę gości mamy, każdy z nich zostanie przesłuchany, podobnie jak służba i ochrona.
- Do ministra Erenfalla też podejdzie pan w taki sposób? - odparł Edgar, rozsiadając się wygodniej w krześle. Parker jeszcze mocniej ściągnął brwi, brakowało jedynie by puścił parę z nosa jak robią to byki w baśniach.
- Oczywiście, że nie. W każdym razie, po przesłuchaniu gości, a założę się, że zrobił to któryś z nich, szybka acz sroga sprawiedliwość zostanie wymierzona.
- A jeśli to nie był ktoś z gości? Proszę nie dzielić skóry na niedźwiedziu a także nie robić ze mnie amatora - sekretarz prowincjonalny przyjął bardziej stanowczy ton - Jeśli to któryś z gości, to sprawiedliwość zaiste wymierzona zostanie prędko. Ale do tego czasu poza zeznaniami rodziny nie mamy nic więcej. Jeśli pan pozwoli, to podczas swoich działań pragnę mieć pana przy sobie. Nie dlatego, że potrzebuję pana światłego przewodnictwa, ale co dwie głowy to nie jedna.
Parker pokiwał lekko głową, choć wyraz zniesmaczenia obecnością detektywa nie ustępował z jego lica. Odchylił się na krześle, oparł plecy o oparcie i wypuścił kłąb dymu. Drżąca ręka trzymająca cygaro zrzuciła popiół na jego odzienie, które klnąc pod nosem otrzepał.
- Sugeruję więc podjęcie następujących działań w dniu dzisiejszym - Edgar kontynuował, nachylając się w stronę biurka - Odwiedzimy kostnicę, by skonsultować z patologiem przyczynę śmierci oraz inne detale, które mogą okazać się przydatne. Powinno nam to zejść do późnego popołudnia, następnie odwiedzimy Wielką Operę i porozmawiamy z dyrektorem oraz orkiestrą, w której grała Rosalinda.
- Operę? Po co tracić czas? Powinniśmy od razu przesłuchać gości i przyskrzynić łajdaka odpowiedzialnego za morderstwo.
- I tu się pan myli, panie Parker. Proszę mi zaufać - trzy czwarte, jak nie więcej osób przesłuchiwanych nie da panu żadnych konkretów. Stracimy tylko czas na przesłuchiwanie ich wszystkich, zamiast tego proszę posłać tam swoich podwładnych by zebrali zeznania za nas. Niech odpowiedzą na trzy pytania: gdzie byli i co robili w trakcie, gdy doszło do zabójstwa, kiedy ostatni raz widzieli pannę Rosalindę oraz czy nie zwrócili uwagi na podejrzane zachowanie niektórych gości, w szczególności, czy ktoś nie wodził za nią wzrokiem zbyt długo. Poza panem, oczywiście. My zajmiemy się tylko tymi, którzy opuścili bal przedwcześnie - to właśnie któraś z tych osób mogła zabić pannę Perez.
- A po co oglądać zwłoki? - podjął skonfundowany sierżant - I tak dostaniemy raport, to też strata czasu.
- Istotnym dla naszej sprawy będzie ustalenie profilu zabójcy - to, w jaki sposób dokonał morderstwa może nam coś o nim powiedzieć. Ale jeśli uważa pan to za stratę czasu...
- Wystarczy, idziemy.
- Jeszcze jedno - naprędce dodał Edgar podnosząc w górę palec - musimy też ustalić warunki naszej pracy. Proponuję więc dwa spotkania, rano i wieczorem. Rankiem ustalimy plan dnia i podsumujemy to, co już zrobiliśmy. Przez noc zawsze kilka myśli może się w głowie poukładać. Wieczorem z kolei zbierzemy w całość to, co zrobiliśmy danego dnia i zastanowimy się nad dalszym przebiegiem śledztwa. Zakładam, że nie każdego dnia będziemy wszędzie chodzić razem, dlatego też takie dwa spotkania, jedno poranne a drugie wieczorne, znacznie ułatwią nam rozplątywanie tego kryminalnego supełka.

Przed wejściem do kostnicy znaleźli się o godzinie piętnastej. Zamiast wrednej blondynki, naczelnego patologa w Divinity's Reach, oględziny ciała ofiary odbyły się pod nadzorem jej młodszego zastępcy, Ferdynanda Jackella. Chłopak był świeżo po nauce, a dzięki dojściom jego wpływowej, acz średniozamożnej rodziny został umieszczony w tejże kostnicy, by zdobywać doświadczenie. Najpewniej kiedyś albo ją obejmie, albo inny budynek o podobnym charakterze gdzieś poza stolicą. Kościsty, pociągła twarz, cienki wąsik pod orlim nosem. Jackell zaprowadził panów Parkera i Nightingale wąskimi schodami w dół, gdzie Parker z uwagi na swą tęgą posturę musiał bez przerwy przechodzić bokiem by nie trącić ramieniem pochodni na ścianie korytarza. Mogli też skorzystać z o wiele szerszego przejścia, jednakże te zarezerwowane były dla nieboszczyków przenoszonych na noszach.
Ciała przykryte były szarymi, aksamitnymi narzutami. Przynajmniej tutaj, czy to biedny, czy bogaty, po śmierci traktowano ich jak równy z równym. Zastępca głównej patolog zatrzymał się przy piątym łóżku od prawej, na którym to wisiała tabliczka z imieniem i nazwiskiem denatki. Najpierw odsłoniono jej oblicze w celu ponownej identyfikacji - obaj śledczy prawie że równo skinęli głowami, potwierdzając, że ta blada, pozbawiona życia twarzyczka o rudych włosach to Rosalinda. Odsłoniono więc resztę ciała - Parker sięgnął po chustkę i przyłożył ją do czoła, zaś Edgar, cokolwiek by sobie o swym partnerze nie myślał, szczerze mu współczuł takiego widoku.
Obnażone kobiecie ciało zachowało całą swą niewinną krasę, poza niewielkim punktem na lewej piersi. Jackell pospieszył z wyjaśnieniami, uprzednio pociągając nosem:
- Rana po kuli, kaliber dziewiątka. Żadnych śladów gwałtu czy próby obrony. Wokół rany oraz na odzieniu ofiary widoczne było osmalenie po wystrzale, dostała z bliska, broń musiała być wręcz przytknięta do ciała. Zgon w wyniku przestrzelenia prawej komory serca. Sądząc po raporcie, który mi dostarczono, rzekłbym, że śmierć nastąpiła jakieś pięć minut przed znalezieniem ciała.


Edgar skinął głową zastępcy patologa, w duchu dziękując, że to on podjął wyjaśnienia kwestii zgonu. Słowa specjalisty utkwią w głowie Parkera i nie będzie się z nim kłócił przynajmniej, wyrozumialec. Sierżant tylko udawał, że wie co robi - oglądał Rosalindę, lecz jego wzrok zamiast szukać wskazówek dotyczących śledztwa częściej spoczywał na jej twarzy. Widać było, że w sercu zagościł mu żal i smutek. Może lepiej go nie wybudzać z tego transu, nie będzie przeszkadzał.
Sprawdzając dłonie ofiary, potwierdziła się teza Jackalla - Rosalinda faktycznie nie broniła się, paznokcie były czyste i pewnie jeszcze tego samego dnia piłowane, przed przyjęciem. Na nadgarstkach brak sińców czy oznak, jakoby ofiara została mocno złapana za rękę. Nie wyrywała się więc, bo uścisku nie było. Szyja również była czysta, żadnych oznak duszenia. Twarz nienaruszona. Na nogach brak zadrapań, jedynie stopy lekko opuchnięte od ciasnych trzewików.

- Cóż mości panowie - podjął Jackall, splatając dłonie za sobą - nic więcej dla panów nie mam poza wyciągniętą kulą z ciała ofiary - człowiek z wolna podszedł do szafki mieszczącej się przy łóżku ofiary i wyjął zeń pudełeczko. Otwarł wieko, w środku na niewielkiej chustce leżała ołowiana kula. Edgar jako pierwszy sięgnął po pudełeczko, kulę wziął do ręki przez rękawiczkę. Przypatrzył się jej uważnie, jednakże żadnej rewelacji nie było. Parker nie był zainteresowany oglądaniem kawałka ołowiu, który odebrał życie jego ukochanej. Tym samym Edgar zamknął pudełko i oddał Jackalowi, który schował je do szafki, a następnie detektyw pociągnął zastępcę patologa za ramię trochę dalej:
- Panie Jackell, mam jeszcze jedno pytanie. Czy pamięta pan może, aby do kostnicy trafiły ciała dwóch muzyków, zamordowanych pięć i osiem dni temu? Może są jeszcze tutaj?
- Wczoraj oddaliśmy jedno do pochówku - odparł, w zastanowieniu kręcąc ustami - Ofiara sprzed ośmiu dni już znajduje się pięć metrów pod ziemią, ale mam jeszcze raporty.
Edgar skinął głową, a Jackell gestem zaprosił go na górę - Idzie pan, Panie Parker?
- Dołączę do panów później, dajcie człowiekowi pożegnać się należycie - odparł sierżant z wyczuwalną złością w głosie, co jeszcze potwierdziło jego rozeźlone spojrzenie.
W gabinecie Jackella, który był urządzony chaotycznie i tylko właściciel się w nim odnajdywał, Edgar zasiadł przed starym biurkiem. Zastępca patologa pogrzebał w szafie z aktami i wyciągnął dwa tekturowe foldery. Z lektury wynikało, że zabity muzyk sprzed ośmiu dni raniony został bronią białą przez całą klatkę piersiową i trzy razy w plecy. Pierwsza rana najprawdopodobniej pochodzi od szabli, była niegłęboka a z uwagi na dość krzepką posturę, ofiara podjęła ucieczkę. Trzy strzały z pewnością musiały ją dobić. Z kolei ofiara sprzed ośmiu dni została zamordowana w podobny sposób - strzałem w serce. Czytając to, Edgar poruszał brwiami i cicho pocmokiwał. Złożył papiery z powrotem do folderów i położył na biurku.
- Według pana - podjął detektyw - kule wyjęte z ciała ofiary pasowałyby do tych, jaka zabiła pannę Perez?
- Głowy sobie nie dam uciąć. Kaliber ten sam, zaś ja się na nabojach aż tak nie znam, by stwierdzić, czy umieszczone były koło siebie w magazynku czy czym tam. Jakie to ma znaczenie? Panna Rosalinda też była muzykiem?
- Grała na harfie i podobnie jak tamci, miała grać w orkiestrze zaraz po otwarciu Wielkiej Opery. Wcześniej podobno zjawiała się na próbach.
- Podejrzewa pan, że to ten sam morderca?
- Nie wykluczam tego. Być może ktoś z jakichś dziwnych pobudek wypowiedział wojnę muzykantom w naszym mieście.

Sierżant Parker czekał w głównym holu. Jego oczy były nieco zaczerwienione, z pewnością uronił kilka łez nad ciałem ukochanej. Na ostatnie pożegnanie jeszcze przyjdzie czas na pogrzebie, lecz dla dobra i tak wymuszonej współpracy Edgar wolał tego nie mówić. Zamiast tego polecił Parkerowi iść z nim do remontowanej opery.
- Po jakie licho ciągnie mnie pan do opery? - ze zirytowaniem spytał sierżant, drepcząc za detektywem.
- Już panu mówiłem, musimy przepytać znajomych Rosalindy, a z pewnością dyrektor opery ją znał. Z tego co mi wiadomo, członkowie orkiestry to chyba jedyne osoby, które, poza panem, znały ją bliżej.
Edgar zdecydował nie mówić jeszcze wspólnikowi o swoich domysłach, wolał pozostawić to na rozmowę wieczorną gdy już przepytają dyrektora opery. Z członkami orkiestry będzie trochę trudniej, bo skoro opera zamknięta, to znaczy, że trzeba będzie szukać ich adresów i odwiedzić w domach.
Niestety, dyrektora nie zastali. Sędziwa dozorczyni budynku obwieściła, że pan Klank wychodzi z pracy o godzinie czternastej, gdyż robotnicy nie pracują dłużej. Rozmowę zatem należało odłożyć na jutro, a teraz przejść do podsumowania dnia. Śledczy zatrzymali się w maleńkiej restauracji, gdzie zjedli szybką kolację. Rozmowa nie trwała długo i niespecjalnie się kleiła - podsumowali wszystko to, co ustalili dziś: zeznania rodziny, wizytę w kostnicy i zaplanowali, że spotkają się w tym samym miejscu jutro, na śniadaniu.

Falkner

  • Egida
  • ******
  • Wiadomości: 1197
  • Płeć: Mężczyzna
Rozdział czwarty, w którym gra muzyka.

Wejście klienta zawsze sygnalizował niski ukłon lokaja, który stał u drzwi. Tym razem człowieczek chudy jak sezon a długi jak wypłata sięgnął czołem niemalże czubków swych sztybletów, jeśli silić się na uwydatnienie gestu jakim powitał syna fligeladiutanta - Samuel Parker. Nie zatrzymawszy się ani na chwilę wystrzelił w kierunku stolika usytuowanego przy oknie, na którym wisiała koronkowa firanka z na parapecie stała doniczkowa roślina o szerokich i długich liściach. Zaszurawszy krzesłem, siadł naprzeciw Edgara który kończył jeść jajko sadzone. Na stole stała też filiżanka kawy oraz talerzyk z dwoma rogalikami.

