Autor Wątek: Jak dwie krople  (Przeczytany 396 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Ez

  • Towarzysz
  • ***
  • Wiadomości: 40
  • Płeć: Mężczyzna

I. Szemrzący strumyk
Czyli o tym, na co można natrafić w trzcinach

Lubił przebieżki po Azylu, a już w szczególności wieczorem, kiedy gorąc dnia ustępował chłodowi nocy, a powietrze stawało się przyjemniejsze, tracąc na duszności. Można było się wtedy rozkoszować melodią przesuwanego wiatrem piasku, odgłosami nocnych stworzeń i płynącej spokojnie wody czy poukładać myśli w samotności albo się po prostu zrelaksować. Dlatego też zdziwił się nieźle, kiedy od strony wody dobiegły go słowa:
- Mhm, myślę, że masz rację w tej kwestii, Mistrzu.
Nie spodziewał się, że ktoś jeszcze tu będzie o tej porze, do tego schowany gdzieś między rosnącymi dziko krzakami. I to jeszcze nie sam, po bo tych słowach wnioskował, że odzywający się z kimś rozmawiał. Zwolnił więc swój bieg, w końcu przystając i nasłuchując głosu raz jeszcze.
- Tak, dziękuję - usłyszał kilkanaście sekund później, wypowiedziane tym samym głosem. Ów mistrz musiał najwyraźniej mówić bardzo cicho, bo przy samym szumie odległego wodospadu i lekkim wietrze poruszającym liśćmi nic do niego nie dotarło. Ciekaw, kto mógł się kryć po krzakach w Azylu, zaczął więc iść w tamtą stronę. Mogli tu przebywać tylko członkowie Ligi, więc tym bardziej, skoro głosu nie rozpoznał, chciał sprawdzić, kto to był. Ostrożnie, nie chcąc hałasować i przeszkadzać za bardzo, zbliżył się do brzegu zbiornika, rozglądając się za właścicielem głosu i jego mistrzem.
Będąc już nad samą wodą, w końcu spostrzegł jedną z postaci. Sylvari. Z zamkniętymi oczami i nagą piersią  mężczyzna siedział po elońsku i chyba medytował, a tak się przynajmniej Nisaiowi wydawało. Rozejrzał się za drugą osobą, ale nie zobaczył nikogo, co było nieco dziwne - wyraźnie słyszał część konwersacji.
- Hej. Przeszkadzam? - postanowił się przywitać. Nie za głośno, bo może rzeczywiście przeszkadzał.
Na dźwięk głosu nieznajomej osoby, sylvari otworzył oczy i skierował je ku źródłu. Miały chłodną, jasnoniebieską barwę i byłyby całkiem ładne, gdyby nie patrzyły tak obojętnie.
- Nie. Mogę w czymś pomóc? - spytał, nie podnosząc się jeszcze z ziemi. Ton miał równie neutralny jak wzrok.
- Właściwie to zdziwiła mnie czyjaś obecność tutaj, między krzewami. Nie aż tak wiele osób zagląda do Azylu, no i mogą być to członkowie Ligi tylko i wyłącznie, a że nie kojarzyłem twojego głosu, bo w sumie nie bywam tu już tak często, to postanowiłem podejść, przywitać się. Nisai jestem - przedstawił się biegacz, wyciągając dłoń w stronę siedzącego na ziemi, kiedy już sam podszedł bliżej niego.
- Kerrian. Miło mi poznać - odpowiedział drugi, ściskając jego dłoń, a do tego kiwając głową.
- Mi także. Długo już jesteś w Lidze? - spytał strażnik, wpatrując się w niego nadal z wysokości. Co nie było pewnie zbyt wygodne dla jego nowego znajomego, więc dodał kolejne pytanie: - Będzie ci przeszkadzało, jak sobie przysiądę?
Sylvari pokręcił głową, po czym gestem zaprosił go na piaszczysty kawałek wybrzeża obok siebie.
- Dwa tygodnie, może trochę więcej.
- Ach, no to jednak jestem dłużej - stwierdził, korzystając z zaproszenia i przysiadając sobie obok Kerriana. -  Chociaż przy mojej częstotliwości przebywania tutaj to nawet tego nie odczuwam. A będzie... będą już chyba trzy miesiące. Tak mnie pochłonęła praca w barze... - westchnął. - A przeszedłbym się na jakieś zlecenie. Powalczyłbym, coś porobił. Brakuje mi akcji! Poza opowieściami klientów baru, rzecz jasna.
- To czemu tego nie zrobisz? - Revenant zwrócił wzrok na swojego pobratymca i choć zdawało się, że skoro ktoś zadaje pytanie, to jest zainteresowany, to i w tym przypadku ton Kerriana pozostał obojętny. Jak zwykle. Nisaiowi wydawało się to nieco dziwne, ale postanowił kontynuować konwersację, póki nowy znajomy nie zdecyduje się go spławić.
- Pomijając, że mam ustalony grafik zmian przy barze, to... Chaos. Za każdym razem trafiam na tragiczny chaos i brak dyscypliny. Nie, żebym próbował cię zniechęcać, broń Matko, ale... Jak niektórzy przepadają za takim szaleństwem i rozgardiaszem, tak ja nie bardzo. Widzisz, kiedyś służyłem w Vigil i... to było coś. Dyscyplina, porozumienie, współpraca. A tu... Tu nie ma nawet wspólnych treningów. Nie wiem, jak mam pomóc w trakcie walki, jak nie znam umiejętności swoich sojuszników. Słyszę tylko od czasu do czasu jakąś pochwałę na temat współpracy na jakimś zleceniu, a potem idę na kolejne i... wciąż jest to samo, co wcześniej. Annie i Aeshri próbowały mnie przekonać do tego chaosu, ale sam nie wiem... - Wzruszył lekko ramionami. - Jak dla mnie to najlepiej, gdyby ktoś jednak przewodził i miał decydujący głos.
