Autor Wątek: Kroniki Wojenne  (Przeczytany 2478 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Falkner

  • Egida
  • ******
  • Wiadomości: 1085
  • Płeć: Mężczyzna
Przejazd

Gdy tylko przejechali przez Płomienną Cytadelę, wolno było otworzyć włazy. Oczywiście nie dotyczyło to Falknera, jako że dowódcy przysługują specjalne przywileje. Zresztą zagrożenie w tym regionie zostało zażegnane, zaś jego zabezpieczeniem zajmują się osobne oddziały.
Centuria Rocktroopera, jak i wszelkie pozostałe bataliony sił powietrznych i zmechanizowanych stały się przysłowiowym gwoździem do trumny, która jest metaforą porażki Płomiennego Legionu. O ile piechociarzom udało się sprawnie przedostać przez okopy wroga, nikt z wyższych szczebli hierarchii nie winszował im powodzenia w natarciu na trzy mocno ufortyfikowane twierdze. Naturalnie, gdyby wsparcie pojazdów pojawiło się wcześniej, zaoszczędzono by wiele czasu i strat w żołnierzach, ale...
Problem leżał w kwestii logistyki. Po pierwsze, Banda Węgla, jak i cała centuria Rocktroopera nie były gotowe do przerzucenia na północno-wschodni kraniec Askalonu. Jednej rzeczy nie można było Płomiennym odmówić - wykonali świetny manewr dywersyjny, prowokując rzucenie większości sił do obrony wschodniej granicy. Trybun Smolderpaw nie przewidywał utrzymania pozycji w Askalonie, zaś swym żołnierzom wmawiał, że zajętego terenu bronić muszą do ostatniej kropli krwi. To, w połączeniu z dużą dozą fanatyzmu sprawiło, że starczyło czasu aby przygotować najazd na Płomienną Cytadelę celem jej odbicia. Wszyscy ci, którzy cofali się ze wschodniej granicy byli przenoszeni z pomocą zaklęć i rytuałów pod bramę twierdzy, utraconej ojcowizny Płomiennego Legionu.
Wszystko było zaplanowane idealnie, poza jednym - Trybun nie wziął pod uwagę przewrotności losu. A może był to ten sam fanatyzm, tylko że po stronie nieprzyjaciela? W końcu popielcy, czy w czarnych mundurach, czerwonych, niebieskich czy pomarańczowych wszyscy są tą samą rasą, wywodzącą się z tych samych korzeni.
Natarcie zostało zatrzymane, a Żelazny Legion zdołał umocnić swoje pozycje w oczekiwaniu na przybycie wsparcia. Zamiast atakować, Płomienni uczynili to samo, licząc na wykończenie przeciwnika nieznośnymi warunkami, powtarzającym się bombardowaniem i sabotażem. Ale wróg miał to samo w zanadrzu: również przecinał niebo ogromnymi pociskami, wysyłał swoich żołnierzy do walki za liniami wroga, choć nie mógł wywierać presji środowiska. Wszak na tej jałowej ziemi, wśród buchających magmowych gejzerów Płomienni dorastali.
Przetrzepana Centuria Rocktroopera nie miała nawet czasu uzupełnić braków w załodze. Tym sposobem, banda Rock, Węgla, Fellow i Torch miały błyskawicznie przedostać się na drugi koniec Askalonu. Najpierw jednak należało w pełni zabezpieczyć dany sektor, później zdobyć nowy czołg i asystentę kierowcy dla Węgli.
To wszystko trwało za długo. Nie licząc tego, że w trakcie drogi musieli wykonać kilka przystanków. Jazda blisko Piętna również nie była przyjemna, ale innej drogi nie było. Mimo tego, że smocze pomioty nie dysponowały środkami zdolnymi przebić pancerz czołgu, to co rusz napotykali na coraz to śmielsze patrole, większych przeciwników takich jak ogry, a nawet wyverny. Te ostatnie stwarzały realne zagrożenie dla załogi.
Tym samym Węgle zgarnęli Kła III-A z jednego z mijanych posterunków jak i nowego asystenta kierowcy. Barrik Węglomiot był świeżo upieczonym rekrutem, który przed sezonem opuścił fahrar. Jego banda zginęła na Piętnie, on jeden przeżył. Czy tchórzostwem można nazwać pozostawienie swoich by ostrzec garnizon przed nadciągającym atakiem? Trudno powiedzieć, zależy od poglądów. Niemniej, Barrik nie nadawał się ani na asystenta kierowcy, ani na żołnierza w ogóle. Zwyczajnie prześlizgnął się wraz z lepszą bandą przez fahrar, a prawdziwe życie zweryfikowało jego zdolności. Do tego stopnia, że postanowił uciec. Gdzie jest teraz? Nie wiadomo.


Selb uchylił właz i wyściubił swój łeb by rozejrzeć się wokół. Choć ziemia dalej pękała z uwagi na ciężar czołgu i suchość gleby, wszechobecny smród siarki i drażniący zapach dymu jakby się ulatniał. Po raz pierwszy od nie wiadomo ilu dni poczuł dozę świeżego powietrza, przebijającą się przez jego własny smród. Po chwili uchylił się właz Jarrina, który w celu rozprostowania kości wolał stać niż siedzieć, a na drogę patrzeć bezpośrednio swymi dziadkowymi oczami niż przez wąską szybkę wizjera.
- Ja pierdolę, wreszcie jest czym oddychać - rzucił Selb, podniecony zmianą krajobrazu.
Jarrin zaśmiał się:
- My, mój drogi wciągamy spaliny nałogowo. No i paliwo. Taka nasza robota.
- Ehe, a śpicie w czołgu, czy załodze pojazdu przysługuje normalny namiot?
- Zależy od warunków. Jak tu jechaliśmy, Torchwielderowi pieprznęła gąsienica na trasie. A że była noc, to musieliśmy rozbić obóz na szlaku. My to się jeszcze wyśpimy, Gedwa też, ale szef i Sarang?
- Dobrze, że zabrałeś swój kocyk w owieczki z rancza, Jarrin - wtrącił się Falkner, wyciągając cygaro.
- Masz kocyk w owieczki? - zarechotał Selb, spoglądając na Węglopyskiego.
- A mam. I to co o nim sądzisz możesz sobie wsadzić głęboko pod ogon. Z nim jest związana historia, mój drogi.
- Ta, ściskania w nocy bo już nie ma cyca mamy?
Falkner zaśmiał się, co z pewnością wpłynęło na fakt, że Jarrin nie chwycił za sąsiedni właz i nie przywalił nim Selbowi w łeb.
- Wygadany jesteś - odparł Jarrin, rechocząc nerwowo - I masz cięty język.
- Czy właśnie w ten sposób uciekłeś z fortu nieprzyjacielowi? - zapytał Falkner, wypuszczając paszczą kłąb dymu - Nawciskałeś im obelg i poczuli się tak urażeni, że wypuścili mistrza ciętej riposty?
- A żebyś kurna wiedział! Znaczy... a żeby szef wiedział.
- No, to jak to było?
Falkner skiepnął popiół i przystawił cygaro do pyska.
- Powiem, jak usłyszę historię kocyka.
- Dawaj, umowa stoi - rzekł Jarrin.
- No to tak: byłem w celi, chuj jeden wie ile dni. Był tam taki jeden klawisz, który dziennie musiał przyjść i się ze mnie nabijać. Myślę: "Ty chujku, poczekaj chwilę, aż siły mi wrócą". Ale przestali dawać jeść. Pomyślałem więc pewnego razu: "Raz kozie śmierć. Stawiam wszystko na jedną kartę". Więc zacząłem gnoja podburzać, wyzywać, rozumiecie... A temu puściły nerwy. Wlazł do środka - to ja się cofnąłem, szykuję się do skoku bo okazja była tylko jedna. Ten wchodzi do środka, a w jego łapsku pałka.
- Chciał cię zerżnąć? - spytał Jarrin, nie mogąc powstrzymać się od śmiechu.
Odgłosy rżenia słychać było także w czołgu. Selb położył uszy po sobie, milcząc. Dał reszcie się pośmiać, nawet sam lekko drgnął kącikami ust. Gdy już Jarrin otarł łzy śmiechu a Falkner złapał oddech, kontynuował:
- Taka do bicia, nie fiut. W każdym razie: podszedł, już miałem na niego skakać... a tu jeb. Padł na ziemię.
- Za mocno sobie zwalił i dostał zawału nim zdołał się do ciebie dobrać? - zapytał Jarrin, znów śmiejąc się głupio.
- Idź już kurwa, niesmaczny jesteś. Wracając - w forcie był agent Popielnych. To on mnie wyciągnął z tego miejsca, gdy zaczęło się natarcie. I tyle.
Przez chwilę trwała cisza. Nikomu nie przyszło do głowy się zaśmiać, ale żadnej innej reakcji też nie zdołali z siebie wykrzesać. W końcu Jarrin westchnął głęboko i rzekł:
- Piękna historia, i to z morałem.
- Jakim? - spytał Selb, odwracając głowę ku kierowcy.
- Popielni zawsze podpieprzą ci zwierzynę, na którą polujesz.
- Prawda - Falkner przytaknął, odwracając się na moment za siebie. Kolumna czołgów jechała prawie że równo.
- To teraz historia kocyka - rzekł Selb, szczerząc dwa przednie kły i kilka pozostałych dolnej szczęki.
- Szef w nim spał jak mieliśmy postój, to tyle.
- Jarrin... czy ty mnie masz za debila? - Selb spojrzał na kierowcę i teatralnie się oburzył.
- A nie, po prostu mówię prawdę.
- No, a skąd go masz?
- Pamiątka.
- Po czym?
- Dzieciach.
- Twoich?
- Nie.
- Czyich?
- Ludzkich.
- Miałeś ludzkie dziecko?
- Nie.
- To kurwa o co chodzi?
- O wojnę, Selb. O wojnę. Ebonhawke, mówi ci to coś?

Przez kolejne pół godziny jechali w ciszy. Falkner dopalił wolno swoje cygaro, Jarrin gapił się w drogę przed nimi, zaś Selb zszedł na dół by usiąść, lecz włazu nie zamykał. Spoglądał przez peryskop, podziwiając mijane pagórki i drzewa. Miło było znów zobaczyć zieleń, kwiaty czy uciekające sarny spłoszone rykiem kilku silników. Falkner po chwili zamknął swój właz i zasiadł na swoim stanowisku. Wyciągnął z plecaka notatnik, rysik i zaczął coś pisać. Selb spoglądał kątem oka na dowódcę, przekręciwszy się na siedzisku. Wyglądał tak, jakby pisał list, a może to był raport? Jego korespondencja, jego sprawy - pomyślał.
- Selb, co miałeś za bandę zanim cię przydzielili do nas? - nagle wypalił Sarang, przeciskając się obok ściany w otworach której umieszczone były pociski.
Falkner podniósł na moment wzrok znad notatnika, spojrzał to na Saranga, to na Selba. Teoretycznie to, czego dowiedział się z Rocktrooperem powinno dla dobra nowego żołnierza pozostać w tajemnicy.
Lecz z rodziną należy być szczerym. Nie wolno było dopuścić do tego, by któreś z "dzieci" miało specjalne względy u "ojca". Tym bardziej, że był to nowy nabytek. Stąd Falkner skinął lekko łbem Węglochwytowi, dając znać, żeby mówił.
Selb zaś chcąc ująć to w jak najmniej podejrzany sposób, odparł:
- Banda centuriona Jadogrzmota. Wyobraź sobie, jaki mnie kurwa zaszczyt kopnął - pociągnął głośno nosem, szykując w ustach soczyste splunięcie lecz w porę się opamiętał - Poginęli wszyscy nim zdążyłem do nich wrócić. Ledwie się zdążyłem obrócić, a przydzielili mnie do was.
- To można powiedzieć, że dostałeś nieoficjalną degradację - odparła Gedwa, wychylając się zza działa by spojrzeć na świeżego.
- Chyba raczej awans - odparł naprędce, po czym tego pożałował. Trzeba było rżnąć głupa.
- Już nam tak nie pochlebiaj - odparła Gedwa, zaśmiawszy się krótko.
Sarang jednak nie był rozbawiony, a jego uważne spojrzenie spoczęło na Selbie. Chwilę go tak świdrował wzrokiem, na co drugi spytał:
- Co?
Jako odpowiedź dostał tylko przeczący gest łba. Węglorębacz następnie podniósł łeb i spojrzał na dowódcę:
- Daleko jeszcze?
- Nie wiem, spytaj się Jarrina, to on prowadzi.
- Jarrin, daleko jeszcze?
- Ja tu tylko jadę w kolumnie, nie wiem. Spytaj szefa.
- Kurwa... - odparł Sarang, uderzając pięścią w łapę.
- Nocujemy w Cowlfang, większy posterunek na drodze do Fireheart. Tam ponoć Rocktrooper ma dostać nowe czołgi i dodatkowe wyposażenie, więc bierzcie fanty jak dają.
- A daleko tam jeszcze? - z uporem maniaka Węglorębacz dopytywał, na co Gedwa parsknęła jedynie.:
- Weź mapę i sprawdź.
- A pieprzcie się - odparł i siadł w kącie.
Selb odetchnął i przekręcił się na siedzisku, sięgając łapą do metalowej szufladki. Otworzywszy ją, zaczął grzebać w papierach w poszukiwaniu mapy. Sarang natychmiast podniósł się i przeciskając się do Selba, warczał i stękał z uwagi na ograniczoną przestrzeń w czołgu.
- Hmm... Jeszcze daleko. Mamy kawał drogi, lepiej się prześpij Sarang.
Węglorębacz sapnął jedynie i wycofał się na swoje stanowisko, siadając w kącie. Falkner w tym czasie skończył pisać i, wyrwawszy stronę z notatnika, wsadził z powrotem między strony i schował do plecaka. Chwycił następnie nadajnik, w jaki wyposażony był każdy czołg.
- Centurionie, tu Węgloróg. Kiedy jakiś postój na szczanie?
Chwilę trwało, nim metaliczny głos centuriona odparł:
- Wystaw kuśkę przez właz i lej w drodze.
- A CO Z DWÓJKĄ? - wykrzyknął Sarang tak, by centurion mógł dosłyszeć.
- Masz dwa wyjścia, żołnierzu. Albo otwierasz właz w podłodze i walisz w drodze, albo czekasz do postoju. Jesteśmy wciąż w strefie wysokiego zagrożenia.
- A ILE TO JESZCZE ZAJMIE?
Tyrron Rocktrooper głośno sapnął przez nadajnik:
- Jak będzie, to będzie.
- Widzisz Sarang - rzekł Falkner, odkładając nadajnik na miejsce - Musisz czekać, jak wszyscy.

Droga faktycznie się dłużyła, zaś warunki w czołgu wcale nie należały do najwygodniejszych. Stalowe siedziska uciskały tyłek po kilku godzinach jazdy a świeże powietrze mogło wpaść jedynie przez otwarte włazy. Należy uwzględnić jeszcze fakt, że żaden z Węgli nie miał czasu porządnie się wymyć przed ruszeniem w drogę, stąd wszyscy pokładali nadzieję, że w Cowlfang będą mogli odetchnąć.
Słońce chyliło się już ku zachodowi, gdy kolumna czołgów Centuriona Rocktroopera ponownie ruszyła po spontanicznie zaplanowanym postoju. Zatrzymali się w Sati Passage, jednym z ważniejszych posterunków umieszczonych w Fireheart Rise. Zaszczytny tytuł bazy wypadowej na Płomienny Legion już dawno przeminął jeśli chodzi o Sati, teraz pełnił rolę punktu zaopatrzeniowego i przeładunkowego dla band, które zmierzały na północ.
Mijając jezioro Carnifex, położone na wschód od posterunku, Selb wyściubił łeb przez właz i dostrzegł nadchodzący z naprzeciwka oddział Krwawych. Uzbrojeni w miecze, tarcze, topory i młoty, zeszli całkowicie z drogi i zatrzymali się na moment. Spoglądali po pyskach czołgistów, tak samo jak oni na nich. Reguły nakazywały, aby niżsi rangą salutowali wyższym, stąd cała banda naprężyła się by zasalutować jadącemu na czele kolumny centurionowi. Dobry zwyczaj jednak mówił, aby nie spoczywać nim reszta czołgów nie przejedzie - nie tylko ze względu na Legionistów, ale z uwagi na sam dobry wydźwięk tegoż gestu. Czołgiści odpowiedzieli tym samym, przyciskając łapy do piersi.
Przez bramę Cowlfang przejechali, gdy zaczynało się ściemniać. Powiadomieni wartownicy od razu otwarli bramy, pozwalając pojazdom zaparkować na obszernym placu. Powoli, członkowie załogi Kilofa II wyskakiwali jeden po drugim z czołgu, zeskakiwali na dół i prostowali kości. W ich kierunku szybkim krokiem zmierzała brązowa popielka o malutkich oczkach i białych łatach futra wokół. Odziana była w standardowy ciężki pancerz Żelaznych.
- Legionistka Groma Spinebreaker, kto tutaj dowodzi? - zapytała głośno i wyraźnie, spoglądając po umęczonych drogą pyskach czołgistów.
- Ja - odezwał się żółtawy popielec, który ściągnąwszy z łapy rękawicę podszedł do popielki - Centurion Tyrron Rocktrooper.
Popielka wyprężyła się do salutu, na co Rocktrooper niedbale przycisnął pięść do piersi a następnie wystawił otwartą dłoń w jej kierunku. Po uścisku dłoni, Legionistka przedstawiła szczegóły dotyczące pobytu. Teoretycznie mówiła do Rocktroopera, lecz słowa wypowiadała na tyle głośno, by każdy z żołnierzy mógł usłyszeć:
- Trybun Steelgrip zostawiła wam tutaj nowe czołgi, są w garażach. Wyznaczono wam również jeden z domów byście przespali noc, dostaniecie jadło i coś do popicia. Według rozkazów wyjazd macie o godzinie siódmej zero zero, po dodatkowe szczegóły zapraszam do mojego gabinetu, Centurionie.
Tyrron skinął łbem i odwrócił się do swoich:
- Zakwaterować się, doprowadzić swoje czołgi do porządku a potem wymyć tyłki. Nie w odwrotnej kolejności. Za godzinę chcę raport od każdego Legionisty.
To powiedziawszy, odwrócił się i ruszył za Legionistką Spinebreaker do jej kwatery.

- Legionistka, a ma w garści taki posterunek. Fiu, fiu! - cicho gwizdnął Jarrin wyciągając z czołgu swój plecak.
- No. A co w tym złego? - odparł zdziwiony Sarang.
- To, że tak niskiej randze nie daje się takiej bazy do władania. Spodziewałem się, że przyjmie nas tutaj jakiś centurion.
- Cowlfang zaczynało od niewielkiego posterunku położonego na wypizdowie - wyjaśnień podjął się Falkner - Gdy ruszała ofensywa na Płomienną Cytadelę, Cowlfang stało się jednym z ważniejszych baz w tym regionie. Spinebreaker była tu od samego początku, że większość centurionów potrzebna była w polu a ona się sprawdzała nawet po powiększeniu tego obozu, zostawiono go w jej łapach.
- Nie mogli ją awansować? - spytał Jarrin, odpinając pasy swojego plecaka. Wygrzebał w niego flaszkę z papierową etykietką którą teatralnie ucałował i odkorkował.
- Awansowanie wiąże się z nowymi obowiązkami. Pewnie umie zarządzać garnizoniem, żołnierzami na polu walki już mniej.
Selb sapnął i odszedł na stronę, zachodząc za stalowy budynek. Odwrócił się by spojrzeć, czy nikt nie patrzy po czym zluzował zapięcie pasa i podlał amoniakiem trawę.
- Ej, Selb, ty wiesz, że tu mają latryny normalne? - zakrzyknęła Gedwa, reszta Węgli po chwili zarżała.
- Nie chce mi się stać w kolejce, a już tym bardziej wchodzić po tobie!
Znów się roześmiali, włącznie z Węgloskrzydłą.
- Ma kociak charakter. On serio stracił całą bandę? - rzekła, zwracając się do reszty.
- Papierów przy sobie nie miał, ale jego zeznania brzmiały w miarę wiarygodnie - odparł Falkner, wyciągając z drewnianego pudełeczka cygaro - Zresztą w tych okopach to nigdy nic nie wiadomo. Nikt tam nie prowadzi ewidencji, syf, brud, dezorganizacja.
- Jest w porządku - wtrącił się Sarang, zatrzymując się nad Falknerem, wymownie patrząc na jego pudełeczko z cygarami.
- Masz - dowódca podsunął mu pudełko pod pysk.
- Lepszy on, niż ta cipka Barrik - dodał Jarrin.
Falkner skinął łbem. Ważnym dla niego było, aby oddział trzymał się razem, by stanowił nierozłączną jedność. Utrata Cyrrii odbiła się na każdym: Gedwa nie dawała tego po sobie znać, ale obecność innej samicy dodawało jej otuchy, Sarang wciąż wznosił za nią toasty, choć dla sportu dawała mu w kość, zaś Jarrin wzdychał za każdym razem na jej wspomnienie. Nowy członek załogi okazał się totalną klapą, a teraz dostali kolejnego, którego przeszłość nie do końca jest jasna.
Falkner nie chciał tego jednak przedwcześnie oświadczać, gdyż mogło to stanowić ryzyko pogorszenia integracji oddziału. Poza tym, jeżeli śledztwo wykaże winę Selba, od razu zabiorą go pod sąd a Węgloróg będzie mógł powiedzieć, że o niczym nie wiedział. Tak szybko jak go przydzielili, tak szybko może się go pozbyć jeśli stanie się niewygodny.
Selb wrócił do reszty podciągając gacie.
- Jarrin, Gedwa, napełniacie wodę i paliwo. Sarang, przelicz zapas pocisków i usuń pustaki. Selb i ja sprawdzimy stan techniczny pojazdu.