Seraph wyglądał dziś jeszcze gorzej niż wczoraj rano - z pewnością zapijał smutki po wczorajszej wizycie w kostnicy. Osąd detektywa był prawie że trafiony, niemniej w odróżnieniu od nocy spędzonej przy flaszce, syn wysoko postawionego wojskowego z rana otrzymał niemałą reprymendę od ojca. - Tak się nie godzi! - wrzeszczał starszy Parker z rana, zaś w głowie syna jego głos z uwagi na skutki nadmiernego picia potrajał się - Prowadzisz śledztwo, psia mać! Twoja gęba znajduje się na plakatach Seraph... chcesz, by patrzyli na nas jak na nierozgarnięte pijaczyny, czy obrońców królestwa?
Parker mruknął oddalając na bok wspomnienia o nieprzyjemnym poranku i zaczekał na kelnera. Zamówił dwa omlety i może jakiegoś klina... nie, po chwili zreflektował się, biorąc herbatę. Detektyw Nightingale otarł delikatnie usta chustką i odsunął talerz po omlecie. Cichutko upił łyka kawy i podjął rozmowę:
- Ciężka noc panie poruczniku, ale musimy działać. Mamy do czynienia z kilkoma podobnymi morderstwami, śmiało więc mogę wysunąć hipotezę, że ścigamy wielokrotnego mordercę - wypijając łyka kawy, zrobił taktowną pauzę by Parker przyswoił sobie tę informację do swojego zalanego w trupa łba - Wszystkie ofiary związane były z operą, sztuką a dokładniej muzyką. Dlatego też zgodnie z wczorajszą obietnicą, wybieramy się dzisiaj do Wielkiej Opery aby porozmawiać z dyrektorem i, dajcie bogowie, z innymi wykonawcami. Być może ktoś z nich znał Rosalindę i mógłby rzucić trochę światła na tę spowitą w mroku niewiedzy sprawę.
Porucznik sapnął w odpowiedzi, zgadzając się na wszystko, byleby coś przetrącić. Lokaj pospiesznie przyniósł zamówienie a Seraph rzucił się do jedzenia niczym drapieżnik na ofiarę. Pomiędzy czwartym a piątym kęsem wydał z siebie:
- A co potem? Jak nic nie znajdziemy?
- Pomyśli się - odparł zupełnie spokojny sekretarz prowincji, zabierając się za pierwszy z rogalików nadzianych czekoladą. Parker w odpowiedzi ściągnął brwi, nadając swej kanciastej twarzy jeszcze ostrzejszego wyrazu.
- Pan się tym zupełnie nie przejmujesz? Co papa Perez widział w tobie, najmując do śledztwa?
Odczekując chwilę i pozwalając rozdrażnieniu rozmówcy rozejść się po kościach, detektyw przeżuł kawałek rogalika i odparł:
- Jak wspominałem, to seryjny morderca. Krąg podejrzanych wciąż jest stosunkowo wielki, a nikt w przypadku poprzednich morderstw nie widział napastnika. Proszę się nie unosić, ale największe szanse schwytania winowajcy będą przy kolejnej próbie morderstwa - przeczuwając mimo to nagły odzew Serapha, Edgar kontynuował wyjaśnienia - Ale! Wiemy, że poluje na muzykantów. Jak wspominałem, wszystkie ofiary były związane z Wielką Operą. To musi być ktoś , kto albo dobrze ich zna, obserwuje lub nawet pracuje wewnątrz. Wczoraj jeszcze wysłałem pilny list w tej sprawie zarówno do barona Pereza, Seraph i Straży Ministerialnej aby na podstawie listy obecnych na przyjęciu sprawdzili, kto ma jakieś koneksje z Operą.
Samuel Parker nie miał już siły silić się na kolejne objawy złości, nie chciało mu się podnosić głosu przez co w jego głowie zadudni jak po wystrzale armaty. Przecież to on należy do Seraph, sam mógłby wysłać takie zapytanie.

Po śniadaniu waszmościowie Parker i Nightingale wybrali się do Wielkiej Opery, gdzie trwał remont. Robotnicy właśnie poprawiali fasadę, gwiżdżąc sobie rytmiczną melodyjkę. Po pchnięciu masywnych, drewnianych drzwi śledczy znaleźli się w przestronnym holu, gdzie podłoga, ściany i ozdobne kolumny były marmurowe. Po prawej stronie za długim kontuarem z tegoż samego budulca siedziała sędziwa kobieta, która wczoraj musiała dwójkę odprawić z kwitkiem. Niemniej dziś los się do nich uśmiechnął.
- Dyrektor jest w sali koncertowej, właśnie trwa próba - obwieściła staruszka, miło uśmiechając się od ucha do ucha. Detektyw odwzajemnił uśmiech, choć nie tak szeroko. Parker sapnął i przewrócił oczyma, wciąż czując skutki wczorajszego picia.
Udali się do rozległej sali, w której grano i śpiewano w trakcie spektakli. Mijając czerwone siedzenia o dębowych podłokietnikach, przemierzali przestronną salę w kierunku sceny. W pierwszym rzędzie siedział drobny acz pulchny człowieczek z siwymi włosami otaczającymi jakże wyglancowany, łysy czubek głowy. Na podwyższeniu zaś stało sześciu ludzi, trzy kobiety i trzech mężczyzn którzy na zmianę wykonywali po kawałku arii nieznanej detektywowi.


- Dobrze, teraz z muzyką! - staruszek energicznie zerwał się z siedziska i wskazał na dziwne, mechaniczne ustrojstwo zabójczo podobne do Mechanicznej Orkiestry Uzolana. Jedna z kobiet, panienka o zaskakująco prostych i długich włosach w kolorze świeżej słomy niechętnie ruszyła do urządzenia, na którym nacisnęła parę przycisków. Efekt... prawdopodobnie nie był zamierzony, bowiem w ślad za grą skrzypiec maszyna waliła w bębny, talerze a dodatkowo zagrzmiały organy. Skrzywiwszy się, Edgar podszedł do dyrektora opery, podczas gdy Parker zatkał uszy gdy łomot instrumentów zaczął świdrować jego wczorajszy umysł.
- STOP, STOP! - zakrzyknął dyrektor po dostrzeżeniu gości - Uciszcie to diabelstwo!
- Edgar Nightingale, sekretarz guberni wasza dostojność - zwrócił się do dyrektora, który wciąż jeszcze machał dłonią na śpiewaków. Ruszyli jak jeden mąż do maszyny, próbując ją uspokoić, lecz na darmo.
- Leopold Bachtin - odparł dyrektor, wyciągając dłoń do detektywa. Po uścisku dłoni zaraz spojrzał na drugiego człeka, który cierpiał grenthowskie męki. I z nim się przedstawił i podali sobie dłonie.
- Psiakrew, nie da się tego jakoś uciszyć? - marudnie spytał Parker, na co Edgar obruszył się w duchu, że rozmowa ze starszym człowiekiem musi rozpoczynać się tak niegrzecznie.
- Psuje się to raz na pół dnia, nic nie poradzisz. Kiedy przyjdzie ten... jak mu tam... a nie istotne - ten majster od tego, to naprawi. I on chce, bym orkiestrę zastąpił tą zawodną maszynerią...
- Zaiste niepokojąco wpłynęłoby to na prestiż opery - odezwał się Edgar - Panie Bachtin, przychodzimy spytać o panią Perez, Rosalindę. Grała w operze, na harfie.
- Biedne dziewczę... - dyrektor jakby stracił wątek i krzyknął do śpiewaków - WYŁĄCZYCIE TO CZY NIE?
Parker skulił się jeszcze bardziej. Jedną dłonią oparł się o fotel w drugim rzędzie:
- Proszę mówić dyrektorze - nie mogąc znieść tego hałasu, Parker poganiająco zwrócił się do dyrektora. Ten westchnął i rzekł głośniej:
- Czytałem w gazetach! Straszne wieści! A panowie w tej sprawie?
- Zaiste, prowadzimy dochodzenie mości panie - odparł Edgar, któremu też zaczynało się robić słabo od nienawistnej maszyny grającej.
- Złapcie tego zwyrodnialca, to bilety do opery będziecie mieli dożywotnio za darmo! No, chyba, że jakiś inny dyrektor to zniesie. To już... - zastanowił się, po czym zrezygnowanie machnął ręką - Kolejna osoba z mojej tutejszej rodzinki zostaje tak zabita. Komu myśmy się tak narazili, Dwayno Miłosierna!
- Niewykluczone, że zabójca jest jeden - przytaknął detektyw - Ale Rosalinda... z kimś się przyjaźniła z tutejszych?
Parker już widział przed sobą bramy Mgieł, szepczące, że lepiej umrzeć niż słuchać tego rzępolenia.
- Tylko z tą... - popstrykał palcami dyrektor - Julianną. To ta blondyneczka, o widzi pan?
Edgar powiódł wzrokiem za palcem dyrektora, wskazującym na kobietkę która uruchomiła tę diabelską muzykę.
- Samuelu - Edgar klepnął lekko Serapha w plecy - Dokończ rozmowę z panem, ja przesłucham przyjaciółkę Rosalindy.

Nie czekając na reakcję kompana, wszedł na scenę bocznymi schodkami i podszedł bliżej męczących się z maszyną wykonawców. Wskazana przez dyrektora panienka z bliska tak naprawdę odkrywała całą swoją urodę - błękitne oczy, delikatny i kształtny nosek, ładnie zarysowane usta i cała twarz jakaś taka pociągła z łagodnym podbródkiem. Jedynie brwi miała jakieś takie mocno zarysowane. Nie będąc w stanie ocenić reszty wdzięków, detektyw zwrócił się do kobiety, lecz za nic nie mogła go usłyszeć. Powtarzał kilkakrotnie, ona coś mu odpowiadała, niemniej uderzanie talerzy poza rozdrażnieniem już wystarczająco bolącej głowy Parkera również uniemożliwiała prowadzenie rozmowy. Wtenczas kobieta szarpnęła Edgara za rękaw marynarki, prowadząc za kulisy, po schodkach w dół.
- Nie zrozumiałam pana zupełnie.
Jej głos aż przeszył sekretarza gubernialnego na wylot. Wyrazisty, potężny, a jednocześnie przy zachowaniu kobiecych ram. Na chwilę wybił detektywa z toku myślowego, przez co wydukał z siebie niezrozumiały początek wypowiedzi:
- Rosalinda... przyjaciółka...? - zakrząknął - Przepraszam. Pani Julianna, zgadza się? Była pani przyjaciółką Rosalindy. Prowadzę śledztwo w jej sprawie, chciałbym zadać kilka pytań.
Muzykantka obrzuciła śledczego badawczym spojrzeniem - najpierw analizując jego fizjonomię, potem ubiór do popiersia. Krótko zerknęła na jego obuwie i odparła:
- Tak. Nie znałyśmy się długo, ale to ja chyba najbliżej ze wszystkich byłam z Rosalindą. Nie, żeby mi się zwierzała czy coś, ona była raczej z tych mało rozmownych, zamknięta w sobie. Chowana pod kloszem, widać to na oko.
Edgar pokiwał głową. Nie spodziewał się przełomowych informacji, dlatego też nie wyciągał notatnika. Zerknął szybko w stronę pierwszego rzędu, niemniej nijak nie mógł sprawdzić, czy Parker naprawdę rozmawia z dyrektorem, czy tylko wymiguje się bólem głowy.
- Proszę mi powiedzieć, czy ktoś w ostatnim czasie pani groził? Nietrudno zauważyć, że było kilka ofiar wśród wykonawców opery.
Julianna przyjęła pokerową twarz, co istotnie zaniepokoiło detektywa. Uderzył w dobrą, a może złą strunę? Normalna osoba przecież spuściłaby głowę, wyraziła żal, popłakałaby się...  albo po prostu powiedziała, że nikt jej nie niepokoił w ostatnim czasie. Może jednak wszyscy pracownicy tejże instytucji kulturowej za sobą nie przepadają?
- Sądzę, że ktoś bardzo nie chce byśmy otwarli operę na nowo. Ale nie tutaj. Ściany mają uszy - wymownie pokazała palcem na swoje ucho, a następnie w kierunku marmurowej ściany. Dzisiaj śpiewam w Krysztale.
Edgar skinął głową, czując badawcze spojrzenie śpiewaczki na sobie. Dobrze wiedział, że to klub dla dżentelmenów o ciężkich bilonówkach i skorych do dawania napiwków za ukojenie nerwów śpiewem przy szklance koniaku i zapalonym cygarze.
- Z chęcią przyjdę posłuchać pani wieczornego repertuaru.
- Proszę po zakończeniu udać się na tyły, tam już pana przepuszczą. Porozmawiamy na osobności.
« Ostatnia zmiana: Luty 27, 2019, 01:16:59 wysłana przez Falkner »

Falkner

  • Egida
  • ******
  • Wiadomości: 1197
  • Płeć: Mężczyzna
Rozdział piąty, w którym sądzone jest życie dwojga.

Tego samego dnia sekretarz prowincji Edgar Nightingale oraz Sierżant Samuel Parker udali się do majestatycznej posiadłości barona Enrique Pereza, ojca zamordowanej Rosalindy - harfinistki, córki, narzeczonej Parkera i partnerki w tańcu Edgara. Żaden ze śledczych nie był w dobrym nastroju - boląca głowa Serapha od diabelskiej maszyny muzycznej i kaca oraz brak schwytanego zabójcy zaczął nęcić spokój duszy detektywa.
- Dyrektor obiecał przesłać mi listę wszystkich pracowników - od jego najbliższych asystentów po sprzątaczki - podjął Samuel, ocierając ciężką ręką zmęczoną twarz.
- Mówił jeszcze coś interesującego?
- Nie, odbiegał od tematu i darł się na tych przy maszynie aby ją wreszcie uciszyli. Gehenna...
Edgar spojrzał na Parkera z autentycznym współczuciem. Poczuł w duszy dziwną zmianę - gotów był zwrócić się do Serapha per "partnerze", oczywiście w sensie zawodowym. Choć brakowało mu wiedzy z zakresu prowadzenia śledztwa jednego nie można było temu człowiekowi odmówić - był zdyscyplinowany i zdeterminowany. Chyba nauczył się już, że jego rola to nie myślenie, ale pomaganie starszemu doświadczeniem koledze w ujęciu przestępcy. Az tu nagle ni z gruchy ni z pietruchy Parker zabłysnął. I to tak, jak poranne promienie słońca miały w zwyczaju budzić detektywa ze snu w folwarku jego prowincji:
- Swoją drogą - mruknął Parker - Podobną maszynę do muzyki pamiętam z przyjęcia. W Operze też mają speca od tego rodzaju maszynerii, aleśmy się z nim najwyraźniej minęli. Na przyjęciu też był taki jeden, pamięta pan?
Edgara istotnie olśniło. Mały detal który przeoczył, a mógł okazać się tak istotny! Rzeczywiście, o ile te maszyny-orkiestry wyglądają podobnie, jest tylko garstka osób która potrafi je obsługiwać. Jeden z nich był na przyjęciu i jakoś szybko zniknął. Trzeba będzie porównać listę gości z listą pracowników, którą przyśle dyrektor Opery. Powinna być jutro, a do tego czasu detektyw miał w planie odprawić Serapha do domu po rozmowie z baronem i przygotować się na wyjście do "Kryształowej". Śpiewaczka coś wiedziała, czegoś się bała, nie chciała opowiadać o tym w Operze - wniosek z tego taki, że być może to ktoś z wewnątrz zabija muzykantów. Tylko po co? Czy to któryś z tenorów, który nie potrafi znieść konkurencji? A może sopranistka, wszak kobieta też zdolna jest do takich czynów. Nie, zaraz. Czy ktokolwiek z tych ludzi miałby odpowiedni status by pojawić się na balu barona?
Trop ten był niejasny, mglisty jak poranek w południowym Queensdale. Parker sapnął, domyślając się prawdopodobnie, że jego wywód na nic się nie zdał. Detektyw oczywiście nie przyznał mu racji, za wcześnie jeszcze na takie spoufalanie się. Jednakże uśmiechnął się wdzięcznie, czego Seraph nie zauważył.