- Rozumiem. Ciężko mi skonfrontować twoje słowa z rzeczywistością, do tej pory byłem właściwie tylko na dwóch zleceniach. Ale są przecież Opiekunowie?
- Opiekunowie są, ale... Nie wiem. Na początku to tak, myślałem, że oni rzeczywiście coś tu znaczą. Taki Markus, dajmy na to. Na naszej pierwszej wspólnej misji pomyślałem sobie: "tak, to jest moja oaza  harmonii i dyscypliny, ktoś rozsądny, ktoś, kto myśli podobnie do mnie". Ale z każdym kolejnym naszym spotkaniem... on sam psuje ten obraz. No ale już pomijając Markusa. Jest Teena, a przynajmniej była, bo mnie rekrutowała, ale od tamtej pory niespecjalnie się widywaliśmy. A to całkiem miła osoba, ale to tyle, co mogę o niej stwierdzić, bo nie miałem okazji widzieć jej w akcji. No i jest Nisheera, której też nie miałem okazji widzieć na żadnym zleceniu. Nie wiem nawet, czy ona w ogóle na jakieś chodzi.
Kerrian milczał, słuchając słowotoku nowopoznanego sylvari i przyglądając mu się uważniej.
- Rozumiem. Więc czemu w sumie dołączyłeś i nadal tutaj jesteś? - spytał dopiero wtedy, kiedy ten już się wyżalił.
- Moja poprzednia gildia się rozpadła i szukałem czegoś nowego. Gildyjna Inicjatywa poleciła mi Ligę, więc przyszedłem spróbować swoich sił tutaj. A jestem tu wciąż, bo... Nie wiem, nie chciałbym się poddać za szybko. No i polubiłem parę osób.
- Ta gildia to tak między przynależnością do Vigil a Ligą?
- Tak. Po kampanii w Maguumie lizałem rany przez długi czas i zrezygnowałem z Zakonu, żeby pozbierać myśli. Mordremoth jednak był... Potrzebowałem trochę czasu. A potem pieniędzy. Dołączyłem do niewielkiej gildii, kilka osób na krzyż, nieźle się dogadywaliśmy przez długi czas i świetnie nam się razem walczyło, ale potem... gildia się rozpadła. Przez jakiś czas po tym pracowałem jeszcze jako barman tylko i wyłącznie, ale brakowało mi akcji.
Kerrian pokiwał głową. Co jak co, ale walkę ze Smokami i ich pomiotami to cenił.
- A ty czemu właściwie tu jesteś? - spytał Nisai, wciąż przyglądając się drugiemu ciekawie. - Znaczy, w Lidze, nie tutaj. Chociaż tutaj właściwie też. Wydawało mi się, że z kimś rozmawiasz, ale... - Przy tych słowach rozejrzał się krótko wokół. - Tak, nadal nikogo nie widzę.
Revenant aż uniósł lekko kąciki ust na te słowa, nim odpowiedział: - Tak, rozmawiałem z Mistrzem. Mistrzem Togo, to moja legenda revenancka, sporo konwersujemy - dodał od razu, bo wszyscy i tak zawsze prosili o wyjaśnienie.
Ciche "ooch" dobiegło od Nisaia i teraz to ten pokiwał głową. - No to sporo wyjaśnia. - Wyraz jego twarzy zmienił się z zaskoczonego na bardziej przyjazny, a na jego usta wstąpił łagodniejszy uśmiech. - Chociaż nie słyszałem za wiele o tym Mistrzu Togo. Był chyba z Kintaju, tak?
Kerrian pokiwał głową na potwierdzenie. - Tak. Był bratem jednego z Cesarzy i miał duży wkład w zdarzenia łączące się z powstrzymaniem Shiro Tagachiego. Do tego był wybitnym rytualistą i bardzo mądrym człowiekiem.
- Brzmi jak świetny kandydat na Legendę. - Strażnik uśmiechnął się szerzej na ten stek komplementów wobec Mistrza Togo. - To powiedz mi jeszcze, co cię przywiało do Ligi?
- Trafiłem przypadkiem do karczmy i właściwie namówiła mnie Annie, bo potrzebowałem pieniędzy. Wcześniej też byłem najemnikiem, ale na własną rękę - odpowiedział znacznie krócej niż jego nowy towarzysz.
- Ach tak, Annie. Miła z niej kobieta. - Pokiwał głową, przenosząc wzrok na wodę. - A długo siedzisz w fachu?
- Teraz to będą z trzy czy cztery lata.
- To nie tak długo właściwie - stwierdził Nisai, przyglądając się Kerrianowi uważniej. - Ile masz lat?
- Jedenaście.
- Myślałem, że będzie większa różnica między nami, ja mam trzynaście. To co w sumie robiłeś wcześniej, że zdecydowałeś się zostać najemnikiem?
- Byłem w Wardenach - odpowiedział krótko i rzeczowo.
- Ach, to w sumie nieźle. Nie podobało ci się tam?
