Autor Wątek: Kroniki Wojenne  (Przeczytany 6434 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Falkner

  • Egida
  • ******
  • Wiadomości: 1197
  • Płeć: Mężczyzna

Falkner

  • Egida
  • ******
  • Wiadomości: 1197
  • Płeć: Mężczyzna
Kronika I: Wojna ojczyźniana

U schyłku roku 1331 Trzy Popielcze Legiony kontrolowały każde połacie Askalonu z wyjątkiem Ebonhawke. Na krótko po rozpoczęciu Sezonu Zefira następnego roku na wschodnie granice niegdysiejszego ludzkiego królestwa najechała armia liczona w tysiącach pod sztandarem Płomiennego Legionu. Dowodzenie objął Trybuna Jaharr Smolderpaw, wysokiej rangi oficer Płomiennych który w krótkim czasie zdołał zmobilizować armię i powiększyć ją wskutek udanej rekrutacji.
Tymczasem Czarna Cytadela nie spodziewała się nagłego przedarcia się wroga przez Góry Blazeridge, gdzie rozmieszczone były pojedyncze garnizony i posterunki Legionów, strzegąc górskich przejść przed inwazją wroga. Wzbogaceni o błyskotliwy talent taktyczny Smolderpawa, Płomienni dodatkowo opracowali arsenał pozwalający równać się z centuriami Krwawego Legionu oraz maszynerią Żelaznego.
W przeciągu zaledwie dwóch tygodni Płomienny Legion przestąpił wschodnią granicę Askalonu i ufortyfikował swoją pozycję. W odpowiedzi na to Czarna Cytadela rzuciła do walki żołnierzy, sterowce i czołgi.


Wezwanie

Wieści z frontu roznosiły się jak talerze grochówki w kantynie- szybko, efektywnie i każdy chciał je dostać pierwszy. Dzięki usprawnionej lata temu metodzie roznoszenia listów, broszur, wezwań i czasopism, zalakowana koperta ze stemplem Żelaznego Legionu adresowana do Bandy Węgla trafiła we właściwe miejsce. Legioniście przyszło więc uregulować wszystkie zaległe sprawy w bieżącym miejscu przydziału - Ranczu w Diessa Plateau i zebrać całą bandę na jutrzejszą podróż do garnizonu "Ząbkowana Strzała". Legionista uniósł wysoko mocno zarysowane, jasnobrązowe krzaczaste brwi czytając tę nazwę - nigdy wcześniej nie słyszał o tejże placówce, a jako jeden z niewielu mógł poszczycić się, że mimo aktywnej służby zwiedził świat wzdłuż i wszerz. Wzrok mętnie zielonych oczu spoczął na dacie, konkretniej na roku. Fakt, czas nie oszczędzał żadnego z żołnierzy. Gdy młodzi łakną krwi i boju który obiecywany im był przez cale lata spędzone w fahrarze, starzy spoglądają na minione lata przez pryzmat odniesionych ran, utraconych członków band, sytuacji w których wyślizgnęli się jak śliskie gady z łap śmierci. Niemniej rozkaz to rozkaz - gdy wróg przeszedł przez góry i próbuje uwinąć sobie gniazdo na terytorium Żelaznego Legionu, odpowiedź może paść tylko jedna - artyleryjski wystrzał.

Następnego dnia pięcioosobowa Banda Węgła w pełnej gotowości wyruszyła z rancza, zostawiając za sobą wyjące krowy, zapach obornika i wciąż nienaprawiony dach szopy. W trakcie marszu popielcy raźno rozmawiali na przeróżne tematy, ale ani razu nikt nie poruszył kwestii nowego przydziału. Dobrze wiedzieli, że jeszcze naoglądają się wybuchów, krwi, będą grzęźli w błocie i wiązać łapy bandażami by nie poparzyć się rozgrzanymi lufami dział. Nim dotarli do drogowskazu, zdążyli odśpiewać starą pieśń:


Szerokimi drogami wiejskimi,
Placami miast przestronnymi.
Idziemy niczym lawina po burzy,
Gotowi na bój i śmierć,

Artylerzyści, brać ich na cel!
Załoga pewna, odwagi swej!
Wrogowi krzykniemy: "Od ojczyzny naszej precz! Jak nie to ogień z naszych dział rozpocznie siecz!

Jeśli wrogu zachce się bitki,
Nastanie pora wojny i śmierci.
Bohatersko za ojczyznę walczyć,
Będziem wszyscy, co rusz.

Artylerzyści, brać ich na cel!
Załoga pewna, odwagi swej!
Wrogowi krzykniemy: "Od ojczyzny naszej precz! Jak nie to ogień z naszych dział rozpocznie siecz!

Czołgom naszym drogę utoruje,
Naszych dział ogień bojowy.
Wrogie oddziały do cna zniszczy,
Salwa z naszych dział!

Artylerzyści, brać ich na cel!
Załoga pewna, odwagi swej!
Wrogowi krzykniemy: "Od ojczyzny naszej precz! Jak nie to ogień z naszych dział rozpocznie siecz!

Garnizon operacyjny Żelaznego Legionu "Ząbkowana Strzała" przerósł wszelkie oczekiwania piątki starych wyjadaczy. Gdy skorzystali z urządzenia do szybkiej podróży asurańskiego pochodzenia (którego trzech na pięciu popielców z całego serca nienawidziło), po dziesięciu minutach marszu zauważyli wysokie, żelazne mury które uprzedzały dodatkowo wały i zasieki z drutu kolczastego. Przed wysoką bramą stały jeszcze dwa stalowe bunkry z wąskimi otworami przez które otwierano ogień do nadciągającego zagrożenia. Walcowate wieże umieszczone na załamaniu ścian wyposażone były w reflektory (pora była dość wczesna, to też nie świeciły) i stanowiska ogniowe - przeciw piechocie i lotnictwie.
Przed bramą do obowiązku Legionisty należało wylegitymowanie siebie i swojego oddziału. Po prawej stronie od zamkniętych wrót znajdowała się szeroki, prostokątny otwór który w razie niebezpieczeństwa służył jako kolejne stanowisko od prowadzenia ostrzału. Dzisiaj jednak zamiast ciężkiego karabinu, po drugiej stronie znajdował się jedynie ciemnobrązowy popielec o licznych białych kropkach na futrze, wąskim pysku i szeroko rozstawionych kaprawych oczkach. Na łbie miał hełm, którego kratkowana przyłbica uniesiona była w górę. Opierał się o stalowy parapecik okienka ze swojej strony niczym barman spoglądający na kolejnego pijusa, czekając aż ten zastanowi się nad wyborem następnego trunku po spożyciu którego będzie można go uprzejmie wyprosić.
By uniknąć nudnej konwersacji, Legionista przeszedł do rzeczy - położył otrzymane wczoraj wezwanie oraz przygotował swoją książeczkę służby. Żołnierz po drugiej stronie przekartkował sobie po otrzymanych stopniach, pochwałach i naganach, choć wcale nie należało to do jego obowiązków. Sięgnął łapą pod spód parapetu i pociągnął za jakąś dźwignię - załomotały koła zębate i prawe skrzydło wrót zaczęło się otwierać.
- Macie się zgłosić do Centuriona Rocktroopera. Namioty dowódców są naprzeciw kantyny, po prawej - rzekł żołnierz za okienkiem i zwrócił papiery należytemu właścicielowi.

Jeżeli garnizon z zewnątrz wyglądał imponująco, tak jego wnętrze niezbyt zachęcało to spędzania tu czasu. Nie dlatego, że było tu wszystko albo metalowe albo namiotem - trudno doszukiwać się u popielców architekturalnej estetyki. Ma być surowo, praktycznie i na lata. To ilość żołnierzy, sprzętu i pojazdów przyprawić mogła klaustrofoba o atak paniki pod gołym niebem.
Przez cały garnizon prowadziła szeroka droga którą poruszały się pojazdy. Po lewej stronie znajdowały się kolejno - magazyn z zaopatrzeniem, spichlerz, namioty i budynki dowództwa oraz rozległy garaż dla czołgów, transporterów i pojazdów bojowych. Naprzeciwko, po prawej stronie idąc w kolejności od wejścia: dwie wysokie przyczepy które najczęściej wykorzystywał Krwawy Legion jako mobilne koszary dla swoich żołnierzy, namioty podoficerów i żołnierzy, kantyna i plac treningowy. Naprzeciw wejścia, którym do środka dostała się Banda Węgla znajdowało się drugie, nawet szersze wrota. Sądząc po tym, że niedaleko stoi garaż dla pojazdów to właśnie tędy opancerzone bestie na kołach i gąsienicach opuszczały garnizon.
Żołnierze Krwawych i Żelaznych wspólnie ćwiczyli na placu treningowym, w okolicy kantyny było pusto - przy garażach miotali się tragarze i mechanicy a gońcy wychodzili z jednego namiotu po stronie oficerów do drugiego. Wokół gwar i ruch, ale wszyscy chodzili tutaj jak w zegarku. Nikt, absolutnie żaden ze stacjonujących tu żołnierzy nie stał bezczynnie (pomijając straż).

Nie tracąc czasu, piątka popielców z Bandy Węgla udała się za swym Legionistą w kierunku budynków i namiotów oficerów. W stalowych domkach o kopulistych dachach stacjonowali jedynie najwyżsi oficerowie: Centurion Hagma Linecrusher, której podlegała cała "Ząbkowana Strzała", Trybun Kyranith Steelgrip z Żelaznego Legionu, Trybun Fierhan Sparwind z Krwawego oraz Makk the Silent z Popielnego. Pozostałym centurionom przypadały w udziale okrągłe namioty, gdzie mieszkali ze swoimi ordynansami, a przed każdym z namiotów znajdowała się drewniana tabliczka przybita do pala umieszczonego w ziemi z imieniem i nazwiskiem oficera. Przynależność do Legionu zdradzała kolorystyka namiotu.
Centurion Tyrron Rocktrooper dosłużył się swej rangi walcząc o zasoby na polach bitewnych, zwanych inaczej Skrajem Mgieł. By napędzać machinę wojenną Czarnej Cytadeli, prócz węgla należało mieć jeszcze stały dostęp do ropy naftowej, dzięki której zmechanizowane maszyny oblężnicze mogły w ogóle się poruszać. Rocktrooper po powrocie do Tyrii zasłynął w bitwie o Steeleye Span, gdzie mianowany jako Brevet po tragicznej śmierci swego centuriona poprowadził pięć band czołgistów w bój, odpierając atak napiętnowanych, których liczebność przewyższała ilość dostępnej piechoty prawie trzykrotnie.
Usłyszawszy, że ktoś wszedł do jego namiotu odwrócił się od map. Umaszczenie Tyrrona było zaiste dziwaczne - wyblakła żółć z liczne, czarne pręgi od stóp do głów. Budowa ciała przeciętna, rogi zakrzywione w przód a pysk krótki i zarośnięty po bokach. Para jasnopomarańczowych oczu spoczęła na piątce popielców, na których czele stał jasnobrązowy popielec o długich rogach w tył, krótkiej, postrzępionej bródce i ciemniejszej łacie na pysku.
- Legionista Falkner Węgloróg, z Bandą Węgla, na rozkaz - rzucił dowodzący oddziałem prężąc się podczas salutowania.
- Spocznij - odparł Rocktrooper wysokim jak na popielca głosem - Poproszę papiery całego oddziału.
Wskazawszy na blat okrągłego biurka na którym stał metalowy kubek z parującą kawą, Rocktrooper podszedł bliżej by zerknąć na spis członków Bandy oraz przebieg służby:

Falkner Węgloróg - Legionista, raz zmienił Legion, co niezbyt przypadło Centurionowi do gustu. Przed obaleniem Płomiennej Cytadeli aktywnie zwalczał Płomienny Legion z Bandą Długich, której wtenczas przewodził. Następnie w papierach była kilkuletnia przerwa, oznaczona stemplem "tajne" - pieczątka była jak najbardziej wiarygodna. Tyrron mruknął cicho i czytał dalej: Legionista Węgloróg służył w Bandzie Smoka, Krwawy Legion, jako mechanik, strzelec oraz kierowca czołgu. Po niewyjaśnionym rozpadzie Bandy uformował własny oddział znów pod sztandarem Żelaznego Legionu. Kolejny fragment życiorysu Legionisty przypadł Centurionowi do gustu - Banda Węgla uczestniczyła w walce na Skraju Mgieł o strategiczne surowce dla Czarnej Cytadeli. Następnie Banda została rozbita a jej członkowie porozsyłani w świat, pełniąc rolę wizytówki Legionów wśród innych liczących się frakcji. Taki zabieg nie był często spotykany, ale Cytadela lubi pochwalić się swymi żołnierzami. Rocktrooper zjechał wzrokiem na sam dół - od dwóch lat Banda Węgla stacjonowała w ranczu w Diessa Plateau, gdzie od zera odbudowała placówkę dostarczającą pożywienie dla Legionów i strzegła jej podczas Inwazji Nieumarłych na Tyrię.
Przeczuwając, że lektura będzie dłuższa, Rocktrooper nabił fajkę i w międzyczasie odłożył kartkę z przebiegiem służby Węgloroga na bok.

Jarrin Węglopyski - żołnierz, na początku stacjonował w ranczu opodal Miasteczka Nolan, następnie dostał przeniesienie do Bandy Węgla. Podczas pobytu z Mgłach wyłonił się w nim talent zwiadowcy i tresera zwierząt. Po przydzieleniu do Bandy Węgla stał się prawą ręką Legionisty. Niestabilność psychiczna od zawsze towarzyszyła Węglopyskiemu. Po rozdzieleniu Bandy Węgla do tyryjskich frakcji został umieszczony z szpitalu psychiatrycznym, z którego wyciągnął do Legionista z pomocą zaprzyjaźnionej siły najemnej. Podczas pobytu w sanatorium opodal Smokestead nie wykazywał niepokojących zachowań, w skutek czego został zwolniony przedwcześnie.

Sarang Węglorębacz - przywrócony do służby dwa Sezony temu po długotrwałej rehabilitacji. W wieku 21 lat otrzymał przeniesienie do Mgieł za podejrzenia o zabiciu swojego poprzedniego Legionisty granatem wrzuconym do jego namiotu. Winy nigdy mu nie udowodniono, niemniej dla pewności odsunięto go od Czarnej Cytadeli by odsłużył w Mgłach. Tam wykazał się jako znakomity logistyk i inżynier, który z pomocą gadżetów i usprawnień biegł w pierwszej linii. Po rozdzieleniu Bandy Węgla trafił do Klasztoru Durmanda, gdzie z powodu urazu w trakcie jednej z ekspedycji doznał przejściowej amnezji.

Cyrria Węglofutra - czterdziestoletnia popielka która została przydzielona do Bandy gdy ta stacjonowała na ranczu.  W poprzedniej bandzie służyła niemalże dwadzieścia lat, aż do czasu gdy podczas starcia z nieumarłymi z Elony atakującymi Askalon straciła całą bandę. Operatorka wszelakiej maści maszynerii oblężniczej i broni stacjonarnej. W trakcie służby wykazała się niejednokrotnie męstwem, szczególnie podczas operacji Uderzenie Żelaza, gdzie samodzielnie odciągnęła z pola bitwy ponad dwudziestu rannych żołnierzy pod ostrzałem wroga.

Gedwa Węgloskrzydła - trzydzieści lat, saper. Stoczyła bój na arenie w Czarnej Cytadeli, legendarnym Bane ze swoim poprzednim Legionistą z którego tylko ona wyszła cała, by porzucić bandę na stałe. W trakcie służby wykazywała się wyrachowaniem i precyzyjnością w obsłudze materiałów wybuchowych. Wdała się w niejedną bójkę z barach na terenie Czarnej Cytadeli, zaś podczas przepustki w Lwich Wrotach została aresztowana na pięć dni i zmuszona do wypłacenia zadośćuczynienia właścicielowi kramu z jabłkami. W Bandzie Węgla nabierała pokory, pozostając pod baczną obserwacją swojego przełożonego.

Centurion Rocktrooper odłożył ostatnią z kartek i spojrzał spod ciężkich, kudłatych brwi na stojącą przed nim piątką żołnierzy. Dym z jego fajki dotarł do nozdrzy jego ordynansa, tęgiego popielca o całkowicie białym umaszczeniu i błękitnych oczach, który nie mógł zrobić nic innego jak kichnąć, przeprosić, kichnąć, znów przeprosić.
- Wyjdź na zewnątrz - Tyrron rzucił do swojego pomagiera i wskazał mu wyjście z namiotu. Gdy został już sam z Węglami, wziął głębszy wdech i odstawił fajkę na stół.
- Zaiste, trafiliście mi się jak gruszka spadająca na łeb. Będziecie albo moim bólem głowy, albo wyśmienitym miąższem mojej centurii - rozpoczął szczerząc kły. Falkner ani drgnął, Jarrin lekko się przekrzywił a Gedwa powstrzymała parsknięcie. Następnie Centurion wyszedł zza stołu by każdego powitać żołnierskim uściskiem łapy.  Po tejże krótkiej ceremonii wrócił do dalszego instruowania:
- Będziecie załogą czołgu Kieł w. II-b, nadajcie mu imię jakie chcecie. Legionista Węgloróg zgłosi się do mnie dzisiaj o osiemnastej na odprawę, jutro wyruszamy pełną parą zmieść płomienną zarazę z naszego sektora. Teraz macie czas dla siebie - sugeruję znaleźć sobie wolne miejsce do spania, tylko nie właźcie do koszar Krwawych. Potem zaznajomcie się z maszyną która stanie się waszym domem, rozruszajcie kości na placu treningowym. Legionisto, odpowiadacie za pełne przygotowanie swojej bandy. Nie wdawać się w bójki w kantynie.
Falkner skinął łbem i kątem oka spojrzał na Saranga ostrzegawczo, co ten wyłapał od razu. W duszy popielec westchnął, ale przed Centurionem nie można było okazywać tego, co się myśli. W każdym razie nie teraz.
- Odmaszerować - nakazał Rocktrooper i odpowiedział na prawie że synchroniczny salut ze strony swoich podwładnych. Wyprostował się na moment i uderzył pięścią w pierś.
« Ostatnia zmiana: Marzec 18, 2019, 00:25:42 wysłana przez Falkner »

Falkner

  • Egida
  • ******
  • Wiadomości: 1197
  • Płeć: Mężczyzna
Preparacje

Po znalezieniu wolnego namiotu, Banda Węgla poświęciła godzinę na ulokowanie się w tymczasowym "domu". Namiot był wystarczający by pomieścić dziesięciu popielców, dlatego też spodziewali się, że namiot będą dzielić z inną bandą. Kto wie, może nawet członkami swojej centurii? Sarang czym prędzej zabrał się do rozpakowywania swych narzędzi które były dla niego jak szczotka do włosia i wykałaczka do kłów - nie ruszał się nigdzie bez nich. Jarrin z plecaka wyciągnął trzy flaszki domowej roboty bimbru. Pozostali rzucili rzeczy w kąt i przycupnęli na przeznaczonych dla nich legowiskach, które były niczym innym jak złożonymi w pół grubymi skórami dolyaków. Poza cichym pogwizdywaniem Saranga w namiocie panowała absolutna cisza. Gedwa położyła po sobie uszy i przeciągle warknęła:
- Zamkniesz wreszcie pysk - odezwała się do niespełnionego muzykanta który swym gwizdaniem działał jej na nerwy - Wszędzie psia mać hałas.
Sarang odwrócił się i zamrugał kilkukrotnie, nawet lekko przekrzywił głowę. Reszta przypatrywała się dwójce.
- Wymarsz z namiotu, idziemy na pole treningowe. Jutro potrzebuję was w pełni gotowości, a jak popracujemy wspólnie to się wymęczymy i nie będzie czasu ani na warczenie ani na gwizdanie - Legionista zerwał się ze swojego posłania wyczuwając tarcie między członkami oddziału. Wskazał łbem w kierunku wyjścia.

Na placu spędzili ponad godzinę, najpierw ćwicząc bieg przez tor przeszkód, następnie postrzelali na strzelnicy i poświęcili czas na treningu walki wręcz na słomianych kukłach. Falkner zdawał sobie sprawę, że ostatnie sezony spędzone na łataniu dachu stodoły, zaganianiu krów czy zwyczajnym pilnowaniu rancza nie sprzyjały żołnierskiej formie. W swych kościach również poczuł konsekwencje odwyku od czynnej służby, choć według papierów mieli stały przydział. Choć nie znał jeszcze planów Centuriona, wyobraził sobie co ten mógł poczuć przeglądając ich papiery - dwóch młodych, reszta to przekwitły kwiat wojska, wykolejeńcy o dziwacznej przeszłości. Zamiast aktywnej służby na frontach, rozdzieleni chodzili po świecie, narażali się swym przełożonym, byli awansowani i degradowani, po czym znów wracali do łask.
Ale Centurion się jeszcze zdziwi. Każdy z nich jest na swój sposób wyjątkowy, ma swoje zalety które uzupełniają Bandę jak i wady, które przez umiejętności innych są pokrywane. Doświadczenie weteranów to jedno, ale hart ducha kuty w płomieniach mijających lat to drugie.

Po treningu przyszedł podano "gorące koryto" - tak nazywano ciepły posiłek w warunkach polowych. Naturalnie w garnizonie nie wywoływało to żadnej rewelacji, ale z dala od sztabu, na terytorium wroga gorące jedzenie potrafiło pokrzepić duszę i ciało. Do kantyny wchodzono turami, najpierw jedli Popielni, potem Żelaźni by zminimalizować ryzyko powstania bójki między popiołkami i krwawymi. Ostatni na stołówkę wchodzili żołnierze, których zbroje malowano na czerwono.
Dziś podano średnio wypieczony befsztyk i fasolę. Oficerom dokładano do tego kufel popielczej whiskey na popicie. Po zajęciu miejsc przy długim, metalowym stole Węgle usadowiły się następująco: Gedwa, Jarrin, Cyrria, a przed nimi Sarang i Falkner. Samice zajadały się aż im się uszy trzęsły, Jarrin rozejrzał się na boki i wyciągnął manierkę która była zalana pod kurek jagodowym bimbrem. Ze wszystkich chyba tylko Falkner nie miał wilczego apetytu jak pozostali. Przesunął kufel z whiskey na środek co przywołało spojrzenia bandy na niego.
- Pijcie, tylko żeby każdemu starczyło - odezwał się i złapał mięso prawą łapą, przysuwając sobie do otwartego pyska.
Pozostała czwórka upiła po łyku, uczciwie podając kufel między sobą. Gdy przyszła kolej dowódcy, machnął jedynie łapą by kontynuowali gdyż on mielił teraz ciepłe mięsiwo. Prawdę mówiąc - nie mógł pogodzić się do końca z tym, że oficerom dają czym zapić a pozostałym nie. Czy to oszczędność? A może podkreślenie przywileju?
Dla kogoś na samym dole, władza zdaje się być baśniowym domkiem z piernika, a w środku same słodycze. Można rządzić, twoja decyzja jest ostateczna, salutują przed tobą.  Zaś z drugiej strony... bycie choć jeden stopień wyżej to jak stanie na domku z kart - należy balansować tak, by twoi podwładni nigdy, przenigdy nie postanowili się wyłamać. Inaczej wszystko runie, a ciebie zaboli najbardziej. Niejednokrotnie Węgloróg przekonał się o tym na własnym futrze.


Po jedzeniu przyszła kolej na Krwawy Legion by dorwać się do strawy. Piątka Węgli ruszyła zaś do hangaru, aby zapoznać się z maszyną którą jutro wyjadą w bój. Skrzydło jednych z wielu wrót było uchylone, przez co jeden za drugim wślizgnęli się do środka.
Garaż oświetlony był przez ogromne kule zawieszone na podwójnych łańcuchach, w których paliła się nafta a światło wyrywało się na zewnątrz przez stosunkowo niegęstą kratę dookoła kuli. Takich lamp było tutaj z dwadzieścia. Zewsząd słychać było głos uderzeń młotkiem, spawania, dokręcania śrub i poleceń robotników. Wśród maszyn stały tu czołgi starej daty, czyli te, w których jeszcze nie montowano ruchomej wieżyczki jak i nowsze, których strzelcy mogli swobodnie obracać działem. Stało tu również kilka transporterów na pace których wieziono piechotę, a jeden z karabinów napędzanych korbą miał ostrzeliwać wroga w trakcie jazdy. Popielcze łaziki, czyli pojazdy o wielkim kole z przodu i dwoma mniejszymi z tyłu, których celem było flankowanie przeciwników i zaskakiwanie ich ostrzałem z działa oraz szybkie przemieszczenie całej bandy z miejsca na miejsce. Nie brakowało też ruchomych barykad pchanych przez żołnierzy, rozstawianych by przyjąć na siebie ogień nieprzyjaciela jednocześnie osłaniając natarcie nie narażając go na szwank.
Przechodząc między maszynami, Cyrria jako pierwsza wyhaczyła pierwszego z "Kłów". Ten stosunkowo lekki czołg charakteryzował się licznymi kolcami umieszczonymi na pancerzu, w tym na samym przedzie które w praktyce miały taranować większe jednostki nieprzyjaciela, takie jak Płomienne Effigy. W praktyce jednak nikt nie chciał nacierać wprost na tego rodzaju konstrukcję, choć Falkner dobrze pamiętał jednego śmiałka, który to uczynił. Ten sam popielec z rykiem rzucił się na mordremowego thrashera - w obu przypadkach skończyło się to poważnymi ranami.
Dwa boczne działa maszynowe miały służyć za dodatkową siłę ognia podczas natarcia na umocniony punkt nieprzyjaciela. Największą wadą czołgu był jego tył, gdzie pancerz z uwagi na silnik musiał być słabszy niż na przodzie czy wieżyczce.


- Podziwiajcie - rzekł Falkner, wskazując łapą na czołg - Jutro przejedziemy się tym po czaszkach płomiennych. Standardowo: Jarrin prowadzi, Sarang ładuje, Gedwa pomocnik kierowcy, Cyrria obsługuje boczne działa.
- Wnioskuję o pozwolenie na inspekcję wnętrza czołgu - odezwała się Cyrria swym zwyczajnym tonem, który zawsze brzmiał jak wydawany rozkaz. Z czasem Legionistę przestał wytrącać z równowagi jej charakter wypowiedzi, ale z początku miał wrażenie, jakoby to ona chciała zagarnąć dowodzenie.
- Wniosek przyjęty - odparł i patrzył, jak jego podopieczni wspinają się na górę po metalowych kolcach (których brzegi swoją drogą wcale nie były ostre, a ich gęstość nie utrudniała wejścia na górę. Zabieg estetyczny, można by rzec).
Na próżno myśleć, że wnętrze czołgu było przestronne. Należało wchodzić pojedynczo, zaczynając od kierowcy lub jego pomocnika, później działonowy i ładowniczy lub operator karabinów, na samym końcu dowódca. Miejsce było wyliczone z chirurgiczną precyzją - dość, by móc poruszać się ze stanowiska na stanowisko, ale szerszy gabarytami popielec miałby stanowczy problem. Nie bez kozery czołgiści zawsze dostawali liche opancerzenie czy uzbrojenie - nie było dość miejsca, by pomieścić kilka napakowanych puszek. Co innego w ciężkim czołgu, gdzie ilość załogi sięgała nawet ośmiu osób. O ile sam pancerny pojazd był istotnie bestią na polu bitwy, dla załogi jest tak naprawdę grobem na gąsienicach. Jeśli coś pójdzie nie tak, zginąć mogą wszyscy jednocześnie - zapłon silnika czy amunicji, zerwanie gąsienicy oznaczało unieruchomienie czołgu, nie mówiąc już o naruszeniu mechanizmu poruszania wieżyczką.

Po kilkunastu minutach spędzonych na zbadaniu czołgu, Banda rozeszła się na rozkaz Legionisty, który musiał udać się do Centuriona na odprawę. Jarrin z Cyrrią ruszyli wychylić kufelek w kantynie, która pod wieczór stawała się odpowiednikiem baru "Ząbkowane Ostrze" jak w Czarnej Cytadeli, Sarang ruszył szwędać się po garnizonie, Gedwa zaś udała się pod polowe prysznice.
W namiocie Centuriona Rocktroopera zebrało się łącznie pięciu Legionistów - Mamfa Fellowmuzzle, Hagran Axebender, Lafet Torchwielder, Karra Asheradicator (nie bez powodu przyjęła to nazwisko, chcąc tym pokazać swoje wrogie nastawienie do Popielnego Legionu) oraz Falkner Węgloróg. Zebrali się przed mapą, gdzie Centurion Rockcrusher stał z metalowym wskaźnikiem przed mapą na której naniesionych było wiele symboli i kolorowych strzałek.
- Oficjalnie witam was w swojej Centurii - rozpoczął Tyrron, szybko jednak przechodząc do sedna - Skoro uprzejmości mamy za sobą, przejdziemy do szczegółów. Jutro o godzinie piątej zero-zero wszystkie garnizony umieszczone na wschodzie rozpoczynają atak na umocnienia Płomiennego Legionu. Naszym celem jest jak najszybsze złamanie oporu wroga i wypchnięcie go z powrotem w góry, z których przyszedł. Co zaś tyczy się nas - Rockcrusher wskazał na sektor obramowany czarną obwódką - wyruszamy punktualnie z "Ząbkowanej Strzały" i nacieramy na pierwsze umocnienie wroga. Zgodnie z doniesieniami zwiadowców mamy do przełamania kilka stanowisk: Najpierw uderzymy w przedni posterunek Płomiennego Legionu i zajmiemy go by mieć bazę wypadową w przypadku - charknął - porażki. Następnie mamy do sforsowania dwie płomienne wieże które plugawi szamani wznieśli swoimi czarami oraz obóz między nimi. Dalej czeka nas sieć tuneli która zostanie wyczyszczona przez piechotę. Zaraz na końcu tuneli znajduje się spory garnizon wroga, gdzie czekać na nas będzie stanowczy opór wroga. Przejęcie tego obiektu pozwoli nam odepchnąć Płomiennych do wąwozów gór z których przyszli.
Centurion chwycił łapą kufel z wodą który leżał na biurku i wypił solidny łyk. Otarł łapą pysk i wskazał znów na pierwszy cel:
- Tutaj jedziemy na szpicy, waląc z czego się da w posterunek. Zaraz przed nim rozjedziemy się na flanki, trzy czołgi z lewej, trzy z prawej. Wtedy piechota wchodzi a my osłaniamy tyły od flank. Gdy dojedziemy do wież, najpierw dajemy artylerii zmiękczyć wroga przed nami a potem wykańczamy niedobitków. W tunelach nie pomożemy, dlatego przegrupujemy się i poczekamy na sygnał, po czym odeskortujemy artylerię na miejsce, gdzie ta ostrzela twierdzę.
Legioniści wymienili się spojrzeniami i wrócili uwagą na Centuriona i jego mapę. Ten odetchnął i wymruczał:
- Nie gapcie się tak na mnie, nie pierwszego dnia Cytadelę zbudowano. Jeśli napotkamy zbyt silny opór, będziemy bronić to co udało nam się zdobyć. Poinstruujcie swoje oddziały, każdy ma znać swoje miejsce i słuchać rozkazów.

Po wyjściu z namiotu Legioniści rozeszli się w swoje strony. Falkner, kierując się do namiotu swojej Bandy został dogoniony przez Lafeta Torchwieldera. Postawny popielec o mocno ociosanej mordzie, długich faflach opruszonych wczesną siwizną, szeroko rozstawionych, okrągłych oczach i nadłamanym prawym rogiem położył łapę na ramieniu Węgloroga.
- Legionisto Węgloróg, nie macie nic przeciwko jak moja banda się wprosi do was? Właściwie to już to zrobiliśmy, nie ma więcej miejsca. Garnizon pęka w szwach, kurka wodna, a lepiej być pod jednym dachem ze swoimi niż inaczej, prawda?
Falkner spojrzał w poczciwy jak na popielca pysk Legionisty Bandy Torch i wyszczerzył kły w uśmiechu:
- Racja, Torchwielder. Obyście tylko w kolumnie przed nami nie jechali, bo my zgarniamy pierwszą krew. Szkoda by było, gdybyście nam zasłonili linię strzału.
Lafet zaśmiał się i poklepał Falknera po barku, po czym opuścił łapę. Torchowie byli jedną z wielu takich samych band w Żelaznym Legionie - robili, co do nich należało ale nic poza tym. Średnia wieku tam wynosiła trzydzieści, gdzie najstarszy miał prawie pięćdziesiątkę i był nim właśnie dowódca. Równie dobrze mógł już zostać odesłany do jakiejś lżejszej pracy niż wojaczka, ale Lafet wszystkimi czterema łapami zapierał się przed przeniesieniem go do innej roli. W tym starym cielsku wciąż wrzała dusza chętna krwi, choć jego powierzchowność przypominała bardziej popielca w sukience Klasztoru Durmanda, spędzającego czas na dłubaniu wśród starych zwojów.

Torchowie i Węgle zdążyli się już zapoznać w głównej mierze dzięki nalewkom Jarrina. Nawet Sarang, zamknięty w sobie wydobył chęć do rozegrania kilkunastu partii w karty, przerżnąwszy wszystkie rozdania. Nie przeszkodziło mu to cieszyć się z ostatniej nocy przed powrotem na plac boju. Gdy wszyscy byli już wstawieni, Falkner zabrał taboret, obity skórą dziennik z którego wyrwał kartkę i trzymając w łapie wąski węgielek, napisał list. Pierwszy z kilku, które oddadzą to, co przeszła Banda Węgla.
« Ostatnia zmiana: Marzec 20, 2019, 23:57:33 wysłana przez Falkner »

Falkner

  • Egida
  • ******
  • Wiadomości: 1197
  • Płeć: Mężczyzna
Natarcie


Nim wstało słońce nad "Ząbkowaną Strzałą" w garnizonie panował już spory ruch. Żołnierze w szaro-niebieskich i czerwonych zbrojach czy mundurach wychodzili z namiotów, schodzili po stalowych schodkach ruchomych koszarów przegrupowując się wyznaczonym miejscu. Większą bramę garnizonu otwarto zupełnie, skąd wyjeżdżały jednostki zmechanizowane. Na szpicy jechały czołgi, które zatrzymały się 400 kroków od bram, za nimi opancerzone transportery z piechotą na pace, na samym końcu potężne działa osadzone na gąsienicach i obsługiwane przez czwórkę popielców (nie licząc kierowcy i jego asystenta w środku a także dowódcy pojazdu). Zbędnym było powtarzanie planu natarcia poza garnizonem - przewałkowano go trzy razy w każdej centurii i pojedynczej bandzie, przynajmniej podopieczni Rocktroopera tak mieli.
Węgle nazwały swój czołg "Kilof", co było dziełem absolutnego przypadku - tejże nocy, Banda Torch i Węgla wymieniała się opowieściami i anegdotami z frontu przy umiarkowanym spożywaniu alkoholu nim Lafet i Falkner zarządzili przymusowy koniec libacji. Każdy, bez wyjątku, musiał być gotów do operacji.

Każdy z popielców, który brał udział w natarciu był świadom szczytności tej misji. Prasy drukarskie w Czarnej Cytadeli wypuściły dwanaście nowych plakatów, wzywających do walki z najeźdźcą. Wznowiono też wydawanie frontowej gazety obrazkowej, której w czasie pokoju gorącymi czytelnikami były przede wszystkim kociaki z fahrarów. Łączono przyjemne z pożytecznym - nauka czytania a jednocześnie wypracowanie schematu idealnego żołnierza, który zdzierając swe pazury do krwi nie odda ani kawałka ziemi w łapska wroga. Dla dorosłych były to gazetki które głównie ich rozbawiały, lecz Bandy które w głównej mierze zajmowały się badaniami (tak, nauka w Czarnej Cytadeli to ważna dziedzina, skąd indziej wziąć wytłumaczenie dlaczego Żelazny Legion bije resztę na głowę swoją maszynerią i zaoszczędzonym stratom jednostek przy rosnącym uszczerbku wroga) dowiodły o pozytywnym wpływie prostej rozrywki na morale żołnierzy.
Udział w walce miał przede wszystkim wymiar propagandowy - nikt nie atakuje Żelaznego Legionu w jego własnym domu, pomijając duchy Askalonu. Właśnie to uczucie walki za swój dom podbudował żołnierzy stacjonujących w Czarnej Cytadeli, należących do wszystkich trzech Legionów.

Załoga "Kilofa" rozmieszczona była zgodnie z wytycznymi Legionisty - zasiadał w stalowym fotelu kierowcy mając do dyspozycji dwie dźwignie do kontrolowania ruchu gąsienic czołgu - lewa dźwignia pchnięta naprzód napędzała lewą gąsienicę, prawa analogicznie do lewej. Zasięg widzenia kierowcy był mocno ograniczony - raptem wąski kwadrat przez który widział tylko to, co przed nim. Obok niego siedziała Gedwa jako asystent kierowcy. Gdyby Jarrin odniósł rany i nie mógł prowadzić pojazdu, jej zadaniem było zepchnięcie go z krzesła i przejęcie sterów. W pozostałych przypadkach do jej obowiązków należała obsługa powtarzalnego karabinu umieszczonego na przedzie czołgu. Wprawiając w ruch mechanizm obrotowy przy użyciu korby, działko wypluwało kolejne pociski których celem była likwidacja lżej opancerzonych celi lub przygwożdżenie wroga ogniem ciągłym.
Wieżyczką z działem sterowała Cyrria, zaś Sarang był ładowniczym. Do obowiązków działonowej należało strzelać do wyznaczonych przez dowódcę czołgu celi i stosowanie się do wskazanych poprawek. Dwa boczne karabiny powtarzalne na czas walki były nieobsadzone - używano ich dopiero w przypadku, gdy czołg dokonywał pełnego natarcia. Wtedy Gedwa i Sarang mieli porzucić swe obowiązki, a w ładowaniu działa pomagał Falkner. Cyrrii nigdy nie było wolno opuścić stanowiska strzelca głównego działa.
Mimo stosunkowej ciasnoty w czołgu komunikacja odgrywała tutaj istotną rolę. Mózgiem operacji zawsze był dowódca, który informował kierowcę o tym co dzieje się wokół i instruował jak prowadzić. Działonowa patrząc przez szkło powiększające z krzyżem celowniczym miała wąskie pole widzenia, dlatego również zdana była na dowódcę. Z kolei ładowniczy nie mógł dobierać pocisków wedle własnego uznania - do obowiązków Legionisty należał wybór najbardziej pasującego do sytuacji pocisku, który miał zostać wsadzony do komory ładowniczej działa. Niczym maszyna o wielu kołach zębatych, trybach i linkach, dowódca był przekładnią, dźwignią i kołem zaworu który ustawiał działanie maszyny do panujących warunków. Zaś każdy jeden czołg musiał współpracować z pozostałymi, do czego służyła sieć komunikacyjna w którą zaopatrzona była każda z maszyn - choć inżynierowie Cytadeli niechętnie przyjmowali rozwiązania innych ras, tak przekaźniki radiowe opracowane przez asury znacznie ułatwiły koordynowanie ataku z użyciem pojazdów. Każdy dowódca miał po nadajniku, który był na tyle głośny, aby każdy w czołgu mógł go słyszeć. Dla pewności jednak dowódcy powtarzali rozkazy na głos, by uniknąć kłopotów.

- Wszystkie czołgi, bierzemy prawą stronę - w nadajniku odezwał się Rocktrooper - Centurion Yawnhead bierze lewą stronę. Bez odbioru, wykonać.
Łącznie udział w natarciu brało dziesięć czołgów, po pięć z dwóch centurii. Razem tworzyły coś na wzór piramidy - dwa jechały na szpicy, za nimi po jednym i tak dalej. Takie rozwiązanie miało na celu zapobiegnięcie przed przypadkowym strzeleniem w swojego sojusznika, jeśli atak nastąpiłby z flanki. Za czołgami jechały cztery transportery wypakowane piechotą, na szarym końcu cztery działa na gąsienicach.
- Oczy szeroko otwarte. Przed nami równy teren ale po bokach zalesiony. Jakikolwiek płomienny przewinie się w linii wzroku, to macie strzelać - wypaplał Tyrron Rocktrooper do nadajnika i słychać było krótkie strzyknięcie.
- Szefie - odezwał się Sarang, klepiąc lekko Falknera w lędźwia. Ten spoglądał przez otwarty właz wieżyczki dookoła przy pomocy lornetki.
- Co jest? - odparł Legionista nie odrywając wzroku od dwóch szkiełek powiększających.
- Mogę sobie urżnąć łby martwych Płomiennych? Pomyślałem, że jak wrócimy to nauczę się heblować z kości i będę robił puchary.  Otworzę stragan i będę je sprzedawać, ale wam dam za darmo po jednym.
Gedwa zarżała i odwróciła się na siedzeniu by odpowiedzieć Sarangowi:
- Jak ich Cyrria ustrzeli, to nawet nie będziesz musiał kroić karków tylko od razu łebki do wora schowasz.
- Cisza - przerwał Falkner, spoglądając dalej na pole bitwy - Oczy przed sobą Gedwa, obserwuj las po prawej. Sarang, bądź gotów do objęcia prawego karabinu. Cyrria, lufa z przodu.
- Tajest - odparła Gedwa wracając wzrokiem przed siebie. Od tyłu wyglądała zabawnie - miała gęstą, lokowaną czuprynę a popielcze cielsko sprawiało wrażenie, jakby była krową o bujnym afro.
Sarang przycupnął na schodku, za którym znajdowały się włazy z pociskami które miał ładować. Spojrzał w podłogę pojazdu, gdzie znajdowały się dwa awaryjne włazy. By zwiększyć szanse na wydostanie się z czołgu w przypadku zagrożenia życia, pod stanowiskiem kierowcy i asystenta znajdował się właz przez który można było wyjść pod czołg. Podobny był pod stanowiskiem ładowniczego. Prawda jednak była taka, że nieczęsto udawało się całej załodze wydostać z czołgu w przypadku nagłej awarii. Co prawda każda z maszyn wyposażona była w podłużne tuby ze spryskiwaczem w której znajdowała się esencja żywiołaka lodu pod ciśnieniem służąca do gaszenia pożarów, ale sprawdzało się to tylko w przypadku zapłonu silnika i to tylko pod warunkiem, że ładowniczy zadziała bez wahania.

- Kontakt, trzecia godzina! - wykrzyknęła Gedwa i położyła lewą łapę na korbie karabinu wprawiając ją w ruch. Prawą łapą nacelowała i nacisnęła za spust.
Falkner natychmiast przeniósł wzrok we skazane miejsce. Zobaczył, jak wystrzelone z karabinu pociski lecą gdzieś w knieję spomiędzy której widać było kilka sylwetek popielców otaczających rozmieszczone czarne, bazaltowe, szerokie lufy dział miejscami płonących żywym ogniem.
- Prawa strona, nasza trzecia godzina - Falkner szybko wymówił do nadajnika - mają działa.
Nim lufy czołgów wypaliły w las, spomiędzy drzew wystrzeliła salwa pięciu pocisków. Jeden z nich trafił w czołg Rocktroopera, przy zderzeniu rozpadając się w ciekłą lawę. Kolejny uderzył w ziemię, następny zaraz przed czołgiem Bandy Eradicator (Legionistka, Karra Asheradicator nosiła przestawne nazwisko, co również zdarzało się wśród popielców) zamieniając się w kałużę bulgoczącej lawy. Trzeci nie trafił, czwarty i piąty gruchnęły w bok Fellow'ów. Czołg zakołysał się, lecz krótkie warknięcie Legionistki Fellowmuzzle zapewniło, że załoga jest cała.
Teraz czołgi Cytadeli odpowiedziały, strzelając w las.
- Następny zapalający! - krzyknął Falkner do Saranga, który otworzył komorę ładowniczą i ciągnąc za uchwyt zwolnił miejsce dla nowego pocisku, a łuska po pocisku spadła na podłogę.
Jedno z dział ewidentnie zostało trafione, bowiem towarzyszył temu wybuch ognia. Formacja wszystkich pojazdów zatrzymała się. Wróg wystrzelił też z lewej strony, lecz czołgi centurii Yawnheada wypaliły zaraz za nimi. Doszło nawet do spektakularnego widowiska, gdy wybuchowy pocisk trafił idealnie w lecącą kulę magmy w skorupie Płomiennego Legionu. Wyglądało to jak pokaz profesjonalnych fajerwerków jaki ma miejsce podczas Meatoberfestu w Diessa Plateau.
Kolumna Legionów zatrzymała się. Jarrin przycisnął lewą dźwignię celem obrócenia czołgu frontem w stronę z którego nadlatywał ostrzał, pozwalając przedniemu, najgrubszemu pancerzowi chronić maszynę przed wyłączeniem z walki. Wymiana ognia z dział i towarzyszącym karabinom napędzanym korbami ze strony Żelaznego Legionu trwała tak naprawdę krótko, każdy z żołnierzy jednak czuł, jakby każda sekunda była uśmiechem losu w ich stronę, pozwalającym im przeżyć. Gdy działa ucichły, z jednego transportera zeskoczyła cała centuria Krwawego Legionu którzy pod osłoną ognia ruszyli w las celem wyłapania niedobitków.
Falkner rozejrzał się wokół oceniając straty. O siebie i swój czołg był pewny - nie zostali trafieni ani razu.
- Wszystkie czołgi, raport - w nadajniku odezwał się wysoki głos Rocktroopera
- Węgle cali - Falkner odparł jako pierwszy
- Banda Torch w całości.
- Axebender melduje: żadnych strat
- Asystent kierowcy skarży się na przypalone futro, reszta cała - odparła Legionistka Bandy Fellow
- Prawa gąsienica uszkodzona, ale możemy jechać - odparła Karra Asheradicator
- Przyjąłem. Nie zaburzać szyku, wstrzymać ogień póki piechota nie odwali swojej roboty - rozkazał Rocktrooper, by po chwili przekazać dalsze instrukcje - Artyleria musi jeszcze trochę podjechać by wejść by zasięgiem objąć pierwszy posterunek wroga. Na mój rozkaz wszystkie czołgi ruszają naprzód. Oczy otwarte na następne zagrożenia.

- Cyrria, lufa skierowana na godzinę pierwszą. Nie strzelać bez rozkazu - Falkner wyprostował się napierając na właz wieżyczki by wychylić się z lornetką. Duma Krwawego Legionu, czy raczej popielcy walczący wręcz wdzierali się w las, Banda za bandą, zupełnie jak mrówki opuszczające swój dom by rozejść się we wszystkie możliwe strony. Niedługo po tym słychać było szczęk metalu, huk wystrzałów, warczenie i przeciągłe krzyki ranionych. Która ze stron przegrywała? Przybliżenie lornetki nie pozwalało na widzenie przez gęste liście, trzeba było się więc zdać na słuch.
- Ale ich wyżynają nasi - rzuciła Cyrria, wiercąc się na swoim stanowisku. Choć należała do Żelaznych, nic nie sprawiało jej większej radości od patrzenia na wygasające w oczach wroga życie, zakończone krótkim, przedśmiertnym epizodem pełnym bólu.
- Widać coś, widać? - Sarang przepchnął się do Cyrri by zajrzeć przez okular z pomocą którego namierzała cel. W odpowiedzi popielka oderwała oczy od szkła i spojrzała na towarzysza broni, szczerząc kły i warcząc:
- Na swoje stanowisko
Sarang próbował się przepchnąć do Gedwy i Jarrina, lecz w tymże momencie usłyszał ostrzegawczy ton Legionisty:
- Wracaj na swoje miejsce, Sarang. Nic nie widać póki co.
- Transportery wycofują się na tyły, artyleria zajmuje ich miejsce - rzucił przez nadajnik Rocktrooper, podając swoim podwładnym informację z okolicy. Faktycznie, słychać było warczenie silników kilku maszyn. Niedługo potem z lasu wybiegło kilku żołnierzy Krwawego Legionu unosząc wysoko do góry trzymany oręż - miecze, topory, karabiny, nawet łuki. Ten gest był znany jako "nie strzelaj, jesteśmy po tej samej stronie", gdyż rozochoceni walką strzelcy siedzący za karabinami i działami mogliby wypalić do własnych wojsk. Rozległy się krzyki, Krwawi podbiegali do czołgów na szpicy i meldowali o postępie. Spośród lasu wyciągano pierwszych rannych, których kładli przy linii drzew. Niczym cienie, sanitariusze pojawiali się przy rannych i podejmowali drugą walkę tego dnia - o ocalenie życia brata czy siostry.
Rocktrooper i Yawnhead wykrzykiwali coś do piechociarzy, machając łapami. Wtem znów Centurion, pod którym służyły Węgle odezwał się przez nadajnik:
- Jedziemy naprzód. Piechota będzie biec za nami. Gdy znajdziemy się w efektywnym polu rażenia artylerii zatrzymujemy się. Niech trochę zmiękczą wroga, potem ruszamy.

