Autor Wątek: Gdy opadnie kurtyna  (Przeczytany 2965 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Mimetka

  • Radny
  • *****
  • Wiadomości: 626
  • Płeć: Kobieta
  • Naczelna maruda.




Będzie to zbiór luźnych, niepowiązanych za bardzo z sobą opowiadań. "Gdy opadnie kurtyna", opowiadać będzie historie które dzieją się za kulisami życia w Lidze, gdy Annie już zejdzie z swojej sceny i udaje się tam gdzie inni nie mają wstępu albo i nie chcą go mieć. Gdzie jej życie po misjach czy sprawach gildyjnych nadal się toczy. Oczywiście nie każde będą poważne czy traktujące o jakiś wielkich wydarzeniach, może i trafią się nudne ale w końcu, nie zawsze w życiu naszych bohaterów musi się dziać coś wzniosłego. To czego nie widać a ma wpływ na wydarzenia, poglądy i życie Annie Goldarrow.

Mimetka

  • Radny
  • *****
  • Wiadomości: 626
  • Płeć: Kobieta
  • Naczelna maruda.
   Niska blondynka zatrzymała się przed wejściem do restauracji. Spojrzała na swoje odbicie w szybie i prawie nie poznała samej siebie. Jak to niewiele czasu trzeba by odzwyczaić się od takiego widoku. A uważała, że zakładając jedwabną koszulę i dobrze skrojone spodnie wygląda elegancko, a tu proszę, wystarczyło wcisnąć się w dobrze dopasowaną i ewidentnie drogą sukienkę by na nowo przypomnieć sobie ciężar tych wszystkich bogato zdobionych sukni jakie jeszcze całkiem niedawno nosiła. Nawet nie minął sezon gdy wyzbyła się sukien i butów na niesamowicie wysokich obcasach na rzecz wygodnych spodni czy skórzanej zbroi. Poprawiła jeszcze kosmyk włosów który wypadł z jej perfekcyjnie spiętego koka i weszła do środka.
   - Anastazja Oswald. - Zapowiedziała się czując się wręcz nienaturalnie wymawiając swoje prawdziwie imię i nazwisko. Tak bardzo już utożsamiała się z Annie, że czuła się teraz jak zupełnie ktoś inny. A przecież Anastazja na zawsze pozostanie częścią Annie... albo raczej Annie na zawsze pozostanie częścią Anastazji.
   Kelner spojrzał jedynie na nią zdziwiony. Faktycznie kobieta do której należało imię w ostatnim czasie zniknęła z życia towarzyskiego a przecież była tak bardzo znana. Czasem czytała gazety i rubryczki plotkarskie, które od czasu do czasu przypominały sobie o niej i mocno spekulowały co się z nią stało.
   Już była na odwyku, została zabita, porwana i zabita, uciekła z kochankiem, została wydziedziczona co w sumie nawet było blisko prawdy, ale najlepsza była historia o jakimś niezwykle namiętnym romansie z jakimś bandziorem i zaciągnięcie się do grupy łamiącej prawo. Tu nawet byli blisko prawy. Choć w sumie jej życie i tak balansuje na cieniutkiej granicy trzymania się zasad a ich łamania. Mimo wszystko wybitnie była rozbawiona faktem, że wystarczyło zrzucić z siebie wystawne suknie i zmyć charakterystyczną czerwoną szminkę z ust by jednak stać się praktycznie anonimowa osobą. Przecież nie raz chodziła po ulicach Divinity's Reach a jednak już tak nie wyróżniała się z tłumu jak kiedyś. Co prawda nadal była tak samo urodziwa i niczego jej nie brakowało, ale jakoś nieszczególnie wzbudzała zainteresowanie w skórzanej zbroi wychodząc z jakieś karczmy czy zwykłej kamienicy w najzwyklejszej dzielnicy miasta. Jednak osoby, które tak bardzo uwielbiały zaczytywać się w plotkarskie rubryczki w życiu by nie pomyśleli, że taka damulka z jednego z najstarszych rodów może sobie biegać po mieście w zwykłych spodniach, z mieczem u pasa i łukiem w reku. A do tego posiadając mieszkanie nad jakaś karczmą. Ba... w życiu nikt by jej nie powiązał z jakąś grupą najemniczą, która specjalizuje się w wszelakich zadaniach. Nikt z jej starych znajomych nie byłby w stanie sobie wyobrazić jej biegnącej na szakalu  strzelającej z łuku a do celu, który żyje... albo i nie. Że ryzykowała niejednokrotnie swoje życie i widziała rzeczy, których żadna z osób z jej poprzedniego życia nawet nie jest w stanie sobie wyobrazić.