- Było w porządku. Po prostu lubię podróżować - przyznał, zerkając na jakże ciekawskiego kompana, który teraz zdecydował się podeprzeć rękami z tyłu i podnieść głowę, żeby spojrzeć na niebo. To zaś powoli zaczynało przechodzić z pomarańczy i różu zachodu w granat nocy, zwiastując przybycie gwiazd.
- No tak. W Wardenach pewnie nie ma ku temu aż takich możliwości. Ja to w sumie poza Zakonem i poprzednią gildią to nie podróżowałem specjalnie, jak tak myślę. Całkiem niedawno pierwszy raz w ogóle odwiedziłem Elonę, a właściwie Amnoon.
- Nie byłem w Elonie. Nie licząc Azylu.
- No tak, to przecież też jest Elona. Zawsze zapominam przez to wejście w piwnicy - zaśmiał się Nisai, zerkając w stronę towarzysza. - A tu jest właściwie całkiem ładnie. Nieco za ciepło, ale do zniesienia.
Kerrian pokiwał głową.
- Często tu przychodzisz? - odezwał się znów strażnik, siadając z powrotem prosto. - Nie widziałem cię wcześniej.
- Niedawno się dowiedziałem o tym miejscu. Ale tak to popołudniami albo bliżej wieczora.
- I co robisz? Siedzisz tak tylko?
- Medytuję. Rozmawiam z Mistrzem. A ty? Sprawdzasz okoliczne krzaki? - spytał revenant swoim zwykłym neutralnym tonem. Na co Nisai zaraz parsknął śmiechem.
- Tak, dokładnie tak. Ale to tak przy okazji biegania i trenowania - odpowiedział wciąż z uśmiechem rozjaśniającym jego twarz. Można było wręcz powiedzieć, że uśmiecha się od ucha do ucha, przez jakże dziwne położenie tych narządów, które dopiero teraz wyłapał Kerrian.
- Co trenujesz? - spytał, chyba nie zamierzając o nie zagadywać. Może sylvari się ich wstydził? Nie było co drążyć.
- Zwykle biegam, chociaż trenuję też magię czy rzucanie włóczniami. Ale za kompana do sparingów byłbym gotów zmienić imię, ściąć liście i spędzić jeszcze trochę czasu w tym chaosie. Hm, no dobrze, może jednak bez ścinania liści - dodał po chwili zastanowienia.
- Do sparingów? - powtórzył revenant jak echo, nie odrywając spojrzenia od Nisaia.
- Noo. Tak, żeby sobie poćwiczyć walkę mieczem, pojedynki, refleks... - Strażnik machnął dłonią w stronę areny, wędrując tam wzrokiem. - Miejsce jest, ale przydałby się jakiś partner.
Kerrian milczał przez chwilę, nim otworzył usta: - To chyba trafiłeś na dobrą osobę. Też chciałbym z kimś potrenować walkę.
Nisai przeniósł na niego zaskoczone spojrzenie, ale jego twarz już zdążyła się rozjaśnić.
- Naprawdę? To chyba nie może być przypadek w takim razie, że natknąłem się na ciebie dzisiaj w tych krzakach - zaśmiał się.
- To jakie imię wybierasz?
Strażnik zaniósł się jeszcze głośniejszym śmiechem po tym pytaniu, ale zaraz zakrył usta dłonią. Może ktoś jeszcze tu siedział i medytował, a jego śmiech, jakkolwiek dźwięczny, raczej tylko by przeszkadzał. Kerrian uniósł kąciki ust.
- To było dobre - przyznał Nisai, kiedy już się opanował. - Nie spodziewałem się, wyglądasz raczej na poważną osobę. A może bardziej tak brzmisz. Trochę właściwie oba - przyznał, uważniej przyglądając się tej obojętnej twarzy.
- Zdarzy mi się czasem jakiś przebłysk - podsumował tylko krótko, kiwając lekko głową.
- To dobrze. Nie będzie drętwo. To kiedy chcesz trenować? Może jutro? Akurat mam wolne, więc mógłbym przyjść - zaproponował, najwidoczniej rzeczywiście nie mogąc się doczekać treningu. - Może jakoś po południu, koło siedemnastej? Największe słońce już przejdzie.
Kerrian skinął głową.
- Mam czas.
- No to świetnie. - Strażnik uśmiechnął się szerzej. - A póki co to będę się zbierał, muszę dokończyć trening, a głodny kot już pewnie i tak męczy sąsiada miauczeniem. - Podniósł się z ziemi i otrzepał, wszystko pod czujnym okiem towarzysza, który tylko skinął głową. - To do jutra! - rzucił jeszcze na odchodne Nisai, nim zaczął przedzierać się z powrotem na swoją trasę przez krzaki.
- Do jutra - odpowiedział mu Kerrian, odprowadzając go jeszcze wzrokiem, nim wrócił do swojej medytacji.


« Ostatnia zmiana: Lipiec 02, 2020, 06:08:59 wysłana przez Ez »

Ez

  • Towarzysz
  • ***
  • Wiadomości: 40
  • Płeć: Mężczyzna

II. Szumiący wodospad
Czyli o tym, gdzie prowadzi pierwszy wspólny trening

Instynktownie cofnął się, gdy czarna plama pomknęła w stronę jego twarzy, tracąc przy tym pierwotną prędkość, z jaką szarżował na Kerriana. Czuł, jak coś oplątuje się wokół jego broni, a rękojeść wyślizguje się spod jego palców. Odskoczył, chcąc wydłużyć dystans między nimi, ale jego miecz został na miejscu, po chwili upadając z głuchym łoskotem na posadzkę areny. Odruchowo sięgnął w stronę specyficznego sztyletu, który nosił u dołu pleców, nim zdążył sobie przypomnieć, że to tylko walka treningowa, do tego drewnianymi broniami.