Wzniecając chmury spalin, kurzu i wyrywając kawałki ziemi z jej naturalnego położenia, czołgi ruszyły naprzód. Rannych zaczęto ładować na jeden transporter, który zawrócił i ruszył do garnizonu. Dla tych żołnierzy na dzisiaj dość walki. Szczęśliwcom może uda się trafić na parę dni do lazaretu, innych poskładają i za dwa dni wyślą w bój, skoro potrafią stać na nogach. Żal zaś tych, którzy tego momentu polegli.
Niemalże wszyscy Legioniści dowodzący czołgami sterczeli z wieżyczek i wgapiali się w dal, próbując wyłapać wzrokiem pierwszy punkt na który zostanie przypuszczone natarcie. Może gołym okiem nie był widoczny, ale z kilkunastokrotnym powiększeniem posterunek Płomiennego Legionu prezentował się ze wszystkimi szczegółami. Położony pod niezbyt stromym wzniesieniem, otoczony był bazaltowymi kręgami sięgającymi może do klatki piersiowej standardowego żołnierza. Takich kręgów było chyba z pięć, a im bliżej celu, tym więcej można było dostrzec - w samym centrum znajdowały się namioty i dwa wielkogabarytowe działa. Na rozkaz Centurionów czołgi zatrzymały się i trwały tak.
- Dobrze się umocnili - rzekł Falkner zaglądając do wnętrza czołgu, by powiadamiać swoją Bandę o nowościach. Tutaj, w pancernej trumnie nie mogli zbyt wiele dostrzec, a z pewnością nie ciekawski Sarang.
- Kręgi z kamienia, dwa działa. Oby nasi nie chybili, mają tam porządne umocnienia, tfu - Węgloróg kontynuował i znów wrócił do obserwowania przez lornetkę.
- Chowają się za kamieniami, kopiują nieudolnie nasze działa i ciula tam z nimi - rzekł Jarrin ochoczo uderzając pięścią w otwartą łapę.
- Jak nam artyleria wszystkich wykurzy to nic dla nas nie zostanie - przekręciwszy się na krześle, na ile pozwalało miejsce, Gedwa rzekła do wszystkich. Spojrzenie utkwiła w Cyrri, która odsunęła łeb od celownika i lekko pokiwała głową.
Dalsze rozmowy przerwał nieopisywalny huk, towarzyszący wystrzałowi mobilnych dział artryleryjskich. Jeden po drugim, cztery działa wypluwały ciężkie pociski które Falkner tak lubił obserwować w trakcie lotu - tam, na niebie wyglądały jak małe ptaki wznoszące się do góry po łuku, by następnie zacząć spadać. Z oddali słychać było pierwsze przytłumione przez odległość wybuchy.
Działa waliły przez dwie minuty, może trzy. Trudno było sobie wyobrazić to, co musiało dziać się tam, po drugiej stronie. Kto choć raz zobaczył deszcz pocisków ten wie, że wszystko tonie w kłębie wznieconego kurzu, ziemi lub błota, by po krótkim czasie ujawnić szerokie leje i rozczłonkowane części ciał. By przeżyć, chowano się w okopach, tunelach, pod twardą osłoną. Często żołnierze wychodzili bez nóg, z odłamkami w ciele lub zasypani przez ziemię, która skrzętnie ukrywała ich rany do czasu odkopania. Niedraśnięci często do końca życia (lub leczenia, jeśli okazało się skuteczne) musieli zmagać się z traumą, która niosła ze sobą bezsilność, bezsenność, uczucie strachu, chęć ucieczki z pola walki, panikę czy niezdolność do logicznego myślenia. Silniejsi hartem ducha żołnierze potrafili i obyć się bez urazów psychicznych ten jeden raz, drugi, trzeci, nawet dziesiąty. Niewątpliwym jednak pozostaje fakt, że poza ogromną siłą rażenia artyleria działała demoralizująco.

- Piechota gotowa do wymarszu. Gaz do dechy, utrzymać linię i na mój rozkaz walić w cokolwiek się poruszy tam na dole - warknął Rocktrooper i odłożył nadajnik, co zasygnalizowało krótkie trzaśnięcie.
Czołgi z przodu ruszyły wolniej, pozwalając reszcie je dogonić. Zostawili lasy za sobą, a przed nimi rozpościerał się otwarty teren, a łagodny spad prowadził prosto do pierwszego celu. Spoglądając przez lorentkę, Falkner dostrzegł, że bazaltowe zapory przypominały teraz kawałki askalońskich murów, jakie ostały się po wyzwoleniu jego ojczyzny z rąk ludzi. Jedno z dział leżało w kawałkach z których skapywała lawa, drugie zaś było przełamane w pół i wykrzywione w bok. Zza jednego murku wychylił się popielec w hełmie wykonanym z kości i częściowo nadpalonej twarzy. Łapy przełożył na drugi koniec barykady i oparł się o nią klatką piersiową. Przez szkła powiększające mógł nawet dostrzec, jak popielec wydaje swoje ostatnie oddechy, nim trafiły go pociski z karabinu czołgu Bandy Axe. Płomienni którym udało się przeżyć albo leżeli i dogorywali, zaś tym, którym starczało sił wstawali i szli bez celu, chcąc pożegnać życie z godnością. Jeden nawet spojrzał wprost w czołgi na wzniesieniu i splunął przed siebie, podnosząc z ledwością wygrażająco zaciśniętą pięść. Zaraz jednak został zmieciony przez wystrzał z czołgu, zostawiając po sobie jedynie dziurę w ziemi.
- Dobra, niech piechota robi swoje. Osłaniamy ich flanki - rzucił do nadajnika Rocktrooper po czym zamachnął do Yawnheada, by jego czołgi ruszyły lewą stroną, a jego prawą. Na szpicy pojechała Asheradicator, za nimi Torche, Węgle, Banda Fellow, potem banda Centuriona i na samym końcu Axebender i jego załoga.

Zajęciem posterunku i dobiciem rannych zajął się Krwawy Legion, wszak w takiej robocie byli najlepsi. Poszło na tyle gładko, że żaden z sanitariuszy nie musiał interweniować. Połowa jednego z transporterów wyładowała swoją załogę by ta pozostała jako zabezpieczenie tyłów, podczas gdy reszta miała nacierać na kolejny punkt - dwie wieże i posterunek pod nimi. Przegrupowanie nie zajęło nawet dziesięciu minut - czołgi objęły prowadzenie, za nimi jechała piechota. Działa artyleryjskie zostały w zdobytym posterunku, gdyż ich zasięg pozwalał, według map i wyliczeń balistyków, ostrzeliwać posterunek. Ładując nabój za nabojem, załoga artylerii wystrzeliwała pocisk za pociskiem, których trafienia niosły się z daleka. Nie można jednak było dostrzec zniszczeń jakie nanosiły, jako że między jednym a drugim posterunkiem znów znajdowało się wzniesienie, a następnie otwarty teren. Natarcie w składzie: dziesięć czołgów oraz trzy niepełne transportery wspinało się teraz pod górkę. Gdy wjechali na wzniesienie, ujrzeli przed sobą zjazd w dół i szczere pole usłane lejami po pociskach artyleryjskich. Nigdzie jednak nie było ani kawałka struktury posterunku Płomiennego Legionu, żadnej zniszczonej wieży. Znajdowały się one raptem 700 kroków dalej od miejsca koncentracji ognia.
- Głupie ciule! - warknął Rocktrooper przez nadajnik, komentując niekompetencję artylerzystów. Następnie słychać było strzyknięcie w eterze i krótką ciszę, przerwaną pojedynczą komendą:
- Atakujemy!

Czołgi ruszyły na szpicy, formując się w zgrabną linię. Każdy z kierowców dociskał dźwignie silnika do oporu w przód. Każdy czuł się niekomfortowo, gdyż trzęsło i trzaskało. Sarang mocniej chwycił się fotela Cyrrii, która nie bacząc na niedogodności wgapiała się przed siebie i czekała na rozkaz do wystrzału. Pokonali pierwszy lej i jechali dalej, zupełnie jak inne maszyny z dwóch centurii.
Posterunek Płomiennych składał się z dwóch czterometrowych wież zbudowanych z płonącego bazaltu, zakończonych rozległymi kulami wypełnionymi magmą. U podnóży budowli tkwił osłonięty bazaltowym murem garnizon, na którym rozstawione były czarne działa polowe, jak i pod murem. Zwiad donosił, że opór będzie większy, ale to brak pomocy ze strony artylerii doprowadził do tego, co właśnie zaszło.
Szamani stojący na wieżach wznosili łapy i kreślili nimi okręgi, brali zamachy i wykonywali gesty jak w konkurencji pchnięcia kulą. Kuliste wierzchołki wież zapłonęły i splunęły ognistymi kulami jak człowiek, któremu zamiast wody do popicia podaje się ocet. Zaraz za nimi wypaliły działa polowe ustawione na murach jak i poza nimi. Skoordynowany wystrzał nadszedł zarówno z wież, murów posterunku, dział pod nim oraz z flank. W rezultacie płomienny deszcz wież zaskoczył przedzierające się przez leje jednostki zmechanizowane. Celem kuli płomieni były transportery, gdzie piechota siedziała na odsłoniętych pakach. Żołnierze Krwawego Legionu, trafiani jeden po drugim rzucali się na podłoże paki lub wyskakiwali na zewnątrz. W odpowiedzi karabinierzy będący operatorami karabinów powtarzalnych otworzyli ogień przed siebie, lecz trwało to krótko, jako że oni również zostali ranieni. Padł rozkaz do opuszczenia pojazdów - komu jeszcze ogień nie smalił ogona, ten wyskakiwał na zewnątrz i ruszał w biegu przed siebie. Utrudnieniem był jednak ogień dział polowych, który jeśli nie trafiał w czołgi, to w biegnącą piechotę. Sytuacja stała się nadzwyczaj niekorzystna dla Legionów.
- Dostaliśmy, Gaber nie żyje! - krzyknęła Asheradicator, informując o śmierci swojego kierowcy. Gdy spojrzenie Falknera utkwiło w ich czołgu, zobaczył jak jeden z pocisków uderzył (najprawdopodobniej łutem pieprzonego nieszczęścia) w styk wieżyczki czołgu z pancerną karoserią. Nadajnik przeszyło warknięcie Legionistki, która spadając ze stanowiska dowódcy schowała swój łeb pod włazem wieżyczki. Kolejny pocisk przeszył pancerz czołgu i jego odłamki spowodowały eksplozję składu amunicji, doprowadzając do zapłonu i natychmiastowej śmierci całej załogi.
Wymiana ognia trwała dosłownie chwilę - Żelazne czołgi odpowiedziały pięknym za nadobne, lecz przygwożdżone ostrzałem działającym negatywnie na załogę nie miały przewagi nad wrogiem. Falkner czym prędzej schował głowę i zamknął właz wieżyczki, po czym przyparł do peryskopu oglądając bitwę z wnętrza czołgu.
- Jarrin, trzymaj czołg przodem do nich. Gedwa, pruj ile fabryka dała w działa przed murem. Cyrria - bierz na cel mury, wal w działa. Sarang, ładuj wybuchowe!

Ogniste kule uderzały w czołg od góry, lecz były za słabe by się przebić. Rozbijające się zaklęcia przypominały trochę stukot deszczu o dachówki i rynny.
- Jedziemy prosto w ich ogień - krzyknął Jarrin, zatrzymując pojazd.
- Centurionie, mają nas jak na talerzu! - krzyknął Falkner do nadajnika
Rocktrooper z wnętrza czołgu rozglądał się wokół. Widział strzelające działa wroga oraz liczne kule ognia które strumieniem opuszczały wierzchołki wież. Opuścił peryskop i spojrzał przez dziurę dla strzelca bocznego - piechota zupełnie straciła orientację - jedni biegli naprzód, drudzy chowali się w lejach, trzeci biegli z powrotem by chować się za czołgami. Yawnhead stracił dwa czołgi - pierwszy z nich eksplodował, w drugim doszło do pożaru i załoga czym prędzej próbowała uciec - dowódca wychodził włazem wieżyczki, gdy został trafiony przez kulę ognia prosto w głowę i wślizgnął się do środka. Inni członkowie załogi używali włazów awaryjnych w podłodze i wypełzali z czołgu, płonąc. Do końca swej służby nie zapomniał widoku klęczącego żołnierza, który ostatnimi siłami wyszarpnął pistolet z kabury i oddał strzał we własny łeb, by raz na zawsze pożegnać ból i zjednać się ze śmiercią.
Rocktrooper chwycił czym prędzej za nadajnik i przełączając się między różnymi kanałami komunikacyjnymi (czołgi, czołgi obu Centurii, transportery) nakazał odwrót.
Jarrin nawet na chwilę się nie zawahał by zatrzymać czołg i szarpnąć dźwignie do siebie, powodując wycofywanie się czołgu. Falkner spoglądał przez peryskop i zauważył że inne czołgi idą w ich ślady. Jazda w tył po wzniesieniu była absolutnie trudna, a ostrzał ze strony wroga nie słabł. Poza Eradicatorami, których czołg spłonął, zobaczył jak Banda Fellow guzdrze się z odwrotem. Jeden z pocisków trafił w gąsienicę i utkwił między stalowymi kołami, doprowadzając do jej zerwania. Ostatnią deską ratunku była ucieczka z czołgu.

Mimo wypracowywanego przez lata stereotypu, że żołnierz Legionów bije się do ostatniej kropli krwi, dzisiejszy dzień udowodnił, że odrobina rozsądku musi wziąć górę nad wykreowaną przez propagandę postawą. Nastał świt, świecąc przychylnie nad dwoma wieżami Płomiennego Legionu. Trzy Legiony musiały się wycofać do zajętego posterunku i przegrupować siły. Natarcie zakończyło się porażką. 

Falkner

  • Egida
  • ******
  • Wiadomości: 1197
  • Płeć: Mężczyzna
Wsparcie

W ciągu godziny posterunek zdobyty przez Legiony zyskał nazwę "Stłumiony Płomień". Ciała zabitych płomiennych zaczęto znosić w jedno miejsce, a bandy scrapperów dostąpiły zaszczytnego zadania zbierania rozczłonkowanych kawałków ciał i dorzucania je do stosów poległych. Był ranek, a wydawało się, jakby minęło pół dnia.
Mimo wycofania się natarcia Legionów i zajęcia wcześniej zdobytej pozycji, można było odnieść wrażenie, że walka trwa nadal - działa artyleryjskie wypalały raz za czas, na co znajdujące się w następnym garnizonie Płomiennego Legionu wieże odpowiadały podobnie - z kulistych wierzchołków wież nadlatywały masywne kamienne kule, które wybuchały lawą po uderzeniu w ziemię. Żadna ze stron mimo wszystko nie mogła wyrządzić sobie krzywdy - odległość dzieląca wrogów była zbyt duża. Tym sposobem obie strony nie tylko utrudniały sobie podejście najkrótszą drogą z garnizonu do garnizonu poprzez sukcesywne niszczenie podłoża, tworzenie lejów i wyżłobień, ale próbowały też osłabić morale przeciwnika. Wszak czyż może być coś bardziej przerażającego, jak wybuchy tuż przed twym progiem?

Centuria Rocktroopera straciła podczas natarcia jeden czołg - Banda Eradicator poległa w wyniku wybuchu czołgu. Ponadto było też kilku rannych, niemniej nie na tyle, by spędzić resztę dnia w lazarecie. Teraz każda z band zajmowała się sobą. Falkner porozdzielał swoim podopiecznym zadania: Sarangowi wykrycie problemów technicznych i usunięcie ich, Gedwie uzupełnienie zapasu amunicji, Cyrria miała uzupełnić w czołgu paliwo, zaś Jarrin miał pomóc komukolwiek, kto będzie tego potrzebował. Nim jednak przystąpili do pracy, cała piątka siedziała obok czołgu czy to na ziemi, czy kawałkach bazaltowego murku. Razem tworzyli krąg, pośrodku którego stał polowy palnik a w nim garnek, w których parzono frontową kawę. Cyrria wstała i porozlewała każdemu w miarę po równo do wyciągniętych stalowych kubków o drewnianej nakładce na ucho, by nie poparzyć sobie łap.
Pili w milczeniu, jakoś nikt nie kwapił się do rozmowy. Cyrria odpaliła grubaśne cygaro, poczęstowała Saranga którego sępi wzrok spoczął na drewnianym pudełku z podłużnymi rurkami nabitymi tytoniem. Jarrin głucho warknął, gdy w zamyśleniu przytknął gorący kubek do wierzchu łapy.
Ciszę przerwała Gedwa, zwracając się do dowódcy:
- Szefie, Rocktrooper ma jakiś plan?
- Dowiem się niedługo, właśnie chcę do niego iść. Cyrria, zarzuć cygarem, oddam jak dostanę z przydziału - Falkner nie czekając na jej odpowiedź sięgnął łapą do pudełka z cygarami i odpalił od ognia palnika podgrzewającego garniec.
- Jak z przydziału to nie chcę, to siano zawinięte w jeden liść tytoniu - odparła popielka, obnażając górne kły. Po chwili nadała rozmowie nowy tor:
- Nie spodziewałam się, że złotka zaskoczą nas takim ostrzałem. Ten ich cały nowy trybun najwidoczniej ma łeb na karku.
- Dostosowują się, tak jak my. - odparł Falkner, kontent z tego, że popielka nie niedocenia swojego wroga jak mają to w zwyczaju inni.
Sarang spoglądał po rozmówcach mglistym wzrokiem, jakby był tutaj, wśród nich, ale obecnością sięgał gdzieś głęboko swoich myśli. Choć intensywna opieka medyczna legionowych lekarzy specjalizujących się w nauce o umyśle i jego schorzeniach przywróciła mu tożsamość, wspomnienia i kategorię "Zdolny do walki", wciąż musiał przypominać sobie to i owo. Prawdę mówiąc nigdy nie uczestniczył w żadnej operacji wymierzonej przeciwko Płomiennemu Legionowi - wszystkiego o nich dowiadywał się z broszur, książek i wspomnień innych żołnierzy przy kuflu piwa. W jego wyobrażeniu które właśnie odtworzył, rysował się obraz odzianych w łachmany i naszyjniki z kości popielców z kosturami, rzucającymi ognistymi kulami. Spodziewał się, że szturm połączonych jednostek pancernych i piechoty z łatwością przełamie się przez prymitywne umocnienia wroga i jeszcze tego dnia świętować będą wypchnięcie wroga z sektora.
- Jaharr Smolderpaw... - wymieniając imię prowodyra całej tej wojny, Falkner zaciągnął się cygarem - Śmiały, skoro przeszedł przez wszystkie nasze umocnienia w górach...
- Ciul głupi a nie śmiały - wtrąciła się Gedwa, przełknąwszy łyk kawy - Nakopiemy mu w ten osmalony zad i skończy się pierdolenie.
Jarrin poklepał Gedwę po ramieniu, rechocząc przy tym nisko: - To jest asystentka kierowcy o którą prosiłem. Siekaj ich tak dalej jak wtedy, w lesie, a zakończymy to szybciej, niż się Imperatorowi zdaje.
Gedwa nie wiedziała, czy to był żart, sarkazm, czy nieudaczna próba zaflirtowania. Wśród swych pobratymców uchodziła raczej za niebrzydką, lecz nie oddawała się zalotom. Na próżno zgłębiać się w temacie jej kontaktów intymnych - starczy powiedzieć, że przejawiała w tej kwestii żołnierską postawę. Gdy masz na coś ochotę, po prostu po to sięgasz. Nie zganiła Jarrina, nie odpowiedziała mu też nic.
- Dobry z was zespół, Węgle, a w tym składzie jedziemy dopiero pierwszy raz.
Na słowa Falknera odparł Jarrin, przywołując wspomnienie z pierwszych lat służby razem:
- Pamiętasz szefie, jak żeśmy we Mgłach siekali skurczybyków? Szkoda, że nie ma z nami reszty...
- Polegli w słusznej sprawie - nie rozczulając się, Legionista odparł wypuszczając z ust gęstą chmurę tytoniowego dymu - A my na całe szczęście nie zasiedzieliśmy się na śmierć na ranczu.
Jarrin ściągnął brwi, na co Falkner szturchnął go delikatnie zaciśniętą w pięść łapą.
- To miejsce jest świetne, ale nim ruszyliśmy miałem swoje obawy, czy pamiętasz którym pedałem się dodaje gazu, a którym hamuje.
Kierowca wyszczerzył kły w uśmiechu i zaśmiał się nisko. Spoglądając na Cyrrię, wskazał kciukiem na Legionistę:
- I mówi to ten, który naszczał omyłkowo do beczki z piwem, zamiast do srajdziury.
Wszyscy zaśmiali się. Faktycznie, Falkner wydobył z szuflady wspomnień właśnie tę sytuację, gdy upojony alkoholem nalał nie do tego miejsca, gdzie trzeba. Domyślił się dopiero, gdy popielna Banda Watch opieprzyła z góry do dołu questora tamtejszego posterunku.

Piętnaście minut później Centurioni Rocktrooper, Yawnhead, Pommelpaw który dowodził piechotą i Kennelstick odpowiedzialny za pojazdy artyleryjskie zebrali się w rozstawionym namiocie na naradzie. Wszyscy byli zgodni co do tego, że należy kuć żelazo póki gorące. Najprostsza droga do dwóch płomiennych wież została od razu wykluczona z planowania - po intensywnych bombardowaniach zarówno czołgi jak i piechota byłaby wysoce zagrożona, jeśli próbować się tędy przedrzeć. Opracowano więc nowy plan, który zakładał wykorzystanie wsparcia, które w ciągu trzydziestu minut miało się pojawić aby przechylić szalę zwycięstwa na stronę Trzech Legionów. Artyleria miała przesunąć się w strefę efektywnego zasięgu rażenia, obejmując garnizon z dwoma wieżami. W tym czasie czołgi oraz piechota miały zaatakować z lewej i prawej flanki, bez transporterów. Podejście więc zajmie trochę czasu, jednakże otrzymane wsparcie miało skutecznie odwrócić uwagę wrażego ostrzału od nacierającej piechoty.
Po zakończeniu obrad Centurioni rozeszli się do swych podwładnych, rozpoczynając odprawę. Rocktrooper zarządził zbiórkę przy czołgu swojej Bandy i tam poinstruował pozostałe oddziały o tym, co następuje:
- Jedziemy flankami, wzniesień. Za nami piechota, więc dostosować prędkość i odległość od skał by dać służyć im jako osłona. Walić z dział i przednich karabinów ile się da - niech wróg nie zazna litości.
Najpierw artyleria zmiękczy opór wroga na tyle, ile będzie można. W tym samym czasie do walki dołączą siły powietrzne, skupiając na sobie wrażą uwagę. Wtedy ruszamy i asystujemy piechocie dopóki nie wejdą do garnizonu. Pytania?
Żaden z Legionistów nie miał wątpliwości co do przedstawionego planu. Kiwając głowami, żołnierze wyrażali zrozumienie planu.
- Do czołgów! - Rocktrooper zakręcił prawą łapą wyciągając wskazujący pazur i machnął w przód.
Dyrygowani przez swych Legionistów, bandy podlegające pod Tyrrona ruszyły w kierunku swoich maszyn. Do "Kliofa" pierwszy wskoczył Jarrin, za nim Gedwa, następnie Sarang i Cyrria. Falkner wszedł jako ostatni, a gdy stanął na stanowisku dowódcy, wyściubiając łeb przez otwarty właz wieżyczki, odwrócił się nagle za siebie. Rozległ się donośny ryk silników pojazdów artyleryjskich które wspinały się na wzniesienie a zaraz po nim przeciągły huk syreny, dobiegający z góry.


Pakt na swoim podorędziu miał wiele sterowców i charrcopterów podczas ofensywy na Orr. Po zniszczeniu floty nad Maguumą zaczęto opracowywać nowe modele, oparte na trzech wiodących myślach technicznych w Tyrii - asurańskiej, ludzkiej i popielczej.
Niemniej to, co zawisło nad żołnierzami Trzech Legionów było najwyższej klasy statkiem powietrznym zbudowanym w Czarnej Cytadeli. Ogromny balon z równie wielkim symbolem Żelaznego Legionu, dźwigający trzy pokłady pełne żołnierzy, dział i bomb. Balon sterowca dzielony był na odseparowane segmenty by w razie uszkodzenia nie tracić całego zapasu powietrza. Dolny pokład składał się z kładki i dwóch poziomych śmigieł ułatwiających wznoszenie. W przypadku dokowania to właśnie przez najniższy pokład załoga wchodziła na statek. Środkowy pokład był z kolei miejscem, gdzie znajdowały się wysokokalibrowe działa a także kwatery załogi, która w razie niebezpieczeństwa mogłaby wyskoczyć z kajut i przystąpić do obrony. Górny pokład przeznaczony był dla oficerów i to tutaj znajdowało się całe serce nawigacyjne sterowca.
Niewiele było statków powietrznych większych od Czarnej Stali - masywnego, powietrznego niszczyciela który używany był równie często co Charr-Puszka - największe działo popielców, które poruszało się jedynie po szerokich szynach. Mimo kolosalnego rozmiaru, nieczęsto pojawiały się w zwyczajnych operacjach. Wzywano je jedynie wtedy, gdy potrzebna była największa siła ognia.
Z kolei tego rodzaju sterowce były nowością, elementem maszyny który dopiero się docierał w mechanizmie machiny wojennej.


Zgodnie z planem, artyleria zajęła miejsca pod wzgórzem które dzieliło oba garnizony. Ryzyko było duże - gdyby właśnie teraz wróg rozpoczął ostrzał, mobilne działa dalekiego zasięgu Trzech Legionów znalazłyby się w strefie efektywnego rażenia. Bandy obsługujące artylerię ładowały pociski na podajnik, który następnie wsuwał nabój do komory działa. Ustawiano działo w odpowiedniej pozycji i ciągnięto za dźwignię, która wprawiała w ruch cały mechanizm wypalenia pocisku.
Równocześnie z nimi, kapitan sterowca nakazał poprowadzić maszynę prawą stroną by umożliwić działonowym po lewej rozpoczęcie ostrzału. Jak się okazało, żołnierze po prawej stronie burty nie nudzili się - Płomienny Legion ulokował się na wzniesieniach w czasie, gdy Trzy Legiony przegrupowywały się. Rozpoczęty został ostrzał z obu stron - najważniejszymi celami sterowca były dwie wieże, na szczycie których szamani zaczęli wymawiać swoje inkantacje i gestykulować, wzburzając masywne wystrzały kul ognistych.
Gdy artyleria zamilkła na chwilę, czołgi Centurionów Yawnheada i Rocktroopera wyruszyły zakrywając sobą biegnącą na czterech łapach piechotę. Uwaga Płomiennego Legionu, jak zakładali oficerowie, została odciągnięta poprzez pojawienie się sterowca. Artyleria i statek powietrzny wspólnie przygważdżały ogniem dział wraży opór - tym razem przeprawie czołgów nie przeszkadzała już salwa dział polowych.
- Zatrzymać się dopiero, gdy znajdziemy się na flankach garnizonu - rzekł Rocktrooper przez nadajnik, przekazujący wieść pozostałym dowódcom czołgów podlegających pod Tyrrona - Osłaniać piechotę.
- RUCHY! KLUCHY... LENIWE! - Sarang przypierając pysk do stanowiska karabinowego po prawej stronie czołgu wykrzyczał do kryjącej się za nimi piechoty.
Falkner spoglądał przez lornetkę na sytuację we wrogim posterunku. Działa na murach stały się przeszłością, a jeśli jakieś się ostało na ziemi, nikt nie śmiał go obsługiwać. Płomienni z pewnością chcieli przegrupować się w środku i ulokować na stanowiskach obronnych. Cóż... jak kto woli. Mogliby zawsze uciec.

Sterowiec rozkruszył ogniem dział wierzchołki obu wież i zawisnął nad posterunkiem. Sojusznicza artyleria ucichła, a czołgi zbliżyły się do flank nieprzyjacielskiego obozu.
- Poślij wybuchowy w ten kawałek muru - rzekł Falkner do Cyrri, która zaczęła obracać wieżyczkę we wskazanym kierunku.
- Zróbcie nam wejście, panienki! - żołnierz piechoty zastukał pięścią w czołg. Po chwili "Kilof" wypalił i droga dla piechoty stała otworem. Nim ruszyli, Gedwa i pozostali asystenci kierowców wypalili z karabinów do środka, na wypadek gdyby ktoś czekał po drugiej stronie.
- Węgloróg i Axebender, wy wjeżdżacie do środka i pomagacie piechocie. Reszta jedzie za mną i zabezpieczamy tyły.
Zgodnie z rozkazem, Jarrin zaczekał na wejście piechoty i dał gazu do środka. Naraz rozległ się huk wystrzałów i szczęk mieczy, gdy obie siły starły się w zażartym boju. Płomienni nie chcieli odstąpić utrzymywanej ziemi a ponadto nie mieli dokąd uciec -załoga sterowca strzelała do każdego złotka, które chciało czmychnąć z posterunku. Ponadto pozostałe czołgi, które nie wjechały do środka szybko przemieściły się na tył posterunku by nie dać nikomu opuścić pola bitwy. Tym sposobem Trzy Legiony odegrały się za wcześniejszą porażkę i niedługo później sztandary Płomiennego Legionu zostały zdjęte, połamane i spalone.

Przegrupowanie nie trwało długo, a dowództwo chciało jak najdłużej korzystać z obecności sterowca, widząc do czego ta maszyna jest zdolna. Niestety, na podorędziu Legionów nie było ich sporo, dlatego nawet jednego dnia załoga jednego z latających statków mogła walczyć nawet na trzech różnych frontach. Było za wcześnie, by wieści z innych sektorów dotarły tutaj, niemniej starczy powiedzieć, że Płomienni stawiali zaciekły opór. W niektórych miejscach Legiony odniosły zdecydowane zwycięstwo, w innych z trudem wypierali wroga tylko po to, w innych walki o pierwszy punkt sektora trwały w nieskończoność.
Między zdobytym posterunkiem z dwoma wieżami (teraz w ruinie) a kolejnym ciągnęło się długie pasmo wzniesień i gór, przez co przeprawa przez nie czołgom zajmie sporo czasu. Na szpicy posłano pojedyncze bandy Popielnego Legionu, które miały zrobić rozpoznanie. Kapitan sterowca, Centurion Barrud Creepthrower mimo usilnych nalegań dowódców wojsk lądowych musiał odmówić - podobno dwa sektory na wschód stąd Płomienny Legion nie tylko obronił się przed natarciem, ale właśnie w tej chwili naciera na posterunek Legionów z którego natarcie się rozpoczęło. Zresztą ostatnie zdanie w tym wszystkim należało do Trybunów, Maka the Silent, Fierhana Sparwinda oraz Kyranith Steelgrip, którzy śledząc poczynania sojuszniczych sił z "Ząbkowanej Strzały" nakazali natychmiast wesprzeć zagrożony posterunek na wschodzie. Tyrron Rocktrooper i pozostali musieli ustąpić, w skutek czego nastąpiło przygotowanie do kolejnego natarcia.
Gdy czołgi miały się przedzierać przez wyżynne podejścia, piechota miała skorzystać z sieci tuneli wydrążonych w ziemi. Były to jeszcze pozostałości po starych bojach z Płomiennym Legionem, gdy każda ze stron zajmowała jakąś część wąskiego kompleksu korytarzy i ślepych zaułków. Dziś sytuacja miała się powtórzyć. Zdobycie tuneli było niezwykle istotne, bowiem na samym ich końcu znajdował się końcowy cel operacji - fort Płomiennego Legionu, wzniesiony magią szamanów i krwią zniewolonych samic i jeńców.

Załogi czołgów miały wolne. Banda Węgla zorganizowała sobie przerwę na posiłek i kawę przy czołgu. Falkner w tym czasie uczestniczył w odprawie u Centuriona Tyrrona Rocktroopera.
Jarrin wyciągnął z czołgu plecak, po czym zeskoczył na dół i rozsiadając się wygodnie na ziemi wyciągnął dwie butelki bimbru, jagodowego i jabłkowego. Ze spokojem odkorkował butelkę tego pierwszego, upił solidny łyk i posłał butelkę dalej.
 Jarrin Węglopyski był pierwszym (bezsprzecznie) kandydatem do objęcia funkcji Breveta, czyli tymczasowego dowódcy w przypadku, gdyby Falkner nie mógł pełnić tej roli. Był jego prawą łapą, wsparciem od lat i filarem, na którym opierało się jego dowództwo. Mimo trudnej przeszłości nie stracił hartu ducha. Nie okazywał zgubnego zapału do walki, wszystko brał z dystansem i zrozumieniem faktu, że dziś może być jego ostatni dzień. Wypełniał wiernie rozkazy i nie wahał się nigdy w ogniu walki, co czyniło go najlepszym materiałem na kierowcę.
Cyrria wypiła łyka z butelki, zapijając uprzednio przełknięty kawałek suszonego mięsa z dolyaka. Węglofutra była jednym z tych żołnierzy, którzy dopiero przechodzili swój chrzest bojowy w Bandzie Węgla. Nie oznaczało to jednak, że była żółtodziobem. Jej metryka i doświadczenie było jak szlachetny kamień znaleziony w stogu siana - na ranczu Jarrina wzięła się po przeniesieniu z uwagi na zdrowie. Była najodważniejsza z całej piątki, gotowa umrzeć za każdego z osobna lub wszystkich razem. To była stara szkoła popielców, gdy jeszcze w fahrarach opowiadano bajki o tym, że w ludzkich domach na podłogach leżą dywany z futra popielca a ściany zdobią wypchane, rogate łby pobratymców. Tak jak inni, przeżyła wielkie rozczarowanie po zawarciu pokoju, ale nigdy nie podważała tej decyzji. Jej poprzednia Banda służyła przez pół roku na Piętnie jako wsparcie dla Sentinelów. Cyrria zyskała nawet możliwość przeniesienia się do bandy, która trzymała kryształowe zło w ryzach, niemniej zobowiązanie honoru jakie miała wobec swojego oddziału nie pozwalało jej opuścić rodziny.
Sarang podszedł szybciutko do Cyrri i capnął flaszkę, gdy ta wyciągała łapę by podać ją dalej. Pił i pił, a gdy oderwał butelkę od pyska sapnął i beknął, podając butelkę do Gedwy.
Sarang Węglorębacz był wcale niegłupi w środku, lecz ktoś, kto go nie znał mógłby pomyśleć, że to kompletny świr. Najmłodszy z oddziału, lecz wraz z Jarrinem najdłużej stażem. Świetny inżynier, ale żołnierz wątpliwej wiarygodności. Falkner postanowił wziąć go pod swoje skrzydła z dwóch powodów - po pierwsze nie miał wyboru, a po drugie udało mu się wycisnąć z młodego narwańca co najlepsze. Jak każdy w Węglach, Sarang był nieoceniony w dziedzinie którą się zajmował - walka wręcz i inżynieria. Teraz jednak był jedynie cieniem swego dawnego ja z powodu urazów jakich doznał na wyprawie z Klasztorem Durmanda. Przez długi czas miał luki w pamięci, amnezję przejściową. Nawet teraz bywają momenty, kiedy wymieniając się opowieściami o wojnie z dawnych lat, banda plotkuje a Sarang siedzi cicho.
Gedwa Węgloskrzydła uniknęła degradacji do scrappera a nawet wygnania, stając się gladium. Gdy po raz pierwszy pojawiła się na ranczu Jarrina, nie rozmawiała z nikim, nie przesiadywała z Bandą a swoje obowiązki wykonywała szybko i na odpierdziel. Dopiero, gdy Tyrię najechali nieumarli z Elony wychodzący przez nieznane portale, w Gedwie znów zapłonął płomień żołnierza. Ranczo Jarrina było atakowane kilka razy - za pierwszym nieumarli byli dla rolników i ich obstawy nie lada wyzwaniem, lecz z każdym kolejnym atakiem rozprawiano się z nimi znacznie efektywniej. Raz nawet nie doszło do walki zupełnie, gdyż przeciwnicy zrejterowali z powrotem skąd przyszli gdy natrafili na pole minowe, które Gedwa przygotowała na tę specjalną okazję. Gdy usłyszała o przydziale w obecnym natarciu, nie mogła przestać gadać o tym, na ile sposobów zabije setkę płomiennych. Falknerowi taki zapał podobał się, choć wolał, by nie przeceniała swoich możliwości. Wiedział, że stanowisko asystentki kierowcy przypadnie jej do gustu - mało kto obsługiwał przedni karabin zawzięcie prując do wroga tak, jak ona.

Gdy Legionista Bandy Węgla wracał do swojego oddziału, machnął łapą i krzyknął:
- Te, zostawcie mi też coś do popicia!
Gedwa wzruszyła ramionami, wyciągając pustą flaszkę. Jarrin zarechotał i odkorkował bimber jabłkowy, po czym upił łyka i zaczekał, aż szef dołączy do kompanii.
Falkner pochwycił butelkę i wydoił solidny łyk. Zastrzygł uszami, podobnie jak inni z oddziału gdy dotarł do nich agonalny ryk. Sarang wyprężył się i spojrzał w kierunku północnego wyjścia ze zdobytego posterunku. Krzyk dochodził ze strony zejścia do tuneli. Gedwa zarechotała:
- Nasi już ich tłuką, że też mnie tam nie ma.
Ale nie chciałaby tam być. To żołnierze Trzech Legionów, ostatni z tych którzy weszli do środka wybiegając z powrotem w płomieniach. Uciec udało się raptem czterem, nim z tuneli wystrzelił język płomieni. Trudno było sobie wyobrazić to, co spotkało jeszcze pięć band które weszły do podziemnych korytarzy jako pierwsi.

Falkner

  • Egida
  • ******
  • Wiadomości: 1197
  • Płeć: Mężczyzna
Ewakuacja

Piechotę oddelegowano do przenoszenia zwęglonych ciał na jeden stos, gdzie miało odbyć się krótkie pożegnanie zabitych. Było to raptem kilka ciał, nawet nie tuzin śmierdzących spalonym futrem i skórą zwłok żołnierzy, którzy padli ofiarą pułapki zastawionej przez Płomienny Legion. Weterani nie mieli żadnych złudzeń - gdzieś w tunelach czaił się wróg mający do dyspozycji zaklęte kotły przy pomocy których zalali korytarze żywym ogniem. Bardzo sprytne i efektywne.
Sanitariusze nawet nie kwapili się do oględzin - śmierć nastąpiła szybko i boleśnie, ale teraz polegli byli już we Mgłach. Questorzy i podlegli im logistycy właśnie przyjmowali pierwszy transport zaopatrzenia - namioty, amunicja, żywność, ciepłe koce i tym podobne. Większość żołnierzy otrzymała zadanie przygotowania zdobytego posterunku na nocowanie, podczas gdy inni wyruszyli na zwiad. Wiadomym było, że tunelami się nie przejdzie, została więc tylko droga przez nierównomierne wzniesienia między niskimi górami. Przeprawa będzie ciężka dla pojazdów, dla piechoty mniej. Najbardziej niepokojącym faktem była niewiedza - jak wygląda ostatni z posterunków, czy to zaraz za górami, czy może gdzieś między nimi? Falkner, przypominając sobie mapy, kojarzył, że jest to gdzieś przy końcu górskich pasm. Wniosek z tego był prosty - Płomienni rzucą wszystko co mają by nie dopuścić do przejścia przez tunele jak i nad nimi. O wiele łatwiej będzie bronić wąskiego punktu i dławić natarcie.
Rocktrooper po naradzie z innymi Centurionami potwierdził przypuszczenia Legionisty Węgli - resztę dnia spędzą w garnizonie póki sytuacja się nie wyklaruje. Artyleria będzie strzelać co godzinę, interwałami po 3 salwy co 3 minuty, aby napędzić wrogowi stracha. Nie można było jednak przewidzieć, czy pociski spadną tuż przed posterunkiem, czy uderzą w niego. Bez wsparcia sterowca nie będzie już tak łatwo. Najpewniej dziś wieczorem przybędą uzupełnienia.

Rozdzielając zadania pomiędzy bandę, Falkner przycupnął na fotelu dowódcy czołgu, zupełnie sam. Wyciągnął z plecaka dziennik oraz rysik. Wyrwał jedną kartkę i utkwił wzrok w otwartym włazie czołgu, zastanawiając się nad treścią listu. Po niebie przeleciał klucz czarnych ptaków, zmierzający na wschód. Gdyby tylko można było się w jednego zamienić, wznieść wysoko i zobaczyć z góry co znajduje się na dole... Szybując zaraz pod chmurami, bezpiecznie od nieprzyjacielskiego ognia. Z zamyślenia wyrwało go łomot w boczną część opancerzenia czołgu.
- Szefie, jesteś tam? Przywieźli nowe komiksy, wziąć ci jakiś? - zapytał Sarang, którego ton głosu ewidentnie dawał do zrozumienia, że najchętniej przygruchałby dla siebie całą skrzynię obrazkowej makulatury.
- Weź mi jakiś - odparł Falkner wzdychając - Mamy jakieś miejsce na nocleg?
- Yyy... namiot.
- To zanieś tam. Jak spotkasz innych, to powiedz im że mogą odpocząć w namiocie.
- A szef? - Węglorębacz zapytał ze zdziwieniem.
- Skończę to przyjdę.
Sarang odszedł, snując w swoim kurzym rozumku różne teorie dlaczego Legionista siedzi sam w czołgu. Najpierw przyszło mu do głowy, że sprawdza usterki techniczne. Potem, że może jednak daje upust swojemu popędowi w pojedynkę, ale tę myśl zastąpiła inna - może nie jest sam, tylko trzymał łapą za pysk jakąś popielkę która mu pomagała z rozładowaniem emocji? Tak czy siak, odszedł na polecenie i przyspieszył, gdy z opancerzonego transportera wyciągano skrzynie.
Falkner (zupełnie sam, wbrew przekonaniom podopiecznego) zaczął pisać list. Na myśl przychodziły mu stare dzieje - pierwsza wojna w której uczestniczył, dokładniej na froncie z Płomiennym Legionem. Jakże inaczej mógł się jego los potoczyć, gdyby przydzielono go na południe, do Ebonhawke. Wraz z innymi próbowałby sforsować nienaruszoną od lat ostatnią twierdzę Królestwa Askalonu. Może zmarłby właśnie wtedy - od strzały w serce, rany miecza lub, co gorsza, napiętnowanego ogra.
Zamiast tego, los porzucał nim trochę po świecie odciągając od walk z duchami, kryształowymi pomiotami czy wojny domowej. W tym czasie zdążył zwiedzić północ, zachód i południe znanego wtedy świata. Zastanowił się głęboko nad tym, co sprawiało mu większą przyjemność - niewiążące zlecenia najemnicze czy stała służba. Westchnął i pisał dalej.

W odróżnieniu od dnia wczorajszego, tego wieczora nie było wesołych pogaduszek przy flaszce bimbru. Sarang czytał do oporu, kartkując strony z obrazkami i dialogami zawartymi w dymkach nad głowami bohaterów póki nie zasnął z pyskiem w czasopiśmie. Gedwa od razu poszła spać, Cyrria przechadzała się po posterunku. Jarrin z kolei zawitał do sąsiedniego namiotu, gdzie spierał się o byle co z tamtejszymi żołnierzami Krwawego Legionu. Mało brakowało, a rzuciliby się sobie do gardeł - spór przerwał tamtejszy legionista, Mafak Grubsqueezer. Węgloróg musiał odbębnić wieczorną odprawę u Tyrrona Rocktroopera, która niczego sensownego nie wniosła. "Co będzie jutro to się dopiero okaże". Takimi słowami Centurion odesłał swych podwładnych do swoich band.
W drodze do namiotu Falkner minął bandę Popielnych udającą się na nocny zwiad. Wymienili się krótkimi salutami. Węgloróg życzył im szczęścia i szedł dalej. Zatrzymał się przed czołgiem, wlepiając na krótką chwilę wzrok w "Kilofa", ale nie oddawał się głębszym przemyśleniom. Odciągając połę namiotu na bok, wlazł do środka i zdjął z siebie standardowe oporządzenie załoganta czołgu - koszulę i spodnie kolcze, wysoko wiązane skórzane buty i rękawice. Pas z pistoletem odłożył na ziemię i położył się na posłaniu ze zwierzęcej skóry na podłodze. Panująca w namiocie cisza sprzyjała rychłemu zapadnięciu w sen.

Nad ranem, zamiast szturchania, krzyków czy gwizdków, nowy dzień rozpoczynał ostrzał z dział artyleryjskich. Ci bardziej nerwowi wyskoczyli na zewnątrz, śpiochy obracały się na drugi bok zatykając uszy. Skoro nie było rozkazów, można jeszcze pospać.
Falkner wyszedł z namiotu, odchylając poły na bok. Przez niebo przedzierały się pociski uderzające w ziemię w oddali. Przed namiotami zebrali się też inni by podziwiać ten widok i życzyć szybującym wśród chmur pociskom szczęśliwego uderzenia w cel.
Falkner przeszedł się po garnizonie, ale od wczorajszego wieczora nic się nie zmieniło. Przy wejściu do tunelu postawione były metalowe barykady z dziurkami dla wartowników, którzy w każdej chwili mogli otworzyć ogień z korbowych karabinów jeśli nieprzyjaciel próbowałby się przedrzeć. Spod namiotu gdzie znajdowała się polowa kuchnia i jadalnia do nosa Legionisty docierały pieszczące zapachy jajecznicy na boczku (aż cud, że zaopatrzenie było w stanie coś takiego załatwić!), zaś przy lejach po pociskach z dnia wczorajszego na południe od fortu zmontowano polową latrynę, do której ustawiła się już kolejka rannych ptaszków. Węgle zebrały się na śniadanie i zajęli kawałek miejsca w środku namiotu, siadając na ziemi. Posiłek spożywali w ciszy, Cyrria skończyła jako pierwsza i ruszyła sępić dokładkę. Tym razem żołnierzy nie dzielono pod względem Legionu - wszyscy ustawiali się do kolejki, gdzie zdarzały się drobne przepychanki i okazjonalne wygrażanie sobie nawzajem. Piechociarzom oraz oficerom nakładano nieco większe porcje z oczywistych względów. Piętnaście minut po jedzeniu rozpoczęły się odprawy u Centurionów, a następnie w Bandach.
- Dobre wieści - podjął Rocktrooper, któremu uprzednio odbiło się śniadaniem - Dostajemy wsparcie pożeracza oblężniczego. Będzie tu jutro, do tego czasu rozdzielamy zadania. Najpierw przygotować pojazdy - macie usunąć tyle usterek ile się da, napełnić baki pod kurek i uzupełnić amunicję. Węgle dziś wylosowały wyjazd na wzgórza, wspomożecie Krwawy Legion w próbie wyczyszczenia przejazdu. Zwiadowcy donieśli, że po drodze czeka nas opór, niewykluczona partyzantka i drobne punkty obronne. Weźmiecie czołg, wyczyścicie co się da i wrócicie z powrotem. Potem jedzie Axebender, następnie Fellowmuzzle. Reszta dostanie dodatkowy przydział w trakcie dnia.
Legioniści przytaknęli dowódcy, pokiwali łbami, zasalutowali i odeszli.