   Tak samo osoby przy stoliku do którego została zaprowadzona pewnie nie do końca zdawali sobie z tego sprawę. Oczywiście w porównaniu do całej reszty oni wiedzieli kim... czym się zajmuje i zapewne niezbyt chcieli o tym myśleć. Ale przecież i ich ręce nie są zbyt czyste.
Oboje gdy kobieta podeszła wstali. Prawie równego wzrostu, oboje obdarzeni jak ona blond włosami oraz niebieskimi oczami. Oboje z postawą której i kij od szczotki mógłby pozazdrościć i oboje będący jej rodziną. Ojciec i brat zasiedli, kiedy kobieta usiadła. Zapadła nieznośna cisza, której nikt nie chciał przerwać, jednak w tym momencie pojawił się kelner podając im wszystkim menu i kartę win.
   - Po co mnie tu wezwaliście? - Annie zaczęła bez zbędnych ceregieli przeglądając jedynie spis win. Panowie spojrzeli ukradkiem po sobie i przez chwilę milczeli, czekając chyba na to aby to któreś z nich jednak pierwsze zaczęło rozmowę jednak o dziwo żaden z nich nie był zbyt chętnych. - Więc? - Kobieta odłożyła kartę na bok i spojrzała w menu. Dopiero gdy zdecydowała się co chce zamówić spojrzała w ich stronę. Jej wzrok był chłodny, pozbawiony emocji, choć jakoś nieszczególnie u niej to ciężko osiągnąć. Jednak dość widoczna była niechęć do ich obu.
   - Potrzebujemy twojej pomocy. - A tego akurat się nie spodziewała.

   Za nim Annie się mogła się dowiedzieć o co chodzi rozmowa po raz kolejny została przerwana przez kelnera, który przyszedł odebrać zamówienie. Kelner był niezwykle uprzejmy, bo doskonale wiedział kogo obsługuje więc zapewne liczy na wysoki napiwek. Co jedynie skończyło się westchnięciem kobiety w głębi ducha. Niby nie powinno jej to dziwić w końcu przywykła do sztucznych uśmiechów i przesadnej uprzejmości tylko po to by zaskarbić sobie jej sympatie, ale przy swojej gildii tak od tego odwykła, że teraz jedynie wywoływało to w niej lekką irytacje.
   - Nie przeciągając, chodzi o twoją matkę. Ponownie zaczęła coś kombinować na boku. Spoufala się z podejrzanymi ludźmi. Jakaś wielka organizacja, która podobno ma wszędzie swoje macki i do tego niebezpieczna...
   - Jakoś ci to nie przeszkadzało jak sobie z matulą wesoło biegałeś po Lake Doric z …
   - Wystarczy... - Ojciec uniósł lekko dłoń dając jej znak by przerwała swoją wypowiedź. Rozejrzał się dyskretnie czy aby na pewno nikt za bardzo nie jest nimi zainteresowany i dopiero wtedy ponownie zaczął mówić. - Przyznaje, nie byłem idealnym ani ojcem, ani głową rodziny. Ale chyba każdy może się zmienić.