Wszystko zajęło jakieś pół godziny, stąd Falkner mógł spokojnie ustawić się wraz z innymi w kolejce pod natrysk nim musiał zdać raport Centurionowi. Selb, choć świeżo upieczony czołgista, miał pojęcie o tym gdzie patrzeć by potwierdzić, że Kilof II działał bez zarzutu. Z drugiej strony był to stosunkowo nowy czołg, nie powojowali nim długo, a jego prawdziwy "chrzest" miał dopiero nadejść.
Nocą, centuria Rocktroopera zajęła cały jeden budynek. Pili, gadali, grali w karty i kości. Widząc, jak Selb próbuje wymknąć się na zewnątrz, Falkner wstał i po chwili ruszył za nim. Stanąwszy za progiem, rozejrzał się i jego uszu doszło draśnięcie zapałki o draskę.
- Mogłeś poprosić.
Selb odwrócił się z cygarem w pysku, złapany na gorącym uczynku. Pochylił głowę i wyciągnął cygaro z ust.
- Przepraszam, sir.
- Siadaj - odparł dowódca i sam przysiadł na drewnianej skrzyni. Wyciągnął swoje pudełeczko z cygarami, w którym każdą sztukę miał odliczoną. Brakowało jednego.
- Poważnie, to nie są okopy, że możesz coś komuś zwinąć i winowajca się nie znajdzie. Centuria choć mała, to wszyscy się tutaj znają. A wiesz dobrze, że nie możesz mi podpaść.
Węglochwyt położył po sobie uszy i ciężko pociągnął bucha cygara. Szef miał rację, wystarczyło przecież poprosić. Ale on nie nawykł do tego, że ktokolwiek z jego oddziału coś mu odstąpi.
Falkner zaś patrzył na podopiecznego i pokręcił łbem:
- Węgle to moja rodzina, oddałbym za nich wszystko. Nie wymagam takiego podejścia po pierwszym dniu, ale miej to na uwadze. Obiecałem im, że po wojnie wrócimy z powrotem na nasze ranczo.
- Rozumiem. Przepraszam jeszcze raz.
Węgloróg machnął tylko łapą niedbale. Pociągnął srogi buch i pozwolił ujść kłębowi dymu pyskiem. Na moment wyprostował się, strzelając kośćmi w plecach.
- Co sądzisz o nowym oddziale?
Selb na moment zastanowił się, szukając odpowiedzi w głębi duszy.
- Prawdę powiedziawszy...
- No?
- Nie wiem. Życie pod centurionem Jadogrzmotem nie było przyjemne.
- To nie odpowiedź na moje pytanie, Selb.
- Po prostu nie wiem - nerwowo zadrgał łapami, podnosząc wzrok na dowódcę.
- Gadałem z resztą, nie mają nic do ciebie. Nie myśl, że trudno będzie ci się do nas wkręcić. Wspólna walka zbliża bardziej, niż myślisz.
Po futrze Węglochwyta przeszły zimne dreszcze, gdy tylko dowódca wspomniał o "zbliżeniach". Naraz scena z namiotu centuriona Jadogrzmota odtworzyła się w myślach Selba niczym historia obrazkowa.
- Jesteśmy skazani na siebie i tę stalową trumnę - wskazał cygarem w stronę czołgu - Stąd u nas taki humor, ale i przywiązanie.
- Pieprzona wojna... parsknął Selb, nachylając łeb by splunąć na ziemię.
- A teraz wjeżdżamy na terytorium wroga - zauważył Falkner, skiepując popiół na ziemię.
- Jak tam jest, na tym ranczu? - rzekł Selb, podnosząc wzrok na dowódcę. To pytanie spowodowało, że Falkner wyszczerzył kły w uśmiechu i marzycielsko odwrócił wzrok na gwiazdy.
- Spokój, wczesne wstawanie rano, satysfakcja z wykonanej roboty pod koniec dnia, no i przede wszystkim świeże mięso z dopiero co zabitej krowy. I mleko. Mimo, że nie jesteśmy rolnikami, to i tak pomagamy. Kiedyś... przewijali się tam nieumarli, gdy w Tyrii otwierały się portale. Słyszałeś?
- Tak. Kumple opowiadali przy piwie.
- A kiedyś to była opuszczona dziura, która jakimś dziwnym cudem należała do Jarrina. Odbiłem to miejsce z przyjaciółmi, bo Węgle wtedy były w rozsypce, a potem ogarnęliśmy je do stanu używalności. Przysłano rolników, gryzipiórka, młodszego questora... wszystko zaczęło się jakoś układać.
- A potem przyszła wojna. Chcieliście iść się bić?
- Niekoniecznie. Przyszło wezwanie. A ty? Nie wyglądasz mi jakoś na kogoś, kto dorastał w bandzie centuriona.
- No nie. Jestem z poboru, wcisnęli mnie do Jadów tak z czapy.
Falkner pokiwał łbem. Spojrzał raz jeszcze na Węglochwyta, jak sierść jego gęstej grzywy kręci się we wszystkie kierunki świata. Śmieszny pysk przypominał mu osobę, którą już kiedyś widział, tak samo jak oczy. Nic jednak nie bawiło go bardziej, od dwóch samotnych kłów wystających z pyska. Oczywiście nie mógł mu tego okazać, gdyż dowódcy nie wypada.
- Więc co robiłeś wcześniej? Mówiłeś coś o zakładach produkcyjnych?
- Ta. Najpierw na czołgach, potem na żurawiu w hucie. Ja... i mój kumpel zaciągnęliśmy się bo na zakładzie odkryto szpiega. Woleliśmy już walczyć, niż kisić dupska w Cytadeli.
- Trafiliście do dwóch różnych band zatem?
- Tak. A teraz... - westchnął, zaciągnął się cygarem i dopiero po wypuszczeniu kłębka dymu kontynuował - Teraz tylko ja walczę.
- Rozumiem - Falkner pokiwał łbem, domyślając się do Węglochwyt miał na myśli - Taka już nasza dola Selb. Przynajmniej masz okazję go pomścić i zachować pamięć.
Na to Selb już nie odpowiedział poza westchnięciem.
- A szef ile walczy? - spytał po chwili.
- Z dwadzieścia lat ponad. No... niepełne, ale tyle mniej-więcej jestem na służbie. Gdybym się urodził człowiekiem, albo w Lwich Wrotach, to byłbym już na emeryturze. Może dostałbym własne połacie ziemi, wybudowałbym tam mały dom i zapieprzał od rana do wieczora w polu.
- Brzmi nudno - odparł Selb, ośmielony trochę wyznaniem dowódcy.
- Dla ciebie tak, ale z wiekiem perspektywa się zmienia.
- Ehe, mówi szef tak, jakby już miał za sobą spłodzenie piątki dzieci i dziesięć medali.
Falkner zarechotał, Selb po chwili również.
- Prawie trafiłeś. Mam pięć medali i trójkę dzieci.
- Oh... i jak się mają?
- Medale leżą w gablotce, zaś młode... cholera wie. Mam nadzieję, że są żołnierzami, albo przynajmniej nie bandziorami. Mogę jeszcze znieść gladium, które szuka własnej drogi, ale zgodnej z prawem.
- Nie chciał się szef nigdy dowiedzieć, kim są?
- Może... ale z drugiej strony teraz, to z pewnością dorosłe popielce. Odwiedziłem je ze trzy razy w fahrarze gdy były małe i to tyle, po co więcej? To banda jest rodziną, a nie ten kto ich spłodził. Inaczej stalibyśmy się zbyt sentymentalni. Jasne, gdybym spotkał ich teraz, cieszyłbym się, ale żadnego bym nie wyniósł ponad moich innych żołnierzy.
Selb pokiwał głową i ponownie zaciągnął się cygarem. On też, znał jedynie matkę, zaś ojca nie umiał sobie przypomnieć. Pamiętał sytuację, gdy w fahrarze zupełnie szara samica przychodziła i ukradkiem obserwowała jak idzie mu na poligonie. Czasami, w dni w które przypadały jakieś święta, pozwalano na odwiedziny, lecz gdy skończył 4 lata nikt więcej nie przychodził. Został tylko on, banda do której należał, oraz Primus.
« Ostatnia zmiana: Czerwiec 22, 2019, 02:58:21 wysłana przez Falkner »

Falkner

  • Egida
  • ******
  • Wiadomości: 1085
  • Płeć: Mężczyzna
Wtargnięcie

Donośny ryk posterunkowego rogu brutalnie wyszarpał żołnierzy Rocktroopera z objęć snu. Zwykły szarak powiedziałby, że to barbarzyństwo, jednakże w fahrarach uczą by na tego typu sygnał zerwać się z łóżka i przygotować do wymarszu.
Selb nie był już w fahrarze, więc przewrócił się na drugi bok mlaskając paszczą. Ze wszystkich jedynie Sarang wstał pełny sił, zupełnie jakby od godziny nie spał i tylko czekał na okazję, by wyskoczyć z legowiska. Przeciągnął się raz, drugi, wykonał trzy skłony i zaczął grzebać w pysku.
- Wstawaj, robota czeka - Gedwa pociągnęła Selba za ogon, na co ten odwrócił się jak poparzony, sycząc złośliwie. Popielka roześmiała się i odeszła na bok, do kubła z zimną wodą. Przyklęknęła przy nim i zanurzyła pysk na osiem sekund.
Falkner z wolna nałożył na siebie koszulę a następnie kurtkę. Zapiął pas spodni przyczepił doń kaburę z pistoletem. Z ziemi zabrał swój kask z parą gogli i nałożył na łeb. Pobudzony Sarang poganiał resztę bandy, więc nie musiał zajmować się tym obowiązkiem gdy w głowie myślał jeszcze o dziesięciu minutach więcej snu. W tym czasie większość leni zdołała doprowadzić się do porządku. Po wyjściu z budynku garnizon był już postawiony na nogi. Żołnierzy na wachcie pełnili swoją służbę, a ci, którzy zajęć przypisanych na tę godzinę nie mieli, znaleźli sobie rozrywkę: pogrywali w karty, gadali, dwójka popielek nawet siłowała się na łapy. Centurion Rocktrooper zarządził zbiórkę, podczas której przeprowadził ogólną odprawę:
- Żołnierze! - rozpoczął od standardowego zwrotu, by następnie przechadzać się z jednego końca rzędu na drugi - Wyjeżdżamy stąd w ciągu trzydziestu minut i zmierzamy do posterunku Krwawy Czerep, najbardziej wysuniętej bazy poza nasze granice, jaka nam się ostała. Cytadela przysłała nam dodatkowe wyposażenie: narzędzia, odzież, broń - weźcie wszystko, co może się przydać. Macie na to dwadzieścia minut, potem chcę widzieć wszystkie załogi przy swoich czołgach.
Centurion zatrzymał się na środku rzędu i zmierzył go wzrokiem wszerz.
- Tym razem to my wkraczamy na ich ziemię i będziemy przelewać ich krew! Odparliśmy ich z naszych granic, odparliśmy ich spod Płomiennej Cytadeli, odeprzemy ich więc na dobre!
Kilkoro żołnierzy pokiwało łbami, ktoś tylko krząknął, ktoś przestąpił z nogi na nogę. Rocktrooper dalej stał w miejscu, pocierając łapę o łapę.
- Od tej chwili każdy z was ma mieć oczy naokoło głowy i jedno w dupie. Wjeżdżamy na nieprzyjazny naszym maszynom teren: często będziemy jechać kolumną, wśród gór i wzniesień, gdzie może czyhać na nas zasadzka. Jeśli widzicie kogokolwiek, kto nosi barwy inne niż nasze - strzelać. Nawet, jeśli miałby to być kociak z zabawkową pałką. Zrozumiano?
- Tak jest, sir! - odparł chórek żołnierzy, z Legionistami włącznie.
- Doskonale. Dwadzieścia minut na przygotowania. Rozejść się.

Falkner najpierw nakazał Węglom pobrać dodatkowe wyposażenie. Tym sposobem Selb zgarnął prawdziwy hełm, w jakie wyposażano czołgistów i gogle. Następnie wraz z Sarangiem taszczyli do czołgu zapasowe pociski, kilka narzędzi, nowy namiot i peleryny. Jarrin siedział na czołgu i popijał bimber z gwinta, Gedwa na szybko serwisowała swój pistolet. Falkner przyszedł gdy wszyscy już oczekiwali na dalsze instrukcje, trzy minuty przed ustalonym czasem.
- Raport?
- Wszystko załadowane, co szef rozkazał - odparł Sarang.
- Czołg sprawny, nic tylko jechać - dorzucił Jarrin.
- Działo... działa - parsknęła Gedwa, łapiąc się na dziwnym brzmieniu swoich słów.
- Świetnie - odparł i wyciągnął pudełeczko z cygarami. Nim zdążył wyciągnąć jedno, Sarang sterczał już nad ramieniem Węgloroga.
- Sarang, wszystkie cygara mi wyjarasz. Wziąłeś fajki z przydziału? - spytał sępiącego popielca.
- Wziąłem, ale to nie to samo co szef dostaje - odparł Węglorębacz, przekrzywiając łeb.
- Masz... - drewniane pudełeczko powędrowało pod nos czarnego wyłudzacza. Odpalili zapalniczką, Jarrin wyciągnął przydziałowe skręty, to i Selb postanowił sobie zapalić. Gedwa jedynie machnęła łapą i wcisnęła pistolet do kabury. Wspięła się po czołgu, zaś wszyscy panowie oglądali jej wypięty tyłek.
Minutę przed, Falkner zakołował wyciągniętym pazurem w górę i przytrzymując cygaro w pysku, wdrapał się na czołg. Reszta poszła w jego ślady, wciskając się do środka przez włazy. Punktualnie, w nadajniku zabrzmiał głos Rocktroopera:
- Wszystkie czołgi, odbiór. Potwierdzić gotowość do drogi.
- Banda Fellow gotowa!
- Banda Torch gotowa!
- Banda Węgla gotowa!
- Znakomicie. Podaję teraz kolejność kolumny: Bimber, Kilof II, Grzywa, Pocisk. Jak wszyscy gotowi to ruszamy zawczasu.
Czołgi odpaliły, rycząc silnikami i buchając kłębami spalin. Selb wystawił łeb przez właz i wywalił niedopałek. Jarrin zaczął przekładać dźwignie i przełączać pstryczki, Sarang zasiadł w swoim kącie a Gedwa na próbę wprawiła w ruch pokrętła odpowiadające za pionowe i poziome ustawienie lufy. Falkner naciągnął na oczy gogle i spojrzał za siebie, stercząc na górze czołgowej wieżyczki.
Po zmianie pojazdów, każda Banda miała na wyposażeniu Kła III-A. Jednakowa kolumna czołgów prowadzona przez Centuriona Rocktroopera wyruszyła na północny wschód, zostawiając Cowlfang za sobą.

Droga jaką obrali była dzika, nierówna i momentami urywała się, gdy tylko pojawiało się jakieś wzniesienie czy dół. Tylko dzięki mapom można było połapać się, ile drogi jeszcze dzieliło ich od Krwawego Czerepu. Za nazwą tegoż posterunku stoi pewna wojskowa historia i fakt, że stacjonuje tam głównie Krwawy Legion.
Otóż w czasach, gdy Żelazny Legion odbijał Askalon a pozostałe Legiony nie tak ochoczo brały udział w kampanii wymierzonej przeciwko duchom oraz Piętnie, Krwawy Czerep był pierwotnie osadą wzniesioną przez Płomienny Legion. Nosił wtedy nazwę Cranium Castrum i był siedliskiem szamana o imieniu Sangui Bloodwave. Gdy tylko Żelazny Legion nawiązał umowy z Krwawym i Popielnym dotyczące przerzucania żołnierzy na teren Askalonu, Cranium Castrum było jednym z ostatnich na drodze do utworzenia szlaku Krwawi-Żelaźni. Przemierzający góry Krwawi czynili to, co potrafili najlepiej - wyżynali w pień cały opór, jaki stał im na drodze. Według planu, Cranium miało zostać zaatakowane z dwóch stron, jednakże Żelaźni wskutek problemów na podłożu swej maszynerii nie dotarli na czas. Krwawi więc sami wzięli twierdzę szturmem, nie czekając na wsparcie. Mówi się, że gdy Żelaźni przybyli na miejsce, na szczycie bazaltowej wieży spoczywał nabity na pal łeb Sanguiego Bloodwave. Tym samym, Krwawemu Legionowi bezsprzecznie przypadł ten posterunek na mocy prawa podboju, a podobno w gabinecie zarządcy (który zdążył zmienić się pięć razy, niemniej zawsze był to reprezentant Krwawych) stoi czaszka szamana umieszczona jako trofeum w gablotce.
Choć droga niezbyt zadowalająca, pozwoliła załodze Kilofa II odpocząć. Jarrin kierował w ciszy, Falkner zaś zszedł na dół lecz zostawił właz otwarty.
- Jak myślisz szefie, ile to jeszcze potrwa? - spytała Gedwa, przekręcając się na swoim siedzisku pyskiem do Legionisty.
- Co masz na myśli?
- Ta wojna - odparła, biorąc głębszy wdech-  Albo kiedy nas zluzują. Mija prawie cały sezon a my ciągle walczymy.
Legionista sam nie wiedział, a tym bardziej udzielenie w miarę satysfakcjonującej odpowiedzi na to pytanie również nie umiał znaleźć. Gedwa miała rację - załoga Kilofa zbyt długo jest w terenie bez zluzowania i choć nie widać tego gołym okiem, każdy z nich w głębi duszy był już zmęczony. Nawet Selb, który choć był wśród nich osobą nową, nie dostał nawet kilku godzin na odpoczynek po ciężkich przeżyciach w okopach.
- Mamy swoje obowiązki - podjął w końcu, choć niezbyt przekonująco - My, zwykli żołnierze jak ci nad nami. Płomienni to wrzód na naszej dupie i wreszcie mamy okazję się go pozbyć, na dobre. Pamiętajcie o tym.
Gedwa pokiwała lekko głową, jakby usilnie starając sobie zaakceptować taki stan rzeczy. Jarrin na moment spuścił oko z wizjera i odwrócił się w kierunku centralnej części czołgu:
- Każdy ma swoje obowiązki, a odpoczynek też mu się należy. Ile jeszcze trzeba, nim odpieprzy nam jak Barrikowi, he?
- Trzymamy się w kupie - odparł Falkner zaciskając mocniej łapę na stalowym uchwycie włazu - To czyni nas silniejszymi.
Jarrin odwrócił się z powrotem i lekko kręcąc łbem, skwitował słowa szefa:
- Od zawsze. Od zawsze trzymamy się razem, Falkner. Od Mgieł.
- A wtedy nasz przydział był znacznie dłuższy - odparł rozochocony legionista, widząc, że jego argumentacja być może nie jest stracona.
- To było co innego. Byliśmy wtedy inną bandą, wojna była inna.
- Każda wojna jest taka sama, Jarrin. Chcesz luzu? W porządku, ja też, inni również. Ale rozkazy są jasne, a ja przeciwko nim nie wystąpię.
- Czyżby? - kierowca znów obrócił się do tyłu - A twoje układy ze Steelgrip? A Legionista Sandeater, he?
- Ostrzegam cię... - Falkner obnażył kły na przyjaciela, powoli zeskakując w dół ze swojego stanowiska.
- I co?
- I gówno, kurwa twoja mać! - zaciśnięta pięść Legionisty zadudniła o ścianę czołgu - Gdyby nie moje, jak to nazwałeś, układy, twoje ranczo byłoby w czarnej dupie. Gdyby nie ja, całe życie siedziałbyś w pierdolonym domu wariatów przypięty pasami do łóżka. Gdyby nie ja, zdążylibyśmy obskoczyć trzy inne konflikty, misje, zadania, cokolwiek. Wtedy dopiero czuł byś się zmęczony.  Przypada ci luksus prowadzenia czołgu, którego żadna piechota nie tknie mieczem czy toporem. Masz wodę, masz żarcie, masz czym się upić, masz nawet skrawek futra na którym możesz się przespać.
Tym razem Jarrin nie odpowiedział. Selb ze swojego stanowiska zauważył, jak Węglopyski zaciska mocniej łapy na dźwigniach czołgu, a jego górne kły obnażają się. Brwi niebezpiecznie ściągały się ku dołowi. Na przeważnie pogodnym pysku Jarrina ten grymas wyglądał z jednej strony komicznie, z drugiej niepokojąco.
- Robimy, co do nas należy. I to się tyczy każdego z was. Ciebie, ciebie i ciebie również - rzekł, wskazując kolejno na Gedwę, Saranga i Selba. Odpoczniecie sobie, jak robota będzie wykonana. Albo w grobie.
W czołgu zapadła cisza, nie licząc warczącego silnika i stukających gąsienic. Legionista wdrapał się z powrotem na swoje stanowisko i wyściubił łeb przez otwarty właz. Podparł się łapami i wychylił mocniej w lewo, by splunąć w dół.