Węgle uwinęły się ze wszystkim w niecałe pół godziny. W tym czasie do "Kilofa" podeszła banda popielców w czerwono-krwistych zbrojach. Nietrudno było wywnioskować, że to byli piechociarze, którzy wybywali z nimi na misję. Falkner wymienił uścisk łapy z ich Legionistą, Ratterem Pouncestrengthem. Był on rosłym popielcem o wystających przednich kłach i rogach nadszarpniętych przez pęknięcia. Para ciemnych oczu była prawie niewidoczna przez grube brwi pokryte gęstym włosiem.
- Rocktrooper wspomniał, że jedziecie na szpicy - Legionista Krwawych podjął chrapliwym głosem - Jak wam się znudzi, ryknij.
- Miejcie oczy szeroko otwarte na otoczenie - odparł Falkner, znużony przechwałką - Teraz to teren wroga, nie nasz.
Ratter burknął coś niezrozumiale, najwidoczniej stwierdzenie, że ziemia Trzech Legionów która została najechana staje się własnością wroga nie przypadło mu do gustu. Przeczuwając to Falkner klepnął go łapą w ramię i szczerząc się rzekł:
- Zaimponujemy oficerom, jak utorujemy im drogę przez góry. Rychtujcie swoich przy bramie, zaraz odpalamy silnik.
Falkner do czołgu wcisnął się na samym końcu, stercząc przez otwarty właz wieżyczki. Gdy każdy ze środka zameldował swoją gotowość, wydał rozkaz do opuszczenia garnizonu. Tuż za jego granicą, gdzie kończył się uszczerbiony bazaltowy mur poprzednich właścicieli a zaczynały z początku delikatne górki, za czołgiem ruszyła dziesiątka krwawych. Jarrin musiał oczywiście dostosować prędkość do ogona idącego na własnych łapach i dodawać gazu przed wzniesieniem. W ten sposób wjechali w przełęcz między niskimi górami, przykrytych krzewami i drzwiami. Znakomite miejsce na zasadzkę, to też Falkner odwrócił się do tych z tyłu i wskazał łapą to na lewo, to na prawo. Pouncestrength skinął łbem i nakazał swoim obserwować wzniesienia. Jarrin, Gedwa oraz Falkner mieli skierowane przed siebie.
- Gedwa... - podjął Jarrin, nie odrywając wzroku od wąskiego kwadratu przez który mógł spoglądać na drogę.
- Co?
- Nie masz przypadkiem chcicy jakoś niedługo? - Jarrin zapytał bez ogródek, co bez wątpienia przykuło uwagę całej załogi. Każdy znał Gedwę i jej podejście, Falkner przeczuł, że zaraz dojdzie do wrzasków i machania pazurami, to też zszedł w głąb czołgu. Gedwa zaś zaskoczyła wszystkich:
- Pomyślę. Ale jak masz pchły, to co najwyżej możesz się sam bić po hełmie. Poza tym prowadź a nie myśl o dupczeniu.
- Przecież patrzę przed siebie - zarechotał, kontent z jej reakcji.
Falkner zagwizdał przeciągle rozbawiony, na co Gedwa odwróciła się w jego stronę, szczerząc kły ostrzegawczo. Z pewnością był to bezwarunkowy odruch - inni Legioniści nawet za złe spojrzenie karali, ale Falkner tylko machnął łapą. Tutaj w czołgu, choć stopnie nadal obowiązywały, każdy był sobie niejako równy. Węgloróg dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że nie jest nieomylny. Dlatego też dobrał żołnierzy do bandy i nakierowywał ich na odpowiednią ścieżkę rozwoju pod takim kątem, aby nie tylko uzupełniali się wzajemnie, ale uzupełniali też jego samego.
- Zastanawiam się, w kogo pójdą kociaki. Najlepiej, by jeden prowadził, a drugi mu asystował ogniem z przedniego karabinu - rzekł rozbawiony i wrócił na poprzednie stanowisko, obserwując co przed nimi.
- Jarrin, wolniej. Cyrria, lufa na prawo, pierwsza godzina - rzekł i przytknął lornetkę do oczu. Zza wzniesienia unosił się dym ogniska. Posuwając się powoli naprzód, Falkner gestem dał znać Pouncestrenghtowi aby on i jego banda mieli się na baczności.
Czołg zatrzymał się raptem 10 kroków dalej, skąd Cyrria mogła spokojnie wziąć na cel obozowisko - dwa namioty, ognisko i kilka zapór wzniesionych z bazaltu.
- Niech twój oddział zajmie miejsca pod wzniesieniem - Węgloróg zwrócił się do do Legionisty Krwawego Legionu za sobą, wskazując łapą dwa stanowiska gdzie mogli się zaczaić. Dziesięcioosobowa banda rozeszła się piątkami, mijając czołg z lewej i z prawej. Tkwili pod górką, chowając swe głowy.
- Cyrria, ognia!
"Kilof" jednym wystrzałem zawalił dwa niewielkie namioty, które okazały się puste. Ku zdziwieniu dowódcy, ognisko wyglądało na świeże. Dopiero teraz dotarło do Legionisty, że to może być albo odwrócenie uwagi i próba namacania ich pozycji, albo...


Nagle z nieba spadł grad płonących kamieni wielkości piłek do gry w Basketbrawl, uderzając w piątkę Pouncestrengtha po lewej. Przygnieceni ogniem zaczęli wstawać, niemniej nie każdemu się udało - jednemu mimo hełmu kamień grzmotnął w głowę na tyle silnie, by stracić przytomność. Druga piątka krwawych została przyciśnięta do ziemi ogniem z karabinów, które były rzekomą nowością w arsenale Krwawego Legionu. Pociski były magiczne, formowane przez naładowaną zaklęciami broń wypluwającą pojedynczą kulkę ognia. Przygwożdżeni popielcy zaczęli wstawać, kto mógł to zasłaniał się tarczą.
- Ładuj wybuchowy! - Falkner krzyknął do Saranga - Cyrria, mierz na wzniesienie po prawej!
Gdy Sarang załadował wyznaczony pocisk, Cyrria zaczęła naprowadzać krzyż celowniczy na prawo. Falkner schował się w środku i zaciągnął za sobą właz wieżyczki, by następnie wlepić oczy w peryskop. Kto z Pounców wstał, ten wycofywał się za czołg. Atakujący jednak mieli jednak piechotę w zasięgu strzału nawet za czołgiem, to też nieprzerywanym ostrzałem próbowali udaremnić przegrupowanie się. Krwawi żołnierze wyposażeni w tarcze wznosili je w górę, nie chroniło ich to jednak przez płonącymi kamieniami które wciąż spadały na lewy oddział. Jarrin odczuwał presję - powinien wycofać się, ale durni krwawi kłębili mu się z tyłu. Ta bezradność doprowadziła do tego, że wyłonił się trzeci oddział płomiennych, umiejscowiony na wzniesieniu, druga godzina. Wyposażeni w ręczne miotacze pocisków wysokokalibrowych (oczywiście magicznych kul ognia, zbliżonych siłą rażenia do charrzooki) wystrzelili w kierunku czołgu.
Cyrria wypaliła we wzniesienie po prawej, celnym strzałem uciszając wraże karabiny. Następnie czołg zachwiał się, gdy trzy pociski z płomiennych "charrzook" uderzyły w przedni pancerz. Pewny wytrzymałości popielczej stali Falkner krzyknął do Gedwy:
- Pruj do nich ile fabryka dała!
Ale Gedwa nie nacisnęła spustu. Zamiast tego zaryczała jak popędzany wół, łapiąc się za brzuch. Przedni karabin był nie do użytku - skoncentrowana siła ognia przebiła pancerz czołgu i bezpośrednio raniła popielkę. Jarrin oderwał się od kierownicy i przytknął łapy by zatamować krwawienie - szybko jednak zobaczył, że to na nic. Przeszyta pociskiem, unaoczniła przed Węglopyskim wnętrze swoich trzewi i odchyliła łeb, który ostatecznie opadł na jego biceps.
Ostrzał wciąż trwał, krwawi nie radzili sobie z przeciwnikami po lewej stronie, którzy część ranili a drugą część oddziału posłali w Mgły. Deszcz płonących kamieni skończył się, pozostały jedynie karabiny i kule ognia. Na rozkaz Pouncestrengtha krwawi rzucili się do odwrotu, desperacko szukając osłony na wzniesieniach i wnękach w górach za sobą.
- Jarrin, cała wstecz! - wykrzyknął Falkner, próbując przywołać żołnierza do porządku. Umorusanymi krwią łapami chwycił drążki napędowe i pociągnął do siebie. Cyrria zdążyła wystrzelić w górkę po lewej, niemniej przez ruch czołgu strzał omsknął się. Działonowa nie zneutralizowała zagrożenia w pełni, choć to i tak było bez znaczenia - ci, którzy przeżyli zaczęli się wycofywać, skacząc niczym kozice między skalistymi górkami, chowając się za drzewami i skałami.
Kolejne wystrzały z daleka po raz kolejny trafiły czołg - tym razem nie raniły nikogo, lecz zagrożenie było o wiele większe - została zerwana prawa gąsienica. Popielcy znaleźli się w wysoce niekomfortowym położeniu - dalsza jazda była niemożliwa, maszyna stanęła.
Przez dosłownie półtorej sekundy w myślach wszystkich pojawiła się wizja gorzkiej ucieczki i pozostawienia rannej (trudno jednoznacznie stwierdzić) Gedwy samej sobie. Wszyscy bez wyjątku wyłączyli się na ten czas, by przeanalizować wszystkie możliwości.
- Sarang, ładuj jeszcze jeden i wynoś się włazem dolnym. Cyrria, strzelaj i uciekaj. Jarrin, ty też uciekaj. Wrócimy tu po nią!
Sarang zgodnie z rozkazem załadował kolejny pocisk i kopnął we właz pod sobą. Wciskając się w dziurę, zszedł przez nią na dół, gdzie czołgając się pod maszyną kierował się tam, gdzie pouciekali krwawi. Ostrzał tylko na chwilę ucichł, by rozlec się na nowo - Płomienni wymacali pozycję krwawych i zaczęli ich ostrzeliwać. Pociski uderzały o ziemię, skały i podniesione tarcze. Cyrria wypaliła i wyskoczyła jak porażona ze swojego stanowiska, by w ślad za Sarangiem wyczołgać się z pojazdu. Jarrin kopnął we właz obok stanowiska kierowcy i asystenta. Gorzko spojrzał na Gedwę i wyskoczył na zewnątrz, pod czołg.
Falknerowi została tylko jedna droga - przez właz wieżyczki. Pchnął go w górę i wspomagając się łapami, wysunął się na zewnątrz. Podciągnął się , stanął na wieżyczce, szykując się do zeskoku w dół. Nagle jego plecy przeszył koszmarny ból, jakby piorun trafił go pod lewą łopatką. Oporządzenie czołgisty miało być lekkie i nie krępujące zbytnio ruchów, ale nie chroniło przed poważnymi ranami. Kolczuga w jakimś stopniu zaabsorbowała pęd pocisku, co nie powstrzymało go przed wbiciem się w ciało legionisty. Ostatnim, co mógł zrobić przed nabiciem łbem na kolce czołgu było silne odepchnięcie się tylnimi łapami w przód. Przechylając się w przód, odbił się od wieżyczki i runął w dół, tuż za czołgiem. Upadając na pysk, podparł się łapami i niesfornie zaczął się czołgać w myśl zasady "Głowa zawsze nisko".
Bolało na tyle, że pomoc okazała się zbawienna. Pod ostrzałem pistoletów załogi czołgu, krwawi wybiegli zasłaniając się tarczami i pojmali Falknera pod pachy, przeciągając go do za zasłonę. Sytuacja była trudna - gdyby zdecydowali się uciekać, strzelcy mieliby ich jak na talerzu. Nie było jednak innej drogi. Węgle przeładowały pistolety, dwójka krwawych podniosła Falknera który stanowczo odmówił pomocy i opadł na cztery łapy. Pozostali piechociarze postąpili tak samo. Jarrin, Sarang oraz Cyrria zaczęli repetować gdy pierwsza grupa zaczęła biec ile sił w łapach by jak najszybciej dobiec do pagórka i zejść po nim w dół, szukając kolejnej zasłony.

Falkner

  • Egida
  • ******
  • Wiadomości: 1197
  • Płeć: Mężczyzna
Wyparcie

W szpitalu polowym rządził wyliniały popielec o imieniu Porrom Brittleneck, którego banda składała się z samych sanitariuszy, doktorów, chirurgów. Legionista był niepodważalnym autorytetem pod namiotami oznaczonymi czerwonymi ankhami na białym kole - tyryjskim symbolu pomocy medycznej. Raną postrzałową Falknera zajęła się Harria Brittleknife, która była żołnierzem idealnym - mogła tylko słuchać. Niemowa, choć teoretycznie niezdolna do służby, została wyłuskana z ogromnego zbioru kwalifikowanych sanitariuszy, spośród których Porrom mógł sformować swoją bandę. Wybierał tylko najtwardszych, najsilniejszych, o stalowych nerwach i zimnej krwi. Harria jako jedyna nie mogła przechwalać się swoimi osiągnięciami, to też raport z jej przebiegu służby stał się odważnikiem który przechylił szalę na jej stronę. Odznaczona trzema medalami za odwagę, Harria stanowiła trzon, na którym opierał się autorytet Brittlenecka w bandzie. Nie mogąca się sprzeciwić a jedynie słuchać, stała się prawą łapą Legionisty Brittlów.
Kula nie utkwiła głęboko, to też Falkner na swoje szczęście został załatany szybko i zatrzymany zaledwie na jeden dzień na łóżku szpitalnym. Kategorycznie odmówił powrotu do Cytadeli, gdyż jako rannemu przysługiwał mu bilet z powrotem na czas rekonwalescencji. Prawdę mówiąc, nikt nie wracał z powodu tak błahych ran. Węgloróg niejedno widział na polu bitwy - działonowych z nogą w gipsie, rannych na jedno oko strzelców, przypalonych ogniem wojowników z ogromnymi łatami bez futra na ciele. Wojna domowa między Płomiennym a pozostałymi Trzema Legionami mocno wpływała na świadomość żołnierzy - haniebnym byłoby odejść odpoczywać, gdy pozostali członkowie bandy dalej walczą. Nawet skrawek ziemi, wzniesienie, dolina czy osada była przedmiotem wielkiego przywiązania i większość z ochotą przelałaby krew w obronie swej ojczyzny.

Falkner nie zagrzał łóżka na długo - następnego dnia już chciał uczestniczyć w kolejnym ataku, podczas którego miało uczestniczyć wsparcie pożeraczy. Centurion Tyrron Rocktrooper zbytnio zagalopował się w swoich oczekiwaniach i wsparcie nie nadeszło ani następnego dnia, ani kolejnego. Płomienni uprawiali skuteczną partyzantkę na wzniesieniach, dzielących zajęty przez Legiony posterunek dwóch wież od garnizonu, który według mapy Rocktroopera był ostatnim przystankiem przed odepchnięciem wroga tam, skąd przylazł. Podczas, gdy za dnia wychodziło nawet do pięciu patroli i grup szturmowych, nikt nie ważył wstąpić do tuneli będących skrótem między jedną fortyfikacją a drugą. Płomienni od czasu do czasu dawali o sobie znać i celem obniżenia morale przeciwnika powtarzali rytuał, wskutek czego drugi koniec tunelu (ten, którego całe dnie i noce pilnowali wartownicy Legionów) buchał ognistymi językami, pędzącymi przez korytarze.
Doszło zatem do zrównoważenia sił, gdzie żadna ze stron nie mogła dostatecznie osłabić drugiej - Płomienni przypuścili nawet jeden nieudany atak na okopaną w tym momencie pozycję Legionów. Wszystko jednakże miało się zmienić wraz z nadejściem wsparcia. Nikt nie wiedział, kiedy miało ono nadejść. Żołnierzom zaczynała kończyć się cierpliwość.
Z początkowo pięciu czołgów na usługach Rocktroopera zostały tylko trzy - Banda Eradicatorów spłonęła w całości podczas natarcia na dwie wieże, Axebender podczas wypadu na wzgórza zginął, przeżył tylko strzelec który w porę wyczołgał się z płonącego czołgu, "Kliof" Węgli stracił gąsienicę a jego załoga uciekła, zostawiając jednego martwego żołnierza za sobą. Podobno jedna grupa natknęła się właśnie na ich czołg, który stał się ostrzeżeniem dla pozostałych - Płomienni wyciągnęli ciało Gedwy i nabili je na kolce bocznej strony "Kilofa", zawieszając na jej głowie drewnianą tabliczkę z wypalonym napisem: "Tak skończycie i wy". Falkner dowiedziawszy się o tym wpadł w furię, klnąc na czym świat stoi i wypominając słowa niepisanej przysięgi, którą w przyszłości jeszcze przyjdzie mu wypełnić.
- Tak jest szefie, powyrzynamy ich tutaj i na ich własnym terenie. Każdego, póki starczy tchu - odparł Jarrin, biorąc Legionistę pod łapę by doprowadzić go do namiotu. Węglopyski zniósł śmierć Gedwy najgorzej, czego można się było domyśleć. Sarang też stał się jakoś mniej rozmowny, przestał nawet czytać komiksy. Cyrria zaś zlała to wielkim moczem, była za stara by użalać się nad śmiercią innego żołnierza. Było jej przykro, owszem, lecz taki był krąg życia - rodzimy się i umieramy, bez znaczenia w jaki sposób. Ważnym było to, za co.


Dwa dni później odbyła się odprawa w namiocie Rocktroopera z Legionistami. Fellowmuzzle, Torchwielder i Węgloróg stali u prowizorycznego stołu stworzonego z trzech skrzyń, na którym rozłożona była płachta a na niej mapa - ta sama, która wisiała niegdyś w "Ząbkowanej Strzale".
- Żołnierze, dziś wieczorem przybywają posiłki. Z Czarnej Cytadeli przysyłają nam dwa pożeracze i wsparcie charrcopterów -podjął Centurion, nachylając się nad łapą. Oparł się dwoma łapami i zadarł łeb w górę, by spojrzeć na Legionistów. Pokiwali łbami i słuchali dalej.
- Nasz wywiad doniósł, że artyleria nieskutecznie bombardowała wraży posterunek. Na długości 800 kroków przed posterunkiem znajduje się mnóstwo lejów po pociskach, co w połączeniu z niesprzyjającym ukształtowaniem terenu czyni przejazd czołgami trudnym. Działa więc będą musiały podjechać kawałek, eskortę zapewni im piechota i dwie eskadry charrcopterów które zajmą się likwidacją oporu na wzniesieniach, udaremniając potencjalne zasadzki. Gdy artyleria wejdzie w efektywny zasięg, żołnierze zaczną przemarsz na pozycje wroga. Ustalono, że wyjście z tunelu znajduje się po lewej stronie posterunku, około 300 kroków od bram. Użyjemy pożeraczy by stoczyć bój z frontu i osłonić przemykającą piechotę. Jeśli uda się zająć korytarze, dołączą do nas posiłki, które przejdą przez wyswobodzone tunele.
Rocktrooper spojrzał po wszystkich, czy każdy rozumie i czy nie ma pytań. Torchwielder lekko machnął łapą:
- Panie Centurionie, jaka nasza rola w tym wszystkim?
- Zostawiamy czołgi tutaj, na nic się nie zdadzą. Bandy Yawnheada oraz my poprowadzimy pożeracze.
Ta informacja wzbudziła niemałe zainteresowanie zebranych Legionistów. Torchwielder, kontent z odpowiedzi przełożonego, pokiwał łbem szczerząc kły.
Kto choć raz zobaczył pożeracza, ten wiedział, że ci wyrośnięci bracia skorpionów to nie lada wyzwanie. W Tyrii występowało kilka odmian tychże zwierząt, jedne padlinożerne, inne śmiertelnie trujące. Popielcy hodowali zaś pożeracze oblężnicze - ogromne bestie które nawet bez oporządzenia potrafiły siać spustoszenie swoimi wielkimi szczypcami i wiecznie głodnymi krwi szczękami. Niektóre z nich wyposażano w pancerz i dodatkowo działa, wskutek czego nawet dwie lub trzy bandy mogły stać się załogą mobilnej, zwierzęco-maszynowej bestii.

Po zakończonej odprawie Węgloróg udał się do swojego namiotu, gdzie miał przekazać wytyczne co do dzisiejszego natarcia. Na wieść o pożeraczach Jarrinowi zabłysnęły oczy z wrażenia, Sarang niespokojnie uderzał pazurami o wieko skrzyni, na której siedział, zaś Cyrria uśmiechała się lekko pod nosem. W jej długiej, żołnierskiej karierze nigdy nie należała do załogi pożeracza oblężniczego.
Poczuwając się do obowiązku zagrzania oddziału do walki, Falkner rozkazał zebrać się przed namiotem. Przysuwając sobie skrzynię, stanął na niej i spoglądał na pyski swych krewnych. Oni zaś wpatrywali się w niego uważnie, nawet Sarang, który miewał od czasu wypadku trudności ze skupieniem uwagi. Legionista potrzebował paru sekund, aby zebrać myśli. W tym czasie przed oczyma przebiegły mu wszystkie boje które stoczył: pierwsza w fahrarze ze swoimi pobratymcami, gdy wolał zawsze być na uboczu i majstrować przy broniach, podczas gdy jego banda ochoczo ruszała na pierwsze wypady w teren, potem Fireheart Rise, gdzie z żołnierza awansował do Legionisty i prowadził swą pierwszą bandę: Długorogów. Skrzywił się, przypominając sobie bunt który wybuchł w szeregach Legionów, nie omijając i jego oddziału. Potem lata, które spędził w Nolan dzieląc się wiedzą z tymi, którzy dopiero dorastali. Była to wcale nie gorsza walka od strzelania czy machania mieczem. W końcu nadeszła ta czarna chwila, w której stracił najbardziej obiecującą bandę kociąt od lat. Później przyzwał w myślach czas, gdy podróżował na lewych papierach, rozprzestrzeniając postawę popielczej lojalności i hartu ducha w świecie. Wielki Turniej Technologiczny z minionych lat, w którym mimo, że wycisnął z siebie siódme poty by maszyna jego zespołu była zawsze gotowa do kolejnej próby, musiał patrzeć, jak laury zbiera załoga która go prowadziła. Czasy Bandy Smoka, gdzie obudził w sobie miłość do czołgów będąc kierowcą i mechanikiem jednego z nich - czas, w którym wspólnie przejechali Askalon wzdłuż i wszerz, by ostatecznie stawić czoła złu wylewającemu się z Piętna.
Westchnął. Później już były tylko Węgle, przydział na Skraju Mgieł i to, co mamy teraz. Omiótł spojrzeniem oddział i z pierwszym tchem uwolnił słowa, które kłębiły mu się w myślach:
- Na początku mieliśmy pięć czołgów, teraz mamy dwa. Gdy opuszczaliśmy garnizon, było nas pięciu. Na każdym kroku drogi, jaką przebyliśmy tutaj zostawiliśmy krople naszej krwi i potu. Wróg bezczelnie wyszedł ze swojego gniazda i przeprawił się przez góry, by zająć to, co od wieków było naszym domem. Nie zgadzam się na to. Nie zgadzam się, by Gedwa, wyciągnięta z czołgu i postawiona nam jako ostrzeżenie tak właśnie miała zostać zapamiętana. Nie pozwolę, by jej ofiara uszła złotkom na sucho. Nasze poświęcenie, siły i hart ducha w ciągu kilku dni doprowadziły nas do tego miejsca - mówiąc to, wskazał wskazującym pazurem pod siebie - Wyswobodziliśmy to, co nasze i wyswobodzimy wszystko spod jarzma tyranów, jak uczyła nas Kalla, jak uczył nas Pyre. Dziś każdy z nas staje przed obliczem wyboru - wygodnie wrócić do Cytadeli i dać załatwić sprawę innym, albo być tym, o kim napiszą w prasie, o kim opowiedzą w Ząbkowanym Ostrzu, w papierach kogo znajdzie się zapis, że z dumą i honorem wypełnił swój obowiązek.
Niech krew uderza w wasze głowy, pobudzając najgłębszą nienawiść do wroga. Niech strach zagląda wam w oczy, by wydobyć z siebie każdą uncję siły do działania. Niech każdy pocisk będzie uderzeniem okutej pięści w twarz wroga. Idźmy w bój za to co nasze, za to co nam drogie.
- Pomścimy Gedwę! - wykrzyknął Jarrin, uderzając pięścią w otwartą łapę.
- Całą resztę zabitych też - dodała Cyrria, strzelając kośćmi łap.
- Tak! - dodał Sarang - Będę miał w końcu swój pucharek z czaszki Płomiennego!
Pozostali spojrzeli na Węglorębacza, na co ten przemknął po nich wzrokiem zdziwiony. Falkner, mimo wszystko kontent z zapału najmłodszego z Bandy, zeskoczył ze skrzyni i klepnął Saranga w ramię.
- Przygotujcie się. Pożeracze będą niebawem.

Każdy przywdział swoje oporządzenie czołgisty, jako, że pożeracza nie będą opuszczać do końca potyczki (przynajmniej według planu). Falkner zapiął swój pas, z którego zwisała kabura w której wciśnięty był pistolet. Jako pierwszy wyszedł na zewnątrz i pochylił się, gdy nad głową usłyszał świst przemykającego charrcoptera. Truchtem podbiegł na środek garnizonu, gdzie zbierali się piechociarze. Było ich znacznie mniej niż na samym początku. Rocktrooper instruował właśnie swoją Bandę, ściskając łapę każdego przed zakończeniem odprawy.
Później przybyło całe wsparcie: na grzbietach ogromnych bestii, wielkością porównywalnych do pierwszego piętra Rdzenia Imperatora w Czarnej Cytadeli (był nim budynek, gdzie mieściły się sztaby poszczególnych Centurii, Trybunów i samego Smodura). Pożeraczy było dwóch, każdy opancerzony był stalą, a na jego grzbiecie znajdowała się dwupoziomowa platforma. Na samym przedzie miejsce zajmował "kierowca", co w ludzkim rozumieniu bardziej przypominało fiakra - prowadził on pożeracza do boju, stymulując jego ruchy konsolą dźwigni połączonych z mechanizmem igieł pod pancerzem zwierzęcia. Metodę tą opracowano w Wylęgarni Pożeraczy w Miasteczku Nolan, gdzie uczono pożeracze odpowiednich komend poprzez zadawanie bólu w określoną część ciała. Kierowca znajdował się pod stalowym zadaszeniem. Dalej, na pierwszym poziomie platformy znajdowały się karabiny na korbę, obsadzone przez załogę, której zadaniem było wykańczanie przeciwników podchodzących zbyt blisko. Na drugiej platformie umieszczone były dwa masywne działa, które posiadały regulację nachylenia na tyle elastyczną, że można z nich korzystać w charakterze działa artyleryjskiego jak i na bliższy dystans. Nie trzeba dużo mówić, że taki pożeracz oblężniczy byłby dla "Kilofa" jak starszy brat, siłą i mobilnością bijący go na głowę. Pożeracze w odróżnieniu od czołgów mogły poruszać się w trudniejszym terenie, nie tracąc przy tym dużo prędkości. Minus był taki, że koszt produkcji jednego pożeracza oblężniczego był nieporównywalny ze zwykłym pojazdem opancerzonym.

Piechociarze, którzy przyjechali na pożeraczach opuścili "pojazd" po trapach wysuniętych z pokładu i dołączyli do reszty. Mijając się u zejścia kładki, załoga Rocktroopera w skład której wchodziły pozostałe bandy życzyła z wzajemnością piechociarzom powodzenia w boju. Węglom przypadło obsadzenie prawego działa na górnym pokładzie. Zaraz obok nich umiejscowiono Trochwieldera z jego bandą, to też przed wyruszeniem Legioniści ucięli sobie pogawędkę.
- Wyruszamy za... - Rocktrooper przerwał rozmowę, wspinając się po drabince na górne piętro. Zerknął na zegarek który wyciągnął z sakwy u pasa - dwie minuty. Macie nadajniki?
- Mamy, Centurionie - odparł Torchwielder, kiwając łbem.
- To dobrze. Strzelacie na mój rozkaz, nie wcześniej.
Centurion zszedł na dół, by poinstruować strzelców przy karabinach - łącznie sześć stanowisk: Cztery z przodu, dwa po bokach.
Następnie okolicę przeszył świst gwizdków - dowódcy oddziałów dawali w ten sposób znać, że wyruszają. Falkner, spoglądając w niebo zobaczył, jak dwa oddziały charrcopterów (po 6 maszyn w jednym oddziale) wzbiły się wysoko i ruszyły naprzód. Na szpicy ruszyła piechota, za nimi działa artyleryjskie i później pożeracze.
Niedługo po wyruszeniu słychać było wybuchy i repetowanie karabinów pokładowych, w które zaopatrzony był każdy charrcopter. Wygląda na to, że łowcy zwęszyli ofiary kryjące się na wzniesieniach, które tylko czekały by zaatakować kolejny patrol próbujący utorować drogą przez wyżyny. Gdy Płomienni poukrywani wzdłuż jedynej drogi prowadzącej do ostatniej twierdzy wroga zaczęli uciekać w popłochu, strzelcy z powietrza strzelali do nich jak do kaczek. Wnet słychać było dudnienie uderzających w ziemię pocisków z drugiej strony - najwyraźniej płomienni szamani rozpoczęli swój dzienny rytuał ostrzeliwania ziemi niczyjej. Charrcoptery świszcząc wirnikami śmigieł nachyliły się w przód i pomknęły przed siebie.
- Ładować pociski - głos Rocktroopera zabrzmiał w nadajniku - Pierwszą salwę puszczamy wraz z artylerią. Potem ich wymijamy i naprzód - w trakcie kolejne salwy. Jedziemy za Yawnheadem.


Było tak, jak powiedział. Sarang pociągnął za dźwignię, opuszczając tym samym pierwszy pocisk z platformy załadunkowej na szynę prowadzącą do komory działa. Cyrria odryglowała właz komory, zaś Jarrin, ciągnąc na dźwignię wprawił w ruch mechanizm, który wepchnął pocisk do komory. Popielka pospiesznie zamknęła rygiel. Falkner w tym czasie przyparł do narzędzi celowniczych, ustalając kąt działa i kierunek.
- Potwierdzić gotowość
- Działo drugie gotowe - odparł Centurionowi
- Działo pierwsze gotowe - dorzucił Torchwielder
- Ognia!
Pierwsza salwa przeszyła niebo, rozbrzmiewając głośnym hukiem wokół. Łącznie sześć dział wypaliło - cztery z pożeraczy i dwa pojazdy artyleryjskie. W oddali słychać było gruchnięcie. Po niespełna pół minuty Rocktrooper odezwał się przez nadajnik:
- Piloci potwierdzają trafienie. Powtórzyć strzał!
I znów, pocisk załadowano, właz zamknięto, i wystrzelono.
- Drugi potwierdzony. Teraz naprzód. Nie zdepcz piechoty, durniu! WY TAM! WYPIERDALAĆ NA BOK! - Centurion wykrzyknął najpierw do swoich oddziałów, potem do kierowcy a to ostatnie do Krwawych na dole. Pożeracze wyminęły działa artyleryjskie, które zaczęły strzelać dopiero gdy okute pancerzem bestie oddaliły się.
W trakcie drogi minęli szczątki "Kilofa". Sarang wychylił się przez barierkę opuszczając swój posterunek by zerknąć w dół.
- Nie ma jej! Zabrali!
- Oczywiście, że zabrali ty durniu. Nasi ją pochowali - Cyrria warknęła na młodszego.
- Sarang, wracaj na stanowisko - odezwał się Falkner, choć sam najchętniej spojrzałby w dół. Z drugiej strony, przeszłość to przeszłość. Gapienie się na stalową trumnę nie wróci życia Gedwie, ani nie sprawi, że wygrają tą wojnę. Ale przez ostatni czas nie było miejsca, w którym Falkner nie czułby się lepiej, jak w czołgu. W ciasnym pojeździe, gdzie ma wszystkich swoich najbliższych pod łapą, jest mózgiem operacji i... no właśnie. Czy Gedwa była bezpieczna, siedząc za najgrubszą warstwą pancerza pojazdu? Płomienny Legion nigdy nie miał środków, aby spenetrować pancerz czołgu - co najwyżej potrafili go zatrzymać, ale bardzo rzadko zdarzały się przypadki, gdy załoga została ranna w wyniku przebicia stalowych płyt pojazdu.
- Węgloróg, Torchwielder: rychtować pociski - donośne polecenia Rocktroopera wyrwały Legionistę z zamyślenia. Natychmiast cały proces ładowania pocisku został powtórzony. Oczekując na rozkaz, Węgloróg chwycił lornetkę i spojrzał przed siebie.

Między fortecą Płomiennego Legionu, składającą się z dwóch murów wzniesionych z bazaltu i kilku kamiennych budynków i namiotów w środku, stała usłana lejami ziemia. Na lewo znajdował się mniejszy obóz, nad którym zawisł oddział charrcopterów, zrzucając tam bomby i prując z karabinów do wszystkiego, co się ruszało. Nietrudno było sobie przedstawić, że był to drugi koniec tunelu którym miała przejść piechota. Było to niejako naruszenie planu Rocktroopera, gdzie obóz miała wyswobodzić piechota której pożeracze miały dać osłonę.
Sama forteca była bombardowana przez charrcoptery uderzające z prawej flanki oraz działa artyleryjskie które Legiony zostawiły w tyle. Na murach ustawieni byli szamani i działa polowe, z których walono naprzód. Ziemia na wzgórzu, przez które przechodziły pożeracze była wzrywana przez uderzające w nie kamienne pociski z eksplodującą lawą.
- Nie dać im spokoju, walić w mury! - Rocktrooper ryknął w nadajnik i pierwsza salwa wypaliła. Ogromnych rozmiarów pociski wbijały się bezlitośnie w bazaltowe mury, krusząc ich strukturę.
Wróg jednakże nie siedział z założonymi rękami, bowiem szamani w środku fortecy ukończyli rytuał ożywienia dwóch równie wielkich co pożeracze konstrukcji przypominających stalowy stelaż o figurze popielca z żywym ogniem zaklętym w środku. Twór ten, znany bliżej jako Effigy, sięgał pięciu metrów wysokości i z łatwością przekroczył mury, idąc na spotkanie głównemu natarciu.
Piechota skryła się za pożeraczami, które bez wahania zostały poprowadzone na posterunek. Działa polowe wypalały raz po raz, trafiając w ziemię przy pożeraczach, a czasem w stalowe okucie ich ciał. Dwie płonące konstrukcje zmierzały kursem kolizyjnym na pożeracze.
- Walić z karabinów i dział! Celować w nogi! - Rocktrooper próbując przekrzyczeć huki wystrzałów darł się do nadajnika z całych sił.
Kolejne wystrzały huczały - teraz nie tylko z dział czy karabinów, ale też z broni palnej piechoty. Na skraju niewysokich gór, które kończyły się na 800 kroków od bram fortecy ustawiali się snajperzy Popielnego Legionu którzy opierając swe karabiny na dwójnogach, z pomocą lunet brali na cel wroga znajdującego się na murach.

Effigy jednak nie należały do łatwych przeciwników - mimo wgniecionych elementów stelaża, zaklęty w formę ogień wciąż trzymał całą figurę w ryzach. Między pożeraczami a konstrukcjami było mniej, niż 70 kroków. Każdemu z załogi strach zajrzał w oczy, poddając go najtrudniejszej ze wszystkich prób: zachowania odwagi i nie zlania się w gacie.
Jedno z Effigy przyparło do szczypiec pożeracza Yawnheada, łapiąc je mocno i podnosząc w górę. Kierowca zaczął tracić kontrolę nad zwierzęciem, a załoga zagrożona była upadkiem z kilku metrów na pewną śmierć. Popielcy łapali się czego mogli, byle nie spaść. Fabia Harrowvoice, ładująca jednej z bandy podlegającej Yawnheadowi przeszła tego dnia do historii - odbijając się tylnimi łapami od barierki chwyciła łapą sznur z pomocą którego wypalany był pocisk. Stawiając na szali swoje życie, wypaliła z działa prosto w głowę płonącej konstrukcji. Stalowy stelaż został w tym miejscu mocno uszkodzony, a ogień rozpierzchł się niczym zdmuchnięty płomień zapałki.
Pożeracz oblężniczy Rocktroopera walił w przeciwnika ile fabryka dała - karabiny wypluwały kule, niebezpiecznie nagrzewając chłodzone wodą lufy, działa wypalały jedno po drugim, w przerwie ładowane przez napędzanych strachem i adrenaliną żołnierzy. Falkner opóźnił wystrzał nachylając działo nieco niżej. Na ułamek sekundy przypomniał mu się popielec, który rzucił się sam na o wiele mniejsze effigy, jednak wciąż niebezpieczne.
- Sarang, ciągnij!
Działo wypaliło, uderzając w splot słoneczny olbrzyma. Odrzucone wybuchem upadło na ziemię i podparło się prawą dłonią, próbując wstać. W tym momencie Torchwielder dał swojej bandzie rozkaz do wystrzału, który był niczym innym, jak stosownym w tej sytuacji coup da grace.

Piechociarze na rozkaz ruszyli pędem do bram fortu, które uprzednio zostały ostrzelane z artylerii i dział umieszczonych na pożeraczach. Osłaniając ich natarcie, załogi bestii oblężniczych raz po raz wypalały z olbrzymich dział i umieszczonych niżej karabinów. Snajperzy na wzgórzach zdejmowali obsadzenie murów, a charrcoptery zawisły nad wrażą fortyfikacją jak stado much. Chcąc nie chcąc, Płomienni zamiast atakować, musieli się bronić w ostatnim przyczółku jaki im pozostał w tym sektorze. Gdy piechota weszła do środka, Węgle otrzymali rozkaz by zaprzestać ostrzału. Pożeracze zbliżyły się na odległość 500 kroków od bram, czekając na dalsze wytyczne.
Te jednak nie nadeszły. Zewsząd słychać było salwy wystrzałów, krzyki, zderzenia mieczy i świst powietrza wprawianego w ruch śmigłami charrcopterów. Niebawem sztandary i banery Płomiennego Legionu spadły z murów, masztów i budynków. Operacja w tym sektorze dobiegła końca.
- Dobra robota - Rocktrooper po raz ostatni odezwał się przez nadajnik, spoglądając przez lornetkę na opadającą chorągiew przeciwnika.

Do końca połowy Sezonu Zefira, Trzy Wysokie Legiony pod dowództwem trybunów Fierhana Sparwinda, Maka the Silent oraz Kyranith Steelgrip wyparły ze wschodniej granicy najeźdźców Płonącego Legionu. Dzieląc pole bitwy na sektory, jedne ulegały popielczej sile i maszynerii szybciej, inne później. Porażka odwiecznego wroga Legionów odbiła się echem w całym Askalonie, od Piętna aż po Czarną Cytadelę, a nawet dalej. Połączone siły piechoty, pojazdów i lotnictwa sukcesywnie wypierały wroga w góry, z których przybył. Tam jednak Płonący Legion wciąż miał przewagę, zajmując kluczowe garnizony i posterunki które niegdyś służyły Legionom jako zapora przed najazdem.
Gdyby Płomiennemu Legionowi udało się kontratakować zanim został wyparty, być może przekroczyłby Piętno i udał się w głąb Askalonu. Niemniej następne wydarzenia pokazały, że Trybun Jaharr Smolderpaw użył tej inwazji jako przykrywki dla znacznie większego działania, które zwiodło czujność najwyższych oficerów Czarnej Cytadeli.

Falkner

  • Egida
  • ******
  • Wiadomości: 1197
  • Płeć: Mężczyzna
Kronika II: Wojna okopowa

Najazd Płomiennego Legionu pod wodzą Trybuna Jaharra Smolderpawa stał się nie tylko rozruszeniem zastygłych trybów i kół zębatych popielczej machiny wojennej, ale też nowym powodem do szerzenia idei jedności, honoru i oddania. W ciągu zaledwie dwóch tygodni w Czarnej Cytadeli podwojono werbunek, a wśród żołnierzy wysyłanych na front znalazły się między innymi bandy robotników czy scrapperów, którzy mogli odkupić swoje winy walcząc w obronie ojczyzny.
Niemniej, ofensywa płomiennych skierowana na wschodni Askalon była jedynie przykrywką dla prawdziwego natarcia. Podczas, gdy Legiony wypierały wroga ze wschodniej granicy, Trybun Smolderpaw skierował elitarne grupy uderzeniowe na wschodnie Fireheart Rise, celem odbicia Płomiennej Cytadeli. Symbol tymczasowego zwycięstwa w wojnie domowej, które przypisywały sobie Trzy Wysokie Legiony miał w niedługim czasie wpaść ponownie w ręce wroga, gdyby nie poświęcenie tamtejszej garstki obrońców. Dzięki nim i szybkiej interwencji Popielnego Legionu, Czarna Cytadela zdołała przenieść część obrońców i otworzyć nowy front. Podobnie poczynili Płomienni, stabilizując swoją pozycję w górach Blazeridge, gdzie wcześniej Legiony utrzymywały linię obronną.
Starcie przeszło teraz do najbardziej kluczowego punktu, bowiem zdobycie Płomiennej Cytadeli przez poprzednich właścicieli mogłoby ponownie przywrócić realne zagrożenie do Askalonu. Aby temu zapobiec, Czarna Cytadela rozpoczęła powszechną mobilizację, codziennie wysyłając żołnierzy na wschód od Płomiennej Cytadeli, gdzie doszło do umocnienia pozycji zarówno jednej, jak i drugiej strony, co szybko doprowadziło do impasu. Każdej ze stron zależało na tym, by jak najszybciej przebić się za linię obrony wroga, gdzie czekały kolejne umocnienia.



Werbunek


Na ulicach Czarnej Cytadeli w ostatnich dniach panowała istna wrzawa gdy ogłoszono powszechną mobilizację. Mimo, że Płomienny Legion był sukcesywnie wypychany ze wschodniej granicy ojczyzny, na północnym wschodzie doszło do otwarcia nowego frontu.
Trybun Bhuer Goreblade po raz kolejny musiał udowodnić, że jego Adamant Guard jest w stanie utrzymać porządek w dzielnicach Cytadeli mimo wszechobecnego poruszenia - każdego dnia na stalowych traktach stolicy kłębiło się mnóstwo żołnierzy - weterani wracający z innych frontów oraz świeża krew, przed którą dopiero otworzą się wrota do zdobycia uznania w oczach przełożonych. Wszyscy ci przygotowywali się do wyruszenia w region Płomiennej Cytadeli, która, jeśli wierzyć powszechnym źródłom informacji, "utrzymuje się dzięki odwadze nielicznych obrońców". Scenariusze mogły być różne - albo faktycznie jest tam garstka popielców która sama daje radę odpierać wraże natarcia, albo z obrony nie zostało wiele, więc potrzebne są uzupełnienia. Nie byłoby to wielkim zaskoczeniem, bowiem każdy słup ogłoszeniowy, tablica lub skrawek ściany zalepione były plakatami wzywającymi Legionistów do dobrowolnego zapisania swoich band do transferu na nowe pole bitwy. Oferta była o tyle kusząca, że Cytadela dorzucała dwadzieścia pięć procent więcej żołdu. Ponadto najazd odwiecznego wroga dostatecznie uderzył w świadomość żołnierzy, że nie trzeba było długo czekać, nim punkty poborowe zapełniły się ochotnikami. Popielcy starsi wiekiem lub ci, którzy lepiej odnajdywali się w papierkowej robocie niż spuszczaniem łomotu na froncie tonęli pod ciężarem ilości winiosków. Z polecenia Najwyższego Dowództwa otwarto nowe wakaty dla questorów, dając tym samym szansę pragnącym kariery logistyka wykazać się podczas mobilizacji. Wśród propagandowych przekazów nie zabrakło komunikatów przekazywanych systemem nagłośnienia po całej Cytadeli, stanowisk heroldów odczytujących zagrzewające do walki listy Trybunów czy specjalnie wyznaczonych band, które na mocy rozporządzenia 341 miały wyłapywać migających się od służby popielców i siłą wcielać ich w szeregi armii. Nie dotyczyło to oczywiście cudzoziemców przebywających w stolicy czy gladium, których nie obdarzano zaufaniem. Z drugiej strony każdy punkt poborowy miał wytyczne, według których popielców bez oddziałów, którzy sami zgłoszą się do służby, należy przydzielić do obecnie istniejącej bandy. To była również okazja dla scrapperów, którzy odbywali karne prace na rzecz Cytadeli.

Mobilizacja dotyczyła również robotników fabryk, manufaktur i hut, która w głównej mierze polegała na zagrzewaniu do cięższej i regularnej pracy. Tego dnia popielec o szarym umaszczeniu z białą plamą pod szyją i na pysku z samego rana, przed wyruszeniem do pracy w Zakładach Przetwórczych Stali przy Wielkiej Imperialnej Hucie (ZPSWIH) przywdziewał roboczą koszulę, parę ciężkich butów i poplamione, oliwkowe spodnie na szelkach. Zasiadł przy stole w swojej kwaterze umiejscowionej na górnych piętrach, nad Dzielnicą Gladium i przetrącił dwie wielkie kromki z puszkowaną mielonką. Po posiłku, dźwigając swój plecak pełen drugiego śniadania, podwieczorku, wody i zapasowej pary spodni spojrzał w lustro, jak to miał w zwyczaju. Pazurami prawej łapy zmierzwił siwą grzywę, która wcale nie była oznaką starości, a taką po prostu miał urodę. Podrapał się po masywnym pysku o cienkim, acz szerokim nosie i zielonymi oczyma spojrzał na wystającą spod zamkniętej paszczy parę kłów. Chwycił klucze i pchnął masywne, metalowe drzwi z niewielkim, kratowanym okienkiem. Przekręcając klucz dwa razy w zamku, usłyszał gromkie powitanie kolegi po fachu i zarazem kolegi z bandy, Rampera. Zaczekał, by uścisnąć dłoń rosłego popielca o rudym futrze i czarnych cętkach na całym ciele.
- Czej, zapomniałem chyba papierów - Ramper pomacał się po kieszeniach koszuli na klatce piersiowej, odwrócił się i otworzył drzwi do swojej kwatery. Nadmiernie skracał słowa, posługiwał się swoim własnym slangiem i niespecjalnie brał sobie do serca prośby współpracowników by mówił z sensem.
Razem, jak co dzień, ruszyli do roboty. Wchodząc do windy, która w akompaniamencie szczęku zębatek i łańcucha dźwigającego odważnik spuszczała platformę na dół, zaczęli rozmawiać o byle czym. Wysiedli na niższym piętrze, gdzie na lewo znajdowało się wyjście z najbardziej zniesławionej dzielnicy w Czarnej Cytadeli. Mieszkali tu nie tylko przedstawiciele innych ras, ale przede wszystkim gladium. Przestępczość w tych okolicach również była wysoka, jako że wśród popielcy bez band z nudów często tworzyli małe gangi. Czarny rynek kwitnął w tym miejscu, handel kontrabandą i używkami. Adamant Guard interweniowała tutaj nawet kilka razy dziennie, a i jakiekolwiek przepisy według których mieli działać odchodziły w niepamięć. Zresztą, kto by roztrząsał sprawy pobitego gladium oskarżonego o przemyt? Chyba jedynym powodem, dlaczego dowództwo pozwala na istnienie tego gniazda są szpicle, informatorzy i konfidenci, którzy ochoczo donoszą o tym, co w Cytadeli piszczy. Poza tym, nie da się kompletnie wyplewić zła, bo ono zawsze wróci, tylko w innej formie.