Po zaanonsowaniu dwójki gości przez brzuchatego lokaja barona Pereza, w połowie drogi przez ogród na spotkanie wyszedł im Lucjan, syn zleceniodawcy. Gestem wskazał im ławeczkę przy posągu Keirana Thackeraya (baron słynął z kolekcjonowania posągów bohaterów minionych lat), przy czym młodszy Perez nie usiadł.
- Ojciec nie czuje się najlepiej. Wybaczcie panowie, że nie poproszę was chociażby na taras lecz nie chcę, aby tatko zobaczył was z okna. Przybiegłby tu tylko i bardziej szarpał nerwy. Opowiadajcie drodzy panowie, wszystko ojcu przekażę.
Śledczy popatrzyli na siebie, nie będąc pewnymi kto winien zacząć. Płaszcz odpowiedzialności za raport przywdział jednak Edgar, sądząc, że wczorajszy sierżant może pominąć jakieś istotne detale:
- W skrócie: nie mamy jeszcze mordercy, sukcesywnie zawężamy grono podejrzanych. Szczegółowo: po przesłuchaniu gości niestety, ale nie mogliśmy jasno wskazać mordercy. Dokonaliśmy oględzin ciała pana siostry (Edgar odrzucił na bok fakt, że z Lucjanem był "na ty". Raport to raport) i zauważyliśmy, że w ostatnim czasie doszło do podobnych zabójstw. Styl był inny, lecz wszystkie osoby były ze sobą w pewnym stopniu powiązane. Każda z nich pracowała w Wielkiej Operze w charakterze wykonawcy - członek orkiestry, chór i soliści. Wybraliśmy się do opery i rozmawialiśmy z tamtejszym Dyrektorem, który obiecał nam przesłać listę pracowników którą porównamy z listą gości. Tym samym jeszcze bardziej zmniejszymy krąg podejrzanych.
Lucjan słuchał słów Edgara z uwagą, od czasu do czasu kiwając głową. Niemniej jego oblicze pozostało nieprzeniknione - gdy tylko detektyw zawiesił głos, poszedł za ciosem zadając niewygodne pytanie:
- Jeśli jednak ten trop okaże się błędny?
- Tak, nie jest to pewniak. Wtedy zakładam, że mamy do czynienia z profesjonalnym zabójcą który w jakiś sposób przeforsował trzy warstwy ochrony przyjęcia - tu znów zawiesił głos. Lucjan odetchnął niepocieszony, a że nie kontynuował, zrobił to Edgar - Wtedy zakładam, że mamy do czynienia z płatnym morderstwem lub naprawdę sprytnym maniakiem. Dlaczego jednak zabił Rosalindę a nie Samuela?
Parker podniósł wzrok na sekretarza prowincji, zupełnie nie rozumiejąc do czego zmierza.
- Zabójstwo w afekcie jest możliwe, niemniej... ilu adoratorów miała pańska siostra? Proszę wybaczyć następujące słowa, ale żyła pod kloszem. Jedyny kontakt jaki miała ze światem to opera, i tyle. Jeśli któryś z jegomościów zakochany na zabój targnął się na jej życie podczas balu, tedy złapalibyśmy go od razu. To było za dobrze zaplanowane, by zrobił to byle kto, panie Lucjanie. Z uwagi na ochronę obstawiam, że był to ktoś spośród gości, ale też nie osoba, która była dobrze rozpoznawalna.
- Ma pan kogoś konkretnego na myśli? - spytał Lucjan, szarpiąc lekko mankiet błękitnej koszuli w którą był ubrany.
- Nikogo konkretnego. Właśnie dlatego porównamy obie wcześniej wspomniane listy. Możliwym jest, że widzieliśmy go na przyjęciu, ktoś wypił z nim bruderszaft, może nawet Rosalinda z nim rozmawiała.
- Zatłukę gada... - mruknął Parker, podnosząc wzrok na Lucjana. Zarówno syn barona jak i detektyw spojrzeli na Serapha zdziwieni - ... tego, który to zrobił - dodał pospiesznie, wyczuwając, że chyba zrobił gafę o której nie miał pojęcia. Wszak był żołnierzem, nie arystokratą.

Śledczy zjedli wspólnie obiad i rozeszli się w swoje strony. Za kwadrans szósta Edgar po przywdzianiu na ciemnofioletową marynarkę czarnego płaszczu ze złotymi, obszernie okrągłymi guzikami u mankietów i poł wyruszył do klubu "Kryształowa". Cel mieścił się na ulicy Filantropów, która słynęła z dwóch rzeczy - sklepów dla najbogatszych i uprzywilejowanych oraz siedliska plotek, jakim był owy klub. Dopiero dwa sezony temu Kryształowa zniosła warunek wejścia, jakim było płatne członkostwo. Do tego czasu wejść tam mogli jedynie dżentelmeni, którzy co miesiąc opłacali składkę i stanowili wzorowy przykład spokoju ducha. Nigdy, w żadnym raporcie Seraph nie było wzmianki o burdzie w klubie, interwencji w sprawie pijanych klientów czy nielegalnych grach hazardowych. Zupełnie jak nazwa wskazuje, Kryształowa była czysta jak łza. Wstęp tylko dla panów, żadnych hucznych atrakcji poza powolnym piciem alkoholu w rozsądnych ilościach (pijani goście byli kulturalnie proszeni o opuszczenie lokalu lub wskazywano im drogę do jednego z pięciu pokoi "odosobnienia", gdzie mogli odpocząć i nabrać sił), czytaniem gazet, paleniem cygar i rozmowach o sprawach wszelakich. Wieczorami odbywały się koncerty szansonistek, raz znanych, innym razem wschodzących gwiazd. Edgar jeszcze nie wiedział do którego ze zbiorów należy Julianna, niemniej w gazetach nigdy o niej nie pisali, nie zamieszczono jej podobizny.

W wejściu detektyw został powitany przez dystyngowanego lokaja, którego broda była tak równo przycięta, że łysa głowa tworzyła idealny okrąg, jakby ktoś narysował ją cyrklem. Większość gości siedziała przy stolikach - jedni sami zatapiali się w lekturze wieczornej gazety, inni zaś rozmawiali parami lub trójkami o pieniądzach, polityce lub kobietach. Co do kobiet - nie było tu żadnej, klub tylko dla dżentelmenów. Po zdjęciu płaszcza sekretarz prowincji udał się do wyznaczonego stolika, który mieścił się zaraz przed niedużą sceną, na lewo od której znajdowały się drzwi na zaplecze. Dziś się tam wybierze, niemniej teraz należało odczekać jeszcze pięć minut do występu. Zamówił lampkę wina półwytrawnego i wyciągnął fajkę, którą niespiesznie nabił tytoniem. Kelner przyniósł lampkę do stołu, w tym czasie drzwi zaplecza uchyliły się.
Na scenę weszła Julianna, odziana w długą, morelową suknię z koronką na dekolcie. Był to jeden z tych nowszych krojów, który uwydatniał figurę a rozchodził się dopiero w połowie łydki.


Gdy stanęła na środku sceny, na tyle ustawiło się trzech muzyków. Dwóch z instrumentami dętymi nieznanymi detektywowi z nazwy, trzeci zaś usiadł przy masywnym, czarnym fortepianie po prawej stronie sceny. Edgar z wolna pykał z fajki, przyglądając się wykonawcom. Wymienił się spojrzeniami z Julianną, która pełna profesjonalizmu zachowała kamienną twarz. Raz, dwa, trzy...
Po trzech cichych tupnięciach oczy całego klubu zwróciły się na scenę. Zaczytani mężczyźni opuścili gazety i książki, zrobiło się gęściej od dymu tytoniowego. Julianna w rytm wolnej, muskającej zmysł słuchu muzyki rozpoczęła swój utwór. Detektyw oderwał oczy od wykonawczyni i spojrzał ukradkiem po sali - bez wątpienia magnetyczny głos i wygląd kobiety przyciągał uwagę dżentelmenów. Wróciwszy spojrzeniem na scenę, Edgar postanowił dać wolne umysłowi i pozwolić nacieszyć się utworem. Przez chwilę jego myśli zakrzątnęły myśli o płci przeciwnej, sięgając wspomnieniami aż do lat szczeniackich. Zaraz po tym wspomniał pierwsze kroki swego fachu jako detektyw, po czym posmutniał. Nigdy nie mógł zapomnieć widoku dwóch bliskich mu osób które spłonęły żywcem - jego mentora oraz sekretarki. Och, słodkie dziewczę. Nim się wyrwał z zamyślenia, Julianna zaczęła kolejny utwór, nieco żywszy. Ocknąwszy się z letargu wspomnień, skupił się wyłącznie na słowach utworu.

Występ zajął niecałe dwadzieścia minut. Po dopaleniu fajki i dopiciu zawartości lampki, w której podano wino, detektyw z wolna wstał i gestem przywołał kelnera. Poprosił o rachunek i przekazał wieść, że pani Julianna go dzisiaj oczekuje za kulisami. Z rachunkiem mężczyzna uwinął się prędko, niemniej pozwolenie na przejście przez drzwi dla pracowników przyniósł w formie ustnej po paru minutach.
- Proszę - odezwała się Julianna w odpowiedzi na pukanie do drzwi jej garderoby. Siedziała przed toaletką i paliła papierosa na długim, cienkim szklanym ustniku.
- Pani Julianno - skinął uprzejmie głową, zamykając za sobą drzwi. Skrócił odległość od kobiety o około 3 kroki. Teraz, umalowana, w wieczorowej sukni wyglądała zupełnie inaczej, niż wcześniej w operze. Jak widać utalentowana w sztuce makijażu osoba zrobi z dziewczynki kobietę niezależnie od wieku. Ona zaś pociągnęła z ustnika i z wolna wypuściła ustami gęsty kłąb dymu, przesłaniając swoją twarz na chwilę. Nie drgnęła z miejsca nawet na moment, chwilę badając wzrokiem gościa.
- Chciał pan dowiedzieć się czegoś o Rosalindzie. To jedna z kilku, którzy odeszli z ręki kogoś - zaczęła, spuszczając wzrok w podłogę.
- Sprawiała pani wrażenie wystraszonej tam, w operze. Uważa pani, że to któryś z pracowników?
- Tak myślę - odparła od razu, bez wahania - Boję się o siebie. Nikt nie jest w stanie nam zapewnić ochrony. Jak pan myśli, czemu orkiestry dzisiaj nie było na próbie?
- Domyślam się. Jeśli to jakiś sposób zastraszenia to najwidoczniej skuteczny.
Julianna nie odpowiedziała. Zaciągnęła się papierosem i z nieprzeniknionym wyrazem twarzy wypuściła dym nosem, świdrując detektywa wzrokiem.
- Proszę wybaczyć, rozumiem pani obawy. Być może będzie pani w stanie mi pomóc ująć sprawcę. Jeśli zabójca Rosalindy i pozostałych pani przyjaciół to jedna i ta sama osoba.
- Nie jestem pewna. Wszystko zaczęło się odkąd zamknięto operę na remont. Dyrektor zaczął marudzić, obruszać się o byle co. Mam jednak pewne podejrzenia.
- Proszę mówić - odparł Edgar gdy ta zawiesiła wzrok. Niemniej nie zdołała nawet rozpocząć.
Wszystko trwało nie wiele więcej niż trzy sekundy. Drzwi do garderoby otworzyły się z rozmachem, przez które do pomieszczenia weszła postać w czarnym, rozpiętym płaszczu, kamizelce, białej koszuli i czarnych spodniach. Wypucowane na błysk czarne buty i skórzane rękawiczki w tym samym kolorze, a na głowie cylinder i balowa maska. W prawej dłoni błysnęła wypolerowany stalowy pistolet zakończony podłużną, czarną rurką. Jedynym słyszalnym dźwiękiem w tejże sekundzie było ledwie słyszalne cyknięcie.

Falkner

  • Egida
  • ******
  • Wiadomości: 1197
  • Płeć: Mężczyzna
Rozdział szósty, w którym spryt pokonuje pychę.

Przez głowę Edgara w ciągu zaledwie chwili przemknęły dwie myśli. Pierwsza - prawdopodobnie ktoś śledził jego lub Juliannę. Nie, jeśli celem jest Julianna, mógłby ją zabić zanim wyjdzie śpiewać. Z drugiej jednak strony przed występem ktoś mógł przyjść sprawdzić co się wydarzyło, ciało zostałoby znalezione szybciej niż po występie. Wszak wiadomo, ile kobietom czasu schodzi na siedzenie przez lustrem toaletki. W przypadku, gdyby celem okazał się detektyw, sprawa zaczęła nabierać rozmachu - oznacza to, że idzie dobrym tropem.
Druga myśl - ktoś musiał podsłuchiwać ich, skoro wszedł w momencie, gdy Julianna miała powiedzieć co wie. W takim razie dlaczego ręka strzelca drgnęła? Strzał nie trafił ani jego, ani śpiewaczki, tylko rozbił okno podnosząc hałas.

Edgar wyszarpnął zza poły płaszcza nieduży pistolet, którego grawerowana rękojeść przyjemnie leżała w dłoni. Wystraszona kobieta zasłoniła się rękami i skuliła, wydając z siebie krótki krzyk. Tym samym detektyw wymierzył w jegomościa w czarnym cylindrze stojącego u drzwi i musnął palcem czuły na dotyk język spustu pistoletu. Gruchnął strzał, kula trafiła w naprędce zamykające się drzwi. Nie zastanawiając się dwa razy, detektyw doskoczył do drzwi i otwarł je na oścież wyciągając broń przed siebie. Nieznany napastnik skręcił w prawo, aż do końca korytarza i znów w lewo, gdzie pchnął drzwi prowadzące na zewnątrz. Zwęszywszy swą ofiarę, detektyw-drapieżnik ruszył w pogoń. Wybiegł za ubranym na czarno człowiekiem na niewielką uliczkę, jednej z wielu w tej części miasta które służyły głównie za miejsce do zostawiania zaopatrzenia dla sklepów i lokali. Wszędzie stało pełno pustych skrzyń i wozów, które u schyłku nocy miały być zabierane przez dostawców aby nad ranem przywieźć nowy towar. Dźwięk zbitej szyby i uderzających drzwi zwrócił uwagę dwójki Seraph z naprzeciwka, którzy przechadzali się uliczką rozświetlając jej zakamarki. Napastnik odbił szybko w lewą odnogę uliczki, zaś Seraph widząc biegnącego w tym samym kierunku człowieka zatrzymali się.
- To zabójca, łapać go! - wykrzyknął Edgar do stojących jak słupy wojskowych, którzy do momentu, w którym ostrzegawczy strzał napastnika rozniósł się po uliczkach nie ruszyli się z miejsca.