- Uf, to już chyba rozumiem, do czego ci ten wachlarz - zaśmiał się, przystając, cofając dłoń i biorąc głębszy oddech. - Jak ktoś się z tym nigdy wcześniej nie spotkał, to ciężko się spodziewać takiego zagrania.
Kerrian również zatrzymał się, oddychając ciężko po tej długiej wymianie ciosów i pchnięć, którą tym razem udało mu się wygrać. Skinął drugiemu sylvari głową, unosząc kąciki ust w wątłej atrapie uśmiechu. Musiał przyznać, że mimo rzekomej przerwy strażnika od treningów, ten wciąż był w niezłej formie.
- Spodziewałem się raczej, że będziesz mi tu nim zaraz magię uprawiał, a nie, że podetkniesz mi go pod nos - przyznał Nisai, nadal rozbawiony, biorąc głębokie wdechy i starając się nie pochylać, żeby sobie tego nie utrudniać.
- O to właściwie chodzi, o element zaskoczenia. Do tego jest całkiem poręczny, chociaż sytuacyjny.
- No tak. Nie wiem, czy jakiś żywiołak by się przejął, że podtykasz mu wachlarz pod nos - parsknął. - To co, może koniec na dziś? - zaproponował, podchodząc po swój drewniany oręż, który leżał na ziemi kawałek dalej.
- Mhm - zgodził się z nim drugi sylvari, ruszając do skraju areny, gdzie zostawili swoje rzeczy.
- Dawno nie miałem okazji tak się wyszaleć - przyznał, z tonu brzmiąc na ewidentnie zadowolonego, co przez Sen było wyczuwalne jeszcze bardziej, kiedy się zbliżył. On także wrócił, żeby pozbierać co swoje. - I zgrzać też. - Sięgnął do kołnierza swojego wysokiego kaftanu, żeby go rozpiąć.
- To dobrze, że jesteś zadowolony - stwierdził Kerrian, zarzucając swój płaszcz na ramię, w koszuli było mu dostatecznie ciepło. - To chyba znaczy, że możemy kontynuować trenowanie razem.
- A jak! - Nisai uśmiechnął się szeroko do towarzysza, sięgając po butelkę z wodą, żeby ugasić pragnienie. Uczucie chłodnej wody spływającej po suchym gardle w duszny dzień było zdecydowanie najlepszą rzeczą pod słońcem! Otarł mokre usta i zerknął na Kerriana. - Chcesz? Nie krępuj się, to tylko woda. - Wyciągnął butelkę w jego stronę. - Możesz do końca.
Mężczyzna zastanawiał się chwilę, po czym skinął głową i przyjął napój, by także zaspokoić swoje pragnienie.
- To może ja odniosę broń treningową, w takim razie - stwierdził, kiedy już oderwał się od picia i zwracał pustą butelkę właścicielowi. - Coś za coś.
- No, skoro nalegasz - parsknął Nisai, wręczając mu swój drewniany miecz rękojeścią w jego stronę. - Chociaż... - Cofnął nieco rękę. - Tak mi teraz przyszło do głowy. Jest ciepło, my zgrzani po treningu... Może pójdziemy wziąć kąpiel pod wodospadem? Raczej nie ma z tym żadnego problemu, nie? - zastanowił się na głos, kiedy już i tak zdążył przedstawić swój pomysł. - W szuwarach siedzieć można, to i za to się nikt nie powinien obrazić - stwierdził zaraz, wzruszając lekko ramionami.
Kerrian przyglądał mu się chwilę, nim sam sięgnął i wyjął broń z jego rąk.
- Nikt nie mówił, że nie można - stwierdził powoli, na co na twarzy Nisaia wykwitł uśmiech.
- No to co? Chodźmy! - Skinął głową na towarzysza, ruszając w stronę wyjścia z areny, by skierować się do schowków. Drugi sylvari ruszył za nim z małym opóźnieniem, nie oponując, a przynajmniej nie na głos, tym planom kąpieli pod wodospadem. Godzina i tak była już wieczorna, nikt pewnie się tam kręcić nie będzie poza nimi, co mu szkodziło? Nic nie działało na niego tak relaksująco jak odgłosy wody, a czego innego sylvari mógł po ciężkim treningu oczekiwać, jak nie chwili odprężenia?
Z tą myślą udał się za Nisaiem wpierw do składziku, żeby odłożyć pożyczony sprzęt, a potem brzegiem płytkiego koryta dalej. Kolorowy sylvari zdjął buty i podwinął nogawki wyżej, by po drodze pobrodzić jeszcze w wodzie.
- To właściwie jak długo byłeś w Wardenach?
- Cztery lata.
- Cztery? Myślałem, że dłużej. Operujesz mieczem lepiej niż przeciętny początkujący.
- Nie uczyłem się tylko u Wardenów. Właściwie u nich byłem całkiem dawno.
- Jak bardzo dawno temu? W przybliżeniu.
- Z siedem lat temu.