Przed wejściem do ZPSWIH należało przejść rutynowe trzepanie zawartości plecaka. Dzisiaj jednak kontrola była o wiele bardziej surowa, niż zwykle. Podstarzała popielka  Marrha Fieldscratcher, której przyjaźń była na wagę złota (a wrogość wrzodem na tyłku), z reguły nie czepiała się stałych bywalców. Niemniej po raz pierwszy, odkąd nasza dwójka bohaterów pamięta kazała im wyciągnąć papiery do kontroli.
- Coś nie tak? - zapytał Ramper, wyciągając z kieszeni koszuli dokumenty. Popielka rzuciła tylko okiem i oddała je z powrotem.
- Rozkaz z góry. U dyra był dzisiaj jakiś ważniak z Adamant Guard, coś się kroi. Selb, twoja kolej.
Popielec o szarym umaszczeniu posłusznie wyciągnął papiery z kieszeni spodni i podał Marrhi do sprawdzenia. Podrapał się po nosie, a następnie otworzył klapy szmacianego plecaka, prezentując jego zawartość.
- Wszystko się zgadza - rzuciła popielka i oddała papiery właścicielowi - Bądźcie gotowi, w trakcie roboty też mogą was kontrolować.
Selb i Ramper przeszli korytarzem i skręcili w prawo, do szatni. Szafki na rzeczy mieli obok siebie, to też zawsze przed pierwszym odgłosem rogu obwieszczającym początek zmiany wypijali po łyczku popielczej whiskey z piersiówki rudego.
- Czeo chcą u nas strażnicy, he?
- Mamy wojnę - odparł Selb - Może szukają szpiegów albo po prostu Goreblade'owi musi się nudzić, bo zamiast walczyć to siedzi na dupie w Cytadeli.
Westchnął. Gdyby nie fakt, że operuje żurawiem, Selb dawno pobiegłby już do punktu poborowego. Z jednej strony nic mu nie stało na przeszkodzie, z pewnością na jego miejsce znaleziono by kogoś innego, ale mimo wszystko obowiązek to obowiązek. Ponadto do puli jego wątpliwości dochodzi fakt, że papiery ma nie do końca czyste.
Z Ramperem znali się do fahraru, praktycznie należeli (i dalej należą) do tej samej bandy. Wraz z Farrią i Hughonem należeli do tego samego oddziału. Primus nigdy nie był po ich stronie, często dostawali karne zadania i dwa razy tyle obowiązków za swoje sprawowanie. Za młodu, Selb i jego ekipa byli tymi nieznośnymi dzieciakami, grupą trzymającą władzę która siłą i sprytem wymuszała na innych rówieśnikach szacunek. Gnębili słabszych, zasadzali się w czwórkę na silniejszych (sytuacja czterech na jednego), wspólnie zbierali ochrzan i wpierdziel w ramach zemsty starszych roczników. Głęboko pod ogonem mieli nagany, lecz z obowiązków zawsze się wywiązywali. Nauka szła im jak szła - czytać i pisać potrafili, ale jeszcze lepiej walczyć i tworzyć. Cała czwórka bowiem należy do Żelaznego Legionu, niemniej po uzyskaniu odpowiedniego wieku zamiast wysłać ich do walki, porozdzielano i poprzydzielano do pracy "w cywilu". Dlatego też ani Ramper, ani Selb nie noszą nazwiska, bo choć w papierach należą do "jakiejś" bandy, tak mimo wszystko uznawani są za scrapperów.
Selb zawsze miał dryg do grzebania w różnego rodzaju urządzeniach i mechanizmach, nie miał jednak na tyle kreatywności by móc samemu coś tworzyć. Na samym początku pracował jako mechanik w Fabryce Pojazdów Opancerzonych Czarnej Cytadeli (FPOCC), lecz nie do końca układało mu się z tamtejszym zarządem. Nigdy nie dbał o pieniądze, ale nie dawał sobie w kaszę dmuchać. Pewnego razu doszło do wypadku, wskutek którego brygadzista stracił przednie łapy i winą obarczono Selba. Choć nie było jednoznacznych dowodów, które pozwoliłyby go skazać na więzienie (lub wygnanie, jako najbardziej łagodna kara), idąc za głosem serca i inspektora, który prowadził śledztwo w tej sprawie, przeniósł się do ZPSWIH. Tam wyszkolono go na operatora, dogadywał się zarówno z ochroną jak i kierownictwem.
Praca na żurawiu nigdy mu się nie nudziła, z innymi pracownikami dogadywał się dobrze, bo uznawał ich za uczciwych. Tak mijały lata, gdy dzień w dzień wdrapywał się po drabinie do tej samej kabiny, skąd sterował dźwigiem podnoszącym masywne wyroby z pieca i przenosił je z miejsca na miejsce. Ramper z kolei pracował na załadunku, więc w trakcie dnia widzieli się tylko z rana w szatni, na obiedzie i potem wracali do domu lub zahaczali o Ząbkowane Ostrze by przygrzać w kocioł. 

W trakcie przerwy obiadowej posiłek wydawała stołówka, z reguły było to ciepłe żarcie by dać ciału się zregenerować przed dalszą pracą. Prawdę mówiąc tam, u góry na dźwigu Selb z bardzo się nie męczył, ale nie miał z kim pogadać. Dziś z kolei, gdy siedział w kabinie, pociągając z wajchy sterujące obrotem dźwigu i podnośnikiem, usłyszał jak po drabince ktoś się wspina. Przepisy bezpieczeństwa zabraniają wchodzenia do góry podczas, gdy żuraw pracuje.
Zatrzymawszy maszynę, wyjrzał w dół. Ujrzał wspinającego się do góry białej popielca o wściekle czerwonych łatach na futrze i krótkim pysku, jakby mu ktoś po urodzeniu przywalił w mordę i tak już zostało.
- E, zgłupiałeś typie! Tu się pracuje, chcesz zlecieć i sobie ten głupi łeb rozbić?
- Przepraszam, przepraszam - odparł biały, zatrzymując się zaraz na końcu drabiny. Miejsca było dostatecznie mało dla jednej osoby, więc druga do kabiny wejść by nie mogła.
- Szukam brygadzisty z sektora 4, wiesz który to? - ciągnął dalej biały, zadzierając swój śmieszny pysk do góry. Selb parsknął i wyprostował się, spojrzał na stalowy dach kabiny i chwilę pomyślał.
- Tattron, taki chudy z krótkim irokezem na głowie. Żółte futro. Zobaczysz to poznasz.
- Dzięki stary!
- Naprawdę musiałeś wchodzić aż tu do góry by się zapytać?
- Yyy... - zawahał się biały - Ty siedzisz tu na górze, widzisz każdego to pomyślałem, że wiesz o kogo chodzi. Idę już, do potem.
- Do potem - odparł Selb i pacnął się w czoło, nie dowierzając temu, co przed chwilą usłyszał.
Wsuwając talerz gorącej zupy, opowiadał o tym wydarzeniu Ramperowi. Obydwoje śmiali się i szukali wzrokiem białego szaleńca, który pewnie musiał być tutaj nowy. Wnet na stołówkę wpadło trzech popielców w szarych zbrojach dekorowanych ciemnoniebieskimi elementami i z przepaskami na prawym ramieniu.
- Wszyscy zostawić swoje żarcie i nie opuszczać tego miejsca. Z rozkazu Centuriona Vindarra Knockboota, Adamant Guard ma przesłuchać każdego pracownika huty w celu znalezienia sprawcy morderstwa w sektorze czwartym i zniszczenia maszyn.
- Że co? - Ramper podniósł się z ławy i wskazał palcem na strażnika - Gadaj co się stało, a nie śmierdu pierdu o przesłuchaniach.

Pracowników przesłuchiwano pojedynczo, a potem puszczano do domów. Jak się okazało, żuraw na którym pracował Selb został zniszczony i wpadł do wielkiego kotła huty. Zabito też Tattrona, brygadzistę sektora 4 który odpowiedzialny był za pakowanie wyrobów i przesyłanie ich do sektora załadunkowego. Centurion Knockboot z Adamant Guard sam przesłuchiwał pracowników, przez co trwało to kilka dobrych godzin. Starczy powiedzieć, że Ramper z Selbem wyszli około godziny końca swojej zmiany.
Podczas rozmowy Selb wcale nie krył tego, że na żurawia wspiął się tego dnia biały popielec i pytał o zamordowanego. Knockboot z ożywieniem zapisywał zeznania i kiwał łbem, co było niepokojące. Tak samo niepokojące było to, że gdyby Selb nie zszedł na czas na przerwę, równie dobrze mógłby być już trupem. Nawet jego szczątków nie można było by wyłowić z wielkiego kotła, w którym wrzała surówka.
Ramper czekał na niego przy wyjściu z ZPSWIH, trzymając plecak na jednym ramieniu.
- Stary, idziemy na piwo albo pięć. Wyglądasz, jakby cię ktoś solidnie kopnął w dupę.
- Kurwa, to mogłem być ja, rozumiesz? Mogłem być trupem. Oby typa złapali i zdarli z niego futro - odparł Selb, szczerząc dwa przednie kły.
- Adamant Guard powiedziało, że to był szpieg - ciągnął dalej.
- Szpieg, sreg - idziemy na browar z łycho - Ramper pacnął łapą ramię Selba i potrząsnął kumplem.
W trakcie drogi Selb nie mógł przestać gadać o dzisiejszym zajściu. Ciągle tylko powtarzał, że jak mógł się nie domyśleć, że coś jest nie tak. Dosłownie pod jego kabiną podłożono ładunek wybuchowy, a naoczni świadkowie mówili jak wysięgnik żurawia nagle runął do kotła. Brygadzistę Tattrona znaleziono z kosą wbitą pod żebra, wepchniętego między przygotowane do przetransportowania do załadunku lufy czołgów. W głowie się nie mieściło, jak taki wyróżniający się biało-czerwony typ dał radę dać drapaka z zakładów.
Idąc obok Rdzenia Imperatorskiego, kumple dostrzegli sześć band Krwawego Legionu które rychtowały się do wymarszu na front. Selb zaczął im zazdrościć tego, że mogą iść i trzepać wroga po pyskach, miażdżyć im kończyny i skręcać karki. Ramper szybko odciągnął go na bok, gdyż zapatrzony w żołnierzy Selb mało co nie przydzwonił w latarnię. Zatrzymawszy się, spojrzał na zwisający z niej plakat zachęcający do zaciągnięcia się.


- Stary, a może by się tak zrekrutować? - rzekł Selb, siedząc na stalowym krzesełku przy okrągłym stoliku w Ząbkowanym Ostrzu. W środku znajdował się cały tłum popielców - jedni siedzieli, drudzy stali przy barze, inni nawet siedzieli na schodach. Był tu cały przekrój rang - od szeregowych po Centurionów. Ma się wiedzieć, oficerowie spędzali czas ze sobą, przez co w pomieszczeniu baru sformowało się kilka grupek. Do stolika Selba i Rampera podczłapał popielec o kulach, bez prawej nogi. Jego zmęczony wzrok spoczął na obydwu, mlasnąwszy spytał:
- Wolne? - skinął łbem na trzeci, nieobsadzony stołek.
- Siadaj - odparł Ramper, skinąwszy łapą - Coś za jeden? Szpieg?
- Wypluj to młody, bo ci kryją zęby przetrącę - nieznajomy podniósł kulę w powietrze - Darrak Quakethrower, weteran Ebonhawke i Płomiennej Cytadeli.
- A to uszanowanie żołnierzu - odparł rudy, szczerząc kły.
Selb zszedł ze stołka i klepnąwszy gościa ruszył do baru, by oszczędzić kalece drogi po flaszkę whiskey.
- Dzięki synu - rzekł Quakethrower gdy flaszkę podsunięto mu pod nos. Oparł kule o blat i pociągnął srogiego łyka z gwinta, po czym sapnął i beknął na dokładkę.
- Kurwa, pali jak za dawnych czasów - weteran pacnął łapą w blat, oparte kule zadrgały chyląc się ku upadkowi na podłogę. Popielec chwycił je i znów oparł o stolik.
- Co, smakuje flaszeczka po robocie, nie? Pod Ebonhawke nie było takiego luksusu - stoliki, siedzenia, flaszeczka pełna, a weź człowieku, kurwa! Z jednej strony ludzie, co jak tylko łeb wychylisz to ustrzelą cię jak kaczkę, z drugiej ogry fioletowe od smoka, a my jak w tym pierdolonym imadle: ściśnięci i wkurwieni, że ani w jedną ani w drugą stronę. To co, gdzie was wysyłają?
- Jeszcze nigdzie, sir - odparł Selb - Robimy na hucie.
- Eee, to przykładajcie się chłopcy do roboty bo jak pod Płomienną mi się karabin zaciął to jedynie bagnet mi skórę uratował. Nie, żebym potem dostał kurwa odłamkiem i stracił nogę przez jakiegoś debila który przesypał za dużo prochu do pocisku.
Choć z początku kumple nie byli przekonani do przybysza, z czasem zaskarbił ich wzajemność. O swoich przygodach na licznych frontach opowiadał z takim rozbawieniem, że kilka razy zirytowane spojrzenia innych gości lokalu spoczywały na rżącej ze śmiechu dwójce robotników. Darrak Quakethrower był Legionistą, a nawet Brevetem w charakterze Centuriona zastępującego ciężko rannego dowódcę Krwawego Legionu pod Płomienną Cytadelą. Opowiadał o tym, jak przebijali się przez wzgórza, torując drogę przez trupy wrogów i towarzyszącym im żywiołakom ognia. Uskarżał się, że Pakt przybył tam już na gotowe, starczyło, że zapukali do wrót twierdzy i już wielkie honory dla nowej siły militarnej Tyrii, psia ich mać.
Ramper śmiał się do rozpuku, zaś Selb chłonął jak gąbka frontowe anegdoty i rady, które wypływały z ust weterana któremu co chwilę trzeba było chodzić po kolejną flaszkę. W końcu wszyscy stracili rachubę kto stawia następnego - wzrok zaczął się dwoić i troić, język plątał się jak askalończyk w drucie kolczastym, a nogi były giętkie jak galaretka.
Wyszli grubo po godzinie drugiej, gdy właściciel przeganiał moczymordy z lokalu. Odprowadzili Quakethrowera pod bramę Kantonu Bohaterów, gdzie zgodnie z panującym prawem nie mogli wejść. Podpierając się na kulach, stary popielec wlazł do środka i na odchodne krzyknął do dwójki:
- Wy się kurrreła zaciooongnijcie, psiaekrew! Co byście mi po-popopowiadali nastempnym razę!

Odchodząc, Ramper potykał się kilkukrotnie na prostym chodniku. Za każdym razem wstawał z pomocą Selba, który nie mogąc już dłużej wytrzymać, zerzygał się do rynsztoka. Wybałuszając oczy, rozejrzał się czy nigdzie nie stoi jakiś strażnik i czym prędzej poprowadził druha do windy na górne piętra, gdzie mieszkali. Ledwie stojąc na nogach, podpierali się ścian stalowej kabiny która wiozła ich na górę.
- A wiesz co Ramper... ja to się chyba zapiszę.
- Co, gdzie? - czknąwszy, spytał rudy.
- Dobrowolnie! - podniósł palec wskazujący w górę - Sam z siebie jutro pójdę do punktu porobowego i się zapiszę.
- P o b o r o w e g o. Pobrowego - poprawił go kompan.
- Jeden ciul. Piszesz się ze mną?
- Selb... kurde bele... jasne. Ale jak wytrzeźwieję.
« Ostatnia zmiana: Kwiecień 08, 2019, 23:31:09 wysłana przez Falkner »

Falkner

  • Egida
  • ******
  • Wiadomości: 1197
  • Płeć: Mężczyzna
Pobór

Wraz z porannymi wiadomościami podawanymi przez radiowęzeł, Selb otworzył prawe oko. Mruknął przeciągle, a gdy otworzył drugie oko zaklął na czym świat stoi. Przez otwór w ścianie zakryty przez ruchome, prostokątne panele uchylane za pomocą dźwigienki na ścianie z prawej strony wpadały promienie słoneczne, oświetlając zakurzone meble. Leżąc na miękkim, zwierzęcym futrze podwyższonym przez stalową ramę, popielec złapał się krawędzi łóżka i podciągnął, wystawiając pysk. Szukanie butelki zakończyło się próżnym wysiłkiem. Z zewnątrz spiker wciąż przypominał o świętym obowiązku każdego popielca, jakim było życie za swój legion.
Selb wstał z łóżka i przecierając łapą pysk ruszył do niewielkiego pomieszczenia, w którym znajdował się kran z bieżącą wodą. Podstawił pyski odkręcił kurek, pozwalając lodowatej wodzie płynąć przez gardło. Potem odsunął się, beknął i nabrał wody w łapy by przemyć zapijaczony pysk.
Kwatera służyła mu tylko do spania i trzymania rzeczy osobistych, stąd na próżno było szukać takich wygód jak mają ludzie - kuchnia, toaleta z pełną armaturą, salony, przestronne sypialnie czy ogrody. Zmuszony był więc pójść do publicznej łaźni i przetrącić coś odżywczego na mieście, jako że sam nie był na siłach ukroić kromki chleba.
Gdy przywdziewał ubranie, odruchowo sięgnął po robocze spodnie. Zaklął, przypominając sobie że przez wczorajszy incydent ZPSWIH zostało na parę dni zamknięte, a pracownicy otrzymali wolne. Oczywiście dla nadgorliwych można było zorganizować jakąś inną pracę, ale Selb dzisiaj wolał odpuścić. Wyszedł z kwatery i zatrzaskując za sobą drzwi, przeklął po raz trzydziesty w ciągu godziny, gdy huk metalowych drzwi uderzył w jego uszy. Podchodząc do kwatery Rampera, zapukał kilkukrotnie do drzwi. Nikt nie otwierał. Podparł się o ścianę i czekał, w końcu wydobył z siebie ryk i zapukał raz jeszcze.
- Nie drze gumiora - odparł rudy przyjaciel otwierając drzwi - Łeb mnie napieprza.

Kumpel był gotowy do wyjścia. Zjechali na niższe piętro i przeszli kawałkiem dzielnicy Gladium. Ramper był ewidentnie nie w sosie gdy kiszki mu marsza grały. Stojącego w przejściu popielca bez oddziału pchnął na bok, torując sobie drogę do najbliższej jadłodajni. Przyjaciele często jedli w "Ognistym ruszcie", gdzie za plecami właściciela, brązowego popielca którego połowa pyska była martwa (uraz podczas służby na froncie wschodnim), stały masywne grzejniki gdzie piekły się różne rodzaje mięs - baranina, wołowina, kurczaki i inne.
Zajadając się jedną ze specjalności zakładu - dwupiętrową bułką z dwoma okrągłymi kawałkami wołowiny, serem, sałatą i pomidorem, siedzieli w ciszy przy stalowym stoliczku.
- Ramper... - pierwszy odezwał się Selb, gdy ciepłe jadło pokrzepiło jego umęczone cielsko - Pamiętasz naszą rozmowę w windzie?
Rudy pokiwał tylko głową i zjadł kolejny kęs bułki.
- Idziemy zapisać się jeszcze dziś? Nie chce mi się wracać do roboty. Nie po tym, co było wczoraj.
- Zjem to pójdziemy - odparł Ramper. Gdy skończył jeść, podniósł łapę by zwrócić uwagę właściciela. Zamówił jeszcze miskę skrzydełek w panierce. Niewątpliwie wczorajszy wieczór narobił mu wielkiego apetytu. Selb z kolei z ledwością zmęczył swoją bułkę, gdzie tam myśleć o dokładce. Więcej o poborze nie rozmawiali, zapłacili i wyszli.
Na ulicach panowała wrzawa jak każdego dnia: robotnicy spieszący się na pierwszą zmianę, dostawcy jedzenia, broni, umundurowania, gońcy i musztrowani żołnierze. Najbliższy punkt poborowy mieścił się vis a vis Arsenału Żelaznego Legionu. Miejsce to było istnym parkiem magazynów, gdzie przechowywano broń, amunicję oraz pojazdy które miały wkrótce wyruszyć na front. Kolejka osób chętnych na zapisania się dobrowolnie do walki z samego rana nie była długa. Przed przyjaciółmi stało może 6 lub 7 osób, lecz za nimi wciąż przybywało więcej chętnych.
W środku, za masywnym biurkiem siedziało trzech popielców - starszy o krótkim pysku, popielka w średnim wieku bez grzywy oraz młodszy stopniem popielec którego rola sprowadzała się do podawania papierów. Za nimi znajdowało się przejście do dalszego pomieszczenia, a porządku pilnowało tutaj dwóch strażników z Adamant Guard.
- Proszę okazać książeczkę osobistą - odezwała się popielka, nie patrząc na Selba wprost. Starszy w przeciwieństwie do sąsiadki wertował go od stóp do głów, zaś gryzipiórek sortował papiery poprzedniego kandydata.
Selb pomacał się po kieszeniach koszuli i wyciągnął pospiesznie książeczkę. Popielka zerknęła na dane personalne kandydata i podała ją starszemu popielcowi. Ten skinął głową i przekazał książeczkę dalej, do najmłodszego z komisji.
- Kilka pytań - odezwała się bezgrzywa - Powód zaciągnięcia?
- By bronić ojczyzny przed najeźdźcą!
- Jak oceniacie swój stan zdrowia?
- Zdrowy i gotowy do służby!
- Macie jakieś zadłużenia wobec Cytadeli lub jej podmiotów?
- Żadnych, m'am.
- W takim razie proszę udać się do pokoju za mną.
Selb wyprężył się i uderzył pięścią w lewą pierś, salutując szanownej komisji. Starszy popielec wstał z krzesła i poszedł za Selbem do pokoju, w którym przeprowadzano badania. Popielca zmierzono, zważono, zapytano o orientację i wcześniejsze urazy, doktor zadał mu też kilka pytań mających na celu zweryfikować czy z jego głową jest wszystko w porządku. Na koniec kazał mu się położyć na kozetce - tak też uczynił. Leżąc w samej bieliźnie, lekarz uciskał mu brzuch i po tym kiwnął mu głową.
- A tam - wskazał na kroczę - Wszystko na swoim miejscu?
- W jak najlepszym! - odparł Selb, spoglądając na doktorka z lekkim przestrachem w oczach. Czy on chce mu badać jajca?
- Mhmm  - odparł lekarz i odwrócił się tak, jakby miał już wracać do biurka. Gwałtownie jednak się odwrócił i pazurem zsunął bieliznę Selba i na dosłownie sekundę spojrzał czy z narządem rozrodczym wszystko w porządku.
- Ale jaja - rzekł Selb do Rampera gdy odebrał swoją książeczkę i udawał się do wyjścia.

Nie można było jasno powiedzieć, czy kumple nadawali się do przeniesienia na front (nie zważywszy na karny status jaki posiadała ich banda) czy po prostu brano wszystkich jak leci. Przyjęto ich. Tego samego dnia mieli udać się do punktu zaopatrzenia gdzie zostanie im wydane umundurowanie. Ramper cały czas trajkotał o porządnej zbroi z masywnymi naramiennikami, taszką i chlebakiem, w którym nosiłby naboje oraz zgromadzone łupy. Rzeczywistość jednakże okazała się inna. Dostali dwie pary tkaninowych mundurów, na który składały się: koszula, kurtka, spodnie i skórzane buty na stalowej podeszwie. Do tego dochodził jeden pas i dwie pary skarpet na jeden mundur. Tamtejszy asystent questora zapewnił, że dodatkowe oporządzenie i uzbrojenie wydawane jest bezpośrednio na froncie. Następnie kazano im spakować swe rzeczy do plecaków, które dostali jako dodatek do dwóch mundurów. Mieli brać tylko to, co najpotrzebniejsze, bowiem nie jadą na wakacje tylko się bić. Obydwoje byli zadziwieni szybkością całego procesu, bowiem następnego dnia z rana mieli zostać przeniesieni na front.
Selb liczył, że rano pozna nowy oddział, gdzie wraz z Ramperem w końcu będą mieli szansę się odkuć i zostać zawodowymi żołnierzami, w bandzie która walczy a nie pracuje za karę w hucie. Na próżno było wyczekiwać pompatycznego opuszczenia miasta - poborowych zebrano do jednej grupy i następnego dnia wysłano Drogowskazem na wschód, w rejony Płomiennej Cytadeli. Bez wiwatów, bez salw, bez uzbrojenia. Wszyscy poborowi o wątpliwym pochodzeniu (tyczyło się to również tych, którzy przez Cytadelę byli oddelegowywani na jednoosobowe misje) mieli stawić się w Kwadrancie Memoriałowym, gdzie znajdowały się pomniki wzniesione na cześć największych bohaterów Trzech Legionów. Zbiórkę nadzorował popielec o siwym pysku i masywnej budowie ciała, odziany w mundur Krwawego Legionu. Nie segregowano nikogo według przynależności do legionu, wszyscy, jak jedna wielka mieszanina zostali najpierw wylegitymowani, a następnie ustawieni w kolejce do Drogowskazu.

W pierwszym momencie Selb myślał, że puści pawia. Umysł, nie nadążając za nagłą zmianą otoczenia nie potrafił zarejestrować zmiany scenerii - przed chwilą stał między bohaterami uwiecznionymi w stalowej odlewce, a teraz wokół znajdowały się niewysokie górki, karłowata, przerzedzona roślinność i zalane wysoko unoszącymi się obłokami dymu niebo. Kilka lat minęło już od upadku Płomiennej Cytadeli, niemniej plugawe rytuały odmieniły tę okolicę na zawsze. Idąc oddziałem liczącym prawie setkę osób, przeciskali się przez górskie przesmyki prowadzeni przez starszych rangą oficerów niczym stado owiec.
Selb tak właśnie się poczuł - jak bydło, które prowadzą do zagrody. Starsi rangą poganiali tyły i bez ustanku nakazywali trzymać szyk. Gdyby tylko ktoś zaczaił się na tych górkach, z łatwością mógłby wybić ich do nogi. Nie mieli bowiem poza swym bagażem żadnej broni. Wokół paliły się paleniska, pamiątka po byłych włodarzach tego miejsca, a z ziemi wyrastały pokrętne korzenie których kora była szara, miejscami nawet zwęglona. Ziemia po której szli była sucha, przód wzbijał kurz maszerując równym tempem, który ci z tyłu musieli przymusowo wdychać. Im dalej, tym powietrze stawało się cięższe, ziemia naznaczona była pęknięciami które niegdyś jarzyły płynącą w nich lawą. Gdy wyszli z przesmyku, ich oczom ukazała się Płomienna Cytadela - położona na drugim końcu gęstego, czarnego jeziora z którego nawet świnia by się nie napiła. Na drugi koniec prowadził kamienny most, wzniesiony niegdyś z pomocą czarów i pełnych mocy artefaktów, których siła posłużyła do splugawienia tych terytoriów.
Po drugiej stronie mostu znajdował się w pełni obstawiony punkt kontrolny, z karabinami korbowymi, działami i tuzinem strażników i czujek. Każdy obowiązkowo przed wejściem do Płomiennej Cytadeli musiał się wylegitymować, to też Selb i Ramper znów musieli nastać się w kolejce nim weszli do środka. Obie te dusze, ochocze do walki za słuszną sprawę były jak świetliki zamknięte w słoiku - ładnie się patrzyło na ich światełko, w tym przypadku motywację i zapał do obrony ojczyzny, ale w gruncie rzeczy byli uwięzieni, nie mogli rozwinąć skrzydeł póki wieko formalności nie zostanie w końcu odkręcone. Wtedy dopiero wylecą na wolność, oglądać to, co znajduje się po drugiej stronie płomiennej twierdzy.
Okazanie papierów zajęło w sumie trzydzieści minut. Niektórzy z ochotników, podobnie jak nasi bohaterowie, znali się i w oczekiwaniu na swoją kolej zajmowali się rozmowami, przechwałkami, a ci, którzy mieli wylegitymowanie się za sobą, przycupnęli przed wrotami do Cytadeli i rozgrywali partyjkę pokera. Świst gwizdka oficera zwiastował, że pora iść dalej. Wrota twierdzy powoli otwierały się, ukazując kamienne ściany naznaczone wciąż jarzącą się lawą, rozpalone pochodnie wzdłuż korytarza i kolejny tuzin żołnierzy. Oni już nikogo nie zatrzymywali, niemniej ich spojrzenia bezwstydnie spoczywały na maszerujących świeżakach.
- Pewnie się dobrze bawią, cioty - mruknął Ramper, widząc rozbawienie w oczach jednego z mijanych strażników.
- Dupiatą robotę mają. Zazdroszczą nam, ot co - odparł Selb, krzywiąc się gdy drażniący zapach siarki wdarł się w jego nozdrza. Rozglądał się po Cytadeli, odnogach korytarzy, twarzach strażników.
Przechodząc przez główny plac, szli dalej, aż do drugiego wyjścia z twierdzy. Tam już bez formalności przepuszczono ich dalej, przez kolejny punkt kontrolny.

Gdy tylnie wrota otworzyły się, ujrzeli zupełnie podobny obraz jak poprzednio - naznaczona licznymi wygasłymi szramami ziemia, niewielkie pagórki i ledwie zauważalna roślinność. Istotnym miejscem był tutaj obóz, na który składały się stalowe mury otoczone drutem kolczastym. W środku stało kilka dużych i mniejszych namiotów, a także rząd dwunastu dział artyleryjskich które wypalały w interwałach 50 sekund. W obozie panował ruch - gońcy roznosili wiadomości, obsługa dział wiozła na stalowych wagonikach nowe pociski, podczas gdy ich koledzy ładowali je na podnośnik, który po pociągnięciu za dźwignię wsuwał je do komory działa. W wieżach obserwacyjnych siedzieli strzelcy i obserwatorzy, a w rozległych garażach wzniesionych z blaszanego prefabrykatu stały działa polowe gotowe do wyprowadzenia na front.
Stąd też Selb głowił się - co oni tutaj robią z tymi działami w tym posterunku? Dlaczego nie nacierają? Czy nie szykują aby jakiegoś natarcia, strzelając raz po raz, po to by dać Krwawym przejść po trupach i dobić tych, którzy przeżyli? Czyżby załapał się na samą końcówkę starcia?
Stuosobowy oddział wszedł do obozu, gdzie z uwagi na ich liczebność zaczęto im robić miejsce. Z namiotu oznaczonego sztandarami Trzech Legionów wyszło dziesięciu Centurionów, po czym padł rozkaz by ustawić się w dwuszeregu. Ramper stanął koło Selba, prężąc się i szczerząc kły. Oficerowie, którzy eskortowali uzupełnienia z Czarnej Cytadeli podchodzili do każdego z nich i czytając z długiej listy nazwisk, oddelegowywali do danego Centuriona.
Ramper miał nadzieję, że Selba, z którym tworzył jakby nie patrzeć bandę, scalą z innym, istniejącym już oddziałem. Gotów był zżyć się z nowymi braćmi i siostrami, którzy są zahartowani w boju i dzięki nim on też taki będzie. Niemniej, rudego oddelegowano do Centurii Bromona Phalanxwalla, pod dowództwo Legionistki Kirreli Blanketshroud, podczas gdy Selb trafił bezpośrednio do bandy Centuriona Edyrra Jadogrzmot. Dwaj kumple spojrzeli na siebie, zupełnie jakby to miało być ich ostatnie spotkanie. Okazało się jednak, że trafiają w sąsiednie sektory do przednich okopów. Niewykluczonym więc było, że będą się spotykać raz za czas, że być może pobiegną razem w szarży.

Centurion Edyrr Jadogrzmot był ciemnobrązowej maści o smukłym, długim pysku i grubych uszach. Jego grzywa podzielona była prawie że na równy przedziałek z powodu głębokiej blizny na łbie, a prawy róg był ułamany. Niebieskie, rybie oczka i masywne nozdrza jak u byka, postura zwyczajna. Odziany był w oficerskie oporządzenie, z pistoletem u boku i karabinem o talerzowym magazynku umieszczonym pod szczerbinką. Na oko kaliber wynosił może .45 cala, kolba była również stalowa a przedni chwyt pod lufą drewniany. Takiego modelu Selb jeszcze w życiu nie widział, choć spoglądając po uzbrojeniu innych żołnierzy, niektórzy posługiwali się eksperymentalnymi modelami. Miał nadzieję spróbować czegoś nowego, a zarazem obawiał się, że jakaś niesprawdzona pukawka zawiedzie go w najgorszym momencie.
- Pokaż no książeczkę - Centurion wyciągnął łapę do Selba. Głos miał nadzwyczaj spokojny, aksamitny, jakby zupełnie nie pasujący do popielca który wychowywał się w fahrarze a potem czynnie służył. Selb jednak odgonił pierwsze wrażenia na bok i wyciągnął z kieszeni przydziałowej kurtki książeczkę. Centurion przekartkował ją najpierw, a na samym końcu wrócił do pierwszej strony.
- Selb... I tyle. Potrzebne ci jakieś nazwisko. Moja banda to Jad, wiesz, jak trucizna.
- Nazywali mnie Chwytak, sir - odparł Selb, ściskając poślady, prężąc się przed dowódcą.
- Chwytak?
- Pracowałem na żurawiu. On ma chwytak, rozumie pan, do chwytania rzeczy.
Centurion cicho zarechotał, choć z pyska nie wyglądał, jakby drwił z nowego żołnierza.
- Od dziś jesteś Selb Jadochwytak. Witaj w oddziale. U nas będzie ci dobrze - słuchaj się mnie i swoich starszych kumpli. Nie ma u nas żadnej popielki, tak żebym nie musiał potem oglądać zalotów. Dzielimy się wszystkim, polegamy na sobie i dajemy sobie w kość, żeby być tą najlepszą bandą na froncie. Trzymaj się nas, a dożyjesz do końca. Może nawet weźmiemy za jeńca tego fiuta Smolderpawa i wtedy... - Jadogrzmot wyszczerzył zęby szelmowsko - Czekać nas będą najwyższe honory.
- Tak jest, sir - odparł Selb, przełykając ślinę. Centurion klepnął go lekko w ramię i rzekł:
- Idziemy po przydziałową broń i na front. Masz zaszczyt być w pierwszym okopie.


Ruszyli ścieżką  przed siebie, mijając stare leje po pociskach, złamane, niewysokie drzewa i okazjonalne patrole. Im bliżej frontu, tym powietrze stawało się coraz cięższe, a ziemia bardziej ubita i jałowa. Szli raptem trzy minuty, gdy dotarli przed niewielki obóz gdzie stały rozłożone masywne, odkryte namioty z czerwonymi ankhami w białym kole. Popielcy ubrani w białe kitle, w kieszeniach których nosili najrozmaitsze przyrządy lekarskie uwijali się nad leżącymi na stołach operacyjnych żołnierzami. Krzyki, jęki, smęty... cała kakofonia cierpienia frontowego wojownika. Jeden z pielęgniarzy właśnie chlusnął miednicą pełną wody zmieszaną z krwią na ziemię, inny odkładał odciętą tylnią łapę żołnierza pobandażowanego na twarzy, piersi i przedniej łapie, inni wyciągali odłamki ze zmasakrowanego, żyjącego tylko dzięki silnym zastrzykom środków przeciwbólowych żołnierza. Z drugiej strony w szeregu ustawiano schwytanych wrogów, odzianych w łachy Płomiennego Legionu. Żołnierze Trzech Legionów kopali ich w łydki lub zgięcia kolan, zmuszając do klęknięcia. Selb przyglądał się, jak pobratymcy bezpardonowo strzelali schwytanym w tył łba, po czym ich ciała były zbierane w jedną górkę, która pod koniec dnia miała stanąć w płomieniach.
Widział też pochód popielek, które nie miały na sobie nic więcej jak łachy zakrywające okolice intymne, prowadzone gęsiego przez patrol Krwawego Legionu. Były to wyzwolone niewolnice, które w niedługim czasie miały podjąć wybór: przyłączyć się do walki po stronie swoich wybawców, albo iść precz w świat i radzić sobie samej. Jadogrzmot przyglądał się temu pochodowi i wyprzedził Selba. Podszedł do jasnoszarej popielki i pociągnął ją za ramię, patrząc jej w pysk. Oszołomiona niewolnica spuściła wzrok, a pochód zatrzymał się.
- Tę proszę przysłać do mojej kwatery na przedzie okopów. Widzę jej wolę do walki po naszej stronie.
Centurion puścił popielkę i wrócił uwagą do Selba. Podeszli do namiotu, w którym za prowizorycznym kontuarem stworzonym ze skrzyń stał questor, a za nim jeszcze więcej skrzyń z bronią i stojaki ze zbrojami.
- Lukkulus, wyposaż mi no mojego Selba. Zrób z niego maszynę do zabijania - rzekł Centurion, opierając się dziarsko o "ladę".
Opieszały Questor zaczął wykładać poszczególne rzeczy: dwulufową strzelbę popielczej produkcji, cztery paczki z nabojami, saperkę, manierkę na wodę, bagnet i dwa granaty. Gdy Selb chował paczki z nabojami do plecaka, saperkę wcisnął za pas, a manierkę umieścił na skórzanym pasku przy pasie by się trzymała. Questor dorzucił jeszcze jeden koc i dwie pary skarpet.
- Pamiętaj synku, skarpety zawsze masz mieć suche. Peleryna też ci się przyda. Nie zgub saperki, drugiej nie dostaniesz, chyba, że komuś zawiniesz.
- A jakaś zbroja? - zapytał Selb, patrząc na Questora który najwyraźniej chyba już skończył.
- Oho, a to zbroja mu się jeszcze należy?!
- Dorzuć mi jakiś napierśnik - rzekł Jadogrzmot, spoglądając na Questora. Kwatermistrz nie kwestionował rozkazu, wybrał jeden ze stalowych napierśników który akurat pasowałby do Selba, wiązany na skórzane pasy z tyłu.
- Chodź tu z tym - Centurion wziął napierśnik od Selba i odwrócił go tyłem. Kazał mu przywdziać element zbroi a następnie zapiął jego pasy z tyłu.
Selb odwrócił się zmieszany, co Edyrr skwitował cichym rechotem. Wskazał mu, aby szedł dalej, do labiryntu wydrążonego w ziemi, wzmocnionego drewnem i stalą.
- Przyzwyczajaj się. My, Jady, dbamy jeden o drugiego.
Centurion w mniemaniu Selba najwidoczniej świetnie się bawił, wdrażając nową owieczkę do swojego stada. Jadogrzmot wspaniale odnajdywał się w labiryncie wąskich korytarzy okopów. Selb nie spodziewał się, że walka w okopach naprawdę tak wygląda: żołnierze siedzieli, nie wychylając łbów ponad okop. Grali w karty, gotowali jakieś śmierdzące zupy, gadali, czyścili broń, strugali jakieś figurki w drewnie. Inni czytali obrazkowe czasopisma albo zwykłe gazety. Naturalnie, gdy wraz z Centurionem przechodzili, każdy salutował, ale jakby inaczej - nie ruszając tyłka z krzesła, jakby na odwal się. Poza ciężkim powietrzem okolicy, do grona nieprzyjemnych zapachów dochodził jeszcze smród jaki roztaczali wokół siebie żołnierze. Selb minął już kilka lazaretów, gdzie sanitariusze operowali rannych a pielęgniarze usługiwali tym, którzy odpoczywali po zabiegu. Przeszli obok natrysków, gdzie kolejka ciągnęła się na trzy zakręty, by tylko wziąć prysznic. Minęli może ze dwie polowe kuchnie, gdzie dawano ciepłe żarcie na brudnych, aluminiowych talerzykach a sztućce, jakie dawano do jedzenia były krzywe, stąd często żołnierze jedli po prostu łapami. Sieć okopów miała też kilka jaskiń oznaczonych przeróżnymi symbolami. Wydawało się, że były to kwatery mieszkalne, choć widać było też kilka namiotów które przeznaczone były tylko dla oficerów.
Zatrzymali się przy trzeciej kuchni, znajdującej się niedaleko namiotu oficerskiego. Centurion nakazał Selbowi zaczekać, po czym wszedł do swojej kwatery i wrócił po chwili z zawiniętą w rulon kartką papieru.
- Masz. Nie zgub, to mapa okolicy. Zaznaczyłem ci tu najważniejsze miejsca, jakoś się odnajdziesz. Twoje pierwsze zadanie: poznać resztę bandy. Z tyłu znajdziesz nazwiska i gdzie ich możesz znaleźć. Jak skończysz, wrócisz do mnie.
- Tak jest, sir.

A więc pierwszy rozkaz, poznać nową rodzinę. Selb liczył, że jednak wszyscy zbiorą się do kupy a nie on będzie musiał za nimi biegać. Zastanawiał się też, czy Ramper tak samo jak on będzie się uganiał za nową bandą, podchodząc jak ostatni debil i przedstawiając się.
W oddali słychać było uderzenia pocisków w ziemię. Selb chwycił się skraju okopu i chciał zerknąć, co znajduje się ponad nim. Wtem poczuł, jak ktoś pociągnął go za ogon. Wrzasnął i odwrócił się, spoglądając na Centuriona Jadogrzmota. Sytuacja ta rozbawiła stołujących się przy kuchni żołnierzy.
- Pierwsza zasada: nie wychylaj łba bez rozkazu. Inaczej szybko cię odstrzelą. A teraz ruszaj, poznaj nowych braci, Jadochwycie. 


Falkner

  • Egida
  • ******
  • Wiadomości: 1197
  • Płeć: Mężczyzna
Okopy

Poszukiwania nowych kumpli z oddziału należało rozpocząć od lazaretu. Nie dlatego, że Selbowi kręciło się we łbie od wszechobecnego smrodu potu, prochu i kiepskiego jedzenia, a dlatego, że znajdowała się tam prawa ręka Centuriona Edyrra Jadogrzmota - Maggok Jadokieł. Zgodnie z opisem, Maggok był sanitariuszem i chirurgiem, a jego posterunek znajdował się w punkcie opatrunkowym MED-4, mniej więcej w środkowym korytarzu okopowego labiryntu. Na całe szczęście Jadogrzmot zaznaczył na mapce Selba najważniejsze miejsca - lazarety, kuchnie ze stołówkami, punkty zaopatrzeniowe oraz kwaterę bandy. Poszukiwania Maggoka dodatkowo wsparły liczne tabliczki ze strzałkami, informujące gdzie należy podążać, aby znaleźć sanitarkę czy jadłodajnię.
Snując się po korytarzach wykopanych w ziemi, Selb co chwila spoglądał w mapę którą trzymał w lewej łapie. Starsi stażem żołnierze zerkali na niego z niewypowiedzianym rozbawieniem, widząc jak ten zatrzymuje się przy tabliczkach, łypie spojrzeniem na mapę, ogląda się i gubi drogę. Chwytak, a teraz raczej Jadochwytak trzymał język za zębami, choć tak naprawdę kilkukrotnie próbował już odrzucić dumę na bok i po prostu spytać o drogę. Nie wszyscy jednak zwracali uwagę na zagubioną owieczkę - wbrew oczekiwaniom Selba, żołnierze prowadzili tu jakby normalne życie: grali w karty, rozwiązywali gazetki z łamigłówkami, strugali jakieś figurki z drewna, szorowali brudne mundury w metalowych wanienkach, pili wątpliwej jakości alkohol podając między sobą butelkę, czyścili broń lub po prostu wylegiwali się na kawałku futra rozłożonego z boku przejścia. Zdziwiony brakiem gotowości do walki, Selb zastanawiał się co tutaj się właściwie dzieje. Gdzie bitka, gdzie huk wystrzałów, zgrzyt mieczy i tarcz? Legiony przecież zawsze miały przewagę technologii i odważnych serc, gorejących od lat przez ogień wzniecony jeszcze w fahrarze.


Po dziesięciu minutach kluczenia po nieznanych korytarzach, odnalazł w końcu punkt opatrunkowy MED-4. Zadaszone drewnianą dyktą wgłębienie w bocznej ścianie tunelu mieściło zaledwie sześć łóżek na których leżeli żołnierze po operacji, dwa stoły operacyjne i drewnianą budkę z drzwiami zamykanymi na kłódkę, gdzie mieściły się zapasy medyczne. Ktoś właśnie trącił Selba łokciem i odepchnął na bok - do punktu opatrunkowego niesiono rannego popielca na noszach. Jadochwytak ruszył raptownie za pochodem by pomóc przenieść rannego na stół operacyjny.
- Dzięki stary - rzekł popielec o ciemnożółtym umaszczeniu i licznych, czarnych pręgach. Jego pysk był długi, a nos szeroki, podobnie jak rozstaw śnieżnobiałych oczu. Na łbie nosił biały czepek a pod szyją zwisała mu tkaninowa maska ochronna. Odziany był w standardowy mundur Żelaznego Legionu, taki sam jaki otrzymał Selb. Wyjątek stanowiła przyszyta łatka na lewym ramieniu - białe koło z czerwonym ankhem.
Jadochwytak postanowił zaryzykować. Został chwilę pilnując rannego. Popielec miał pogruchotaną prawą nogę, zupełnie tak, jak udziec barani poobgryzany z każdej strony. Ponadto na całej długości nogi wystawały obrzydliwe, metalowe odłamki. Selb przez chwilę patrzył na stękającego żołnierza, który na napierśniku miał namalowany własną krwią znak "1". Oznaczało to, że otrzymał jeden zastrzyk silnego środka przeciwbólowego - w taki właśnie sposób sanitariusze lub bardziej obeznani żołnierze oznaczali rannych którzy trafiali na stoły operacyjne. Liczba zastrzyków była istotna dla lekarza, w którego łapy trafiał ranny. Wystarczy podać za dużą dawkę leku i zgon murowany.
- Kurwa, nawet nie zaczekali. Gadaj no, co mu się stało? - odezwał się ciemnożółty lekarz, zamykając drzwi budki z hukiem. Nawet nie zdążył zamknąć ich na kłódkę: natychmiastowo podszedł do rannego i zaczął oglądać jego nogę.
- Nie mam pojęcia! Tamci go przynieśli, ja pomogłem, nie wiem jak do tego doszło. Przysyła mnie Centurion Jadogrzmot.
- Edyrr cię przysłał? No to gadaj szybko, bo jak widzisz mam robotę.
- Kazał mi się zaznajomić z resztą bandy i pomóc gdzie trzeba. Jestem Selb.
Sanitariusz łypnął okiem na Selba od stóp do głów i wyszczerzył kły w szyderczym uśmiechu.
- Maggok Jadokieł. Jak chcesz mi pomóc, to złap go za nogę. Tę ranną. Będziemy piłować.
- Ale jak to? Nie pomożesz mu nawet?
- Jesteś lekarzem, żeby wiedzieć co mu pomoże? Jeśli nie nadepnął na minę, a wątpię, to najpewniej majstrowali z kumplami jakąś samoróbkę i bum. Mógł skończyć znacznie gorzej, nie jestem mu w stanie pomóc - Maggok ściągnął brwi i wziął w łapę piłę do kości. Sam jej widok napełnił Selba obrzydzeniem, poczuł mdłości, a najgorsze dopiero przed nim. Chwycił nogę żołnierza przy kostce i pod kolanem.
- Nic nie poczuje, a jak się obudzi to usłyszy radosną nowinę o powrocie do domu - Maggok przyłożył piłę i zacząć ciąć. Selbowi wcale ten żart nie przypadł do gustu, wzrokiem uciekł na bok i przeklinał w duszy ile wlezie. Gdy poczuł, że noga nie jest już częścią ciała, a jedynie samowolną kończyną w jego łapach, spojrzał na sanitariusza który skinął mu łbem i wskazał zakrwawioną piłą za niego. Odwrócił się i ujrzał stojącą pod drewnianym wspornikiem daszku wanienkę, gdzie leżały zakrwawione szmaty, zdjęte opatrunki i zużyte strzykawki. Nie patrząc się na to, co trzyma w łapach, wrzucił odciętą nogę do wanienki i przeklął.
- Przyzwyczaj się młody, jeszcze się tego naoglądasz sporo.