Do Krwawego Czerepa dotarli w absolutnej ciszy. Wrota posterunku rozwarły się z piskiem, gdy stalowe tryby i przekładnie wprawiły w ruch masywne, stalowe skrzydła bramy. Dziś posterunek ten w żadnym stopniu nie przypominał swojego przodka z czasów, gdy rządził tu Płomienny Legion. Wysokie na cztery metry stalowe mury, dwie bramy wyjazdowe oraz kilka niskich budynków w których spali wyżsi rangą żołnierze i personel posterunku. Pozostałe budowle służyły jako składy, magazyny czy garaże dla pojazdów. Były tutaj dostępne również dwa lądowiska dla charrcopterów, zaś po za zachodnimi murami ciągnęło się pasmo szerokich okopów w których rozmieszczono działa artyleryjskie. Bandy, które przebywały tutaj tymczasowo nocowały w namiotach przeróżnej wielkości - od pięcioosobowych aż po takie, które mieściły 30 żołnierzy pod jednym dachem.
Po wjechaniu do środka, kolumna zatrzymała się. Rocktrooper wraz z Legionistami udali się na odprawę do Centuriona Krwawego Legionu, Cryttora Moistspittera. Jak się okazało, w gabinecie faktycznie za gablotką stała czaszka popielca.
Węgle w tym czasie mieli czas by zająć się sobą. Jarrin odszedł kawałek na bok zapalić, Gedwa opuściła czołg by rozruszać kości i przejść się po posterunku, zaś Sarang poszedł rozgościć się w wyznaczonym dla Węgli namiocie.
Selb został sam, nie mając się zbytnio do kogo przyczepić. Grobowa atmosfera ostatniej godziny udzieliła mu się aż zanadto. Kto z nich miał rację? Jarrin... owszem, tak. Węgle służą dłużej na tej wojnie a jeśli jeszcze nie dostali luzu... cóż, Selb też nie dostał, a powinien. Robota jednak nie była zakończona według Falknera i prawdę mówiąc rozumiał go - nie mógłby przecież wyskoczyć z czołgu i powiedzieć, że ma po dziurki w nosie rozkazów, jeżdżenia i walczenia.
Legionista wrócił po niecałych dziesięciu minutach odprawy z nowymi informacjami. Węgle zebrały się przy czołgu.
- Wyjeżdżamy za pięć minut. Nie rozgaszczajcie się w namiocie, cholera wie czy w ogóle tu pobędziemy. Centurion Moistspitter chce zająć osadę na północny wschód, piechota już tam czeka. Po drodze zgarniamy cztery bandy krwawych, którzy byli tak uprzejmi zabezpieczyć dla nas drogę. Dziś zajmujemy osadę, potem się zobaczy. Pytania?
Wszyscy spojrzeli po sobie. Pytań nie było, lecz to z uwagi na ciężką atmosferę po awanturze w czołgu.
- To dobrze. Nim wyruszymy, chcę abyśmy sobie coś wyjaśnili - Falkner na moment zawiesił głos, jak i łeb - Robię to, co do mnie należy i tego samego oczekuję od was. Robota to jedno, przydział jest dla nas najważniejszy, ale... - znów zawiesił głos. Nie w ramach taktycznej pauzy, a po prostu z braku odpowiednich słów. Widząc wlepione spojrzenia pozostałych członków bandy, odparł:
- Szlag by to. Powiem wprost: nie ja dowodzę, muszę słuchać rozkazów tak samo jak wy. Jeśli mówią jedź:  jedziemy. Jeśli mówią walcz: walczymy. Jeśli powiedzą odpoczywaj: odpoczywamy. Najpierw musimy zająć osadę. Wiem, że jest wam ciężko, mnie również. Ale nie tyle przeszliśmy razem, by teraz sobie odpuścić - podniósł wzrok na Jarrina - Tak, jak było to w Mgłach.
Węglopyski pokiwał lekko łbem i westchnął ciężko:
- Tak... przepraszam, szefie.
- Ja również - odparł Falkner.

Centuria Rocktroopera wyruszyła niebawem, kolejność czołgów pozostała niezmieniona. Opuszczając Krwawy Czerep, musieli kierować się dalej na północny-wschód, między skalistymi wzniesieniami. Złocista, askalońska trawa ustąpiła miejsca ogołoconemu, kamiennemu podłożu, drzewa były mniejsze i bardziej liche.
- Obserwować wzniesienia - rzekł Falkner, zamykając klapę włazu - Krwawi wyrąbali nam przejazd, ale to nie oznacza, że wróg odstąpił. Teraz jesteśmy na ich terytorium.
Selb przypomniał sobie drewnianą tabliczkę z podobnym napisem: "Zachowaj czujność, jesteś na ziemi należącej do wroga. Powodzenia życzy Krwawy Legion".
Węglochwyt przytknął oczy do peryskopu i kręcił nim raz w lewo, raz w prawo. Krzaki i drzewa, choć niskie, stanowiły dobre miejsce na urządzenie zasadzki, nie mówiąc już o skalnych grotach czy jaskiniach.
Z daleka można było dosłyszeć stłumione dudnienie uderzających w ziemię pocisków. Niebo przeszywały czarne smugi, artylerzyści z Krwawego Czerepa mieli pełne ręce roboty.
- Przyjedziemy na gotowe - rzekł Sarang, przytykając ucho do ściany czołgu.
- Cholera wie, czy trafiają - odparł Falkner, sam przypierając do swojego peryskopu - Ukształtowanie terenu nam nie sprzyja.
- Po co wysłali nas, skoro wiedzą, że przejazd jest niebezpieczny? - Gedwa przekręciła się na siedzisku w kierunku Legionisty. Ten, nie odrywając oczu od szkiełka odparł:
- Z tego samego powodu, dlaczego w ogóle bierzemy udział w tej wojnie. Mamy wygrać i nie dać się zabić. A jak się nie da, to przynajmniej to pierwsze.
Po pięciu minutach jazdy dotarli do skrzyżowania górskich dróg, gdzie czekała cała centuria Krwawych. Jeden z żołnierzy zamachał łapą do zbliżającego się Rocktroopera w swojej maszynie, na co ten wyszedł przez właz. Zeskoczył z czołgu i uścisnął łapę dowódcy, nie bawili się już w salutowanie. Po krótkiej rozmowie, Krwawi zaczęli rozstępować się by zrobić przejazd czołgom. Tyrron Rocktrooper wskoczył z powrotem do swojego czołgu i łapiąc na nadajnik, obwieścił komunikat:
- Plan jest taki: Węgloróg, bierzesz wzniesienie po prawej, nie sposób go przeoczyć. Będziesz miał asystę zwiadowców, wskażą ci cele które należy rozwalić. Głównie budynki, w których tkwią snajperzy. Reszta jedzie ze mną, zajmiemy pozycje między niższymi wzniesieniami przy wjeździe do miasta i odpowiadamy za pierwszy atak. Potem wpuszczamy piechotę i przegrupowujemy się przy wschodnich murach osady. Odcinamy drogę uciekinierom i potencjalnemu wsparciu. Wszyscy zrozumieli?
- Tak jest - odparły po sobie głosy trzech Legionistów.


Ze wzniesienia na którym stał Kilof II widać było osadę jak na dłoni. Wbrew ogólnemu przekonaniu, nie było to pole namiotowe z małą kapliczką pośrodku, a rozległy kompleks bazaltowych budynków, stalowych konstrukcji nakrytych płachtami i niewysokich murów. Oczom rzucała się wieża zakończona długim szpikulcem, nad którą powiewał sztandar Płomiennego Legionu.
Falkner otworzył właz i sięgając po lornetkę, oparł się łokciami o wieżyczkę czołgu. Na dole leżało dwóch zwiadowców Krwawych, odzianych w skórzane pancerze pomalowane na czerwono.
Do natarcia pozostały raptem dwie minuty. Selb choć nie musiał, złapał za rączkę karabinu a drugą łapę położył na korbie.
- Jeszcze się nastrzelasz, spokojnie - rzekł Jarrin, zakładając łapy za głowę - Teraz kolej na Gedwę.
- Sarang, ładuj burzący - rzekł Falkner, spoglądając na mieścinę przez szkła powiększające.
W czołgu rozniósł się brzęk stali i zamykanego rygla. Pocisk był gotowy.
- Gedwa, budynek z drewnianą wieżą obserwacyjną, dziesięć stopni w prawo. Dwadzieścia w górę - rzekł Falkner.
- Widzę. Działo w gotowości - odparła działonowa.
- Czekaj na rozkaz.
- Centuria, otworzyć ogień! - zniekształcony głos Rocktroopera zabrzęczał w nadajniku.
- Ognia! - Falkner machnął prawą łapą w przód.

- Potwierdzam trafienie! - odparła Gedwa.
Drewniana budowla zamieniła się w drzazgi. Z daleka słychać było kolejne wystrzały pozostałych czołgów. Nie tracąc czasu, Legionista podał nowy cel:
- Mury, dwadzieścia w lewo, pięć w górę.
Gedwa kręciła pokrętłami działa, ustawiając je w wyznaczonej pozycji. Sarang odciągnął rygiel komory i masywna łuska zabrzęczała upadając na podłogę maszyny. Nowy pocisk został wprowadzony.
- Ognia!
Za każdym razem, gdy Kilof wypluwał pocisk, Selba odrzucało w tył. Jarrin zaś wyglądał tak, jakby grzał swoje futro pod gorącym słońcem Southsun Cove. Niewzruszony, szczerzył kły w perfidnym uśmiechu.
- Potwierdzam trafienie!
Nie trzeba było tego nawet mówić, choć tak się przyjęło. Poderwane wskutek wybuchu ciało strzelca na murach zadyndało na chwilę w powietrzu.
- Tam, na wschód! Działo! Wschodnie mury! - krzyknął jeden z obserwatorów. Falkner natychmiast spojrzał przez lornetkę we wskazanym kierunku.
- Gedwa, czterdzieści w prawo, piętnaście w górę.
- Robi się.
- Załadowany! - obwieścił Sarang.
- Ognia!
Tym razem Selb chwycił się siedziska, lecz to nic nie dało. Bujało nim jak na łódce.
- Potwierdzam trafienie!
- Wszystkie czołgi - odezwał się przez nadajnik Rocktrooper - Skupienie ognia na wysokiej wieży.
Falkner spojrzał przez lornetkę na pokaźną, bazaltową budowlę. Z niewielkich okienek migotały światła wystrzałów. Natychmiast rozkazał Gedwie wycelować w środek wieży.
- Ognia!
Uderzona czterema pociskami burzącymi, wieża zatrzęsła się w posadach i niczym patyk, złamała się w pół.
- Powtórzyć! - ryknął podekscytowany centurion za pomocą nadajnika.
Niższe kondygnacje wieży przeszły do historii. Nagle ziemia raptem dziesięć kroków przed czołgiem Węgli poderwała się w górę. Obserwatorzy Krwawych przylgnęli do ziemi, Falkner natomiast wcisnął się niżej do środka czołgu i spojrzał przez lornetkę.
- Gedwa, czternaście w prawo. Mamy działo do skasowania, widzisz je?
Popielka obróciła wieżyczkę, nie odrywając wzroku od okulara przez który namierzała cele.
- Widzę.
- Ucisz je.
- Nabój w komorze! - krzyknął Sarang.
- Ognia!
Głośna eksplozja potwierdziła trafienie celu. Falkner z większym spokojem rozejrzał się po okolicy.
- Piechota przystępuje do akcji. Wszystkie czołgi, podjechać pod mury. Zrobić wyłomy. Osłaniać do odwołania rozkazu.
- Jarrin, cała naprzód - rzekł Falkner, zamykając właz wieżyczki.
Maszyna ruszyła, szarpiąc niczym kryteński ogar na krótkiej smyczy. Selb znów złapał za karabin korbowy przed sobą, przeczuwając nadchodzącą okazję do siekania wrogów pociskami. Staczając się po wzniesieniu, wszyscy chwycili się czego mogli. Każdy słyszał o nieszczęśliwych przypadkach, gdy załoga czołgu traciła przytomność wskutek uderzenia o coś wewnątrz pojazdu.
Dystans kilkuset metrów pokonali w chwilę, na rozkaz Falknera Gedwa wypaliła w nadszarpnięty przez wcześniejszy ostrzał artyleryjski mur. Przez peryskop dostrzec można było popielców w czerwonych zbrojach i mundurach wbiegających do miasta.
Kilof II podjechał do wyłomu i zatrzymał się. Selb zacisnął mocniej łapy na rączce karabinu i obserwował przez peryskop okolice. Miał dobry widok na wyjście z zawalonej wieży. Nagle ze środka zaczęli wychodzić skołowani Płomienni, podpierając się jeden o drugiego, czołgając się, kaszląc.
- Poślij im serię.
Rozkaz dowódcy był krótki i zrozumiały. Selb pociągnął za spust i zaczął kręcić korbą, wprawiając mechanizm odpowiadający za strzelanie w ruch. Co czwarty pocisk pozostawiał po sobie cienką smugę dymu, mającą dać strzelcowi znać gdzie padają strzały.
Płomienni nawet nie wiedzieli skąd, ani co ich uderzyło. Sześć ciał padło na wznak przed wejściem do zniszczonego budynku.
- Wstrzymać ogień.
Selb puścił spust. Za chwilę przez wioskę zaczęły przedzierać się bandy centurii Krwawych, wchodząc od budynku do budynku, od namiotu do namiotu, sukcesywnie zdobywając każdy kolejny metr kwadratowy osady.
- Przegrupowanie na wschodzie. Węgle, jesteście najbliżej. Oczyścić przejazd, czekać na nasze przybycie.
- Zrozumiano - Falkner odparł na rozkaz centuriona, odkładając nadajnik na bok.
Jarrin pociągnął prawą dźwignię w tył, a lewą w przód, obracając czołg w miejscu. Ruszyli w odległości piętnastu metrów od murów, działo skierowane delikatnie w lewo.
- Selb, wypatruj uciekających Płomiennych. Strzelaj, jak któregoś zobaczysz.
- Tak jest, szefie.
Okrążając osadę, natrafili na ewakuujący się dwudziestoosobowy oddział Płomiennych. Ciągnęli za sobą jedno działo, lecz gdy tylko dostrzegli czołg, żołnierze zatrzymali się. Wiedzieli, że albo zginą sami, albo zabiorą załogę Kilofa II ze sobą.
Selb nie próżnował, ani nie pudłował. Niemniej działo stanowiło realne zagrożenie, stąd Gedwa syknąwszy wymierzyła w trzyosobową załogę działa frontowego. Naraz rozległ się huk i eksplozja. Przez dym Selb nie mógł nic dostrzec.
- Sam bym ich załatwił! - wykrzyknął do Gedwy, lecz nie odwrócił się w jej kierunku - Kurwa!
- Nie psiocz młody.
Po uciekających płomiennych pozostały jedynie ciała, niektóre rozczłonkowane, inne dziurawe jak sito. W oczekiwaniu na centurię Rocktroopera, Jarrin "zaparkował czołg" zaraz za wschodnim murem, sprytnie wciskając maszynę między mur a zniszczoną wieżę strażniczą.
- Ruch, na dziesiątej! - krzyknął Selb i złapał za karabin. Wymierzając w stronę biegnących pędem popielców, delikatnie muskał pazurem spust by strzelać seriami.
- WSTRZYMAĆ OGIEŃ!

Selb przycisnął łapami peryskop do siebie i spojrzał przez szkiełko. Wyszukał wzrokiem ciał popielców i jego serce na moment zamarło. Nosili takie same łachy jak inni, uciekali tak samo jak inni, ich futra były tak samo zaniedbane jak innych Płomiennych.
Lecz nie byli to żołnierze a samice, które tonąc łapały się brzytwy i próbowały ucieczki, biorąc swoje małe na łapy.

Falkner

  • Egida
  • ******
  • Wiadomości: 1085
  • Płeć: Mężczyzna
Wyzwolenie

Falkner wyszedł z namiotu dowództwa z nietęgą miną. Wyprzedził go Torchwielder, który był jeszcze bardziej zirytowany rozmową z Rocktrooperem i Centurionem Geffrą Kneesplitter, która dowodziła Krwawymi.
- Węgloróg! - Legionista odwrócił się za siebie i dostrzegł wychodzącego w pośpiechu Centuriona, pod którym służył. Tyrron otarł łapą czoło i łapiąc Falknera za nadgarstek, odciągnął na bok. Stanęli przy zawalonej konstrukcji szerokiego namiotu, w którym jeszcze do niedawna znajdowała się stołówka Płomiennych.
- Daj swoim odpocząć do rana. Niech się najedzą i wyśpią. Zadbajcie o morale.
Falkner ściągnął brwi i wyszarpnął swój nadgarstek z uścisku centuriona.
- Niech się szef zastanowi. Jest nas raptem pięciu i jeszcze mamy się rozdzielać? Bez wsparcia piechoty, z marnym wywiadem o liczebności wroga. Jak mam być spokojny i utrzymać morale?
- Jesteś dowódcą swojej bandy, ty wiesz najlepiej - Tyrron założył łapy za siebie i spoglądał w oczy Legionisty. Trwali tak chwilę, mierząc się ostrymi spojrzeniami. W końcu Centurion opuścił łapy i rzekł:
- Robimy, co do nas należy Węgloróg. Nie uśmiecha mi się taki podział, ale musimy czekać na wsparcie i przesunięcie artylerii. Pojedziecie z Torchwielderem, on ma łeb na karku.
Falkner pokręcił lekko łbem, zlewając całą wojskową etykietę. Nie dlatego, że nie szanował Rocktroopera a dlatego, że nowe rozkazy wydawały mu się naprawdę głupie. Wraz z bandą Torch mieli pojechać w dwa czołgi na wschód, by zabezpieczyć gówno warty obóz, jaki pozostał po wycofujących się Płomiennych. Piechoty mieli na tyle mało, że nie można było sobie pozwolić na wysyłanie ich do trzech miejsc. Jedna czwarta krwawych zostaje tutaj, w tym miasteczku które niedawno zdobyli, a reszta rusza na południowy wschód, głębiej na terytorium wroga.

Jarrin palił papierosa, siedząc na czołgu. Podpierając się lewą łapą z tyłu, prawa regularnie co dwadzieścia sekund zginała się by umieścić fajkę w pysku na trzy sekundy. Spojrzenie z wolna kierowało się to na lewo, to na prawo, omiatając zdemolowane ostrzałem artyleryjskim i granatami budynki. Niegdyś był to posterunek Legionów, ale podczas początkowej fazy ofensywy Płomiennych granice przesunęły się na niekorzyść Żelaznych. Dziś odzyskali swoje, płacąc za to najwyższą cenę - życiem. Z budynków wyprowadzano niewolnice, kociaki oraz tych, którzy nie mieli sił wskutek ran lub choroby aby stawiać opór. Jarrin strzyknął uszami, gdy w oddali usłyszał strzał. Przytrzymawszy papierosa w pysku dłużej, skierował wzrok na trzech Krwawych którzy kolejno strzelali pojmanym Płomiennym w tył głowy. Nie było czasu ani środków, aby wysłać ich do Krwawego Czerepa.
Selb siedział przy płonącym leju po pocisku, do którego nalano benzyny i zapalono.  Wyciągał swoje drżące łapy do ognia, chcąc choć ciało ogrzać, gdyż serce ściskał nieustępujący chłód naruszonego sumienia. Gedwa smażyła nad ogniskiem dwie kiełbasy nabite na patyk, obracając je co kilka minut.
- Selb - podjęła, spoglądając na Węglochwyta. Ten nie oderwał wzroku od trzaskających płomieni - Selb!
Popielec spojrzał na popielkę spod ciężkich powiek. Zwykle kręcona, siwa grzywa teraz była rozczochrana od noszenia hełmu i targania.
- Pierwszy raz?
- Co pierwszy raz? - odburknął na niezrozumiałe pytanie.
- Pierwszy ogień przyjacielski.
Selb głośno westchnął. Nie był to pierwszy raz, ale w tym przypadku trzeba było nakłamać. Skinął łbem.
- Nie wiem czy wiesz - podjęła, obracając kijek z nabitymi kiełbasami - ale z zawodu jestem saperem. Na czołgistę nigdy się nie szkoliłam, to Falkner wynalazł mi te zajęcie. Mówi, że to precyzja. Moja poprzednia banda liczyła aż dwudziestu chłopa i samic. Pewnego razu... źle odmierzyłam ilość materiałów wybuchowych.
- Rozumiem.
- Nie, nie rozumiesz. Daj mi skończyć. Miałam wysadzić grobowiec, gdzie kłębiły się duchy. Nie uciekliśmy na czas, nie wszyscy, a ładunki były za mocne. Siedmiu zostało w środku, gdy jedyna droga wyjścia została zawalona. Na końcu sufit zleciał im na łby.
Selb sapnął, opuszczając łeb.
- Nie powiem, by to było moje chwalebne wspomnienie. Morał z tego taki, że wypadki się zdarzają. Nie mogłeś nic na to poradzić - gdy strzelają, nie wychylasz łba. Nie wchodzisz przed lufę, przed czołg, czy wyciągnięty bagnet.
- Tam były młode -odparł chrapliwym głosem. Sięgnął do kieszeni kurtki i wyciągnął tekturową paczkę papierosów.
- Wojna to piekło, Selb. Nie oszczędza nikogo.

