Autor Wątek: Historia Iskierki  (Przeczytany 1715 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Kirinchan

  • Kandydat
  • *
  • Wiadomości: 1
  • Płeć: Kobieta
Narodziny iskierki - zagłada rodu Groeben ~

Jean Groeben jeden ze szlachciców zamieszkujących Queensdale pojął za żoną piękną Auris - czarodziejkę władającą ogniem, żywiołem zniszczenia. Łączyło ich gorące uczucie, z którego zrodziła się ich jedyna córka - Kirinchan. Matka pieszczotliwie nazywała ją iskierką. Świat niestety nie był łaskawy dla dwójki kochających się ludzi. Zaledwie kilka miesięcy po narodzinach dziewczynki, Jean wraz ze swą żoną wyruszyli z rozkazu królowej na Ascalon.
- Kocham Cię iskierko.. - wyszeptała Auris całując dziecko w czoło na pożegnanie przed podróżą na odległy ląd. Nie wiedziała, że były to ostatnie słowa jakie kiedykolwiek wypowiedziała do swego jedynego dziecka. Karoca wioząca rodziców dziewczynki została zestrzelona przez jedną z askalońskich kapult. Był to koniec kochającej się pary. Półroczna wówczas Kirinchan została oddana pod opiekę siostry Auris - Heligi i jej męża Heinza.

Spokojne lata w Eldvin Monatery ~

Dziewczynka wiodła spokojne dzieciństwo w Eldvin Monastery, nie świadoma potencjału ogromnej mocy, jaki się w niej krył. Helga ukryła przed dzieckiem całą prawdę o jej rodzicach. Dzieci z mieszkające nieopodal winnicy uwielbiały bawić się z młodą szlachcianką.
- Twoje imię jest za długie! - krzyknęła pewnego dnia jedna z dziewczynek podczas zabawy w chowanego z 5-letnią wówczas Kirinchan. - Musimy Cię nazwać inaczej! - Małej czarodziejce zrobiło się wtedy niezręcznie. Grupka dzieci otoczyła nieśmiałą dziewczynkę, wymyślając na zmianę głupawe przezwiska.
- Kiri! - krzyknął w pewnym momencie chłopiec oparty o płot, który nigdy nie bawił się z resztą, wolał w tym czasie spacerować po lasach i okolicznych terenach, w czym często towarzyszyła mu Kirinchan.
- Podoba mi się! - krzyknęła do niego z zarumienioną twarzą i uroczym uśmiechem na twarzy. Chłopiec odpowiedział jej uśmiechem z równie obfitym rumieńcem, co mała szlachcianka. Młoda Kirinchan nie zdawała sobie sprawy, że jest potomkinią niegdyś ogromnego rodu, oraz spadkobierczynią mocy magicznej pozwalającej panować jej nad ogniem, aż do pewnego pamiętnego dnia.
 
"Ciociu spójrz, iskierka!" ~

Sielanka życia w winnicy nie trwała jednak zbyt długo. Pewnego słonecznego dnia na Eldvin Monastery rozpoczął się atak centaurów. Większość mieszkańców zaczęła uciekać i chować się w schronach, niektórzy nie mieli niestyty tyle szczęścia i padli ofiarą krwawej rzezi pół koni, pół ludzi. Kiri biegnąc drogą prowadzącą do schronu potknęła się o jedno z ciał nieszczęśliwców. Gdy dziewczynka próbowała wstać, jeden z centaurów rozpoczął swoją szarżę w jej kierunku. Bezbronna 5-latka nie wiedząc co ma zrobić ze łzami w oczach, wystawiła w stonę centaura otwartą dłoń w celu zasłnięcie się. Ten właśnie moment przebudził uśpioną w dzieczynce moc. Ognista kulka o średnicy około 4 centymetrów wystrzeliła z jej dłoni i trafiła napastnika w głowę, przez co stwór na kilka sekund stał się zdezorientowany. Te kilka sekund zaważyły nad życiem dziewczynki, której udało się wstać i ile sił w nogach ruszyć w stronę schronu, w którym czekała na nią zaniepokojona ciotka z otwartymi ramionami. Dziewczynka wpadła zdyszana do schronu, po czym mężczyzna pilnujący drzwi szybko je za nią zamknął.
- Ciociu! Ciociu, spójrz! - dziewczynka wystawiła dłoń, nad która unosiła się niewielka płonąca kulka - Iskierka! - krzyknęła dziewczynka z szerokim uśmiechem na brudnej od upadku twarzyczce.