   Brał ją pod włos. Wiedział, że nie mogła zaprzeczyć po tym co zrobiła z swoim życiem i nawet na jej twarzy było przez ułamek sekundy widać, że nie jest za bardzo w stanie odbić tego argumentu. Mogła, zdecydowanie mogłaby na milion sposobów go odbić ale najwyraźniej albo jej się nie chciało, albo uznała że nie ma sensu poświęcać temu czasu.
   - No to do czego ja wam jestem potrzebna?
Annie wysłuchała ojca, choć w pewnym momencie znowu ich rozmowa została przerwana przez kelnera, który przyniósł zamówienie. Po tym jak się oddalił dziewczyna dowiedziała się kilku rzeczy, choć nie wszystkie uznawała za warte uwagi. Znała swoja matkę i jakoś nie dziwiło ją to, że w momencie kiedy Biała Opończa została rozbita jako zwykła pani domu będzie się nudzić i prędzej czy później zacznie szukać nowej rozrywki. To nie był typ spokojnej kobiety. Ona kochała władzę, pieniądze oraz ból i cierpienie słabszych.
   - A ty nie możesz tego zrobić? - Spojrzała na swojego brata. - Ciebie przynajmniej nie będzie próbowała zabić jak tylko staniesz jej przed oczami. Będziesz mieć lepszy element zaskoczenia.
   - Mógłbym... Ale chyba zapominasz, że reprezentuje prawo...
   - Aha... - dziewczyna mruknęła na ta wymówkę. Że też nie zakuje swojego ojca w kajdany i nie zaprowadzi go do najgłębszej celi jaką ma za współudział w masakrze w Lake Doric. Cóż rączka rączkę myje.
   - Więc jak będzie? - Ojciec spojrzał na Annie. - Oczywiście nie musisz się...
   - Zrobię to pod jednym warunkiem. - Odłożyła sztuczce kończąc posiłek. Usiadła luźniej na krześle i założyła nogę na nogę, chwyciła kieliszek z winem i upiła łyk delektując się smakiem niezwykle dobrego wina. W karczmie takiego nie mają w końcu. - Chce wasze udziały w firmie.
   Po tych słowach myślała że oboje zaczną jednak negocjować, ale ku jej zdziwieniu bez większych ceregieli się na to zgodzili. Annie zyskała rodzinny interes, który będzie w stanie w końcu wyprowadzić na prostą i dawno zapomnianą przez jej przodków drogę bez żadnych szemranych interesów.

   Mimo wszystko i tak była to niewielka cena za to na co się zgodziła.

Mimetka

  • Radny
  • *****
  • Wiadomości: 626
  • Płeć: Kobieta
  • Naczelna maruda.
     Annie miała swoje ulubione zajęcia którym uwielbiała się poświęcać i spędzać nad nimi najwięcej czasu jak się tylko da. Choć po takiej osobie, która raczej nosi opinię obojętnej i beznamiętnej ciężko można się spodziewać, że jednak istnieje coś co może wywoływać w niej jakieś emocje czy tak po prostu cieszyć. Rzadko kiedy widziany szczery uśmiech zawsze zastępowany wyćwiczonym sztucznym uśmiechem nie pomagał jej aby ktokolwiek traktował ją jako uczuciową osobę co zresztą jej pasowało. Dzięki temu nie musiała popadać w wiele skrajnych emocji, które towarzyszą członkom Ligi a sama mogła na chłodno podchodzić do wielu spraw i nie przeżywać ich z taka intensywnością jak Nishera czy choćby Brigg. Zawsze umiejętnie umiała brylować na granicy obojętności czy zaangażowania przyjmując sprawy takimi jakimi były. Może właśnie to jej pomagało dalej trwać w swoim najemniczym życiu? Jednak istniała na świecie jedna rzecz, która sprawiała, że serce zaczynało jej mocniej bić, euforia wypełniała każdy zakamarek jej ciała a na buzi gościł uśmiech jak u dziecka, które dostało właśnie wymarzony prezent.

     Jazda na Kaliście. Jej szakalu, którego otrzymała za pomoc na pustyni.