Nagle coś świsnęło nad głowami popielców, a w ślad za tym słychać było głośne huknięcie roztrzaskanej, drewnianej wieży strażniczej która ocalała przy północnym murze. Zaraz za tym rozległy się ponaglenia: - Kryć się! Ostrzał!
Jarrin wywalił szybko papierosa i zeskoczył z czołgu. Czołgając się, wsunął się pod niego w desperackiej próbuje znalezienia schronienia. Gedwa wstała pospiesznie i szarpnęła Selba za nadgarstek, ciągnąc do masywnego leja po uderzeniu. Wskoczyli tam oboje i czekali, aż ostrzał ucichnie.
Wybuchy były porównywalne do eksplozji fajerwerków na Meatoberfeście, z tym wyjątkiem, że uderzające w osadę pociski niszczyły to, co zdołało się ostać po szturmie Legionów. Gedwa zasłoniła Selba ramieniem, a następnie przycisnęła do siebie. Węglochwyt ani przez moment nie poczuł się dziwnie - to była normalna praktyka. Zresztą, byli rodziną. Człowiek tego nie zrozumie.
Falkner zdołał zbiec z Torchwielderem do piwnicy bazaltowego budynku, w którym niegdyś spali podoficerowie Płomiennych. Z zewnątrz słychać było krzyki żołnierzy, którzy rozpaczliwie szukali schronienia lub tych, których nerwy nie były gotowe na dwie minuty ostrzału. Te sto dwadzieścia sekund potrafiło mocno podziałać na psychikę wystarczająco zmęczonego żołnierza, poczucie bezsilności wobec losowo spadających pocisków, mogących zabić od razu lub okaleczyć do końca życia.
Jarrin przyciskał do łba hełm, Selb zaczął się trząść, zaś Gedwa mruczała coś niezrozumiałego. Gdy ostatni z pocisków spadł, na moment nastała cisza. Każdy nasłuchiwał kolejnej serii, która ostatecznie nie nadeszła. Gedwa puściła Selba, ten wyprostował się i przeczesał łapą grzywę. Oddychał głęboko, nie ruszając tyłka z okopu.
Węgloskrzydła spojrzała na trzymany w drugiej łapie patyk z kiełbaskami. Nawet nie zauważyła podczas rozmowy, jak ładnie zarumieniły się i popękały wzdłuż nacięć. Przysunęła patyk bliżej Selba.
- Kiełbaski?

- Dobra, ruszamy za trzy minuty. Nastąpiła zmiana planów.
Falkner zatrzymał się przy Kilofie II, spoglądając na zebraną wokół bandę.
- Naszym celem jest uciszenie tych dział, nim narobią nam więcej szkód. Na naszą  artylerię nie mamy co liczyć, są poza zasięgiem.
Węgle spojrzały po sobie. Jarrin klepnął dłonią w czołg i już miał się wgramolić do środka.
- Pierwotnie mieliśmy sprawdzić jakiś obóz Płomiennych, ale to może poczekać. Priorytetem jest zniszczenie artylerii wroga.
Wyciągnąwszy mapę, Falkner rozłożył ją na czołgu i wskazał trzy zaznaczone punkty.
- Działa są tutaj, tutaj i prawdopodobnie tutaj. Nie mamy pewności jaki opór spotkamy po drodze, dlatego Torchwielder jedzie z nami.
- Bez wsparcia piechoty? - zapytał Sarang.
- Jedziemy w dwa czołgi. Przykro mi, nie mamy wyboru.
- No dobra, jak szef powie - odparł Sarang i wskoczył na czołg, po czym wsunął się do środka przez właz w wieżyczce.
- W drodze powrotnej sprawdzimy ten obóz - kontynuował Legionista - jeśli będziemy w stanie. Nie będę więcej ryzykować, niż jest to wymagane. A teraz jazda, czas goni.
Wyruszyli przed czasem, jako że banda Torch również była gotowa. Oni prowadzili, Kilof zaś jechał jako drugi, kierując się dalej na wschód. Leśna ścieżka ustępowała wysuszonej, jałowej ziemi i karłowatym krzakom pozbawionym liści. Wzniesienia z prawej stanowiły znakomite miejsce na zasadzkę, z lewej zaś ciągnął się niegęsty las gołych drzew.  Załoga Kilofa obserwowała prawą stronę, banda Torch lewą. Falkner zamknął właz wieżyczki i spoglądał na trasę przez peryskop, niechętny ryzykować utratę łba od kuli zakamuflowanego snajpera.
Ale wroga nie było. Przynajmniej nie teraz. Dojechali do rozdroża i na polecenie Torchheada zatrzymali się. Legioniści konsultowali się za pomocą nadajników, starając się określić swoje położenie na mapie. Jeśli skręciliby w prawo, droga prawdopodobnie zaprowadziłaby ich do wspomnianego wcześniej obozu. Jadąc w lewo, skierują się na baterię dział wroga.
To należało zrobić. Wyeliminować działa, nim zrobią więcej szkód. Na własne nieszczęście, Płomienni otwarli ogień po raz kolejny. To zdradziło ich pozycje, działa z pewnością musiały być umieszczone wśród lasu. To znowuż stanowiło problem dla czołgów, bowiem nie przejadą niezauważone. Należało więc swą wiarę pokładać w sile popielczej stali.

Znacznie łatwiej byłoby, gdyby to piechota przemknęła przez las, a nie czołgi. Nie mając wyboru, rozdzielili się, zachowując odstęp ponad 50 kroków od siebie. Przed kierowcami maszyn stało nie lada wyzwanie odnaleźć drogę, po której można normalnie przejechać. Drzewa, choć gołe i na oko liche, piły życiodajne soki z gleby, to też niektóre z nich nie ulegały tak łatwo naporowi stalowych bestii. Robili przy tym wiele hałasu, odsłaniając się na atak.
Działa ucichły. Bazując na słuchu, musieli być niedaleko i dosłyszeć nadciągające maszyny. Teraz Falkner i Selb skanowali okolicę przy pomocy peryskopów, Jarrin nie mógł sobie pozwolić na ten przywilej, zaś Gedwa ograniczała ruchy lufą wieżyczki do absolutnego minimum, na wypadek gdyby mieli ich zaskoczyć.
Jedno z drzew ni stąd, ni z owąd przewróciło się w skutek głośnego wybuchu, które nadeszło z północnego-wschodu. Płomienni ujawnili się, choć nikt z Żelaznych nie mógł ich jeszcze dostrzec. Wtem, przez nadajnik odezwał się Torchwielder:
- Kontakt, trzecia godzina, dwa działa. Ognia!
- Sarang, ładuj wybuchowy. Gedwa, bierz ich na cel. Selb, ostrzeliwuj wokół.
Naraz przez las rozległy się dwa głośne huknięcia i jednostajnie hałasujące karabiny korbowe. Jedno z dział Płomiennych trafione wysoko kalibrowym pociskiem eksplodowało, roznosząc echo dewastacji wokół. Drugie wypaliło, strzał przyjął na siebie przód Kilofa II. Wszystkimi w środku zatrzęsło.
- Powtórzyć! - krzyknął Falkner.
Sarang otworzył rygiel komory działa i pozwolił łusce wypaść, w jej miejsce umieszczając nowy pocisk. Gedwa nieznacznie pokręciła pokrętłem poziomym i wypaliła. Nie trzeba było, bowiem ubiegła ich Banda Torch. Dwa na trzy działa były zlikwidowane. Trzecie dało o sobie znać w tym momencie.
- Agh! - wykrzyknął Torchwielder przez komunikator.
- CO Z WAMI? - Falkner równie głośno wydarł się do nadajnika.
- Szefie, mam kontakt. Biorę ich.... - ze spokojem rzekła Gedwa, obracając działo na godzinę jedenastą.
- Ognia!
Trzecie z artyleryjskich dział przeszło do historii. Podobnie jak kontrola osi poziomej wieżyczki czołgu Torchwieldera.
- Węgloróg... mamy jednego nieprzytomnego. Oś pozioma nie działa!
- Zrozumiałem - odparł Legionista Węgli. Misja zakończona, wracamy.
- Na nich! - dało się usłyszeć z zewnątrz.
Spomiędzy drzew zaczęli wybiegać Płomienni uzbrojeni w miecze, topory, karabiny ale przede wszystkim w wiązki granatów, tzw. przeciwpancerne szyszki. Wynalazek ten opracowano na potrzebę eliminowania celi opancerzonych, głównie czołgów które mogły wpaść w ręce wroga. Teraz i Płomienni dysponowali tą technologią, ulepszając ją. Magiczny ładunek kulminacyjny przebijał się przez stalowy pancerz czołgu, raniąc jego załogę w środku. Jeśli takowy granat mógłby przebić się do składu amunicji, lub co gorsza silnika, czołg od razu stawał w płomieniach.
- Strzelać bez rozkazu! Selb, zmieć ich. Gedwa, celuj w skupiska wroga. Nie pozwolić im podejść. Jarrin, ostro w tył!
Wszyscy zaczęli pracować na najwyższych obrotach. Legionista był dla nich jak zapalnik i serce maszyny, wprawiające w ruch odpowiednie jej elementy. Kilof II zaczął się cofać, Gedwa przekręciła lufę mocniej w lewo i jeszcze bardziej w dół, Selb zaś kręcił korbą i muskał pazurem cyngiel spustu. Gorzej było w przypadku Torchwieldera, który do dyspozycji miał unieruchomione w poziomie działo i karabin korbowy. Oni również zaczynali się wycofywać. Płomienni naturalnie poddawali się zmasowanemu ostrzałowi, niektórym jednak udawało się cisnąć granatami. Jarrin zawzięcie ciągnął dźwignie sterujące gąsienicami do siebie, jakby to miało sprawić, że maszyna szybciej będzie poruszać się do tyłu. Ziemia podrywała się w górę przez eksplodujące pęki granatów.
- Dawaj, nie zawiedź mnie! - Jarrin gorączkowo powtarzał to jak mantrę, pieszcząc nieczułą maszynę słodkimi słówkami.
Jeden z Płomiennych był na tyle odważny (a Selb nieuważny), że zdołał wskoczyć na czołg. Pracą łap próbował wspiąć się na wieżyczkę. Gedwa zarechotała i gwałtownie zaczęła kręcić pokrętłem osi poziomej w prawo, co ostatecznie zakończyło się grzmotnięciem intruzowi lufą w głowę.

Udało im się wyjechać z lasu mniej więcej podobną drogą do tej, jaką tutaj przyjechali. Zostawili za sobą pobrużdżoną ziemię i leżące na wznak ciała, ranione kulami karabinów korbowych. Teraz to Falkner jechał na szpicy tym razem, aż nie dotarli do rozstaju dróg.
- Węgloróg - odezwał się Torchwielder przez komunikator - My dojedziemy do osady, a wy sprawdźcie ten obóz.
- Mamy sami jechać, zgłupiałeś? - odparł Legionista. Reszta załogi Kilofa nie była słyszalna, lecz Falkner dobrze widział ich reakcje. Widział ich spojrzenia i kręcenie łbami.
- Jedźcie, my sobie damy radę. Rocktrooper będzie zadowolony. Chociaż zobaczcie, co tam jest!
- Nie będę ryzykować.
- A zaryzykujesz niewykonany rozkaz, co? Atmosfera i tak jest do dupy, nie pogarszaj jej.
Chwila zastanowienia. Jarrin odwrócił się i wyglądał na gotowego do jazdy. Selb zaczął przeładowywać karabin. Sarang i tak siedział w swoim kącie, zaś Gedwa, widząc co się dzieje, westchnęła i pokiwała głową.
- Zgoda. Jedźcie do obozu. Przekażcie Centurionowi raport.

Jarrin zakręcił w prawą odnogę ścieżki (teraz dla nich była to lewa). Droga ciągnęła się wzdłuż niewysokich wzniesień, bacznie obserwowanych przez załogę czołgu. Falkner pochylił się i rozłożył mapę by ustalić ich położenie.
- Jarrin, odbij na prawo. Znajdź nam jakieś wzniesienie, obóz jest niedaleko. Chcę się rozejrzeć.
Zgodnie z poleceniem, kierowca za pomocą swych "lejców" w postaci dwóch dźwigni skierował czołg na prawo, wspinając się na wzniesienie. Selb złapał się, mocniej siedziska a Falkner otworzył właz nad sobą, aby rozejrzeć się za pomocą lornetki.
Droga prowadziła w dół, do doliny gdzie niegdyś stał las. Dziś po drzewach zostały jedynie ścięte pniaki, zaś między nimi stał obóz na planie prostokąta, bez murów, a jedynie z dwoma ścianami drutu kolczastego otaczającego go z każdej strony. W środku znajdowały się podłużne domy, zbite z drewna i okryte płachtami niczym namioty. Dwa budynki wyróżniały się - jednym z nich była bazaltowa wieża obserwacyjna, drugim bazaltowe zejście w dół, prawdopodobnie do jaskiń.
Falkner cicho mlaskał spoglądając przez lornetkę stercząc w otwartym włazie.
- I jak szefie, widać coś? - spytał Sarang, łapiąc się za chwyty pozwalające dowódcy podciągnąć się do wyjścia z czołgu.
- Mamy kontakt. Popielcy... brak umundurowania któregokolwiek z Legionów, nieuzbrojeni - mruknął, powoli wodząc wzrokiem po okolicy.
- Może jeńcy? - spytał Selb.
- A może pułapka. To stary fortel Płomiennych, wystawić cywili albo więźniów na scenę by schować się za kulisami, gotując się na zasadzkę.
- Są wyczerpani - oznajmił dowódca - Widzę ciała, trzy. Dwóch nieoznakowanych, jeden Płomienny.
Węgloróg przystawił swój nadajnik do pyska.
- Tu Kilof II, obserwujemy wyznaczony obóz. Odbiór.
- Co tam macie, raportujcie - odezwał się zniekształcony głos Rocktroopera.
- Wygląda na obóz jeniecki, widzimy popielców bez mundurów i bez broni. Są zabici, w tym Płomienni. Rozkazy?
- Podjedźcie bliżej, rozglądnijcie się. Jeśli będziecie mieli pewność, że wroga w okolicy nie ma, zbadajcie sprawę.
- Dostaniemy jakieś wsparcie?
- Nie teraz. Sprawdzić obóz i zameldować, bez odbioru.

Falkner z głośnym sapnięciem odstawił nadajnik i zwrócił się do kierowcy:
- Jarrin, podprowadź maszynę pod bramy. Selb, Gedwa - zakaz otwierania ognia bez rozkazu, zrozumiano?
- Tak jest - odpowiedział duet popielczych głosów, żeński i męski.
Silnik zawarczał, a wszyscy chwycili się czegoś gdyż jechali z górki. Falkner, Gedwa oraz Selb bacznie obserwowali przez peryskopy okolicę na wypadek, gdyby obóz okazał się pułapką.
Zatrzymali się przy stalowej bramie zamkniętej na łańcuch i ciężką kłódkę. Z tej perspektywy załoga czołgu dostrzegła większą ilość popielców, którzy niczym duchy podchodzili do wrót. Każdy z nich wyglądał na zgoła wycieńczonego, nosili zaledwie przepaski i liczne szramy na ciele. Jedne zagojone, drugie wciąż krwawiące.
Falkner otworzył właz i spojrzał na trzech popielców, którzy na nogach stali tylko dlatego, że trzymali się krat bramy.
- Ej, gdzie Płomienni? - Legionista odezwał się do popielców przy bramie, nie siląc się na wymyślne gadki. Oni zaś spoglądali na czołg, jakby zobaczyli swoje wybawienie.
- N-nie ma. Odeszli albo - jeden z popielców siląc się by wydobyć z siebie jakiekolwiek informacje zakaszlał siarczyście, spluwając krwią na ziemię - nie żyj- nie żyją.
Selb instynktownie nakierował karabin na popielców przy bramie. Jarrin ściągnąwszy brwi, oglądał świat przez wąski prostokącik wizjera. Gedwa siedziała w bezruchu, zaś Sarang czatował przy stanowisku dowódcy próbując cokolwiek podsłuchać.
- Co to tutaj jest? Jakiś obóz jeniecki? - spytał Falkner.
Popielec tylko kiwnął głową, by zaoszczędzić sił. Drugi poczynił ponownie, choć to być może z tego powodu, że jego szczęka była wykrzywiona. Zupełnie jakby ktoś ją złamał.
- W porządku, nie ruszajcie się, sprowadzę wsparcie - Legionista wskazał pazurem na stojących przy bramie i zszedł na dół do czołgu. Chwycił w łapę nadajnik, lecz nim skontaktował się z centurionem, zwrócił się do swoich:
- Co myślicie?
- Śliska sprawa szefie - pierwsza rzekła Gedwa - To wciąż może być pułapka. Jest nas za mało.
- Może tak, może nie - wtrącił się Jarrin - Powinniśmy tam wejść i sprawdzić, albo przynajmniej wyciągnąć jeńców na zewnątrz.
- Sarang? - Falkner spojrzał na Węglorębacza
- Posiłki i wchodzimy. W razie czego mamy czołg.
Legionista skinął łbem w odpowiedzi i spojrzał na Selba, czekając na jego zdanie.
- Ymmm, no nie wiem. Nie chcę wpaść w pułapkę, ale też nie ma co dawać im tak sterczeć przy tej bramie jeśli faktycznie potrzebują pomocy.
- Zatem postanowione - Falkner przysunął nadajnik do pyska  - Centurionie, tu Węgloróg. Obóz jest jeniecki, według więźniów Płomiennych w okolicy nie ma. Proszę o wsparcie.
- Odmawiam - odparł Centurion - Chyba, że chcecie czekać kilka godzin.
- Nie mamy kilku godzin - rozdrażniony Legionista sapnął do komunikatora - Tutaj są więźniowie którym potrzebna jest pomoc medyczna.
Nastała chwila ciszy, którą przerwało głośne westchnięcie popielca po drugiej stronie.
- W porządku. Załatwię wam charcoptery z sanitariuszami, ale najpierw macie wejść do środka i zabezpieczyć obóz na przylot maszyn.
- Tak jest - odparł Falkner i odłożył komunikator na bok - Słyszeliście. Jest nas tylko pięciu, a ktoś musi pilnować czołgu. Sarang, obejmiesz działo. Pozostali idą za mną.
Maszynę opuścili jeden po drugim. Selb na polecenie szefa zabrał ze sobą nożyce do metalu, trzymane w składziku narzędziowym obok stanowiska Saranga. Gdy wyszli na zewnątrz, silny smród potu, krwi i odchodów uderzył w ich nozdrza. Gedwa sapnęła i zasłoniła pysk, Jarrin, przyzwyczajony do zapaszków obornika dał radę tylko przez chwilę wytrzymać nie zasłaniając nosa. Falkner nasunął kołnierz koszuli na nos, przynajmniej na chwilę, nim zmysł węchu przywyknie do skrajnie niesprzyjających warunków. Selb z kolei miał się z nich najgorzej, bo mało nie zwymiotował. Zakręciło mu się we łbie, przytrzymał się czołgu i pochylił głowę.
- Wszystko gra? - spytała Gedwa, zatrzymując się w połowie drogi.
- Tak... tak. Już idę.
Przyspieszając kroku, Węglochwyt podszedł do bramy z wyciągniętymi nożycami.
- Do tyłu - rzekł Falkner do więźniów, których przy bramie pojawiło się więcej. Sami samce, wygłodzeni, chudzi, poobijani. Miejscami mieli albo nadpalone futro, albo w ogóle go nie mieli.
Selb przeciął łańcuch, który z metalowym szczękiem uderzył w ziemię. Gedwa wraz z Jarrinem pchnęli z wolna bramę, dając czas trzymającym się jej więźniom by odsunęli się do tyłu.


Obóz tak naprawdę składał się z jednej długiej drogi i szeregu drewnianych domów okrytych płatami po lewej jak i po prawej stronie. Na samym końcu znajdowało się coś, co przypominało rytualny ołtarz. Jego płomienie wciąż się paliły, sugerując, że ktokolwiek tutaj pełnił wartę nie mógł uciec stąd daleko. Bazaltowa wieża strażnicza stała we wschodniej części obozu, zaś zejście w dół, do jaskiń znajdowało się zaraz przy niej.
Z domów wychodziło coraz więcej zagłodzonych popielców, którzy mieli na sobie przepaski, inni tylko koszule, a jeszcze inni byli całkowicie nadzy. Wzdłuż drogi ścieliły się trupy zarówno Płomiennych jak i jeńców, którzy zginęli z niewiadomych przyczyn. Niektóre ciała były nadpalone, inne zwęglone a jeszcze inne poszlachtowane. Temu wszystkiemu towarzyszył wcześniej opisany, niemiłosierny smród który odbierał rozumowi zdolność pojmowania co tutaj tak naprawdę zaszło.
Do Gedwy przyparł jeden z popielców, którego żebra były aż zbyt dobrze zarysowane na wygłodzonym ciele. Selb chwycił innego z więźniów, który o mało nie wywrócił się idąc w jego stronę, by podziękować mu za ratunek. Jarrin przycupnął przy popielcu, który niczym ludzkie dziecko szlochał nad ciałem martwego kompana, trzymając jego pozbawioną tchnienia życia głowę na kolanach.
Falkner zaś stał i ściągnąwszy swój hełm, próbował zrozumieć czym tak naprawdę jest to miejsce. Nie raz, nie dwa widział obozy jenieckie, nawet Płomiennych, jednakże nigdy wcześniej widoki te nie były tak przygważdżające. Z jednego z domów dwójka popielców probowała wynieść martwego kolegę, przewalając się o próg i wyjąc z bólu. Inny dom tlił się dymem, a jedynie wystająca łapa trupa mogła świadczyć o tym, że ktokolwiek tam był, spłonął żywcem.
Idąc dalej, Węgloróg zmierzał do rytualnego ołtarza na drugim końcu obozu. Dostrzegł popielca, który trzymając się ledwie drzwi drewnianego domu, trzęsącą pięścią przybił w pierś. Legionista zatrzymał się, odwrócił w kierunku popielca i odsalutował, jak nakazywał regulamin. Podszedł następnie do niego, a zaraz za dowódcą zjawiła się reszta Węgli (poza Sarangiem, który siedząc na stanowisku strzelca przyglądał się temu wszystkiemu przez okular celownika).
- Żołnierzu, jesteście w stanie mi wyjaśnić co to za obóz? - Falkner nachylił się nad jeńcem i łapiąc go pod łapy, usadził na progu domu. Z wewnątrz słychać było ciche jęki więźniów, którzy o własnych siłach wyjść nie mogli.
Popielec pokiwał głową w odpowiedzi Węglorogowi, a następnie mlasnął. Falkner wyciągnął łapę do Gedwy, prosząc o jej manierkę.
Nigdy wcześniej ani Selb, ani inni z Węgli nie widzieli kogoś, kto tak łapczywie piłby wodę. Więzień ze łzami w oczach pił z metalowej manierki, a następnie oparł pysk i odetchnął.
- To obóz jeniecki, sir - wydukał z siebie żołnierz, ocierając łzy wzruszenia. Powiódł pazurem wokół, wskazując na drewniane domy - Tutaj nas trzymają, a t-tam - wskazał w kierunku wieży i zejścia do podziemi - prowadzili nas do roboty w kopalni.
- Jak długo tu jesteście? - spytał Falkner, odbierając manierkę Gedwy.
- Sezon... może mniej - odparł ten, zakrywając pysk wychudzonymi łapami - Broniliśmy granicy, broniliśmy ile się dało, ale było ich za wiele. Zawiedliśmy...
- Nie zawiedliście, dzięki wam zdołaliśmy odeprzeć wroga z ojczyzny - rzekł Falkner, łapiąc więźnia za ramię. Gołą łapą poczuł jego kościsty bark i obojczyk, więc czym prędzej cofnął ją by nie uczynić jeńcowi krzywdy.
- Jednych brali do robót, innych poświęcali w rytuałach. Raz na jakiś czas wznosili effigy, palili żywcem... Dzisiaj chcieli wymordować wszystkich gdy uciekali, ale podnieśliśmy bunt. Kto mógł, to walczył. Zabrakło im sił, żołnierzy, to zamknęli nas tu, zostawili na śmierć. Bez jedzenia, bez wody...
- Pomoc już do was leci, charrcoptery z sanitariuszami i wodą już tu lecą - rzekł Falkner i podniósł się. Zwrócił pyk w stronę Węgli.
- Selb i Jarrin: sprawdzić ten ołtarz. Gedwa, twoim zadaniem jest przygotowanie lądowiska dla charrcopterów. Idę zameldować Rocktrooperowi co tutaj znaleźliśmy. Przyślę ci Saranga do pomocy.
- Tak jest - odparła Węgloskrzydła, po czym oddaliła się od zgrupowania.
- Falkner... - podjął Jarrin, nie siląc się już na podkreślanie stopnia Węgloroga - Czy ty... kurwa, co to jest?
- Jarrin, weź się w garść - uciął krótko Legionista - Oni potrzebują pomocy. Też nie wierzę w co widzę, ale musimy coś zrobić. Z Selbem sprawdźcie ten ołtarz, jeśli znajdziecie jakiegokolwiek Płomiennego, nie wolno wam go zabijać. Zrozumiano?
- Tak jest - pokiwał głową Jarrin.
Falkner sapnął i otarł łapą czoło. Jego zmęczone spojrzenie mówiło samo za siebie.
- Załatwimy im pomoc, wodę i jedzenie. Tyle możemy dla nich zrobić.
Jarrin smutno westchnął i spojrzał na Selba, który również wyglądał tak, jakby cała radość opuściła jego duszę. Klepnął go w ramię i poprowadził w kierunku ołtarza. Falkner zawrócił do czołgu, aby o znalezisku donieść Centurionowi.