Początek nauki magii ~

Przez następne 10 lat Kirinchan zaczytywała się w wiele ksiąg magicznych i starała stopniowo rozwijać swoje umiejętności magiczne. Z roku na rok, z treningu na trening mała Kiri stawała się coraz potężniejsza. Z czasem niewielka iskierka przerodziła się w sporych rozmiarów ognistą kulę.
- Ciociu.. Ja.. Ja chce wyjechać! Chce się szkolić sztuce magicznej. - Oznajmiła pewnego ranka 15-letnia dziewczyna. Helga popatrzyła na nią z troską i pogłaskała ją po głowie. Dziewczynka z roku na rok coraz bardziej przypominała kobiecie z twarzy jej młodszą siostrę. Oczy Kiri o kolorze traw na wzgórzach Kessex patrzyły tym samym bystrym wzrokiem, co oczy jej ojca. Helga wiedziała, że nawet gdyby nie wyraziła zgody na wyjazd młodej szlachcianki ta i tak dopiełaby swego. Minęło kilka tygodni, Kiri z niecierliwością czekała na dzień swojego wyjazdu. Na odchodne kobieta podarowała jej srebrny medalion, wewnątrz którego został wygrawerowany napis "ISKIERKA". Od tego dnia młoda dziewczyna stała się adeptką magii i rozpoczęła swe samodzielne życie.

Magia bojowa ~

Kirinchan rozpoczęła swoje szkolenie pod okiem wielu mentorów magii żywiołów. Sprawianie bólu innym na co pozwalała jej niewielka znajomość magii ognia, nie sprawiało jej jednak wielkiej przyjemności. Chciała się uczyć magii dla dobra swoich przyjaciół, rodziny. Z czasem poznała również kilka ataków, które były możliwe tylko i wyłącznie dzięki magii powietrza, między innymi klatkę pozwalającą jej zamknąć wewnątrz przeciwników. Nie była co prawda szczególnie wybitną uczennicą, nie potrafiła się odnaleźć w nowym miejscu, co często dało się zauważyć przez brak jej obecności na zajęciach. Większość czasu spędzała na czytaniu ksiąg o magii, bądź szperaniu po ogromnej bibliotece w poszukiwaniu jakichś informacji o swej rodzinie. Kolejnym celem dziewczyny stały się poszukiwania kim byli jej rodzice i dlaczego ciotka nie chce jej powiedzieć nic poza ich imionami.

