Autor Wątek: Krew i Miłość  (Przeczytany 133 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Erza

  • Towarzysz
  • ***
  • Wiadomości: 60
  • Płeć: Kobieta


1
Szok i Zaprzeczenie


Są rzeczy, które ceny nie mają, są bezcenne. Najłatwiej poznać takie rzeczy po tym, że raz utracone, są utracone na zawsze. Śmierć ważnej dla Ciebie osoby, jest właśnie tym. Czymś co nigdy nie wróci, a pozostawi jedynie ból i cierpnie, które już nie minie. Wraca każdego ranka i każdej nocy. Płomyk nadziei, żar ciepła w końcu gaśnie. Nastaje ciemność, a w niej ... w końcu nic nie pozostanie.
Przyjdzie cicho. Niezapowiedziana i nieproszona. Nigdy nie ma na nią odpowiedniej chwili. Zawsze jest gościem nie na czas.

- Czcigodna rodzino, szanowni goście. Zebraliśmy się dziś, aby towarzyszyć w ostatniej drodze zmarłemu Sierżantowi, Trevorowi Crowley. Jego śmierć zaskoczyła i zasmuciła nas wszystkich ... - rozbrzmiewał donośny głos mężczyzny, prowadzącego uroczystość pogrzebową.
Każde kolejne wypowiadane przez kapłana słowo, stawało się nieme dla Mirien. Nastała cisza i pustka, przerywana jedynie przez delikatny i cichy stukot kropel deszczu uderzanych o narastające na ziemi błoto, oraz przeszywające trzaski piorunów. Czuła jak zimno powietrza dotyka jej skóry, jak powoli palce drętwieją, a usta sinieją. Nie słyszała już nic, a czas jakby się dla niej zatrzymał. Twarze zebranych były niczym maski założone na spektakl. Udawane współczucie, kłamliwe słowa, wyuczone gesty, fałszywe spojrzenia. Nikt nie był tu prawdziwy. Jej dziko zielone oczy, teraz przekrwione i zmęczone od płaczu, zaczęły wędrować po teatralnych twarzach. Cisza została przerwana, a ona sama zaczęła słyszeć za dużo. Płacze, jęki, szlochy, przeprosiny, kondolencje, pocieszenia... wszystko zaczęło ją atakować, każde słowo pożerało.
Zaczęła panicznie się obracać, wystraszonym wzrokiem szukać ucieczki w czarnym tłumie. Jej chłodne dłonie szukały wsparcia... w głowie szumiało, a w oczach zaczął pojawiać się mrok.  Serce waliło, zaczęło braknąć jej powietrza. Nagle usłyszała wielki huk, a zaraz potem kolejny. Dopiero wystrzeliwana honorowa salwa przez żołnierzy Seraph, całkowicie wyrwała ją z tego amoku. Jej nadal wystraszone oczy powędrowały do tego, co nieuniknione. Tego, od czego starała się cały czas uciekać wzrokiem. Ciemno-brązowa trumna, a na niej ułożona biała flaga z wyszytym złotym ornamentem. Barwy które tak dobrze znała, a teraz nie mogła na nie patrzeć. Jej sino-szkarłatne usta wykrzywiły się w bólu, który rozrywał ją cały czas od środka, zabierając głos.
- Mirien?! Mirien?!  Mirien?! - usłyszała wołający ją głos. Głos niosący się echem i jakby stłumiony, który ledwo do niej docierał. Potem była już tylko ciemność...


2
Gniew i Żal


Trudniej jest wydobyć kogoś z otchłani niż pomóc mu wyjść z rowu. Niektóre otchłanie są bardzo głębokie, a na ich dnie niewiele już z człowieka zostaje. Mirien nie chciała niczyjej pomocy, nie chciała nikogo widzieć, a tym bardziej słuchać. Cierpiała po cichu, w samotności, zamykając się na cały świat. Każdy dzień wyglądał tak samo, przepełniony bólem i niemocą, a przede wszystkim żalem do siebie samej. Ich małżeństwo zaaranżowane przez rodziców nie było najlepszym, a na pewno nieprzeżyte tak, jakby chciała to wspominać. Kochali się, lecz nie mieli dla siebie czasu, a ich uczucia przez to bywały wymuszone, co tylko pogłębiało boleść jej duszy. Spędziła tak dobry rok, przestając pracować, godząc się ze swoim losem i nasilającym cierpieniem. Było to zwyczajnie łatwiejsze niż zaakceptowanie tego, co się stało.
Był zimny i wietrzny wieczór, a ogień w kominku powoli się tlił, strzelając drobnymi iskrami co jakiś czas. Mirien siedziała w fotelu, przykryta kocem, wgapiając się pustym wzrokiem w tańczące płomienie, które odbijały się swym ciepłym blaskiem w jej dziko zielonych oczach, kiedy rozległo się walenie kołatką do drzwi. Nie reagowała, przymknęła jedynie powieki, licząc, że ten niezapowiedziany gość po prostu zrezygnuje i odejdzie. Przeszedł ją lekki dreszcz, kiedy tym razem ktoś zaczął walić w drzwi z pełną determinacją. Ciężko westchnęła i wygrzebawszy się spod koca, ruszyła do drzwi, powoli je otwierając. Przybyłym okazał się William Butcher, człowiek, z którym dane było jej pracować na stanowisku koronera przez kilka dobrych lat.
Mężczyzna był średniego wzrostu o czarnych, gęstych włosach, zaczesanych elegancko ku tyłowi, zaś jego lico zdobiła bardzo gęsta broda. Liczył sobie 40 lat, jednak przez swoją aparycję uchodził za starszego. Kobieta na jego widok jedynie westchnęła i mruknęła z niezadowoleniem:
- Czego chcesz? – i takiego przywitania się spodziewał, niczego innego po niej nie oczekiwał, na co jedynie się uśmiechnął i pokazał grubą kopertę.
- Przychodzę jedynie po poradę w sprawie zawodowej – uniósł obie dłonie lekko w górę, przyjmując bezbronną pozę i niewinną minę. Z niezadowoleniem wypisanym na twarzy, otworzyła drzwi, wpuszczając go do środka. William wszedł, rozglądając się chwilę po pomieszczeniu, które zbytnio nie zmieniło się od poprzedniego razu, kiedy do niej zaglądał, a robił to regularnie raz w miesiącu. Porządek trzymała, taka już była, jednak nie można było tego stwierdzić o niej samej. Wychudła i zmarniała na twarzy, poświęcając swą przyszłość dla teraźniejszości, w której trwała bez życia. Patrzył na nią z litością, pamiętając, jak mimo swojego wyrachowania, pełną życia kobietą była. Ona zaś nie mogła znieść tego spojrzenia. Ściągając brwi w złości, wyrywała mu kopertę, w której to sprawie niby zawitał do jej domu. Dużego i pustego, pełnego pokoi i ogrodu, z którego i tak nie korzystała.
- Z czym jest problem?- Zapytała chłodno, wyciągając plik złączonych ze sobą kartek dokumentów, które niegdyś sama wypełniała. Był to protokół lekarski z przeprowadzonej sekcji, lecz wypełniony tylko połowicznie, bez wskazanej przyczyny śmierci.
- Czy w płucach odłożył się tłuszcz? –  zapytała, nie podnosząc wzroku znad kartki, zaś Will rozsiadł się wygodnie i zmarszczył brwi, niby to w wielkim zastanowieniu. Całe to przedstawienie było tylko po to, by ją odwiedzić. Zawsze to robił, a ona nie oponowała. Choć starała się za wszelką cenę pokazać wielkie niezadowolenie z jego odwiedzin, tak gdzieś w głębi wyciągała dłoń, by choć przez chwilę zapomnieć.
- Hmm, nie zauważyłem – mruknął jedynie, na co ona na niego spojrzała i uniosła lekko brwi.
- To nie jest ofiara pożaru. Ktoś umyślnie spalił ciało – odparła, chowając dokumenty do papierowej, dużej koperty, którą od razu rzuciła z wielką niedbałością na dzielący ich stolik. Mężczyzna nie komentował, a jedynie mruknął, zbierając się w sobie, by powiedzieć to, na co w końcu się zdobył po tak dużym czasie.
- Mirien… minął już rok. Wróć chociaż do pracy, nie musisz z nikim rozmawiać, a nikt nie będzie Cię o nic pytać. Na Bogów! Przecież nie wrócisz mu życia, siedząc tutaj i gnijąc! – nie wytrzymał. Nie planował aż takiej eskalacji, lecz nie wiedział już jak ją podchodzić. Liczył na wybuch, gdyż taka właśnie była. Spokojna i niepozorna, na swój sposób urocza, a w niespodziewanej chwili eksplodując złością, niszcząc wszystko, co napotka. Lecz nie tym razem. Mirien po prostu milczała, co jeszcze bardziej go przeraziło. Cisza trwała, której on teraz nie śmiał przerwać.
- Dobrze – odparła krótko, nawet na niego nie patrząc. Co takiego mogło się stać? Co się zmieniło? Pytań miał wiele, lecz ponownie nie śmiał zapytać, co by nie zburzyć tego, co dziwnym trafem powstało. William jedynie skinął głową i chciał już coś powiedzieć, kiedy Mirien na niego groźnie spojrzała i przemówiła bez większych emocji.
- Daj mi 3 miesiące, muszę coś jeszcze załatwić – tak… nie mogła Trevorowi wrócić życia, jak powiedział, ale czy na pewno? Czy istniał jakiś sposób, by niemożliwe stało się prawdą?
I tak oto z tych niepozornych słów wypowiedzianych przez jej współpracownika, w głowie Mirien pojawiły się potworne myśli. Pokłosie porażki, żalu, goryczy i złości. Tam, na samym dnie, zrodził się najgorszy i bezwzględny pomysł.