Sekretarz prowincji pędził ile sił w nogach, lawirując między skrzyniami i wozami już dostatecznie wąskiej uliczki. Przed nim, w odległości około 8 kroków biegł napastnik, nie odwracając się ani na moment. Stukot obcasów ofiary i drapieżnika naprzemiennie grał wraz ze stukotem okutego obuwia dwójki Seraph. Podczas gdy jeden z nich nawoływał napastnika do zatrzymania się, drugi dmuchał w gwizdek alarmując pobliskich stójkowych o zagrożeniu.
Wąską uliczkę pokonali szybko, a rozwidlała się ona w dwie strony - na uliczkę Haftową oraz Trybunalską. Napastnik skręcił w tę drugą a za nim peleton znajdujący się kilka kroków od niego. Wtem jedna z drewnianych okiennic domu wąskiej uliczki Trybunalskiej otwarła się, niemalże uderzając detektywa w twarz. Ten jednakże zwinnie schylił się i przemknął pod nią, natomiast biegnący z tyłu Seraph wystawił dłoń przed siebie by zamknąć okiennicę. Trybunalska ciągnęła się aż do jednej z głównych ulic, a gwizdek zdołał postawić na nogi tamtejszego stójkowego. Rosły Seraph stanął w przejściu i dobywszy miecza nakazał zaprzestanie ucieczki. Tu jednak zdarzyło się coś nieoczekiwanego - stróż prawa zgiął się w pół i upadł na ziemię rażony błyskawicami. Napastnik przeskoczył za nim i przebył na wskroś rozległą ulicę udając się znów do wąziutkiej odnogi. Edgar ani Seraph za nim biegnący nie mieli czasu zająć się popieszczonym piorunami kolegą, modląc się w duszy do Dwayny by jednak przeżył.
Dystans między uciekającym a ścigającymi zwiększył się w kolejnej z ulic, która dla odmiany była chyba śmietnikiem tejże dzielnicy. Podczas biegu Edgar mało nie wygrzmocił w ziemię gdy potknął się o nierówność w bruku, lecz jak się okazało to zrządzenie losu miało swoją dobrą stronę.
Napastnik odwrócił się i niedbale wystrzelił z tłumionego pistoletu, raniąc jednego z Seraphów w krtań. Trzymany w ustach gwizdek wyleciał mu z ust a ten runął twarzą na bruk. Nie można było liczyć na drugiego ze stróży prawa by kontynuował pościg - zamiast tego zatrzymał się przy rannym koledze. Edgar zdał sobie sprawę, że postąpiłby tak samo w skórze tamtego Serapha. Wyciągnąwszy ramię w górę oddał dwa strzały ostrzegawcze:
- Zatrzymaj się, bo strzelę ci w plecy!
Napastnik szybko skręcił w lewo, w jeszcze ciaśniejszą uliczkę niż ta poprzednia. Edgar łapiąc się rynny wykonał szybki zwrot za ściganym i nie mógł uwierzyć własnym oczom: to był ślepy zaułek. Dumny z siebie i pełen pychy zakrzyknął:
- Koniec ucieczki, łapska do góry!
Jego zdziwienie było nieopisane, gdy człowiek przeskoczył dwumetrowy murek z łatwością. Spod jego butów wystrzeliły jakby sprężyny, przez co jednym skokiem pokonał przeszkodę i wylądował na ziemi. Detektyw mocniej ścisnął rękojeść pistoletu i z pomocą zaklęcia mignął na wierzch murka i chwycił się jego skraju dłonią. Podciągnął się i zarzucił drugą rękę z trzymanym pistoletem na drugą stronę muru i wszedł na niego.
Napastnik zatrzymał się, gdyż przed nim stała kolejna przeszkoda - o mur domu, na który z pewnością nie wskoczy. Ręka detektywa jakby sama drgnęła i wyprostowała się w kierunku napastnika. Z wysokości lepiej widział cel. Napastnik rzucił pistolet na ziemię i podniósł dłonie do góry w milczeniu. Zadowolony z siebie detektyw uśmiechnął się pod nosem i już przygotowywał się do wykonania kolejnej teleportacji w dół. Ale gdy tylko spuścił wzrok ze swej ofiary, człowiek zdjął nakrycie głowy i spłaszczając wysoki walec cylindra rzucił nim w detektywa. Edgar w duszy zaśmiał się z tego gestu, chcąc złapać go lewą dłonią w locie.
Role się odwróciły. To on leciał teraz dwa metry w dół. Rant kapelusza okazał się kolejną ze sztuczek nieznanego napastnika.

Edgar obudził się w szpitalu polowym Seraph poświęconym obrońcom Nebo Terrace, którzy przed laty odparli hordę centaurów w stosunku trzech kopytnych na jednego człowieka. Nad łóżkiem stał pielęgniarz w brązowym fartuchu, z kieszeni którego wystawały różne przyrządy medyczne. Powiódł wzrokiem to na lewo, to na prawo - dostrzegł zasłaniającego parawany. W głowie dudniło jak na dniach Dzielnicy Ossan, gdy elońscy bębniarze wygrywali utwory ze swych rodzimych stron.
Czekał go wywiad z pielęgniarzem, który pokrótce opisał mu sytuację - Edgara znalazło paru Seraph którzy przyłączyli się do pościgu za późno. Upadek z takiej wysokości bez wątpienia nadwyrężył jego kości, niemniej opatrzność bogów czuwała nad młodym człowiekiem, a uzdrowiciel zdziałał tyle, ile mógł by detektyw nie został kaleką.
Przez trzy godziny Edgar nie mógł zebrać myśli do kupy. Dopiero koło godziny dwunastej do szpitala przyszedł sierżant Parker, który najpierw odbył rozmowę z lekarzami a potem z detektywem. Nie trzeba dużo mówić - Seraph nie był zbytnio zadowolony z faktu, że detektyw wybrał się za tropem bez niego. Jak się okazało, tego dnia na posterunku zjawiło się kilka osób - najpiew baron Perez który zażądał ujawnienia szczegółów śledztwa, później na posterunku zjawiła się Julianna i zażądała rozmowy z detektywem, niemniej z uwagi na jego nieobecność została odprawiona z kwitkiem. Na to ona, że żąda ochrony gdyż grozi jej niebezpieczeństwo. Na sam koniec ostatnia z wiadomości, która niejako wstrząsnęła Edgarem - dziś przed południem z sąsiedniego posterunku przybył goniec z wiadomością, że dyrektor Wielkiej Opery został znaleziony martwy w swoim mieszkaniu. Godzina zgonu - około jedenastej w nocy.

- Łajdak zdołał zapolować na jedną osobę, a gdy się nie udało, tej samej nocy zabił drugą - wymamrotał Edgar przewracając oczyma.
Spojrzenie pełnie niezrozumienia sierżanta detektyw skomentował parsknięciem. Opadł na poduszkę, nie mając siły nic tłumaczyć. Poprosił, by Parker wyciągnął jakiś notes i coś do pisania, po czym dyktował mu plan dnia na ten dzień, jako że sam nie mógł wiele zdziałać dzisiaj.

Pierwszym zadaniem było skontaktowanie się z Julianną i załatwienie dla niej ochrony. Śpiewaczka zachowywała się inaczej - wystraszona, potulna, wręcz ręce Parkerowi całowała za umieszczenie jej na posterunku. Sierżant próbował jakoś zagaić rozmowę, niemniej nie kleiła się za bardzo:
- A więc... - podjął - Co pani miała powiedzieć detektywowi?
- Ktoś w Operze zabija osoby - wymamrotała, siedząc na krzywym krześle przy którym na co dzień przesłuchiwano podejrzanych - Ja nie wiem kto to, ale zaczęło się niecały sezon temu. Och biedny Philip, biedny Maurice, biedna Hannah... - kobieta zaniosła się płaczem na wspomnienie o swoich kolegach z pracy.
- Em... a mogłaby pani jaśniej? Wie pani kto zabija?
- Nie mam pojęcia! - wykrzyknęła przez łzy - Ja miałam być następna...
- Miała pani szczęście, zamiast tego umarł dyrektor.
Po tej wieści Julianna nie nadawała się już do rozmowy. Drugim zadaniem do spełnienia było porównanie listy gości z listą od dyrektora, którą jeszcze przed śmiercią zdążył wysłać na posterunek. Ślęcząc nad oboma kawałkami papieru, postanowił stawiać kreskę obok nazwiska gościa którego nie ma na liście w operze. Z uwagi na fakt, że lista gości była długa, prostoduszny podoficer wolał właśnie na niej kreślić i porównywać wszystkie nazwiska dokładnie. Niektóre kojarzył, co w jego myślach zaraz przywoływało twarz danej osoby.
Do drzwi zapukał jeden z szeregowych, który odsłużył swoje w korpusie ekspedycyjnym do Dry Top i należał niegdyś do oddziału Parkera. Teraz przeniesiono go do stolicy, gdzie służył na posterunku przy papierkowej robocie. Wciąż jednak utrzymywał dobre stosunki z byłym dowódcą i przychodził do niego codziennie na pięć minut rozmowy.
- Wejść - rzekł Parker, a gdy w drzwiach zauważył szeregowca Eryntalla skinął mu głową i odetchnął - Usiądź proszę, zaraz skończę. Jeszcze dwa nazwiska.
Eryntall przyglądał się pracy byłego dowódcy w ciszy, by nie mącić jego myśli. Naraz jednak Parker zerwał się z krzesła, a na jego twarz wymalowało się olśnienie.
- Porozmawiamy w drodze. Chodźmy, Eryntall, zostaw papiery komuś innemu.
- Dokąd idziemy? - spytał szeregowiec, zachowując całkowity spokój. Nawet nie zdążył usiąść, niemniej już skierował się w stronę drzwi.
- Musimy zdobyć nakaz przeszukania mieszkania, a potem podzielimy się - ty pójdziesz z oddziałem na miejsce, a ja po detektywa.

Falkner

  • Egida
  • ******
  • Wiadomości: 1197
  • Płeć: Mężczyzna
Rozdział siódmy, w którym pojawia się plan.

Wizyta syna fligeladiutanta o godzinie dziewiątej w nocy postawiła na nogi wszystkie siostry i dyżurujących doktorów skrzydła szpitalnego.  Parker za nic miał sobie spokój odpoczywających pacjentów, niemalże taranując wychodzących mu naprzeciw pracowników ośrodka zdrowia. Blachy Seraph i zdeterminowane spojrzenie utorowały mu drogę do sali numer sześć, gdzie jako jedyny leżał powracający do zdrowia detektyw Nightingale.

- Mógł pan posłać gońca z listem, odpisałbym na miejscu - mruknął Edgar, wyrwany z błogiego stanu snu.
- Daruj sobie - głos Serapha był bardzo bezpośredni, co wskazywało na nadzwyczajne skupienie. Detektyw usiadł na łóżku, wstawiając poduszki za plecy. Wszystko wskazywało na jakiś przełom, lub, potwierdzenie jego teorii z Opery.
- Porównałem listę gości balu i pracowników opery.... - zaczął Parker.
"Oczywiście, nie było to nadzwyczaj trudne, durniu" - wtrącił się we własnych myślach Edgar.
- ... i mamy tylko jednego gagatka obecnego na obu z nich. Rafael von Chrapke.
Detektyw Nightingale zamrugał, udając zdziwienie, chcąc choć w minimalnym stopniu wykazać aprobatę dla roboty partnera. Jego teoria została oczywiście potwierdzona, tym bardziej, że podczas gonitwy dzięki której zawdzięcza wizytę tutaj porównał budowę ciała napastnika z von Chrapkem. Zgadzała się.
- Nakaz przeszukania mieszkania i pochwycenia von Chrapkego będzie lada chwila - kontynuował Parker - przydybię tego sukinsyna zanim zdąży uczynić krzywdę jeszcze komuś.
- Miłosierna Dwayno... - wydusił z siebie ciężko Edgar - niechże pan wstrzyma się przez chwilę! Jeśli teraz wsadzisz rękę do nory zwierzyny, to porzuci ją szybciej i stanie się ostrożniejsza! Dlaczego najpierw pan do mnie z tym nie przyszedł?
- Nie ma czasu do stracenia. Sprawiedliwości musi stać się za dość. Za Rosalindę, za dyrektora Opery i za pana.
- Bohater walczący za moją sprawę to teraz ostatnia z rzeczy, jaka jest mi potrzebna - odparł detektyw wzburzonym tonem. Przymknął oczy i pomasował się po skroniach. Odruchowo sięgnął do lewej piersi, lecz nie zastał tam swojego zegarka: przecież leżał w szpitalnej pidżamie!
Zbieranie myśli szło na tyle wolno, że Samuel Parker wstał z krzesła i skierował się do wyjścia.
- A pan dokąd!?
- Proszę zdrowieć - odparł Samuel - a ja złapię przestępcę.
Co za podła gadzina. Gdyby nie jego - Edgara - umysł, ten durny osiłek dalej trzymałby rękę w nocniku jeśli chodzi o śledztwo.
- Przyjdź do mnie z rana do szpitala, nie zaburzajmy naszych zasad współpracy.

Nazajutrz Edgar mógł wstać bez niczyjej pomocy, lecz nie pozwolono mu iść bez asysty na śniadanie do najbliższej kawiarnio-piekarni. Zamiast zajadać się marnymi porcjami dla pacjentów, przekupił niemałym bilonem pielęgniarza, który wyszedł z nim na szpitalny taras, a także przyniósł mu trzy rogaliki i trzy cygaretki.
- Dzięki, Nijel - detektyw uśmiechnął się do pracownika szpitala, gdy odbierał swoje "zamówienie". Ileż to pieniądz potrafi wrót otworzyć w tym świecie. Oczywiście, nie mógł udać się poza teren szpitala, a zatem śniadanie zjadł na tarasie i również tam zapalił. O tej porze już dawno powinien zjawić się Parker na poranną wymianę przemyśleń i informacji. Jego nieobecność podpowiadała Edgarowi najgorsze: sierżant wystawił go do wiatru. Pojmał von Chrapkego i zapewne całą noc wyciskał z niego zeznanie. Może już nawet ma je na papierze.
Nie, to nie możliwe. Jeżeli jego teoria jest prawidłowa i to konstruktor mechanicznych orkiestr jest zabójcą, to nie jest to typ człowieka, który rozkrywa swoje tajemnice. Może się mylił, może nie. Mimo to, myśli układały się w pasmo pesymistycznych wyobrażeń i dopiero dotyk delikatnej dłoni na ramieniu detektywa wyciągnął go z zamyślenia. Trzymając cygaretkę w ustach, podniósł wzrok na kobietę, którą bardzo szybko rozpoznał.
- Pani Julianna! - rzekł zachwycony, wyjmując cygaretkę z ust - Jak pani mnie tutaj znalazła?
- Moja kuzynka pracuje w szpitalu i opowiadała mi, że wczoraj przywieziono pana na skrzydło. Ja... nocowałam u niej. Po tym wszystkim... nie chciałam wracać do siebie.
Dopiero teraz Edgar dostrzegł, że kobieta ma podkrążone oczy i wygląda na bardzo mocno przejętą. Poprosił Nijela aby zwolnił miejsce dla panny i przyszedł za pięć, dziesięć minut. Posłuszny (po opłacony!) pielęgniarz ulotnił się, zostawiając dwójkę na tarasie.
- Przyszłam rozmawiać z Seraph, odmówili mi ochrony! - rzekła z wzbierającym płaczem - Nie mam się gdzie podziać, nie czuję się bezpiecznie w swoim domu. Ja będę następna!
"Oczywiście, że będziesz" - pomyślał detektyw. Natychmiast skarcił swoje chamskie myśli, niemniej niewiasta na skraju rozpłakania się była mu teraz wybitnie nie w smak. Ledwo potrafił złożyć myśli!
- Proszę się uspokoić - rzekł po chwili, gdy buchnął z cygaretki - Zostanie pani u kuzynki, proszę nie wychodzić z domu pod żadnym pozorem.
- Ale on tam dalej jest na wolności! Co, jeśli mnie śledził?
- Tak się składa, pani Julianno, że mamy z panem Parkerem bardzo silny trop. Ba, bogowie dadzą, to od wczoraj siedzi w areszcie!
Nijel wrócił prędzej, niż detektyw prosił. W dłoni trzymał liścik, który zostawił na stole i zaraz się wycofał. Julianna, ledwo dzierżąca nerwy na wodzy spojrzała między dwoma mężczyznami i na karteczkę.
- Proszę wybaczyć na moment - Nightingale wziął karteczkę w dłoń, rozłożył i zaczął czytać. Jego mina przeszła z tych "Słodka Lysso, cóż za dzień" do "Niech was wszystkich Grenth swym chłodnym objęciem udusi".
- Proszę pana? - zapytała nieśmiało kobieta, wyrywając Edgara z zamyślenia.
- Nie znaleźli go... mieszkanie puste - wymamrotał, przez co Julianna rozpłakała się na dobre.
Po dwóch minutach niezręcznej ciszy, kobieta otarła łzy, a detektyw zgasił cygaretkę. W żołądku już mu się wywracało od złych wieści. Wtedy rozmówczyni podjęła go tematem tak śmiałym, że nie mógł uwierzyć.
- Jeśli szuka mnie... to może... to może pan złapie go w ten sposób? Przeze mnie?
- Słucham? Chcę pani zostać wykorzystana jako przynęta? Poważnie?
- Tak.. znaczy nie... - westchnęła - Proszę zapomnieć o tym, bredzę.
- Ależ skąd! - nagle ożywił się - To znaczy, oczywiście chcę go złapać i oczywiście nie powinienem pochwalać pani pomysłu, ale właśnie podsunęła mi pani pewną myśl.
- Jaką?
- Może remont w Wielkiej Operze się nie skończył, ale mieszkańcom Divinity's Reach ewidentnie brakuje teraz dobrych solistek.