- Całe moje życie nie widziałem tak bestialskiego obozu - rzekł Jarrin, ocierając palcami powieki.
- Wojna to piekło - odparł Selb.

Falkner

  • Egida
  • ******
  • Wiadomości: 1085
  • Płeć: Mężczyzna
Opór


- Żołnierze! - wykrzyczał cherlawy popielec wchodząc na ostamplowaną Żelaznymi emblematami skrzynię - Wieści z Cytadeli przywieźli. Dla każdego po jednej sztuce!
Rezydenci Żelaznej Ostoi (tak ochrzczono zdobytą przed dwoma dniami osadę) ruszyli jakby dawali ciepłe koryto. Każdy chciał dostać swój egzemplarz gazety, przeczytać przemówienie Imperatora, poznać słowa Trybunów i punkt widzenia łańcucha dowodzenia dotyczącego ostatnich wydarzeń. Na ostatnich stronach zaczęto drukować podnoszące na duchu cytaty kociąt o walczących żołnierzach, cywili z Czarnej Cytadeli którzy zawdzięczają armii bezpieczeństwo granic ojczyzny a także plotki i ploteczki, które choć na moment pozwalały wyobrazić sobie "inne życie".
Wszystko to oczywiście było połowicznie autentyczne. Morale należało utrzymać na przyzwoitym poziomie, to też słowa przypadkowych przechodniów były upiększane, zdania przestawianie i sens zmieniony tak, aby uzyskać wyznaczony efekt. W tym przypadku wspomniane morale. Ale byli też tacy, którzy potrafili czytać między wierszami. Poza tym prawdy nigdy nie można zamknąć w klatce - choć frontowa poczta zaczęła znacznie gorzej działać (wysłanie czegokolwiek do Cytadeli zajmowało dni, zaś przesyłki w inne części świata w ogóle nie dochodziły), nie dało się nałożyć każdemu klapek na oczy. Jak jest, wszyscy widzieli.
Wyzwolenie płomiennego obozu jenieckiego odbiło się głośnym echem wśród żołnierzy oraz stolicy. Przez dwa dni w gazetach drukowano wizerunki wychudzonych, wymęczonych i konających żołnierzy uratowanych na pięć sekund od śmierci. Po trzech dniach na stronach gazet pojawiały się wywiady z uratowanymi żołnierzami, którzy oczekiwali na bezpieczny transport do domu.
Napędzani gniewem i rządzą zadośćuczynienia za znęcanie się nad braćmi i siostrami, Legiony prędko naparły na Żelazną Ostoję - spory garnizon Płomiennych w okolicy, połączony z osadą. Zwycięstwo przyszło szybciej, niż można było przypuszczać, gdyż walka nie trwała nawet pół godziny. Miało to jednak drugie dno: uciekając, Płomienni spalili za sobą wszystkie mosty (w tym znaczną część osady) i wycofali się w góry, do lasów i mniejszych posterunków. Żelazna Ostoja była jak na widelcu dla Płomiennej artylerii, niemniej była zbyt ważnym punktem aby oddać go z powrotem w ręce wroga. Wraz ze zmniejszającą się ilością żołnierzy będących w stanie walczyć, potrzeba przysłania uzupełnień wzrosła. Front jednak był za długi, a siły Legionów zbyt rozciągnięte by można było pozwolić sobie opuścić lewą flankę, by umocnić prawą.

- Patrzcie, co piszą - Selb podszedł z rozłożoną gazetą do Węgli, którzy siedzieli przed palnikiem umieszczonym w ziemi. Z odzyskanego namiotu zrobili sobie zadaszenie przed deszczem, umieszczając jeden koniec nakrycia w ziemi, drugi zaczepili o czołg.
- Pierwsza strona, czytajcie - rzekł, wciskając w dłoń każdemu po gazecie. Wszyscy zaszeleścili rozkładając pismo. Selb jednak nie mógł wytrzymać i zaczął czytać na głos:
- W dniu dzisiejszym na ręce trybunów dowodzących na froncie wschodnim przyszedł list od Trybuna Jaharra Smolderpawa - gagatka, odpowiadającego za hektolitry przelanej popielczej krwi. W swym butnym liście Smolderpaw wezwał naszych dowódców do poddania się i wycofania rezerw nadchodzących z Czarnej Cytadeli na front wschodni. Zdaniem płomiennego dowódcy, zakończy to konflikt, który swojego zaostrzenia doznał na początku tego roku.
- I teraz słuchajcie - Selb wyprostował się, przyjął majestatyczną pozę i zacytował dalej:
- Trybunowie zrozumieli się bez słów i podyktowali lakoniczną odpowiedź, która odzwierciedla nasze nastawienie do złożenia broni. W liście zwrotnym Trybun Smolderpaw dostał odpowiedź: GÓWNO!
Jarrin zarechotał. Gedwa pokręciła łbem szczerząc kły w lekkim uśmiechu. Falkner zaś westchnął, mruknął gardłowo i rzekł:
- Płomienni zrobili się strasznie kurwa zuchwali.
- Ano - odparł Selb, przewracając gazetę na inną stronę - Płomienny dostał odpowiedź na jaką zasłużył.
Gedwa wstała, przytrzymując się ramienia Jarrina. Podczas zdobywania Żelaznej Ostoi, Kilof II oberwał z działa polowego (nie pierwszy raz) w wieżyczkę. O ile pancerz czołgu z frontu jest najcięższy, jego flanki są nieco słabsze. Załogą zachwiało, a Gedwa grzmotnęła łbem w ścianę. Nabiła sobie guza nie na żarty, doszło do uszkodzenia czaszki o którym wiedziała tylko ona, lekarz i Falkner. Teraz wszyscy byli potrzebni w jak najlepszej kondycji i nie było miejsca na użalanie się nad sobą.
- Ja bym mu bardziej nawrzucał - odezwal się Sarang, dodając swój spóźniony komentarz do artykułu w gazecie.
- Żeby tylko. Jak przejedziemy te góry, Smolderpaw zawiśnie na łańcuchu nad Wielką Hutą. A potem tylko powoli, bez pośpiechu opuszczać go na dół. I wszystko to publicznie - rzekł Selb, podnosząc łeb znad gazety i szczerząc kły szelmowsko.
Falkner znów westchnął. Nie chciał młodemu psuć wyobrażenia o wygranej wojnie, niemniej sam nie posiadał już wiele wiary w totalne zwycięstwo. Spoglądając na Gedwę, widział popielkę która jest na skraju swoich nerwów, tuszującą kontuzję tylko po to, by nie odesłano jej do domu. Jarrin coraz mniej żartował, coraz częściej spał i jadł połowę tego, co normalnie. Sarang zaś był po prostu Sarangiem - kaleką na umyśle, lecz o zdrowym ciele. Jego lojalność znacznie przewyższała jego zdolności w tym momencie.
Oraz on sam. Legionista Węgloróg, obieżyświat, konstruktor, mechanik, treser, primus, strzelec i dowódca załogi czołgu. Bagaż doświadczeń mógł kategoryzować go jako emeryta, którym zresztą się czuł. Przed odpuszczeniem trzymały go dwie rzeczy: banda i stanowisko.
Czy mógłby zdezerterować? Nie, nigdy. Czy zgłosiłby wniosek o przeniesienie? Zbyt duże ryzyko, jego kredyt na przysługi wyczerpał dawno temu. Nie pozostało więc nic innego jak walczyć, słuchać przełożonych i nie dopuścić do zabicia swoich podwładnych.

Tak właśnie mijał im czas: na rozmyślaniach, czytaniu gazet i obrazkowych czasopism, staniu w kolejce po żarcie, graniu w karty i okazjonalnie w kości, piciu beznadziejnego alkoholu (nalewki Jarrina już się skończyły) i spaniu kiedy tylko można było. Ze snu najefektywniej wyrywał ostrzał artyleryjski, niekiedy kilka razy dziennie, z trzech różnych stron. Zostali prawie odcięci od frontu, stąd zaopatrzenie przez ostatnie dni przylatywało jedynie z pomocą charrcopterów i to też nie zawsze. Żaden pilot nie chciał ryzykować lotu dalej, niż ustalały rozkazy: płomienni poza ciężkimi działami, płonącymi effigy i paskudnymi zaklęciami mieli na podorędziu działa, które zbudowano z myślą o zasypywaniu strefy powietrznej pociskami wybuchającymi gęstym dymem. Jedno celne trafienie jeszcze nie niszczyło śmigłowca, lecz zabłądzenie w strefie o ograniczonej widoczności zazwyczaj kończyło się tragicznie.
Wszyscy w Żelaznej Ostoi: Węgle, Centurion Rocktrooper, pozostałe przy życiu bandy, oddziały Krwawych i Popielnych balansowali na skraju wycieńczenia nerwowego. Niemniej działa Żelaznych nie milczały: odpowiedź na ostrzał jednej strony następowała w przeciągu minuty. Artyleria waliła kilka razy dziennie, piechotę wysyłano patrolami by przechwytywać wrogie zaopatrzenie, likwidować mniejsze obozy, przeciwdziałano szpiegostwu i obserwatorom. W powietrzu jednak wisiała gęsta zawiesina nadchodzącego starcia. Pytanie brzmiało: która strona będzie na tyle odważna, aby uderzyć?

Odpowiedź nadeszła jeszcze tego samego dnia. Po obiadowym ciepłym korycie, Centurion Rocktrooper zgarnął Falknera do swojego namiotu.
- Węgloróg, jak morale bandy?
- Trzymamy się - odparł zdawkowo.
- Więc dzisiaj musicie trzymać się mocno. Nasz wywiad donosi, że Płomienni szykują ofensywę wymierzoną przeciwko nam. Pod osłoną nocy chcą natrzeć na Ostoję, będziemy więc musieli się bronić. Rozmieszczam nasze czołgi w strategicznych miejscach, więc ty i twoi żołnierze zajmiecie wschodni plac, między ruinami katedry a północną ścianą garnizonu.
- Nie będziemy bronić osady od zewnątrz?
- To bezcelowe, artyleria was rozniesie na strzępy. Schowacie się, nasi technicy już zabierają sie do budowania umocnień dla piechoty i pułapek jako prezent powitalny dla płomiennych. Otrzymają go, jak tylko staną na wycieraczce naszego obozu.
Falkner pokiwał głową. Znając faktyczny stan zdrowia i morale Węgli, pomysł z przyczajeniem się niczym ukryty tygrys był lepszy, niż odsłanianie się na atak.
- Mamy jeszcze coś - dodał Rocktrooper, siegając do swojej papierośnicy. Zachęcony gestem przełożonego, Falkner również odpalił papierosa - Popielni dzisiaj przysyłają wsparcie. Gdy zapadnie noc, nasi piloci ruszają na przekór wrogiej obronie przeciwlotniczej i zrzucają spadochroniarzy. Jak wszystko dobrze pójdzie, wroga artyleria zostanie synchronicznie uciszona przez popielnych dywersantów. To znacznie nam ułatwi obronę, a nawet umożliwi przejście do kontrataku.
- Sprytnie - Falkner pokiwał łbem.
- Wątpicie w powodzenie tej misji, Węgloróg? - Tyrron dostrzegł brak entuzjazmu u podwładnego.
- Centurionie, szczerze? Kurwa, siedzimy tu jak motylki na kwiatku, a płomienni już maszerują z siecią. Nie wątpię, że Popielnym się uda. Jestem po prostu sceptyczny. Ciągniemy się za ogon już od Sezonu, wygrywaliśmy aż stopniowo straciliśmy impet i tkwimy tu jak oddziały przygraniczne.
Rocktrooper zamrugał i zaciągnął się. Z teatralnym westchnięciem odpowiedział:
- Nie jesteś już szeregowym, by marudzić swojemu przełożonemu. Jako dowódca masz częściowe pojęcie o tym, co muszę znosić. Nie dopierdalaj mi więc, dobra?
- To nie czepiaj się mojej reakcji. Rozkaz jaki padnie, taki zostanie wykonany.
Obydwoje zaciągnęli się łapczywie papierosami. Rocktrooper i Węgloróg wykuli między sobą silną relację, mimo, iż hierarchia jasno określała kto komu podlega. Zwyczajne słowne przekomarzania były co najwyżej ryskami na twardym kawałku stali, jak określić można ich stosunki.
- Jeśli Popielni się postarają, będziemy krok bliżej do zwycięstwa. Może następny list jaki płomienni nam przyślą nie będzie tak bezczelny, a faktycznie zechcą się dogadać - Rocktrooper zgasił peta w puszce po konserwie, która zyskała miano popielniczki - Bezcelowy opór, już mogli siedzieć w swoich norach, czekać, a być może byśmy się dogadali.
- Boją się nas, wiedzą, że chcemy zetrzeć Płomienny Legion z Tyrii - odparł Falkner - Na ich miejscu zbroiłbym się by móc się bronić, nie atakować. Ale świat nie jest takim, jakim byśmy chcieli by był.
Rocktrooper prychnął, szczerząc kły.
- I właśnie dlatego walczymy po to, by był taki, jaki chcemy. Przekaż bandzie, że dzisiaj stawiamy wrogowi opór.

Operacja zaplanowana była na późną godzinę wieczorną, gdy słońce już dawno nie świeci na niebie a gwiazdy rozpościerają swój błyszczący płaszcz. Załoga Kilofa II została poinformowana o przedsięwzięciu zaraz po powrocie Falknera z odprawy, dlatego każdy z nich miał czas na przygotowania. Jarrin, wrażliwy ostatnio na punkcie bezpieczeństwa technicznego obleciał czołg pod kątem usterek.
- Szefie, trza by było nam gąsienicę prawą nareperować. Klepanko też by się zdało.
- Nie ma czasu Jarrin, usuń problemy jakie się tylko da.
Sarang zniknął na jakiś czas wśród żołnierzy krwawych, oddając się hazardowi i dyskusjom na temat tego, co będzie, jak zwyciężą wojnę. Selb zadbał o to, by jego stanowisko było uporządkowane, taśmy z nabojami do karabinu przygotowane. Z braku lepszego zajęcia wysprzątał i przygotował miejsce dla pozostałych członków załogi.
- Nudzi ci się widzę - rzekł Falkner, kwitując pucowanie okularu celownika strzelca czołgu.
- Tak jest, sir. Znaczy nie, bo mam zajęcie - odparł zmieszany Węglochwyt, robiąc kółka szmatką na dostatecznie czystym szkle.
- Dobry z ciebie żołnierz. Myślisz o innych, nie tylko o swoim ogonie - Falkner przysiadł na włazie wieżyczki i zapalił papierosa. Spod czyjej łapy wyszedłeś z fahraru?
- Primus Hastefist, sir. Żelazny Legion.
- Zdziwiłbym się, gdybyś powiedział że Krwawy. Czego teraz uczą w fahrarach, co? Za moich czasów opowiadano historie o ludziach, którzy żywcem zdzierają skórę z popielców. O ich magach, którzy z naszych kłów robią sobie naszyjniki, mające nas odstraszać, jakbyśmy byli jakąś bojaźliwą zwierzyną.
Selb zaśmiał się - Nie sir, teraz nie takich rzeczy uczą. O każdej rasie opowiadają, na wypadek, jakby miała wybuchnąć nowa wojna. No i o smokach, głównie o kryształowym smoku. Jak walczyć z jego żołnierzami, gdzie ciąć by bolało i gdzie walić by się sypał kryształowy pył.
Gedwa z kolei ucięła sobie kolejną drzemkę. Obudzona przez dowódcę, odwróciła się na drugi bok. Dopiero gwałtowne szarpnięcie Falknera obudziło ją na dobre.
- Wstawaj Gedwa, musimy się szykować. Wróg nie śpi, zwiadowcy donoszą o maszerujących zastępach w naszą stronę. Wstańże, kurwa!
Lekko, aczkolwiek tak, aby poczuła, Węgloróg kopnął Gedwę w plecy. Ta syknęła, zrywając się na równe nogi. Zacisnęła łapę w pięść i już podnosiła ją, markując uderzenie.
- Uspokój się - Falkner krzyknął, wskazując na nią pazurem - Śpisz od kilku godzin. Nic nie jadłaś. Jesteś w stanie walczyć?
- Tak - odparła popielka, rozluźniając pięść. Włos na karku dalej miała zjeżony, a spojrzenie gniewne. Splunąwszy, ruszyła do czołgu.

- Potwierdzić gotowość - głos Rocktroopera rozbrzmiał w komunikatorze.
- Banda Węgla, gotowi - odparł Falkner. Wraz za nim odpowiedziały jeszcze dwa głosy.
- Świetnie. Popielni donoszą, że wróg będzie tu za 2 minuty. Nasze charrcoptery są już w drodze. Pamiętać: nie opuszczać swoich stanowisk bez rozkazu. Bierzecie na cel effigy, działa, cięższe jednostki wroga. Reszta wpada w łapy Krwawych, dajmy im coś też zrobić dla tej wojny.
- Ta jest - Falkner odłożył komunikator - Dobra wszyscy, oczy otwarte, łapy gotowe. Jarrin, trzymaj się tej kryjówki. Gedwa: strzelasz na mój rozkaz. Selb: nie otwierasz ognia gdy nadejdą nasi. Sarang ładujesz, tego ci tłumaczyć nie muszę.
Selb poprawił ułożenie swojej czapki i chwycił za karabin - prawą dłonią musnął języczek spustu, lewą położył na korbie.

Wszystko znów zaczęło się od ostrzału dalekiego zasięgu. Płomienną artylerię dało się słyszeć z daleka, Żelazna zaś nie pozostała dłużna. Tym razem jednak ostrzał miał nie uderzać jak najdalej, a bliżej, w maszerujące szeregi Płomiennych.
- Nadciągają - zabrzęczał Rocktrooper przez komunikator - Ale ich nasi łoją z daleka. Pędzą prosto w pułapkę.
- Przygotować się - rzekł Falkner do swojej załogi.
Nocne niebo przeszyły świsty pocisków uderzających w Żelazną Ostoję. Nagle działa żelaznych umilkły, dając pole do popisu nadlatującemu wsparciu z powietrza.


Niebo zamieniło się w upstrzoną czarnymi plamami przestrzeń. Odezwała się obrona przeciwlotnicza wroga. Załogi charrcopterów kurczowo trzymając się czegokolwiek w środku trzęsły się za każdym razem, gdy obok którejś z maszyn wybuchł pocisk pełen dymu. Piloci klęli na czym świat stoi musząc przedzierać się przez gęste tumany, lecąc na oślep. Ale w tym Popielny Legion był najlepszy.
- Potwierdzić gotowość! - zagrzmiał głos dowódcy Wiertła II, jednego z charrcopterów.
- Dziesięć, gotowy! - krzyknął popielec na końcu kolejki do skoku, klepiąc w ramię żołnierza przed nim.
- Dziewięć, gotowa!
- Osiem, gotów!
- Siedem, gotów!
- Sześć, gotowa!
- Pięć, go-
Maszyną zatrzęsło, piąty w kolejce żołnierz przewalił się na ziemię i zawył z bólu.
- Zielone światło, skakać, skakać!
- Spadamy! - krzyknął pilot - Wyskakiwać, szybko!