Nisai podniósł dłonie przed siebie, otwierając i zamykając palce jakby coś liczył. Kerrian przyglądał się temu z lekkim rozbawieniem w postaci uniesionych kącików ust, ale nie przeszkadzał.
- To bardzo szybko zacząłeś treningi, jeśli dobrze pamiętam, że masz... jedenaście? - Przy tym stwierdzeniu zakończonym nieco pytającym tonem spojrzał w stronę towarzysza, który szedł piaskiem obok niego, a który skinął głową w odpowiedzi.
- Po nieco ponad roku. Tyle wystarczyło, żebym nie mógł już usiedzieć w samym tylko Gaju. A że lepiej byłoby umieć się bronić poza nim, to Wardeni wydali mi się wtedy najlepszą opcją. Poza tym jeden z moich znajomych też tam dołączał.
- Razem zawsze raźniej i weselej - rzucił luźno Nisai, zaraz po tym otrzymując nieco zamyślone spojrzenie od Kerriana. Jednak nawet tego nie spostrzegł, bo byli już całkiem blisko wodospadu i w głowie miał tylko kąpiel. - Hm, całkiem płytko tu. Miałem nadzieję, że będzie się dało wykąpać i popływać, ale widzę, że tu to można co  najwyżej wziąć sobie prysznic - stwierdził nieco zawiedziony, odkładając buty na piasek.
- Nie będzie aż tak źle. Prysznice pod wodospadem są przyjemne - pocieszył go revenant, zabierając się za rozbieranie się, kiedy spostrzegł, że drugi sylvari zaczyna rozpinać swój kaftan.
- No, mam nadzieję. Nie kąpałem się jeszcze pod żadnym wodospadem, co najwyżej w rzece, ale trochę inaczej wyobrażałem sobie ten pierwszy raz - przyznał Nisai. - Chociaż była to dość specyficzna wizja, zawierająca światło księżyca i kolację z lampką wina na świeżym powietrzu, ale chyba nie można mieć wszystkiego - zaśmiał się, odkładając bronie i kaftan na buty, nim sięgnął do spodni. - Hm, nie przemyślałem tego - mruknął do siebie zaraz. Piasek już zdążył przykleić mu się do nóg kiedy wyszedł na brzeg, a przecież nie chciał nosić go ze sobą w ubraniu w drodze powrotnej, bo ten przecież na pewno osadzi się wewnątrz przy przeciąganiu stopy przez nogawkę. Westchnął, przystając na jednej nodze, a drugą zaczął się otrzepywać z mokrego piasku.
Kerrian zerknął w jego stronę po tym westchnięciu i widząc te próby otrzepania stóp z mokrego piasku, zaproponował: - Zdejmuj je w wodzie. Najwyżej nieco się pomoczą, ale przynajmniej piasek nie będzie cię potem irytował.
- To... to całkiem niezły pomysł.
- Często tak robiłem. Gorzej, jak się przewalisz w wodę. Wtedy wszystko będzie mokre.
Strażnik parsknął. - No tak. To chodź, przyda mi się podpórka. - Zachęcił Kerriana gestem, żeby się zbliżył. Ten w tym czasie zdążył już zgiąć w pół swój płaszcz i złożyć na nim wszystkie swoje ubrania  i bronie we względnym ładzie, więc teraz stał już właściwie nago, z zamiarem ruszenia pod strugi wodospadu, ale po słowach Nisaia zdecydował się pomóc bratu w niedoli i podszedł do wchodzącego do wody sylvariego. Strażnik oparł dłoń na jego ramieniu, rzucając mu krótki uśmiech w ramach wdzięczności i zabrał się za ściąganie sprawiającej kłopoty reszty odzienia. Miękki piasek przesuwał mu się pod stopą przy tych manewrach i pewnie gdyby nie podpórka, miałby większe kłopoty z wyjściem z tego suchym.
- Dzięki, wybawco - odezwał się w końcu Nisai, puszczając ramię Kerriana, który znosił to wszystko w ciszy, i zwijając swoje spodnie wraz z bielizną w kłębek, by rzucić je na kupkę i ruszyć za towarzyszem pod strumienie spadające ze skał. Teraz, kiedy revenant był do niego obrócony plecami całkowicie, spostrzegł pokrywające jego plecy niewielkie płatki, z których nie potrafił ułożyć żadnego konkretnego kształtu. - Stylowe wzory - stwierdził, przyglądając im się.
- Hm? - Kerrian obrócił głowę w jego stronę i szybko połączył te słowa z kierunkiem wzroku towarzysza. - Tak. Dziękuję - stwierdził neutralnie jak zawsze, kiwając lekko w jego stronę i sięgając do swoich liści, żeby rozpuścić prowizoryczną konstrukcję, którą z nich wcześniej zmontował na trening.
- Nie widziałem jeszcze drugiego innego sylvari, który aż tak bardzo pokrywałby swoje ciało płatkami. Nie żebym widział plecy aż tak wielu sylvari od kiedy opuściłem Gaj. Nie przeszkadzają ci? - spytał, przypominając sobie, że i on powinien swoim liściom dać odpocząć, i zabierając się za rozwiązywanie i odwijanie wiążącego ich pasma materiału.
- Przyzwyczaiłem się.
- Zawsze takie miałeś czy może coś symbolizują albo... - zaczął zgadywać strażnik.