Nim zegar wybił godzinę dwunastą, Edgar zdołał odzyskać spokój ducha i siłę umysłu, a wraz z tym entuzjazm, który działał jak stymulant dla jego częściowej ruchowej niewydolności. Zaczął chodzić w te i we wte po sali szpitalnej, mrucząc coś do siebie, zapisując pomysły na karteczce. Dorzucając kolejną sumkę do łapówki Nigela, nakazał posłać wiadomość do dwóch osób.
Sierżant Samuel Parker zjawił się po południu, zupełnie inny, niż poprzedniej nocy: pusty, bezsilny i niewyspany. Edgar naprędce wyjaśnił mu plan, zarażając swoją ochotą do działania:
- Dlaczego za kilka dni? Do tego czasu może być kolejna ofiara!
- Nie. Dajemy mu czas aby się przygotowywać. Usuwamy w cholerę jego mechaniczne, grające ustrojstwo, to raz. Dwa: zabójstwo na oczach całego Divinity's Reach? To będzie jego magnum opus, nie wątpię w to. Trzy: Opera nie ma obecnie dyrektora, co oznacza, że prawdopodobnie upadnie - tak pomyśli sobie każdy. Ale gdy tylko miasto zostanie oblepione plakatami, że pomimo wielkiej tragedii coś się odbędzie, ludzie z głupiej ciekawości przyjdą sprawdzić. A cztery...
- Złapiemy go na gorącym uczynku - wtrącił się sierżant.
- Dokładnie tak, przyjacielu. Dokładnie tak!
- Plan bardzo śmiały i niebezpieczny. Ryzykujemy w końcu życie niedoszłej ofiary.
- Ryzykujemy je nie mniej, niż nie dając jej ochrony Seraph.
Parker wykrzywił usta, zaś Edgar nie mógł się po prostu powstrzymać. 

Tego dnia, w skrzydle szpitalnym detektyw Nightingale miał jeszcze jednego gościa. Druga osoba, do której wysłał pilny list z prośbą o spotkanie trafił do Luciana Pereza, brata zmarłej Rosalindy. Młodzieniec zjawił się w błękitnym garniturze, bardzo lekkim i eleganckim, z cytrynową kamizelką pod spodem. Na jego twarzy malowało się podekscytowanie: kilka dni minęło, odkąd pytał, czy może jakoś w sprawie pomóc i nareszcie teraz pojawiła się okazja.
- Jak się pan czuje? - zapytał, podchodząc do łóżka Edgara
- Znakomicie. I nie pan, już mówiłem Lucianie.
- Wybacz... Edgarze - rzekł nieco niepewnie.
- Od razu lepiej! - detektyw usiadł na łóżku i zaraz wdrożył młodego Pereza w plan. Poza znalezieniem sojusznika,  Edgar pragnął jeszcze zabezpieczyć się na innym froncie: niewykluczone, że jego klient, Pan Enrique Perez mógł poczuć się bezsilny gdy dowiedział się, że jego najemny detektyw wylądował w szpitalu. Wprowadzenie więc jego syna w tajniki planu zakładało, że na pewno podzieli się chociażby cząstką informacji z ojcem, co w rezultacie uspokoi klienta. Poza tym, naprawdę potrzebował jego pomocy.

- Zatem, mój drogi Lucianie - rzekł Edgar, gdy wszystko co miał do przekazania wyjawił swojemu nowemu partnerowi - roznieś wieść, niech sala Wielkiej Opery się zapełni. Niech przyjdą mężowie ze swoimi żonami, kochankami, narzeczeni, zalotnicy i samotnicy. Urządzimy takie widowisko, jakiego jeszcze nie było. Eviva l'arte*!

*Niech żyje sztuka!

Falkner

  • Egida
  • ******
  • Wiadomości: 1197
  • Płeć: Mężczyzna
Rozdział ósmy, w którym widownia zmuszona jest podzielić swoją uwagę.

Błyskawiczne przygotowanie opery na otwarcie wymagało nie lada wysiłku. Najpierw Samuel Parker zebrał grupę dziesięciu Seraph-agentów, wywodzących się głównie z jednostek zwiadowczych podczas wojen: XI Oddział "Sokoły", II Oddział "Szczury" oraz IX Oddział "Maruderzy", które wchodziły w skład III Dywizji Zwiadowczej. Panowie i panie z tychże oddziałów wykazywali się niemałym talentem, obecnie marnującym się na przeróżnych posterunkach nie wymagających pełni ich umiejętności. Poza tym, kto nie chciałby wziąć udziału w tajnej operacji za które wypłacano podwójny żołd? A jaka okazja, aby zabłysnąć w oczach przełożonego!
Ich zadaniem jednak nie miała być walka, a wtopienie się w otoczenie, lecz o tym za moment.
Drugim, istotnym elementem było zakończenie remontu Opery. Jak tego dokonać? W ciągu pięciu dni robotnicy zakończyli pracę nad frontem budynku: fasady, okna i wreszcie wstawiono majestatyczne, dębowe drzwi. Zaś to, czego ludzkie oko nie mogło dostrzec (czyt. tyły) pozostawiono samemu sobie. Żaden z gości nie wchodzi do Opery tylnim wyjściem, czyż nie?
Jako trzecie: należało obwieścić całemu miastu, że Opera zostaje otwarta tylko na jeden dzień. Tym zajął się Lucian Perez: dzięki rodzinnym koneksjom, zdołał puścić w obieg plotkę, jakoby z powodu ostatnich, bardzo przykrych wydarzeń, artyści Opery wystawią przedstawienie mające na celu zebrać odpowiednie środki dla kontynuacji renowacji tegoż zabytkowego budynku, który swą pamięcią sięga ponad stu lat wstecz! Ponadto obwieszczono, że będzie to debiut młodej solistki, Julianny Aven, a zatem wielbiące sztukę dusze śmietanki towarzyskiej Divinity's Reach będą zaintrygowane wschodzącą gwiazdą (i czy w ogóle ma jakikolwiek potencjał). Naturalnie była to przynęta dla mordercy, aby zjawił się tego dnia w Wielkiej Operze.
Po czwarte: detektyw Edgar Nightingale. W ciągu pięciu dni zdołał nabrać krzepy, wyzdrowieć na tyle, aby poruszać się samemu, biec, skakać a nawet zrobić fikołka. Wiele zawdzięczał zanadto opiekuńczemu Nijelowi, doktorom oraz uzdrowicielom którzy za odpowiednią zapomogą uznali jego leczenie za priorytetowe. Głowę sekretarza prowincji zakrzątało kilka myśli: pierwsza i bodaj najważniejsza - czy na pewno ma rację, ryzykując życiem Julianny by wywabić von Chrapkego z ukrycia? Druga - czy to na pewno von Chrapke? Trzecia - co, jeśli ktoś z Opery zostanie zamordowany zanim rozpocznie się spektakl, lub zaraz po nim?
Odpowiedź na pierwsze pytanie przyszła od razu: kobieta sama zasugerowała, aby ją podstawić. On znowuż nie miał lepszej opcji, jak zaakceptować. Duże ryzyko, ale duża nagroda. Co do drugiej zagwozdki - nie miał pewności. To może być ktoś inny, niemniej przepytani przez sierżanta Parkera sąsiedzi pana von Chrapke nie wspominali, aby ten udawał się gdzieś w podróż. Każdy Seraph w mieście znał już rysopis podejrzanego i miał go zatrzymać przy zauważeniu. Do tej pory nie został złapany, a zatem gdzieś osiadł i przeczekuje. Albo czyni przygotowania do kolejnego morderstwa. Zakładając, że cała operacja zakończy się fiaskiem bo podejrzany zaatakuje inną ofiarę, łamie to wtedy jego modus operandi - a tego nawet najlepszy detektyw nie przewidzi i nie zapobiegnie. Rozwiązanie czwartej zagadki okazało się proste: Samuel obstawia wszystkie wejścia, garderoby, szatnie czy zakątki swoimi ludźmi. W skuteczność Seraph Edgar nie wątpił, nawet jeśli stał za tym syn fligeladiutanta Samuel Parker.

W dniu spektaklu, Edgar spotkał się z kilkoma osobami. Dziesięć po dziesiątej nad ranem zjadł z Parkerem drugie śniadanie w kawiarni "Fiołkowe pola". Było to stosunkowo zaciszne i przyjemne miejsce na peryferiach Ruriktonu oraz dzielnicy Salmy, gdzie za szarlotkę z bitą śmietaną liczono sobie trzy czwarte tego, ile zaśpiewano by w centrum.
Powtórzyli raz jeszcze wszystkie szczegóły: wybrana własnoręcznie ekipa Seraph ubranych po cywilnemu rozsiada się na widowni, najbliżej drzwi sali oraz na balkonie i w zasięgu swojego wzroku. Każdy z agentów otrzymuje lornetkę oraz malutką lunetę, przez które osoby z gorszym wzrokiem mogą obserwować aktorów w teatrach. Podniesienie do oczu lornetki oznaczało "Spostrzegłem niebezpieczeństwo, upewniam się", zaś ich opuszczenie połączone z podwójnym kiwnięciem głowy oznaczało: "Myliłem się". Jeżeli agent podniósł najpierw lornetkę, a później do oczu przystawił lunetę, oznaczało to, że zagrożenie jest potwierdzone. Kierunek, w którym patrzy osoba z lunetą wskazuje pozostałym agentom źródło zagrożenia. W tym przypadku kilku obserwatorów pozostaje na sali, a paru uprzejmie wychodzi poinformować regularną ochronę, która zaś daje znać rozstawionym w okolicy Seraph.
O godzinie trzynastej, detektyw spotkał się z Lucianem Perezem na dosłownie kwadrans. Młody panicz miał istny mętlik w głowie. Głównie dlatego, że on też miał być na widowni i w razie czego informować tylko i wyłącznie Edgara. Lucian wyznał Edgarowi, że gdzieś w głębi duszy czuje, że nadchodzi godzina sprawiedliwości. Że dopadną go. A wtedy...
- Samosąd nie wchodzi w grę, przyjacielu - rzekł Edgar - Ponad tym wszystkim stoi prawo. Zespół reguł, zasad i procedur które odróżniają nas, cywilizowanych ludzi od chociażby tubylczych centaurów. Tylko prawidłowy proces i słusznie wymierzona kara ściąga z nas odpowiedzialność za przelanie krwi, nawet jeśli jest to krew seryjnego mordercy.
Zaraz po spotkaniu z Lucianem, detektyw biegł do mieszkania Julianny. Kobieta przyjęła go ubrana w prostą, żółto-pastelową sukienkę. Pociągając nosem, sekretarz prowincji poczuł zapach gotowanego gulaszu. Został tu raptem piętnaście minut, rozkoszując się tanią kawą i suchym ciastkiem zaserwowanym przy okrągłym stoliczku nakrytym koronkowym obrusem. Rozmowa niezbyt się kleiła, a to głównie przez nerwy śpiewaczki. Edgar czuł się wręcz głupio przez moment, gdy nie spytał się, czy aby nie chce wycofać swojego udziału z planu. Niemniej: była to ostatnia faza - przygotowanie do wykonania. Przy tylu osobach biorących udział w schwytaniu zabójcy nie było mowy o wycofaniu się. Teraz, albo kolejny trup.
Późnym popołudniem Edgar zawitał w rodzinnym domu. Jego pojawienie się dodało obowiązków Sofii, służce domowej - należało przygotować mundur oraz obuwie. Uczesaniem detektywa zajęła się jego matka, Maria. Ojciec Alexander tego dnia był bardzo podekscytowany spektaklem, na który miał się już wybrać, lecz Edgar kategorycznie mu zabronił. Po pierwsze: na hasło "Sprawa zawodowa" sir Nightingale Senior od razu odpuszczał, po drugie: nie chciał mieszać wizerunku swojego jedynego syna z pracą, jaką wykonuje. Jego zdaniem Edgar winien piąć się po szczeblach drabiny urzędniczej aby założyć rodzinę, a następnie poszerzyć władanym przez rodzinę połaciem ziemi. To oczywiście kłóciło się ze stylem życia młodego panicza Nightingale, ale nigdy nie wykluczał takiej opcji. Póki co jeszcze nie nadszedł czas na ustatkowanie się: nie, gdy ktoś płaci mu za używanie swojego błyskotliwego intelektu!