3
Upadek


Podróż na Elonę była czymś ekscytującym i chaotycznym zarazem. Ślepym impulsem, za którym Mirien podążała z pełną determinacją, szukając czegoś, co było niemożliwym dla zwykłego śmiertelnika. W tej dalekiej i zapomnianej części Tyrii chciała znaleźć sposób, by wskrzesić zmarłego męża. Odnaleźć jego duszę w odmętach mgieł i wsadzić niczym drogocenny klejnot w nowe ciało, a do tego dopuścić się najgorszego.  Była gotowa poświęcić wszystko i każdego, w tym skalać swą duszę złem najczystszym w swej postaci, zadając cierpienie niewinnej osobie, by tylko osiągnąć swój cel.
Tak też wykorzystując swoje dawne kontakty z Durmand Priory, do którego przed kilkoma laty należała, wyruszyła wraz z ich ekspedycją do tej pustynnej krainy.
Docierając do Amnoon, serca Kryształowej Oazy, od razu odczuła skutki innego klimatu, a przede wszystkim słabej kondycji swego ciała, po ponad roku wegetacyjnej egzystencji. Ostre słońce ją drażniło, a wysoka temperatura męczyła, stąd większość dnia starała się przebywać w okolicznej bibliotece, w poszukiwaniu sposobu do realizacji swego bestialskiego planu. Wieczory zazwyczaj spędzała sama, nie będąc jeszcze w gotowości otworzyć się na świat, a wyjątkiem od tego była Alice Quesperiel, jej dawna przyjaciółka,  z którą poznały się w Zakonie Durmanda. Bardzo wysoka kobieta o ponętnych kształtach, fiołkowych oczach i czarnych, krótko przyciętych włosach. Łączyła je nie tylko wspólna profesja, ale czysta, koleżeńska sympatia.
Spotkały się na barce, gdzie aktualnie stacjonowała Liga Sześciu Filarów, gildia, z którą Mirien miała wyruszyć na misję w głąb pustyni. Panowała tam iście sielska atmosfera. Wszędzie rozwieszone były prześwitujące gardinki i lampiony, a podłogę zdobiły kolorowe dywany i wielkie poduszki. Mimo bogatego zagospodarowania i wielu przebywających tam osób, było to przestronne miejsce, gdzie wiatr muska włosy, a morska bryza przynosi ukojenie po gorącym dniu. Kruczo-włosa kobieta stała za barkiem, obsługując kilka osób. Zdawała się być przy tym kokieteryjna, rzucając kusicielskie spojrzenia w stronę mężczyzn, jak i kobiet. Taka była i taką właśnie Mirien ją zapamiętała, lecz nigdy jej nie przeszkadzało frywolne podejście koleżanki do tych spraw, a wręcz przeciwnie. Pani koroner zawsze patrzyła na jej podboje z lekkim rozbawieniem, co było sporą odskocznią od stylu życia, jaki sama prowadziła.
Przytuliły się na powitanie oraz obie nieco ożywiły, co przede wszystkim było sporą zmianą dla Mirien. Od ponad roku nie podała nikomu nawet ręki, a teraz mogła poczuć na swym ciele przyjemne i niewymuszone objęcie.
- Dobrze Cię widzieć, Alice – powiedziała szczerze i z równie przyjemnym uśmiechem na twarzy, który zawsze dodawał jej uroku i blasku zielonym oczom.
- Ciebie również, napijesz się czegoś? – zapytała z cwanym uśmieszkiem i nie czekając na odpowiedź, szykowała kielichy, które zaraz napełniła rubinowym winem, dodając jeszcze coś od siebie. Rodzina nekromantki posiadała własną gorzelnię i może to właśnie dzięki temu dziewczyna miała rękę do przygotowywania alkoholu i tworzenia ciekawych połączeń trunków, z których ewidentnie słynęła.
- Widzę, nieźle się tutaj urządziliście – odparła krótko, upijając od razu nieco zaserwowanego napitku, rozglądając się jednocześnie po przewijających się tutaj osobach, odruchowo zatrzymując dłużej wzrok na męskich przedstawicielach rasy ludzkiej. Wszak bardzo możliwe, że niedługo będzie potrzebowała ciała.
Alice swoje wiedziała i nie umknęło jej bystrym oczom, że przyjaciółka zmizerniała, będąc jedynie cieniem dawnej osoby. Była na pogrzebie jej męża i od tamtego czasu nie widziała kobiety, szanując jej decyzję o braku kontaktu z kimkolwiek. Jednak mimo tego w jej głowie budziło się zwątpienie i zaskoczenie, jej nagłym pojawieniem się w tej części Tyrii. Cieszyła się z jej widoku i ewidentnym powrotem do żywych, lecz nie zmieniało to faktu, że coś ją w tym wszystkim niepokoiło.
- Tak, całkiem tutaj przyjemnie. Wszyscy razem i to w jednym pomieszczeniu – poruszyła znacząco brwiami, a jej zawadiacki uśmiech mówił sam za siebie, na co Mirien krótko się zaśmiała.
- A Ciebie co tutaj sprowadza, moja droga? – dodała po chwili Alice, lecz z jej tonu ciężko było wyczuć jakąkolwiek podejrzliwość, a jedynie luźne pytanie.
- Poszukiwanie wiedzy i nowych zaklęć, czyli zapewne to, co większość osób z Kryty – nie skłamała, lecz też nie powiedziała do końca prawdy.
Resztę wieczoru spędziły na bardzo luźnej rozmowie, głównie wspominając czasy wspólnego pobytu w Priory, śmiejąc się przy tym i wychylając kilka kolejnych kieliszków.
Opuszczając barkę, Mirien była już mocno wstawiona, co ewidentnie było widać po jej głupkowatym uśmiechu, lecz nie po jej chodzie. Co jak co, ale spędzając wiele lat na nauce baletu, kobieta wyrobiła sobie świetną równowagę, postawę ciała i zawsze kroczyła z pełną gracją, a procenty były zbyt słabym powodem, by to zmienić. Wychodząc już na pomost, wpadła na kogoś, a tym kimś był bardzo wysoki i postawny mężczyzna, o szerokich ramionach, czarnych włosach i niebieskich oczach. Pani koroner zatrzymała się i wpatrywała się w człowieka z zaciekawieniem, rozchylając przy tym lekko usta. Był idealnym kandydatem do jej nikczemnego planu, a przecież na pustyni zdarzają się różne wypadki.
- Przepraszam, czy po śmierci mogłabym wykorzystać Pana ciało do badań? – zapytała całkiem poważnie, lecz każdy dostrzegłby to, że kobieta była ewidentnie pijana, na co nieznajomy tylko uniósł brwi w zdziwieniu, pokręcił głową i ją wyminął. Wsiadając na jedną z łódek, która miała ją dowieźć na brzeg, Mirien szeroko się uśmiechnęła, patrząc z uciechą w ciemne niebo, rozświetlone jedynie bladym blaskiem księżyca i gęsto rozsianych gwiazd. Już niedługo się spotkamy, a wtedy wszystko naprawię – pomyślała.