Selb przystanął przy łóżku i patrzył, jak Maggok zszywa i opatruje miejsce, gdzie wcześniej znajdowała się kość. Gdy wszystko było skończone, poprosił Selba by pomógł mu przenieść żołnierza po operacji na wolne łóżko.
- Będzie miał teraz przejebane w życiu - rzekł Selb, podnosząc zniesmaczone spojrzenie na Maggoka.
- Niezupełnie. Nie będzie już skoszarowany, wywalą go z bandy ale znajdą mu jakąś robotę w Cytadeli albo gdzieś indziej. Za biurkiem, przy papierach najpewniej.
Selb spuścił łeb i lekko nim pokręcił. Nie mogło do niego dojść, jak sanitariusz nie przedsięwziął choć minimum starań by jednak uratować pobratymca od trwałego kalectwa. Maggok mruknął i podszedł do nowego członka rodziny i klepnął go w ramię. Następnie pociągnął na stronę, gdzie stał stolik i kilka krzeseł. W tym miejscu dochodzący do siebie żołnierze mogli zjeść, napić się, rozegrać partyjkę kart. Często też sanitariusze siedzieli tu i albo gadali z poszkodowanymi, albo po prostu odpoczywali.
Maggok wyciągnął pudełko cygar z budki wypełnionej zaopatrzeniem i tym razem zamknął drzwi na kłódkę. Posadziwszy Selba na krześle, sam siadł obok niego, po krótszej stronie stołu i otworzył pudełko w którym na dziesięć cygar było tylko sześć.
- Nie palę - rzekł Selb - Dość się nawciągałem w fabryce.
- Jasne, nie zmuszam - Maggok wziął jedno z cygar i odpalił od draski. Przysunął sobie bliżej prymitywną popielniczkę zrobioną z odciętego dołu puszki po konserwie mięsnej. Zaciągnąwszy się raz i drugi, spojrzał na Selba:
- Stary, naprawdę nie dało się nic zrobić. Nawet jeśli wyciągnąłbym te odłamki, zakażenie by go zabiło doszczętnie. Nie uratowałem mu kończyny, ale uratowałem życie.
Selb podniósł łeb i oparł prawy łokieć o blat stołu. Przetarł pysk i oczy dłonią, po czym pacnął nią w stół z hukiem.
- Musisz przywyknąć - drążył dalej Maggok, zaciągając się raz po raz, a jego słowa przerywane były gęstymi kłębami wydychanego dymu - Każdy z nas ma tu swoje limity, gdybyśmy byli cudotwórcami to nie załapałbyś się na tę wojnę. A nie będziemy się zniżać do czarowania jak wróg, co i tak by gówno dało. Wiem, że to nie jest przyjemne, ale taka właśnie jest moja praca. Wszyscy tu jesteśmy jak tryby jednej wielkiej maszyny, każdy musi działać odpowiednio, inaczej całe przedsięwzięcie jebnie i zamiast wpieprzać krwiste befsztyki w domu będziemy harować jako niewolnicy Płomiennego Legionu, albo spłoniemy na stosie złożeni w ofierze. Trzymaj się więc tego, co masz robić, a nie trafisz na stół jak tamten typ. Rób co mówi Jadogrzmot, słuchaj się reszty, a wrócisz do domu. Naszego domu.
Selb chwilę analizował w głowie słowa Jadokła. Co do słuszności słów nowego kumpla nie miał wątpliwości, tak przecież uczono w fahrarze. Tylko przełożenie tego na praktykę stanowiło problem, tym bardziej gdy zobaczył jak w jednym momencie ktoś traci nogę, a decyzja została podjęta w ciągu paru sekund. Nie, nie był lekarzem, nie znał się na tym i po dzisiejszym najpewniej nigdy nie będzie chciał. Nie zmienia to jednak faktu, że dla tamtego popielca życie właśnie się skończyło.
- Selb, słuchasz mnie?
- Słucham - odparł, spoglądając na pytające spojrzenie Maggoka. Ciemnożółty pokręcił łbem i buchnął dymem z ust.
- Pobędziesz tu trochę, przyzwyczaisz się. Z poboru czy na ochotnika?
- Na ochotnika. Razem z kumplem zapisa-
- Też trafił do nas?
- Nie, jest w innej bandzie.
- Zapomnij o nim. Teraz najważniejsi jesteśmy dla ciebie my: Edyrr, Hasker, Falpit, Kyrrozon i ja. Jak szczęście dopisze, spotkacie się z kumplem gdzieś na froncie. Ale podczas walki masz myśleć tylko o swojej bandzie. Widzisz, że ktoś z naszych ma problem - biegniesz pomóc. Olewasz kumpla. On ma swoich, oni o niego zadbają. Rozumiesz? Nie rób głupot, to nie skończysz bez nogi, bez łapy albo bez głowy. I na zgrzytające tryby, nie wychylaj się z okopu jak nie trzeba. Łba z dziurą po kulce nie ma sensu amputować.
 
Następnym przystankiem był punkt zaopatrzeniowy położony w drugim rzędzie okopów, gdzie Selb miał znaleźć Falpita Jadokrzyka i Kyrrozona Jadostrzała. Z tego, co później opowiadał Maggok, Falpit był drużynowym saperem, ekspertem od materiałów wybuchowych. Kyrrozon zaś nie miał żądnych innych talentów, poza byciem dobrym żołnierzem. Podobno prowadzi swój własny dzienniczek od opuszczeniu fahraru w którym zapisuje każde swoje zabójstwo z krótkim opisem, jak tego dokonał.
Punkt zaopatrzeniowy numer 4 Selb znalazł o wiele łatwiej niż poprzednie miejsce dzięki wskazówkom Jadokła. Tym razem szedł pewnie i zwracał uwagę na charakterystyczne punkty, takie jak dziura w okopie z czaszką płomiennego szamana, zakręt za którym znajdował się połowicznie oficjalny klub miłośników gry w karty czy natryski w namiocie pod dziurawą płachtą.
Miejsce, gdzie można było uzupełnić amunicję, wymienić zepsutą broń czy opancerzenie znajdowało się w wykopanej grocie osłoniętej dwoma płachtami, które w rzeczywistości były dwoma kocami przybitymi do drewnianej belki nad wejściem. W środku siedziało trzech popielców: ciemnofutry, tęgi dryblas z długą szramą przez prawe oko, nieco mniejszy, brązowy koleś o wybitnie cwaniackim pysku oraz popielka, która stała za kontuarem przy którym wydawano zapasowe naboje. Cała trójka najwyraźniej była w trakcie jakiejś zabawnej rozmowy, bowiem śmiali się do rozpuku. Gdy Selb wszedł do środka, spojrzeli na niego, a popielka za ladą wyprostowała się i rzuciła na wejściu:
- Przerwa jest, przyjdzie potem.
- Ja nie po zapasy, tylko do nowych kumpli - spojrzał na dwóch popielców (Centurion wspominał, że w bandzie nie ma żadnych samic) i rzekł: - Jestem Selb, Selb Jadochwytak.
Cała trójka taksowała wzrokiem nowego. Czarny byczek podszedł bliżej i chwycił Selba za pysk, zadzierając go w górę i spoglądając w oczy.
- Puszczaj ciulu - Selb trzasnął w łapę czarnego, lecz było to na nic - uścisk nie zelżał, wręcz przeciwne, przybrał na sile.
- Kyrrozon, daj mu spokój - odezwał się brązowy cwaniaczek, sepleniąc. Czarny puścił Selba i wyszczerzył kły w głupawym uśmiechu. Uderzył Jadochwytaka w prawe ramię masywną łapą zaciśniętą w pięść i roześmiał się jeszcze bardziej.
- Twardy czy miękki? - spytał czarny, ponawiając uderzenie - Odpowiadaj!
- Odpierdol się! - trzecie uderzenie Selb zbił otwartą łapą i cofnął się krok w tył.
- O, mamy twardziela. Falpit, widzisz, jaki twardy? - czarny dryblas chwycił Selba za łeb przemieszczając się za niego, nachylił go i zaczął czochrać zaciśniętą pięścią po grzywie - Patrz, jak walczy! Zawzięty typ!
Selb zaczął okładać oprawcę po bokach, nawet zamarkował mu uderzenie z łokcia w brzuch które powinno go złożyć, lecz tak się nie stało. Popielka za kontuarem śmiała się do rozpuku, zaś brązowy cwaniak wstał i podszedł do dwójki by ich rozdzielić. Zirytowany Selb gapił się na czarnego typa rozgniewanym spojrzeniem, zaś ten drugi najwidoczniej dobrze się bawił.
- Jestem Falpit Jadokrzyk, a to Kyrrozon Jadostrzał - rzekł brązowy, wyciągając łapę w geście powitania. Podobnie poczynił czarny, ale jemu uścisnąć łapy Selb nie miał zamiaru. Kyrrozon ściągnął tęgie, krzaczaste brwi i siłą wyciągnął łapę nowego by uścisnąć ją twardo.
- A mnie nie przedstawisz? - rzekła popielka zza kontuaru, na co Falpit odwrócił się ukłonił przepraszająco i rzekł:
- Ta piękna samiczka to nasza przyrodnia matka, Zamdda Narrowstream. Jak ci braknie nabojów albo będziesz potrzebował czegoś innego, to idziesz prosto do niej.
- Jak zasłużysz, to nawet da ci się posunąć - dodał Kyrrozon, dalej rozbawiony całą sytuacją. Gdy odwracał się w stronę Zamddy, jego wzrok zarejestrował jedynie lecącą kursem kolizyjnym na jego pysk puszkę z konserwą.
- Głupia suko, moje oko!
- Wypierdalaj stąd gnoju - Zamdda wskazała mu wyjście. Falpit, chcąc jak najszybciej rozwiązać problem pchnął obydwu w stronę wyjścia z punktu zaopatrzeniowego.
Gdy wyszli na zewnątrz, brązowy spojrzał na Jadostrzała i rzekł rozbawiony:
- Nie martw się, walnęła ci w te, na które nie widzisz. Ale następnym razem nie gadaj takich głupot, znaczy... nie bądź tak otwarty - Falpit spojrzał na Selba szczerząc kły chytrze. Jadochwytak zrozumiał - jeśli zachce mu się dupczyć, to jak dobrze ułoży się z Zamddą nie będzie musiał szukać daleko.
- Centurion kazał mi się z wami zapoznać i ten, jakbyście czegoś potrzebowali, to mówcie.
- Natłucz tej piździe po ryju, to moje zadanie - warknął Kyrrozon, przysiadając pod ścianą okopu. Przyciskał łapą miejsce, gdzie oberwał.
- Straż cię prędzej zgarnie niż jej dotkniesz - odezwał się Falpit, spoglądając na Selba. Nie potrzebujemy niczego, także możesz iść dalej. Co do zapoznania się: jestem saperem, a Kyrrozon to kupa mięśni która zawsze idzie na szpicy. I nie chcesz mu wchodzić w drogę, gdy niesie na plecach zbiornik z paliwem i miotacz płomieni w łapach.
- Rozumiem - Selb przytaknął, gotów jak najszybciej odejść od tej dwójki. Nie ufał Falpitowi patrząc na jego pysk, a Kyrrozonowi po tym, jak go potraktował przy dwójce obcych popielców.
- No, to dobrze. Aha, jeszcze jedna wskazówka ode mnie: jak będziesz sobie beztrosko szedł po ziemi niczyjej i nagle usłyszysz, że coś zasyczało ci pod stopą... nie ruszaj się. Wołaj mnie. Miny płomiennych może nie rozerwą cię na kawałki, ale pewnie już widziałeś u Maggoka jak wyglądają ranni z oparzeniami trzeciego stopnia.
Selb skinął głową, skłamał. Przypomniała mu się sytuacja, gdy jeden z pracowników ZPSWIH wpadł do kotła gdzie grzała się surówka. Prawdę mówiąc, nie było czego zbierać, a po dziś dzień domieszka jego cielska utkwiona jest w stali pokrywającej jakiś czołg, działo czy budynek.
- To leć do Haskera, jest na zachodzie, blisko pierwszego okopu. To snajper. Nie wychylaj się ponad okop!

"Tak, jasne, gdzieś już to słyszałem" - pomyślał Selb, dodając do tego jeszcze parę przekleństw w ramach przecinków. Trudno jednak było zaspokoić jego ciekawość, gdyż bardzo chciał spojrzeć jak wygląda całe pole bitwy. Chodząc między korytarzami okopów w ogóle nie przypominało to wojny, a jakiś cyrk, gdzie w smrodzie żyje kilkaset żołnierzy, którzy jak się nie obijają, to napieprzają się po pyskach albo tracą nogi podczas niechlujnego majstrowania.
Idąc wzdłuż korytarza łączącego drugi rząd okopów z pierwszym, Selb przystanął na moment i zgarnął leżącą na skrzyni gazetę z dnia wczorajszego. "Wieści Frontowe" zaczęto wydawać w podwojonym nakładzie, który szedł z Cytadeli każde pole bitwy w jakim uczestniczyły Trzy Legiony. Czytając o niezłamanym duchu i wzorcowej odwadze, Selb rozglądał się dookoła porównując obraz zarysowany słowem na dwóch stronach gazety z tym, co widzi wokół siebie. Trudno było mu znaleźć wspólny mianownik dla opisu redaktora i własnych przeżyć sprzed kilku godzin. Oczywiście gazeta nie opisywała całej walki w samych superlatywach, lecz w uznaniu Jadochwytaka daleko temu było do prawdziwego obrazu wojny na którą trafił. Przez głowę przebiegła mu myśl, rozgoryczenie tym, co właśnie przeczytał. To kłamstwo w żywe oczy, niepoparte faktami. Doszedł do wniosku, że połknął haczyk spikerów radiowęzła i redaktorów czasopism.

Odnalezienie Haskera okazało się trudniejsze, niż Selb przewidywał. Mając ciągle w głowie pouczenie, by nie wychylać łba ponad linię okopu, szukał i szukał, aż w końcu poddał się i zapytał siedzącego przy drewnianej ścianie żołnierza o drogę. Ten grzał kubek kawy nad małym palniczkiem rozłożonym na ziemi i słysząc pytanie, już chciał częstować Selba napojem. Odmówił.
- Snajper? - rzekł żołnierz, unosząc brwi - To idź kawałek tam i zobaczysz taką drabinkę. Wleź po niej, tylko się zapowiedz, bo oni tam w pełnym skupieniu siedzą.
Skinąwszy głową w podzięce, Selb ruszył wypatrywać wspomnianej drabinki. Faktycznie, mijał kilka takich drabinek które prowadziły do osłoniętych złomem, drewnem lub innymi śmieciami "pomieszczeń". Słowo pomieszczenie niezbyt dobrze oddawało charakter tychże miejsc, o czym Selb przekonał się gdy tylko udał się do tego najbardziej wysuniętego na zachód.
- Hasker? - rzekł, gdy wspiął się do połowy drabinki i ujrzał prawie że zwiniętego w kłąb, klęczącego popielca chowającego się w zniszczonej, stalowej kabinie. W łapach trzymał karabin i spoglądał przez doczepioną lunetę. Ani drgnąwszy, mruknął twierdząco.
- Centurion Jadogrzmot kazał mi się przedstawić. Selb Jadochwytak. Potrzebujesz czegoś?
- Wejdź tu, nie walnij się w kabinę. Bez gwałtownych ruchów.
Zrobił jak powiedział kumpel - wszedł do kabiny, w której znajdowała się niewielka szpara przez którą można było dostrzec, co znajduje się na polu bitwy.

To było jedne wielkie złomowisko, gruzowisko i cmentarzysko w jednym. Całą ziemia była usłana lejami po pociskach, wygasłymi szkieletami effigy, spalonymi czołgami i innymi pojazdami, ale przede wszystkim całą masą martwych ciał, które musiały gnić tutaj już kilka dni. Nawet padlinożerna zwierzyna bała się podejść, skubnąć sobie kawałek nieżywego żołnierza. Po drugiej stronie widać było zniszczone, bazaltowe wieże, czubki namiotów oraz podobną sieć labiryntów. Na niebie unosiły się czarne tumany dymu a w niektórych miejscach na ziemi płonął jeszcze ogień.
Selb znalazł odpowiedź, dlaczego natarcie jeszcze się nie przebiło. To opór przeciwnych okopów powstrzymywało Legiony od zwycięstwa. Widząc leżącą obok lornetkę, Selb bez pytania pochwycił ją i spojrzał przez powiększające szkła na pola bitwy. Tam również nikt się nie wychylał, zaś z pomocą przybliżenia dostrzegł lekki zarys potężnego fortu, zbudowanego z płonącej ogniem skały.
- Miałeś mi pomóc, nie? - rzekł Hasker cichym tonem, zupełnie jakby nie poruszył pyskiem, wciąż wpatrzony w lunetę.
- Ta. Czego ci trzeba?
- Lać mi się chce.
- Daj karabin, zastąpię cię.
- Nie.
- To kurwa lej w gacie.
Selb sapnął i podniósł nieco głos. Hasker warknął i lekko skinął łbem w bok:
- Tam leży słoik. Podstaw mi go.
Jadochwytak odwrócił łeb, bo tyle jedynie mógł zrobić w tej małej, snajperskiej klicie. Poza flaszką wody, nadgryzioną kanapką i trzymaną w łapach lornetką dostrzegł leżący słoik zapełniony do połowy uryną. Odłożył lornetkę i chwycił słoik. Odkręciwszy go, podstawił Haskerowi między nogi.
- Teraz pomóż mi się wylać.
- CO?! Mam ci jeszcze fiuta do słoika wsadzić? Nie możesz się na chwilę oderwać?
- Nie mogę - odparł chłodno Hasker, jakby zniesmaczenie Selba w ogóle go nie ruszało. Intymności z pewnością też nie miał żadnej - Chcesz się przydać, to mi pomóż. Jak ja opuszczę stanowisko, może nas ktoś ustrzelić. Więc zrób mi tę przysługę, i pomóż mi się odlać.
Ten dzień naprawdę należał do najgorszych w życiu Selba, a to nie był jeszcze koniec. Wziął głęboki wdech nozdrzami i uwolnił Haskera od potrzeby fizjologicznej, która tak bardzo mu przeszkadzała wykonywać służbę. Prawdę mówiąc, odrąbana noga w łapach wydawała się o wiele przyjemniejszą rzeczą niż rozpinanie cudzych gaci i podstawianie słoika śmierdzącego szczynami.
Wtem Hasker wystrzelił. Błyskawicznie pociągnął za rączkę zamka i przytknął oko do lunety. Nie minęły nawet dwie sekundy, gdy rozległ się kolejny strzał.
- Zakręcaj i spieprzamy - Hasker nawet nie zapiął gaci, a już wyskakiwał z kabiny jak opętany. Selb zakręcił słoik i w tym momencie strzał z wrażej strony gruchnął w miejsce, gdzie przed chwilą klęczał Hasker. Odrzuciwszy słoik na bok, Selb wyskoczył na pysk w dół, uderzając w ziemię.
- Dzięki stary, ustrzeliłem dwóch - gdy Harker z zadowoleniem szczerzył zęby, kolejny strzał uderzył w metalową kabinę. Snajper miał ciemnobrązowe umaszczenie i wielką, czarną łatę na pysku i nadgarstkach. Rogi miał zagięte w tył, a pysk krótki, jakby ktoś w przeszłości przywalił mu fangę w dziób i tak już zostało.
- Nie ma sprawy - odparł Selb, wciąż zniesmaczony faktem, że musiał asystować zdrowemu popielcowi w załatwianiu potrzeby - Ale nie licz, że kiedykolwiek pomogę ci z dwójką.
Hasker zaśmiał się i wyciągnął łapę do Selba:
- Hasker Jadolufa - Selb podał mu łapę i uścisnął wraz z lekkim potrząśnięciem.


Przyszła pora zameldować się u Centuriona. Spoglądając na mapę, przechodził niekończącymi się korytarzami wydrążonymi w ziemi i umocnionymi drewnianymi lub stalowymi podporami. Żołnierze wstawali z ziemi, krzeseł, opuszczali swoje posterunki - najwidoczniej przyszła pora karmienia, a Selb jeśli się nie pospieszy to przeoczy jedzenie. Tym samym przyspieszył kroku i wspierając się tabliczkami-drogowskazami, wrócił do punktu z którego zaczął.
Odchylając połę centuriońskiego namiotu, zauważył szefa posuwającego popielkę - tę samą, którą zaczepił wcześniej, uwolnioną niewolnicę. Edyrr zgromił Selba wzrokiem, po czym odtrącił samicę od siebie i ruszył ubrać spodnie. Popielka wybiegła, przeciskając się przez Selba.
- Następnym razem wołaj z zewnątrz, że przychodzisz. Nie uczyli cię w fahrarze, że kwatera twojego przełożonego to nie knajpa? - Jadogrzmot gniewnie spoglądał na nowego podopiecznego, zapinając pasek munduru. Odszedł do swojego biurka i schował plik papierów do szuflady: - No wejdź już, stoisz jak widły w gnoju.
Krząknąwszy, Selb wydusił z siebie:
- Melduję, że zapoznałem się z członkami bandy i pomogłem im w tym, o co prosili.
- Świetnie - Centurion mruknął bez przekonania - Dali ci w kość?
- Nie, Centurionie - skłamał Selb, na co Jadogrzmot wyszczerzył kły szelmowsko.
- I tak ci nie wierzę. Kyrrozon nie przepuściłby okazji, by dopieprzyć nowemu - Edyrr wyciągnął z szuflady bibułkę i tytoń. Kręcąc skręta, kontynuował:
- Podstawą w mojej bandzie jest szczerość. Kolejna zasada: Co moje, to twoje, a co twoje, to moje. Trzecia zasada: Słuchaj się mnie i starszych stażem, a nie zginiesz. Jakieś pytania?
Selb chwilę zastanawiał się. Nie powinien o to pytać, ale jego ideologicznie wyprany umysł nie mógł pozostawić tego bez odzewu:
- Tak, szefie. Ta popielka... - przez chwilę zawahał się, lecz widząc czujne spojrzenie Centuriona pospieszył z kontynuacją - To wolna popielka. A szef potraktował ją jak niewolnicę.
Nim nadeszła odpowiedź, Jadogrzmot odpalił skręta i zaciągnął się z widocznym rozluźnieniem. Westchnął głęboko i pokręcił łbem. W końcu spojrzał na stojącego prawie że na baczność Selba i łaskawie wysilił się na odpowiedź:
- Mój drogi, wiedza teoretyczna jaką wynosisz czytając gazetki, kolorowe historyjki obrazkowe i słuchając pieprzenia przez radiowęzeł to jedno, ale prawdziwa wojna wygląda inaczej. Owszem, ona jest wolna, od teraz. A wolność mój drogi, niestety kosztuje.
Centurion wstał i przeszedł się wolnym krokiem w stronę Selba. Zatrzymał się, spoglądając malutkimi, niebieskimi oczyma w oczy nowego narybku. Jadochwytak czuł presję i aurę autorytetu, jaką roztaczał wokół siebie Centurion, ale nie chciał dać po sobie poznać, że mu ulega bardziej, niż regulamin nakazuje. Niemniej, Edyrr Jadogrzmot bardzo dobrze rozpracował swojego nowego żołnierza i kontent z efektu, kontynuował:
- Pożyjesz tutaj parę dni, może tygodni, to wtedy zobaczysz. Będziesz rżnął każdą, która ci się nawinie, albo staniesz się ofiarą rozochoconej legionistki. Chcę, byśmy byli ze sobą szczerzy: to wojna, Selb, nie historyjka z książki. Tutaj za wolność się płaci - ręką, nogą, krwią i potem. Jak przejdziesz tyle co ci, których mijasz w korytarzach to wtedy dopiero będziesz mógł zrozumieć, czym jest wolność - Centurion zaciągnął się skrętem i wypuścił dym nozdrzami, drażniąc nos Jadochwytaka. Ten przełknął ślinę, choć nie drgnął, nie chcąc okazać słabości.
- Ucz się od starszych, bo my żyjemy nie dlatego, że Cytadela daje nam broń, pancerze, czołgi czy charrcoptery. Walczymy po to, by zwyciężyć Płomienny Legion, ale to nie nasz główny cel. Tutaj najważniejszym zadaniem jest przeżyć.

Falkner

  • Egida
  • ******
  • Wiadomości: 1197
  • Płeć: Mężczyzna
Podejście

Kolejka po ciepłe żarcie dłużyła się aż do zakrętu, prowadzącego w dalsze rzędy okopów Legionów. Około trzydziestu żołnierzy przepychało się, by gruby, ciemnoszary kucharz w siatkowanym czepku na łbie nałożył im do michy kupkę mielonego mięsa z warzywami i ryżem. W innych stołówkach z dobrymi znajomościami można było dostać więcej, a nawet drugą porcję, jeśli poczekać aż wszyscy się najedzą i coś zostanie. Przy jadalni oznaczonej numerem trzy tak nie było.
- Pieprzony służbista - rzekł ubrany w lekkie umundurowanie popielnych żołnierz, kręcąc łbem. Odwrócił się do stojącego za nim Selba i gadał dalej - Odliczy ci do ostatniego ziarenka ryżu. Nigdy więcej, nigdy mniej.
- Głupi fiut - Selb pokiwał łbem, odpowiadając byle co, tylko żeby zgodzić się z rozmówcą. Nie był w nastroju do pogaduszek. Wypatrywał Rampera, choć dobrze wiedział, że przenieśli go do innego sektora okopów. Gdy już porzucił nadzieję na znalezienie kumpla, wzrokiem szukał kogokolwiek z nowej bandy. Poza Kyrrozonem oczywiście, z nim wolał nie mieć do czynienia. Nie ufał tęgim dryblasom, dla których zabawą jest ponabijać się z obcych.
Tutaj nie mógł nikogo poustawiać, jak w poprzedniej robocie. Pracując na chwytaku znał większość robotników ZPSWIH, a tych których nie poznał, widział ze swojej kabiny sterowniczej. Krępującym było obracać się w nowym towarzystwie, gdzie każdy patrzy na ciebie jak na figurkę: masz czyste futro, brak blizn, wszystkie kończyny i parę oczu. Nie śmierdzisz. Selb zauważył, że każdy "nowy" (a nauczył się już ich identyfikować na pierwszy rzut oka) był równie wielką sensacją, jak porcja tego słabego żarcia, po które stoi w kolejce.
Nie znalazłszy lepszego miejsca, oddalił się z aluminiową miską w łapie bliżej zakrętu, prowadzącego w głąb terytorium Legionów i przysiadł na pustej skrzynce, w której wcześniej znajdowały się świeże mundury. Mięso nie było prawdziwe, w sensie była to jakaś mielonka ulepiona w małe, niekształtne kuleczki, zaś ryżowi daleko było do stwierdzenia, że jest on w stu procentach ugotowany. Mogło być gorzej, wszak odchodząc na stronę widział, jak jeden z żołnierzy klnąc na czym świat stoi wyciągał ze swojej michy długi, szary włos. Wkrótce w jadłodajni rozpętała się awantura, więc dobrze, że nie musiał być jej świadkiem.

Wtem, powietrze przeszył świst i konsekutywne wstrząsy podłoża. Zadzierając łeb, Selb dostrzegł czarne smugi dymu na niebie, pozostałość po skierowanych na okopy Legionów pociskach. Po dwóch sekundach rozległy się krzyki i urwane rozkazy by się kryć, po czterech rozbrzmiała syrena ostrzegawcza. Odrzuciwszy miskę z jedzeniem na bok, Selb dał nura w głąb tuneli, kierując się na południe, gdzie jak zapamiętał, było więcej miejsc, w których mógłby się ukryć. Kamienne kule wypełnione lawą roztrzaskiwały się dookoła, a z przeciwległych okopów -  należących do wroga, słychać było donośne huk kolejnych salw.
Nie wiedział dokąd biec, na nic zdały się drewniane drogowskazy informacyjne, gdy serce biło przyspieszonym tempem a cztery łapy na których biegł prowadziły bez udziału decyzyjnego głowy. Skręcił w prawo, po czym biegł przed siebie ile sił. Zauważywszy żołnierzy wskakujących do dziury w ścianie, już chciał tam wejść, lecz został odepchnięty: - Więcej miejsca nie ma!
Jeden z pocisków wybuchł raptem pięć kroków przed nim. Zatrzymał się i zasłonił nos łapą, gdy podniósł się tuman kurzu a ziemia i kamienie zafundowały mu prysznic. Zaczął wiec biec w drugą stronę. Żołnierze chowali się w dziurach, pod zadaszeniami, lub leżeli płasko na ziemi licząc, że nie oberwą. Huk nie ustawał, ziemia trzęsła się jak podczas marszu pięciu pożeraczy oblężniczych, których nogi były dodatkowo opancerzone grubą warstwą stali. Jeden z wrażych ładunków roztrzaskał się tuż nad Selbem, na spadzie do wydrążonego w ziemi okopu. Pociągnąwszy nosem, poczuł smród podpalonego futra - jego własnego. Skóra na grzbiecie zapiekła. Wywrócił się i czym prędzej przyparł do ściany, chcąc zgasić płomienie. Wydawało mu się, że się pali, jednak na całe szczęście był to błędny wniosek. Przecierając oczy, nie mógł dostrzec drugiego końca tunelu przez podniesiony pył z ziemi.
Wstał i już ruszał dalej, gdy nagle usłyszał od przeciwległej ściany wołanie. Uszy nie pracowały dobrze - ogłuszony, nie rozumiał co ktoś do niego krzyczy. Następny pocisk rozbił się gdzieś niedaleko i teraz nie widział, ani nie słyszał niczego. Ktoś złapał go za fraki i pociągnął ze sobą parę kroków do jakiejś dziury w ścianie, gdzie tliła się tylko jedna lampka naftowa. Przetarł oczy i zamrugał kilkakrotnie - w świetle wątlej lampki widocznych było pięć sylwetek żołnierzy.
- Jesteś cały? - jeden z nich poklepał go po pysku i zamachnął łapą przed nosem. Z szoku nie potrafił wydobyć z siebie najkrótszego zdania, więc łatwiej było pokiwał łbem i unieść łapę w geście, by dano mu chwilę na dojście do zmysłów.

Żołnierz, który wciągnął go do w połowie pełnej kwatery swojej bandy nosił na mundurze symbole popielnego legionu. Zresztą, jeśli spojrzeć po pyskach tychże osób, znamię popiołu można było wyczuć z kilometra. Większość miała ciemne umaszczenie, bystre spojrzenia i pyski, które nie wzbudzały zaufania. Selb podniósł się na równe nogi i sięgnął po swoją manierkę. Reszta siedziała albo podkulona, albo skryta po kątach, obserwując z daleka co dzieje się na zewnątrz. Nikt się nie odzywał, a nawet jeśli, to w takim huku i tak niczego nie można by dosłyszeć. Selb wypił solidnego łyka i dopiero teraz zorientował się, że ostrzał dalej trwa. Najeżył się na grzbiecie i w ślad za innymi przykucnął. Nagle do orkiestry dział artyleryjskich dołączyły salwy od strony Legionów. Wymiana ognia trwała łącznie cztery, może pięć minut. Nikt jednak nie wystawiał łba od razu po ucichnięciu dział.
- Wszyscy cali? - odezwał się znów ten sam popielny, patrząc po każdym z osobna. Na to pytanie jedni kiwali łbami, drudzy krótko pomrukiwali. Legionista tego że oddziału podszedł do Selba i widząc jego umundurowanie spytał:
- Do swojej kwatery biegłeś?
- Nie, sir - odparł Selb cudzemu dowódcy, choć w tym momencie to nie grało roli.
- Amator biegów z przeszkodami czy co? - pozostali popielcy cicho zarżeli ze śmiechu - Nowy?
- Tak, sir. Jadłem akurat, jak zaczęli strzelać.
Teraz Selb mógł lepiej dostrzec swojego wybawcę. Popielec o ciemnym, brązowym umaszczeniu i przyprószonym siwizną pysku, wąskie i szerokie oczy, wystające dwa górne kły.
- Dlatego żarcie lepiej brać do swojej kwatery na takie wypadki. Na dokładkę i tak nie ma co liczyć, a łeb przynajmniej ocalisz jakby znów miało padać.
Selb pokiwał łbem, dziękując tym samym za radę. Fakt, jest tutaj dopiero pierwszy dzień, ale takich wskazówek mu brakowało. Popatrzył po reszcie popielców, którzy powoli podnosili się z kucek i wychodzili zza łóżek. Każdy z nich wyglądał na weterana, choć byli może lekko przed trzydziestką. Interesującym wydawał się fakt, że każdy na swoim umundurowaniu miał łatkę z symbolem kolczastej pałki w okręgu.
Na zewnątrz rozniosła się wiadomość przez ocalałe po bombardowaniu głośniki, nakazujące wszystkim żołnierzom przegrupować się w ciągu trzech minut ze swoimi bandami. Odrzucając na bok wstyd i różnicę stopni, Selb wyciągnął łapę do swojego wybawiciela, a Legionista popielnych bez urazy wymienił z Jadochwytakiem uściski.


Selb truchtał na dwóch tylnich łapach, mijając rozbite skrzynie i leżące deski podpór ścian, które ucierpiały w wyniku ostrzału. Nie wyciągał nawet mapy - polegając na samych drogowskazach kierował się do ziemianki Bandy Jadu. Przechodząc wykopanymi w ziemi korytarzami, natknął się na ciało martwego żołnierza. Zainteresował go jednak fakt, że nie miał jednolitego umundurowania, a co za tym idzie, żadnego symbolu który identyfikowałby jego legion. Przystanął na moment i chwyciwszy za wątłe ramię nieboszczyka, odwrócił go na plecy.
Lekko uchyliwszy pysk, stanął jak wryty. Śmierć co prawda nie była jeszcze z nim za pan brat, ale nie spodziewał się zobaczyć niewolnicy która jeszcze nie zdążyła nacieszyć się wolnością. To była ta sama popielka, którą Centurion Jadogrzmot zaczepił podczas pochodu. Ta sama, którą posuwał w swoim namiocie a potem tłumaczył mu, że wolność kosztuje i najpierw trzeba na nią zasłużyć. W głowie Selba zabrzmiała myśl: "Jakim kurwa prawem... Gdyby Edyrr nie kazał jej przyjść, dalej by żyła".
Przez radiowęzeł rozległo się ponaglenie, aby przegrupować się w kwaterach swoich oddziałów. Przekląwszy raz jeszcze, Selb zostawił martwą i szybkim krokiem ruszył do kwatery, w której tak naprawdę był przez pięć minut nim wyruszył poznać nowych "kumpli". Tak, wybitnie ciężko było mu nazwać tych popielców kumplami, a co dopiero nową rodziną. Każdy z nich wydawał mu się w pewnym stopniu dziwny, nienormalny, oderwany od rzeczywistości. Zepsuty. Może to czas spędzony w tym labiryncie zamienił ich charaktery w kawałek zahartowanej stali, a może po prostu już tacy są. Tylko czy można ich takimi zaakceptować?

- O, jest nasza owieczka zgubiona. Beeee! Zgubiłeś się, jak ci tam...? - Kyrrozon wylegiwał się na rozłożonej na drewnianym stelażu skórze, podpierając się łokciami.
Selb nie odpowiedział. Spojrzał lekceważąco na czarnego byka, ale ten najwidoczniej nic sobie z tego nie robił i bawił się dobrze. Centurion Jadogrzmot podszedł do Selba i chwyciwszy go za ramiona dwoma łapami, obejrzał ze wszystkich stron jak jakąś figurkę na targowej ladzie.
- Dobrze, że przeżyłeś.
- Sir - odparł Selb, cofając się krok w tył i prężąc do salutu.
- Spocznij. Swoją drogą, to nie Cytadela by łamać sobie kręgosłup za każdym razem, gdy idzie ktoś starszy rangą. Proste salutowanie wystarczy, tyle.
- A mnie też będziesz salutować, Selb? - Kyrrozon chwycił leżącą przy łóżku flaszkę i odkorkował ją jednym pazurem.
- Pieprz się. Koty z fahraru dupy by przed tobą wypięły co najwyżej z obrazy, co dopiero salutować z szacunku - odparł, kierując się do swojego posłania. Reszta oddziału: Falpit, Maggok i Hasker zaśmiali się. Kyrrozon poniekąd też, niemniej jego śmiech trwał najkrócej i podniósł swe ogromne cielsko z posłania. Centurion Edyrr Jadogrzmot widząc, że dryblas idzie w stronę nowego stanął między nimi:
- Świetnie się dogadujecie, Kyrrozon wreszcie będzie miał z kim się podroczyć a ja będę spał spokojnie. A teraz wszyscy uwaga, mamy plany na dzisiejszą noc.
- Uhuuu, panienki przyjdą? - Hasker ożywił się i przeciągnął, strzelając kośćmi.
- Nie - uciął krótko centurion - Dziś w nocy popielni przeprowadzą nalot na pierwszy rząd wrogich fortyfikacji. Czyściciele Okopów zaatakują pod osłoną nocy, zaś my wraz z innymi bandami jesteśmy w stanie gotowości. Gdy popiołki skupią na sobie uwagę wroga, albo wytną nam przejście, wtedy uderzamy. Krwawi idą na froncie, my zaś jesteśmy wsparciem.
- Poważnie? Znowu mam grzać dupę na tyłach? - Kyrrozon burknął do Centuriona jakby ten był byle scrapperem, a przynajmniej takie wrażenie odniósł Selb.
- Ty i ja będziemy obsługiwać karabin korbowy. Falpit i Selb rozstawią moździerz. Hasker strzela. Patrzcie tu - Centurion rozłożył na prowizorycznym stoliku zrobionym z dwóch skrzyń mapę i pokazał teren między jednymi okopami na drugimi. Sięgając w zakamarki pamięci, Selb przypomniał sobie, że w tym miejscu znajdowały się szczątki spalonych pojazdów. Centurion kontynuował:
- Gdy wystrzeli flara, obsługa moździerza rozpoczyna ostrzał. Walicie w środkowe korytarze, żeby gnojki były odcięte od wsparcia. Ja z Kyrrozonem rozstawiamy karabin i zapewniamy osłonę natarciu. Hasker, tobie nie muszę mówić co masz robić. Nie traf tylko żadnego z naszych.
- Się wie, szefie. To wszystko? Bo strasznie chce mi się lać.
Centurion kiwnął łbem i wskazał Haskerowi wyjście na zewnątrz. Selb skrzywił się, przypominając sobie zadanie od oddziałowego snajpera.
- Strzelałeś kiedyś z moździerza? - Falpit spojrzał na Selba, pytając całkiem poważnie.
- Tak. W fahrarze - równie poważnie odparł mu Jadochwytak.
- Ehe. To chodź ze mną. Weźmiemy sprzęt.

Czas spędzony z Falpitem był niejako produktywny. Najpierw odwiedzili najbliższy punkt zaopatrzeniowy, skąd pobrali dodatkowy przydział naboi oraz moździerz. Umowa była prosta: Selb, jako że był większy i silniejszy, miał go nieść na plecach i rozłożyć we wskazanym miejscu. Każdy z nich dodatkowo pobrał po cztery sztuki pocisków, które umieszczane były w szlufkach na specjalnej kamizelce nakładanej na napierśnik. Z uwagi na mniejsze doświadczenie, to Falpit miał kalibrować moździerz, a Selb ładować.  W teorii wydawało się to proste, natomiast jak wyjdzie w praktyce miało się dopiero okazać. Jadochwytak wcale nie wątpił w swoje umiejętności - w fahrarze, choć należał do bandy tych "wiecznie karanych", to podczas manewrów nie można mu było zarzucić większych błędów.
By wywrzeć jeszcze większe wrażenie na nowicjuszu, Falpit pokazał Selbowi przydziałowy miotacz ognia Kyrrozona, oddziałową charzookę oraz karabin korbowy.
- Jak dzisiaj nie wypchniemy ich do samego końca, to może innym razem sobie z tego postrzelamy.
Selb wcześniej nie obsługiwał tego rodzaju broni. Umieszczony na stojaku z przednią osłoną, sięgającą aż do ziemi karabin musiał być obsługiwany przez minimum dwie osoby. Znowuż trzy to była liczba najbardziej optymalna - jeden popielec celował i strzelał, drugi przytrzymywał pas pocisków i podawał nowy w przypadku konieczności przeładowania, trzeci zaś pełnił rolę obserwatora który wskazywał kolejne cele. Rozłożenie takiego stacjonarnego karabinu było kluczowe by przeprowadzić udane natarcie lub bronić wyznaczonego celu, zmiękczając zapał do walki przeciwnika układając stosy martwych, podziurawionych ciał.

Idąc za radą centuriona, Selb postanowił się przespać. Wbrew pozorom, kłębiące się myśli po intensywnym dniu i pierwszych wrażeniach z frontu męczyły go zaledwie parę minut, nim oddał się w objęcia snu. Jadochwytak zawsze spał twardym snem, to też dobudzenie go zajęło dłuższą chwilę, a odrzucenie zaspania na bok jeszcze dłużej.
Banda Jadu opuściła swoją kwaterę dawno po zmroku, przegrupowując się przed Centurionem Jadogrzmotem, który czekał na zewnątrz. Zmierzył wszystkich wzrokiem i bez słowa ruszył okopowym korytarzem wzdłuż pierwszej linii. Mijali wyłomy, które służyły za przejścia, a obstawione były nie gorzej, niż pomieszczenia oficerów w Rdzeniu Imperatorskim Czarnej Cytadeli. Każdy taki posterunek posiadał dwie budki w których wartowali żołnierze za karabinami korbowymi, oraz co najmniej pięcioosobową straż skrytą za stalowymi barykadami. Wejście zabezpieczone były zasiekami, mającymi utrudnić przeciwnikowi przedostanie się do środka. Każdy z punktów wartowniczych wyposażony był w trzecią, stalową budkę w której koczował obserwator operujący masywnym reflektorem, który kolącym w oczy światłem przeczesywał ziemię niczyją w poszukiwaniu podkradających się zagrożeń. Strona przeciwna stosowała podobną technikę wyłapywania nocnych marków: znad okopów wystawały bazaltowe wieżyczki z zaklętym ogniem na czubku w kształcie kuli i soczewką, która skupiała światło pozwalając tym samym oświetlać daleko położone obszary.
Pierwsze, co pomyślał Selb, to że takie świecenie sobie po oczach zakrawa o tchórzostwo. Zresztą jak całe siedzenie w tych okopach. Cytadela ma przecież dość środków by ruszyć na wraże pozycje i wykurzyć ich stamtąd jak stado szczurów, lecz zamiast tego bawią się w podejścia, świecenie z jednej strony sektora na drugą i ślepe ostrzeliwanie z daleka.
Po dwóch minutach marszu spotkali się z kolejnymi pięcioma bandami Żelaznych i całą centurią Krwawych. Niemniej największe wrażenie robiły dwie bandy Popielnych, którzy w odróżnieniu od reszty żołnierzy ubrani byli nadzwyczaj nietypowo: na umundurowaniu nosili lekkie okucia łydek, przedramion i ramion, lekkie kirysy a na głowach nosili stalowe hełmy szczelnie owinięte tkaniną. Ich usta zakryte były czymś w rodzaju maseczki lekarskiej, tyle że grubszej, a na oczy nasunięte mieli gogle o szkłach rozjaśniających, które w świetle odbijały się na żółto. Wbrew ogólnym stereotypom, że popielni albo strzelają karabinami z daleka, albo walczą przy pomocy noży, ci tutaj wyposażeni byli w kolczaste pałki i krótkie strzelby a także jeden granat dymny.



- Powtarzam raz jeszcze - Edyrr Jadogrzmot zebrał wszystkich Jadów razem po rozmowie z pozostałymi Legionistami i Centurionami - na znak popielnych wychodzimy z okopu i rozstawiamy się: zajmujemy miejsce za tamtym czołgiem - popielec wskazał na zdezelowany, spalony pojazd - Falpit i Selb rozkładają moździerz, Hasker zajmuje pozycję snajperską a Kyrrozon i ja obsługujemy karabin. Nasze cele: wszystko, co wyściubi łeb by zatrzymać pochód Krwawego Legionu. Obsługa moździerza wali od razu. Artyleria wesprze nas w ataku, odcinając przednie korytarze okopów od wsparcia.
Centurion spojrzał po wszystkich członkach oddziału, wyczytując z ich spojrzeń, czy załapali. Jakoś wszyscy kiwali łbami i spoglądali na Selba. Ten znowuż, przeczuwając ograniczone zaufanie do nowicjusza wyprężył się i stanowczo obwieścił:
- Zrozumiano.
- Świetnie. Przygotować się.
Zgodnie z planem, Popielni jako pierwsi opuścili okopy. Legion słynący z agentów, szpiegów, sabotażystów i zabójców nawigował wśród złomowiska na ziemi niczyjej niczym na własnym podwórku. Biegli na czterech łapach, od osłony do osłony, nie dając się uchwycić jarzącemu światłu wrażych wież strażniczych, przeczesujących światłem teren. Dobywając pałek tuż przed zeskoczeniem do wrażych okopów, popielcy rozdzielili się w taki sposób, że statystyk zapisałby to w kronice w taki sposób: "Na jednego żołnierza Legionów przypadało trzech wrogów".
Tego rodzaju żołnierzy nazywano "Wymiataczami", a ich sposób działania był następujący: wtargnąć do wrogiego okopu i za pomocą broni białej zlikwidować przednią straż, nie podnosząc alarmu. Wyćwiczona mobilność, cichy chód i zimna krew przełożyła się na ciche zabójstwa z pomocą kolczastych pałek wbijanych w łby kolejnych szeregowych, szamanów czy strzelców wroga. Znakiem do rozpoczęcia walki był głośny wybuch, zamieniający się w kłąb ognia unoszącego się w miejscu dwóch zniszczonych wież strażniczych. Bez światła, Krwawi mogli wyskoczyć ze swoich okopów i ruszyć biegiem na stronę nieprzyjaciela.
- Ruszamy! - obwieścił Centurion, łapiąc się oburącz skraju wspartej drewnianymi belkami ściany i podciągnął się w górę. Za nim kolejno Kyrrozon, Falpit, Hasker i Selb.
- Szybciej, musisz być pierwszy! - ponaglił Falpit, zatrzymując się dosłownie na sekundę.
Na szpicy biegł Hasker, niosąc ze sobą tylko swój karabin. Za nim Centurion dźwigając plecak z pasami amunicji, potem Kyrrozon niosący ciężki karabin. Gdy byli na stanowiskach, niemalże synchronicznie Kyrrozon i Selb rozstawili niesioną broń. Luzując śrubę trzymającą w ryzach nóżki moździerza, Selb pchnął je w przód i oparł o ziemię. Ustawiwszy moździerz, odsunął się robiąc miejsce Falpitowi, który kręcąc pokrętłami kalibrował broń. Selb wyszarpnął pierwszy pocisk i czekał na wyraźny sygnał Jadokrzyka. Hasker w tym czasie strzelał w najlepsze, zaś obsługa karabinu właśnie kończyła ładowanie. Kyrrozon łapiąc za potężną rączkę korby, zaczął kręcić naciskając spust. Huk wypluwanych z lufy pocisków rozniósł się, podobnie jak ostrzał artyleryjski. Krwawi byli już w połowie drogi i dobyli tarcz, mieczy, buław, karabinów i innych broni, jakie nieśli ze sobą. W ślad za grzmotami dział szły okrzyki żołnierzy zbliżających się do wrogich okopów.
- Teraz!
Po komendzie Falpita Selb wyciągnął dłoń z pociskiem w kierunku lufy moździerza i wypuścił go z ręki. Następnie szybko odwrócił się i położył uszy po sobie, dodatkowo przyciskając je dłońmi. Pocisk opuścił lufę i po chwili Jadochwytak wyciągnął kolejny, lecz Falpit zatrzymał go gestem dłoni.
- Pięć stopni niżej - krzyknął Hasker i przytknął oko do lunety. Jadokrzyk naprędce wyregulował pokrętło odpowiadające za wysokość moździerza i skinął Selbowi, by ten ponownie puścił pocisk.
W tym czasie Kyrrozon strzelał krótkimi seriami, zmieniając stronę co chwila. Centurion jedną dłonią podnosił pas z nabojami a drugą łapą przyciskał do oczu lornetkę.