- Widzę effigy - ozajmiła Gedwa, nie odrywając oka od okularu.
- Wal nogę! - krzyknął Falkner, przytykając bliżej ślepia do peryskopu.
- Potwierdzam trafienie - oznajmiła popielka. Dźwięk upadającej łuski i wciśnięcia do komory nowej przez Saranga oznaczał gotowość do strzału.
- Dobij go, wal w łeb - rzekł Falkner - Selb, poczęstuj ich serią.
Schowany między dwoma budynkami czołg był w najlepszej możliwej pozycji - osłonięty z wszelkich stron - lewej, prawej i tyłu. Maszyną zatrzęsło, gdy kumulacyjny pocisk wypalił. Trafienie effigy oznaczało stopienie osłaniającego je pancerza i przebicie do środka. Ładunek ma tym większą efektywność, gdy przebije się do środka.
W tym przypadku tak się stało. Tors płomiennej konstrukcji eksplodował iskrami i lawą, a stalowy szkielet opadł na ziemię. Selb z przyjemnością zaczął strzelać ogniem zaporowym o wąskim promieniu, blokując wrogowi podejście. Pierwsza linia zasypana gradem ołowiu kładła się na ziemi, następni przeskakiwali tylko po to, by wejść w pułapkę Żelaznego Legionu.

Spadochroniarze Popielnego Legionu po wylądowaniu czym prędzej odczepiali plecaki. Tym, którzy mieli z tym problem pomagali inni - uderzając z siłą w klamrę pasa na piersi lub odcinając ramiona plecaka, jeśli klamra się zacięła. Przestępując między pagórkami, chowając się za drzewami, bandy w czarnych mundurach posuwały się naprzód w kierunku dalekosiężnych dział nieprzyjaciela. Do zajęcia były trzy punktu: północno-zachodni, północny i północno-wschodni. Tylko w tym ostatnim stawiano wielki opór, pozostałe były słabo chronione.
- Podkładać ładunki! - wykrzyknął Legionista do swojej bandy, ocalałych spadochroniarzy z Wiertła II.
- Ładunek pierwszy na miejscu!
- Nadchodzą z północy!
- Osłaniać saperów, ogień na północ. Szybko, kurwa, szybko! - zagrzmiał ponaglający głos Legionisty.

Selb cieszył oczy konającym wrogiem który wpadł w pułapkę swego własnego pokroju. Ściana ognia powstała z wykopanych dołów zalanych ropą zmiotła następną porcję nacierających w pierwszym szeregu. Nie trzeba było długo czekać, aby Płomienni szamani coś z tym zrobili, niemniej Selb nie chciał czekać. Strzelał ile taśma pocisków podawała.
- Gedwa, widzę kolejne effigy - oznajmił Falkner. Strzelaj pierw w nogę, dobij drugim. Wybuch niech zmiecie jak najwięcej wrogów.
- Ta jest - odparła popielka, biorąc nowy cel.
- Szefie, działa frontowe jadą! - krzyknął Selb.
- Effigy najpierw!
Pocisk opuścił lufę, sprowadzając płonący konstrukt na ziemię.
- Gedwa, działo frontowe, lewo dziesięć stopni.
- Mam go.
- Kurwa! - krzyknął Sarang, gdy czołgiem zachwiało.
Jarrin przywalił czołem w kokpit. Szybko namacał łapą krwawiące źródło bólu. Działo frontowe było szybsze, przez co Gedwa chybiła.
Selb złapał za karabin, zaczął strzelać. Po trzech nabojach karabin zaklikał, zawiadamiając o braku pocisków.
- Kurwa, muszę przeładować!
- Gedwa, rozwal to działo! - Falkner uderzył pięścią w ścianę.

- Północno-zachodnie działo uciszone! Powtarzam, północno-zachodnie działo uciszone! - wykrzyczał do słuchawki nadajnika Popielny Legionista - Jakie rozkazy?!
- Utrzymywać pozycję, nie dać wrogowi odbić dział. Bez odbioru!
Jedno z dział zostało wyłączone z użytku, co z pewnością musiało pomóc obrońcom Żelaznej Ostoi. Pozostałe umilkły, gdyż walka przeniosła się na ulice osady. Niefortunnym byłoby, gdyby artyleria strzelała do swoich własnych żołnierzy (co mimo wszystko się zdarza).
- Utrzymujemy pozycje! - krzyknął Legionista.
W tym samym czasie dwie bandy Popielnych szturmujące północno-wschodnie działo utknęło pod naporem zaklęć i ognia nieprzyjaciela. Pomocy nie było skąd wziąć, piloci już dawno zawrócili, a te charrcoptery nie miały wyposażenia przystosowanego do bombardowań.
Od powodzenia tych dwóch band zależało wiele. Nie tylko w tym momencie, ale i w kolejnych dniach.

Przedni pancerz, najtwardszy, uchronił czołg przed przebiciem się pocisku i zabiciem wszystkich w środku. Nie uchronił jednak Jarrina przed rozwalonym czołem.
Strzelcy Żelaznych torowali drogę nadciągającym zbrojnym Krwawych, których zadaniem było rozprawić się z wrogiem wewnątrz osady. Selb dostał zakaz otwierania ognia, choć w głębi duszy chętnie popruł by z nowo załadowanej taśmy. Zabicie obsługi działa frontowego było dla niego niewystarczające.
- Gedwa, dobij to effigy. Wybuch załatwi kilku wokół.
- Tak jest.
Lufa przemieściła się kilka stopni w prawo i w dół. Huk pocisku opuszczającego lufę i eksplozja płomieni przywołały uśmiech na pysku Węgloskrzydłej.
- Nic nie widzę, co tam się dzieje!? - Sarang przyparł do stanowiska dowódcy, gapiąc się na peryskop.
- Wracaj na swoje miejsce, Węglorębacz - Falkner wydarł pysk głośniej, niż jakby wpadł we wnyki.
- Siekają ich Krwawi, aż miło patrzeć - odparł Selb, widząc wszystko idealnie z przodu.

- Północne działo zniszczone! Powtarzam, północne działo zniszczone!
- Przyjąłem. Utrzymywać pozycje!
- Tak jest! Co z pozostałymi?
- Dwa leżą, jeszcze jedno. Duży opór wroga. Utrzymywać się, bez odbioru.
Drugie z trzech dział padło. Akcja Popielnych była ryzykowna, ale to było ryzyko z wielką nagrodą na samym końcu.

- Wycofują się! - krzyknął Selb, uderzając łapą w kokpit - Uciekają, ha ha!
- Sarang, ładuj wybuchowy. Gedwa, strzel im na pożegnanie.
- Z przyjemnością.
Odwrót Płomiennych okazał się udany, lecz cała operacja kosztowała wroga wielkie straty. Do uciekających szamanów, zbrojnych, fechtmistrzów i łuczników strzelano ze wszystkiego: dział, czołgów, karabinów, nawet z łuków. Komu się udało, ten po prostu miał szczęście.
- Ugh... - Gedwa mruknęła, odsuwając łeb od celownika.
- Meldować się - Rocktrooper znów zagrzmiał w komunikatorze.
- Węgle cali i zdrowi - odparł Falkner.
- Łeb mi pęka - Jarrin zamarudził, a po chwili zaczął się śmiać, upojony kolejną udaną akcją.
- Chyba się zerzygam! - Gedwa przecisnęła się przed Falknerem do wyjścia, uchylając klapę wieżyczki.
Falkner odsunął się, a Gedwa wyskoczyła czym prędzej na zewnątrz, po czym na ziemię. Odbiegła kawałek w stronę placu, który teraz ociekał popielczą krwią.
- Każdemu puszczają już nerwy - Jarrin skwitował Gedwę wymiotującą do dogasającego leja po pocisku.
- Żeby ci tylko zwieracze nie popuściły, bo będziemy mieli problem - Selb zarechotał w odpowiedzi.
Ale po tym co zobaczyli, nikomu nie było do śmiechu.

- Wycofać się! Operacja nieudana! Bez odbioru!
- Co? Jak to.. kurwa, sram twoje bez odbioru! - wykrzyczał Legionista Popielnych - Wszyscy, zbierać dupska do punktu ewakuacyjnego!
Północno-wschodnie działo nie zostało wysadzone. Opór Płomiennych w tamtym miejscu był zbyt silny, by Popielni mieli szansę się przebić. Wróg, który wycofywał się spod Żelaznej Ostoi znacznie przewyższał liczebność wszystkich band Popielnych razem wziętych, a w rozproszeniu mieli jeszcze mniejsze szanse.
Spryt i wyrachowanie, nie ślepe oddanie - tym różnili się od Krwawych. Podczas gdy tamci muszą ciągle uzupełniać swe szeregi, Popielni po prostu używają głowy. Odstąpiono więc od dalszej walki. Wynik dwa zniszczone działa na trzy i tak był satysfakcjonujący.

- Gedwa!
- Siedź w środku! - Selb chwycił Jarrina za łapę i przycisnął go do siedziska drugą.
Falkner zdruzgotany patrzył, jak pociski wrogiej artylerii waliły po Żelaznej Ostoi. Więc jednak Popielnym się nie udało. Krwawi mieli na nich dobre określenie - Popiołki śmieciołki.
- Co się dzieje!? - Sarang próbował wdrapać się na stanowisko Gedwy by popatrzeć.
Plac zamienił się w jeszcze większe pobojowisko niż poprzednio. Jeden ostrzał z zaskoczenia wystarczył, by położyć kres zadowoleniu wynikającemu z wygranej potyczki. Tego dnia Krwawi, Popielni i Żelaźni znów stracili wielu dobrych żołnierzy.
Gdy ostrzał ustał, Falkner jako pierwszy wyskoczył z czołgu. Biegnąc na czterech łapach dotarł do jęczącej Gedwy. Jej prawa noga była podziurawiona od odłamków, z ramienia wystawała kość.
- Trzymaj się Gedwa, nie odlatuj mi teraz. SANITARIUSZ! - krzyknął Węgloróg- SANITARIUSZ!
« Ostatnia zmiana: Wrzesień 23, 2019, 23:49:40 wysłana przez Falkner »

Falkner

  • Egida
  • ******
  • Wiadomości: 1085
  • Płeć: Mężczyzna
Wola


Falkner otworzył skórzaną teczkę w której trzymał wszystkie dokumenty, jakie wpadły w jego ręce. Raport dotyczący stanu zdrowia Gedwy Węgloskrzydłej umieścił zaraz z wierzchu.
Tego samego dnia popielka straciła obie nogi, jej lewe ramię udało się odratować. Miała szczęście w nieszczęściu: centymetry dzieliły ją od utraty życia. Gdyby pocisk trafił ciut bliżej, Gedwa znajdowałaby się w drodze do zbiorowej mogiły, zamiast do domu.
Prawdę mówiąc był to moment, w którym wszyscy powinni dostać bilet powrotny na ranczo Jarrina. Sarang zamknął się w sobie i ślęczał nad lazaretem, pilnując Gedwy niczym kryteński ogar podwórka swego pana, Jarrin owinąwszy się szczelnie peleryną nie reagował na żadne bodźce. Falkner siedział na taborecie przed palnikiem nad którym gotowała się potrawka, pisząc listy.

Selb przytargał ze sobą skrzynię i postawił przed dowódcą, po czym usadowił na niej tyłek.
- Do kogo piszesz, szefie? - spytał, biorąc gryz jabłka.
- Do przyjaciółki - odparł Falkner, nie odrywając oczu od kartki.
- Uuu, jaka to panna czeka na szefa powrót z wojny?
- Żadna. To sylvari.
Selb uniósł brwi. Mieląc chwilę kęs soczystego jabłka, zadał kolejne pytanie:
- A skąd ty szefie znasz sylvari?
- Stare czasy - odparł Falkner, podnosząc wzrok na podwładnego - Kiedyś ocaliła mi ogon, w ramach odwdzięczenia się oprowadzałem ją po Askalonie, pokazując naszą technologię. Swego czasu była mocno zainteresowana silnikami parowymi, mechanizmami korbowymi i tak dalej. A tej ciekawości nigdy nie dało się zaspokoić.
- I co, poważnie dali ci robić za przewodnika na służbie?
- Musisz wiedzieć za którą strunę pociągnąć, by instrument wydobył pożądany dźwięk - Falkner mlasnął i przekreślił słowo w liście - Ty nie masz żadnych kumpli poza nami?
- Miałem - odparł Selb - Poległ pod Płomienną Cytadelą. Pracowaliśmy razem w hucie. A poza tym to skąd mam znać wielgachnych nornów, przemądrzałe asury i tchórzliwych ludzi?
- Żaden z nich nie jest wart mniej, niż ty, ja czy cała nasza banda razem wzięta - Falkner nachylił pysk nad garnuszkiem z potrawką, a następnie wbił baczne spojrzenie w Selba - Ta wojna nie będzie trwała wiecznie, świat nie kończy się na Płomiennym Legionie czy duchach z Askalonu. Poza nimi są smoki, jeden, drugi, trzeci, cholera wie ile. Bogowie, którym wciąż mało naszego cierpienia, tyraniczni królowie i szereg innych szaleńców.
- Mam was - odparł Selb, również nachylając się by spojrzeć dowódcy prosto w oczy.
- To nie wystarczy. Kiedyś z Płomienną Cytadelą pomagał nam świeżo uformowany Pakt, dlatego wtedy tak szybko zwyciężyliśmy. Jeśli kiedyś będziesz musiał wa-

Wypowiedź Falknera przerwało nadejście posłańca od centuriona Rocktroopera. W jednej łapie trzymał zwój z rozkazami, w drugiej klatkę z gołębiem:
- Centurion Rocktrooper przesyła rozkazy i nowego członka bandy - zarechotał żołnierz.
Wzrok dwójki Węgli był piorunujący. Dopiero co stracili członka oddziału, takie żarty były nie na miejscu.
Selb wstał, odebrał rozkazy i klatkę z gołębiem. Szary ptaszek z tubą na wiadomości przy łapce. Odkąd załoga każdego z czołgów miała zainstalowane radio, skrzydlaci posłańcy nie byli już tak często wykorzystywani.
- Rozkazy wypełnić od razu, a ptaka macie na wypadek utraty łączności. Zarządzenie z góry - rzekł żołnierz, po czym oddalił się w swoją stronę.
Falkner rozwinął swój, przeczytał, skrzywił pysk. Sapnął głośno nozdrzami - Selb wiedział, że nie zwiastuje to niczego dobrego.
- Selb, idź po Saranga, ja obudzę Jarrina. Pal licho tę potrawkę, odgrzejemy po powrocie.

Wyjazd odbył się w ciągu dziesięciu minut. Obudzony Jarrin siedział na czołgu i palił papierosa spoglądając na przebiegające przez niebo chmury. Sarang wraz z Selbem ładowali amunicję, Falkner zaś podpisywał jakieś papiery opierając swoją teczkę o front maszyny.
- To wszystko runie - rzekł Jarrin, mrużąc ślepia od dymu.
- Co? - Falkner spytał nie odrywając wzroku od papierów.
- Ta wojna. Nie mam już siły, szefie. Chcę wrócić na ranczo, do naszych krów i świń, do marudzenia starych, emerytowanych żołnierzy i piania kogutów nad ranem.
- Nie wyskakujemy ze statku dopóki nie dostaniemy rozkazu, nawet jakby tonął - odparł Falkner.
Jarrin prychnął i rzucił niedopałek przed siebie.
- Włączę dziunię - rzekł, wskakując przez właz nad stanowiskiem kierowcy.
- Szefie, amunicja uzupełniona! - krzyknął Sarang, wyściubiając łeb przez właz wieżyczki.
- Na stanowiska. Nie mamy strzelca, więc Selb zastępuje Gedwę.
- Nie mogli nam serio dać kogoś doświadczonego? - zapytał Jarrin ze środka.
A mówią, że nie ma głupich pytań, a jedynie głupie odpowiedzi. Skąd miały przyjść posiłki?

- Dobra, nasze zadanie jest w miarę proste - zaczął Falkner, gdy wyjechali poza Ostoję - Wywiad Popielnych donosi o wrogich pojazdach krążących blisko starych pól. To koło trzydziestu kilometrów od osady. Mamy zaczaić się i zdjąć każdy wrogi pojazd, który tamtędy przejedzie.
- Płomienni mają czołgi? - spytał ze zdziwieniem Sarang
- Najwidoczniej. Kradzione maszyny od wojsk przygranicznych, gdy przypuszczali atak na początku Sezonu. To Szturmy III, stare modele, słaby pancerz, ale dobra zwrotność. Dlatego Selb masz strzelać celnie - niewiele potrzeba, żeby je rozwalić.
- Tak jest - odparł Węglochwyt, poprawiając swoje usadowienie na miejscu strzelca.
Jechali kilkanaście minut, nim dotarli do starych pól. Niegdyś uprawiano tutaj zboże, z którego później pieczono chleb dla żołnierzy. Oczywiście dotyczyło to Płomiennego Legionu, gdyż teraz Węgle znajdowali się tak naprawdę na terytorium wroga.
- Jarrin, zatrzymaj czołg - Falkner przytknął ślepia do peryskopu by przeczesać wzrokiem okolicę. Na ziemi leżały jeszcze spadochrony, z pomocą których żołnierze Popielnego Legionu wyskakiwali z charrcopterów podczas wczorajszej operacji.
- Dobra, wjedź w te krzaki na lewo. Będziemy mieli dobrą widoczność na drogę.
- Tak jest - odparł Jarrin i zakręcił ostro w lewo.
Silnik został wyłączony, by nie szumieć w okolicy. Selb przytknął oko do okulara celownika, Sarang przysiadł przy ścianie w której znajdowały się otwory z pociskami, Jarrin zmierzwił łapą futro na pysku.
- Pamiętaj Selb - rzekł Falkner, odstępując od peryskopu - Strzelasz według moich instrukcji. Nie jesteś Gedwą, nie byłeś w pełni szkolony, więc nie będziesz wiedział jak strzelać. Żadnej samowolki i trzymaj nerwy na wodzy. Zrozumiano?
- Tak jest, szefie.
- Dobrze. Jarrin, wypatruj wroga.
- Się wie - odparł niemrawo kierowca.

Minęła godzina, potem druga. Sarang wciąż bawił się z gołębiem, wtykając pazur w jego klatkę i obserwując, jak ptak próbuje się wycofać.
- Musisz go tak irytować? - spytał Selb.
- Nie mam co robić - odparł Węglorębacz.
- Rozbierz się i pilnuj swoich rzeczy, będziesz miał zajęcie.
- Cisza - syknął Falkner, spoglądając to na lewo, to na prawo za pomocą peryskopu.
Jarrin w tym czasie odpalił papierosa i wyciągnął się na swoim siedzeniu:
- Jak się czujesz po awansie, Selb? - zapytał kierowca
- W sensie?
- Awansowałeś z pomocnika kierowcy na strzelca. Oczywiście awans był wymuszony, nie za zasługi.
- Chcesz mi powiedzieć, że się nie nadaję? Sam kurwa strzelaj, proszę bardzo, ja mogę prowadzić.
- He he, chciałbyś. Kierownica jest moja aż po grób, zapamiętaj sobie. Nikt nie naciska pedałów dziuni bez mojej wiedzy.
- Dobrze, że tak kochasz swoje pedały bo już się bałem, że siedząc obok ciebie pomylisz drążki zmiany biegów.
Jarrin i Sarang zarżeli śmiechem, Falkner pokręcił łbem.
- To co się żart udał - odparł Jarrin - Ach Selb, powiem ci szczerze, że ogon mi się do dupy chował na myśl o tym, kto zastąpi Cyrrię. Był Barrik, ale zbzikował. Ty jesteś w porządku.
- Dość gadania, oczy przed siebie. Mamy kontakt.
Falkner zastukał w ścianę czołgu lekko, by zwrócić uwagę całej załogi:
- Sarang, ładuj przeciwpancerny.

Kolumna czterech Szturmów III sunęła drogą w kierunku wschodnim. Każdy z nich na burtach miał wymalowany symbol Płonącego Legionu, wieżyczki dwóch z nich okryte były pomarańczową flagą wroga. Włazy wieżyczek były otwarte, by "dowódcy" mogli przeczesywać okolice.
Szturmy były starej daty. To pierwsze czołgi o ruchomych wieżyczkach, które tak naprawdę nigdy nie wyszły z fazy prototypu. Dopiero pojawienie się pierwszych "Kłów", ciężkich "Berserków" i dwuwieżyczkowych "Iglic" (niezwykle ciężkie czołgi, których użycie spadło do minimum) zapoczątkowało nową erę pojazdów pancernych w Legionach. O ile Kły powstały na bazie nowego podwozia i modelu pozwalającego lepiej zazębiać się ciężkiemu opancerzeniu, Szturmy dalej bazowały na popielczych samochodach pancernych. Przewagą drugich nad pierwszymi stanowiła zwrotność i prędkość na otwartych terenach.
- Selb, czołg zamykający pochód. Strzelaj!