***

Kolejny dzień przywitał ją nie tylko ciepłymi promieniami słońca, ale i bólem głowy, a był to dzień wymarszu do krainy Elon Riverlands, położonej na południe od Kryształowej Oazy. Jak się można było spodziewać, wielogodzinna podróż w siodle po wczorajszej libacji okazała się torturą samą w sobie, lecz ani na moment nie dając zwątpienia co do jej planów. Nie po to przebyła pół świata, by nagle się wycofać.
Wioska, w której się zatrzymali, to zamieszkała przez rzemieślników i rolników Palawa’s Grace, najbardziej wysunięta na południe osada. Ludzie tam prowadzili proste życie, skupiając się głównie na zapewnieniu bytu swym rodzinom. Zatrzymali się w jednym z prostych, kamiennych budynków, które mocno różniły się od tych, widzianych w Krycie. Niektóre z nich miały na swych dachach skromne, lecz przyjazne dla oka ogrody. Mirien nadal trzymała się na uboczu, mało z kim rozmawiając i odzywając się tylko wtedy, kiedy była o coś pytana.  Zdążyła już wypocząć, kiedy kolejnego dnia nadszedł czas by ruszyć na misję, która jak liczyła, mogła być kluczem do jakichkolwiek informacji, które mogły przybliżyć ją do naprawienia błędów przeszłości.
Nie nastawiała się, że odpowiedź czeka na nią tuż za rogiem, że już po samym przybyciu na ten piaskowy wygwizdów znajdzie rozwiązanie. Nastawiała się, że przyjdzie jej się zmierzyć z ciężką pracą, lecz nie spodziewała się tego, że już na pierwszej misji przyjdzie jej zginąć. Stanęli do walki całą grupą i mimo dania z siebie wszystkiego, pełnych podziwów uników, została wciągnięta w ruchome piaski. Tonęła, grunt się pod  nią osuwał, wciągając coraz mocniej i coraz głębiej, aż zniknął znad powierzchni jej ostatni palec. Nie oponowała. Nie walczyła z tym, co się działo. Tam, na dnie otchłani, odnalazła odpowiedź.



4
Odkupienie



- Teraz Échappé! Pamiętaj, by na koniec wykonać Petit!
– pobrzmiewał surowy głos nauczycielki w jej głowie, kiedy wykonywała zgrabne skoki, przechodząc miękko z zamkniętej pozycji V w otwartą. Poruszała się z pełną gracją, a każdy jej ruch był przemyślany, choć i to nie wystarczyło, by zaimponować i spełnić wymagania Pani Eloise. Kiedy tylko skończyła 12 lat, Ojciec zadecydował, że będzie uczyć się tańca, co by nabrać zgrabności i powabu. Od dziecka była typową chłopczycą, co to woli biegać po dworze i uczyć się szermierki, lecz mając lat 17, kiedy zbliżał się czas mariażu, rodziciel nie ustępował i zgodził się na jej dołączenie do Zakonu Durmanda pod warunkiem, że będzie kontynuować naukę baletu. Jej Matka była zawodową tancerką, a kiedy zmarła po porodzie swej jedynej córki, Ojciec starał się za wszelką cenę wychować Mirien tak, by przypominała jego ukochaną, co nie było łatwą sprawą, biorąc pod uwagę ostry i wybuchowy temperament młodej damy.
Właśnie to wspomnienie poprzedziło jej przebudzenie. Nieco mgliste i odległe, a jednocześnie przypominając jej, jak wtedy się czuła, jakie emocje nią targały. Zaczęła odtwarzać dalszy bieg wydarzeń i jego wszystkie następstwa z pełnymi detalami, a wtedy przyczyny i konsekwencje stały się wyraźne, utrwalając w ostatecznej formie. Przeszłość wydawała się jej zawsze niezmienna, lecz zrozumiała jak bardzo się myliła. To, w jaki sposób porządkowała wspomnienia, mogło zmienić wiele i podlegać gruntownym korektom. Prawda sprawiła, że przeszłość faktycznie mogła odejść w przeszłość i nie przeszkadzała już w zbudowaniu nowej przyszłości. Czy to oznacza, że całkowicie o niej zapomniała? Wręcz przeciwnie. Nie wykreślała swych błędów z życia, czy pamięci, ani nie winiła za nie innych. Chciała naprawić to, co mogła, zdając sobie sprawę ze swych własnych słabości i niedoskonałości. Miała przed sobą wyzwanie i ciężką pracę, której była gotowa się podjąć.
Kiedy się zbudziła, przed nią siedział czarnoskóry mężczyzna, oraz czekał przygotowany posiłek. Mimo drążenia tematu i wielu pytań ten zdawał się nie znać odpowiedzi lub z jakiegoś nieznanego jej powodu nie chciał zdradzić, jakim cudem przeżyła ten wypadek. Przecież pamiętała, jak wciągają ją piaski, jak tonie…co również się potwierdziło, kiedy wróciła do wioski, gdzie większość miała ją już za zmarłą. Porzuciła swe wszystkie obecne plany, poświęcając najbliższe tygodnie na szukanie odpowiedzi. Mimo przeczytanych wielu ksiąg i przebytych rozmów z miejscowymi mieszkańcami nie poznała powodu zrządzenia losu, dzięki któremu przeżyła, bądź powróciła z martwych. Może tak musiało być i z brakiem odpowiedzi wróciła do Kryty, zabierając się z jednym z morskich handlarzy. Będąc ponownie w stolicy, pierwszym krokiem który podjęła, było sprzedanie domu, a za uzyskane pieniądze kupiła małe, lecz przytulne mieszkanie w Salmie, a resztę złota przekazała na sierociniec. Nie potrzebowała bogactw i luksusów, a brak oszczędności tylko ją motywował, by wrócić prędko do pracy, co też uczyniła. Nikomu nie zdradziła tego, co wydarzyło się w Elonie i nikt z jej współpracowników nie śmiał nawet wypytywać o cokolwiek, podchodząc do niej ostrożnie na każdym kroku. Jeżeli czystym złem jest zadanie komuś cierpienia dla samego cierpienia, to dobrem jest wszystko to, co jest diametralnie temu przeciwne. Dobrem jest wszystko to, co temu zapobiega i z takim też nastawieniem zaczęła żyć Mirien. Wyrachowania i ciętego języka wyzbyć się nie potrafiła, lecz jej dowcip się wyostrzył, co jeszcze bardziej tworzyło z niej nieprzewidywalną mieszankę, gdzie mało kto wiedział, czy żartuje, a może mówi poważnie.


5
Koszmar Powraca


Minęły ponad 2 lata od śmierci jej męża i dobry rok od powrotu z Elony, spędzony głównie na ciężkiej pracy, która pochłaniała większość jej czasu. Mirien nadal stroniła od przyjęć, czy wystawnych spotkań, ograniczając się jedynie do rzemiosła, które szczerze i prawdziwie lubiła, zaś wolne dni poświęcała na powrót do formy sprzed lat. Oddany przyjaciel jej Ojca, Henry Frazer uczył ją szermierki, kiedy była jeszcze młódką, a na wznowienie nauki zareagował bardzo chętnie i z wielką radością. Treningi nie tylko umocniły jej ciało i przywróciły jego świetność, ale przede wszystkim pomagały jej się odstresować. Można by rzec, że odnalazła harmonię. Poczucie spełnienia, czystość myśli i pełne wdzięczności zrozumienie i zaakceptowanie swojego miejsca na ziemi, jednak jedna kwestia pozostawała niezmienna. Mirien czuła się samotna, a każdy powrót do pustego mieszkania, gdzie witała ją głucha cisza, napełniał ją melancholią. Ta równowaga, którą udało jej się osiągnąć, musiała w końcu zostać poddana testowi, którego nie mogła się spodziewać.
Pasmo niefortunnych trafów ponownie wywróciło jej życie do góry nogami.