O godzinie osiemnastej trzydzieści pod Wielką Operą zebrał się niemały tłum. Samuel wraz z Edgarem obserwowali to wszystko zza sąsiedniego budynku, na pierwszym piętrze. Prywatne mieszkanie na jedną noc przeznaczono w sztab dowodzenia operacji.
- Moi agenci już wmieszali się w tłum.
- Mam nadzieję, że starczy dla nas miejsca - odparł Edgar, pykając z fajki.
- Miejsca mamy, spokojna twoja uczesana - Parker spojrzał na równo uczesane włosy partnera, szczerząc się na głupi uśmieszek.
- Ty za to mogłeś zainwestować we fryzjera. Gdybym był zabójcą, po tym nieładzie na twojej głowie od razu rozponałbym, że nie pasujesz do arystokracji.
- Skończmy te psie wąchanie dupy. Poszczekałeś, teraz do roboty.
- Nie, żebyś sam nie zaczął. Mam tylko nadzieję, że na sali pokierujesz się wzrokiem, a nie węchem.
Mieszkanie opuścili po pięciu minutach. Samuel odbił, aby raz jeszcze poinstruować cztery oddziały zbrojnych Seraph którzy ulokowani byli na ulicach, zaś Edgar ruszył zakupić bilet. Na hasło "Słowik śpiewa późną porą" szepnięte do uroczej pani w kasie biletowej, detektyw otrzymał swój bilet w środkowym rzędzie, u wylotu.
Sala zapełniała się nadzwyczaj prędko, każdy bowiem chciał w końcu udać się do Wielkiej Opery, nawet jeśli ukończenie remontu było tylko upozorowane, oraz by poznać nową, wschodzącą gwiazdę. Ogromna sala posiadała aż dwadzieścia rzędów czerwonych, pikowanych foteli znamienitego kunsztu. Dominował tu kolor czerwony oraz złoty, używano tylko drewna dębowego. Były tutaj też cztery balkony, z których publiczność (w głównej mierze agenci Parkera) spoglądali na rozległą scenę, którą teraz zakrywała czerwona kurtyna ze złotymi frędzlami.

Nazwy spektaklu Edgar zapomniał w ferworze przygotowań i silnych emocji, jakie mu towarzyszyły. Niczym drapieżnik obserwujący zastawioną pułapkę, czekał z zapartym tchem na pojawienie się mordercy. Spektakl miał być nowatorską kombinacją dwóch utworów: podczas pierwszego solistka wiodła główny prym, zaś druga część była czymś w rodzaju niemego przedstawienia. Historia zakazanej miłości dwojga przedstawicieli zwaśnionych rodów.
Ostatni dzwonek rozbrzmiał, gdy wszyscy goście usadowili się w swoich fotelach. Kurtyna podniosła się, a na scenie stała Julianna. Ubrana była w pompatyczną suknię koloru błękitnego, jej włosy spięte były w wysoki kok błękitną wstążką. Z tyłu sceny stała również orkiestra, a także jej mechaniczny wariant opracowany przez Rafaela von Chrapke. Bez obaw: przed przedstawieniem została ona wyłączona na wypadek, gdyby inżynier zostawił w niej przykre i nieprzewidywalne "niespodzianki".

Partia wykonywana przez Juliannę naprawdę brzmiała tak, jakby śpiewaczka oddawała w to całe swoje serce. Spoglądając po twarzach starych koneserów i młodych fascynatów sztuki, widać było uznanie w ich oczach i gestach. Dobrze, przynajmniej jak się to wszystko skończy, Julianna będzie miała rzeszę wielbicieli jej talentu. Niemniej, największą uwagę detektyw przykuwał do obserwatorów: on również znał język lornetek i lunet, ale nic się nie działo. Agenci wraz z Edgarem wymieniali się przeczącymi spojrzeniami. Wraz z zakończeniem części pierwszej, publiczność udała się na przerwę.
To była świetna okazja dla mordercy, niemniej cios nie nadszedł. Czy dlatego, że garderoba była obstawiona? Być może. Detektyw wraz z sierżantem spotkali się za filarem poczekalni.
- Niczego nie dostrzegłem, twoi agenci również.
- Na zewnątrz też spokój - odparł sierżant, nerwowo drapiąc się po głowie.
- Przed nami jeszcze druga część. Przejdę się w stronę garderoby. Filuj przy wyjściach.

"Wchodzić do środka, czy nie?" - Edgar zadał sobie to pytanie stojąc przed drzwiami garderoby Julianny.
Zdecydował się tego nie robić. Raz, że to nieuprzejme wchodzić, gdy kobieta się przygotowuje do wyjścia na scenę a dwa - niepotrzebnie jej teraz dodawać zmartwień. Póki co wszystko idzie zgodnie z planem. Poza złapaniem zabójcy.
Dzwonek obwieścił koniec przerwy. Detektyw Nightingale wyciągnął z kieszeni swój zegarek i sprawdził godzinę. Jego miejsce i tak znajdowało się na wylocie, mógł się kulturalnie spóźnić. Odszedł korytarzem, aby wychodząca solistka nie dostrzegła go przed wyjściem na deski sceny. Wymieniając spojrzenia z uzbrojoną ochroną, kiwał im głową w porozumiewawczym geście: "Pilnować, o wszystkim raportować".
Zaszedł za kulisy sceny, gdzie pracownicy Opery właśnie wpychali na scenę ogromnego łabędzia z głową wyciągniętą w górę. Zwykła, pomalowana drewniana dykta umieszczona na bardzo prymitywnej, stalowej konstrukcji. Zaraz kurtyna miała podnieść się w górę, aby ukazać Juliannę w nowej kreacji i nową scenografię.


Gdy rozpoczęła się druga część, sierżant Samuel Parker został poinformowany przez jednego ze swoich agentów o "aktywności". Jeden z agentów podniósł najpierw lornetkę, a potem lunetę.
- Gdzie? - spytał Seraph-głównodowodzący operacją, w duszy aż wrząc ochotą do działania.
- Za kulisami.
- Za mną!
Dwie minuty wcześniej, Edgar spoglądał zza rogu kulis, dosłownie za scenę. Przy mechanicznej orkiestrze stał człowiek ubrany dokładnie tak samo jak napastnik z klubu "Kryształowa" - czarny frak, cylinder, czarne buty. Nie tyle majstrował przy ustrojstwie, co czaił się, czekając jakby na dogodny moment. Kurtyna już dawno była w górze. Przypatrując się, Edgar spostrzegł, jak człowiek trzyma w ręku pistolet i przykręca do niego podłużną rurkę.
"Jak on się tutaj dostał?" - zadał sobie w myślach pytanie. Ta sytuacja jednak nie wymagała pytań, lecz działania. Wyszarpując z ozdobnej pochwy rapier, Edgar wyskoczył zza rogu:
- Von Chrapke!
Napastnik natychmiast podniósł się i wymierzył w Edgara. Detektyw tylko na to czekał. Słowa mantry bólu, mesmerskiej sztuczki poznanej dawno, dawno temu wyrecytował jeszcze przed wejściem za kulisy. Przezorny zawsze ubezpieczony.

Napastnik zgiął się i upuścił pistolet, gdy ładunek mantry uderzył go ramię dzierżące broń palną. Natychmiast dobył swojej szabelki, zbijając cios detektywa. Edgar odkrył, że nijak nie będzie w stanie zidentyfikować przeciwnika przez maskę, którą nosił na twarzy.
Sztych!
Napastnik odbił kolejny cios Edgara. W odpowiedzi wykonał wypad, a detektyw uniknął.
Wypad!
Tym razem role się odwróciły, ale rezultat był taki sam: impas.
Wymach!
Uderzenie nadeszło bardzo szybko, jednak refleks Edgara zatriumfował.
Znowu sztych!
Rapier detektywa niemalże ucałował serce napastnika, gdyby nie jego unik.
Drugi ładunek mantry bólu został rzucony. Tego w żaden sposób nie mógł zablokować bez posługiwania się czarami. Wiedziony prostą drogą do pojmania przeciwnika, Edgar ruszył naprzód i zaraz kichnął raz, drugi, trzeci...
Napastnik zdołał dotknąć swojego paska, z którego klamry wystrzelił jakiś dziwny proch. Nie mogąc pohamować swojego nabrzmiałego nosa, detektyw wycofał się, oddając inicjatywę przeciwnikowi.
Podniósł pistolet. Trzeci, a zarazem ostatni ładunek mantry bólu rzucony niedbale trafił jak krótkowzroczny w dziesiątkę na tarczy - przypadkiem.
Powstrzymując oczy od łzawienia, Edgar przejął inicjatywę. Doskoczył do napastnika i zerwał z twarzy jego maskę.
Jego tożsamość przestała być tajemnicą.
Rafael von Chrapke zaraz wykorzystał tą sytuację, aby odepchnąć od siebie Edgara i zaatakować.
Cięcie!
Na szczęście zdołał się uchylić i zbić je rapierem.
- Broń na ziemię!
Przybyły posiłki. Samuel Parker w towarzystwie trzech agentów nadeszli z drugiej strony kuluarów.
Von Chrapke spojrzał w jedną stronę: Edgar mierzył w jego kierunku rapierem, gotów atakować. Z drugiej strony tęgi Seraph i trzech cywilnych, skutecznie uniemożliwiający ucieczkę.
Ruchu napastnika jednakże nikt nie przewidział. Wskoczył na scenę i podbiegając do liny, na której zawieszona była kurtyna złapał się jej i przeciął u dołu. W rezultacie kurtyna opadła ku zdziwieniu publiczności i wykonawców, a von Chrapke znalazł się na samej górze. Sprawnym skokiem wdrapał się na stalowe rusztowanie które wisiało pod sufitem (jako, że nie zostało ono zdjęte przez robotników, a nadawało to Operze wiarygodności, że datki z biletów przeznaczone zostaną na renowację).
- Biegnę za nim!

Jak na tak krótką, acz intensywną kurację, nogi Edgara sprawowały się wyśmienicie. Całe szczęście, że z poziomu kulis można było w łatwy sposób dostać się na samą górę, a potem szybko czmychnąć na rusztowanie.
Samuel w tym czasie rozesłał swoich agentów, aby przekazali Seraph filującym na zewnątrz rozkaz o obstawieniu budynku. Nikt nie wchodzi, nikt nie wychodzi. Parker w tym czasie pobiegł przekazać wiadomość ochroniarzom w środku, a potem dołączyć do detektywa na górze.
Ten z kolei wbiegł po schodach na poddasze, skąd mógł szybko przeskoczyć na stalowe rusztowanie. Jedno należało przyznać osobom, które pracowały na wysokości: musiały być niezłymi akrobatami, aby się po tym wąskich deskach poruszać bez lęku.


Von Chrapke był już u góry i na kuckach przyglądał się przedstawieniu na scenie. Edgar szedł więc bardzo, ale to bardzo ostrożnie, krok za krokiem, starając się nie patrzeć w dół. Byle nie patrzeć w dół! Byle dotrzeć do niego, zanim...
Napastnik wyciągnął drugi pistolet i montował do jego lufy tłumik! Miłościwa Dwayno, co on knuje?!
- Von Chrapke! - krzyknął Edgar. Przeciwnik odwrócił wzrok i uniósł na detektywa lufę pistoletu.
Mantra bólu... gdyby tylko pamiętał o odnowieniu mantry bólu!
Nie pozostało nic innego, jak rzucić swoje życie na szali.
Pocisk z cichym syknięciem opuścił lufę pistoletu von Chrapkego, przeszywając powietrze. Detektyw w mgnieniu oka przeniósł się kilka kroków w przód, stojąc na odległość miecza od przeciwnika i korzystając z okazji, trzasnął rapierem w dłoń dzierżącą pistolet. Ten zleciał w dół, a zaraz rozległ się krzyk. Czyjaś głowa niechybnie została uderzona kolbą.
Wzrok publiczności podniósł się na sufit, gdzie dwójka jegomości przeszła do fechtunku.

Szczęk zderzających się mieczy przykuł uwagę osób z dołu. Publiczność przestała być zainteresowana spektaklem, choć orkiestra dalej grała. Samuel Parker w końcu wdrapał się na samą górę, lecz wąziutkie deski położone na górze rusztowania sprawiły, że w głowie mu zawirowało. Jedyną słabością wielkiego bohatera był lęk wysokości.
- Po co ich zabiłeś? To byli artyści, a do tego dyrektor? Stary człek nawet się nie mógł obronić!
Parada!
Dekoncentracja przeciwnika nie działała, von Chrapke nie odpowiadał. Sypał cios za ciosem, zbijany jeden za drugim przez detektywa. Gdy zauważył szansę dla siebie, kontratakował.
Publiczność z zapartym tchem oglądała zmagania detektywa i twórcy mechanicznej orkiestry. Nawet Julianna na moment zawahała się w swojej roli by dostrzec Edgara wymieniającego się ciosami z osobą, która kilka dni temu próbowała ją zabić. Orkiestra dalej grała, więc oznaczało to, że należy grać... nawet, jeśli widownia zajęta była kimś innym.
Detektyw nie był świadom tego, że teraz on von Chrapke grają pierwsze skrzypce.
Wypad!
Von Chrapke sukcesywnie tracił grunt pod nogami.
Wypad!
Napastnik cofa się kolejny krok.
Wymach!
Edgar odbija desperacki cios.
Sztych!
Von Chrapke z ledwością odbija uderzenie.
Wypad!
Edgar zdaje sobie sprawę, że postąpił źle.

Rafael von Chrapke spojrzał szybko za siebie. Jeszcze jeden krok, i spadnie.
- To koniec! Poddaj się - wydusił z siebie Edgar.
Morderca uśmiechnął się szyderczo i nie wydusił z siebie ani słowa.
Postąpił krok w tył.

Falkner

  • Egida
  • ******
  • Wiadomości: 1197
  • Płeć: Mężczyzna
Rozdział dziewiąty, który trwa zaledwie kilka sekund

Malownicza wieś Scavertown, według danych starych kartografów, mieściła się niegdyś za Garnizonem Shaemoor. Jeszcze dziesięć lat temu pełniła funkcję ważnego przystanku handlowego, będącego przedsionkiem Divinity's Reach. Zatrzymywali się tutaj kupcy zwyczajni: rolnicy sprzedający plony swoich ziem, rzemieślnicy, obwoźni handlarze błyskotkami i rzeczami z krain odległych. Najemnicy sprzedawali tu swoje usługi: ochrona mienia lub osoby, tropienie przestępców lub proste prace "przenieś ciężką rzecz z miejsca A do miejsca B".
Prosto rzecz ujmując, Scavertown było strategicznie położoną osadą pełną życia. Jego czas świetności już dawno przeminął - po dzień dzisiejszy zachował się jedynie nieczynny młyn, w którym teraz zadomowiły się skritty. Wszystko to za sprawą ciągłych najazdów plemion centaurów, które z roku na rok coraz bardziej nadszarpywały barykady miasta i wiarygodność chroniących ich Seraph.

- Jesteś już gotowy synku? Spóźnimy się na otwarcie festynu!
- Już idę mamo!
- Czekam na dole! Tatuś już wyszedł, bo otwiera ceremonię.
- Idę!