- Można powiedzieć, że coś symbolizują, ale nie chciałbym teraz o tym rozmawiać - Kerrian uciął dalsze domysły towarzysza nieco bardziej stanowczym tonem niż zwykle, spoglądając w stronę drugiego, ale nie było ku temu potrzeby, Nisai zaraz odezwał się:
- W porządku, jasna sprawa, tak tylko byłem ciekaw. - I nie drążył dalej, zajmując się rozplątywaniem swojej fryzury. Kiedy w końcu udało mu się uwolnić liście z pasm materiału, te rozpłyneły się po jego plecach niczym kaskada, mieniąc się cieplejszymi niż zwykle kolorami dzięki pomarańczowej poświacie zachodzącego słońca. Nawet Kerrian musiał przyznać w głębi, że był to całkiem zjawiskowy widok, w który wpatrywał się może odrobinkę za długo, bo Nisai wyłapał to spojrzenie i uśmiechnął się szerzej. - Przyjmę to za komplement - zaśmiał się, zwijając materiał i odkładając go na pobliskie skały z nadzieją, że nie zmoczy się za bardzo.
Revenant pokiwał głową, powoli odwracając wzrok i samemu kierując się pod strumień wody. - Są ładne - potwierdził swoimi słowami jakże prosto domyślenia brata, a jego wypowiedzi jak zwykle brakowało silniejszych emocji.
- Uwielbiam je - przyznał otwarcie Nisai, wystawiając dłonie, żeby przyzwyczaić ciało nieco lepiej do temperatury spadającej wody nim sam całkiem się pod nią wejdzie. - Chociaż mają też swoje minusy. Muszę je wiązać do walki czy pracy, żeby się nie plątały, a przy tym też zwykle schodzi mi trochę czasu... - westchnął, odgarniając wspomniane liście na ramiona i wsuwając się pod kaskadę wody. - Och, jak dobrze - prawie jęknął z przyjemności, gdy strumienie wody zaczęły rozbijać się na jego plecach w ramach bardzo naturalnego masażu napiętych po treningu mięśni. - Prawie jak w raju.
Kerrian podzielał odczucia towarzysza, aczkolwiek nie komentował tego na głos ani nie okazywał w żaden spektakularny sposób. Zamiast tego stał po prostu pod strumieniem z zamkniętymi, pozwalając, by ten opadał na jego głowę, liście i resztę ciała i zmył wszelkie trudy dnia i treningu. Prosta przyjemność, ale te sylvari już dawno temu nauczył się doceniać.
- O, a może trening w wodzie któregoś dnia? - odezwał się nagle Nisai, którego tok myślenia najwyraźniej jednak wciąż błądził wokół trenowania. - Na wzmocnienie nóg. Hm?
- W pobliżu jest strefa relaksacyjna, nie chciałbym komuś przeszkadzać - stwierdził po chwili zastanowienia Kerrian.
- No to gdzieś indziej można. Na pewno znajdzie się tu gdzieś indziej kawałek wody nie koło strefy relaksacyjnej. A jak nie tu, to może w Lesie Caledon?
Revenant uniósł kąciki ust. Ten zapał do samodoskonalenia dało się wyczuć nawet przez Sen.
- Na pewno coś się znajdzie.

« Ostatnia zmiana: Lipiec 10, 2020, 05:27:27 wysłana przez Ez »

Ez

  • Towarzysz
  • ***
  • Wiadomości: 40
  • Płeć: Mężczyzna

III. Wzburzone morze
Czyli o niechcianych spotkaniach z negatywnymi emocjami

Zastanawiał się w drodze powrotnej, czy powinien w ogóle przyjmować tą zapłatę. Z jednej strony, zlecenie zostało wykonane, a z drugiej - pozostawiło pewien niesmak względem niektórych członków wyprawy. Koniec końców - przyjął monety. Zadanie było zadaniem, opłaty nie zważały na odczucia, a te to już w ogóle inna kwestia.
Już dawno nie czuł takiego rozżalenia. Takiej irytacji. Niezrozumienia. Nienawidził czuć się w ten sposób, ale w głowie po prostu nie mieściło mu się, jak ktoś aktualnie mógł świadomie zacząć rozcinać cały czas przytomne stworzenie, nieważne czy był to stonehead, czy byłby to człowiek czy sylvari. A potem jeszcze mieć żal, że ktoś skrócił cierpienia biednego zwierzęcia! Bo czuł, czuł gniew emanujący od druida, który... jak on w ogóle śmiał nazywać się druidem!
Nie, koniec. Potrzebował się uspokoić. Albo wyładować. Marsz powrotny przez dżunglę nie wystarczył, więc dlatego w ogóle skierował swoje kroki po schodach do piwnicy. Żeby otworzyć kufer i znaleźć się w Azylu. W miejscu tak oderwanym od wszystkiego innego, że i on sam miał nadzieję oderwać się od swoich negatywnych uczuć tak, jak zawsze to robił.
Ale nie spodziewał się, że gdy tylko postawi nogę po drugiej stronie portalu, prawie wpadnie na zderzenie czołowe z inną osobą. Drugi sylvari zdążył jednak wyciągnąć ręce, żeby złapać go za ramiona nim to nastąpiło. Nisai już prawie zaczął się wyrywać i odtrącać drugiego, wciąż poirytowany, ale spojrzał w te zwykle obojętne oczy, teraz ewidentnie rozszerzone w zaskoczeniu, i zamarł. Revenant cofnął się o krok, czując przytłaczającą falę negatywnych emocji i sam puścił swojego towarzysza do sparingów.