***

Zaginął Joachim Blake, młody chłopak, który pracował w miejskim Prosektorium jako asystent. Mirien i młodzieńca łączyła czysto służbowa relacja, jednak mimo tego, wieść o znalezieniu jego ciała ją poruszyła, a w szczególności fakt, że jego śmierć bardzo przypominała tą, jaką zginął jej mąż. Sprawy zdawały się prawie identyczne, co tylko wzbudziło poruszenie wśród szlachty, a przede wszystkim Seraph. Już raz była podejrzana o dokonanie brutalnej zbrodni na swym życiowym partnerze, co nie omieszkał się podkreślić w gazecie pewien detektyw, niejaki Angus Prestor, insynuując, że kobieta dopuściła się najgorszego, by odziedziczyć spadek. Sprawa po gruntownym śledztwie została umorzona, gdyż nic na to nie wskazywało, tym bardziej że Pani Koroner sprzedała dom, a złoto przekazała na sierociniec. Znała procedury, znała ten schemat, gdzie pierwsze podejrzenia padały na rodzinę, najbliższych znajomych i współpracowników. Musiała na nowo przejść ten koszmar, grając w nim ponownie główną rolę. Jednak nie to w tym wszystkim było najgorsze. Zrządzenie losu zakpiło z niej jak nigdy dotąd, kiedy okazało się, że do prowadzenia śledztwa powołano kogoś z zewnątrz, a tym kimś okazała się jej niedoszła ofiara.
Sekcja miała odbyć się późnym wieczorem i tak jak nakazywały procedury, w obecności przynajmniej jednego przedstawiciela jednostki zbrojnej, którą w tym wypadku było Seraph.
Noc była chłodna i spokojna zarazem, lecz nie można było tego powiedzieć o samej Mirien, w której głowie kotłowało się wiele myśli. Rozległo się pukanie do głównych drzwi Prosektorium, a już po chwili stanął w nich ten sam mężczyzna, którego spotkała na barce w Elonie. Wysoki i dobrze zbudowany, o nieco śniadej cerze, czarnych włosach i niebieskich oczach.
- Sierżant Farrand Humfrey, przybyłem by asystować Pani w badaniu sekcyjnym Joachima Blak’a – rzekł chłodno i bez większych emocji. Przez dobrą chwilę Mirien milczała, nie potrafiąc wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Ta sytuacja była tak kuriozalna, że miała ochotę się po prostu roześmiać, lub zacząć krzyczeć. Zachowała zimną krew i zebrała się w sobie, by nie wyjść na obłąkaną.
- Mirien Rose, lekarz sądowy – odparła krótko, podchodząc bliżej, by podać mu rękę na przywitanie i spojrzeć ciekawsko w oczy, co było dosyć nietypowym i śmiałym posunięciem. Zareagował lekkim zdziwieniem, lecz po chwili kulturalnie skinął głową i uścisnął jej dłoń. Na całe szczęście incydent na barce pozostał tylko w jej wspomnieniach, które teraz nie dawały jej spokoju.
Skierowali się do najważniejszego i niezbędnego miejsca w budynku, czyli sali sekcyjnej. Zimnego i ponurego pomieszczenia, zapachem przyprawiającym o mdłości nawet największego twardziela, jednak ku jej zaskoczeniu, Sierżant zdawał się być tym nieporuszony, zachowując przez cały czas kamienny wyraz twarzy. Przystanął u boku stołu, obserwując ją jakby nieobecnym wzorkiem, kiedy ta przeszła do oględzin ciała. Zwłoki przybrały już zielonkawo-fioletowego odcienia, a zmiany gnilne we krwi spowodowały pojawienie się smug dyfuzyjnych, zdobiąc ciało marmurkowymi wzorami. Z głowy denata wystawały powbijane patyki, przypominające poroże, lub koronę, a na klatce piersiowej widać było sporo ran kłutych. Mirien zbadała ich umiejscowienie, wymiary i spisała charakterystykę uszkodzeń tkanek, po czym przeszła do ogólnych pomiarów ciała. Kolejnym etapem było otwarcie kolejno trzech jam ciała. Klatki piersiowej, jamy brzusznej i czaszki. To właśnie w tym momencie większość asystujących zbrojnych wymiękała, odwracając wzrok, lub nawet wychodząc z sali. Mirien miała już za sobą wieloletnie doświadczenie i fach w ręku, co było widać w każdym jej ruchu i geście, który wykonywała. Skalpelem rozcięła skórę od samych obojczyków, ciągnąc cięcie ku dołowi w wielki Y. Przy przecinaniu warstw tłuszczu i mięśni, przez które musiała się przedrzeć, użyła nieco więcej siły. Otwierając już całkowicie klatkę, rozwarła ją kleszczami i przeszła do oględzin narządów wewnętrznych, oceniając je pod względem urazów, czy zmian chorobowych. Po sprawdzeniu serca i płuc wyciągnęła żołądek z zawartością, jelita, wątrobę i nerki, umieszczając je w specjalnych słojach. Ostatnim krwawym rytuałem było otwarcie czaszki. Po rozcięciu skalpu i wywróceniu go na część twarzy denata, zaczęła rozłupywać czaszkę dłutem i młotkiem. Całość trwała wiele godzin i przez cały ten czas Seraph nie zmienił swego wyrazu twarzy ani nie odwrócił wzroku, co powodowało jeszcze większe zdumienie Pani Koroner. Czy przez lata służby był aż tak wypaczony? Czy może okropieństwa, których był świadkiem spowodowały, że otwarty człowiek, krojony na jego oczach nie robił już żadnego wrażenia? Zaprzątało to jej głowę przez cały czas, jednak całe to zamyślenie zostało przerwane, kiedy już zszywała i obmywała ciało zmarłego.
- Pani Rose, jakie relacje łączyły Panią ze zmarłym? – zapytał spokojnym głosem, patrząc na nią przenikliwie. A więc taka była jego taktyka? Milcząc przez większość czasu, kiedy pracowała i wykorzystując teraz jej zmęczenie, aż powie coś, co może zostać odebrane dwuznacznie? Zszyte i umyte ciało przykryła białym prześcieradłem, po czym podparła dłonie na biodrach, a na jej twarzy malowało się nic innego, jak poirytowanie.
- Oczywiście, że czysto służbowa relacja. Był moim asystentem, dobrym asystentem– dodała po chwili, natrafiając swymi dziko zielonymi  ślepiami na jego wzrok. Nie ustępowała spojrzeniem, co on sobie myślał?! Miała już dosyć kolejnych podejrzeń i insynuacji. Była już tym po prostu zmęczona. Podeszła do niego bliżej, stając zaraz przed nim i zadarła dumnie głowę, gdyż był sporo od niej wyższy i zaczęła wymachiwać dłonią w brudnej rękawiczce mu przed twarzą.
- Sierżancie Humfrey! Dobrze się nam pracowało i nie było między nami nic, co mogłoby wykazać choćby cień nienawiści – mruknęła ze złością, choć szczerze, na co on tylko westchnął. Nawet jej oburzenie go nie ruszyło, dalej był spokojny i zrównoważony. Czy mogło istnieć coś, co w końcu wyprowadzi go z równowagi? Z jednej strony chciała szybkiego i pokojowego rozwiązania tej sytuacji, a z drugiej poruszyć go, zakłócić tą jego wewnętrzną dyscyplinę.
- Pani Rose, o nic Panią nie oskarżam, a wręcz przeciwnie, chcę po prostu rozwiązać tę zawiłą sprawę – rzekł tym swoim beznamiętnym tonem, który doprowadzał ją do białej gorączki. Kolejną godzinę spędzili na dyskusji, lecz już o nieco spokojniejszym zabarwieniu z jej strony. Na sam koniec przyszła jej do głowy pewna myśl, a raczej pomysł.
- Sierżancie, jeśli chce Pan poznać znajomych Pana Blake’a, rozeznać się jak wygląda od wewnątrz cała ta zakłamana śmietanka, to mogę to ułatwić. Jestem zaproszona na jutrzejsze przyjęcie  w posiadłości Lorda Edwarda Dessaix – wypaliła nagle, kiedy miał już wychodzić. Przez chwilę milczeli oboje. Ona zaskoczona swoją propozycją, on zaś myśląc nad tym, jaką decyzję podjąć.  W końcu skinął jedynie głową i krótko zapytał.
- O której po Panią przyjść? – jak zwykle bez większych emocji, jakby pytał o to, czy będzie dzisiaj padać deszcz.