     Przy lidze nie okazuje raczej aż takiej euforii ale jak jest sama z swoim wierzchowcem pozwala na popuszczenie wodzy radości. I tak też było tego dnia. Wstała wcześnie rano aby wyjść pobiegać i potrenować, jednak zrezygnowała z tego gdy wyszła z karczmy. Poranny zapach rosy niesiony przez przyjemny powiew wiatru z miejsca zmienił jej plany. Wyciągnęła swoją runę w której krył się jej kompan i przyzwała zwierza. Gdy Kalista niesiona delikatnym dźwiękiem dzwoneczków stanęła koło niej, kobieta z miejsca dotknęła jej pyska by ją pogłaskać. Mimo, że ma ją już tyle czasu to nadal nie potrafiła wyjść z podziwu jak piękny twór jej się trafił a miękkość jej futra nadal zaskakiwała kobietę, który tkany magią Dzinów potrafił pod palcami przypominać prawdziwe futro. Mimo, że szakal pod jej dłonią na pysku odchylił nieco łeb w bok jak by ciesząc się na ten dotyk to Annie doskonale wiedziała, że raczej Kaliście jest to w pełni obojętne. Może to jedynie odruch wyuczony po takim długim czasie współpracy czy pusty gest, ale na pewno nie było to nic związanego z emocjami. Szakale w końcu nie mają charakteru. Są pustym narzędziem mającym dobrze służyć swojemu jeźdźcowi i dostosować się do jego wymagań aby mu jak najlepiej służyć. Puste naczynie do którego są wlewane jedynie przyzwyczajenia jego właściciela. Jednak dziewczyna nawet na tak proste gesty, których szakal nabył przy niej sprawiały jej radość. Trochę w szakalach widziała po części odbicie samej siebie. Puste i obojętne naczynie, które jedynie się dostosowuje. Nie przeszkadzało jej to a wręcz uważała, że dzięki temu tak dobrze czuje się na szakalu niż na innych wierzchowcach. Umiała jeździć na raptorach i płaszczkach, ale nie czuła na nich się tak dobrze jak właśnie na szakalu. W przypadku tych pierwszych obawiała się ich woli i charakteru. Trudnych do przewidzenia zachowań w stresowych czy niebezpiecznych sytuacjach czy choćby przywiązania do swoich właścicieli i odwrotnie. Oczywiście może je dosiadać jak musi, ale zawsze to u niej wywołuje lekki niepokój i strach przed reakcjami na nią. A przecież nie umie wywierać dobrych wrażeń na początku i choć już tyle czasu jest najemniczką to zawsze będzie emanować jakaś niedostępną aurą zarezerwowaną dla rozpieszczonych damulek.
Ale Kalista mimo że obojętna potrafiła się wbić w serce dziewczyny poprzez dziwnego rodzaju podobieństwo do niej. I choć Annie wiedziała, że szakal poza swoją nadpisaną wiernością do swojego właściciela nie żywi do niej żadnych uczuć to zdawała sobie sprawę, że jest to obecnie jedyne stworzenie na świecie, które jakoś przebiło się przez jej wszystkie ściany, którymi odgrodziła się od świata i dotarła do prawdziwych emocji radości.