- Kerrian... - zdołał tylko wykrztusić z siebie strażnik, nieco zażenowany, że ten przyłapał go w takiej sytuacji.  Nie lubił, kiedy inni byli świadkami miotających nim negatywnych emocji. Specjalnie przecież szukał odludzia, żeby się wyciszyć w samotności, a tu taka niespodzianka. Sam również prawie się cofnął, ale przypomniał sobie, że tuż za plecami miał wciąż otwarty portal, a skoro konfrontacja już nastąpiła, głupio byłoby tak po prostu zniknąć.
- Daj... daj mi chwilę - poprosił witkowy sylvari, sięgając dłońmi do twarzy i zamykając oczy. Ale nie mógł w ten sposób całkowicie ukryć swoich odczuć przed drugim, zdradził go Sen. Nisai, z jeszcze większym zdziwieniem niż po wpadnięciu na niego przy portalu, stwierdził, że aktualnie czuje od towarzysza... coś. Zalany własnymi emocjami dopiero po chwili zidentyfikował to uczucie. Niepewność. Czuł ją zdecydowanie. Ale poza nią było coś jeszcze... cień czegoś bolesnego...
Ale minęła chwila, dwa głębsze oddechy i wszystko to znów zniknęło, przeradzając się w niemalże całkowitą obojętność. Kerrian opuścił dłonie, znów patrząc na niego prawie zupełnie neutralnie.
- Co się stało? - odezwał się cicho, patrząc na towarzysza. Ton miał dość łagodny, jakby nie chciał go bardziej denerwować. Strażnik obserwował tą sytuację z takim zdziwieniem, że prawie zapomniał, jak się w ogóle mówi.
- Yy, ja... uhm... - mruknął, po czym odchrząknął, przytykając dłoń do ust, spuszczając wzrok na ziemię i prostując się nieco bardziej. - Nie będę cię tym kłopotać.
Kerrian nie spuszczał jednak z niego wzroku, powoli zakładając ręce za plecami.
- Jesteś pewny, że nie chcesz o tym porozmawiać? Wydajesz się być czymś bardzo wzburzony - przyznał swoim spokojnym, nieco monotonnym głosem. - Mogę posłuchać, jeśli ci tego trzeba. Albo możemy posiedzieć i pomilczeć. Albo mogę cię zostawić samego - dodał jeszcze na koniec. Nie wszyscy w końcu chcieli się wszystkim z innymi dzielić i on sam wiedział to aż za dobrze.
Nisai podniósł na niego wzrok. - Nie... nie musisz iść. Możemy posiedzieć. Nad wodą.
Revenant skinął głową, ruszając ku rzeczce koło strefy medytacyjnej. Tam będą mieli więcej prywatności, w razie gdyby ktoś jeszcze się zjawił. Drugi sylvari ruszył za nim, starając się zapanować nad swoim oddechem i jednocześnie nad swoimi emocjami. Dopiero odległe echo grzmotu wyrwało go z tych prób. Przystanął, zwracając wzrok w tamtą stronę. Ciemne, fioletowawe chmury zbierały się nad horyzontem.
- Co to jest? - spytał towarzysza, nie odrywając oczu od tego dziwnego zjawiska.
Kerrian także się zatrzymał i obrócił, podążając za spojrzeniem drugiego.
- Zaczęła zbierać się już wcześniej dzisiaj. Wygląda trochę jak burza chaosu, a przynajmniej tak mi się wydaje. Nie widziałem nigdy żadnej, tylko o nich słyszałem - dodał gwoli wyjaśnienia.
- A co robi tutaj? Wydawało mi się, że to Kralkatorrik takie tworzył?
Witkowy sylvari pokręcił głową, ale Nisai wciąż stał i przyglądał się zjawisku, więc dodał na głos: - Nie mam pojęcia. Może ktoś inny będzie wiedział, popytam później.
Strażnik skinął głową, w końcu odrywając się od obserwacji, by ruszyć dalej nad wodę. Przysiedli na piasku niedaleko strumienia, Kerrian po elońsku, a jego towarzysz wpierw na własnych stopach, ale zaraz zmienił zdanie i po prostu położył się na piasku, patrząc na wieczorne niebo. Ręce zaplótł za głową i odetchnął głębiej.
- Więc co się stało? - odezwał się revenant, zamykając oczy, gotów w pełni skupić się na tym, co drugi ma do powiedzenia.
- Byliśmy na tym zleceniu, nie? Na tym z ogłoszenia Aeshri, które wisiało na tablicy.
- To ze stoneheadem?