***

Minęło dobrych kilka lat od jej ostatniego uczestnictwa w wystawnym przyjęciu, jakie to serwowała socjeta Divinity’s Reach. Pełnego przepychu, zakłamania i nadętej atmosfery, oraz wymuszonego humoru. Zgromadzenie zdominowane było nudnymi osobnikami, pozerami, którzy przybyli jedynie po to, aby inni mogli podziwiać ich piękno, elegancje i status. Rose czuła zawsze się zmęczona panującą tam atmosferą, a przede wszystkim wszędobylskim zakłamaniem w różnej postaci. Lubiła za to szokować, nie przeszkadzało jej bycie na językach śmietanki towarzyskiej, lecz tym razem pojawienie się u boku nieznajomego mężczyzny wprawiło wszystkich w niemałe osłupienie i konfuzję. Ubrana była w przylegającą sukienkę, odkrywającą całe ramiona i dekolt. Szkarłatny gorset związanym był tak, że nie jedna panna by zemdlała z braku tchu. Dół kreacji zwieńczony był czarnymi piórami, sięgającymi kolan, odkrywając w zalotny sposób na swym przodzie uda kobiety. Całość stroju podkreślała jej figurę i kontrastowała na tle porcelanowej cery, a co się tyczy u jej boku Sierżanta? Nie odstawał od niej ani trochę. Odziany w elegancki strój wieczorowy, którym był ciemny frak i biała koszula. Wyłogi tej charakterystycznej marynarki o długich połach, przypominających ogon jaskółki, zdobione były satyną, zaś z brustaszy wystawała rdzawa poszetka. Wchodząc do głównej Sali, cała atencja skupiała się na nich i to właśnie wtedy Mirien odczuła jego słaby punkt. Rozpracowała go, co zmalowało na jej licu zadowolony i zawadiacki uśmiech. Czyżby Sierżant nie odnajdował się w tego typu miejscach?
Trzymając go pod rękę, zeszli schodami, kierując się nieco na ubocze. Nie minęła chwila, a zostali poczęstowani szampanem, który oboje przyjęli. Zdążyli zamienić jedynie kilka słów, kiedy podszedł do nich współpracownik Mirien, William Butcher. Wymienili uprzejmości i chwilę porozmawiali, skupiając się głównie na przebiegu przyjęcia, oraz poznając najnowsze plotki, lecz żadna z nich nie wnosiła nic do toczonego się śledztwa. W końcu Will poprosił Mirien do tańca, na co skinęła grzecznie głową, a kiedy ujął jej dłoń, podążyła z nim na parkiet. Humfrey chwilę im się przyglądał, marszcząc brwi w lekkim zamyśleniu, lecz co mu chodziło po głowie, wiedział tylko on. Pani Koroner mogła być zimna, arogancka i szorstka na pierwszy rzut oka, lecz w tańcu to wszystko znikało. Na jej twarzy malował się spokój, zaś jej ciało poruszało się z nienaganną gracją, lekkością i wdziękiem. Zdawała się być inną osobą. Jego zaduma została jednak  przerwana przez komentarze dochodzące od towarzystwa przed nim, a te, były zadziwiająco niepochlebne w stronę Pani Rose.
- Słyszałam, że ponoć to ona zabiła swego męża – mówiła z zawiścią kobieta z wyjątkowo wysokim upięciem włosów, z którego sterczało coś przypominającego obumarłe kwiaty.
- A widziałaś tego jej zalotnika, z którym przyszła? – prychnęła rudowłosa dziewczyna, wachlując się mało zgrabnymi ruchami.
- Podobno to Seraph. Jak widać Rose chyba lubi być obracana twardą ręką– i tu Humfrey słysząc tę wymianę zdań, cicho prychnął ze śmiechu, lecz na tyle dyskretnie, że nikt tego nie zauważył. To był chyba pierwszy raz, kiedy się uśmiechnął od dobrych kilku dni. Minęło jeszcze trochę czasu, nim Mirien wróciła, a Farrnad  w tym czasie miał okazję nieco podsłuchać rozmów innych gości, czy nawet przeprowadzić kilka konwersacji, które niestety były bezowocne.
Rose bawiła cała ta sytuacja i to jakie spojrzenia sięgały w ich stronę. Podchodząc do Sierżanta, ujęła jego dłoń i tylko krótko rzuciła:
- Zatańczmy – na co on zdążył powiedzieć tylko krótkie „ale”, zaś jego twarz zdradziła go jeszcze bardziej, na co Mirien się tylko serdecznie i ciepło uśmiechnęła. Nie mógł jej odmówić. Położyła wolną dłoń na jego ramieniu, zaś on swoją ujął ją w talii.
- Poprowadzę – rzuciła cicho. Nie musiał mówić nic, już po jego minie wiedziała, że nie potrafił tańczyć.  Przybliżyła się do niego  i spojrzała w oczy, a wtedy ich spojrzenia na siebie natrafiły. Lecz nie była już to potyczka, a bodziec ciągnący jedno ku drugiemu.
Wiodła go prostymi krokami 2 na 1, tak by mogli cieszyć się z bliskości i chwilowego zapomnienia w muzyce. W nastrojowych dźwiękach fortepianu i skrzypiec. Trwali tak przez dobrych kilkanaście minut, aż w pewnym momencie myśli Mirien odbiegły w pewne rozmarzenie, a na ciele poczuła przyjemne ciepło, a po jej plecach przeszedł lekki dreszcz. Jeszcze chwila, a by go pocałowała.
Musiała się nieco opamiętać i wrócić na ziemię, tak też odstąpiła kroku, uśmiechnęła się blado i zainicjowała, by się rozdzielili i nieco pozbierali informacji, gdyż właśnie w tym celu tutaj przybyli.
Jeszcze przez dobrą chwilę jej serce biło mocniej i nie mogła poskładać myśli. Czy on też to poczuł? Czy to może jej pokuta miała tak właśnie wyglądać? Kiedy okiełznała już swoje wytwory umysłu, postanowiła przejść się na piętro wspaniałej rezydencji, by trafić na taras widokowy i się nieco przewietrzyć. Jednak to, czego była świadkiem wprawiło ją w osłupienie. Na kamiennych kaflach zdobiących obszerny balkon w kałuży pełnej krwi, leżało ciało mężczyzny. Z jego głowy wystawało małe, lecz prawdziwe poroże zwierzęcia, zaś jego usta były otwarte w niemym krzyku. Rose nie musiała sprawdzać jego funkcji życiowy, gdyż widziała na pierwszy rzut oka, że był martwy. Zaczęła analizować znamiona śmierci na jego ciele, szukając jednocześnie jakiegoś śladu, który mógłby wskazać coś istotnego w tej sprawie. Nie minęła chwila, a zebrała się grupa ludzi i nie było dla nikogo zaskoczeniem, że podejrzenia znowu padły właśnie na nią.
I ją i Sierżanta czekało długie przesłuchanie. Czuła się rozdarta, a małe poczucie winy znowu powróciło. Była niewinna, lecz los znowu układał się tak, by nie zapomniała o tym, co było.
Czy Farrand ją podejrzewał? Czy uważał, że może mieć w tym wszystkim jakiś udział? Jeśli tak, to nie dawał o tym znaku. Nie traktował jej inaczej, a wręcza czasami patrzył na nią z pewną troską w oczach. Jedyne ślady, które śledczy znaleźli na miejscu zbrodni, to resztki magii cienia, zaś nic, co by mogło wskazywać Panią Koroner na winną całego zajścia. Sprawa jak wiele innych toczonych się na terenach Divinity’s Reach pozostała nierozwiązana, zaś Humfrey musiał wracać do swojej jednostki w Ebonhawk. Mirien nie śmiała mu cokolwiek powiedzieć o swoim emocjach i uczuciu, którego nawet nie była pewna. Tak też ich drogi się rozeszły, a każde z nich wróciło do swoich obowiązków.