 
     Annie wskoczyła na swojego szakala i ciągnąc za lejce odwróciła się na wierzchowcu obierając kierunek w który na niej pobiegnie. Otwarta droga jest najłatwiejsza do rozpędzenia i korzystania z szybkości Kalisty ale jednak jej wzrok skierował się w bardziej zalesione tereny. Poranna rosa i delikatny wiatr zdecydował na ten kierunek. Zresztą poza zwykłymi doznaniami zapachowymi idącymi w parze z wilgotnym lasem będzie to dobry trening. Szakal bardzo dobrze sprawuje się w końcu na otwartych przestrzeniach, ale Annie lubiła sobie stawiać nieco wyżej poprzeczkę w ćwiczeniach a las obfituje w wyskakujące znienacka przeszkody. Pomijając tak oczywiste przeszkody jak drzewa to zawsze jest szansa na pojawienie się zwierzyny wyskakującej z krzaków, przewrócone pnie czy choćby pierwsi myśliwy czy wieśniacy zbierający grzyby czy drewno. Kobieta rzadko biegała po lesie bo było to trudne jednak zawsze uważała, że takie biegi lepiej wyćwiczą jej refleks i skupienie na otoczeniu przy prędkościach zapewnionych przez szakala. A to nigdy nie wiadomo kiedy się przyda, choć i tak uważała że z jej refleksem jako łucznik i reakcjami w wielu stresujących sytuacjach nie jest tak źle, to wymagała od siebie jeszcze większej perfekcyjności tym bardziej, że zdarzyło się jej błędnie zareagować na niektóre rzeczy czego nie przyjmowała zbyt lekko. Jest łucznikiem, słabszą od innych i musi mieć oczy dookoła głowy, reagować szybciej niż ktokolwiek inny nawet o tym pomyśli. Szybkość i las nie były nigdy łatwe do połączenia. Wymagały nagłych reakcji na pojawiające się przeszkody i w sumie twardego tyłka, bo pojawienie się królika czy sarny na jej drodze już nie raz zmuszały szakala do nagłych zmian kierunków, które niejednokrotnie kończyły się bolesnym upadkiem.
     Tym razem jednak bieg nie obfitował w jakieś wypadki jak spadanie z wierzchowca czy zderzenie z z drzewem które ani jej ani szakalowi nie sprawiało radości więc albo trasa była przychylna, albo treningi się opłacały i Annie znacznie lepiej reagowała na otoczenie.
Biegała już dłuższą chwilę a słońce leniwie przebijało się przez korony drzew wskazując że powoli zbliża się godzina gdzie powinna dziewczyna wrócić na śniadanie do karczmy a po tym udać się do stolicy aby powoli domykać swój interes inwestycyjny. Przejmując swoją rodzinną firmę nie miała czasu na zajmowanie się inwestycjami tym bardziej, że bycie najemnikiem też potrafiło zabierać jej sporo czasu. Choć jest nad wyraz zorganizowaną osobą, to jednak nie umie wydłużyć doby by wszystkie sprawy jakimi by chciała się zająć pomieścić w jednym dniu. Z czegoś musi zawsze zrezygnować więc postanowiła zamknąć swoje biuro inwestycyjne i wyprzedać większość udziałów zostawiając jednak jakieś procenty dla siebie by mieć stały przychód płynący z tego. Zajmowanie się rodzinnym biznesem miało o tyle większy plus, że do tego ma cały sztab ludzi pod sobą, którzy pod jej nieobecność potrafią prowadzić firmę i pchać ją dalej do przodu...
Kalista wyskoczyła do przodu na znak swojej właścicielki i wykonała teleportacje przed siebie co było błędem. Annie rozkojarzona swoimi myślami nie zauważyła, że przed nią jest niewielkie urwisko prowadzące na otwarty teren. Las się skończył i to w brutalny sposób a ona tego nie przewidziała. Urwisko nie było wysokie mimo to braknie jej teleportacji szakala do miękkiego lądowania. Kolejna teleportacja i następna... Annie bezlitośnie z szakalem zbliżała się do ziemi i nagle coś się pojawiło pod nią. Ułamek sekundy później jak by zauważyła mogło to się skończyć zdecydowanie gorzej. Dziewczyna za chwile miała właśnie kogoś rozgnieść cielskiem wierzchowca a wcale jej się to nie spodobało. Dystans się skracał a Kalista nie była gotowa na kolejny odskok przez teleportacje, nie miała się też od czego odbić by nieco zmienić kierunek lotu. Naprawdę dziewczyna miała niewiele czasu... dosłownie sekundy na reakcje i wymyślenie co zrobić by nie zabić kogoś pod nią. Zadziwiające jest to jak mózg potrafi szybko pracować mając jedynie tak krótki czas na przetworzenie informacji i wyplucie z tego jakiegoś rozwiązania, które by dawało jakieś nadzieje na unikniecie nieplanowanego wypadku.