Strzał był celny. Trafiony w tylnią część burty, pocisk po przebiciu pancerza uwolnił pełną moc ładunku umieszczonego w komorze. Wskutek działania siły uderzeniowej, skład amunicji wrogiego czołgu eksplodował. Upojony swym strzałem Selb spoglądał przez okular celownika jak wieżyczka wrogiej maszyny wyskakuje w powietrze, płonąc.
Czołgi zatrzymały się i zaczęły się wycofywać, zakręcając ostro w lewo. Pierwszą zasadą walki pancernej było chronienie swojego tyłu, wypinając swą pierś na przód, okrytą najtwardszym pancerzem. Płomienni cofali się dopóki nie napotkali linii drzew. Nie było ucieczki. Nie mogli ominąć Kilofa II wraz z załogą. Musieli podjąć walkę.
W tym samym momencie Sarang załadował kolejny pocisk, a Selb otrzymał rozkaz by strzelić. Tym razem trafił obok wycofującego się czołgu, środkowego w nowo uformowanym szeregu.
- Celuj lepiej - warknął Jarrin.
- Spokój -zganił go Falkner.
W tym samym momencie najpierw pierwszy, a potem drugi z czołgów wypaliły. Żaden z pocisków nie trafił, lecz nie takie było ich zadanie. Pociski uderzając w ziemię wybuchły gęstym dymem, uniemożliwiając Węglom obserwowanie wroga. Za chwilę nadeszły kolejne dwa, które sprawiły, że można się było poczuć jak na bagnach o poranku - gówno widać.
- Przygotować się - rzekł Falkner do załogi - Załadować przeciwpancerny. Jarrin, naprzód.
Gdy Kilof II wyjechał z gęstej chmury dymu, trzy wrogie czołgi już zmierzały w ich kierunku równo w rzędzie. Krzaki zaszeleściły gniecione przez gąsienice czołgu, wyłaniającego się by stoczyć nierówny bój trzech na jednego.
Falkner przyparł do peryskopu:
- Nowy cel, czołg po lewej, na dziesiątej. Siedemset metrów.
Selb zaczął nerwowo pracować nadgarstkami, kręcąc pokrętłami odpowiedzialnymi za oś pionową i poziomą wieżyczki.
- Ognia!
Strzał chybił o włos. Załoga wrogiego czołgu, który stał się celem usłyszała zaledwie świśnięcie przeciwpancernego pocisku. W odpowiedzi nieprzyjaciel otworzył ogień, lecz tamtejszy strzelec był jeszcze gorszy - pocisk trafił w ziemię kilka metrów przed Węglami i zrykoszetował w powietrze. Zaraz za nim nadeszły dwa kolejne wystrzały wrogich dział, tym razem celne.
Można to było porównać do uderzania pięścią w blat stołu. Mebel się lekko zatrzęsie, ale się nie złamie. Na twardym frontowym pancerzu Kilofa II zostały jedynie osmolone plamy.
- Selb, wstrzymaj ogień - zarządził Węgloróg - Zbliżymy się do nich.
Korzystając z zalety jaką niewątpliwie była wysoka wytrzymałość przedniego pancerza, Jarrin cisnąć gaz do dechy skracał odległość od wroga. Kolejny strzał wroga, niecelny, uderzył kawałek przed Kilofem.
- Ten sam cel, na lewo. Ognia!
Tym razem Węglochwyt przeszedł samego siebie. Co prawda nie zniszczył czołgu gdyż wycelował za wysoko, niemniej trafił prosto w wystający łeb płomiennego dowódcy maszyny lewego czołgu.
W odpowiedzi nadszedł kolejny strzał wroga, znów niecelny. Walka przy tak dużej prędkości i co by nie powiedzieć, nierównościach terenu sprawiała, że żadna ze stron nie mogła efektywnie się zranić.
- Znów ten sam. Ognia! - krzyknął Falkner, spoglądając na Selba.
Kalibracja położenia działa, wrogi czołg znajduje się na środku krzyża celowniczego. W akompaniamencie głośnego wystrzału Kilof II wyrżnął dziurę z przodu wrogiego pojazdu. Czołg zatrzymał się, trudno powiedzieć, kto przeżył. Z pewnością nie kierowca. Strzelec i dowódca pewnie są ranni, lub nieprzytomni.

Walka zrobiła się bardziej wyrównana (liczebnie, ale czy technologicznie?). Dwa wrogie czołgi odbiły w bok z niecnym planem okrążenia Węgli. Należało więc wybrać, kto będzie większym zagrożeniem, lub łatwiejszym celem do zdjęcia.
Wrogi czołg po lewej wypalił, uderzając w burtę Kilofa. Wszystkimi zatrzęsło, Jarrin z trudnością uchronił się od uderzenia się ponownie czołem o kierownicę.
- Czołg z lewej, Selb. Jedenasta godzina.
- Tak jest! - odpowiedział dowódcy Węglochwyt. Kręcąc prędko pokrętłami, wziął na cel wrogą maszynę.
- Ognia!
Płomienni w swym planie nie przewidzieli jednego - odsłonili swój bok. Wykorzystując tę sytuację, Selb wystrzelił mierząc w burtę wrogiego czołgu, trafiając w boczny pancerz. Działo Kilofa miało dostateczną siłę by przebijać czołgi od przodu, co dopiero w miejscach, gdzie pancerz był słabszy. Pocisk przeciwpancerny przebił się do środka, eksplodując we wnętrzu maszyny. Silnik Szturma od razu stanął w płomieniach, a podpalony skład amunicji dokończył robotę. Z hukiem wzleciała w powietrze wieżyczka maszyny, zatrzymując ją i zmieniając w pancerną pochodnię.
- Jarrin, zatrzymaj się! - Falkner przywarł do peryskopu obserwując, jak ostatnia z maszyn wykorzystała swoją okazję by ich okrążyć - Wsteczny bieg!
Kilof II zaczął z wolna wycofywać, lecz nie zdołał prześcignąć szybszego Szturma III.
- Cel na drugiej, ognia!
Selb wymierzył we wrogą maszynę i z niecierpliwością wystrzelił. Zwycięstwo było prawie że przesądzone.
- Dupą patrzysz? - krzyknął Falkner
Selb nie mógł uwierzyć, że nie trafił wroga z tak bliska.
- Jarrin, naprzód!
Czołg Węgli zatrzymał się, po czym wyrwał do przodu. W tej sytuacji łatwiej było znów nabrać trochę odległości, gdyż za chwilę trzeba będzie obracać maszynę by schować swój tyłek.
Węglochwyt wymierzył raz jeszcze - tam, gdzie czołg wroga zaraz będzie. Wstrzymał oddech i przycisnął przycisk przy ziemi nogą, odpowiadający za uderzenie iglicy w spłonkę pocisku wewnątrz działa. Widać było tylko zapaloną iskrę sporych rozmiarów, która ze świstem minęła front Płomiennego Szturma III.
Wróg potrafił wykorzystać tę sposobność. Okrążywszy załogę Kilofa II, wroga lufa spojrzała prosto w tył Żelaznej maszyny. Z hukiem nadszedł jazgot i potworny ryk Saranga.
Falkner spojrzał na Węglorębacza, który trzymał swoje wypływające trzewia. Pocisk płomiennych choć przebił się pomyślnie, lecz to ciało żołnierza przyjęło na siebie najwięcej obrażeń. Gdyby był to skład amunicji, wszyscy spłonęliby w eksplozji.
- Selb, wal w niego kurwa! - krzyknął Falkner - Godzina szósta!
Jarrin wdepnął gaz do dechy, próbując jak najbardziej oddalić się od wroga.
Płomienny Szturm III przejeżdżał właśnie za Kilofem II, na jego osi symetrii. Od zimnej krwi i nerwów strzelców zależało, kto z nich wyjdzie zwycięsko.
Falkner przewalił się, gdy maszyną załopotało na boki. Jarrin puścił kierownicę, gdy cały kokpit zaczął niebezpiecznie migać, piszczeć, a kontrolki świecić się. Diody radiowęzła spajającego Falknerowy kominikator z dowództwem zgasły. A Sarang przestał wyć.

Selb jako jedyny widział, co tak naprawdę się stało. On i wrogi strzelec wypalili niemalże równocześnie. Załoga wrogiej maszyny musiała zginąć na miejscu wskutek wybuchu składu amunicji, ale Kilof III też nie wyszedł bez szwanku. Maszyna zarechotała, jak stary gruźlik spluwający do rynsztoka, a w środku zaczął ulatniać się dym. Falkner błyskawicznie zeskoczył na dół i pochwycił sprężoną esencję żywiołaka lodu w podłużnej butli. Wyciągnął zawleczkę i z pomocą spustu umieszczonego zaraz koło rozległej dyszy zaczął gasić rozpalający się silnik pojazdu.
- Ja pierdolę... - Jarrin zrzucił z głowy hełm i opadł głową na kierownicę - Sarang? Sarang!
Selb potrzebował kilku sekund, by dotarło do niego co właśnie się stało. Jarrin przeciskał się do leżącego na podłodze Węglorębacza. Od kilku chwil nie krzyczał ani nie wrzeszczał.
- Kurwa... - sapnął Falkner, rzucając gaśnicę na bok. Spojrzał na leżącego we własnej krwi Saranga. Chwycił jedną z płacht znajdującej się we wnęce w ścianie pojazdu, w której mieścił się zasobnik z najpotrzebniejszymi narzędziami.
- Odsuń się Jarrin, nie chcesz pamiętać go w takim stanie.
To powiedziawszy, dowódca okrył ciało martwego towarzysza.

Jarrin wrócił na swoje miejsce i schował twarz w osmalonych łapach. Selb rozwalił się na stanowisku strzelca i zaczął twardo dyszeć, dusząc się resztkami oparów uszkodzonego silnika. Falkner wstał i podszedł do peryskopu, by przeczesać wzrokiem okolicę.
Tylko dym, rozorana gąsienicami ziemia i palące się wrogie Szturmy, a w dali las - to jedyne, co można było dostrzec. Ze środka uszu dowódcy doszło ciche łkanie kierowcy, który nie miał w sobie więcej woli do walki. Jarrin uderzył kilkukrotnie łapą w kierownicę, klnąc na czym świat stoi.
Selb miał do siebie wyrzuty. Gdyby celował lepiej, Sarang jeszcze by żył.
- Jarrin, spróbuj odpalić maszynę. To rozkaz - Selb po raz pierwszy usłyszał, jak Falkner rozkazuje Jarrinowi. Zawsze miał ich za braci, Węglopyski był pierwszym i jedynym kandydatem na breveta gdyby, nie daj losie, coś miało stać się Legioniście.
Kierowca przekręcił kluczyk w stacyjce, ale to nie pomogło. Maszyna ani drgnęła, nawet cichy syk silnika nie dobiegł uszu załogi. Wyglądało na to, że byli uziemieni.
- Szlag by to - Falkner chwycił za komunikator - Rocktrooper, tutaj Węgloróg. Rocktrooper, zgłoś się.
Dopiero wtedy zobaczył wyłączone diody radiowęzła. Zirytowany walnął pięścią raz, drugi a potem trzeci w przeklętą maszynę.
- Jesteśmy odcięci - rzekł Węgloróg, chowając pysk w łapach.
- To musimy się stąd wynosić na piechotę, cholera - Jarrin wstał z oburzeniem i odsunął właz nad nim. Wstał, łapiąc swój hełm.

Być może gdyby go miał na głowie, sprawy nie przybrałyby gorszego obrotu. Selb i Falkner drgnęli jak porażeni, gdy Węglopyski runął z powrotem na swoje siedzisko. Pozbawiona tchnienia życia głowa odchyliła się w tył, ukazując szeroką ranę postrzałową.
- Jarrin! - Selb przyparł do kierowcy, spoglądając w jego martwe oczy.
- Zamknij właz, szybko! - ponaglił go Falkner. Węglochwyt usłuchał.
Dowódca przyparł do peryskopu i zaczął przeczesywać wzrokiem okolicę. Był dostatecznie stary i doświadczony by wiedzieć, że żaden z załogi nie byłby w stanie oddać strzału. Pola też były puste. Wychodziło na to, że w lesie musiał ukrywać się strzelec.
Selb przysiadł na swoim starym stanowisku asystenta kierowcy i spoglądał w na martwego kompana. Jeszcze wczoraj Węgle byli w pełnym składzie, a teraz? Gedwa w drodze do domu, bez dolnych kończyn. Sarang rozpruty od środka i Jarrin z dziurą w głowie.
- Zdradziłem nas, kurwa - Falkner sapnął - Niepotrzebnie kazałem ci zamknąć ten właz. Ktokolwiek do nas strzela wie, że jeszcze jeden z nas żyje.
- Co więc zrobimy teraz? - zapytał Węglochwyt.
- Czekamy. Musimy skontaktować się z dowództwem.
- Ale jak? Radio nie działa.
Wtedy wzrok obu powędrował na klatkę z gołębiem.

Podczas gdy Selb obserwował okolicę przez peryskop dowódcy, Falkner siedział przy otwartej teczce z dokumentami, zapisując kolejno następne kartki.
- Nikogo nie widzę, szefie - rzekł Selb.
- To oczywiste. Jeśli to snajper, jest tak dobrze ukryty, że go nie zauważysz.
Węglochwyt sapnął. Najchętniej zacząłby walić pięściami w ścianę, lecz przy dowódcy nie wypadało. Kontynuował przeczesywanie okolicy.
Falkner w tym momencie skończył pisać i zwinął dwa zwoje papieru w jeden rulon.
- Selb, teraz musisz mnie uważnie posłuchać. Stań przy peryskopie,  wykonamy eksperyment.
Falkner uchylił wieżyczkę dowódcy powoli, aby z daleka było widać. Zakładał, że aby trafić z takiej odległości strzelec musiał mieć naprawdę dobry celownik optyczny (z pewnością kradziony Legionom, a jakże).
- Obserwuj linię drzew uważnie. Jeśli zauważysz jakiekolwiek mignięcie wtedy wiemy, gdzie nasz gagatek.
- Tak jest.
Falkner pomału wysuwał przez właz swój hełm, który zawiesił na swoim karabinie. Powoli, ostrożnie, aby nie wysunąć zbyt wiele. Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Nagle palnął jeden pocisk.
- Mam go! - krzyknął Selb.
Ku ich zgrozie, po chwili uderzył kolejny. Falkner czym prędzej schował hełm z oboma dziurami, aby udać, że żołnierz został zneutralizowany.
Węglochwyt przyparł do działa i czym prędzej skierował je na linię drzew, w prawo. Przywołał obraz z pamięci, gdzie dostrzegł blask.
- Zapalający załadowany! - rzekł Falkner.  Selb w tym czasie nacisnął na przycisk w ziemi i wystrzelił.
Jaki był tego efekt, trudno ocenić. Obaj woleli wierzyć, że trafili we wroga.
- Został jeszcze drugi - Falkner ciężko usiadł na schodku prowadzącym do jego stanowiska. Zmierzwił dłonią futro na czole.
- To go załatwmy - odparł Selb i przypadł do wieżyczki - Szefie, ładuje pan?
- To bezcelowe Selb. Zabiliśmy jednego, ale z pewnością jest drugi, jak nie więcej. Albo są na zwiadach, albo szykuje się jakaś zasadzka. Nie mamy jak powiadomić dowództwa.
- Mamy gołębia - Selb wskazał na wystraszonego ptaka.
- Ustrzelą go jak tylko go wypuścimy. Musimy to zrobić inaczej.
Selb pokiwał głową. Nie jemu było kłócić się ze zdaniem dowódcy. Choć kilka tygodni temu nie powstrzymałby się przed zakwestionowaniem rozkazu Centuriona Jadogrzmota.
- Trzymaj - Falkner wręczył Selbowi rulon z listami - Ptak może nie wystarczyć, dlatego wyślę i ciebie, i jego.
- Ale jak? Nie mogę zostawić tu szefa!
- Nic mi nie będzie. Masz biec ile ci fabryka siły dała, rozumiesz? Wezwać pomoc. Biegnij prosto do Rocktroopera, nie zatrzymuj się na żadne szczanie, sranie czy podziwianie przyrody. Rozumiesz?
- Ale...
- To rozkaz - rzekł stanowczo Węgloróg, po czym targany winą położył łapy na ramieniach Selba - Jesteś ostatnią nadzieją Węgli, rozumiesz? Gdyby mieli mnie dorwać, Gedwa jako kaleka nie poprowadzi dalej bandy. Jeśli zrobisz co ci każę, wrócę cało.

Rozkaz to rozkaz. Selb złapał rulon i wraził do spodni, pod pasek.
- Wywal właz w podłodze, uciekniesz tamtędy. Strzelę dymnym by cię osłonić.
- T-tak jest - odparł Węglochwyt.
- Tylko mi się tu nie rozklejaj. Wykonać rozkaz.
Falkner siadł na stanowisku strzelca, uprzednio ładując pocisk dymny. Wymierzył w linię drzew po lewej, po czym na huk wystrzału Selb miał dalej czekać. Dopiero po załadowaniu drugiego pocisku i wystrzeleniu w środek drzew, miał uciekać.
Wyskoczył włazem i czołgając się po błocie, wyszedł spod maszyny. Zaczął biec ile sił w kończynach, na czterech łapach. Jego kark zjeżył się, gdy poczuł dreszcz śmierci dyszącej nad nim. W każdej chwili mógł oberwać, dlatego też kierował się od drzewa do drzewa, od krzaków do krzaków, od leja do leja.
Falkner zaś wyskoczył ze stanowiska strzelca, zamknął za sobą właz wieżyczki i przyparł do karabinu korbowego asystenta kierowcy. Zaczął pruć ogniem zaporowym przed siebie po linii drzew, by dać swojemu podwładnemu jak największe szanse na ucieczkę.
Potem wstał i z ciężkim sercem westchnął, spoglądając na motającego się w klatce gołębia. 

Selb odnalazł drogę prowadzącą do Żelaznej Ostoi. Najważniejszym było, aby się jej nie trzymać. Przy sobie miał zaledwie pistolet, marna broń na wypadek wpadnięcia w zasadzkę. Mimo tego nie mógł zawieść, rozkaz został wydany, a on musiał go wypełnić. Wyobrażał sobie, że dołączy do załogi Rocktroopera i wrócą po swojego Legionistę, zaczepią Kilof na hak, a on będzie mógł go naprawiać. W niepamięć odszedł przed jutrem - zastąpił go lęk przed tym co będzie, jeśli nie doręczy rozkazów na czas.

Falkner zaś przysiadł na swoim stanowisku dowódcy i czekał. Zaczął gmerać we wspomnieniach, przywołując najszczersze wspomnienia swoich towarzyszy, których odebrał mu los. Pierwsza banda, potem banda Długich, z którymi wojował z Płomiennym Legionem. Był wtedy Legionistą i zakosztował łyka z pucharu goryczy bycia dowódcą. Zdradzony przez połowę swojej bandy, musiał patrzeć jak żołnierze z którymi wczoraj stał ramię w ramię przeszli na stronę wroga wskutek niskich morali. Czy to była jego wina, czy Legionów, że nawet miski ciepłej zupy nie mogli zapewnić tym, którzy walczą na froncie? To pytanie gnębiło go długo, dopóki nie objął stanowiska w fahrarze. Primusami zazwyczaj zostawali ci, którzy mieli sporo życiowych lekcji za sobą, a on kim był? Popielcem z wpływami, który po prostu umiał przegadać swoich zwierzchników by wypchnąć jego kandydaturę na najodpowiedzialniejsze stanowisko w całych Legionach (pal licho Trybunów!) - nauczyciela młodych pokoleń.
I tu zawiódł, pozwalając najbardziej prominentnej bandzie uciec na samowolną misję. Do dziś pamiętał, jak biegł ile sił w nogach by zdążyć uratować chociaż jedno kocię. Zamiast tego, sam padł ofiarą pieprzonych duchów, które w akcje desperacji na miarę swego pokrętnego króla zawaliły grotę ze wszystkimi w środku. I przeżył tylko ten, który z życia już zdążył zaczerpnąć - on.
Wtedy nadszedł kryzys, pierwsze tułaczki po świecie, odseparowanie się od rodziny, jaką kazały się nazywać Legiony.
Dalsze rozmyślania przerwało dudnienie w oddali. Wytężywszy słuch przyparł do peryskopu. Obracał nim wokół, póki nie dostrzegł kolumny Płomiennych nadciągającej od strony lasu.
- Cholera - pomyślał. Jeżeli którykolwiek ze strzelców przekazał im wiadomość o walce, która się tutaj rozegrała pomiędzy czołgami, z pewnością będą chcieli go dorwać. Selb mógł skutecznie odwrócić uwagę, ale mogli go też nie zauważyć przez zasłonę dymną z pocisków wystrzelonych kilka minut temu.
A co najgorsze, mogli maszerować wprost na Żelazną Ostoję. Miną go, zajmą miasto i po nim, stracony.
Stuknął kilkukrotnie w radiowęzeł, nie działał. Opadł na podłogę, zostało niewiele czasu. Zerwał się po chwili na równe nogi i podbiegł wyciągnąć działo korbowe sprzed stanowiska asystenta kierowcy, a następnie zasunąć wizjer. Jeśli w czołgu pozostanie jakikolwiek nieszczelny otwór, zabiją go.
Zawarł za sobą wszystkie włazy na cztery spusty. Nawet gdyby próbowali, nie dostaną się do środka. 
Spojrzał na gołębia. Nie było wyjścia, należało zaraportować. Selb nie mógł wiedzieć, że wroga kolumna nadciąga, stąd jego wiadomość na nic się nie zda. Załadował ostatni zapalający jaki został na ścianie, mijając okryte płachtą truchło Saranga. Wsadził nabój do komory, zaryglował. Usiadł na stanowisku strzelca, obrócił wieżyczkę.
Strzał zaalarmował kolumnę wroga. Kilku stanęło w ogniu, tarzając się po ziemi. W górę uniosła się chmura krwi, która opadła na ziemię niczym szkarłatny deszcz. Już wiedzieli, że siedzi w środku. I że tanio skóry nie odda.
Obrócił się i naprędce napisał na kartce koordynaty dla ostrzału, a później wziął osobną, czystą kartkę i zaczął pisać ostatni list:


Drogi Synu,

W dniu kiedy przyszedłeś do namiotu Rocktroopera rozpoznałem w Tobie twoją matkę. Nie będę silił się na uczuciowość, która tak bardzo nie wpasowuje się w ramy naszej rasy. Jak każdy popielec, co z pewnością kiedyś zrozumiesz, najlepszym było, bym pozostawił Cię twojej nowej rodzinie. Fahrarowi, a potem bandzie, z którą pisane było ci podbić świat.
Dziś chciałbym, aby było inaczej, Selb. Trochę czasu zajęło mi poznanie Ciebie, upewnienie się, że to właśnie Ty. Masz najlepsze cechy matki: upór, zaangażowanie, twarde serce, oraz moje: lojalność, podnoszenie się po upadkach, optymizm w najczarniejszej godzinie. Co odziedziczyłeś po nas obu, to wola życia i walki, która pcha Cię poza horyzonty twoich słabości.