6
Rok Później


Niebo było pochmurne, a od samego rana zbierało się na deszcz, którego zwiastujący zapach unosił się w powietrzu. Mirien siedziała już od kilku godzin w swoim gabinecie, wypełniając zaległe protokoły lekarskie z przeprowadzonych sekcji. Świece na jej stole powoli gasły, roztapiając resztki wosku, co dało jej znak, że powoli czas kończyć pracę. Wyciągnęła się w fotelu, odchylając głowę do tyłu, kiedy usłyszała trzask zamykanych drzwi wejściowych, a zaraz potem stłumiony przez dzieląca ich odległość głos i śmiechy. Wstała niechętnie i wyszła na hol, a tam zajadle gawędzili William, jej współpracownik, oraz Ian, nowy portier i asystent. Splotła ręce na piersi i spojrzała na nich, mrużąc lekko ślepia w zastanowieniu. Co oni tak rozrechotani? Co tym razem? William, mimo iż uchodził za poważnego i dorosłego mężczyznę, był wielkim plotkarzem. Żadna wieść, czy okoliczna bajęda nie mogła mu umknąć. Jeśli ktoś kogoś zdradził, znieważył, lub wydarzył się wielki skandal, wielce prawdopodobnym było, że Butcher już znał szczegóły. Spojrzała podejrzliwie na jednego, to na drugiego, pytając z przekąsem:
- Co tym razem? – mruknęła krótko, zgrywając poirytowaną, choć tak naprawdę lubiła słuchać ich opowieści. Nigdy nie skarżyła się na własne problemy, czy samotność, którą odczuwała. Nie chciała uchodzić za ofiarę, robiąc zawsze dobrą minę do złej gry. Mimo wielkich zmian, dzięki reorganizacji swojego jestestwa i spojrzenia na świat, potrafiła wyjść naprzeciw chaosowi, który targał jej życiem. Obrać cel na przekór morzu problemów, ale jedna rzecz zawsze pozostawała niezmienna. Była samotna.
Mężczyźni spojrzeli po sobie, nie będąc pewni, czy jej powiedzieć. Wszak William mimo bycia gawędziarzem, stronił, by cokolwiek mówić na temat Mirien, która była na pewien sposób jego przyjaciółką, jak również nie powtarzał jej tego, co zdołał usłyszeć na mieście na jej temat. Tym razem sprawa była nieco inna, to i młody Ian, chłopak o perlistych włosach i miodowych oczach nie mógł się powstrzymać, i znając historię Mirien, od razu wypalił:
-  Byliśmy zanieść protokoły do siedziby Seraph i widzieliśmy Twojego… - urwał, gdyż Will szturchnął go łokciem i chrząknął. Spojrzał na młodzieńca znacząco, dając mu tym samym znak, by trzymał gębę na kłódkę, by samemu przekazać jej tę wieść w nieco bardziej wyszukany sposób.
- W stolicy jest Sierżant Humfrey, prowadzi śledztwo– dodał w końcu, uważnie obserwując jej reakcję. I tu ich rozczarowała. Wiedziała, że czekają na jakąś sensację. Powstrzymując uśmiech, wzruszyła ramionami i wróciła do swojego gabinetu, by zacząć się przebierać. Ian nie wytrzymał i ruszył za nią żywym krokiem, mówiąc z przejęciem.
- Mirien, a jeśli to przeznaczenie? Miłość? – kobieta głośno westchnęła i spojrzała na chłopaka z poirytowaniem na twarzy.
- Nie rozpoznałbyś miłości, nawet gdyby wyskoczyła z krzaków i Cię w dupę kopnęła …a przeznaczenie to za mało – dodała po chwili, zakładając już na ramiona długą, wełnianą pelerynę.
Dołączył do nich William, opierając się o ścianę plecami z dumnym uśmiechem pośród gęstej, czarnej brody. Patrzył na nich jak na najlepsze przedstawienie. Sytuacja go bawiła, lecz pamiętał Mirien na przyjęciu. Wyraz jej twarzy i spokój, który zawitał po tak długim okresie cierpienia i rozgoryczenia. Chciał po prostu, by była szczęśliwa.
- Mirien... – zaczął powoli i ostrożnie. – Nie wiem jak długo tutaj zwita, wiem tyle, że prowadzi śledztwo, a mój znajomy zdradził, że ma przesłuchiwać cyrulika z dolnej dzielnicy.
- I co ja mam zrobić? Hę? – mruknęła do obojga, zawieszając dłużej wzrok na starszym mężczyźnie.
- Wyjść naprzeciw i rzucić się w ramiona? Jesteście niepoważni…- ponownie westchnęła i pokręciła głową, zmieniając obuwie.
- Zasługujesz na szczęście tak jak każdy inny– Rzucił luźno William, po czym wyszedł z jej gabinetu, kierując się do swojego, a w jego ślady poszedł młodszy asystent.
Filozofy zasrane, pomyślała nekromantka, kierując się już do wyjścia. Zdawała sobie sprawę, że w tym, co mówili, była jakaś racja, lecz ciężko było jej to przyznać. Wyszła z prosektorium bez słowa, chcąc znaleźć się jak najszybciej na zewnątrz i odetchnąć głęboko. Zbliżał się wieczór, a niebo było sino-granatowe, zaś na uliczkach miasta już paliły się latarnie. Powietrze było wilgotne, a deszcz zbierający się od samego rana był coraz bliżej. Spacer jej nie zaszkodzi, a może wręcz pomoże na poukładanie myśli. A co, jeśli go spotka? Co mu powie? Po co to wszystko? Szybko odgoniła te ponure myśli i po prostu ruszyła. Będzie się zastanawiać, jak dojdzie co do czego. A tymczasem ruszyła na bardzo długą przechadzkę do dolnej dzielnicy.