Pierwsze spotkanie - magia lecznicza

Mijały miesiące oraz lata. Kirinchan przestudiowała przez ten czas wiele ksiąg o magii bojowej jak i leczniczej, jednak w tej drugiej była zmuszona szkolić się sama. Aż do pewnego pamiętnego spotkania.
- Hej - usłyszała za sobą niski głos podczas czytania jednej z ksiąg. Dziewczyna odwróciła się za siebie i ujrzała mężczyznę, który nie patrzył na nią, a na księgę.
- Chcesz ją przeczytać? - spytała spokojnie, by go nie zdenerwować. Nie lubiła sporów, zazwyczaj robiła wszystko tylko po to by inni jej nie zaczepiali, a gdy już ktoś zaczynał to robić stopniowo się wycofywała aż dał jej spokój. Jednak on był inny, stał spokojnie i powoli przesówał wzrokiem po tekście księgi. Na słowa dziewczyny tylko spokojnie pokiwał przecząco głową i ponownie odezwał się niskim spokojnym głosem.
- Znam ten rodzaj magii, jeśli potrzebujesz praktyk mógłbym Ci w tym pomóc - na jego słowa oczy dziewczyny rozbłysły.
- Naprawdę mógbyś to zrobić? - nie mogła uwierzyć, w słowa nieznajomego.
- Mhm - mruknął łagodnie - Przy okazji jestem Mercer, Mercer Mathre - uśmiechnął się do niej po czym wystawił do niej dłoń.
- Kirinchan - dziewczyna uścisnęła jego dłoń. - Miło mi Cię poznać Mercerze. - w ten sposób rozpoczęło się szkolenie dziewczyny. Mercer okazał się być dobrym nauczycielem i z czasem dziewczyna przerodziła wiedzę teoretyczną w praktykę. Wreszcie osiągnęła jeden ze swoich celów - nauczyła się magii, dzięki której będzie mogła wspierać bliskich.

Fort Trinity - "Tutaj się rozdzielamy" ~

Po ukończeniu szkolenia magicznego, Kirinchan przyłączyła się do jednego ze swoich nauczycieli - Mercera Mathre w wyprawie na Orr. Dotarli razem do Fortu Trinity. Po długiej, męczącej podróży mieli stanąć na froncie.
- Tutaj się rodzielamy Kiri - powiedział mężczyzna, po czym odwrócił się na pięcie - nie daj się im zabić - Dziewczyna w tym czasie została wezwana do obozu, by pomóc sanitaruszom w opatrywaniu ran żołnierzy, którym udało się ujść z życiem z frontu. Tak mijały dni. Kirinchan nie zaprzestała jednak swych treningów w magii bojowej. Ból i cierpienie, które przyszło jej oglądać każdego dnia w tym przeklętym miejscu wzbudził w niej wolę walki. Ścisnęła w ręku medalion, wspominała rodzinne w Queensdale, po czym zaczynała recytować zaklęcia.