Annie odchyliła się na szakalu i pochwyciła jej runę zawieszoną na szyi co sprawiło, że Kalista najzwyczajniej w świecie po prostu zniknęła tuż nad człowiekiem na którego leciała a Annie upadła kilka centymetrów przed nim boleśnie odczuwając to na całym ciele.

 
     Na szczęście nie skończyło się to żadnym złamaniem a co najwyżej siniakami, bólem i chwilowym zawrotem głowy ale zachowaniem przytomności. Seria jęknięć spowodowana bólem zakłóciła głos osoby która uniknęła jakiś cudem zamienia się w placek czy wyjątkowo bolesną kontuzją. Annie szybko spojrzała na osobę która właśnie stała w niemałym szoku nad nią. Facet, strzelba, skórzany napierśnik, w reku martwe króliki... kłusownik? Myśliwy? Wieśniak? Mózg pracował starając się na szybko połączyć pierwsze informacje. Łuk? Szybkie spojrzenie gdzie jest jej broń, wyciągnięcie ręki po nią...
    - N... nic ci nie jest?
      Annie spojrzała na mężczyznę nad sobą, który odłożył króliki i strzelbę obok. Blondynka sama była zaskoczona ale nie faktem, że facet do niej mówi a tym jak odruchowo zaczęła oceniać sytuacje i sięgać po broń. Jednak najemnicze życie mocno weszło w nią.

 
     Annie niechętnie ale musiała przyznać, że od wypadku w lesie nie minęło za dużo dni a jednak czas ten spędziła dość miło. Spotkanie z mężczyzną przerodziło się w kilka spotkań. Blondynka nie nazywała tego czymś w rodzaju randek, ale na pewno nie zwykłymi spotkaniami. W końcu też była tylko człowiekiem a jakiś czas temu postanowiła, że pozwoli sobie na jakieś spotkania z mężczyznami. Oczywiście kończyło to się szybciej niż zaczynało, ale jej to nie przeszkadzało. Dobrze było zobaczyć się z kimś spoza ligi i pracy oraz porozmawiać o czymś niezobowiązującym. Posłuchać spraw nie związanych z królewskim dworem, szlachtą, interesami czy ratowaniem świata. Była to dla niej dobra odskocznia jak i próba większego otwierania się na ludzi. Jednak takich spotkań nie umiała traktować jakoś serio. Lubi jak mężczyźni w żaden sposób nie przypominają gogusiów którymi otaczała się przez większość swojego życia, ale też krzywo patrzyła na ignorantów czy lekkoduchów. Szukała jakiegoś złotego środka by nieco podciągnąć swój gust odnośnie mężczyzn. Dlatego gdy nadarzała się okazja i zostawała zaproszona przez kogoś, zgadzała się. Jednak szybko brak jej czasu, czy choćby zbytnie odstawania od zwykłych kobiet bywało odstraszające. Tematy do rozmów się kończyły z zawrotną prędkością. Bywali i tacy, którzy nawet nie kryli tego, że chcieli się z Annie umówić poprzez jej wygląd i najlepiej zaciągnąć do łóżka. A ona jako niedoświadczona kobieta w tych sprawach jedyną wiedzę czerpała z paplanin Aeshri i ku jej niezadowoleniu Ivanowi. Więc nawet gdy rozmowy się kleiły a czas z kimś spędzony stawał się na tyle miły, że chętnie by powtarzała dalsze spotkania z danym mężczyzną po prostu szybko uciekała. Mogła by się zaangażować nieco bardziej, ale jednak gdzieś tam w głębi miała zakorzenione na tyle niektóre zasady, że jednak woli zginąć dalej bez żadnych doświadczeń niżeli ich żałować za każdym razem i zastanawiać się nad tym czy popełniła błąd. Trudno, najwyżej tak musi być i nic się z tym nie zrobi.