- Tak, właśnie to. No i szliśmy tam przez dżunglę, i dotarliśmy do kanionu, gdzie ten stonehead był, spotkaliśmy jakichś znajomych Aeshri i ogólnie ustaliliśmy plan, żeby go złapać i ogłuszyć i jakoś spróbować mu wyjąć ten plecak. Ten druid, Forest, stwierdził, że ma na to plan bez potrzeby zabijania tego stworzenia, ale tego to ja się nie spodziewałem - dodał gorzkim tonem, podnosząc na chwilę głowę, by rozłożyć ręce w bezradnym geście i znów się na nich oprzeć. - Było właściwie tak... Podzieliliśmy się na grupy, jedna na dole, żeby zwabić i jakoś spętać bestię, a druga na górze, dla osłony i żeby go ogłuszyć. No i ten stonehead, zwabiony przez takiego jednego norna na szakalu, wybiegł i wpadł w pułapki moje i takiego asura. Staraliśmy się go jakoś zatrzymać, ale powiem ci, zdecydowanie był nie w humorze, tak jak to Aeshri pisała, i w ogóle mieliśmy problem, żeby to zrobić. A ci z góry, okazało się, że czekali o wiele dalej niż się spodziewaliśmy i właściwie nie mogli nam tak od razu pomóc. Skończyło się na tym, że właściwie to całkiem nieźle go poraniliśmy, ale w końcu udało nam się go jakoś unieruchomić i, słuchaj teraz... - dodał jednocześnie lekko podekscytowanym i poirytowanym tonem. Zdążył już się podnieść do siadu w trakcie tej opowieści i zacząć gestykulować. - Druid, druid - powtórzył, akcentując to nieco mocniej. - Zaczął rozcinać jego brzuch. Żywego. Przytomnego. Druid - zaśmiał się gorzko, opadając z powrotem plecami w piasek. - Nie, nie uwierzyłbym w to, gdybym nie zobaczył. To po prostu śmieszne. Tak nieprawdopodobne, że aż no... - parsknął, przysłaniając oczy przedramionami. - Wydawałoby się, że ktoś głęboko połączony z naturą będzie rozumiał, że to po prostu nieludzkie i że zadaje ból.
Kerrian aż otworzył oczy podczas tego słuchania i spojrzał na towarzysza, już nieco spokojniejszego niż w chwili wejścia do Azylu, ale nadal splątanego we wspomnienia miotających nim emocji.
- Ale czekaj, to jeszcze nie koniec. - Nisai zabrał ręce i znów podniósł się do siadu dość gwałtownie. - Oczywiście, stoneaheada bolało i dawał o tym znać głośno. Nic dziwnego, w końcu kwas z żołądka wylewał mu się z ciała... - Skrzywił się nieznacznie. - Zastanawiałem się, czy nie skrócić jego cierpienia. Z jednej strony, wszystko ma prawo rosnąć, a z drugiej... to go tak bolało i nie wiem, czy w ogóle by to przeżył i tak. Ale zanim zdążyłem, zrobiła to Annie. I zgadnij co... wszyscy mieli pretensje o to, że skończyła jego męki! A druid był zły, czułem to wyraźnie. Nie przeszkadzało mu to, że torturuje żywą istotę, a był zły na Annie, że zachowała się jak normalna osoba powinna?  Nie wiem, nie rozumiem tego zupełnie - westchnął, opierając się rękami o piasek za sobą i odchylając głowę w górę, żeby spojrzeć w niebo, które stawało się coraz bardziej granatowe.
Kerrian spuścił wzrok na piasek, a po chwili całkiem opuścił powieki.
- Rozumiem już, skąd te wszystkie emocje - powiedział spokojnie, chociaż ta historia wcale mu się nie podobała. - I wcale się im nie dziwię. Również nie podoba mi się to, co zrobił Forest, ale dobrze jest wiedzieć, że przynajmniej tobie i Annie nie zależy na cierpieniu innych.
Nisai odetchnął głębiej.
- Tak, to jest jakiś pozytyw - zgodził się z nim. - Ale szkoda, że to tylko garstka z nas. To wszystko coraz mniej mi się podoba. Ale... starczy już tego marudzenia i gadania o paskudnych rzeczach. Jak tam wymyślanie nazwy dla twojego miecza?
Revenant otworzył oczy, kompletnie zbity tą nagłą zmianą tematu. Ale czując, że drugi sylvari zdążył już prawie całkiem ochłonąć, wyrzucając to wszystko z siebie, nie naciskał na powroty.
- Już zdecydowałem. Nazwałem go Kaineng.
- Kaineng - powtórzył Nisai, jakby próbując brzmienie tej nazwy na języku. - Brzmi całkiem nieźle. Zdecydowanie lepiej od jakichś Ostrzy Sprawiedliwości czy Matka wie czego. A skąd takie akurat?
- To słowo ze starokintajskiego. Oznacza "cesarza". Stolicą Kintaju było też Miasto Kaineng, Miasto Cesarza.
- Ach, no tak, ma to sens, patrząc na to twoje zamiłowanie do tamtej kultury - zaśmiał się strażnik. - Ale to dobrze, że coś cię jednak kręci. Zwykle wydajesz się bardzo niezainteresowany czymkolwiek, nawet kiedy o coś dopytujesz.
Kerrian wypuścił nieco szybciej powietrze na te słowa i uniósł kąciki ust.
- Kto wie, może zapytałem z grzeczności? - podsunął sylvari poważnym tonem.
Nisai aż zwrócił na niego wzrok, musząc mu się przyjrzeć i zastanowić, czy sylvari rzeczywiście wysłuchał tego wszystkiego tylko dlatego, że tak wypadało. Po chwili jednak parsknął śmiechem, woląc wierzyć, że jest inaczej.
- Pewnie tak, panie Kamienna Twarz. To może posiedzisz tu jeszcze ze mną trochę, tak z grzeczności? Powietrze nad wodą jest całkiem przyjemne, szczególnie w nocy.
Revenant uniósł kąciki ust jeszcze nieco wyżej, kiwając głową i wracając do siedzenia po elońsku z zamkniętymi oczami. A Nisaiowi zdawało się przez chwilę, że gdzieś tam wyczuł od niego jakąś nutkę zadowolenia.
« Ostatnia zmiana: Lipiec 23, 2020, 04:43:28 wysłana przez Ez »