Festyn w Scavertown odbywał się dwa razy do roku: zaraz po obsianiu pól i dokładnie siedem dni po zebraniu ostatnich plonów. Dzisiaj dożynki celebrowano podwójnie - w zeszłym roku plany zrealizowania festiwalu pokrzyżowała pogoda, przez co okoliczna rzeka wezbrała i zalała ponad połowę pól uprawnych. Na szczęście po zbiorach. Pieniądze, jakie zachowały się w kasie okolicznego lorda, sprawującego pieczę nad Scavertown pozwoliły uczynić dożynki podwójnie atrakcyjnymi: do osady zjechali się ludzcy muzykanci, norscy bardowie a także orkiestra sylvari, wykonująca swe utwory na instrumentach roślinnych. A gdyby tego było jeszcze mało, do miasta zjechał najprawdziwszy w świecie cyrk! Połykacze ognia, potężni siłacze, gibcy akrobaci, tresowane, egzotyczne zwierzęta no i przede wszystkim dowcipni klauni.
Lord Michael von Chrapke, włodarz Scavertown od rana miał ręce pełne roboty: ćwiartkę obowiązków przejął starosta osady, lecz to na twarz i ręce suwerena patrzono z największą uwagą. Festyn wszedł tak bardzo w krew pokoleniom wioski, że przepuszczenie go rok temu wymagało od tegorocznych dożynek należytych przygotowań.
Lordowi w przygotowaniach pomagał również jego starszy syn, Giovanni, liczący sobie siedemnaście wiosen. Jego zadanie było proste: stanowić oczy i uszy ojca tam, gdzie akurat go nie ma. Nadzorował więc stawianie cyrkowego namiotu, wyznaczał obwoźnym handlarzom miejsca na rozstawienie swoich kramów, wskazywał gdzie sprzedawcy smakołyków mają zająć swoje miejsca. Wszystko to zgodnie z wytycznymi.

- Mamo, ale oni ładnie grają!
- Czyż nie? Jak dorośniesz, może też zostaniesz muzykiem?


Lady Carola von Chrapke zatrzymała się wraz z najmłodszym synem przy podeście, gdzie sylvari grali właśnie jeden ze swoich utworów - tytuł wiązał się z Kwiatami. Zaledwie pięcioletni Rafael wtopił oczy w uroczą kobietę, która z gracją pociągała za struny roślinnej harfy. Obdarzyła go czułym uśmiechem, a on spalił rumieńca.
- Mamo - rzekł cicho - zostańmy jeszcze chwilę. Chcę słuchać.
Matrona rodu uśmiechnęła się i została. Powodem, dlaczego chciała iść dalej było jak najszybsze znalezienie męża, zanim mieszkańcy osady skupią się wokół niej jak stado much. Nie znosiła natręctwa i zagadywania. Ku jej nieszczęściu, wystarczyła chwila by okoliczne baby zeszły się i zaczęły komplementować jej suknię, jedwabne rękawiczki, cudownie spleciony warkocz. Przynajmniej muzykantom przybyło sztucznej publiki.

Największe atrakcje czekały jednak w cyrku. Po akrobacjach, dowcipach, połykaniu ognia i prezentacji egzotycznych zwierząt na podest wjechała maszyna o bliżej niepojętym dla prostego człowieka kształcie.
- A teraz panie i panowie - podjął wodzirej, zakręciwszy laseczką i wskazując na ustrojstwo - Przed wami nasz najnowszy nabytek: Cyrko-o-maton!
Publika z dużym dystansem spojrzała na maszynę. Rafael powiercił się w fotelu.
- Czy zechcieliby państwo poczuć zapach świeżych bzów o tej porze roku? Nie możliwe? Z nami tak!
Wodzirej pyknął laseczką w jeden z guzików na przedniej konsoli stalowej maszyny, a ta zaraz otworzyła sześć tub umieszczonych po bokach. Zatrzepotała, a gęsta mgiełka wystrzeliła z każdego wydechu, roznosząc się po pomieszczeniu. Wodzirej cierpliwie czekał na efekt - po minucie ludzie zaczęli szeptać do siebie, ktoś z tyłu krzyknął: "Nie do wiary!", ktoś zaklaskał, po czym dołączyli do niego kolejni. Cyrkowy namiot faktycznie zaczął pachnieć świeżo ściętym bzem.
- Drodzy państwo, a czy komuś przyszło do głowy, że to może być ogromny piec?
Wodzirej laseczką uderzył w przełącznik a tuby zamknęły się na parę sekund i otworzyły ponownie, plując ogniem i iskrami. Niektórzy aż wrzasnęli, gdyż efekt został spotęgowany groźnymi uderzeniami w bęben. Znów podniosły się oklaski.
- Myślę, że to odpowiednia pora aby się przebrać. Nie sądzą państwo? Szafeczko, szafeczko, otwórz się!
Wodzirej pociągnął za dźwignię i wszedł do komory stalowej maszyny. Zasłona zasunęła się i zniknął tylko po to, aby za trzydzieści sekund wyjść w nowym odzieniu.
- Pachnie, piecze, przebiera. Co potrafi jeszcze nasza maszyna? Sprawdźmy!
Mistrz ceremonii podszedł do konsoli i nacisnął trzy przyciski. Uniósł laseczkę wysoko w górę, zakręcił i odwrócił się na pięcie do publiczności. W tym momencie podniosła się obszerna klapa u frontu maszyny, a z niej wyleciały... skritty obwiązane balonami. Wzniosły się w górę, ubrane w kolorowe, cyrkowe stroje. Machając publiczności, co parę sekund szpilkami przebijały jeden z baloników, stopniowo opadając na ziemię i lądując. Ukłoniły się uroczyście i pobiegły za scenę.
- Mamo, ale to jest fajne! Jak będę duży to chcę tak latać!
- Mój drogi, a nie chciałeś zostać muzykiem jeszcze do niedawna?
- ... to zostanę muzykiem i cyrkowcem i będę latał i robił sztuczki!
Szkółka, która mieściła się przy świątyni w Scavertown kształciła dzieci, które ukończyły dziesięć lat. To było jedno z osiągnięć, którym Lord von Chrapke chwalił się na każdym balu. Nie każdy z suwerenów poza Divinity's Reach gwarantował swoim chłopom dostęp do edukacji w tak wczesnym wieku, jeżeli w ogóle.
Rafael, teraz młodzieniec w wieku 15 lat był najbardziej prominentnym matematykiem w całej wsi. Niestety, nie miało to praktycznego zastosowania, gdyż na polach potrzebna była siła rąk a nie umysłu. Jednak dzieciom lorda nigdy nie pisane było pracować przy orce lub z kosą w ręku. Lord zrezygnował z prywatnych nauczycieli twierdząc, że synowie pewnego dnia przejmą wieś na własność i lepiej dla nich, jeśli będą znali każdego chłopa z imienia i wspólnej historii.
Rafaelowi jednakże trudno było się odnaleźć wśród innych dzieci. Jego starszy brat za czasów szkolnych to była zupełnie inna bajka: zaradny, przywódczy, herszt wszystkich urwisów. Młodszy wolał spędzać czas w domu, rozwiązując skomplikowane równania i czytając książki. Uważał, że matematyka otwiera drzwi kolejnym dziedzinom nauki: medycynie, biologii, alchemii lub inżynierii.
Prawda była taka, że Rafaelowi od tego pamiętnego festynu w głowie zrodziło się marzenie: stworzyć coś wybitnego, na miarę Cyrk-o-matrona. Uwielbiał też muzykę więc pragnął dodać dwa do dwóch i zbudować swoją własną, muzyczną maszynę. Taką, która będzie grała przy pomocy norskich rogów, roślinnych harf sylvari, popielczymi bębnami, skrzypcami, puzonem... można wymieniać w nieskończoność.
Naturalnie marzenia najmłodszego z rodu wzbudziły pewną niechęć ojca który uważał, że z takim talentem powinien specjalizować się w rachunkowości i pewnego dnia wspierać brata w rządzeniu osadą. Brat Giovanni naśmiewał się z dziecinnych marzeń krewnego, zaś Carola, matka, popychała syna ku jego marzeniom.
Czas jednak nieubłaganie szedł do przodu. Zjednoczone plemiona centaurów z dnia na dzień najeżdżały wioski i Scavertown nie było wyjątkiem. Przez lata wytrwałość Seraph i najemnych ostrzy zatrudnianych przez Lorda była poddawana próbie, w rezultacie czego skarbiec wsi zaczął się kurczyć i nie starczało na naprawy umocnień. Gdy Rafael skończył dwadzieścia lat, cała rodzina zmuszona była uciekać do Divinity's Reach, gdyż Garnizon w Shaemoor nie miał środków by wysłać więcej wsparcia. Scavertown upadło.

Rodzina von Chrapke schronienie znalazła w stolicy, wykupując dla siebie niewielką kamienicę. Talenty lorda przydały się w Ministerstwie, gdzie służył najpierw jako urzędnik wyższego szczebla, a później został ambasadorem Kryty w Lwich Wrotach. Lady Carola nie posiadała licznych talentów jako żona lorda, dlatego większość czasu spędzała w domu. Giovanni dzięki koneksjom ojca zdołał objąć stanowisko kierownicze w ministerialnych archiwach. Rafael z kolei był za młody, by podjąć poważną pracę na odpowiedzialnym stanowisku, a sam zwykł mawiać: "Życie jako zwykły gryzipiórek nie było mi pisane przez bogów".
Pierwszy Sezon spędził więc na poznawaniu stolicy, odwiedzaniu cichych lokali, gdzie najmował największy stół i kreślił na nim rzuty przeróżnych maszyn. Niektóre były nierealne do wykonania (jak na tamte czasy), inne zaś były wtórnikiem tego, co już kiedyś wymyślono. Szczególnie w gust wpadły mu trebusze, które nie raz oglądał w Garnizonie Shaemoor (gdzie wraz z ojcem często się udawał swego czasu).
Siedząc kolejny dzień w nowym lokalu, jego talent został w końcu zauważony! Przeciętnie odziany jegomość ze śmieszną aparycją dowcipnisia i delikatnym wąsikiem nad ustami zainteresował się jego szkicami. Po dwóch dniach intensywnych debat na temat materiałów i konstrukcji, zdecydował się zwerbować Rafaela do swojego warsztatu jako ucznia. Tak właśnie najmłodszy von Chrapke poznał czołowego inżyniera Divinity's Reach, Uzolana.

Talent Rafaela kwitł pod czujnym okiem nowego nauczyciela, opłacanego przez Ministra-Legata Caudecusa Beetlestone, zwanego wtenczas Mądrym. Szybko przestał projektować głupoty i nauczył się tworzyć bardziej praktyczne rzeczy: gadżety, broń, modyfikacje pancerzy, mechaniczne ręki i nogi napędzane zębatkami, które w przyszłości miały być czołową myślą technologiczną ludzi.
Prawdziwym odkryciem i jednocześnie rozczarowaniem był projekt poboczny Uzolana: mechaniczna orkiestra, która po dziś dzień stoi we Wschodniej Dzielnicy. Maszyna jego marzeń już została przez kogoś wynaleziona...
Przełom nastąpił w 1325 roku, gdy Uzolan został posądzony o zdradę stanu, porwanie królowej podczas rozmów pokojowych między popielcami a ludźmi na terenie rezydencji Ministra Caudecusa.  Zagrożony Rafael próbował jak najprędzej urwać swoje koneksje ze zdrajcą, niemniej Seraph zdążyli w toku swojego śledztwa dotrzeć i do niego. Wtedy okazało się, że te zmyślne gadżety wpadały w ręce bandziorów i czarnych charakterów będących na usługach Uzolana, uwikłanych w porwanie Królowej. Formalna interwencja ojca zdjęła z Rafaela większość zarzutów o współudział w spisku przeciwko głowie państwa (bo przecież nie miał pojęcia, że to co tworzy posłuży jako broń przeciwko Królowej!).
Przed Rafaelem otwarła się nowa droga, bowiem teraz mechaniczna orkiestra nie miała już właściciela. Prędko przedstawił swoją kandydaturę do roli głównego konserwatora obiektu, który stał się podstawą dla jego nowej, autorskiej mechanicznej orkiestry. Z czasem, gdy sprawa przycichła, dał się poznać wśród wyższych sfer jako znakomity konstruktor i wreszcie mógł pozwolić sobie na niezależność. Zaczął żyć na własną rękę, projektując i sprzedając swoje produkty, co pozwoliło mu na realizację marzenia. Pierwszy prototyp został nawet zaakceptowany przez Wielką Operę w Divinity's Reach, choć ciągle brakowało mu wiele do ideału.
Rafael wiedział, że nie może konkurować z żywą orkiestrą, a przynajmniej nie teraz. Soliści i pozostali muzycy często żartowali sobie z pracy von Chrapkego, na biurko dyrektora Opery wpłynęły aż trzy wnioski o jej usunięcie. Czwarty właśnie był sporządzany. Swoje szanse Rafael oceniał marnie.

Punkt zwrotny tej historii miał miejsce kilka dni temu, gdy jeden z bębniarzy Opery otwarcie wyraził swoje niezadowolenie w nadzwyczaj nieprzyjemny sposób. Obelgi, szarpanie, plucie pod buty - tego było już za wiele. Gdy zrażony artysta imieniem Benny Gilboar ośmielił się zniszczyć jeden z pięciu bębnów maszyny, Rafael dobył noszonej przy boku szabli.
- I co, zabijesz mnie dla tej swojej durnej maszyny? Nie boję się ciebie, von Chrapke.
Gdy Benny podszedł do drugiego bębna, Rafael z iskrami w oczach rzucił się przed muzykanta i ciął go szablą przez pierś. Artysta spojrzał po sobie, potem na napastnika i puścił się w bieg. Kierował się za kulisy, skąd tylnim wejściem można było uciec z Opery. Nie mogąc sobie pozwolić na utratę autorytetu, Rafael wydobył zza płaszcza krótki, sześciostrzałowy rewolwer i wystrzelił trzy razy w plecy uciekającego.
- Co ja zrobiłem... co ja zrobiłem... miłosierna Dwayno, co ja zrobiłem...
Był późny wieczór, zatem wyniesienie martwego Bennego z Opery było łatwiejsze, niż uczynienie tego za dnia. Owinął ciało w dwie warstwy płóciennych płacht i zostawił opodal Opery, w opuszczonej kamienicy.

Ciało odnaleziono następnego dnia, o czym pisano w gazetach. Rafael spędził trzy dni na ciężkich moralnych rozterkach: oddać się władzy, czy trzymać gębę na kłódkę? W jaki sposób odpokutować?
Trafił na drogę, z której nie było odwrotu.
Nie pomógł również fakt, że czwarte zażalenie na mechaniczną orkiestrę von Chrapkego znalazło się na biurku dyrektora. W szczerej rozmowie Rafael usłyszał, że prawdopodobnie będzie musiał zlikwidować maszynę w ciągu jednego Sezonu. To przelało czarę goryczy i było silnym ciosem w marzenia konstruktora. Na tyle silnym, że uderzenie zepchnęło go na jedyną drogę, jaka teraz wydawała mu się słuszna: Jeśli nie będzie wykonawców, Opera nie będzie mogła działać a to kupi mu czas na doprecyzowanie jego orkiestry.