     Tak samo było i z tymi spotkaniami. Tematy do rozmów powoli acz nieuchronnie zaczynały się zbliżać do końca. W końcu ciężko niektórym było nadążyć za jej chłodnym podejściem do świata, dopatrywania się w wielu aspektach życiowych kalkulacji finansowych czy choćby przeżywanie takich przygód jakie ją spotkały z ligą. Zwykły mieszczuch, który broń zazwyczaj nosi dla ozdoby nie byłby w stanie uwierzyć, że taka kobieta jak ona włada mieczem lepiej od niego a najemnicy czuli się przy niej nieco... malutcy, kiedy okazywało się, że wraz z Paktem stawała na wprost Shatterera a oni w tym czasie spijali pianę z piwa w karczmie. Annie nigdy nie przechwalała się jakoś mocno a i nawet nie miała nigdy takiego zamiaru, ale tak mogła być odbierana. Jakoś nie bardzo ją to obchodziło. Liczyło się zdobywanie doświadczenia w spotkaniach z płcią przeciwną przez co też nie odczuwała jakiś żalów gdy to się kończyło.
     Tym razem też nie przewidywała jakiś fajerwerków i nagłych trafień w serce strzałą kupidyna. Spędzała miło czas co jej nie przeszkadzało choć na kolejnym spotkaniu powoli zaczynało do niej docierać, że coś jest nie tak. Ciężko było powoli toczyć luźne rozmowy które powoli zaczynały bardziej schodzić na tematy, które zazwyczaj zaczynały dzielić rozmówców między sobą. Annie w polityce i prawie była zbyt obeznana, o własnych interesach nie mówiła zazwyczaj zbyt dużo co by nie zdradzać od razu kim jest, zaś rozmowy o umiejętnościach i przygodach mogły przytłaczać drugą osobę, która jak się okazywało była po prostu wieśniakiem. Choć ten o dziwo chciał słuchać to Annie widziała jego nieco znudzoną minę. Z początku myślała, że słucha jej bo sam chciałby ruszyć się z swojego prostego życia jednak jego mina, która bądź co bądź starał się by dobrze maskować ją, to blondynka potrafiła to zauważyć.
Lata brylowania na salonach między wieloma fałszywymi osobami, które liczą tylko na jej potknięcie wyuczyły ją reagowania na dyskretną mimikę ludzi. Są tacy jak ona, którzy potrafią zachować pokerową twarz do samego końca, ale jak to bywało w wielu przypadkach zawsze niewielki ruch potrafiła wychwycić by wiedzieć co skrywa jej rozmówca. A ten skrywał jakieś znudzenie i zniecierpliwienie.
     Annie się zastanawiała czy może jest na tyle nudną osobą, która poza wyglądem zewnętrznym nie ma nic więcej do zaoferowania jednak odrzucała tą myśl. Jest... a przynajmniej uważa się za nie głupią osobę a mnogość przygód z ligą jedynie poszerzyło jej wiedzę o świecie i sprawach które może poruszać w luźnej rozmowie. A może jednak nie jest aż tak ciekawa by poświęcić jej więcej uwagi? Zastanawiała się spacerując przez leśną ścieżkę nieopodal stolicy z mężczyzna.
Wyrwała się z swoich rozmyślań o dalszym losie tej znajomości i nieco nieprzytomnie rozejrzała się dookoła zastanawiając się kiedy tak daleko odeszli od miasta. Nie lubiła wychodzić poza bramy stolicy bez broni choć kiedyś byłoby to nie do pomyślenia by w ogóle miała broń, tak teraz stało się to dla niej praktycznie nieodłącznym elementem. Jednak na takie spotkania broń pozostawiała w domu a umawiać jedynie starała się w mieście. Jakoś nie widziała randki gdzie przyszłaby w pełnym uzbrojeniu z łukiem na plecach i mieczem przy pasie. Słabo by to wyglądało i może i odstraszająco, ale jakoś gdy związała swoje życie z ligą nie umiała już sama chodzić poza granicami miast bez broni. Nigdy nic nie wiadomo a i lepiej dmuchać na zimne.