Tajemnicze spotkanie ~

Kula ognia robiła się o sterczący z ziemi głaz. Jego powierzchnia zaczynała być coraz bardziej osmolona. Srebrnowłosa dziewczyna opuściła ręce i popatrzyła na kamień, przechylając głowę na bok.
- Uh… - mruknęła do siebie, kierując wzrok na swoje buty.
Kopnęła kamyk, który dostrzegła przed sobą, po czym usiadła na ziemi. Przyjrzała się głazowi. Wystawał metr nad ziemię, kształtem przypominając palec ogromnego, kamiennego giganta.
Wydawał się być niewzruszony jej ognistymi zaklęciami, które ćwiczyła na nim od kilku tygodni. Jedynie sadza na jego powierzchni zdradzała, że miał jakikolwiek kontakt z ogniem.
- Źle układasz palce – usłyszała głos za sobą.
Do tej pory, była święcie przekonana, że jest sama. Odwróciła się gwałtownie, a jej serce zabiło szybciej. Omiotła wzrokiem polanę za sobą.
- Nie bój się – powiedział spokojny kobiecy głos.
Na przewróconym pniu, kilka metrów za nią siedziała kobieta, z nogami skrzyżowanymi blisko przed sobą. W ręku trzymała okrągłe ciastko, które wsunęła do ust. Przymknęła oczy odgryzając kawałek smakołyku. Przeżuwała delektując się smakiem.
- Ciasteczko? – rzuciła do srebrnowłosej, wyciągając przed sobą płócienny woreczek. – Nie? Może potem. – uśmiechnęła się szeroko.
- Eee… - wydała z siebie zaskoczona dziewczyna, otwierając szeroko usta. – Ale…
- Musisz rozluźnić palce. Pozwól, żeby energia płynęła przez nie i opływała je. Delikatnie jak morska bryza, jak źródlana woda, jak miękki pustynny piasek.
Kobieta wstała i podeszła do dziewczyny. Czarne włosy spływały jej za ramiona, mieniąc się dziwną, płomienną czerwienią. Ich wzrok spotkał. Miała oczy niebieskie jak ocean.
- Zobacz. – powiedziała spokojnie, wyciągając przed sobie ręką.
Pociągnęła nią delikatnie przez powietrze, jak w tańcu. Koniuszki jej palców zaiskrzyły, po czym w dłoń okryła się delikatnymi płomieniami. Zatoczyła ręką spokojny okrąg ustawiając ją przed sobą. Nad jej otwartą spokojnie dłonią wisiała niewielka, ognista kula. Przeniosła drugą rękę nad nią. Spokojnie i powoli obróciła dłońmi wokół migotliwych płomyków. Wzmogły się, zapłonęły mocniej. Rozszerzyła dłonie. Ogień urósł. Ścisnęła je. Między jej rękoma świeciła jasna kulka światła.
- Widzisz? – spojrzała na dziewczynę. – To nie jest trudne, trzeba tylko z wyczuciem.
Srebrnowłosa przyglądała się temu z niedowierzaniem. Jej zielone oczy przemieszczały się za rękoma kobiety i świetlistym płomykiem między nimi. Kobieta rozpostarła ręce, ogień zniknął rozwiewając się na wietrze.
- Jestem Selene – powiedziała.
- A… Kiri. Kiri jestem. Jestem Kiri… - Wydukała w odpowiedzi Kiri.
-Śmiało. Spróbuj.
Dziewczyna nieśmiało spojrzała na swoją dłoń. Zamachała nią, ale nic się nie stało. Spróbowała jeszcze raz, poirytowana. Nic.
- Nie denerwuj się. Masz, weź ciastko – usłyszała, a w jej dłoni pojawił się okrągły, korzenny pierniczek.
Dziewczyna podniosła smakołyk do ust. Doszedł ją wspaniały korzenny aromat. Przymknęła oczy i wgryzła się w pierniczek. Był trochę twardy, miał mocny aromat. Był przepyszny. Otworzyła oczy, żeby podziękować, ale nie zastała przed sobą nikogo. Pień kawałek dalej też był pusty. Westchnęła głęboko. Rozluźniła rękę i przeciągnęła dłonią przez powietrze. Z koniuszków jej palców posypały się drobne iskierki.

(Autor: Ł.W.)