Selb stracił nie tylko rachubę czasu, ale także pojęcie o tym ile trupów mógł położyć jego ostrzał. W myślach kłębiły mu się wizje wskoczenia do wrażego okopu i wymiatanie z niego płomiennych z pomocą strzelby, jaką dostał w przydziale. Potem, wraz z bandą, podbiegłby do ostatniego sztandaru Płomiennego Legionu i gołymi rękami złamał, kładąc kres zmaganiom w tym sektorze. Podświadomie ładował kolejne pociski, nim nie zostało mu już nic. Gdy Falpit pozbywał się swoich, Selb na kuckach wpatrywał się w dal i wsłuchiwał w dudniące uderzenia wyrywające ziemię i pozostawiające jedynie głębokie leje.
Krwawych już prawie nie było widać, jedynie tylne linie które ubezpieczały swoich w razie nagłej zmiany przebiegu walki. Wydawało się, że to nie nastąpi. W okopach bitka trwała w najlepsze - Krwawi z pomocą broni białej i szerokich tarcz torowali sobie drogę przez korytarze, wspierani przez swych strzelców i bandy pokroju Jadów, którzy z daleka zapewniali wsparcie ogniowe. Płomienni próbując się przegrupować, wystosowali jedną z silniejszych jednostek bojowych jaką dysponowali - Podpalaczy. Byli to popielcy którzy nosili charakterystyczne dla płomiennych miotacze ognia, które składały się z naręcznego dyspensera połączonego z obszernym zbiornikiem paliwa noszonym na plecach. W bliskim starciu byli śmiertelnie niebezpieczni, tym bardziej w warunkach okopowych, gdzie łatwo było o wąskie przejścia, zaułki i brak otwartej przestrzeni by wroga ściągnąć z daleka.
Niemniej, na żołnierzy Legionów czekała jeszcze jedna niespodzianka. Centurion Edyrr Jadogrzmot nagle odsunął lornetkę od oczu, gdyż nie potrzebował jej by zobaczyć, jak pierwszy rząd okopów staje w płomieniach. Z daleka dał się słyszeć przeraźliwy krzyk palonych żywcem żołnierzy, a po chwili kto mógł, ten wypełzał z wrażych pozycji i tarzał się po ziemi. Nieprzygotowani na taką ewentualność, Krwawi zmuszeni byli do odwrotu. Niemniej wśród nich było też kilku takich, którzy woleli do grobu zabrać ilu się da, lub zniszczyć zaopatrzenie wroga póki ogień nie strawił jego ciała. Tych dzielnych i oddanych Legionowi żołnierzy było niewielu, a nie każdemu udało się wskórać na tyle, by w mgnieniu oka zmienić przebieg tej wojny.
Po raz pierwszy zagrzmiał ostrzał płomiennych, wymierzony w ziemię niczyją po której uciekali teraz ci, którzy zdołali wypełznąć z okopów na czas. Gońcy polowi gnali z wiadomością o odwrocie również do tylnich linii, w tym do Bandy Jadu, ponaglając by zabrali swe tyłki z powrotem do okopów.
Podejście nie powiodło się tej nocy.

Tej nocy Selb już nie zasnął jak wcześniej, głębokim snem. Nigdy więcej mu się to nie zdarzyło w przeciągu następnych dni. Pogrążony w zdumieniu i nieopisanej złości, dnie spędzał na obijaniu się jak reszta żołnierzy bez jasnych rozkazów. Od czasu do czasu zdarzało mu się wyskoczyć na patrol lub otrzymać rozkazy w stylu "przynieś, podaj, pozamiataj". Miał to jednak głęboko pod ogonem na chwilę obecną, jako że priorytetem było spotkanie się z Ramperem. Kilkukrotnie próbował się wymknąć do sąsiedniego sektora, niemniej bezskutecznie.
Wciąż w głowie siedział mu obraz płonących sylwetek, rozpaczliwie próbujących opuścić wrogi okop. W duszy prosił, by dostać choć jedną wiadomość od kumpla, jakikolwiek znak, że ten jeszcze żyje. Nie mógł znieść ani zaczepliwego Kyrrozona, ani cwaniackiego Falpita, ani tym bardziej obleśnego Haskera. Centurion Edyrr Jadogrzmot również przestał rysować się w wyobrażeniu Selba jako autorytet, bowiem brakowało mu jakiegoś sensownego podejścia do swoich podwładnych. Zjawiał się tylko wtedy, gdy czegoś potrzebował. Nie jadał z bandą, nie pił z bandą, nie oddawał się żadnym rozrywkom. Inni zresztą też, albo szwendali się gdzieś sami, albo znikali parami lub całą zgrają, zostawiając Selba samego z obcymi żołnierzami lub własnymi myślami.
Pewnego dnia, siedząc tak sam w kwaterze Bandy, Selb przeglądał obrazkowe czasopismo opowiadające historię walecznej bandy z Krwawego Legionu, którzy w stanowili wzorcowy przykład oddziału: jedli razem, walczyli razem, grali w karty razem. Wspólnie pozostali jako ostatni na polu bitwy, zdobywając Wzgórze Płonącej Grzywy, bohatersko wywieszając sztandar Krwawego Legionu na częściowo zapadniętym dachu kaplicy Płomiennych. Wszystko to wyglądało pięknie na obrazkach, ale w rzeczywistości?
W rzeczywistości zagrzmiała syrena alarmowa. Odrzucając gazetę na bok, Selb wyściubił łeb z kwatery umieszczonej w ścianie okopu i dostrzegł krzątających się żołnierzy, kierujących się do punktów zaopatrzeniowych. Niektórzy zajmowali pozycje, wciągając na głowy maski o przeszklonych otworach na oczy i filtrach z powietrzem umieszczonych w miejscu ust.

Falkner

  • Egida
  • ******
  • Wiadomości: 1197
  • Płeć: Mężczyzna
Dym

Przez radiowęzeł rozległy się następujące ponaglenia, które powtarzały się z częstotliwością około 20 sekund: "Wszyscy żołnierze mają przegrupować się u swoich oficerów na pierwszym i drugim okopie. Wszyscy żołnierze mają obowiązek pobrać maski przeciwgazowe".
Głos skrzekliwej popielki ranił uszy gorzej, niż zalane alkoholem tenory żołnierzy w okopowej kantynie. Selb nie miał przy sobie maski, to też rozejrzawszy się po drogowskazach puścił się w bieg do punktu zaopatrzeniowego. Najbliższy był ten, gdzie asystentem questora była Zamda Narrowstream (ta, która według Kyrrozona dawała za ładne oczka), to też Jadochwytak biegł tam na czterech łapach. Szybko jednak musiał się wyprostować, bowiem uzbrojeni żołnierze wymusili na nim oszczędność miejsca, aby każdy mógł przejść, poza tym uzbrojonym po zęby krwawym lepiej było nie wchodzić w drogę. Dysząc i skrzypiąc pancerzami, Selb musiał zatrzymać się i przycisnąć mocno do podpartej drewnem ściany, by przepuścić dziesięciu popielców w czerwonym umundurowaniu. Nieśli ze sobą tarcze z wymalowanym symbolem swego Legionu oraz standardowe, ząbkowane miecze. Jednakże zamiast hełmów na łbach mieli coś w rodzaju wora z dwoma okularami i przypiętym filtrem z powietrzem w miejscu pyska.
- Co się dzieje? - zapytał Selb ostatniego z krwawych, odbijając się od ściany gdy go minęli.
Żołnierz odwrócił się na chwilę i machnąwszy łapą, wymruczał:
- Dymy puszczają. A dalej to nie wiem, chyba będziem się prać.
Na dłuższą odpowiedź nie było co liczyć. Korzystając z wolnego przejścia, Selb opadł na cztery łapy i pognał prosto do Zemdy. Odsłaniając połę namiotu, zobaczył jak popielka naprędce wciąga na pysk maskę gazową i dokręca filtr powietrza.
- Zemda, potrzebna mi taka maska - posapując, Selb podszedł od kontuaru i oparł się obiema łapami. Łapał oddech po biegu, a zarazem korzystał z możliwości oddychania nie przez maskę, a własnym pyskiem.
Kwatermistrzyni odparła przytłumionym przez maskę głosem, wciąż regulując przykręcony filtr:
- Czekaj, tylko...
- Nie mam czasu, pospiesz się!
Popielka zostawiła maskę w spokoju i sięgnęła do otwartego kufra, skąd wyciągnęła jedną maskę i rzuciła ją Selbowi do łap. Zaraz po tym chwyciła łapą dwa płaskie dyski niewielkich rozmiarów, i położyła je na kontuarze.
- To są filtry. Wiesz jak się tego używa? - zapytała, naprędce wyciągając drugą maskę widząc, że kolejny żołnierz wchodzi do namiotu.
Selb zgarnął maskę oraz filtry i odparł:
- Pytasz dzika czy sra w lesie.

Na zewnątrz wciągnął czym prędzej tkaninowy wór z otworami na oczy na łeb i przykręcił filtr. Drugi schował do kieszeni z prawej strony przydziałowego munduru, by w razie czego mieć do niego łatwy dostęp. Syrena wciąż wyła, a przez radiowęzeł wciąż przewijał się ten sam komunikat. Teraz należało znaleźć swoją bandę - w tym celu Selb udał się korytarzem do końca, skręcił w prawo, a następnie znów w lewo. Przez te kilka dni spędzone w okopach nauczył się już na pamięć gdzie śpi, gdzie dają jedzenie, gdzie można załatwić potrzeby fizjologiczne i skorzystać z natrysku. Rozległy się pierwsze wystrzały sojuszniczej artylerii, których uderzenia odbijały się daleko - na słuch można było powiedzieć, że nasze działa jak zwykle próbują uciszyć przeciwnika nim ten się odezwie. Po drodze mijał kolejne bandy, formujące się w centurie Krwawego, Popielnego i Żelaznego Legionu. Wydawać się mogło, że szykowała się ponowna, wielka ofensywa która raz na zawsze położy kres obecności Płomiennego Legionu. Z doświadczenia jednak Selb wiedział, że obie strony są na tyle mocno okopane, że trzeba było zmasowanego ataku ze wszystkich stron by wroga pokonać, a przecież poza nimi są jeszcze inne sektory, które toczą podobną walkę. Płomyk nadziei rozpalił się w momencie, gdy Selb podsłuchał gadkę jednego z Legionistów, musztrującego swój oddział:
- Te psy myślą, że skoro nie potrafią pokonać nas w uczciwej walce, to zmiękczą nas swymi trującymi pierdami. NIE PRAWDA! - zakrzyknął Krwawy dowódca, uderzając okutą pięścią w otwartą dłoń - Nie udało im się wcześniej, nie uda im się dziś, nie uda im się NIGDY!
Bando Kłów! Szykujcie tarcze, miecze i topory, bowiem wróg podejdzie pod nasze okopy. Macie uderzać pewnie, tworzyć nieprzerwany szyk i pilnować brata czy siostry obok siebie. Każde uderzenie odbite w przeciwnika osłabia go, robi nam miejsce na nasz kontratak i w rezultacie przybliża nas do zwycięstwa. Ostatecznie zwycięstwo może nie nadejść dziś, może nie nadejść jutro, ALE RAZEM WYPĘDZIMY PŁOMIENNE PSY BY SKOMLAŁY W MGŁACH! Kły! Tarcze w górę, miecze w dłoń. Gryźć, szarpać, zabijać!
- Gryźć, szarpać, zabijać! - odparł chórek piętnastoosobowej bandy.

Selb zwolnił mimo ponaglających komunikatów rozprowadzanych przez radiowęzeł. Teraz nie biegł, a szedł chwilę, trawiąc w myślach słowa Legionisty Krwawych. Nawet, jeśli Centurion Jadogrzmot nie był tak wylewny w swoich przemówieniach (gadał tylko to, co musiał powiedzieć i tyle), to nie można było mu odmówić zachowywania zimnej krwi w obliczu nadchodzącej walki. Teraz ci żołnierze podniesieni słowami swojego dowódcy staną się mniej ostrożni, ich zapał przerośnie zdolności i zasilą zbiorową mogiłę. Ale... z drugiej strony, Selb właśnie tak wyobrażał sobie walkę. Płomienne przemówienia, jazgot dobywanych mieczy, szczęk zderzających się tarcz i świst pocisków na niebie. Nawet, jeśli Jadogrzmot nie zagrzeje go do walki, to nic nie szkodzi. Nie musi. Zrobił to za niego niższy rangą oficer przed chwilą.
Przyspieszywszy kroku, już prawie dotarł do kwatery. Nigdzie nie widział żadnych gazów bojowych przed którymi miałaby go ochronić maska, to też z ciekawością pragnął wyściubić łeb ponad okop. Niemniej, przypomniał sobie rady napotkanych żołnierzy: "Pod żadnym pozorem nie wystawiaj łba". Sądząc po tym, co potrafił zrobić Hasker, po stronie Płomiennych też musieli znajdować się podobnie wyszkoleni strzelcy. A Selb wciąż miał ochotę by zobaczyć, jak wyglądać będzie zwycięstwo w tym sektorze.
Zatrzymał się na moment, mierząc wzrokiem długi szereg Żelaznych stojących przy ścianie okopu. W dali stał Centurion wraz z innymi Legionistami, wydając im poszczególne rozkazy. Po raz pierwszy odkąd tu zawitał, Selb widział Jadogrzmota przywdziewającego płaszcz dowódcy centurii. Przecisnął się przed innymi aż do swojej bandy. W odróżnieniu od innych, kumple nie stali w szeregu, tylko zajmowali się sobą: Hasker polerował okular lunety, Maggok grzebał w torbie z zaopatrzeniem medycznym, a Falpit pomagał Kyrrozonowi zapiąć stalowe naramienniki. Ten ostatni - czarny dryblas, wyglądał dziś jak czołg na dwóch łapach: nosił na sobie ciężkie płyty, pysk miał zakryty stalowym hełmem sięgającym aż do początku karku, a spomiędzy kratowanej przyłbicy odbijało się światło rozpalonej pochodni od dwóch szkiełek maski gazowej. Opierał się o masywny karabin z korbą, który dodatkowo posiadał pas od lufy aż do kolby. Falpit odsunął się o krok i klepnął Kyrrozona w plecy, aż zatrzaskała osłaniająca go stal:
- No, siedzi dobrze. Wojuj dziś, bestio.

Selb bez słowa dołączył do swoich, oni zaś tylko spojrzeli na niego i pokiwali łbami. Kyrrozon sapnął coś niezrozumiałego przez maskę, po czym odezwał się Centurion:
- Nasza centuria bronić będzie lewej flanki. Wśród nas znajdą się też żołnierze Popielnego Legionu, którzy w razie niepowodzenia pomogą nam odeprzeć wroga. Płomienni napuszczają na nas swoje toksyczne dymy, dlatego żadnemu z was nie wolno zdejmować maski gazowej. Jeśli ktoś jest na tyle ciekawski by sprawdzić ich działanie na własnej skórze: zaczyna się od zatrzymanego oddechu, potem ślepota i wreszcie zdechniecie z uduszenia. Niewielu przeżyło, a do końca życia zostali kalekami - Centurion odprawił łapą pozostałych Legionistów do swoich band, którzy mieli dalej przekazać wiadomość o dzisiejszej taktyce.
- Wróg zechce podejść pod nasze okopy. Wasze zadanie polega na udaremnieniu tych planów. Jeśli zatrzymamy pochód, przechodzimy do ofensywy - Edyrr podszedł do Haskera i złapał go za pysk, dźwigając na proste nogi - Liczę, że znajdziesz sobie ładne gniazdko. Kyrrozon - Jadogrzmot odwrócił się do pancernej bestii - prowadzisz ogień zaporowy. Falpit i Selb - bronicie lini okopu ostrzałem. Maggok kursuje do rannych.
- Szefie, zaopatrzenie nie było szczodre - odezwał się sanitariusz. Centurion podszedł do medyka i zmierzył go od stóp do głów, po czym zacisnął łapę na pasie jego medycznej torby.
- Ufam twojemu osądowi. Ratuj tych, których można.
Selb ściągnął z ramienia strzelbę i odbezpieczywszy zamek, pociągnął za czółenko pod lufą, pozwalając pierwszej łusce pełnej śrutu wlecieć do komory. Uciekał wzrokiem przed dowódcą aby uniknąć dodatkowych pouczeń. Edyrr Jadogrzmot spojrzał raz jeszcze po wszystkich i oznajmił, klasnąwszy okutymi rękawicami:
- Na stanowiska!


Wychylając się lekko z okopu, Selb dostrzegł chmurę ciężkiego dymu sunącą w ich stronę. Każdy z żołnierzy miał na łbie maskę z filtrem powietrza i wgapiał się śmierć w lotnej formie przed sobą. Nawet sojusznicza artyleria ucichła, jakby wzniecając minutę ciszy dla myśli przed bojem.
Jadochwytak po raz pierwszy poczuł, jak jego serce ściska niewidzialne imadło, w gardle zrobiło się sucho, a przełyk zwęża się ze strachu. Po drugiej stronie płomienni szamani odprawiali rytuały przyzwania gryzącego układ oddechowy dymu, ciężkiego, zabierającego możliwość oddechu kłębu który zmierzał w stronę okopów. Niemalże pierwsze obłoki dosięgły pierwszej linii, na której rozmieszczeni byli żołnierze wszystkich trzech legionów. Pchając swój śmiercionośny twór magią wiatru, płomienni szamani wzniecali kolejne kłęby z zaczarowanych kotłów, w których spalała się mieszanka paskudnych ziół i innych alchemicznych ingredientów. Nawet płomienni nie byli odporni na tenże dym, stąd wielu z nich pyski przewiązane miała namoczonymi w miksturach maski, a oczy zasłonięte były goglami.
Zazwyczaj rozpoczęcie starcia sygnalizowały gwizdki, w które dmuchali oficerowie. Teraz jednak nikt nie mógł oddychać własnym nosem, co dopiero dmuchać. Gdy dym wdarł się w okopy Legionów, widoczność pogorszyła się, żołnierze stojący kilkanaście kroków dalej stali się zaledwie zarysami swoich sylwetek, a wokół rozdarły się ponownie dźwięki syren. Nagle rozbłysnęły reflektory ustawione daleko na tylnich liniach - potężne generatory światła których Selb nigdy nie widział w akcji, a gdy odwrócił się za siebie, przytknął łeb do ściany oślepiony ich białym światłem.
- Nie gap się w nie, to dla wroga - odezwał się Falpit zniekształconym przez maskę głosem, klepiąc Selba po ramieniu.
Gdy przed oczami skończyły tańczyć mroczki, Selb ponownie wychylił się z okopu by obserwować co zarysowuje się przed nim. Światło reflektorów iluminowało teren kilkanaście metrów przed nimi, pozwalając oczom dostrzec wysokie konstrukcje zmierzające w ich kierunku. Klasyczna zagrywka płomiennych: wysłać do walki Effigy.

Ciężko było naliczyć, ile szło ich na pierwszej linii. Jedne były niewiele większe od przeciętnego popielca, drugie zaś sięgały trzech metrów wysokości. Rozpalone żywym ogniem bazaltowe korpusy stąpały tak głośno i mocno, że drżała ziemia. Za nimi, wraz z wyciem syren, dało się słyszeć uderzenia w bębny i walenie mieczami o tarcze. Wszystko to, by zdemoralizować wroga zanim jeszcze rozpocznie się faktyczna bitwa. Lecz zamiast bębnów, syren i trzęsącej się ziemi Selbowi wciąż grały w głowie słowa Krwawego Legionisty, niczym utwór grany w zapętleniu podczas przerwy obiadowej w ZPSWIH. Nie było cienia wątpliwości, że te starcie będzie ciężkie. Poleje się krew, z czoła spływać będzie pot, a prochem strzelniczym zaśmierdną ubrania. Niemniej bardziej od ran Selb bał się działania dymu. Pamiętał jeszcze z fahraru opowieści weteranów, "gości specjalnych" i własnego Primusa o gazach bojowych stosowanych przez Legiony oraz ich odpowiednikom po stronie Płomiennych. Spośród wszystkich trzech frontów: przeciwko duchom, przeciwko Piętnu i przeciwko Płomiennym, Selbowi zdawało się że trafił na ten najgorszy. Duch bowiem był kopią zacofanego, askalońskiego żołnierza z ery, gdy nieznanym nikomu był karabin czy pistolet. Napiętnowani, choć liczni, to jednak głupi i zmasowane ostrzały likwidowały całe ich chmary. Płomienni natomiast byli popielcami, fanatykami, oddanymi zepsutej idei i prowadzeni przez rządzę narzucenia innym swojej tyranii. Potrafili myśleć jak popielcy i walczyć tak samo, stosując zaklęcia. Nigdy nie należało wątpić w siłę stali, ale gdy owa stal ulega zaklętym machinom wojennym, w sercu rodzi się wątpliwość.

Najpierw rozgrzmiała artyleria, a w ślad za nią karabiny i charzooki. Oświetlony jasnym światłem reflektorów teren w mgnieniu oka zamienił się w kłębowisko kurzu i wyrywanych strzępków ziemi. Mniejsze effigy trafiane rakietami odrzucane były do tyłu i wygasały, inne, pozbawione dolnych kończyn w swej zaklętej zawziętości czołgały się po ziemi by tylko zacisnąć płonącą łapę na legionowym gardle. Kyrrozon zaczął pruć, rozstawiając karabin na dwójnogu wyposażonym w oś pozwalającą obracać broń poziomo. Falpit krzycząc przez maskę rzucił granat, a za nim następny. Centurion stał z tyłu i zajmował się tym, co robią oficerowie: ponaglaniem do bronienia swego. Selb nie miał jeszcze żadnego celu na oku, a stosunkowo ograniczony zasięg strzelby działał na jego niekorzyść. Gdy wszyscy pozostali otworzyli ogień, on postanowił nałożyć bagnet na lufę strzelby.
Mimo niekorzystnej widoczności, odpieranie ataku szło dobrze. Ustawione na dwóch tylnich korytarzach oddziały moździerzowe zapewniały dodatkowe wsparcie przeciwko wrogowi, który co chwila był o krok bliżej wskoczenia do legionowych okopów. Rozległy się przytłumione ponaglenia, rozkazy i krzyki przez maski gazowe. Selb w końcu wychylił się i oddał pierwszy strzał, całkowicie na oślep. Pociągnął za czółenko strzelby i nacisnął na spust raz jeszcze. Nie wiedział do kogo celował, ale skoro wróg szedł prosto na nich, to któryś w końcu musi oberwać.
Największym kłopotem były najwyższe effigy, których nie można było zatrzymać zwykłymi kulami. Choć oddziały obsługujące moździerze i charrzooki robiły co mogły, to gigantyczne, bazaltowe konstrukcje były raptem dwa kroki od okopów. Wtedy też żołnierze Legionów zaczęli rzucać granatami czy silniejszymi ładunkami wybuchowymi, które eksplodowały tuż pod nogami płonących kolosów. Atak okazał się skuteczny, ale niósł za sobą pewne niebezpieczeństwo - zniszczone effigy zaczęły upadać prosto na broniących się popielców. Niemalże natychmiast wszyscy chowali się z powrotem pod ściany okopów, ratując swe łby przed zmiażdżeniem. Selb zakrył się lewą łapą i zachwiał się, gdy Falpit prawie że zwinął się w kłąb pod nim.
Wtem zagrzmiał ryk nacierających wrogów, biegnących z wyciągniętymi włóczniami, mieczami, toporami, zasłaniających się tarczami i machającymi kosturami. Wokół usłyszeć można było przedzierające się przez maski gazowe głosy dowódców, wzywających do obrony. Selb tedy pociągnął Falpita na równe nogi i chwyciwszy strzelbę, stanął na drewnianej podpórce wychylając się zza okopu. Przyciskanie spustu szło w parze z pociągnięciem za czółenko strzelby. Siła odrzutu przyjemnie uderzała go w ramię, co tylko pobudzało organizm i pompowało jeszcze więcej adrenaliny i żądzy walki. Nawet Centurion Jadogrzmot przyparł do ściany okopu i wspinając się na podpórkę, zaczął pojedynczymi strzałami ze swej eksperymentalnej broni posyłać pociski w nacierającą falę. Z każdym pociągnięciem spustu obracał się talerzowy magazynek na grzbiecie krótkiego karabinku, zapewniając szybkostrzelność przy rozsądnej precyzji i odrzucie. Kyrrozon oparł karabin dwójnogiem o ziemię i kręcąc korbą strzelał krótkimi seriami. Na całej linii okopów grzmiały wystrzały, zaś na samym środku, krzycząc przez maski, na ziemię niczyją wdrapywali się wyposażeni w broń białą Krwawi.

Płomienni byli przygotowani na zaciekły opór. Osłaniając się szerokimi tarczami i zaklęciami, podchodzili coraz to bliżej umiejscowionych w okopach żołnierzy Legionów. O ile centralna część przeniosła walkę na grunt ziemi niczyjej, tak flanki złożone głównie z Żelaznych i Popielnych zaczęły tracić swoją przewagę odległości wykorzystywaną przez broń palną. Stąd ci, którzy byli do tego wyszkoleni, chwytali za włócznie by utrudnić wrogowi dostanie się do okopów. Selb wyściubiając łeb przez osłonę dostrzegł korpus żołnierza trzymającego płonący, dwuręczny topór dosłownie przed sobą, gdy wróg miał zamiar wskoczyć do okopu. Nie zastanawiając się długo, wykonał sztych strzelbą której lufa zakończona była nałożonym bagnetem, zatrzymując agresora w miejscu raną w podbrzusze. Z własnej głupoty nacisnął na spust, po czym trzewia płomiennego trysnęły krwią i zawartością dzisiejszego przydziałowego obiadu. Chowając się z powrotem w okopie, Jadochwytak pociągnął za czółenko strzelby i ponownie wychylił się, strzelając teraz dwukrotnie.
- Podpalacze! Podpalacze idą! - wykrzykiwana informacja przenosiła się od popielca do popielca, więc Selb również poczuł się w obowiązku by poinformować Falpita o nadciągającym niebezpieczeństwie.
Pojawienie się Podpalaczy mogło zaskakująco szybko zmiękczyć broniących się popielców, stąd nie było czasu do stracenia. Sięgając do pasa, Selb wyszarpnął granat i naprędce zahaczył zawleczkę o wystający prawy kieł swojego pyska. Wyrzucając granat, wychylił się raz jeszcze by oddać strzał. Wtedy zauważył, że granat wpadł do leja i eksplodując, wysadził jednego z płomiennych wyposażonych w miotacz płomieni. Wybuch był imponujący - zapalony zbiornik z paliwem buchnął płomieniami wokół, podpalając sąsiadujących żołnierzy. Hasker wziąwszy na cel innego z Podpalaczy, trafił prosto w szparę między jego oczyma, wysyłając go na spotkanie z fałszywymi bogami które fanatyk czcił. Falpit nie próżnował - pobiegł kawałek na tyły i do korytarza prowadzącego do drugiego rzędu tuneli, by wrócić z przenośnym wariantem granatnika przeznaczonego dla piechoty. Podobne wyposażenie upodobali sobie tyryjscy inżynierowie, zaś dla Żelaznego Legionu był to chleb powszedni.
Wtem padł rozkaz: Wychodzić z okopów! Wróg zajmuje pozycje obronne! Oznaczało to, że Krwawy Legion mógł przejść do pełnej ofensywy. Płomienni chowali się w lejach, za zrujnowanymi pojazdami czy pozostałościami po effigy. Tworzyli formacje tarczowników, które kryły szamanów i niższych rangą akolitów. Strzelcy rozlokowywali się w korzystnych dla siebie miejscach. Bez wsparcia effigy oraz Podpalaczy, Legiony mogły przejść do kontrataku. Rycząc przez maski gazowe, wychodzili z okopów jeden za drugim, wspinając się na podpórki lub, jeśli komuś pozwalała na to postura, podciągali się w górę. Kyrrozon chwycił swój karabin i wyrzucił poza okop, po czym łapiąc się skraju drewnianej ściany wskoczył na górę. Selb postąpił podobnie, po czym wyciągnął łapę do Falpita by pomóc mu się wdrapać. Centurion wciąż pozostawał w okopie z Maggokiem, zaś Hasker zniknął w poszukiwaniu dogodniejszej pozycji.
Z okrzykiem bojowym na ustach zniekształconym przez aparat do oddychania, Żelaźni oraz Krwawi ruszyli do boju. Bandy tworzyły oddzielne formacje, wlewając się niczym woda do wyżłobień w terenie, zajmując leje, prowadząc walkę na twardym gruncie. Oślepiający blask reflektorów sprawnie otumaniał wroga, lecz i ten miał kolejną sztuczkę w zanadrzu. Wzbierając zaklęciami, szamani przepychali panoszący się po polu bitwy dym głębiej w stronę pozycji Legionów. Z kolei ci, którzy byli już przed nimi, musieli stawić opór silnemu powiewowi wiatru. Niektórzy przewracali się, inni wbijali miecze czy tarcze w podłoże by nie utracić gruntu pod stopami. Wnet teren "neutralny" przestał wyglądać jak zadymiona palarnia w dowolnej knajpie w Cytadeli, odsłaniając druzgocący widok ofensywy Płomiennego Legionu: frontowi, strzelcy, strzelcy wyborowi czy szamani. Na polu bitwy krążyli też popielcy, którzy przeszli szereg rytuałów magicznych, wskutek których z żywej istoty stali się w połowie magicznym tworem: buchającymi płomieniami golemami o bazaltowych łapach i dyszących dymem pyskach. Nieugięci, żołnierze Legionów rzucili się naprzód, do boju.

Wtedy też zagrzmiała na nowo artyleria i moździerze, mając teraz lepszy ogląd na pole bitwy. Reflektory wyłączono z uwagi na wszystkich tych, którzy mogli wycofywać się z powrotem do okopu - na myśl przychodzą tutaj ranni oraz sanitariusze. To jednak pozwoliło wrogowi podwoić wysiłki, wykonując ponowne natarcie. Tym razem centurie Krwawych przystąpiły do działania - formowały się szyki tarczowników, spomiędzy których wysuwały się włócznie i karabiny. Strzały łuczników dosięgały tych, którzy w bój poszli bez odpowiedniego oporządzenia (a należy zaznaczyć, że płomienni nie grzeszyli zamiłowaniem do kucia porządnych pancerzy, przynajmniej nie każdy). Pomiędzy wrogami kursowali Wymiatacze, wykorzystując zamęt na polu bitwy do natychmiastowej eliminacji odosobnionych celów takich jak szamani czy strzelcy. Płomienni zdołali też wytoczyć własnej roboty działa bojowe, które według frontowych relacji z nie tak dawna sprawnie zatrzymywały popielcze czołgi. Niemniej to leżało w gestii artylerii, by owe działa uciszyć nim zbiorą krwawe żniwo.
Centuriona nie było ani widać, ani słychać, choć dowodząc centurią nie mógł się odsłaniać. Kyrrozon szedł wolno naprzód, prując z zawieszonego na ramieniu karabinu przed siebie. Jedną łapą przyciskał spust, drugą kręcił korbą. Selb był zadziwiony, że żywa osoba może unieść takie działo w pojedynkę, co dopiero prowadzić z niego ostrzał w ruchu! Chcąc dołożyć swoje trzy grosze, ruszył w kierunku pierwszego napotkanego leja, gdzie gnieździło się dwóch płomiennych. Wykorzystując element zaskoczenia, oddał jedną porcję śrutu prosto w szemrany pysk przeciwnika. Drugi zdołał na czas osłonić się tarczą i podnieść się z ziemi, chcąc naprzeć na Selba. Tym samym do leja wskoczył jeden z Wymiataczy, który gruchnął pałką w tył głowy płomiennego. Selb o mało co nie pociągnął na spust, mając skierowaną lufę prosto we wroga, ryzykując ranienie swojego. Natychmiast wskoczył do okopu i sięgając do sakwy, dołożył śrutowych naboi do strzelby. Wychodząc, natknął się na biegnącego frontowego który z niecnym zamiarem pchnięcia w bok żołnierza Legionów musiał się ugiąć przed siłą wystrzału. Selb zmiótł wroga na ziemię, po czym doskoczył do niego, dźgając go bagnetem w szyję.

Walka, choć była wyrównana, zaczęła przybierać obrót na korzyść Legionów. Gorzej wyekwipowani płomienni ustępowali miejsca natarciu Krwawym, a słabe cele były eliminowane przez Popielnych. Hasker wybiegł z kryjówki i pochylając nisko głowę, biegł schować się za zrujnowany czołg. Selb pobiegł za nim i odetchnął, gdy bezpiecznie dotarli za osłonę.
- Ilu zabiłeś, młody? - odezwał się Hasker.
- Nie liczyłem. A ty?
- To zacznij! - rzucił lakonicznie Jadolufa i wychylił się, przyciskając oko do soczewki lunety.
Nagle coś donośnie strzyknęło, a Hasker osunął się na ziemię. Lewe szkiełko maski gazowej było pęknięte, zaś z oka tryskała krew. Selb natychmiast przeciągnął kumpla za czołg i szturchnął, próbując sprawdzić, czy żyje.
Nie żył.
Nie można było zostać w tym samym miejscu. Dostrzegłszy lej, rzucił się w jego kierunku jak na zabój i wskoczył do środka. Nawet nie zauważył, że w środku też ktoś był. Dyszący, przyciskający lewą łapę do piersi płomienny był równie zdziwiony co Selb i trwali tak może przez sekundę, nim rzucili się sobie do gardeł. Płomienny wziął chwycił naprędce obuch i gdy markował uderzenie, Selb zdążył zdzielić go naostrzonym kantem saperki w pysk. Ciężko dysząc, dopiero oswajał się z myślą, że prawie zginął. Wtem do leja wskoczył Kyrrozon, grzechocząc ciężkimi płytami. Przewalił się plecami na ziemię i krzyknął:
- Osłaniaj mnie, muszę przeładować!
Nawet jeśli żywił do niego urazę, teraz nie był dobry moment by ją okazywać. Selb wychylił się z okopu i rozejrzał się. Zewsząd słychać było dudnienie wybuchów, szczęk stali, a wzrok przesłaniały chmury kurzu i leżące na ziemi ciała żołnierzy obu stron. Krwawi zasadzali się w kilku na zdeformowanych rytuałami płomiennych, Popielni wykorzystując swą mobilność na polu walki przemykali od wroga do wroga, prowadząc działania zaczepne.
- Hasker nie żyje! - krzyknął Selb do Kyrrozona.
- Co?
- HASKER. NIE. ŻYJE! - powtórzył, drąc się przez maskę gazową.
Kyrrozon warknął i z przeładowanym karabinem podniósł się na równe nogi, po czym wydostał się z leja, wznawiając ostrzał. Selb nie widział więcej sensu w zajmowaniu tej dziury w ziemi, więc wyskoczył w ślad za dryblasem, lecz przemknął za jego plecami za kolejną osłonę, którą stanowił powalony szkielet effigy. Jednakże w drodze poczuł, jak stalowa tarcza wbija się z impetem w jego bok, a nogi rozjechały się na prostej drodze. Upadł i podnosząc wzrok, dostrzegł ubrudzonego krwią płomiennego z tarczą w lewej i toporkiem w prawej łapie. Ostrząc sobie na niego zęby, doskoczył i wykonał zamach, lecz Selb zdołał się odturlać w bok i wymierzając strzelbą we wroga, nacisnął na spust. Adwersarz zachwiał się, lecz napędzany żądzą krwi nie rzucił swych zamiarów na bok. Zdyszany i ranny, zmierzał w kierunku Selba chcąc dokończyć dzieła, zaś po naciśnięciu spustu strzelba odpowiedziała głuchym uderzeniem iglicy. Saperką go nie zabije, nie miał zaś innej broni pod ręką, jak swoje własne ciało. Rzucając wszystko na szalę, pozbierał się z ziemi i wykorzystując fakt, że nie jest tak bardzo ranny, naparł na przeciwnika i wywrócił go na ziemię. Wymierzył bagnetem w jego krtań i dźgnął raz, potem drugi i na trzecim zakończył. Sapiąc przez maskę ze zmęczenia, dostrzegł w oddali Falpita który wycofywał się naprędce do leja, będąc zbyt wysuniętym naprzód. Selb tedy pobiegł w jego kierunku, gdy w ziemię uderzył wybuchowy pocisk.

Gdy opadł pył, Selb widział czołgającego się o dwóch łapach Jadokrzyka w drodze do leja. Za sobą zostawiał kałużę krwi, a jego nogi od teraz kończyły się na poszarpanych udach. Pysk również ucierpiał, a klatka piersiowa krwawiła obficie.
Selb przewiesił strzelbę przez ramię i czym prędzej rzucił się na ratunek żołnierza z bandy.
- Trzymaj się stary, zaniosę cię do Maggoka. Przeżyjesz, zobaczysz, przeżyjesz kurwa!
Wziął go za łapy i przerzucił sobie na plecy. Nie pamiętał, by kiedykolwiek w życiu tak szybko biegł na tylnich nogach. Wszędzie waliły pociski, żołnierze bili się wręcz lub miotali granaty, wypruwali z komór swych karabinów kolejne pociski. Biegł na przełaj, między lejami, depcząc martwe ciała. Przez maskę nie mógł donośnie krzyczeć, a gdyby spróbował ją zdjąć, wtedy najprawdopodobniej Falpit spadłby na ziemię. Pot lał się Selbowi po skroniach, zalepiał futro na oczach które i tak ledwo widziały przez maskę gazową. Desperacko szukając sanitariusza, oglądał się to na lewo, to na prawo.
Wtem, zobaczył żołnierza z łatką na mundurze. Czerwony ankh na białym kole.
To był Maggok. Odprawiając rannego na nosze, zamykał właśnie torbę i rozglądał się za kolejną robotą. W przeciwieństwie do innych, po nim nie było widać jakby tonął w bitewnej wrzawie, wręcz przeciwnie - był zbyt spokojny.
Selb przyspieszył, choć skąd wziął na to siły było zjawiskiem niewytłumaczalnym. Krzycząc przez maskę, zwrócił uwagę sanitariusza który wskazał szeroki lej do którego wskoczył.
- Oberwał! Nie podawałem mu nic, niosłem go tak szybko, jak się da! - wykrzyczał Selb, kładąc rannego Falpita na ziemi. Pozostawiając go w rękach medyka, odwrócił się i wymierzył w przód (zupełnie zapominając o tym, że strzelba była nienaładowana). Znajdując się jednak na tyłach, nie groziło mu wiele. Legiony sukcesywnie posuwały się naprzód, tym razem przygotowane na różne sztuczki Płomiennych. Zamiast wskakiwać do okopów, wrzucali doń granaty odłamkowe lub zapalające. Piechociarze przeskakiwali nad korytarzami (oczywiście ten, kto mógł) i z góry strzelali do znajdujących się w dole wrogów. Wyglądało na to, że nadeszło przełamanie. W końcu!

Nagle uszów Selba sięgnął gromki wystrzał z bliska. Odwracając się raptownie, spojrzał na Maggoka trzymającego w ręce masywny rewolwer, a czoło Falpita dymiło. Nie mogąc wydobyć z siebie słowa (a tym bardziej Maggok nie mógł dostrzec mimiki Selba w tym momence), Jadochwytak zamarł, gapiąc się na sanitariusza.
- Nie przeżyłby, nic nie mogłem zrobić - odparł sanitariusz - Rozkazy Centuriona.
« Ostatnia zmiana: Maj 08, 2019, 01:53:11 wysłana przez Falkner »

Falkner

  • Egida
  • ******
  • Wiadomości: 1197
  • Płeć: Mężczyzna
Jeńcy

Potyczka trwała jeszcze pół godziny. W tym czasie żołnierze Legionów, zagrzewający tylne linie w swoich okopach wyskakiwali z okrzykiem przytłumionym przez maski gazowe, pędząc co sił w nogach przez ziemię niczyją, by załapać się choć na jednego płomiennego. Entuzjastyczne wznoszenie oręża w powietrze, klepanie się po ramionach i gratulowanie sobie zwycięstwa owładnęło tych, którzy tego dnia mieli na tyle szczęścia, aby przeżyć. Mimo wszystko było się z czego cieszyć, choć ewidentnie droga do ostatecznego zwycięstwa była jeszcze daleka.
Pierwszym przystankiem były trzy potężne twierdze znajdujące się w odległości 500 kroków od okopów. Zaraz po tym, jak każdy z sektorów przeprawił się do wrogich okopów i zdobył je, rozpoczęło się bombardowanie z bazaltowych murów Płomiennych fortyfikacji. Mimo tego, szala zwycięstwa ewidentnie przechyliła się na stronę Krwawego, Popielnego i Żelaznego Legionu, okopowy impas został przerwany i to bez użycia czołgów czy sił powietrznych.
Natychmiast rozpoczęto głębsze okopywanie swoich pozycji w świeżo zdobytych okopach. Żołnierze, napędzeni zwycięstwem, dwa razy żwawiej kopali doły, nosili worki z piaskiem czy kruszyli kamienne barykady wroga, z ich pozostałości tworząc nowe. Specjalnie oddelegowane do tego zadania oddziały miały sprawdzać każdy kąt, zdobytych tuneli w poszukiwaniu kryjówek tych płomiennych, którzy stchórzyli lub byli zbyt wyczerpani, aby walczyć. Ponadto szukano zdatnego do użycia zaopatrzenia czy dokumentów, które mogłoby rzucić światło na plany wroga.

Selb był wśród tych, którzy z entuzjazmem panoszyli się we wrażych okopach. Maggok odesłał go z powrotem walczyć, jako że Jadochwytak nie był już potrzebny. Wrócił, fakt, lecz bez poprzedniej werwy. Teraz pole bitwy nie przypominało mu już połacia terenu, na którym zdobywało się chwałę, sławę i awanse, a jeden wielki cmentarz, na którym grabarz miał wolne przez co ciała leżały same sobie. Przechodząc przez dymiące dziury w ziemi i okrągłe leje, Selb widział teraz wszystkich jak równych: krwawych, popielnych, żelaznych, płomiennych. Wszyscy bowiem byli martwi, ich ciała ranione na setkę różnych sposobów: rozczłonkowane kończyny, urwane głowy, wydrążone bebechy, zmiażdżone klatki piersiowe, długo by wymieniać. Futro na pysku lepiło się od potu, a powietrze zgromadzone w krążkowym filtrze przyczepionym do maski kończyło się.
Wskoczył do leja i odłożył strzelbę, po czym sięgając do kieszeni munduru wyciągnął nowy filtr. Miał ochotę ściągnąć tę skarpetę z łba, wsadzić pysk do miski zimnej wody a następnie zapalić cygaro. Nieopisany ciężar doskwierał mu na duszy. Czy to dlatego, że na jego oczach została złamana podstawowa zasada funkcjonowania oddziału? Widząc stróżkę dymu dobywającą się z rozległej rany na czole Falpita, Selb nie mógł uwierzyć własnym oczom. To tak, jakby patrzeć na coś, rejestrować wzrokiem obraz który następnie zostaje wysłany do mózgu, lecz mózg zachowuje się jak upierdliwy urzędnik: odmawia przyjęcia. Widzisz, ale nie rozumiesz. Przerasta to twój zakres pojmowania, horyzont wyobraźni, zdolność uformowania sobie w głowie pewnego obrazu czy wzorca postępowania.
Przeładował strzelbę, wyszedł z leja i wskoczył do nowo zajętego okopu. Praktycznie nie było co robić - rannych przeciwników dobijano, jeńców wyciągano za fraki, kolejne korytarze oznaczano jako "czyste". Wyciągnąwszy zza pasa saperkę, Selb ostrzejszą stroną szpadla grzmotnął w sterczącą chorągiew Płomiennego Legionu, która zawieszona była na lichym kijku. Wyciągnął łapę po tkaninę i zwinął ją, czyniąc z niej swoje pierwsze wojenne trofeum. Rozejrzał się, lecz nigdzie nie mógł dostrzec Kyrrozona czy Centuriona Jadogrzmota. Może nawet lepiej.

Przegrupowanie nastąpiło po dziesięciu minutach, gdy Selb spełniał swoje marzenie o misce z zimną wodą. Wszyscy wokół pościągali maski, a skoro nic im nie było, to Jadochwytak nie widział nic złego w tym, aby pozbyć się wreszcie tego natrętnego aparatu do oddychania. Zaczerpnąwszy powietrza, wyczuł w nim ostrą woń siarki, charakterystyczną dla wszelkich miejsc związanych z płomiennymi. Jakiś żołnierz klepnął go w ramię i spytał o imię. Kiwnąwszy głową, Selb wrócił do mycia gęby.
- Centurion Jadogrzmot wzywa na tylnie linie, do swojego namiotu w celu przegrupowania się z oddziałem.
- Powiedz mu, żeby spierdalał - Selb odburknął, choć dopiero po chwili zastanowił się nad wagą swoich słów. Żołnierz tylko wzruszył ramionami:
- Ja tu tylko roznoszę wiadomości, twoja sprawa co z tym zrobisz.
Gońcy. Dostają określoną wiadomość i listę osób, do których ma ona trafić. Werbowano tylko najszybszych i najsprytniejszych do tej roli, jako że w ich gestii leżała płynność komunikacji na polu bitwy. Zdarzało się tak, że w ciągu całej walki goniec nie wystrzelił ani razu, gdyż najpierw był posłańcem, a potem żołnierzem według hierarchii powinności. Poza tym, nie mieli sporo czasu, na pogaduszki, więc słowa popielca nie były kłamstwem. Nie doniesie centurionowi. Popielec odszedł, a Selb powiodł za nim wzrokiem - to był Pizrron, ulubiony posłaniec Centuriona. Dobór gońców przeważnie nie był podyktowany tym, czy się kogoś lubi czy nie, wszyscy też wykazywali się podobnym stopniem kompetencji. Edyrr Jadogrzmot najwyraźniej lubił wyłuskać sobie jakiegoś żołnierza i przypisać go do odpowiedniej roli. To samo można było powiedzieć o jego ordynasie, Ittro, który choć nie należał do Jadów, był na liście płac Centuriona. Jadogrzmot wynajdywał odpowiednie osoby i przypisywał im rolę, nierzadko na długo, jako że nie lubił pozbywać się swoich użytecznych narzędzi.
Ciekawe, czy dziwkę też ma swoją prywatną - niejednokrotnie zastanawiał się Selb.

Zebranie oddziału odbyło się niecałe pięć minut później. Kyrrozon, mimo licznych rys, wgnieceń i dziur po kulach na swym olbrzymim pancerzu, stał na baczność, zdrów jak rydz. Maggok ściskał swą torbę (która nawiasem mówiąc, była pusta) jedną łapą, zaś drugą przyciskał do piersi. Ostatni z żywych, Selb, zasalutował krótko przed obliczem Centuriona.
- Gdzie Hasker i Falpit? - zapytał Centurion, dostrzegając brak dwójki żołnierzy.
- Hasker poległ, sir - odparł Selb - Załatwił go snajper.
- A Falpit? - Jadogrzmot zacisnął prawą łapę w pięść. Selb już wyrywał się z odpowiedzią, lecz ubiegł go Maggok:
- Również zmarł, od ran, centurionie - sanitariusz potulnie pochylił głowę. Centurion sapnął.
- Gówno prawda - wtrącił się Selb, wychodząc pół kroku przed szereg, wskazując pazurem na stojącego z drugiej strony Kyrrozona Maggoka - Przeżyłby, gdybyś udzielił mu pomocy, ty kłamliwy fiucie.
Centurion wyprostował się, przyjmując kamienny wyraz twarzy.
- Powiedz centurionowi, jak strzeliłeś mu w łeb, kutasie. Jesteś chujem, a nie sanitariuszem. Zabijasz swoich a potem robisz przed dowódcą maślane oczka, ty ła-
Selb nie dokończył, gdyż żelazny uścisk Kyrrozona oplótł jego kark i pochylił ku ziemi. Centurion spojrzał na Maggoka, który ze spokojem odparł.
- Nie dało się go uratować, sir. Zgodnie z rozkazem, udzielałem pomocy tylko tym, których można było uratować. Falpit wylosował pechową liczbę.
- Puszczaj, kurwa! - Selb uderzył pięścią w bok Jadostrzała, co spotkało się z głuchym dźwiękiem obijania stali.
- Spokój! - ryknął Centurion. Puszczony, Selb otarł pysk i wyprostował się, lecz nie mogąc ścierpieć takiego stanu rzeczy znów wystąpił.
- Centurionie, zamierza pan puścić płazem taką zniewagę zasad? Zabicie własnego kumpla? Falpit mógłby przeżyć, bez jednej i drugiej nogi, ale przeżyłby do cholery!
- Uspokój się - odparł Edyrr, zaciskając drugą łapę.
- Nie, kurwa! Nie uspokoję się! Falpit by żył, gdyby nie pojebane rozkazy i pojebany sanitariusz, który go olał. Każdy jeden udzieliłby pomocy, każdy, nawet gdyby miał zużyć ostatnią szprycę z przeciwbólem albo bandaż. Nie wierzę w to, po prostu nie wierzę! Jak można własnemu kumplowi strzelić w środek pieprzonej czaszki!
Kyrrozon nie podnosił ponownie łapy, gdyż sam Centurion podszedł do Selba i wymierzył mu sierpowego w pysk. Jadochwytak upadł, zaś przygnieciony stopą Jadostrzała nie mógł się ruszyć.
- Będziesz słuchać rozkazów, mały gnojku, nawet jakby ci miało dupę od tego urwać. Nauczysz się szacunku do starszych i posłuszeństwa wobec przełożonych.
W ramach skwitowania swoich słów, Jadogrzmot splunął na Selba i rozkazał wszystkim rozejść się, odsyłając do nowych zadań.