- Węgloróg.... btztbzt.... Węgloróg, zgłoś.. bzzbtbzt.
Falkner podniósł wzrok na jedną, jedyną mieniącą się lampkę radiowęzła. Natychmiast sięgnął po nadajnik, potrząsnął nim.
- Tu Węgloróg...

Wy swym uporze musisz dążyć do samego końca, lecz ta wojna, którą teraz toczysz nie będzie pierwszą, nie ostatnią w Twoim życiu. Gdy powiedziałem Ci wczoraj o tym, że świat nie kończy się na Płomiennym Legionie i Duchach chciałem przygotować Cię na to, że kiedyś fronty na których razem staniemy zmienią  się. Pojawią się nowe, z nowymi wyzwaniami, nowymi wrogami którzy targną się na nasze życie. Musisz być na to gotowy. Walka wciąż trwa, każdego dnia - z własnymi wadami i pokusami. Mam nadzieję, że życie da Ci tę samą szansę jaką dało mnie: zobaczyć świat takim, jakim naprawdę jest.

- Węgloró-btztbzt. Co z wami?
Falkner zacisnął pięść i grzmotnął raz jeszcze w maszynę. Druga dioda zapaliła się.
- Węgloróg, zgłoś się! - odezwał się głos Rocktroopera po drugiej stronie.
- Węgloróg, zgłaszam się. Straciłem dwóch żołnierzy, trzeci niesie korespondencję do was.
- Jaką korespondencję?
- Wróg zmierza na Żelazną Ostoję.

Mimo tego, że nasz świat podupadł wskutek przeciągających się wojen, nowe siły - Smoki, pragną zgarnąć dla siebie nasze życia. Ale my nigdy się nie poddamy. Musimy walczyć do samego końca: za naszą ojczyznę. Będziemy walczyć na morzach i oceanach, z rosnącą siłą w powietrzu. Będziemy bronić naszej Tyrii, naszego Askalonu bez względu na cenę, jaką przyjdzie nam zapłacić. Będziemy walczyć na plażach, na lądowiskach, na szczerych polach i ulicach. Będziemy walczyć na wzgórzach. Nigdy się nie poddamy!

Płomienny Legion zdołał otoczyć Kilofa II. W obawie przed kolejnym wystrzałem, szamani wznieśli kamienną ścianę, która swym chwytem objęła lufę czołgu i uniemożliwiła ruszenie naprzód. Wrodzy popielcy wspinali się po maszynie, próbując podważyć zaryglowane włazy. Falkner słyszał jak walili po ścianach, wciskali miecze między szpary i namawiali do wyjścia.
- Węgloróg, podaj koordynaty ostrzału.
Falkner spojrzał na wcześniej zapisaną kartkę. Teraz kolumna była o wiele bliżej, otaczała Falknera, co oznaczało, że działa musiały dostać nowe współrzędne.

A jeśli zdarzy się tak, w co szczerze wątpię, że nasza cała rasa zostanie zapędzona w róg, to wtedy nasze młode pokolenie, z Tobą włącznie wystąpi naprzód, i ruszy w sukurs staremu.
Dopóki możesz, Synu, walcz o to, co jest ci drogie. Patrz nie tylko przez pryzmat tego, czego nauczył Cię fahrar, ale i tego, co podpowiada Ci serce.


Falkner zastrzygł uszami. Walenie w czołg uspokoiło się tylko na moment, by za moment ostrzał artyleryjski mógł runąć na okrążonego Kilofa.

***

Zmagania w ramach Operacji "Kolos" trwały kilkanaście tygodni. Pomimo tego, że Trzy Wysokie Legiony zdobywały kolejne posterunki i osady wroga, Trybun Jaharr Smolderpaw nie był w stanie utrzymać ich na długo. Wraz z pogorszonym zaopatrzeniem po obu stronach, atakiem Krwawego Legionu z drugiej strony "państwa" Płomiennych i niespodziewanym buncie wśród Płomiennego Legionu, Smolderpaw zmuszony był uciekać. Żelazny, Krwawy i Popielny Legion nie byli w stanie kontynuować napierania w głąb terytorium Płomiennych, przesuwając granicę swojej ojczyzny zaledwie o kilkanaście kilometrów względem poprzednich granic.
Po raz pierwszy w historii obie siły były zbyt wyczerpane by kontynuować zmagania. Jego miejsce zajęła nowa walka ze znacznie potężniejszym wrogiem - Kralkatorikkiem, którą Trzy Wysokie Legiony uznały za większy priorytet, niż przerzucanie się zdobycznymi osadami z Płomiennymi rozbitymi od środka.
« Ostatnia zmiana: Wrzesień 24, 2019, 01:06:41 wysłana przez Falkner »

Falkner

  • Egida
  • ******
  • Wiadomości: 1085
  • Płeć: Mężczyzna
Triumf

Tego dnia, Czarna Cytadela pękała w szwach. Żołnierze, cywile, nawet przedstawiciele innych ras i ugrupowań zjechali do stolicy Żelaznego Legionu na zaproszenie Imperatora Smodura. Przez ostatnie trzy dni zastępy scrapperów zamiatały ulice wokół Rdzenia Imperatorskiego oraz główny trakt od bramy Ashford. Wszystkich nieproszonych gości, czyli gladium, zamknięto w odosobnionej dzielnicy i pod karą więzienia nie wypuszczano do miasta. Ilość patroli Adamantowej Straży podwojono, w niektórych miejscach nawet potrojono. Mysz nie mogła prześlizgnąć się niezauważona bez wiedzy Trybuna Goreblade'a, ojca Adamantowych. Kociętom w fahrarach przydzielono nowe, czyste ubrania z wypolerowanymi kirysami, na których wymalowane były symbole legionów do których przynależały młode. W mieście masowo zrywano śmieciowe ogłoszenia i zastępowano plakatami, które świeżo co wyjechały z drukarni.


Na przedpolach stolicy zgromadzono cały przekrój sił zbrojnych, jakimi dysponowali popielcy. Kolumny zbrojnych, łuczników, strzelców wyborowych, dział polowych, samochodów opancerzonych, dział samobieżnych, czołgów, artylerii czekały na wjazd do miasta. Na lądowiskach charrcoptery grzały już wirniki, sterowce bojowe zawisły na niebie. Postanowiono zrezygnować z wprowadzania do Cytadeli pożeraczy oblężniczych ze względów bezpieczeństwa.
Niebawem w stolicy Żelaznych miał rozpocząć się Triumf.

Triumfem nazywa się ceremonię powrotu wojsk z wojny pod warunkiem, że poszerzyli granice państwa. Mimo, iż Legiony zagarnęły dla siebie marne kilka wiosek na wschodzie, pochód miał symbolizować jedność trzech legionów która została poddana próbie podczas napaści Płomiennych na Askalon. Technicznie wszystkie wymagania triumfu zostały spełnione: nie mógł odbyć się, gdyby Cytadela tylko się broniła (choć z pewnością Imperator zarządziłby podobną defiladę).
Ceremonię rozpoczęło przemówienie Imperatora, które, jak nietrudno się domyśleć, uderzyło w czuły punkt każdego żołnierza - miłość do swej rasy i ojczyzny. Później przyszła pora na przypomnienie, że walka dnia codziennego nigdy się nie kończy i zapewnianie, że koniec końców problem Płomiennego Legionu zostanie rozwiązany. Co ciekawe, Imperator nie wskazał konkretnie sposobu, w jaki miał zamiar tego dokonać. Spodziewać się można totalnej anihilacji wrogiej frakcji, lecz ostatnie wydarzenia pokazały, że dziki zwierz zapędzony w róg wyszczerzy wszystkie kły i pazury, byle się obronić. I nawet żelazny uścisk Legionów nie mógł dzikusa zmiażdżyć.


Trybuny dla widzów ciągnęły się od Bramy Ashford przez pierścień wokół Rdzenia Imperatorskiego aż po Kwadrant Pamięci, ostatecznie kończąc się na Bramie Diessa. Zwycięskie wojska po zakończeniu mowy zwierzchnika sił zbrojnych Żelaznego Legionu miały przejść tą właśnie drogą, wśród wiwatów, oklasków i dokazywań widowni, która składała się głównie z cywili, emerytowanych żołnierzy, kociąt z fahraru i zaproszonych przedstawicieli innych ras i frakcji. Zaszczytne miejsce zajął Laranthir, prawa ręka (łapa?) Generał Almorry Soulkeeper z Vigil. Występował on jednocześnie jako delegatura Vigilu oraz samego Paktu.
Sygnał do startu parady wydał Stormcaller, potężny róg który dla popielców jest symbolem zwycięstwa nad Askalonem.
Na czele pochodu jechała trójka zwycięskich Trybunów, dowodzących obroną i kontrofensywą Legionów przeciwko Płomiennym: Kyranith Steelgrip, Mak the Silent oraz Fierhan Sparwind. Wożeni przez opancerzone samochody z odkrytym dachem, każdy osobno, jako pierwsi mijając trybunę Imperatora z dumą salutowali swojemu dowódcy. Zaraz za nim szła elitarna gwardia trzech Legionów. Żołnierzy dzielono na zastępu po osiem rzędów jeden, maszerujących równym krokiem. Wszyscy żołnierze bez wyjątku mijając trybunę Imperatora musieli zasalutować najwyższemu rangą popielcowi w Czarnej Cytadeli.
Zaraz za nimi maszerowała kolumna schwytanych jeńców z Płomiennego Legionu, którzy po prostu są wystawieni na pokaz. Zamiast zabijać ich w okopach, przy drzewach czy na szczerym polu, odbędą pokazowy sąd gdzie i tak zostaną skazani na śmierć lub wysłani do kolonii karnej - kopalni czy kamieniołomu w północnym Askalonie.
Wraz z przelotem charrcopterów i sterowców, przez aleje Czarnej Cytadeli jechały pojazdy pancerne.

Selb, jako jedyny przedstawiciel Węgli jechał w asyście "wypożyczonego" kierowcy. Gedwa, choć została zaproszona, nie zjawiła się na paradzie. Węglochwyt musiał sam więc sterczeć we włazie wieżyczki czołgu, który w ogóle nie należał do jego bandy. Mimo tego, rozkaz to rozkaz, tradycja to tradycja.
Mijając znajome ulice zdał sobie sprawę, że wiele się tutaj nie zmieniło. Gdyby odjąć cały ten tłum, wciąż byłoby to miasto stali i pary, dymu i sadzy, krzyku i jazgotu. Na jeden dzień huta przestała pracować, kominy nie smoliły gęstymi obłokami spalin, a bary na kilka godzin zamknięto. Spojrzał ukradkiem w stronę górnych pięter Cytadeli, nad Dzielnicą Gladium, gdzie mieściło się jego mieszkanie. Czy dalej jest tam taki bajzel, jaki zostawił przed wyruszeniem na front? Z pewnością nie zastanie tam Rampera.
Podniósł wysoko łeb i przybił pięścią w pierś. Oto spoglądał na ucieleśnienie popielczych ideałów wpajanych od małego - Imperatora. Jednego z trzech najważniejszych. Różnica wysokości między czołgiem a trybuną, na której stał Smodur przysparzała poczucia niższości - wszystko tak, jak miało być. Ty jesteś żołnierzem, on panem twojego życia i śmierci. Choć nie mógł przypatrzyć mu się dobrze z daleka, miał wrażenie, że Imperator skinął mu głową.
A może po prostu mu się wydawało w obliczu najwyższego autorytetu, który na kilka sekund spojrzał w jego pysk z daleka.

Brama Diessa była otwarta. Kolumny zakręcały zaraz po przekroczeniu granic miasta i formowały się w rozleniwione gromady. Selb odwrócił się i spojrzał za siebie, na miasto. Później przebiegł wzrokiem po drzewach, które o tej porze roku kołysały się przyjemnie wskutek wiatru. Przypomniał sobie ostatni moment przed odesłaniem do domu: biegł ponad trzydzieści kilometrów, o suchym pysku i rosnących wyrzutach sumienia, że zostawił swojego dowódcę. Później sumienie zostało obciążone strachem przed niewykonaniem rozkazu. Nie mając sił, musiał zatrzymać się, odetchnąć, pociągnąć łyka z manierki.  Świat wirował mu przed oczyma ze zmęczenia, miał wrażenie, że zaraz padnie ze zmęczenia.
Wtedy odezwały się działa, sojusznicze.
Wtedy nad jego głową przeleciał szary gołąb, którego rozpoznał jako przestraszonego ptaka pocztowego z klatki, którego podarował im Rocktrooper. Poczuł napływ sił, ruszył pędem ostatnie kilometry do Żelaznej Ostoi by przekazać korespondencję.

Godzinę później wiedział już, że został drugim ostatnim Węglem przy życiu. Gołąb przyfrunął z ostatnim listem Falknera, kierowanym właśnie do niego.

***

- Ah, Węglochwyt. Wejdź, usiądź, nie będziesz tak stał jak drąg. Nie po tym, co przeszliśmy.
Centurion Tyrron Rocktrooper machnął dłonią, zachęcając Selba do wejścia w głąb jego gabinetu. Była to niewielka klita jaka przysługiwała Centurionowi w Rdzeniu Imperatorskim. Z jednej strony wysokie wyróżnienie, że nie dostał namiotu pośród koszarów, z drugiej marne wynagrodzenie za lata służby i tytuł, jakim go obdarzono.
Selb usiał na żelaznym fotelu nakrytym zwierzęcą skórą.
- Słuchaj Selb, jest kilka rzeczy formalnych które muszę z tobą przerobić - rzekł Centurion, siadając na swym fotelu - Po pierwsze: jak ma się Węgloskrzydła?
- Jest złamana, rozbita od środka. Starzy farmerzy uważają ją za balast.
- Mmm. Taka nagroda dla kogoś, kto bronił pospolitego rolnika przed szponami wroga. Możesz ich wychłostać, masz moje zezwolenie.
Selb nie odpowiedział, ścisnął mocniej pysk, wydał z siebie jedynie pomruk. Centurion nie mitrężąc otworzył szufladę swojego biurka i wyciągnął stos kopert i papierów.
- Teraz sprawy naprawdę formalne. Śmierć Legionisty Węgloroga sprawia, że banda składa się z dwóch żołnierzy, gdzie jedna z jednostek jest niezdolna do służby. Prawem Cytadeli, otrzymałbyś awans na Legionistę...
Selb otworzył szerzej oczy i strzyknął uszami.
- ... niemniej, najpierw ostatnia wola Twojego dowódcy - Centurion sapnął - Niezłe ziółko z tego Falknera, nawet po śmierci.
Węglochwyt zacisnął pięść.
- "Zgodnie z listem o numerze referencyjnym JA-328, oznaczonym kategorią Czerwoną dla oczu Trybuna Goreblade wyłącznie, pragnę, aby na mocy przysługujących mi praw jako Legionisty moja pośmiertna wola została wykonana w stosunku do bandy jak i mojego majątku" - zacytował Rocktrooper na wstępie - "Legionistą ma zostać naznaczona najstarsza osoba w bandzie przy uwzględnieniu okresu ochronnego mojej woli stanowiącego nie krócej, niż okrągły rok kalendarzowy od momentu mojej śmierci". Innymi słowy, Węgloskrzydła zostaje Legionistą.
Selb mruknął.
- Dalej... "Banda Węgla winna stacjonować na ranczu Jarrina Węglopyskiego przez cały okres ochronny mojej woli, chyba, że nowy Legionista postanowi inaczej" - Centurion przetasował pierwszą stronę na sam dół - "Wszelki majątek, stanowiący żołd, zaległy żołd i żołd wypłacony po zmarłym członku bandy ma pozostać majątkiem całej bandy i rozdzielony równo między żyjących jej członków".
- Ktoś naprawdę się na to zgodził? - zapytał Selb, nie wierząc w dobroduszność Centuriona.
- Mówiłem, to list do Goreblade'a. Twój stary miał u niego względy. Nie wiem jak, nie pytaj mnie. Goreblade wcisnął mi te papiery i kazał to ogarnąć, bo sam nie ma czasu.
- Więc nie dane mi było stanąć przed Trybunem - rzucił Selb z przekąsem.
- Lepiej tak, niż przed trybunałem.
Selb zjeżył się na karku. Czyżby już wiedzieli o Jadogrzmocie?
Rocktrooper roześmiał się ze swojego żartu. Selb odetchnął w duchu ze spokojem.
- Więc podsumowując: dostałeś zapas gotówki i święty spokój na rok. Oczywiście mogę mieć dla ciebie inną propozycję. Ja też straciłem kilku ludzi. Przydałby mi się ktoś taki, jak ty. Co prawda nieprędko zawojujemy, ale gdzieś tam w wyższych szczeblach mówią o zbrojnej interwencji z Paktem. Nie wykończyliśmy Płomiennych, to może chociaż Piętna się pozbędziemy.
- Z całym szacunkiem Centurionie, ale jestem zmuszony odmówić. Ja... ja nie czuję się na siłach, by wracać na front.
- To żaden front - odparł naprędce Tyrron - Coś bardziej w stylu dłuższej operacji. Ale hej, staruszek zagwarantował ci nietykalność, więc nie zmuszam. Jednak jakbyś po tygodniu miał dość siedzenia na dupsku we wsi, to wiesz, gdzie mnie szukać.
By zachować należyte pozory szacunku, Selb skinął głową.
- A te listy? - Węglochwyt wskazał w kierunku sterty kopert obok łapy centuriona.
Rocktrooper spojrzał na stos papieru.
- A to mój drogi, dla ciebie - przesunął koperty w jego kierunku - Nasza poczta nawaliła w trakcie wojny, nic nie doręczono. Pojawia się tutaj ten sam adres. Cóż, ja nie mam czasu tego roznosić, ale może ty to zrobisz?
Selb wziął jedną z kopert i spojrzał na adres. Pisany stylem ojca - "Gaj".
- Tak jest.
- To nie rozkaz, Selb. Ale skoro masz wolne, to korzystaj ze swobody. Cytadela jeszcze się o ciebie upomni gdy przyjdzie czas, uwierz mi.
- Mhmm - Selb mruknął, wzdychając ciężko.
- Jest jeszcze jedna rzecz... - Centurion rozpoczął nieśmiało - Odnaleźliśmy Kilofa II.
Selb pokręcił łbem, westchnąwszy ciężko.
- ... maszyna była doszczętnie zniszczona przez bombardowanie. Kazałem ludziom otworzyć go, żeby wyciągnąć chociaż ciała. Znaleźliśmy tylko dwa.
Selb postawił uszy. Rocktrooper roześmiał się, jakby to miał być jakiś pieprzony żart.
- Potwierdziliśmy śmierć Węglorębacza i Węglopyskiego. Ani śladu Węgloroga.
- Jak to?
- A tak to. Ale dla Cytadeli jest martwy, przynajmniej na papierze. Dla nas jest zaginionym w akcji.

Selb wyszedł z gabinetu Rocktroopera i skierował swe kroki w stronę Kwadrantu Pamięci. Tam zatrzymał się przed tablicą pamiątkową, pozstawioną poległym bohaterom.


- Zawsze o krok przed nami - mruknął do siebie i pochylił łeb, by oddać cześć tym, którzy tego dnia nie mogli dożyć.

KONIEC

Spoiler: Posłowie • pokaż

Dobrnęliśmy do końca opowiadań KW. Dziękuję wszystkim zapalonym czytelnikom którzy ruszyli w tę podróż ze mną, motywowali do pisania kolejnych rozdziałów, udzielali wskazówek i komentowali. Naprawdę miło mi się robiło w momencie, gdy ktoś wypowiedział się chociażby o jednym z rozdziałów, co dopiero po każdym z nich!
Kroniki Wojenne zajęły mi sporo czasu, przypływy weny były różne - raz obfite fale inspiracji uderzały we mnie jak huragany we Florydę, innym razem moje chęci do pisania można było porównać do wyschniętego jeziora.
Czytając te opowiadania, z pewnością natknęliście się na kilka odwołań do tekstów/utworów z życia: Furii, Battlefielda 1, przemówień polityków itp. Dla mnie było to wyzwanie, by oddać słowami to co oglądam, w co gram, co słyszę. Mam nadzieję, że nie wyszło najgorzej.
Sama forma Kronik dała mi do myślenia - mam jeszcze wiele pomysłów na opisywanie konfilktów, o których developerzy mało nam mówią i to z perspektyw w ogóle nie poruszanych. Niemniej teraz przyszedł czas, by przejść do prawdziwego celu KW - wprowadzenia postaci. Poza tym, przygody detektywa Nightingale utknęły w miejscu nie z braku weny, a braku czasu na nie. Pora naprawić ten błąd.

« Ostatnia zmiana: Wrzesień 25, 2019, 00:38:30 wysłana przez Falkner »