Kirinchan rusza na front - kaplica Baltazara ~

Rannych przybywało z dnia na dzień, jednak Kiri nie poddawała się w swoich treningach magii bojowej. W dzień zajmowała się tamowaniem krwotoków i bandażowaniem ran ocalałych, natomiast wieczorami oddalała się nieco by w spokoju trenować nie zakłucając spokoju w obozie.
- Kirinchan, tak? - odezwał się mężczyzna podczas jednego z jej treningów. Dziewczyna odwróciła się spokojnie, a za sobą ujrzałą mężczyznę w podeszłym wieku ubranego w zbroję, bez hełmu, który trzymał w prawej ręce. Jego twarz zdobiło wiele blizn. Dziewczyna w poważnym spojrzeniu rozpoznała jednego z dowódców.
- Tak, to ja - powiedziała dziewczyna stając na baczność, po czym ukłoniła się.
- Chodź ze mną, jest miejsce.. Gdzie przydasz się bardziej niż tu. - powiedział spokojnie po czym założył hełm. Następnego dnia Kiri wraz z resztą oddziału, któremu dowodził Velings, wyruszyła z pomocą do reszty wojsk by odbić kaplicę Baltazara. Dziewczyna pierwszy raz miała zaznać smaku prawdziwej bitwy. Po dotarciu na miejsce spotkała znajomą twarz, był to Mercer. Młoda czarodziejka dołączyła do oddziału elementalistów - magów żywiołów, bo stojąc z tyłu pozwalając innym wojownikom na parcie na przód. Fale nieumarłych wychodziły z nikąd. Było ich coraz więcej i więcej, jednak wszystko wskazywało na to, że bitwa miała zakończyć się pomyślnie dla oddziałów żyjących. Kirinchan stopniowo dozowała zaklęcia by nie stracić całej magii na początku bitwy. Bitwa trwała jednak zbyt długo, było to zbyt wycieńczające dla młodej czarodziejki.
- Wygraliśmy! - rozległ się okrzyk jednego z żołnierzy po wielu godzinach rzucania zaklęć. To jedno słowo wzbudziło w dziewczynie wiele emocji, jej twarz zalała się łzami. Podparła się o swój kostur, jednak to nie wystarczyło. Czarodziejka straciła przytomość, zurzyła zbyt wiele siły magicznej, mogło ją to kosztować życie. Dziewczyna obudziła się po kilkunastu godzinach głębokiego snu. Przy jej łóżku siedział dowódca oddziału.
- Byłaś dzielna, jednak to nie koniec. - powiedział, po czym wstał i ruszył do wyjścia, w którym się zatrzymał - Jutro ruszamy dalej, przygotuj się.
- Tak jest! - odpowiedziała pełnym powagi głosem.

Zakończenie misji na Orr ~

Przedzierali się stopniowo wciąż głębiej, aż w końcu dotarli do Cursed Shore. Tam oddział, w którym znajdowała się dziewczyna zabezpieczył wrota prowadzące do prastarego miasta Arah. Misja zakończyła się sukcesem, po czym Kirinchan została zwolniona ze służby.

Queensdale - powrót do rodzinnej winnicy ~

Po ciężkim czasie spędzonym na Orr, Kirinchan wróciła w rodzinne strony. W pierwszej kolejności wyruszyła do rodzinnej winnicy, gdzie opowiedziała ciotce o tym czego udało jej się dowiedzieć o rodzicach, o spotkaniu Mercera, oraz o chwilach na Orr. Po kilku dniach spędzonych z ciotką Kiri wyruszyła do swej przyjaciółki - Norah, która prowadzi własną karczę, by pomóc jej w tym. Wciąż kontynuowała poszukiwania informacji. Udało jej się dowiedzieć o pokrewieństwie łączącym ją i Mercera Mathre. Wszystko wskazywało na to, że tak miała wyglądać reszta jej życia.

Bractwo i podróż z Mercerem ~

Kirinchan wybrała się do Claypool, by powspominać czas gdy w dzieciństwie często podróżowała w to miejsce z wujem Heizem. Po drodze w to miejsce spotkała swego starego znajomego - Mercera. Dziewczyna dowiedziała się, że mężczyzna dołączył do bractwa oraz poznała kilku jego członków towarzyszących mu w zadaniu, które miał obecnie wykonać. Przyłączyła się do nich podczas ich ówczesnej misji. Podczas wykonywanego zlecenia dziewczynę zaczęła prześladować myśl, czy praca w karczmie to rzeczywiście to co chce robić do końca swych dni. Po pomyślnie ukończonym zadaniu Kiri pożegnała się z członkami bractwa i wróciła do karczmy.
- Norah, poznałam dziś członków pewnego bractwa - wymamrotała Kiri siadając przy barze pustej karczmy. Kobieta właśnie zajmowała się wycieraniem szklanek.
- Hmm? I jak? Chcesz do nich dołączyć? - spytała spokojnie z delikatnym uśmiechem.
- Ja? Nie.. Znaczy.. Tak.. Znaczy.. Agghr! Sama już nie wiem - powiedziała po czym uderzyła lekko głową w blat i leżała tak przez chwile.
- Tylko go nie pośliń! - krzyknęła Norah uderzając Kiri ręcznikiem.
- Ała! Za co to? - dziewczyna nadymała policzki podnosząc głowę z blatu.
- Ty już dobrze wiesz - kobieta pogroziła jej palcem - Możesz mi powiedzieć co tu jeszcze robisz? - spytała spokojnym głosem.
- Czyli masz na myśli..
- Tak, dokładnie, idź. Dołącz do nich. - Norah uśmiechnęła się szeroko do przyjaciółki.
- Masz rację! Zrobię to! - dziewczyna wybiegła z karczmy machając do kobiety. Norah uśmiechnęła się tylko do siebie samej i wróciła do wycierania szklanek.