Podczas, gdy każdy dostał godną robotę, Selb w ramach kary za niesubordynację został przydzielony do pomocy przy sprzątaniu ciał. Niebawem ziemia niczyja miała zamienić się w nowe okopy, łączące dwa odległe sieci tuneli ze sobą na wypadek gdyby Legiony miały zostać odepchnięte. Nikt jednak nie wierzył, że tak się stanie. Zaślepieni zwycięstwem popielcy malowali na ścianach korytarzy motywujące napisy, podśpiewywali przy każdej czynności, a na stołówce rzucono dzisiaj podwójną porcję ciepłego koryta.
Selbowi do pomocy nie przydzielono nikogo, a żeby dać mu czas na przemyślenia podczas ciężkiej pracy, Centurion rozkazał mu przejść do sąsiedniego sektora, gdzie zabitych było znacznie więcej. Krążąc między ciałami, najpierw obszukiwał zmarłych płomiennych - wyrywał złote kły, pozbawiał zdobionych naszyjników ze złota (choć popielcy nie cierpieli tego materiału, to w Lwich Wrotach znajdowali się kupcy, którzy szczodrze za to zapłacą) czy nietypowych broni. Wraz z innymi, którzy pracowali najczęściej w parach, zrzucał martwych wrogów na powiększające się o nowe truchła stosy. Rannych, lub tych, co do których miał wątpliwości, dźgał bezlitośnie bagnetem w serce. W miarę upływu czasu przyzwyczaił nos do paskudnego zapachu towarzyszącego zwłokom, a krew na rękawicach przestała go ruszać. Ciała należało spalić jak najszybciej, nim padlinożercy zlecą się w okolicę. Żelazny Legion bardzo poważnie podchodził do kwestii higieny, powołano nawet oddziały, które składały się głównie z sanitariuszy o popielców o usposobieniu gryzipiórka, które miały zwalczać potencjalne siedliska wybuchu epidemii. Choroba w okopach przenosiła się bardzo szybko z uwagi na ciężkie warunki, którym żadna banda epidemiologów nie mogła zaradzić.
Pole bitwy wyglądało teraz nie tylko jak porzucony cmentarz bez grabarza, ale jak wygasający piec. Martwe ciała niczym spalone węgielki należało uprzątnąć, wszędzie śmierdziało a brudu było co nie mało. Na domiar złego, z nieba po raz pierwszy od dawna spadł deszcz. Woda połączywszy się z krwią tworzyła szkarłatne kałuże, a ziemia pod stopami chlapała błotem. Selb przeklinał co chwilę, ocierając mokre czoło.

Z daleka szedł banda krwawych, którzy na szpicy prowadzili płomiennego jeńca. Rzucali za nim wyzwiskami, popychali i kopali, ponaglając by przyspieszył. Selb podniósł łeb i puścił trzymane ciało pozbawione prawej ręki. Krwawi zatrzymali się i otoczyli więźnia ze wszystkich stron. Jasnożółty popielec w łachmanach płomiennych miał może z 18 lat na oko, złamany prawy róg i bandaż na prawym oku. Brakowało mu jakiegokolwiek oporządzenia, pasa, chlebaka czy przybornika. Wyglądało na to, że wywlekli zwykłego chłystka, który nie brał udziału w walce a zapewne leczył rany, lub obciążony był jakimś innym zadaniem. Krwawi pojedynczo podchodzili do niego, uderzając go pięściami, kopiąc, plując i szydząc werbalnie. Podnosili kamienie i rzucali, łapali za kark i wciskali łeb do krwawej kałuży, śmiejąc się do rozpuku. Płomienny znosił upokorzenia nie stawiając oporu.
- Zabijcie mnie w końcu! No już! - wykrzyknął klęcząc, zwracając się do każdego z osobna - Na co czekacie? - uderzył się w pierś - Strzelajcie!
Krwawi roześmiali się jeszcze głośniej. Płomienny wył i krzyczał, uderzając się w pierś:
- Cioty jesteście! Moi bracia was wszystkich spopielą, zgniotą jak robaki którymi jesteście! Będziecie nam służyć za życia a potem po śmierci, gdy wasze dusze zostaną przykute do effigy.
Któryś z nich w końcu wyciągnął pistolet i strzelił płomiennemu w ramię. Ten złapał się w miejscu, gdzie powstała brocząca krwią rana.
- Dalej! Zabij! - krzyczał, obnażając kły. Ktoś rzucił w niego kamieniem, trafiając w kark. Popielec oparł się o ziemię, po czym kula wystrzelona z pistoletu innego żołnierza przeszyła jego udo.
- Najpierw trochę pocierpisz - odparł Krwawy, zakręciwszy w dłoni masywnym pistoletem.
Selb rozejrzał się i schylił po karabin, który leżał niedaleko martwego żelaznego. Pociągnął za rączkę zamka, sprawdzając obecność pocisku w komorze. Oparł kolbę o ramię i popatrzył przez szczerbinkę. Gdy muszka pokryła się z głową jeńca, pociągnął za spust i opuścił broń.
Młody Płomienny padł na wznak, a Krwawi odwrócili się w stronę Selba.
- Po co to zrobiłeś? - spytał jeden z nich - Zepsułeś nam zabawę.

Przysiadając przy brzegu leja, Selb wyciągnął swoją manierkę i odkręcił korek. Rozejrzał się na lewo, na prawo i upił łyka. Z dala słychać było eksplozję wysadzanych w powietrze płomiennych dział, które przez kilka dni spędzały sen z powiek żołnierzom Legionów, bombardując ich w regularnych odstępach czasu. Jadochwytak pociągnął solidnego łyka ze swojej manierki i spojrzał w bok, w kierunku swojego sektora. Westchnął. Nawarzył sobie gorzkiego piwa, które teraz będzie zmuszony wypić. Nie powinien występować przeciwko rozkazom Centuriona, ale...
W duszy czuł, że nie może służyć pod kimś, kto za nic ma braterstwo i życie swojego podwładnego. Gdyby zamiast Falpita to on oberwał tym pociskiem, Maggok załatwiłby go w podobny sposób. Skoro dla kogoś, kto był z bandą tyle co Falpit nie robiono wyjątków, to po Selbie nawet nikt by się nie odezwał. Myśl ta nie dawała mu spokoju. Zakręcił manierkę i wstał, szukając wśród martwych żołnierzy legionów jakichś fajek. Pochylał się nad ciałami i obmacywał kieszenie nieboszczyków, obracał ich na plecy i grzebał w przednich kieszeniach, jeśli nie mieli na sobie napierśników. Jedna popielka o podobnym do niego umaszczenu miała przy sobie trzy cygara zwinięte w papier i zapalniczkę. Naprędce wciskając cygaro między zęby, odpalił i schował zapalniczkę do kieszeni. Odetchnął z ulgą, choć nigdy nie palił nałogowo. Nabrał powietrza nozdrzami, a krople deszczu działały na jego umęczone ciało jak odświeżający prysznic. Przymknął oczy, wsłuchując się w kapanie kropel wokół. Wtedy zrozumiał: wojna to nie miejsce na sentymenty, słabość i wątpliwości. Ale bez braterstwa, wsparcia i zdrowego rozsądku żadnego boju się nie wygra. W głowie Selba zaczęły kłębić się myśli: złożyć wniosek o przeniesienie do innego oddziału lub podpaść na tyle, by go wyrzucono. W obu przypadkach ryzykował sprawę przed trybunałem wojskowym, szeroki wachlarz reperkusji oraz upokorzeń. Oceniał, czy gra na prawdę jest warta świeczki. Może Kyrrozon w końcu oberwie jakimś pociskiem, Maggoka ustrzelą snajperzy a Centurion wdepnie na minę? Wtedy byłby wolny od tej trupy idiotów mianującą siebie "bandą".
Otworzywszy oczy, wypuścił gęsty kłęb dymu. Wilgotność powietrza sprzyjała gęstemu obłokowi dymu, który na oczach Selba formował się w unoszącą się powoli ku niebu chmurę. Zaciągnął się raz jeszcze i znów spojrzał na uchodzący dym. Z bliżej nieznanego powodu sprawiało mu przyjemność oglądanie tego zjawiska, mięśnie w końcu się trochę rozluźniły od walki i dźwigania ciężkich ciał. Przeszedł kawałek, jako że teraz przyszła pora na uprzątnięcie trupów sojuszniczych jednostek. Ale teraz nie sprawiało mu to już kłopotu.
Do momentu, gdy nie spotkał Rampera.
Tęgi, rudy popielec leżał na wznak z sześcioma ranami kłutymi na piersi i jednej przy karku. W lewej dłoni trzymał karabin, zaś prawa była urwana. W miejscu pod nią ziemia była rozpulchniona i zalana deszczówką. W pierwszej chwili myślał, że to nieprawda. Selb stuknął się kilka razy w głowę, lecz obraz martwego przyjaciela nie znikał sprzed oczu. Dym cygara podrażnił jego nos, to też szybko wypluł je na bok i przyklęknął przy trupie. Twarz Rampera zastygła z otwartym pyskiem, zupełnie, jakby przed śmiercią coś krzyczał. Selb chwycił go za napierśnik i szarpnął, lecz Ramper ani drgnął. Ciało leżało bezwiednie i ulegało każdemu desperackiemu pociągnięciu, które w pojęciu Jadochwytaka mogłoby przywrócić martwego do żywych.
Selb położył mu dłoń na środku napierśnika i spuścił łeb. Oddychał ciężko, czuł wzbierające pod powiekami łzy. Dłonie zatrzęsły się w bezwarunkowym odruchu, a z gardła dobył się wściekły ryk. Wrzeszczał, przeklinając los, świat, wszystko dookoła. Całą tą pieprzoną wojnę.

Najbliższe dni przemijały pod znakiem zapytania. Kiedy Legiony ruszą na ostatni przyczółek wroga w okolicy? Żołnierze z początku chcieli uderzać szybko, kując żelazo póki gorące, niemniej dowództwo miało inne plany. Po okopach chodziły plotki, jakoby na ostatni atak miało przybyć masywne wsparcie: sterowce, czołgi, charrcoptery, może pożeracze? Nikt jednak nie potrafił udzielić konkretnej odpowiedzi na pytanie "Kiedy uderzamy?". Drążenie nowych okopów na ziemi niczyjej szło pełną parą. Na front zjeżdżał się kolejny miot poborowych, zasilających przetrzepane szeregi legionów. Dochodziło do okazjonalnych potyczek, gdy płomienni wysyłali oddziały uderzeniowe. Bombardowania znów były na porządku dziennym. Artylerię przesunięto, aby mogła uderzać w ściany trzech twierdz, niemniej nadaremno. Mury nie chciały się poddać kanonadzie pocisków. Zwiadowcy też nie mogli przynieść nowszych wieści, jako że wróg skrzętnie chował swoje sekrety za kilkunastometrowymi murami fortec. Obawiano się kolejnego impasu, stąd aby podnieść żołnierzy na duchu, Imperator Smodur wystosował apel do walczących. Egzemplarze przemówienia rozdawano każdemu żołnierzowi i pod groźbą śmieciowych robót kazano przeczytać słowa wodza:

Żołnierzu!

Słowa o trudzie, jaki dokładasz każdego dnia zatrzymując nastąpienie wroga odbijają się echem po całym Askalonie. Od Czarnej Cytadeli aż po skraje Żelaznych Marchii mówi się o tych, którzy na przedpolach Płomiennej Cytadeli uniemożliwiają wrogowi zdobycie symbolu własnego upadku. Niegdyś pokonaliśmy ich przywódcę, samozwańczego boga który w swej ignorancji chciał narzucić nam jarzmo swojego tyranicznego władania. Sześć lat później jego dziedzice próbują raz jeszcze targnąć się na naszą wolność, zagrozić naszym wartościom i dobytkowi.
Dzięki Tobie, jesteśmy silni jak nigdy dotąd. Ty, twój oddział i Legion jesteście gwarantem przyszłości naszych najmłodszych, którzy uczą się na Twoim przykładzie wzorca żołnierza, jakim staną się niebawem. To dzięki Tobie nasza gospodarka rozkwita a postęp technologiczny nie traci tempa. Chcę byś wiedział, że wszyscy Ci, którzy walczą na innych frontach, którzy pracują w fabrykach i manufakturach, którzy dbają o rolę i dostawy żywności na front dziękują Ci za Twoje poświęcenie i odwagę.
Niechaj płomień wroga zgaśnie niebawem, gdy jako jedność ruszymy ostatecznie rozprawić się z zagrożeniem butnych uzurpatorów naszej wolności. Wyczekuj rozkazów i bądź gotowy do boju.


Imperator Smodur

Selb zgiął list w pół i schował do swojego plecaka. Wyciągnął z kieszeni ostatnie cygaro i odpalił, po czym zapalniczkę rzucił na swoje posłanie i wyszedł z kwatery bandy Jadu. Ciężko było mu uwierzyć w słowa Imperatora o gwarancie przyszłości, zważywszy na zachowanie swojego oddziału. Z Maggokiem nie rozmawiał, Kyrrozon wciąż drwił nawiązując do ostatnich wydarzeń, a Centurion wciąż zlecał mu śmieciowe roboty. Miał dość sprzątania ciał, czyszczenia latryn, liczenia zaopatrzenia czy noszenia skrzyń z konserwą mięsną do kuchni.
Ale gdyby mógł, nawrzeszczałby raz jeszcze na Maggoka i Edyrra. Tych dwoje, wraz z Kyrrozonem nie zasługiwało nawet na szczęt szacunku. Minęło kilka dni, a jego stosunki z kumplami (teraz już by ich tak nie nazwał) wcale się nie polepszyły. Ze wszystkich, jedynie z Falpitem mógłby się dogadać. Teraz jego ciało spoczywało we wspólnej mogile, zakopanej podczas krótkiej ceremonii pożegnania zmarłych. Podobnie jak w kwestii Falpita, Selb często przywoływał w myślach wspomnienia o Ramperze, na pochówku którego niestety nie mógł uczestniczyć. Nie poznał jego oddziału i z pewnością nigdy tego nie zrobi, bez znaczenia. Ostatnie dni poza odwalaniem śmieciowej roboty spełzały Selbowi na samotnym siedzeniu w rogu między trzecią kuchnią o korytarzem zaopatrzeniowym. Mało kto tędy chodził, a popielcy zasuwający przy gotowaniu żarcia nie mieli nic przeciwko tak długo, jak pomagał im wnosić nowe dostawy. Czasami zgarnął dodatkową porcję jedzenia jaka została po obiedzie albo wypił flaszkę z kucharzami. Nieraz zagrał z nimi w karty lub wymienił się wspomnieniami z życia sprzed werbunku. Tylko gdy miał przyjść po nowy przydział do Centuriona włosy na karku stawały mu dęba, a i spać dobrze nie potrafił w towarzystwie Maggoka i Kyrrozona. Owa dwójka często wysyłała go po nowe zapasy do Zemmdy Narrowstream, na wieść o śmierci Falpita chodziła zirytowana w diabły. Paskudny nastrój minął już po kilku dniach, wraz ze znalezieniem sobie nowego gacha. Tym samym Selb nie tylko był chłopcem na posyłki, ale drągiem do ulżenia sobie od czasu do czasu. Wpadając w rutynę, Selbowi było już wszystko jedno.

Pewnej późnej nocy, asystentka kwatermistrza po raz pierwszy zirytowała Selba, zostawiając mu na odchodne pas granatów. Poczuł się wtedy jak dziwka, której płacono w wyposażeniu które mu się przecież należało. Trzymał jednak język za zębami, przypominając sobie słowa Falpita: "Tę panienkę lepiej mieć po swojej stronie. Wszystko dla ciebie załatwi". Tego dnia Selb miał liczyć jeńców i przygotowywać ich do wywiezienia w głąb Askalonu, a przynajmniej tak brzmiało polecenie Centuriona. W rzeczywistości miał ich segregować dla jednego z podoficerów, który decydował który idzie na szafot a który nada się do pracy w kopalni. Jadochwytakowi był oto już wszystko. Nie żywił już żadnej litości do Płomiennych, którzy odebrali mu najbliższego przyjaciela. Zatrzymał się nawet w drodze powrotnej na polach, gdzie rozstrzeliwano skazańców. Każdemu kazano klęknąć, po czym trójka żołnierzy miała podejść i strzelić im w tył głowy. Ku zdziwieniu Selba, żaden z nich nie błagał o litość, wręcz przeciwnie - przyjmowali swój los z dumą, nie mrugnęli okiem, nie warknęli gdy sprowadzano ich brutalnie na kolana. Umierali z godnością, nie wyrzekając się ani na moment swoich przekonań, żaden z nich nie wypowiedział w akcie desperacji lojalności swojemu Legionowi. To, w mniemaniu Selba, było godne podziwu. Zastanawiał się, czy zrobiłby tak samo, gdyby był na ich miejscu.

Gdy szedł do kwatery, zapalił ukradzionego śpiącemu wartownikowi papierosa. Teraz przychodziła ta najgorsza część dnia, gdy musiał spędzić czas z bandą. Nie potrafił znaleźć języka z opryskliwym dryblasem i "sanitariuszem". Centurion przychodził do nich pod wieczór na luźne gadki, więc Selb słuchał, czasami coś odpowiedział by nie urazić Edyrra, a gdy wychodził odwracał się plecami do reszty i próbował zasnąć. Tego dnia jednak nie było słychać rozmów, a przytłumione wzdychanie i piski przez zakryte usta. Jadochwytak zbliżył się z wolna do kwatery i lekko uchylił jej połę, zaglądając do środka.
Nie wierzył własnym oczom. Widok Centuriona, Maggoka i Kyrrozona wraz z dwoma popielkami i jednym popielcem wziętych z łapanki (byli to ci sami jeńcy, którzy mieli dziś wyjechać do ciężkich prac) w niewygodnej sytuacji spowodował, że Selb o mało nie wypuścił papierosa z pyska. Zrozumiałby jeszcze posuwanie samic, ale samca? Nawet jeśli to okopy, wojna, śmierć dysząca z bliska w kark, to jak można być tak zdesperowanym? I do tego CENTURION?
Żaden z nich nie zauważył Selba. On zaś nie mógł się nadziwić świństwu które odprawiało się na jego posłaniu. Gardził rżnięciem niewolnic, a co dopiero samców. Zacisnął pięści, brwi ściągnęły się tworząc kąt rozwarty z łuku brwiowego, a nozdrza buchnęły parsknięciem. Impuls pobudził Selba do odpięcia pasa z granatami. Kiedyś zdarzały się takie przypadki, gdy w namiocie oficera eksplodował granat, wrzucony tam przez rozgoryczonego żołnierza. Trudno wtedy ustalić sprawcę, nieraz podciągano to jako niefortunny przypadek jako nieuważne posługiwanie się materiałami wybuchowymi. Gdyby to był sam Centurion, nikt nie dałby wiary, że przypadkowo wyciągnął zawleczkę granatu.
Selbowi szkoda było tylko tej trójki wykorzystywanych seksualnie popielców. Wyszarpnął zawleczkę jednego z granatów i wrzucił pas do środka, po czym puścił się w bieg korytarzem okopu. Dopadł do drabinki prowadzącej na górę, do ziemi niczyjej (póki nie zakończono budowy sieci nowych okopów). Potężny huk rozległ się po okolicy, gdy Selb biegł w kierunku przednich linii. Chciał jak najszybciej dostać się jak najdalej od miejsca zbrodni. Los chciał, że dostał się w sam środek potyczki. Płomienny Legion przypuścił atak na pierwszą linię okopów przed fortecami. Dołączając do wartowników i później kolejnych żołnierzy, Selb nałożył bagnet na lufę i gotów był szarżować naprzód. Gdy usłyszał gwizdek, z rykiem ruszył naprzód.

Nie liczył ilu zabił tego dnia, poza własną bandą. Strzelał, ramię w ramię z prawdziwymi żołnierzami, odpierając szturm nieprzyjaciela, zupełnie jakby wpadł w trans. Miotał śrutem za zabitego Falpita, Haskera, dźgał bagnetem za odebranie życia Ramperowi. Napędzany nienawiścią nic nie liczyło się bardziej, niż rozlana krew wroga i załadowana komora strzelby. Ufał tym, u boku których walczył choć nie znał ich imion.
Ostatnie co zapamiętał, to paraliżujący ból głowy. Później nie mógł patrzeć, ale mógł słuchać. Trzask stalowej bramy to ostani dźwięk, jaki został mu w głowie.
« Ostatnia zmiana: Maj 13, 2019, 01:43:34 wysłana przez Falkner »

Falkner

  • Egida
  • ******
  • Wiadomości: 1197
  • Płeć: Mężczyzna
Fort "Pochodnia"


To była trzecia godzina przesłuchania. Krew uderzała do łba a język zwinął się w kłębek, schował się jak ślimak w muszli. Nawet gdyby chciał, a nie miał zamiaru, Selb nie byłby w stanie odpowiadać na pytania. Zapamiętał ich dwóch, trzeciego niezupełnie. Pierwszy zadawał pytania:
- Ilu was jest?
- Kto dowodzi?
- Jakie macie wsparcie?
- Słabe punkty waszej obrony, wymieniaj.
W końcu ostatnie pytanie, które było niczym przerywnik pomiędzy powyższymi:
- Twoje imię i ranga, psie.
Drugi pojawiał się wtedy, gdy pierwszy odchodził. On nie zadawał pytań, tylko bił. Uderzał w pysk, w żebra, w brzuch. Wziąwszy rozgrzany pręt, nadpalał lewą łapę zawieszoną do góry podobnie jak prawa. Zwisając na łańcuchach przytwierdzonych do sufitu, klęczał na ziemi. Smagano go batem po plecach. Lecz Selb milczał.
Bo nawet gdyby chciał, nie mógł sobie niczego przypomnieć. Jego głowa pulsowała po uderzeniu w tył, w gardle paliło pragnienie a oczy, sklejone potem i krwią wyłapywały tylko jeden szczegół: czerwono-pomarańczowe umundurowanie.
Trzeci z płomiennych nie pytał, ani nie bił. Stał jedynie i towarzyszył pierwszemu, czasami mruczał coś niezrozumiałego.
Potem zaczęły się utraty przytomności. Lewa dłoń piekła, po plecach skapywała krew a w brzuchu kotłowało się, jakby zaraz miał się zrzygać. Selb zwymiotował parę razy, szkoda, że nie na jednego z trzech płomiennych. Gdy świat rozpływał się przed oczyma a świadomość uciekała w błogą nicość, stan ten był przerywany zimnym kubłem wody by cykl rozpoczął się ponownie: przesłuchanie, bicie, przesłuchanie, bicie, przesłuchanie, odpoczynek. Nie był w stanie określić czasu ani dokładnego swojego położenia. Rozum jednakże podpowiadał, że wpadł do niewoli i znajduje się w jednej z trzech twierdz Płomiennego Legionu. Sięgając w głąb pamięci, spróbował odtworzyć ostatnie wydarzenia: Biegł przez ziemię niczyją. Dlaczego? Miał przy sobie broń? Tak, miał. Ale dlaczego biegł? Nieważne, co było dalej? Walka, płomienni.... płomienni nacierali na zdobyte okopy, pewnie chcieli ja odzyskać. Walczył, walczył, ale jak długo? Nie pamiętał. Potem był ból, upadł. Chciał wstać, ale nie mógł. Dlaczego? Zatrzaskująca się krata, co myślał? Złapali go. Dlaczego jednak miał z tyłu głowy myśl, że to nie musieli być płomienni? Co zrobił? Nie pamiętał...
Podniósł łeb, zamrugał kilkukrotnie. Wzrok przesłaniały mu sklejone potem i krwią kłaki futra, dostrzegł kilka pochodni, z sufitu zwisały rozżarzone łańcuchy, śmierdziało spalenizną i siarką. Poza jego ciężkim oddechem panowała tu zupełna cisza. Przerwał ją odgłos kolejnych kroków.
Selb miał ochotę nadstawić pysk pod nadchodzące uderzenie, niech zemdleje znowu, zamiast cierpieć kolejne katusze. Uchylił prawe oko, które zarejestrowało zbliżającego się płomiennego, ostatniego, tego, który nic nie robił poza gadaniem. Zamiast uderzyć lub wyszydzić, podsunął mu pod pysk flaszkę wody i złapał za grzywę, odchylając łeb do tyłu wraz z flaszką. Jadochwytak poczuł, jak kojący strumień gasi płomień pragnienia, niczym deszcz dla łaknących go roślin, woda rozprowadzała się w jego przełyku jak strumień bijący u źródła. Mimo tego, nie miał zamiaru odpowiedzieć na żadne pytanie.
Trzeci odsunął butelkę i pozwolił Selbowi opuścić łeb. Nachylił się, zbliżając pysk do jego uszu. Gdyby mógł, Selb odwinąłby się, robiąc ze swych kłów użytek, lecz nawet na mielenie paszczą nie czuł sił.
Płomienny zaszeptał mu do ucha, po czym wyprostował się, ciekaw reakcji. Selb splunął jedynie pod siebie gęstą zbieraniną śliny i krwi.

Po kilku (albo kilkunastu - Selb stracił niejako poczucie czasu) do pomieszczenia wmaszerowało czterech płomiennych: dwóch ściągnęło z łap Jadochwytaka kajdany, pozostała dwójka pewnie była "na wszelki wypadek". Złapali go pod pachy i wynieśli na zewnątrz. Szurając po kamiennej podłodze bezwładnymi stopami, Selb nie miał sił ani podnieść łba by rozejrzeć się dokąd go prowadzą, ani wydusić z siebie jakiegoś słowa. Domyślał się i jego przypuszczenia były słuszne. Zanieśli go jeszcze niżej, do licho oświetlonego korytarza w którym znajdowały się lochy. Tam, uchylając kratowane drzwi, znajdowało się jego nowe lokum.
Cela była skąpa, znajdowało się tutaj jedynie strzechowe posłanie. Nie było żadnego okienka z kratą, żadnej pochodni, nawet zwisającego z sufitu kaganka. Kratowane drzwi zamknięte były na cztery spusty, więc ani ich wyważyć, ani wyrwać. Kamienne ściany miejscami były nienaturalnie gładkie, lecz w tym wszystkim była jedna rzecz, która od dawien dawna nie śniła się Selbowi - powietrze.
Jeśli odjąć własny smród, to tutaj na dole było przyjemnie chłodno, nie czuć było ani siarki, ani spalenizny, ani typowego, okopowego odoru szczyn, potu i krwi. Ściany fortowej piwnicy były wilgotne i zimne, to też pierwsze co Selb poczynił, to podczołgał się by oprzeć się o jedną z nich.
Odpoczywał, pozwalając myślom na nowo drążyć korytarzami umysłu, otwierając dostęp do kolejnych fragmentów pamięci, pozwalając przemyśleniom wybić niczym ze źródła.
Teraz pamiętał. Przypomniał sobie pas granatów podarowany przez asystentkę questora. Znów zobaczył przed oczyma Centuriona, Kyrrozona i Maggoka z niewolnicami i jeńcem w niewymownej sytuacji. Czy gdyby przymknął wtedy na to oko, też znalazłby się tutaj? Pewnie nie. Czy jego duma mogłaby to wytrzymać?
Też nie.
Postanowił się położyć, lecz zmrużyć oka nie pozwoliła natrętność klawisza, który przechadzał się korytarzem. Z braku rozrywki, zatrzymał się przy drzwiach celi i zaczął szydzić z Selba. Wyzwiska, docinki, pogróżki i życzenia śmierci nie robiły wcale na nim wrażenia. Kłopotliwym natomiast okazał się fakt, że Jadochwytak był tutaj JEDYNYM jeńcem.
- ... ale nie martw się, chłopaki połapią więcej twoich koleżków. Potem wszystkich was weźmiemy do wielkiej sali, gdzie spłoniecie na rytualnym stosie. Ach tak, brakuje mi kakofonii wrzasków i błagań muskanych językami płomieni buntowników.
Zatem były szanse, że jednak przeżyje dłużej, niż dwie noce. Może nawet dostanie jakieś jedzenie...

Będąc więźniem zamkniętym pod kluczem w piwnicy twierdzy, czas zdaje się w ogóle nie płynąć. Dopiero po pewnym czasie Selb nauczył się, że klawisz spożywa dwa posiłki, na pół godziny opuszczając swój posterunek. Wtedy też i jego karmią - pod groźbą zabicia tu i teraz, każą mu odejść na drugi koniec celi i uchylają kratę, zostawiając na podłodze miskę z kawałkiem chleba i drewnianym kubkiem wody. Ma dziesięć minut by się posilić, potem klawisz zabiera wszystko w asyście dwóch żołnierzy. Następnie... ma czas aby gnić w celi. Po dwóch "dniach" (po dwóch karmieniach, między którymi zdążył się wyspać kilka godzin) Selb zaczął rozmawiać z klawiszem, choć daleko było temu do kulturalnej pogawędki. Mimo wszystko Jadochwytak zdawał się robić użytek z faktu, że jeszcze żyje, więc na zaczepki płomiennego odpowiadał równie poniżająco, jak rozmówca.
Z czasem odzyskiwał siły. Mógł przechadzać się po celi i przekręcać się na bok, gdy spał. Opuchlizna na jednym oku zelżała, w uszach przestało dzwonić w łbie nie pulsowało.
Próbował snuć pierwsze plany ucieczki, ale zawsze kończyły się na brzmiących w pamięci słowach trzeciego płomiennego, który był obecny przy przesłuchaniu.
Dni mijały w samotności, przerywanej okazjonalnymi potyczkami słownymi z klawiszem. Żarcie wciąż było do bani, ale czegoż się spodziewać będąc jeńcem? Pewnego razu nie dostał jedzenia, choć pilnujący go popielec był już po drugim posiłku.
- Te, a moja porcja gdzie? - odezwał się Selb, przypierając łapami do krat.
- Kto nie pracuje ten nie je. Jesteś darmozjadem i do tego gównem.
- Gówno, drogi kolego, to dostajesz do michy dwa razy dziennie. Założę się, że lepiej mnie karmią niż ciebie.
- Tak? - odparł klawisz rechocząc. Podszedł do kraty Selba i przypatrzył mu się swymi mętnymi, lekko pomarańczowymi oczyma.
- Tak, tak uważam. Jeńca traktują lepiej, niż ciebie.
- Czekaj no kmiocie, połapiemy was więcej to skończy się karmienie i wylegiwanie się w celi. Trafisz na stos.
- To coś ciężko wam idzie, skoro tkwię tu bez mała kilkanaście dni, a wy dalej nikogo nie złapaliście.
Klawisz warknął, uchylając połę płaszcza za którą wystawała rękojeść pałki.
- Co, zbijesz mnie? - rzekł drwiąco Selb - Kudły ci z dupska powyrywają jeśli mnie tkniesz. Chyba, że to ciebie mają na stosie spalić - Selb wyszczerzył kły w kpiącym uśmiechu - Nie, sądzę, że nie. Cioty zostają klawiszami, więc nie byłoby z ciebie godnego paliwa dla waszych tandetnych czarów.
Klawisz wyszarpnął zza pasa pałkę i drugą łapą sięgnął po pęk kluczy. Klnąc na czym świat stoi, zbliżył się do drzwi celi i wraził do zamka klucze. Selb nie spodziewał się, że płomienny weźmie to na serio. Ale to mogła być jego szansa. Cofnął się w głąb pomieszczenia i lekko ugiął się na nogach - wciąż bolały, nie były w pełni sprawne, ale to musiało wystarczyć. Do obrony miał tylko kły i pazury a także przewagę gabarytową. Szansę miał tylko jedną - gdy klawisz wejdzie do środka, skoczyć na niego, powalić i rozszarpać szyję.
- Już ja cię nauczę, szczekliwy psie - drzwi celi uchyliły się a klawisz zamachnął pałką w dłoni. Selb czekał, niech zrobi jeszcze jeden krok, a wtedy wyskoczy i...

Klawisz głucho jęknął i osunął się na zimną posadzkę celi. Selb już prężył się do wyskoku, nawet nie zdążył wyhamować gdy wyskoczył z pazurami na stojącego za strażnikiem popielca, który przed chwilą położył go jednym wprawnym ciosem w tył głowy. Z Selbem też poradził sobie błyskawicznie - zrobił krok w tył i gdy Selb opadł, chwycił go za łapę i wykręcił ją do tego stopnia, że stawy zaczął rozrywać ból.
- Teraz spokój - stonowany głos popielca był Selbowi niejako znajomy, lecz nie potrafił sobie przypomnieć skąd - Nie jestem tu po to, aby cię zabić. Wręcz przeciwnie.
- To puść mnie kurwa!
Tak też się stało. Selb opadł i przytrzymał się drugą łapą podłogi, spoglądając na pomarańczowo-czerwony mundur nieznanego popielca. Ten dźwignął z podłogi pałkę klawisza i wyciągnął ją w kierunku Selba:
- Masz, przyda ci się nim dojdziemy do zbrojowni.
Jadochwytak wstał i chwycił pałkę, niemalże wyrywając ją z rąk popielca. Spojrzał mu w oczy, na co ten zmitygował go następującymi słowami:
- Nie gap się tak na mnie. Jesteś potrzebny Legionom. Niebawem rozpocznie się natarcie, więc musimy naszym utorować drogę do środka. Pomożesz mi w tym.
Selb skinął łbem. Nie miał powodu aby mu ufać, niemniej w jego obecności obezwładnił płomiennego. Wreszcie przypomniał sobie, skąd pamiętał jego głos: to był trzeci spośród obecnych na przesłuchaniu popielców, ten, który jako ostatni podszedł do niego i rzekł:
- Trzymaj się, będziesz mi potrzebny. Czekaj na sygnał. Nie zabiją cię od razu, więc zbieraj siły.
Wtedy jednak nie do końca rozumiał, o co chodzi. Teraz jednak nadarzyła się okazja, by odpłacić pięknym za nadobne.

Opuszczając celę, wybiegli na spiralne schody prowadzące do góry. Selb szedł za swoim wybawcą, jako że tamten zdawał się znać drogę. Wspięli się o jedno piętro do góry, gdzie znajdował się podobny korytarz. Gestem łapy nakazał mu czekać - z daleka słychać było oddalające się kroki i przerywane rozmowy.
- Idą na obiad. Większość pomieszczeń nie będzie dobrze pilnowana - rzekł wilk w owczym przebraniu i ruszył dalej, gdy wszelkie dźwięki ucichły.
Wspięli się po schodach wyżej, gdzie przecinając korytarz znaleźli się  czymś, co przypominało okopowy labirynt. Przejścia, kolejne korytarze, pomieszczenia z zaopatrzeniem, łóżkami, biurkami... trudno to było zapamiętać umysłowi, który do niedawna jeszcze swoje wyobrażenie o świecie zamykał w czterech kątach celi.
- Jak ty się w ogóle nazywasz? - zwracając się do wybawcy, Selb przytrzymał się łapą ściany. Musiał chwilę odetchnąć. Im wyżej, tym robiło się goręcej.
- Tykkat Mantlebearer, Popielny Legion. Ty?
- Selb Jadochwytak.
- Uściśniemy sobie łapy później.
Przemykając niekończącymi się korytarzami, dotarli do przestronnego pomieszczenia wyposażonego w rynsztunek, broń i innego rodzaju zaopatrzenie bojowe. Tykkat natychmiast wyszukał lniany wór i zaczął ładować do niego ładunki wybuchowe, jakich Selb wcześniej nie widział. Wyglądały jak kamienne prostokąty, choć łatwość, z jaką popielec je dźwigał wskazywała, że materiał z którego je wyprodukowali był o wiele lżejszy. W środku znajdowała się gorejąca lawa. Poza nimi znajdowały się tutaj standardowe laski dynamitu.
- Uzbrój się jakoś. Tylko nie wkładaj niczego od płomiennych na siebie, bo jeszcze cię nasi ustrzelą - to powiedziawszy, ściągnął z siebie płaszcz wroga zostając w samym skórzanym napierśniku.
Selb podszedł do stojaków z bronią i popatrzył na wyeksponowane karabiny, będące połączeniem technologii z pokrętną, płomienną magią. Chwycił jeden, zważył w dłoni, lecz nigdzie nie mógł dojrzeć naboi. Komora biła gorejącym w środku ogniem.
- Lepiej weź coś na zapas. Te karabiny nie wymagają naboi, ale jak się przegrzeją, to nie postrzelasz. Trybun Smolderpaw zrobił użytek z naszej myśli technicznej i ich magii. Sojusz z dredgami też nie poszedł na marne. Płomienni są silniejsi niż kiedykolwiek, to i pukawki mają solidne.
Jadochwytak zważył jedną ze strzelb w łapie. Na siłę fizyczną nigdy nie narzekał, a skoro będzie musiał się przebijać przez wraży fort, to postanowił pójść za wskazówką Mantlebearera.

Zapiął skórzany pas na biodrach, do którego wraził pistolet i nóż. Ciało okrył skórzanym napierśnikiem, na nogi wciągnął wysokie, skórzane buty, uprzednio zakładając czarne spodnie jakie znalazł przy zbrojach. Zabrał dwa granaty, które po zderzeniu się z ziemią eksplodowały płomieniami. Gdy Tykkat był gotowy do wyjścia, Selb zabrał ze stojaków jeszcze dwie strzelby, łapiąc za ich rączki, oparł kolby o swoje barki.
- Istny zabijaka. A teraz słuchaj: musimy podłożyć ładunki w dwóch miejscach. Tutaj, by zamknąć gnojom drzwi do krainy wyposażenia, a potem w zachodniej części wieży. Ja wiem gdzie iść, ale z tym tobołem nie będę mógł dobrze walczyć. To twoje zadanie - mamy nie zginąć, podłożyć ładunki i wpuścić naszych do środka.
- Przyjąłem. Mów mi gdzie iść - Selb skinął łbem i wyszedł ze zbrojowni, rozglądając się to na prawo, to na lewo - Czysto. Podminuj teren.
Zadowolony z tego, jak układa się współpraca, Tykkat wyszczerzył kły i zabrał się do roboty. Umieszczał ładunki wybuchowe na wewnętrznej ścianie przejścia:
- Gnoje opracowali system, na podstawie którego te bombki wybuchają jak wykryją ruch. Od uzbrojenia mamy parę sekund, by stąd spadać, nie zostać rozerwanym.
- Nie lepiej zostawić je w przejściu korytarza? - Mantlebearer spojrzał na Selba, marnego sapera, z politowaniem.
- Domyślą się. Stój na czatach i pozwól mi wykonywać moją robotę.
Skończywszy, popielny dźwignął z ziemi wór z niespodziankami i pchnął Selba w kierunku korytarza, w lewo. Szli wolno, przylegając do ścian przy załamaniach korytarza. Przy każdym z nich Selb wychylał się i kiwał łbem, dając znać, że przejście jest czyste. Tykkat musiał mieć mapę wrażego kompleksu wyrytą na pamięć, bowiem Jadochwytak zdołałby się dawno tutaj zgubić bez swojego przewodnika.
Doszli do kolejnych spiralnych schodów, Mantlebearer kiwnięciem łba wskazał drogę na górę. Schodki były liczne i niewielkie, stąd łatwo było się poślizgnąć na kamiennej posadzce i stoczyć się w dół. Mając dwie łapy zajęte, Selb manewrował ciężarem ciała, przechylając się do przodu. Wtem, gdy dostali się do następnego korytarza, ściany zadrgały po raz pierwszy. Potem znów, kolejny raz, jeszcze jeden, jakby olbrzymie łapska spoczęły na murach fortu i szarpały nim jak kukiełką.
- To nasi - oznajmił Tykkat - Ofensywa rozpoczęła się. Będą nacierać na wszystkie trzy forty: "Pochodnia", czyli nasz, "Płomień" oraz "Żar".
Na potwierdzenie tegoż faktu, po korytarzach i pomieszczeniach twierdzy rozniósł się niski, basowy głos spikera-zaklinacza, wzywający wszystkich do zajęcia desygnowanych stanowisk obronnych.


Przyspieszyli kroku. Zza rogu słychać było ponaglające rozkazy, to też Selb oparł kolby strzelb o barki i wymierzył przed siebie. Nie zwalniał, nawet wtedy, gdy pierwszy zakuty w pomarańczowo-czerwony hełm popielec wyskoczył zza rogu. Nim zdążył zareagować, Jadochwytak wypalił z odległości 6 kroków w oponenta, odpychając go garścią płonących nabojów. Trzymana w jednej łapie strzelba działała tak samo, jak jej konwencjonalny wariant: lufa wypluwała zapalający się śrut, który bezlitośnie wżerał się w to, co napotkał na swojej drodze. Najbardziej wygodne było to, że magiczna konstrukcja strzelby nie wymagała pociągnięcia za ruchome czółenko z przodu, które zwalniałoby pustą łuskę z komory. Jej po prostu tam nie było.
Selb wyhamował przed skrętem w prawo, skąd jak się spodziewał, wybiegną kolejni. Tak też się stało: repetując to jedną, to drugą strzelbą czuł, jak odrzut odpycha go w tył, zupełnie tak samo, jak śmierć dotykająca nieprzygotowanych przeciwników.
Przekroczywszy cztery ciała, biegł dalej, sprawdzając czy Tykkat dotrzymuje kroku.
- Daleko jeszcze? - zapytał Selb, tym razem nie szczędząc gardła by mówić szeptem.
W pomieszczeniu po prawej, gdzie otworzyły się gwałtownie drzwi, stanął popielec z taką samą strzelbą jakie trzymał Jadochwytak. Nie czekając na odpowiedź wybawcy, Selb odwrócił się gwałtownie i wypalił oboma flintami na raz, odrzucając oponenta o pięć kroków w tył.
- Niedaleko. Skręć w lewo i schodami w dół.
Postąpił według instrukcji. Wtedy, niemalże z nikąd na drodze popielców stanął szczupły płomienny który uderzył Selba w pysk i zamarkował pchnięcie sztyletem w jego gardziel. Jadchwytak zdołał uchylić się od zabójczego ciosu, pozwalając rozciąć swoje lewe dolne ucho. Grzmotnął na odlew prawą strzelbą przez łeb oponenta i wypalił z prawej prosto w jego plecy. Z drugiego końca korytarza nadciągali kolejni: było ich trzech, nawet czterech, każdy pałający rządzą krwi. Poprawiwszy ułożenie broni palnej, Selb zaczął repetować to z jednej, to z drugiej strzelby naprzemiennie. Pociski przypominały iskry które wypluwane były przez lufę, zupełnie jak zapalone zimne ognie.
Nigdy wcześniej nie czuł takiej ekstazy. Silny odrzut strzelb stał się pieszczotą, buchające u wylotów luf płomienie przyjemnym wiaterkiem. Serce biło mocniej a myśli skupiały się wokół jednego: "Zabić".
- Łoisz ich jak trza, Selb! - krzyknął Tykkat rechocząc doniośle - Jesteś z Krwawych?
- Żelazny - odparł, przystawiając lufę do zdychającego w agonii wroga. Jedno pociągnięcie spustu zamieniło jego łeb w zgnieciony, czekoladowy cukierek z wiśniowym nadzieniem.
Dostali się do kolejnych spiralnych schodów, jednakże korytarz był o wiele szerszy, zdolny pomieścić pięciu popielców idących ramię w ramię. Mantlebearer spojrzał za siebie i rzucił wór na ziemię.
- Osłaniaj mnie teraz. Otwieramy drogę naszym.
Ściany fortu trzęsły się raz za razem, gdy masywne artyleryjskie pociski uderzały nieubłagalnie w mury. Stukot ciężkiego obuwia poniósł się z góry, to też Selb nie zastanawiając się dwa razy, wszedł cztery schodki do góry. Minęły trzy sekundy, a pierwszy płomienny wyłonił się zza prowadzącego w górę zakrętu. Nie spodziewając się ujrzeć popielca z dwoma strzelbami wymierzonymi w jego tors, zdołał jedynie nabrać powietrza by ostrzec pozostałych.
Na darmo. Zamiast krzyku rozległ się huk wypalającej broni, a nieszczęśnik bezwładnie sturlał się w dół. Za nim nadeszli kolejni, którzy podzielili jego los. Ale na tym się nie skończyło - zaalarmowani płomienni zaczęli zbiegać w dół, zwiastując o tym okrzykami i wezwaniami do poddania się. Selb upuścił prawą strzelbę i sięgnął do pasa po granat zapalający, którego zawleczki pozbył się zahaczając ją o wystający kieł. Odczekał sekundę i podrzucił granat do przodu, sam biorąc drugą strzelbę i nogi za pas. W ten sposób udaremnił wrogowi natarcie, zaś wrzaski palonego płomiennego stały się muzyką dla dwóch par Selbowych uszu.
- Długo jeszcze? - zapytał Tykkata.
- STAĆ!
Odwrócili się obaj. Korytarzem, którym dotarli tutaj szybkim krokiem maszerowało sześciu płomiennych, zasłaniając się tarczami. Uciec nie było dokąd - na górze palące się ciała, schodów na dół nie było. Selb wypalił parę razy, lecz na nic się to zdało, gdyż szerokie i podłużne tarcze całkowicie chroniły nadciągających przed szwankiem.
- Nie stawiać oporu! Pozwolimy wam szybko i bezboleśnie pożegnać się z życiem.
- Cmoknij mnie w ogon, fiucie - Selb puścił prawą strzelbę i wyszarpnął ostatni granat. Odbezpieczył go i rzucił w kierunku przemieszczającej się formacji. Granat eksplodował po zderzeniu z ziemią, podpalając tych, którzy szli z przodu. Schylił się i złapał strzelbę, oparł obie o barki i walił to z jednej, to z drugiej.
- Szybciej! - Jadochwytak z drżeniem w głosie ponaglił Tykkata. Gołym okiem nie był w stanie ocenić ilu jeszcze biegło korytarzem w ich kierunku. Nagle jedna ze strzelb przestała działać - widoczna gołym okiem komora z zaklętym ogniem gwałtownie błyskała, świadcząc o przegrzaniu broni.
- Już! Kryć się!
Ale nie było gdzie! Postanowili więc wbiec te kilka schodków w górę i przykucnąć, chowając się za załomem spiralnych schodów. Spojrzeli na siebie, jakby za chwile któreś z nich, albo oboje mieli wylecieć w powietrze lub w najlepszym przypadku stracić dwie kończyny.
Wyłom w ścianie był ogromny. Korytarz przeszyła chmura kurzu, drobnych kamieni i smrodu spalonego futra. Słysząc kaszel, Selb utwierdził się w przekonaniu, że jednak przeżyli. Nie czuł też bólu, więc chyba nie został ranny. Zostawiwszy jedną ze strzelb na ziemi, podniósł się i sprawdził co z Mantlebearerem.
Szczęściarz był cały. Chwilę dochodził do siebie, kaszląc i ocierając łzy ze swych malutkich, wąskich ślepi. Po chwili słychać było rozentuzjazmowane krzyki wpadających do środka żołnierzy Legionów. Rozdzielili się - jedni pobiegli do góry, drudzy korytarzem na prawo. Ktoś z nich wymierzył karabinem w Selba.
- Nie strzelaj, jestem od was! Wysadziliśmy ścianę! Na górze się pali, nie przejdziecie.
- Kurwa! - żołnierz zaklął, dźwigając Tykkata za fraki - Wynoście się stąd, teraz nasza kolej.