***

Południowa dzielnica stolicy mocno różniła się od pozostałych. Nie było tu pięknych pomników, ozdobnych roślin, czy tak atrakcyjnych architekturą domostw, a przede wszystkim był to dystrykt zamieszkany przez najbiedniejszych. Była to pora, gdzie większość ludzi spędzała już czas w swych czterech kątach, a powoli kropiący deszcz tylko sprawiał, że uliczki świeciły pustkami. Mirien nasunęła na głowę głęboki kaptur, gdyż mżawka przybierała na sile, zagłuszając niosący się cichym echem stukot jej obcasów. Nie liczyła na wiele, choć gdzieś wewnątrz miała nadzieję, że jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności trafi na Farranda. Przechodząc z wąskiej uliczki w główną, która prowadziła do miejsca gdzie swoją praktykę prowadził cyrulik Konstantin, usłyszała strzały. Po jej plecach przeszedł dreszcz, a serce mocniej zabiło. Przyspieszyła kroku, a tuż za rogiem zobaczyła ciemną postać, trzymającą broń, a w dalekiej oddali sylwetkę Seraph. Ten specyficzny rynsztunek rozpoznałaby wszędzie. Bez większego zastanowienia ruszyła na nieznajomego, zaś ten ją widząc, rozpłyną się w cieniach. Zatrzymała się nagle, potrzebując chwili na uspokojenie, po czym powolnym krokiem ruszyła w stronę Sierżanta. Deszcz przybierał na sile, a spod jej głębokiego kaptura zawitał lekki uśmiech. Humfrey nadal stał z mieczem w dłoniach, gotów do ataku, jakby wróg miał zaraz wyskoczyć z jakiejś strony. Nie mógł się jej spodziewać, co jeszcze bardziej ją ekscytowało w tym wszystkim, mimo wcześniejszego zagrożenia. Wszystko jakby w tej chwili przestało się dla niej liczyć, a czas jakby zatrzymał.  Lecz to, co nastąpiło, kiedy do niego podeszła, nie mogłaby wysnuć, czy przewidzieć, choćby i bardzo chciała. Ostrze trzymanego przez mężczyznę miecza świsnęło, tnąc od dołu ku górze, po lekkim ukosie, tym samym rozcinając Mirien od samego uda, aż po brzuch. Przez kilka sekund stała w osłupieniu, kiedy zaczęła lać się z niej krew, a usta i oczy rozchyliły w wielkim zdziwieniu, aż w końcu padła na ziemię, a wtedy kaptur opadł. Zrobiło jej się zimno, a skóra zaczynała być mokra od deszczu. Co się właściwie stało? To pytanie zadawała sobie nie tylko ona, ale i sam Sierżant. Sprawa, którą prowadził, była bardzo zawiła, a chwilę temu, ktoś targnął się na jego życie. Był przekonany, że to jakaś heksa ku niemu kroczy i zaraz rzuci jakieś przekleństwo, czy inne złorzeczenie. Skąd ona się tu wzięła?
- To tak mnie witasz? Na balu byłeś bardziej czuły– tyle zdołała wymamrotać, nim straciła przytomność. Humfrey niedowierzał temu, co się właśnie stało, temu, kogo skrzywdził.
Wiedział jedno. Nie mógł pozwolić jej umrzeć, czuł już teraz, że ta sytuacja zostanie z nim na zawsze, ciągnąc się niczym nawiedzający go koszmar. Bez większego zastanowienia, ściągnął swój czarny tabard, by zatamować narastające krwawienie. Wziął ją na ręce i w lejącym się na nich deszczu ruszył do posterunku Seraph, by jak najszybciej udzielono jej pomocy. Do siedziby zbrojnych wszedł z pełnym impetem, a prowadzący razem z nim śledztwo młodszy Sierżant Young zadziałał instynktownie, zrzucając wszystko ze swego biurka, na którym Humfrey ułożył ranną. Na medyka nie trzeba było długo czekać. Wszystkimi targały emocje, a przede wszystkim Farrandem, który nie potrafił się uspokoić, dopóki nie był pewien, że Rose nie zagraża już najgorsze. Poszkodowana skończyła z czterdziestoma szwami, ciągnącymi się od środka uda po ukosie do samego brzucha. Całe szczęście w nieszczęściu, że rana nie była głęboka i nie naruszyła przede wszystkim żyły głównej, czy narządów wewnętrznych. Po wszystkim Mirien została przeniesiona do szpitala wojskowego, a w placówce zbrojnych trwała cisza i krwawe pobojowisko, przypominające szpital polowy, niż reprezentatywny hol jednostki zbrojnej. 


7
Na Przekór Wszystkiemu


Kiedy obudziła się kolejnego dnia, nie wiedziała w pierwszej chwili, gdzie się znajduje. Gdzieś daleko dochodziły jakieś dźwięki i głosy, a do jej nozdrzy docierał zapach specyficzny tylko dla takich placówek. Jednak to dopiero jej rana, boląca i ciągnąca dała jej znać, gdzie się znajduje, przypominając jednocześnie, co się stało. Chciała usiąść, rozejrzeć się, lecz założone szwy były tak dokuczliwe, że skutecznie to utrudniały. Potrzebowała dłuższej chwili i kilku prób, by chociaż usiąść, a i tak towarzyszyło temu spore skrzywienie na twarzy i cichy syk z ust. Pomieszczenie szpitalne, w którym była, mieściło wiele łóżek, a każde z nich miało własne kotary, które sprawiały choć cień prywatności. Wyposażenia stanowisk pacjentów obejmowały również małe szafki oraz krzesło. Mirien póki co nie miała ze sobą żadnych rzeczy prywatnych, a dopiero William późnym wieczorem przyniósł jej niezbędne drobiazgi. Cieszyła się z jego odwiedzin, lecz to nie na niego czekała. Koroner już słyszał co nieco, a Mirien całą sytuację kwitowała krótko: znalazła się w złym miejscu, o złym czasie. I w taką wersję wydarzeń też chciała sama wierzyć, lecz brak persony, przez którą tutaj wylądowała, napawał ją obawami, jeszcze bardziej komplikując sprawę z każdą chwilą. Czy aż tak bardzo bał się jej spojrzeć w oczy? A może była tak mało znaczącą osobą, że nie zamierzał w ogóle jej odwiedzić? Nie potrafiła winić go za to, co się stało. Owszem, było to działanie impulsywne, w skutkach, prawie że śmiertelne, lecz cały czas sobie tłumaczyła i chciała w to wierzyć…to był tylko wypadek. Chciała po prostu…by tu był.