Spotkanie po latach ~

Mijały dni, tygodnie i miesiące. Kirinchan spędzała szczęśliwe dni w bracwie razem z Mercerem i resztą twarzyszy, nie brakowało jej niczego. Zajęła należyte miejsce głównego medyka, nikt poza nią nie specialozował się w megii leczniczej.
- Mamy rannego! - rozległ się krzyk znanego jej głosu podczas jednej z burzowych nocy. Mercer położył rannego mężczyznę na starym, lekko zniszzonym przez lata łóżku. Jego twarz była zakryta maską.
- Co z resztą? - Kirinchan wbiegła do lecznicy i zaczęła oglądać ciało rannego.
- W porządku, wszyscy żyją są tylko bardzo zmęczeni
- Zajmę się nim, idź do nich i odpocznijcie - położyła mu dłoń na ramieniu, lekko po nim przesunęła.
Mężczyzna był nieprzytomny. Kirnchan, zaczęła zajmować się nim jak umiała najlepiej. Zaczęła zdejmować mu delikatnie maskę z twarzy. Po chwili jej oczom ukazała się znajoma biel włosów, nie wiedziała tylko skąd ją pamięta.
- Iskierka.. - wyszeptał gdy zaczął odzyskiwać przytomość
- Śpij, musisz wypoczywać - przesunęła mu delikatnie dłonią po policzku i wróciła do swojej pracy.

Noc minęła jej pracowicie, zasnęła dopiero gdy świt zaczął pukać w okna pokoju robiącego za prowizoryczną lecznicę.
- Ona?
- Ciszej! Zaraz ją zbudzisz.. - dziewczynę zbudziły głosy lekko ożywionej rozmowy.
- Mh.. Mercer? Co tu robisz? - przetarła oczy i rozejrzała się po pokoju. Mercer siedział na krześle obok łóżka białowłosego. Nieznajomy mężczyzna spojrzał na nią łagodnie się uśmiechając.
- Dziękuje Ci - powiedział łagonym głosem
- Taka praca - dziewczyna przeciągnęła się - Jestem Kiri - powiedziała ziewając przy tym.
- Kirinchan - poprawił Mercer.
Mężczyzna spoglądał z lekko rozdziawionymi ustami to na dziewczynę, to na Mercera.
- Szukałem was - w jego głosie było słychać radość, a oczy zaszły łzami. Mercer i Kirinchan spojrzeli na siebie pytająco. Mężczyzna przetarł twarz dłonią i odchrząknął.
- Jestem Achire - powiedział spokojnym teraz już głosem. Dziewczyna zdziwiona spojrzała na niego, po czy wstała i złapała go za dłoń.
- Ten Achire? - spojrzała mu prosto w oczy.
- Dokładnie ten sam Kiri - mężczyzna uśmiechną się łagodnie - Tęskniłem