Przed fortem toczyła się walka z prawdziwego zdarzenia. Niebo rozrywały czarne smugi pocisków artyleryjskich, a wysoko nad murami koczował sterowiec ostrzeliwujący dziedziniec fortu. W murach powstały wyłomy, dodatkowo powiększane przez wystrzeliwane czołgami pociski burzące. Zewsząd nadchodziły sznury piechoty, tylko czekające na swoją kolej. Rannych zabierali sanitariusze na noszach, a w oddali słychać było świst wirników charrcopterów które tylko czekały, aby zabrać tych najbardziej poszkodowanych prosto na stół operacyjny.
Tykkat wraz z Selbem doczłapali do najbliżej wysuniętego okopu, wskakując do środka. Po drodze mijali żołnierzy, którzy z wielkim zdziwieniem przypatrywali się zmierzającym w przeciwnym kierunku sojusznikom.
Chwilę zajęło im złapanie oddechu. Tykkat wyciągnął zza pasa manierkę i odkręcił ją, by nalać sobie wody do pyska. Selb bez pytania wyciągnął łapę i dostał to, czego pragnął od ponad dnia - łyk czystej, zimnej wody.
- No, to nasza robota tutaj się kończy - oznajmił Mantlebearer, dysząc jak silnik parowy - Nasza dola wykonana, teraz niech inni się wykażą.
- Żartujesz? Chcę walczyć! - Selb z niedowierzaniem przyjął słowa kompana - Nasi się tam tłuką na śmierć i życie a my mamy grzać dupy w okopie?
- Stary, byłeś kilkanaście dni w niewoli. Masz jeszcze siły?
- Mam.
- To gdzie twoja banda?
Selb zamilkł na chwilę. Na dobrą sprawę nie mógł przyznać się, że rozsadził ich na drobne kawałki w ich własnej kwaterze. Rozwiązanie jednakże okazało się o wiele łatwiejsze, niż można było przypuszczać.
- Byłem w niewoli, skąd mogę wiedzieć, gdzie teraz są? A twoja banda?
- Jesteśmy agentami, infiltratorami, szpiegami. Każdy z nas dostał swoje zadanie, ja swoje wykonałem.
Selb mruknął i podpierając się łapami o drewniane deski ściany okopu, podniósł się na równe nogi.
- Zaczekaj! Jak już ci tak spieszno do bitki, znam kogoś, kto cię porządnie wyposaży.
Ruszyli krętymi korytarzami okopów, które niegdyś były własnością Płomiennego Legionu. Znów, Tykkat zdawał się doskonale wiedzieć gdzie co się znajduje. Poprowadził Selba do punktu zaopatrzenia, gdzie za kontuarem siedział znudzony popielec, najwyraźniej bardzo niezadowolony z tego, że nie może brać udziału w bitwie.
- Morrus! - Tykkat oparł łapy na kwatermistrzowskim kontuarze - Masz jeszcze zestaw czyściciela okopów dla mojego przyjaciela?
Kwatermistrz podniósł się z siedziska i spojrzał na Selba, który z jednej strony wyglądał jak siedem nieszczęść, z drugiej jak napalony do walki młodzik. Właściwie tylko ta ochota odegrania się za wzięcie do niewoli napędzała Jadochwytaka, pchając go głęboko we wrażą gardziel.
- Mam, chodźcie za mną.
Ruszyli na tyły namiotu, gdzie znajdowały się przetrzepane skrzynie z zaopatrzeniem. Prawie wszystko było w użytku, poza jednym kompletem ciężkiego opancerzenia (podobne nosił Kyrrozon).
- Stoi, nie rusza się. Tykkat, pomóż, szybciej będzie.
Selb stał jak wryty. Na polecenie rozłożył ramiona i stanął w rozkroku. Obaj popielce zakuli go w stalowe karwasze, nagolenniki oraz ciężki napierśnik. Tykkat założył mu na głowę hełm i założył prowizoryczną maskę gazową na pysk, na oczy nasunął Jadochwytakowi google.
Kwatermistrz Morrus otworzył jedną ze skrzyń i wyciągnął kanister z paliwem, który można było ubrać na plecy. Gdy Selb przełożył ramiona przez pasy plecaka, kwatermistrz podłączył miotacz i podał go Selbowi do ręki.
- Legion? - zapytał Morrus, zatrzymując się przy mniejszej szkatułce.
- Żelazny - odparł Selb, mrucząc przez maskę.
Morrus wyciągnął ze szkatułki opaskę z symbolem Żelaznego Legionu i nasunął ją na lewe ramię Selba. Spojrzał na niego i klepnął w ramię.
- Idź walczyć.
Selb spojrzał na Tykkata i skinął mu głową w podziękowaniu.
- Idź. Jak przeżyjesz, wychylimy kufel w Ząbkowanym jak ta wojna się skończy.

Selb biegł tak szybko, jak mógł. Stalowe opancerzenie wcale nie pomagało w skutecznym przemieszczaniu się. Nie mając do kogo się przyczepić, ruszył do wyłomu w murze gdzie kierowało się najwięcej żołnierzy Żelaznych. Sterowiec ostrzeliwał w tym momencie tylnie mury i budynki przy dziedzińcu, artyleria natomiast ucichła. Charrcoptery mogły teraz wykonywać pełne kursy z pola bitwy na tyły, nie musząc obierać okrężnej drogi by uniknąć ognia własnych dział.
Wciskając się między żołnierzy, Jadochwytak wpadł na dziedziniec który był zbieraniną gruzu i martwych ciał, pourywanych kończyn i zmiażdżonych łbów. Wszyscy żołnierze kierowali się w stronę wejść do fortu lub wyłomów w ścianach.
- Ty! - ktoś szarpnął Selbem, łapiąc za jego stalowy naramiennik - Ruszaj do wieży, tam potrzebują takich jak ty.
Skinął łbem i pospiesznie skierował się wraz z szóstką żelaznych, którzy biegli do wyłamanej bramy prowadzącej do środka kompleksu. Koniec końców wrócił do miejsca, skąd zaczął. Tym razem nie jako więzień, ogołocony, pobity i przymierający głodem, ale jako żołnierz. Choć w dalszym ciągu głodny.


To jednak nie miało znaczenia. Selb nie utracił swojego rozpędu do walki i nie zamierzał hamować. Dzierżąc miotacz ognia i dudniąc okutymi butami o posadzkę wpadł do pomieszczenia, gdzie toczyła się zażarta walka. Nikt nie myślał o bezpośrednim starciu na miecze i topory: płomienni kryli się za wywróconymi stołami, ławami, kontuarami stołówki gdzie normalnie wydawano posiłki. Padał strzał za strzałem, ktoś rzucił granat który eksplodował wzrywając ukatrupione ciało wroga w powietrze.
- Przypal ich, co tak kurwa stoisz?
Selb ocknął się i wyciągnął miotacz przed siebie. Od zawsze chciał nacisnąć na spust urządzenia, które potrafiło odmienić losy potyczki. Skoro Płomienni mogli, to i Żelaznym było wolno. Strumień ognia objął kryjących się za masywnym stołem płomiennych, którzy od razu podnieśli się i w krzyku próbowali uciekać.
Nie zdołali. Nie szczędzono kul, by dobijać nawet tych, którzy niebawem dokonają swojego żywota. Jest to poniekąd humanitarne rozwiązanie przy wykorzystaniu niehumanitarnego oręża. Ale czyż można mówić o byciu "humanitarnym" na wojnie?
- Pomieszczenie czyste, idziemy dalej!
Jadochwytak znów wyrwał się z zamyślenia. Ani się nie obejrzał, a spalił wszystkich skrzętnie ukrytych wrogów. Ruszył więc z nieznaną mu bandą naprzód, przepuszczając najpierw tych, którzy byli lżej opancerzeni, bowiem poruszanie się w kilkudziesięciokilogramowej zbroi stanowiło nie lada utrudnienie. To dlatego zwykli piechociarze najpierw rzucali swoje życie na szalę by stworzyć warunki operatorowi miotacza do idealnego ataku.
- Granat, padnij!
Żołnierze przed nim przylgnęli brzuchami do podłoża. Nie każdy zdążył - dwie popielki rozniosło na prawo i lewo. Selb nie miał jak się położyć, niemniej zbroja zatrzymała płonące odłamki które co najwyżej zadudniły w okalającą go stal. Natychmiast otworzono ogień do płomiennych a potem ruszono dalej. Obie samice ranione kilkoma odłamkami dogorywały pod ścianą.
Nagle korytarz przeszył gęsty dym. Czy to była zasłona dla obrońców, czy może trująca substancja z którą Selb zdążył się już zetknąć? Nie mógł powiedzieć, jako że cały czas miał na sobie prowizoryczną maskę gazową. Żołnierze przed nim naprędce odwracali się i desperacko ubierali materiałowe maski z filtrami na łby. Jadochwytak wystąpił w przód i wypuścił kilka obłoków płomieni przed siebie. Nie zarejestrował reakcji, lecz nie mógł mieć na początku pewności, że nikt tam się nie znajduje.
Żołnierzy obu stron przybywało i ubywało zarazem. Często poszczególne bandy czy większe oddziały danej centurii spotykały się w tym samym miejscu, by ruszyć do kolejnych pomieszczeń celem wyparcia wroga. Przebieg starcia póki co wypadał na korzyść Trzech Legionów: Fort Pochodnia miał zabezpieczony dziedziniec, mury oraz większość budynków zewnętrznych. Najtrudniejsza walka rozgrywała się w środku twierdzy, i choć Płomienny Legion co raz odstępował kolejne pokoje, korytarze i schody, wciąż należało zdobyć szczyt wieży.
Żadna bitwa bowiem nie była skończona, dopóki symbol zwycięskiej strony nie zawiśnie w najbardziej dostrzegalnym miejscu.

Prawie cztery niepełne bandy przegrupowały się w przestronnym holu, gdzie walały się ciała żołnierzy obu zwaśnionych stron. Był to ostatni przystanek przed szturmem na wieżę, dokąd prowadziły najpierw szerokie, kamienne schody, z których dowódcy Płomiennych przemawiali do swych żołnierzy.
- Jak wygląda sytuacja, centurionie? - spytał dowódca bandy, z którą przybył Selb.
- Chujowo. Płomienni wycofują się, ale odparli nasz atak na wieżę. Wyłomem też nie przejdziemy, został zastawiony przy użyciu magii. Musimy ich wziąć z frontu, najcięższą możliwą drogą. Do tego, kurwa, natrafiliśmy na Smolderpawa, ale uciekł portalem skurwysyn.
- Zrozumiano. Mamy jednego na doczepkę z miotaczem.
- Zatem pójdzie w środku, flanki niech go osłaniają. Dorzucę jeszcze dwóch swoich z miotaczami i jednego siłacza z karabinem korbowym. Nie mamy co liczyć na kolejne wsparcie, więc niech wszyscy zepną kurwa poślady - centurion wskoczył na czwarty schodek i stanął twarzą do reszty - Słyszycie? Jeśli nam się teraz nie uda, to wszystko na nic! Osłaniajcie się wzajemnie, nie odstępujcie nawet na krok. Walczcie, jakby od tego zależało nie tylko wasze życie, ale przyszłość całego Legionu. Dziś Żelaźni biorą szturmem Fort Pochodnię.
Choć kłamstwem było stwierdzenie, że od nich jedynych zależy wynik tej bitwy, to ta drobna różnica między prawdą a fałszem miała na celu rozpalenie w żołnierzach ducha walki. Centurion zamachnął łapą w stronę schodów - na ten sygnał wszyscy ruszyli do ataku. Selb zaczął wspinać się po schodach, a po chwili dołączyło do niego jeszcze dwóch żołnierzy z miotaczami i jeden z ciężkim karabinem.

Przebiegli przez szerokie schody bez problemu, natomiast pierwszy przejaw oporu napotkali w szerokim korytarzu prowadzącym do spiralnych schodów w górę. W przejściu ustawione były wzniesione magią barykady, zza których strzelali płomienni. W odpowiedzi na to poleciały granaty, koktajle z benzyną i zapaloną szmatą oraz wypaliły lufy karabinów. Selb wraz z innymi operatorami miotaczy wystąpili naprzód, torując sobie drogę ścianą ognia, która bezlitośnie połykała każde żywe stworzenie, z jakim się zetknęła. Pociski odbijały się od stalowego opancerzenia, które teraz wyglądało jak zużyta tarcza strzelecka - naznaczona licznymi wgnieceniami od pocisków, usmolona czernią.
Mimo tego Legiony przebijały się naprzód, pokonując barykadę za barykadą, aż nie dotarli do schodów. Tutaj należało uczynić formację węższą, to też Selb ruszył przodem. Z miotaczem wycelowanym w górę, tylko czekał by zarejestrować jakikolwiek ruch. Nagle schody się skończyły, znaleźli się w niewielkim, kwadratowym pomieszczeniu. Coś zasyczało, a następnie od ścian echem odbił się huk eksplozji.
Selb nie wiedział, co się stało. Z pewnością nie stał na swoich nogach, nie czuł ich nawet. W uszach dudniło, a wzrok był rozmyty, oczy nie potrafiły zarejestrować ostrych konturów. Jedynie przytłumione krzyki i wystrzały docierały do niego w formie impulsów przesyłanych do mózgu, które jakoś zdołały wyłapać zatkane uszy. Przed oczyma światło powoli znikało, czuł jak odpływał, ale nie mógł nic na to poradzić. Lekko poruszył dłonią, lecz kark odmawiał współpracy. Drgnął nogą - znaczy, że były całe. Na nic mu się to zdało, gdy świat zaraz objął mrok, a świadomość odpływała i znikała jak łódź kupiecka za horyzontem poznania...
Jeśli to właśnie była śmierć, to przynajmniej na nią zasłużył. Na godne pożegnanie ze światem, w zbroi i broni w łapie. Tak, jak opisywano to w fahrarze. Tak, jak przedstawiano to w ideałach. Jednak mimo wszystko wojna, jakkolwiek zła by nie była, dawała satysfakcję z dobrze wykonanej roboty dla swojej ojczyzny, Legionu, wszystkiego, co było mu drogie. W taki sposób mógł się żegnać. Już czas.

- WSTAWAJ!
A jednak jeszcze nie. Selb otworzył oczy, jakby ktoś wylał na niego wiadro zimnej wody. Zadziwiającym faktem było to, że wcale nie chciał widzieć, słyszeć, czuć, ale.. coś jakby go do tego zmuszało. Zobaczył nad sobą pochyloną popielkę z torbą sanitariusza, która odrzucała właśnie strzykawkę na bok.
- Wpierdol mu drugi stymulant i niech wstaje, trzeba nam miotaczy na górę!
- Zdurniałeś? - ryknęła popielka - Druga dawka by go zabiła. Podnieście go, musi dojść do siebie.
Postawienie opancerzonego kolosa na nogi wymagało uczestnictwa czterech żołnierzy, a wciąż nie było to łatwe zadanie. Obraz rejestrowany przez oczy stał się ostrzejszy, jaśniejszy, uszy wyłapywały wszystko tak, jakby znajdował się w drugim pokoju. Serce waliło jak szalone, a myśli na moment nie mogły uformować się w żaden sensowny ciąg.
Popielka chwyciła Selba za ramiona i potrząsnęła nim:
- Nic ci nie ma, zbroja pochłonęła większość eksplozji granatu. Żyjesz, stary, tylko zacznij ogarniać!
Selb skinął głową, choć wcale nie czuł się w pełni gotów do walki. Nie było jednak czasu. Do pokonania były ostatnie schody, a potem bitwa będzie skończona.
Ryknął, dając znać, że już wrócił do świata walczących. Wchodząc po schodach robił to szybciej, niż mu się wydawało. Nie czuł zmęczenia, choć serce kołatało jak namolny akwizytor przy drzwiach. Sapał do maski jak maszyna parowa. Zacisnął mocniej dłonie na miotaczu i wystawił go naprzód, wspinając się coraz wyżej. Gdy tylko ujrzał niebo, znów przyspieszył i znalazł się na zrujnowanym czubku wieży, gdzie leżało kilka rozszarpanych przez ostrzał ze sterowca ciał. Wśród nich stali ostatni obrońcy tego bastionu. Dumni, nieustraszeni, gotowi do walki. Poddanie się czy ucieczka nie było dla nich rozwiązaniem. Podobnie jak Żelaźni, Krwawi czy Popielni, gotowi byli oddać życie niż znieść porażkę.
Dwunastoosobowy oddział ruszył do walki. Uzbrojeni w miecze, topory, tarcze, łuki czy karabiny - walczący wręcz biegli na Selba, który odsunął się by zrobić miejsce reszcie. Ochoczo pociągnął za spust miotacza, uwalniając strumień ognia.
Starcie trwało zaledwie chwilę, gdy płomienie Jadochwytaka i dwóch pozostałych operatorów miotaczy (którzy wspięli się na górę zaraz po Selbie) zajęły ogniem nacierających wrogów. Tych, którzy pozostali w tyle, wykończyli piechociarze. Choć Płomienni nie mieli żadnych szans, Selb podziwiał ich odwagę. Pod tym względem niczym nie różnili się od jego sojuszników, od Haskera, Falpita czy Rampera. Każdy z nich został wychowany tak, by w ostatecznej godzinie być gotów na najwyższe poświęcenie.
I w końcu Selb poczuł, że i on jest na to gotów.


Pod koniec Sezonu Zefira Trzy Wysokie Legiony zajęły Fort Pochodnię, Fort Płomień oraz Fort Żar położone na północ od Płomiennej Cytadeli. Dla Płomiennego Legionu oznaczało to wyparcie z powrotem w góry, do pierwotnie zajmowanych pozycji. W ogólnym rozrachunku, na przestrzeni całej bitwy udział wzięło ponad 100 tysięcy żołnierzy sił lądowych, powietrznych czy artyleryjskich. Każda ze stron poniosła ogromne straty, czego konsekwencje ukazały się niemalże od razu.
Płomienny Legion zajął kluczowe pozycje na granicy, zaś Czarna Cytadela została zmuszona do kolejnego zwiększenia nakładów idących na zabezpieczenie zdobytej strefy.
Niemniej nie oznaczało to końca starcia, gdyż upojony zwycięstwem Imperator Smodur z początkiem Sezonu Feniksa wydał dyrektywę, na mocy której Żelazny Legion miał przystąpić do operacji o kryptonimie "Kolos". W tym celu nastąpiła kolejna mobilizacja, poprzedzona wielkim przegrupowaniem wszystkich sił zbrojnych Czarnej Cytadeli.


Falkner

  • Egida
  • ******
  • Wiadomości: 1197
  • Płeć: Mężczyzna
Kronika III: Wojna partyzancka

Po licznych dniach morderczych zmagań, Trzy Wysokie Legiony wyparły Płomienny Legion z powrotem w góry, tym samym przywracając stan granic do pierwotnej postaci. Podczas, gdy Trybun Płomiennego Legionu Jaharr Smolderpaw analizował straty i rozważał ponowny atak, Czarna Cytadela zadecydowała iść za ciosem. Z początkiem Sezonu Feniksa połączone siły Żelaznego, Krwawego i Popielnego Legionu przystąpiły do ataku, wkraczając na terytorium Płomiennych. Operacja nosiła nazwę "Kolos".
W wyniku natarcia każdy Płomienny broniący granic otrzymał jeden rozkaz: Bronić swego za cenę życia. Zajmując stanowiska w dobrze znanych górach, Płomienni wykorzystywali przewagę terenu by z zaskoczenia atakować kolumny żołnierzy czy opancerzone pojazdy. Nie było tu mowy o pełnym wsparciu z powietrza, a artyleria przesuwała się dopiero, gdy teren został w pełni zabezpieczony.
Na drodze do zwycięstwa Legionów stały posterunki, garnizony lub wioski-pułapki. Nigdy nie można było być pewnym, czy wróg nie czai się za rogiem, w krzakach, lub na wzgórzu.


Powrót

Znalezienie miejsca na nocleg nie było trudne, jako że wiele z wydrążonych w ziemi grot, jaskiń czy pomieszczeń była aktualnie pusta. Na sygnał wszyscy rzucili swój dobytek i sięgnęli po broń, uformowali szyki, ruszyli biegiem gdy tylko mury Fortu Pochodnia zostały wyłamane. Jak jeden zgrany organizm, Legiony pobudzony układ odpornościowy rzucił całe swe siły, sięgnął po wszelkie dostępne możliwości aby wyplewić zarazę plugawiącą ojczyznę. Tego dnia Płomienny Legion utracił wszystkie trzy ze swych kluczowych twierdz. Choroba jednak nie została zażegnana. Komórka "matka" w postaci trybuna Smolderpawa wycofała się w samą porę, zabierając ze sobą tylu, ile się dało. Teraz przegrupowuje się w swoim naturalnym środowisku, gdzie to Legiony będą uznane za najeźdźcę, a Płomienni za obrońców.
W tym starciu poległo wielu, nim sztandary Krwawych, Popielnych i Żelaznych zawisły na wieżach zdobytych twierdz. Stąd Selb bez problemu znalazł miejsce do spania w najbliższym okopie jaki udało mu się znaleźć. W wydrążonej jaskini zapalił dwie lampki naftowe i wyłożył się na legowisku z podwójnej skóry. Po zrzuceniu stalowego opancerzenia, całe cielsko zdawało się jakby pulsować, nogi włóczyły się za nim a łapy opadały. Efekt działania stymulantu szybko przeminął, pozostawiając Jadochwytaka jak wykręconą szmatę. Przez całą noc nikt nie wszedł do środka - z pewnością banda, która tutaj mieszkała już nie żyje, zupełnie jak jego własna. Nie miał ani chęci, ani odwagi ruszyć do starej kwatery. Upojenie zwycięstwem szybko przeminęło, a myśli o tym co będzie dalej zaczęły uderzać do głowy. Nie mogąc zasnąć, poszperał w pozostawionych w jaskini rzeczach - znalazł pudełko cygar i flaszkę whiskey. Wyszedł na zewnątrz i usiadł na skrzyni, zębem odkorkował flaszkę i pociągnął łyka. Dawno ten szlachetny trunek nie drążył korytarzami jego przełyku, właściwie to podczas niewoli odzwyczaił się od wszystkich wygód. Zabrudzone skóry w legowisku, mętna woda czy czerstwy chleb znaleziony w rzeczach zmarłych były teraz jak rarytas. Odpalił cygaro i wolną puszczając kłęby dymu, spoglądał w gwiazdy.


Następnego dnia przyszedł czas na rutynowe czynności. Ze snu wyrwało go szturchanie dwóch popielek, noszących na sobie insygnia "Straży Frontowej". Tego rodzaju jednostka wywodziła się bezpośrednio z Adamant Guard, a raczej tych osób, które w pierwszym naborze nie dostały posadki strażnika Czarnej Cytadeli. Do ich zadań należało pilnowanie porządku w okopach, garnizonach, posterunkach czy wszelkich innych miejscach, gdzie przebywali żołnierze. Rozwiązywali spory siłą, grzywną w postaci potrącenia z żołdu lub wtrąceniem do karceru na całą dobę.
Najpierw wypytano Selba o imię, nazwisko i rangę. Następnie został zaprowadzony do punktu opatrunkowego na krótkie i niedbałe badanie. Według niego Jadochwytak miał zostać zwolniony ze służby w wyniku odniesionych obrażeń i ogólnego wycieńczenia. Wtedy też musiał opowiedzieć o tym, jak trafił do niewoli. Strażnicy wyglądali na zdziwionych, bowiem uwolnieni jeńcy znajdowali się w innym sektorze. Można było nawet pomyśleć, że tak naprawdę był szpiegiem który po odwrocie swojego Legionu pozostał wśród wrogów, wypełniając dalej swoje rozkazy.
Okazanie w namiocie centuriona miało przynieść rozstrzygnięcie jego losu. Doprowadzono go polowej kwatery pod rozłożystym baldachimem, rozmieszczonej na dziedzińcu zdobytego Fortu Pochodnia. Idąc w asyście Straży, Jadochwytak przyciągał uwagę licznych żołnierzy stacjonujących w tym miejscu: piechociarzy, czołgistów czy pilotów, których charrcoptery stały po drugiej stronie placu. Nie był w stanie dostrzec żadnego znajomego pyska, co jeszcze bardziej go niepokoiło.
Jedna z popielek popchnęła go w stronę okrągłego stołu, przed którym siedział popielec o bladożółtym umaszczeniu, pręgowany od stóp do głów. Zaraz obok niego zasiadał popielec o jasnobrązowym futrze, z ciemniejszą plamką na pysku. Przed nimi rozłożona była mapa, a dwójka najwyraźniej była w trakcie jakiejś rozmowy, bowiem przerwali ją i podnieśli łby na Strażników i Selba. Ten niemalże od razu wyprężył się do salutu, aż jeden z kręgów kręgosłupa strzelił gdy prostował się jak drut. Zaraz za nim zasalutowały popielki ze straży, siedzący za stołem popielcy niemalże synchronicznie niedbale odsalutowali.
- Mamy kolejnego, który nie wie, gdzie jego banda - odezwała się jedna z popielek, wskazując pazurem na Selba - Znalazłyśmy go we frontowym okopie, nie ma przy sobie dokumentów, twierdzi, że był w niewoli. Wywiad medyczny to potwierdza, ale nie daje pewności.
- W porządku. Zaczekajcie na zewnątrz - starszy rangą żółty popielec machnął łapą wyganiając namolną straż poza baldachim.
Selb w duchu odetchnął, rozluźnił się i spojrzał w końcu w oczy oficerów. Szczególnie ten drugi, jasnobrązowy świdrował go wzrokiem, zupełnie jakby skądś go znał, ale Jadochwytak nie znał jego.
- Imię, nazwisko, banda, imię przełożonego - odezwał się żółty, sięgając po popielniczkę leżącą z boku stołu. Brązowy od razu przysunął mu pudełko z cygarami, wzięli po jednym i odpalili.
- Selb Jadochwytak, banda Jadu, moim dowódcą jest Centurion Edyrr Jadogrzmot.
- Był - wtrącił żółty - Jadogrzmot nie żyje. Tak samo, jak reszta twojego oddziału. Gratuluję, właśnie zostałeś gladium.
Selb stał chwilę zmieszany, jakby ktoś znienacka wcisnął mu knebel do pyska. Brązowy lekko wyszczerzył żółte od osadu kły w uśmiechu, zaś żółty z wolna zaciągnął się cygarem. Kontynuował:
- Nie zginęli w walce, tylko ktoś ich z premedytacją zamordował. Do ich kwatery został wrzucony granat, i to nie jeden, wszyscy w środku zginęli. Poza tobą. Śledztwo prawie przycichło, ale skoro mamy ciebie, to może nas oświecisz.
Żółty wstał i podszedł do szafki, z której wziął notes i węglowy rysik osadzony na stalowej rączce. Rzucił go jasnobrązowemu pod nos i kazał notować. Od razu pozbawił towarzysza uśmiechu na pysku.
- Kiedy ostatni raz widziałeś Centuriona Jadogrzmota i resztę bandy? - żółty siadł za stołem i pociągnął gęsto cygaro.
- Nie wiem, ile dni temu to było. Trafiłem do niewoli - odparł, mimowolnie rozkładając łapy.
- Więc ile dni minęło od tego jak ich ostatnio widziałeś a tym, jak trafiłeś w ręce wroga?
- To było tego samego dnia, sir. Centurion Jadogrzmot wysłał mnie na patrol na front - pierwsze kłamstwo weszło gładko. Selb powstrzymał łyknięcie śliny i kontynuował - Wtedy też wróg natarł na nasze pozycje i odpieraliśmy atak. To wtedy mnie pojmali.
- Według raportów w Forcie Pochodnia nie było żadnych jeńców. Ani jednego.
- To prawda - pokiwał głową Selb - Wzięto nas kilku. Tamci trafili na ubój, a mnie zostawili całego. Wstawił się za mną Tykkat Mantlebearer, Popielny Legion. Możecie go zapytać, potwierdzi wam, był agentem w szeregach wroga. Wspólnie zrobiliśmy wyłom w wieży, żeby nasi mogli wejść do środka.
- Zapisz, sprawdzić tego Mantlebearera - zwrócił się do jasnobrązowego, a ten pospiesznie naniósł notatkę - Dlaczego zatem nie zgłosiłeś się od razu do wyższego rangą oficera w celu złożenia stosownych zeznań?
- Nie byłem w stanie, sir.
- Co to oznacza?
- Walczyłem, sir. Gdy Mantlebearer chciał się zbierać, ja walczyłem dalej. Byłem wśród tych, którzy jako pierwsi wdrapali się na szczyt wieży. Jeśli zapytacie o tego z miotaczem ognia, który dostał strzykawę, to potwierdzą, że to ja!
Selb odczuwał, że sytuacja robi się coraz bardziej gęsta. Nie znał z imienia ani nazwiska nikogo, poza Tykkatem, kto mógłby potwierdzić jego wersję. Jadogrzmot już nie żył, a zmarli nie gadają - przynajmniej nie w tej części Askalonu. Nikt więc nie udowodni mu, że nie dostał rozkazu wyruszenia na front.
Żółty oficer jednak znalazł kolejną lukę w przedstawionej mu wersji wydarzeń:
- Centurion Jadogrzmot wysłał cię SAMEGO na patrol, na front? - jego głos jednoznacznie poddawał wątpliwości wersję Selba, jednakże ani mimika pyska, ani gesty nie szły z tym w parze.
- To... - Selb zawachał się, lecz w tej sytuacji lepiej było powiedzieć prawdę, niż kłamać - To był karny przydział, sir. Zadośćuczynienie za wystąpienie przeciwko opinii Centuriona.
Żółty wykrzywił pysk ukazując szereg drobnych, ale ostrych kłów. Jasnobrązowy po zakończeniu zapisywania patrzył na swojego towarzysza, wyczekując kolejnego pytania. Ten jednak czekał, zastanawiał się, analizował sytuację. W końcu odłożył cygaro do popielniczki i zwrócił się do jasnobrązowego:
- Damy tę kartkę tym, co zajmują się tą sprawą. Niech oni już się z tym cackają, nam są potrzebni żołnierze w tej chwili.
Oficer wrócił spojrzeniem na Selba i zadał pytanie z zupełnie innej beczki:
- Selb, co potrafisz robić? Co robiłeś przed służbą? Długo w ogóle służysz?
Z początku nie rozumiał, skąd nagle taka zmiana tematu. Patrzył to na jednego, to na drugiego i dopiero pacnięcie w blat stołu obudziło jego tryby w mózgownicy:
- Odkąd trwają tutejsze starcia. Wcześniej pracowałem na chwytaku w hucie, przedtem w zakładach wojskowych produkujących części do czołgów. Znam się na mechanice, znam się na strzelaniu, zabijaniu Płomiennych...
Popielcy naprzeciwko Selba spojrzeli po sobie. Żółty kiwnął łbem i wskazał jasnobrązowego:
- To jest Falkner Węgloróg, twój nowy dowódca. Brakuje mu asystenta kierowcy w czołgu. Dołączysz do bandy Węgla, która podlega pod moją centurię. Oczywiście możesz odmówić, ale tym samym stajesz się gladium do znalezienia nowego oddziału, a z postępowaniem toczącym się za twoimi plecami zapewniam cię - będziesz miał trudności.
Nie zastanawiając się, Selb wypiął pierś do przodu i rzekł:
- Przyjmuję, sir.
- Dobrze. Nie myśl jednak, że sprawa przycichnie. Jak tylko śledczy znajdą coś, co mogłoby cię obciążyć, niezwłocznie trafisz w ich łapy.
- Tak jest, sir.
- Wyśmienicie. A teraz idźcie się zapoznać - rzekł, lekko klepnąwszy Falknera w pierś - Pokaż mu oddział, czołg, zadbaj by dostał nowy mundur, wyposażenie i dokumenty.

Najpierw wyszedł Falkner, zaraz za nim Selb. Węgloróg ruszył w kierunku częściowo zrujnowanego wejścia do fortu, którym to jeszcze niedawno żołnierze wlewali się do środka niczym stado komarów na masywnego norna. Zatrzymali się przy wejściu, po czym Falkner pociągnął za ramię Jadochwytaka by odciągnąć go na bok. Do środka właśnie zmierzała kolumna Krwawych.
- Słuchaj Selb - zaczął nowy dowódca, na moment prostując się. Strzelił kośćmi i znów wrócił do pochylonej, naturalnej dla popielca postawy - Moja banda to nie oddział centuriona, więc nie oczekuj łatwej roboty. Mój poprzedni asystent kierowcy ześwirował, za młody był na wojaczkę.
Selb pokiwał głową, nie przerywając nowemu przełożonemu.
- Przed nim była Cyrria... najlepsza asystentka jaką można sobie wymarzyć. Nie oczekuję, że jej dorównasz, a jeśli tak się stanie, będę zadowolony. Po prostu rób swoje - strzelaj na mój rozkaz, obserwuj i tym podobne. Miałeś szkolenie na czołgistę?
- Tylko podstawowe, w fahrarze.
Falkner mlasnął, przez jego pysk przebiegł cień niezadowolenia.
- Trudno, mamy wojnę. Potrzebna jest każda para łap, więc będziesz musiał załapać wszystko w locie.
- Tak jest - odparł Selb, prężąc się na moment - Chcę dodać, że pracowałem długo przy czołgach. Wiem to i owo.
- To dobrze, przyda mi się ktoś, kto pomoże mnie i Jarrinowi poskładać go do kupy w razie czego. A teraz tak: idziemy do środka uzupełnić twoje papiery.
- Nie mam dokumentów przy sobie, sir. Zabrano mi je.
- Tak, trzymali cię płomienni pod kluczem... - dodał jakby sam do siebie - To nic, wydadzą ci nowe. Masz już pomysł na nowe nazwisko? Moja banda to Węgle. Banda Węgla.
Selb po chwili zastanowienia odparł:
- W robocie miałem ksywę Chwytak, od pracy na żurawiu. Jadochwytak był wcześniej, to teraz może Węglochwytak?
Falkner uniósł prawą brew wyżej, spoglądając na nowego podwładnego od stóp do głów. Nabrał haust powietrza nozdrzami i odetchnął ciężko:
- Nie jesteś już kociakiem, by posługiwać się ksywami. Masz nową robotę, więc wymyśl sobie coś, co będzie mniej dziecinne.
Chwytak zmieszał się i wytężył umysł w poszukiwaniu nowego nazwiska. Co mogłoby pasować do węgla? Właściwie to trochę beznadziejna nazwa na bandę, przecież węgiel jest o wiele gorszy od ropy. Z drugiej strony, nazywać się "Ropochwytak" to zupełna przesada.
- Jak już tak bardzo ci zależy - podjął Falkner, widząc, jak ciężko przychodzi szaremu myśleć - to niech będzie "Węglochwyt". Pasuje?
- Pasuje - Selb pokiwał głową. Wilk syty i owca cała.

Wydanie nowych dokumentów wiązało się z dość zawiłą procedurą, niemniej na potrzeby szybkiego załatwiania spraw podczas wojny udział Falknera i Selba został ograniczony do minimum. Selb, jako zmieniający bandę musiał wyjaśnić dlaczego to robi, zaś Falkner potwierdzić pisemnie przyjęcie nowego żołnierza. Z uwagi na fakt, że Centurion Edyrr Jadogrzmot już nie żył, można było wyłączyć tenże podmiot z całego procesu. Po dwudziestu minutach Selb posiadał już nową książeczkę, pachnącą jakby dopiero co przybyła z drukarni.
Następnym przystankiem był punkt zaopatrzenia, skąd Selb pobrał nowy mundur, pas i uzbrojenie. Wyposażono go w standardowy mundur, saperkę oraz manierkę.
- Widzisz Selb, czołgiści nie jeżdżą w pełnych płytach. Gdy robi się za gorąco, masz chwilę na opuszczenie pojazdu, jeśli w ogóle ci się uda.
Węglochwyt kiwnął głową, zaś asystent questora wyciągnął na kontuar dwa rodzaje broni palnej - standardowy pistolet oraz dwururkę, podobną do ludzkiej myśliwską strzelbę, jednakże jej lufy były ścięte, bardzo krótkie.
- Wybieraj jeden - rzekł popielec za kontuarem. Selb popatrzył to na pistolet, to na drugą pukawkę i nie ukrywając zażenowania, spojrzał na Falknera. Ten jedynie wzruszył ramionami i skinął łbem na kontuar, by dokonał swojego wyboru aby mogli iść dalej.
Selb położył łapę na dwururce, przysuwając ją do siebie. Popielec za ladą chwycił pistolet i schował go pod ladę.
- Naboje chociaż do niego dostanę? - odezwał się Selb kpiąco. Odpowiedzi nie otrzymał, przynajmniej nie werbalnej. Po chwili na ladzie wylądowały dwa pudełeczka tekturowe z nabojami. Ostatnią rzeczą jaką dostał był nowy plecak. Szkoda tylko, że poza dwoma dodatkowymi koszulami nie miał co tam więcej upchnąć.
- Ta mała bestia pakuje tyle śrutu w odsłonięte ciało, że delikwent odlatuje cztery kroki w tył - wychodząc, Falkner skomentował wybór uzbrojenia Selba - Ty będziesz dodatkowo obsługiwać karabin korbowy, więc nastrzelasz się za nas wszystkich. Leć uzupełnić wodę w manierce i idziemy do reszty.
Spotkali się ponownie po chwili. Selb nie do końca jeszcze przestawił się na nowe myślenie: znów ma bandę, nowego dowódcę. Nie potrafił jednak widzieć świata w kolorowych barwach: jeśli Węgle niczym nie będą się różnić od Jadów, czy jest dla niego w ogóle miejsce w wojsku? Dlaczego jego pierwszą i najlepszą rodzinę rozdzielono, zamiast trzymać ich razem? Może byli łapserdakami, rozkazy interpretowali po swojemu, ale byli EFEKTYWNI.
Nagle poczuł mocne pociągnięcie za ramię. Gdy podniósł łeb naprzód, zobaczył przed sobą sterczący w ziemi słup, w który mało by nie przywalił.
- Nie odpływaj nim nie poznasz reszty bandy, Węglochwycie.
Selb pokiwał łbem w podziękowaniu i sapnął.

Przy czołgu kręciła się banda trzech popielców - dwóch mężczyzn i jedna kobieta. Siedzieli rozweseleni przy palniku na pustych skrzynkach, śmiejąc się i puszczając w ruch flaszkę z jakimś napojem. Jeden z nich wyglądał dość młodo, drugi starszy. Samica była w średnim wieku. Dowódca zaś dowódca nosił pewne oznaki starzenia się: pierwsze siwe włosy wystawały z pyska i brwi.
Selb szedł za Falknerem, trochę nieprzygotowany na poznanie nowej "rodziny". Na pierwszy rzut oka popielka miała na karku chyba trzydzieści lat, wydawała się najspokojniejsza ze wszystkich. Drugi, starszy popielec o przymilnym pysku i żółtym umaszczeniu zdawał się uchodzić prędzej za maskotkę, niż żołnierza. Jeszcze do tego śmiech miał taki... poczciwy. Dziwnie brzmiał. Ostatni, najmłodszy z nich zdawał się gapić tylko w jedno miejsce, a komentarze rzucał nie odrywając wzroku od ognia. Czarno-brązowy, jego pysk zdawał się dziki, zupełnie jakby skrywał w sobie szaleńca.
- Węgle! - krzyknął Falkner, unosząc łapę do swoich. Pozostali żołnierze odwrócili łby w kierunku Legionisty - Mamy nowego asystenta kierowcy.
Selb wypiął pierś i zasalutował sztywno, na co poczciwy dziadek wyszczerzył kły.
- Selb, to jest kolejno: Jarrin Węglopyski, Gedwa Węgloskrzydła i Sarang Węglorębacz - rzekł wskazując na osoby z oddziału w następującej kolejności: żółty, popielka, młody świr.
- Czołem - odparł Selb, i nie mogąc się wysilić na nic więcej, cicho sapnął. Przez moment wszyscy patrzyli się albo na Selba, albo na siebie. Można się było tego spodziewać. Znowu wpadł do oddziału jakichś wykolejeńców.
Sprawa z Jadogrzmotem jeszcze nie przycichła, a poza tym nikt nie da się nabrać na granat eksplodujący w czołgu.
Wtem, Sarang wstał i stuknął Selba szyjką flaszki w ramię. Podstawił mu ją przed nos ze słowami:
- Napij się Selb, teraz jesteś jednym z nas.
Chwycił flaszkę i wypił łyka. Nagle gardziel wypełnił smakowity bimber o smaku jakiegoś owocu, słodkiego, którego Selb nigdy nie miał w pysku. Przez moment delektował się smakiem na oczach innych, którzy albo mieli z niego dobre pośmiewisko, albo faktycznie nie uważali go za nowe gówno w ich oddziale.
- Będziemy parzyć kawę na grzejniku jak chcesz - odezwała się Gedwa, po czym przeniosła wzrok na Falknera - Jakie rozkazy, szefie? Wiadomo coś?
- Dzisiaj po południu wyjeżdżamy. Dowództwo postanowiło przenieść naszą centurię i bandę na środek wschodniej granicy. Nie wiem dokładnie co chcą zrobić, mamy być w gotowości na nowe rozkazy.
- Taki kawał drogi by wygrać jedną bitwę, a potem znowu z powrotem... - Jarrin mlasnął, opierając łapy za sobą.
- Przyjechaliście na sam koniec, a na zwycięstwo inni musieli zapierdalać - odezwał się Selb, oddając flaszkę Sarangowi. Na moment zapanowała cisza, zaś wszystkie spojrzenia zostały wbite w Węglochwyta.
- A nie było tak? Tygodnie tonięcia w błocie, krwi i gównie tylko po to, by podejść pod ten pierdolony fort. A wy przyjechaliście prawie, że na gotowe.
- Otwarliśmy wam przejście - odparła Gedwa, prostując na moment plecy.
- Nie każde - odpowiedział Selb.
- Pomogliśmy w podejściu - drążyła dalej.
- Nie z każdej strony - nieugięcie oponował.
- Te, o co ta spina? - wtrącił się Sarang - Ty toczyłeś swój bój a my swój.
- Spokój - rzucił w końcu Falkner - Selb, od teraz jesteś częścią naszego oddziału. Nie zabieram ci prawa demonstrowania swojego sprzeciwu. W tym przypadku jednakże wszyscy mamy rację - zwycięstwo było KOLEKTYWNE, a nie pojedynczych jednostek. Każdy może poczuć się tak, jakby to dzięki niemu ten fort i dwa kolejne padły, bo to prawda. Ale walczyliśmy wspólnie.
Selb zamrugał kilkukrotnie, dopiero teraz orientując się, jakie piwo sobie nawarzył. Ledwie co poznał nową bandę a już wszedł z nimi w spór, i tak właściwie... o co? Nie mógł nawet wytłumaczyć tego nagłego ataku zirytowania, po prostu to poczuł i musiał z siebie to wydusić.
- Tak, być może - odpowiedział, wzdychając ciężko - Nie chciałem wam ujmować, po prostu siedzenie w tych pierdolonych okopach to koszmar.
- He, to poczekaj aż wejdziesz do czołgu. Z nami to jest takie pomieszczenie, które mógłbyś umiejscowić pomiędzy piekłem a knajpą Ząbkowane Ostrze po defiladzie - Jarrin zaśmiał się znów tym samym, przyjemniackim śmiechem.
Sarang z kolei patrzył na Selba jak głupi na gruchające się gołębie. Podszedł krok bliżej i pacnął go łapą w ramię. W pierwszym momencie Selb chciał strzepnąć ją ze swojego ramienia, lecz gdy poczuł mocniejszy uścisk - odpuścił.
- Nie spinaj tak tyłka, bo ci się jaja ogonem nakryją. Pewnie miałeś ciężko, ale teraz będzie lepiej. Mamy świetną robotę: łoimy rzeszę płomiennych strzelając do nich raz, a oni nam nic nie mogą zrobić. No... prawie. Ale przeważnie to my ich zabijamy, czego jesteśmy żywym dowodem. Szefie, ilu mamy na koncie od wezwania?
- Nie jestem w stanie zliczyć, Sarang - odparł Falkner i spojrzał na Selba - Słyszałeś. Nikt nie oczekuje, że po pięciu minutach będziesz się tu czuł jak wśród najlepszych przyjaciół, ale dajmy sobie szansę.
- Taa... - rzuciła Gedwa, podnosząc się ze skrzynki - Pijesz kawę?
- Yyy... mogę się napić - odparł Selb i popatrzył za popielką, jak zgrabnie wskakuje na czołg.


Reszta późnego poranka spełzła na piciu kawy, bimbru i rozmowach. W gruncie rzeczy Węgle okazali się całkiem przyzwoitym oddziałem na pierwszy rzut oka. Nikt nie targał go za futro, nikt nie kazał mu trzymać swojego fiuta czy oglądać amputację nogi. Gedwa sprawiała wrażenie popielki zdyscyplinowanej, acz miewała przebłyski wolnego ducha. Sarang albo siedział cicho, albo gadał głupoty. Dopiero, gdy Jarrin szepnął Selbowi słowo o tym, że Węglorębacz jest po amnezji, stało się jasne, iż ten żołnierz jeszcze wraca do siebie. Co ciekawe, pił z wydrążonej czaszki osadzonej na kościanym trzonie i stopie. Po każdym użyciu pucował go szmatką, co wyglądało zaiste durnie. Swoje trofeum owijał w tą że szmatkę i chował do plecaka. Jarrin znowuż należał do tych, którzy wspominali całe dzieje. Tym samym Selb dowiedział się, że Węgle to druga banda jaką dowodzi Falkner. Pierwszą stracił, a potem oddał się innym obowiązkom, lecz nie wspomniał jakim. Banda Węgla istnieje raptem dwa-trzy lata a ich pierwszy przydział to Mgły. Potem kości starej gwardii (tj. Jarrina, Saranga oraz Falknera) zatęchły na ranczu w Diessa Plateau, a dopiero teraz wrócili do wojaczki. Cóż, zaiste nietypowy oddział.
Około godziny 14 zaplanowano wyjazd. Falkner rozkazał wszystkim zająć stanowiska w czołgu. Ten stalowy potwór to Kieł III-A, którego produkcja rozpoczęła się niecałe trzy sezony temu. On jeden wyróżniał się na tle całej centurii, która woziła się wcześniejszymi modelami. Jego wieżyczka stylizowana była na ryczący pysk tygrysa, z przodu znajdowało się jedno działo korbowe. Pancerz miejscami wynosił 100mm, co stanowiło nie lada wyczyn jeśli chodzi o balans opancerzenia a mobilności. Działo o kalibrze 75mm zostało opracowane w odpowiedzi na udoskonaloną technologię wroga, zaś przedni karabin korbowy miał wymiatać drogę nadjeżdżającemu pojazdowi opancerzonemu.


Na bocznej burcie pancerza widniał napis "Kilof II". Selb wdrapał się do środka przez przedni właz, zaraz obok stanowiska kierowcy. Zasiadł na stalowym siedzisku, przed którym dyndała rączka karabinu. Wystarczyło jedynie położyć drugą łapę na korbie, kręcić i nacisnąć na spust. Selb przymierzył się, na co Jarrin klepnął go w ramię.
- Pierwsza zasada asystenta kierowcy: jak nie walczymy, łapy precz od karabinu. Jeszcze w kogoś wypalisz. Jak jedziemy, obserwujesz teren przez peryskop. Rozumiesz?
Węglochwyt pokiwał głową. W tym momencie do czołgu wszedł Falkner górnym włazem, za głową tygrysa.
- Jarrin, jedziemy drudzy w kolumnie, zaraz za Rocktrooperem.
- Ta jest - odpowiedział Węglopysk i przekręciwszy klucz, odpalił silnik. Ten odpowiedział warkotem, maszyna zatrzęsła się w pierwszej sekundzie, pozwalając tłokom nabrać tempa. Z rur umieszczonych z tyłu buchnęło spalinami. Odpalanie pozostałych czołgów również poniosło się po okolicy. Naraz usłyszeć można było głos Rocktroopera przez czołgowe radio:
- Potwierdzić gotowość.
- Węgle, gotowi - odparł Falkner i wyściubił łeb przez właz.
- No to jedziemy z powrotem na wschodnią granicę.
Jarrin przesunął dźwignię zmiany biegów w lewo i naprzód. Następnie chwycił obie dźwignie sterujące lewą i prawą gąsienicą i pchnął je w przód. Kilof II ruszył.
« Ostatnia zmiana: Czerwiec 23, 2019, 15:16:21 wysłana przez Falkner »