***

Był to trzeci dzień pobytu Mirien w szpitalu. Czuła się już o wiele lepiej, a ból nie był aż tak dokuczliwy, jak na samym początku. Zbliżał się wieczór, a nekromantka siedziała na łóżku, oparta o jego wezgłowie, czytając książkę. Na stoliku paliła się świeca, rzucając migoczący cień jej sylwetki na lekko zasuniętą kotarę. Przestała już się zastanawiać nad sytuacją, która ją spotkała, przechodząc jak zwykle dalej, bo co jej pozostało? Tak myślała do czasu, kiedy usłyszała cichy szczęk zbroi. Jej oczy odruchowo otworzyły się szerzej w zaskoczeniu, lecz nie zamierzała dać tego po sobie poznać. Siedziała tak dalej, czekając, aż gość sam podejdzie i odezwie się pierwszy. Sierżant zapukał lekko w drewniany bok łóżka, na co kobieta powoli rozchyliła materiał, starając się za wszelką cenę mieć neutralną i pozbawioną emocji minę. Nie można było powiedzieć tego o Humfreyu, którego lico pokazywało zakłopotanie, jakby szykował się na najgorsze, jakby miała zaraz na niego wyskoczyć z pazurami i wydrapać mu oczy. W pewnym sensie miała na to ochotę, lecz nie za to, co się stało, a że tak długo zajęło mu pojawienie się tutaj.
- Dobry wieczór, Sierżancie – rzuciła oschło w jego stronę, odkładając książkę na bok, wgapiając się w niego bez słowa. No i co teraz powiesz cwaniaczku, pomyślała.
- Dobry wieczór, przepraszam, że to tyle zajęło, ale miałem sporo spraw do załatwienia – odparł spokojnie i tutaj wcale nie kłamał, gdyż już kolejnego dnia udał się do znajomej sylvari,Nisheery, która była bardzo dobrą uzdrowicielką. Znali ją oboje, liściasta była opiekunką w Lidze Sześciu Filarów.
- Zacząłem już działać, by pomóc Ci jak najszybciej wrócić do zdrowia. Wiem, że żadne słowa nie wymażą tego, co się stało, ale bardzo Cię przepraszam, myślałem, że to ktoś inny. Byłem przekonany, że jest ich więcej… – mówił dalej, patrząc pełnym wyrzutów wzrokiem. Z jego głosu biła szczerość i prawdziwa skrucha, której Rose nie mogłaby mu ująć. Kiedy to powiedział, na jej stoliku postawił tabliczkę czekolady.
- Usiądź proszę – odparła krótko, skinąwszy głową na krzesło obok, które od razu przysunął i usiadł przed nią. Mirien również zmieniła nieco pozycję tak, by siedzieć całkowicie przed nim, z zaciśniętymi zębami, by nie wykazać choćby cienia dyskomfortu.
- Gdybym tylko mógł, Ci to jakoś…- i tu urwał, gdyż nekromantka chwyciła go za kark i przysunęła bliżej ku sobie. Był to impuls, a te zdarzały się coraz częściej w jego towarzystwie. Nagłe, niepochamowane i pełne emocji. Przez chwilę po prostu patrzyła swymi dziko zielonymi ślepiami w jego niebieskie i nieco rozmarzone spojrzenie.
- Uszczęśliwiaj mnie, za każdy szew na mojej skórze – sama nie wiedziała dlaczego to powiedziała. Z jednej strony czuła, że chciała po prostu przy nim być, a z drugiej, by poczuł się tak jak ona. Targany wyrzutami sumienia, znosząc jednocześnie samą bliskość drugiej osoby. W końcu poluźniła rękę, czekając na jego reakcję, która jak zawsze ją zaskakiwała i to właśnie w nim uwielbiała. Zaskakiwał ją, był dla niej czymś nieodgadnionym i pociągającym jednocześnie.
Farrand chwycił za tabliczkę, którą przyniósł, rozwijając powoli i skrupulatnie sreberko, po czym ułamał kawałek i bez żadnego słowa, czy zapytania, włożył jej w usta. Jak widać, wziął sobie do serca jej słowa i zaczął od razu. Ich rozmowa trwała jeszcze przez dobre dwie godziny, polegając między innymi na wzajemnym karmieniu się, aż nieco starsza wiekiem pielęgniarka wyprosiła Humfreya. Było już późno, a kobieta obejmująca opiekę nad pacjentami obserwowała dwójkę z daleka. Powinna wyprosić Sierżanta już dobrą godzinę wcześniej, lecz nawet z daleka czuła pewną więź łączącą tę dwójkę, to nie chciała im przeszkadzać. Odstępstwem od tego była inna, młoda uzdrowicielka, która przez większość wizyty Seraph pożerała go wzrokiem, a na drugi dzień była na tyle śmiała, by wypytać ciekawsko Mirien, kim jest ten „przystojny przedstawiciel jednostki zbrojnej”. Rose czując co jest na rzeczy, ponownie zadziałała instynktownie, odpowiadając z cwanym uśmieszkiem na ustach: „narzeczony” – tym samym poskramiając  gorące zapędy kobiety. 
Farrand odwiedził nekromantkę jeszcze dwukrotnie, zaś w ostatniej wizycie towarzyszyła mu Nisheera. Sylvari mimo wielu ciążących na niej obowiązków, znalazła czas, by obejrzeć ranę Mirien i co więcej, pomóc wrócić jej do zdrowia. Rose była pod wrażeniem altruistycznego podejścia liściastej do pracy i jej skłonności do niesienia bezinteresownej pomocy, nie goniąc jednocześnie za błahymi i krótkowzrocznymi ambicjami. To po prostu było jej powołanie.

***

Nekromantka w końcu opuściła Szpital Wojskowy, mając co jakiś czas regularne spotkania z sylvari, w celu zmniejszenia widoczności blizny i szybszej rekonwalescencji. Skaza na jej ciele zostanie już na zawsze, lecz nie przeszkadzało jej to jakoś bardzo. Nie miała w zwyczaju nosić strojów mocno odkrywających ciało, a z czasem blizna i tak zblednie. Mirien również szybko wróciła do pracy koronera, a co więcej, zdecydowała się dołączyć do Ligii Sześciu Filarów. Czuła jakąś wewnętrzną potrzebę sprawdzenia się, zrobienia czegoś nowego, bez pobudek czysto osobistych.
Coraz częściej wpadała do Karczmy Pod Pijanym Kojotem, by po prostu kontemplować przy kawie, jednocześnie wypełniając raporty i protokoły sekcyjne. Czuła się ponownie rozdarta. Z jednej strony pragnęła Farranda, zaś z drugiej nie chciała, by robił coś tylko dlatego, że czuł się winny. Chciała prawdziwego uczucia, szczerego i pełnego ciepła, którym nigdy nikt jej nie obdarzył. Nie wiedziała, co mu siedzi w głowie, co tylko doprowadzało ją do jeszcze większego szaleństwa. Jej uczucie do niego tylko narastało i przybierało na sile. Wiedziała, że prędzej czy później będzie musiała przeprowadzić z nim tę rozmowę. Myśli o tym, co mogłoby być, były niczym sen. Piękny i czarowny, lecz każdy sen, zbyt długo śniony, zamienia się w koszmar, a z tego budzimy się z krzykiem. Jej miłość do niego mogła być darem, którego nie sposób zdobyć nawet magią, lecz taki dar, jeśli nie odwzajemni się go czymś równie cennym, stopi się niczym okruch lodu, zaciśnięty w dłoni. Zostanie tylko żal, poczucie straty i krzywdy.
Siedziała właśnie w głębokim fotelu, wypełniając protokół z wczorajszej sekcji, popijając jednocześnie kawę. Zajmowała jedno ze spokojniejszych w karczmie miejsc, usytuowane nieco na boku, gdzie o dziwo dało się popracować. Odcięła się całkowicie od tego, co działo się w pozostałej części gospody, nie zwracając większej uwagi na przebywające w niej osoby. Zbierała się powoli do wyjścia, kiedy usłyszała znajomy szczęk zbroi. Pakując dokumenty do torby, uniosła głowę, a na jej ustach zawitał lekki i serdeczny uśmiech.
- Odprowadzić Cię? – zapytał spokojnie Sierżant, przez chwilę badając ją wzrokiem, na co Mirien skinęła głową i wstała. Ruszyli do wyjścia. Farrand pewnym i ciężkim krokiem, zaś Mirien póki co mogła zapomnieć o gracji, kuśtykając jeszcze lekko na kontuzjowaną nogę, co nie umknęło jego uwadze i zaproponował jej swoje ramię, stanowiąc dla niej silne oparcie. Ujęła go pod rękę i tak spacerowali wolnym krokiem, ścieżką prowadzącą do drogowskazu. Przez większość drogi po prostu milczeli, oboje czując pewne napięcie i coś wiszącego w powietrzu. Wieczór był wyjątkowo ciepły i spokojny, a w okolicy zdawało się nie być żywej duszy. Gdzieś w oddali, z pobliskiej wioski dochodziło jedynie głuche szczekanie psów. Mirien w końcu się zatrzymała i podjęła temat, który tak odwlekała, bojąc się poznać prawdę. Nie chciała dłużej tego ciągnąc. Nie na takich warunkach.
- Farrand, nie chcę byś robił to wszystko tylko dlatego, że czujesz się winny. Nie chcę kolacji i sprawiania, bym była szczęśliwa, bo czujesz taką powinność wobec mnie, po tym, co się stało- jej serce przyspieszyło, a oddech stał się płytki. Stała naprzeciw niego, unosząc głowę nieco do góry, by móc patrzeć prosto w jego oczy.
- Mirien… - zaczął spokojnie, a jeśli się denerwował, to nie było tego po nim widać. Postąpił krok do przodu i kontynuował.
- Nie robię tego, tylko dlatego. Naprawdę… - wpatrywał się w nią, a na jego licu malowało się opanowanie i pewne urzeczenie.
- Nie winię Cię za to, co się stało. Już praktycznie o tym zapomniałam i nigdy tego nie wypomnę, jeśli zapewnisz mnie, że nie robisz nic, by odkupić winy, a tylko dlatego, że tego po prostu chcesz…że tego…pragniesz– mówiąc te słowa, przystanęła bardzo blisko niego, praktycznie tak, że ich twarze prawie się stykały, nie odstępując swym wzrokiem od jego spojrzenia. Farrand swą odpowiedź przelał w czyny. Ujął dłońmi jej twarz i pocałował. Czule i delikatnie, łącząc swe usta z jej wargami. Stali tak złączeni przez kilka minut, po czym Humfrey wziął ją na ręce i zaniósł do drogowskazu.
 




« Ostatnia zmiana: Luty 24, 2021, 13:22:48 wysłana przez Erza »