Iskierka i złodziej ~

Od pamiętnego spotkania minęło kilka miesięcy. Kirinchan, Mercer i Achire spędzali ze sobą dużo czasu. Wykonywali razem zlecenia, pili w karczmach i często wpadali w tarapaty. Nadszedł dzień ślubu Mercera. Kirinchan jako najbliższa osoba jego krwii pomagała przy wszystkim by był to dla niego idealny dzień.
- Achire! Jak Ci się podoba? - zwróciła się do mężczyzny, który właśnie przekroczył próg drzwi do pokoju, w którym miała odbyć się ceremonia.
- Chciałbym, żebyśmy staneli tak kiedyś jak Kaith i Mercer... - mężczyzna rozglądał się po sali
- Co? - dziewczyna nieco się zarumieniła.
- Ahh.. Powiedziałem to na głos? - Achire zakrył twarz dłonią, by ukryć swoje zarzenowanie. Dziewczyna odwróciła się w drugą stronę, by nie mógł wiedzieć jej wyrazu twarzy i kiwnęła twierdząco głową. Mężczyzna wziął głęboki oddech, złapał ją za dłoń.
- Kiri, chciałem Cię o coś zapytać. Wiem, że dziś jest wielki dzień Mercera. - w jego głosie słychać było zdenerwowanie. - Chciałem po prostu wiedzieć, czy czujesz do mnie to samo.
- Przez to samo masz na myśli.. ? - owróciła wzrok i spojrzała mu prosto w oczy.
- Czy to nie oczywiste? - Achire ujął jej dłoń nieco mocniej - Ja Cię kocham - powiedział nieco ściszonym głosem. Dziewczynę oblał rumieniec, bez zastanowienia zbliżyła się do niego i wtuliła twarz w jego pierś.
- Też Cię kocham. - stali tak chwilę delektując się swoją obecnością.
- Oho, no w końcu - para podskoczyła słysząc za nimi niski, znajomy głos. Mercer stał ubrany w odświętny strój, opierając się o ościeżnicę. - Chodźcie, zaraz zaczynamy - uśmiechnął się do nich. Achire ruszył przodem, Mercer zatrzymał Kirinchan.
- Denerwuje się
- To normalne - uśmiechnęła się do niego łagodnie - Będzie dobrze, Kaith Cię kocha - położyła mu dłoń na ramieniu.
- Zawsze mam jeszcze kuzynkę, co nie? - oboje wybuchnęli śmiechem.

Pożegnanie ~

Minął miesiąc, Achire wyruszył w samotną podróż. Pomimo próśb nie zgodził się by Kirinchan mu towarzyszyła, ani ktokowiek inny. Wielu członków bractwa zaczęło odchodzić, rezygnować z walki. Młoda czarodziejka, waleczny wojownik i jego żona zostali sami. Zamieszkali razem na obżerzach Divinity. Spokojne życie płynęło powolnie, tak minłą rok. Młoda czarodziejka już od dawna nie otrzymała żadnej wiadomości od ukochanego.
Kilka tygodni później, gołąb pocztowy nad samym ranem dostarczył list do rąk młodej elemetalistki.

List: Nie dane mi będzie ujrzeć zieleni Twoich oczu. Jeszcze nie teraz, ale wytrzymaj a obiecuję, że wynagrodzę każdy trud, który Cię spotkał. Otworzyłem bramę do której inni zdołali jedynie zapukać.

- Achire... Mercer! - Kirinchan pobiegła do kuzyna.
- Co jest mała? - spojrzał na nią głośno wzdychając.
- Ruszam - schowała kartkę do kieszeni `
- Gdzie?
- Do Achire, on żyje - Mercer uśmiechnął się do niej.
- Ruszaj, nie będziemy Cię zatrzynywać. - wstał, przytulił ją i pogłaskał po głowie - Tylko nie wpadaj za często w tarapaty i nie zgniń nam tam - roześmiał się serdecznie. Dziewczynie spłynęła łza po policzku
- Dzięki bracie, dbajcie o siebie -  wyswobodziła się z uścisku i pobiegła pakować swoje rzeczy.

Tej samej nocy Kiri ruszyła w świat. Od tamtej pory minęło sporo czasu, sama już nie wie ile. Nadal nie znalazła Achire.