Drugi wykonawca grający na puzonie został zamordowany trzy dni później, precyzyjnym strzałem w serce. Henry Board był wtedy w zamtuzie. Rafael czekał cierpliwie, aż drugi z najbardziej szczekliwych artystów opuści przybytek i będzie wracać do domu. Wyposażył się w swoje sprężynowe buty, cylinder który po złożeniu nadaje się do rzutu a uderzenie stalowego rantu wytrąca z równowagi nawet najtęższe łby, pistolet z tłumikiem, szablę i ostrze umieszczone na nadgarstku, wysuwane mechanicznie.
Henry był wymęczony i pijany, dlatego chodził od ściany do ściany w wąskiej uliczce. Gdy zatrzymał się za trywialną potrzebą oddania moczu przy jednym ze śmietników, Rafael podszedł, zaczekał aż ofiara zapnie spodnie i chwycił go za bark. Odwrócił do siebie i pchnął na ścianę, a do serca przystawił pistolet. Henry był tak pijany, że bełkotał coś o jakichś pieniądzach. Zza maski, którą Rafael nosił na twarzy nie widać było jego oblicza, lecz po jego ciele przebiegły dreszcze. Palec na spuście drgał w wahaniu: "Czy to jest najlepsze rozwiązanie?".
W tamtejszym mniemaniu Rafaela, tak. Pociągnął za spust.

Zabójstwo Rosalindy Perez przyszło mu znacznie łatwiej. Sumienie uspokoiło się, kojone poczuciem, że każdy kolejny zabity muzykant przybliża go do realizacji swojego celu.
Zaproszenie na bal przypieczętowało los urodziwej harfistki. W trakcie, gdy większość z gości porozchodziła się po salonach i ogrodzie, wybrał się z Rosalindą na spacer między przepięknymi grządkami i rzeźbami znajdującymi się na terenie posiadłości Barona.  Szczerze rozmawiali o muzyce i sztuce ogólnie. W pewnym momencie kobieta wyznała, że z niecierpliwością czeka na dzień, kiedy mechaniczna orkiestra Rafaela w końcu stanie się wiernym odwzorowaniem prawdziwej orkiestry. A nawet lepszym jej wariantem!
Ukłuło to w serce von Chrapkego na tyle mocno, że zdjął cylinder i złapał się za głowę.
- Co ja robię... co ja robię...
- Rafaelu? Dobrze się czujesz? Obiad był nie taki, czy może...
Podobnie jak z Henrym, Rafael złapał Rosalindę za bark, i wyszarpnął pistolet. Im więcej jadowitych słów z jej ust wypływało, tym bardziej był rozzłoszczony. Przytknął zimną lufę tłumika do jej serca i przymknął oczy, naciskając na spust.
Ucieczka była łatwizną.

Rafael sądził, że cel uświęca środki, lecz sumienie gryzło go mocniej, niż szczęki niebezpiecznego, egzotycznego zwierza jakich widział tuzin w cyrku gdy był mały. Z każdym dniem było coraz gorzej aż do momentu, gdy marzenia przerodziły się w obsesję. Kolejną ofiarą miała być Julianna, jedna z solistek. Na miejsce zabójstwa wybrał jej garderobę w "Kryształowej" - klubie dla dżentelmenów, w którym śpiewała. Nie spodziewał się jednak zastać w niej obcej osoby - człowieka o nienagannej posturze i czarnych włosach zaczesanych na bok ze zwisającą grzywką.
Strzał oddał niecelny. Nie mógł zabić na czyichś oczach. Zrażony niepowodzeniem, zaczął uciekać.
Obcy podjął pościg. W końcu buty na sprężynach zdały swój egzamin, gdy przeskoczył nad wysokim murkiem. To jednak nie pomogło, goniący go potrafił czarować i wdrapał się na sam szczyt muru jakimś zaklęciem!
Drugi z gadżetów, cylinder ze stalowym rantem okazał się bardziej pomocny. Głupiec myślał, że zdoła go złapać.
Tej samej nocy udał się do dyrektora Opery, poczciwego starca który groził likwidacją jego maszyny. Że też na to nie wpadł wcześniej: zabicie głowy instytucji upośledzi ją na tyle, że nie wydadzą żadnego koncertu w najbliższym czasie! Remont zostanie zatrzymany, jeśli nikt nie będzie trzymał nad nim pieczę. Skoro nie udało mu się dorwać Julianny... zabił dyrektora.

Gdy już sądził, że wszyscy, którzy mogli zagrozić jego pracy nad orkiestrą nie stanowią problemu, po mieście rozniosło się ogłoszenie. Wielka Opera wystawia przedstawienie połączone z koncertem.
Jakaż była jego złość. Jaki wielki był dół, w który wpadł. Jakaż to była okazja niepowtarzalna, aby upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Nie, uczynić wielkie ognisko, które pochłonie wszystkich tych przeklętych muzykantów.
Plan wymagał jednak najwyższego poświęcenia: mechanicznej orkiestry. Rafael postanowił, że zbuduje nową, to nie największy z problemów z jakimi się obecnie boryka. Orkiestry nikt nie może przesunąć na czas przedstawienia, a wykonawcy będą stać bezpośrednio przed nią. Zdecydował się więc, że wysadzi ją w trakcie przedstawienia.
Czy ludzie pomyślą, że jego twór jest jeszcze bardziej beznadziejny, bo eksplodował? Nie, z pewnością nie. Przecież jego "oficjalnie" na przedstawieniu nie będzie. Znawcy zbadają maszynę i odnajdą w niej ślady po ładunkach wybuchowych - trudno, wyprze się ich argumentem: "A po cóż miałbym zaminować mój własny twór? To orkiestra, do diaska, nie bomba!".

Poczynił staranne przygotowania, plan powtarzał dwa dni, przygotował ładunki. Jedyne czego nie przewidział, to fakt, że to pułapka.

***


Powiadają, że przed śmiercią człowiek widzi przed sobą całe swoje życie, przewijające się nagłym ciągiem. Spadając w dół z rusztowania, Rafael nie doświadczył tego uczucia. Sprawiedliwość Grentha w końcu go dosięgnęła.
Mechaniczna orkiestra - prawdopodobnie ją zdemontują i uznają za śmieć. Projekt jego marzeń, skalany przez jego nazwisko które na wieki kojarzyć się będzie z jednym słowem - morderca.
Sumienie ugryzło go ostatni raz. Na zadośćuczynienie było za późno. Nikt nie przywróci Bennemu, Henremu, Rosalindzie i dyrektorowi życia. Człowiek, przed którym uciekał ulicami Divnity's Reach w końcu go dopadł. Śledczy? Seraph? Ministerialny? Pal licho... niech go Mgły pochło-

Publika wrzasnęła, gdy nagle nieznana postać zleciała z rusztowania i nabiła się na łabędzia. Stalowa konstrukcja utrzymująca go w pionie, formująca się w ostry trójkąt przy dziobie przeszyła Rafaela na wylot, oblewając krwią przepiękną imitację ptaka.

Falkner

  • Egida
  • ******
  • Wiadomości: 1197
  • Płeć: Mężczyzna
Rozdział dziesiąty, w którym detektyw ubolewa.


Nagłówki gazet eksplodowały, przebijając się jaskrawością słów opisujących ostatni wieczór w Wielkiej Operze. Nawet ulubione pismo detektywa Nightingale wywołało w nim odruch wymiotny. Może to nie z powodu żurnalistyki, a wynikało to z faktu bycia naocznym świadkiem tragicznego upadku Rafaela von Chrapke? Może to dlatego, że to on był temu winien?
Gdyby nie odkrycie przydrożnej budki która połączona była z kanałami, pełniącej roli jako tymczasowa kryjówka dla podejrzanego, prawdopodobnie śledztwo toczyłoby się dalej. Tegoż wieczoru Samuel Parker odnalazł, dzięki informacji od zatroskanych i wzorowych obywateli, miejsce gdzie von Chrapke przebywał przez ostatnie kilka dni. Co więcej, przyłapanie go na gorącym uczynku wystarczyłoby, aby trafił za kratki.
Ale nie trafił.

Edgar z roztargnieniem zamknął gazetę i rzucił na stolik, przykrywając tym samym filiżankę z kawą. Spojrzał na swój kieszonkowy zegarek, który po kliknięciu pokrętła otwierał klapkę chroniącą tarczę zegara. Była pierwsza. Padało okropnie. Folwarczna służka od samego ranka próbowała w jakiś sposób rozweselić panicza, niemniej jego oblicze pozostawało kamienne. Tak samo, jak pełne od zgorzknienia serce.
Powinien go złapać. Zamiast tego, pokutę za swoje grzechy odbędzie u Grentha. Sprawiedliwość, za życia lub po śmierci zostanie wymierzona. Ale to nie uspakajało sumienia detektywa. Pokuta winna odbyć się za życia.

Za kwadrans trzecia Enrique Perez i Edgar Nightingale uścisnęli sobie dłonie. Stary baron wręczył młodemu detektywowi czek na pokaźną sumę w podzięce za odkrycie tożsamości mordercy jego córki. Tutaj głos sumienia się nie odezwał: żywy czy martwy, swoje Edgar wykonał. Uważał w głębi duszy, że powinien jeszcze dostać bonus od Seraph za to, że przydzielono mu do pracy Parkera, lecz te złośliwe myśli rozpierzchły się jak poranna mgła. 
- Panie... - Lucian krząknął, goniąc za detektywem po schodach - Edgarze, proszę poczekać!
Obecnie jedyny spadkobierca fortuny barona niemalże ześlizgnął się ze stopnia.
- Możemy jeszcze zamienić parę słów? Odprowadzę pana.
- Naturalnie - odparł Edgar, ubierając na głowę cylinder.
Przestało padać, lecz pogoda dalej była zgnuśniała. Uroczy ogród przy posiadłości Perezów: zadbane trawniki, żywopłoty, wypolerowane rzeźby, wszystko to straciło swój urok, gdy niebo na moment wstrzymało się od płaczu.
Na początku szli cicho, detektyw wpatrywał się w posadzkę po której stąpał.
- Dziękuję raz jeszcze za... za wszystko -wydusił z siebie Lucian Perez, próbując jakkolwiek podjąć rozmowę.
- Nie ma sprawy.
- Nie widzę, aby był pan zadowolony. Mogę spytać, dlaczego?
Edgar przystanął na moment. Najchętniej usiadłby teraz i zapalił fajkę, lecz czas nie był po jego stronie.
- Bo nie przyniosło mi to żadnego ukojenia. Co innego, gdyby morderca stanął przed sądem.
- Teraz będzie postawiony przed sądem Boga Chłodu - odparł Lucian.
- Być może tak, być może nie. Nie zmienia to faktu, że nie dowiemy się jaki w tej sprawie zapadnie werdykt.
- To trochę jak bluźnierstwo. Sąd Grentha jest... najbardziej sprawiedliwy.
- Być może - odparł machinalnie Edgar. Wziął głęboki wdech i równie głęboko odetchnął. Spojrzał w oblicze jeszcze naiwnego Luciana - Sądziłem, że skłonię go do poddania się. Zamiast odpowiedzieć za swoje czyny, wybrał śmierć. Jeśli to co mówisz faktycznie zdarzy się, to nie powinienem się smucić. A jednak moje serce ubolewa.
- Zabił moją siostrę, zabił kilka innych osób. Czy sam nie zostałby powieszony, za tyle zbrodni?
- Najpewniej tak. Ale teraz sąd nie wyda wyroku, a kat nie uczyni swojej powinności. Zamiast tego, von Chrapke dokonał samosądu... na sobie. Tak być nie powinno. Po to stanowimy prawo, mój drogi Lucianie, abyśmy mogli według niego karać tych, którzy dopuszczają się przestępstw. Bez prawa jesteśmy niczym innym, jak centaury które od tylu lat najeżdżają nasze wioski. Zapytasz: po co nam będzie prawo, jeśli po śmierci i tak będzie sąd u Grentha?
- Nie wątpię w potrzebę istnienia prawa... - wtrącił się Lucian.
- Tak, ale czy podążasz za moją myślą? Nie jestem łowcą nagród, by być zainteresowanym tylko głową zbója. Jestem detektywem - szukam, zadaję pytania, rozwiązuję zagadkę która ma mnie doprowadzić do prawdy, a ta ostatecznie posłuży jako narzędzie do wykucia przez prawo wyroku. Znamy prawdę, lecz von Chrapke sam się ukarał. Nie sądzę, że to dobrze. Uważam wręcz, że to bardzo źle: odebranie prawu mocy wydania werdyktu jest obrazą dla każdego kto je tworzył i według niego żyje.
- Czyli jest panu przykro, że von Chrapke się zabił, czy nie stanął przed sądem?
- I jedno i drugie. Nie żal mi mordercy, ale sprawiedliwość jest wymierzona prawidłowo tylko wtedy, gdy trzyma się prawa. A tego, mój drogi Lucianie, w tej sprawie nie uświadczyliśmy.

Trzydzieści minut po trzeciej, Edgar pchnął drzwi narożnej kawiarenki mieszczącej się na styku ulic Borowej i Ziemnej. Rozpłaszczył się, cylinder zostawił w specjalnie przygotowanych dla gości pudełkach na kapelusze.
Z daleka zobaczył machnięcie ręki, to też podszedł do stolika przy którym siedział Samuel Parker. Po kilku minutach obydwoje pili kawę - Edgar drugą, Samuel piątą.
- Nie mam niestety nic na dzisiaj, panie sierżancie - podjął Edgar niespiesznie.
- Po co przedłużać. Sprawa zakończona. Mam nadzieję, żeś się pan dobrze bawił w swojej roli.
- Zapewniam, że żadne morderstwo nie jest zabawą, nawet od strony detektywa - skłamał.
- Mhmm - mruknął Seraph i upił łyka kawy - Jakaś nowa sprawa znów na oku?
- Na razie nie. A pan? Co dalej?
- Poprosiłem o przeniesienie pod Harathi. Nie mogę zdzierżyć tego miasta. Zatęchłe śmiercią, mordercami, żebrakami, istny kocioł najgorszych i najlepszych, który w rezultacie daje paskudną mieszaninę.
- Będzie pan szukać ukojenia w wojnie? Muszę pana ostrzec, takie zamknięcie sie na uczucia...
- Skończ pan - wtrącił się Samuel.
Edgar pokręcił głową. Napił się kawy i rzekł, może po raz pierwszy do sierżanta z pełną powagą i współczuciem:
- Proszę wybaczyć. Sam niezbyt dobrze radzę sobie z tym, jak się to wszystko potoczyło. Proszę jednak się nie załamywać. W końcu pamięć i miłość do Rosalindy żyje tak długo, póki bije pańskie serce.

KONIEC