     - Wracamy? - Annie zapytała swojego towarzysza całkiem spokojnie i dość naturalnie nie zdradzając w żaden sposób swojego zaskoczenia tym że odeszli taki kawałek od bram miasta a ona nawet nie zauważyła.
     - Mhm...
       Annie coś tknęło. Przypatrzyła się mężczyźnie. Lekko spocony, nerwowo się rozgląda nawet na nią nie patrzy. Coś jest na rzeczy ale jeszcze nie wiedziała co. Jednak długo nie musiała nad tym gdybać gdyż mężczyzna odetchnął i odwrócił głowę w kierunku Annie a spod koszuli wyciągnął pistolet.
     - Słyszałem o niezłej nagrodzie za ciebie.
       Dziewczyna jęknęła w głębi ducha. Niezbyt była przestraszona. Panowanie nad swoimi emocjami miała dość dobrze opanowane a jedynie teraz skupiła się na wymyśleniu jakiegoś planu co by wyjść z tego cało. Na pewno następnym razem dwa razy się zastanowi za nim się z kimś umówi.
     - Nie wiem o czym mówisz. - Powiedziała spokojnie starając się nieco zwieść faceta. Oceniła jego postawę. Nie wyglądał na jakiegoś zawodowego zabijakę czy bandziora. Zwykły facet który umie polować czyli na pewno strzela nie najgorzej, ale doświadczenia raczej w takich rzeczach nie ma za dużego. Świadczyłoby by to choćby o jego nerwowym zachowaniu. Doświadczony bandzior widząc przed sobą nieuzbrojoną kobietę raczej by miał przyklejony drwiący uśmieszek do buzi a nie wodził z przestrachem dookoła nich.
     - Widziałem plakat z twoją podobizną twarz bardzo podoba ale fryzura inna. - rzucił mężczyzna z lekkim drganiem w głosie. Annie znowu jęknęła w duchu.
       Na początku gdy usłyszała, że matka za nią wyznaczyła całkiem sporą nagrodę była nieco przestraszona. Wyobrażała sobie, że na każdym kroku będzie miała problemy, jednak prawdopodobnie fakt dołączenia do ligi odstraszył większość łowców głów. A sama wysokość nagrody mogłaby się wydawać tak nierealna, że zakrawała o bujdę i to również mogło spłoszyć pomniejszych łowców, którzy nie chcieli pakować się w niepotrzebne problemy. Jednak jak widać czasem wieści docierają do osób, które nie mają żadnych doświadczeń w tych sprawach a jedynie coś usłyszą, połączą jakieś rzeczy z sobą i myślą, że łatwo i szybko się wzbogacą.
     - Plakat? - Annie bawiła się dalej w nic nie wiedzącą niewinność z miną nie rozumiejącą o co chodzi.
     - Tak, tak plakat. Pokazał mi go jakiś czas temu znajomy. Na początku w ogóle nie skojarzyłem ale jakoś wydawało mi się, że widziałem twoją buzie.
     - I co teraz zrobisz? Zastrzelisz mnie tu? - Annie lekko uniosła brwi ciekawa odpowiedzi faceta, jednak ta długo nie nadchodziła.
     Smutne, pomyślała kobieta. Przed nią stał najzwyklejszy człowiek, który niefortunnie musiał sobie przypomnieć o jakieś wielkiej sumie która wykraczała poza jego wyobrażenia i stwierdził, że to okazja jego życia. A teraz ręka mu lekko drga i nie wie co zrobić a Annie całkiem niewzruszona stoi przed nim i zastanawia się nad jego krokiem. Zabić jej nie zabije, to wykluczyła od razu. Polowanie na leśną zwierzynę to zupełnie inny kawałek chleba w porównaniu do zabicia człowieka a ona coś już o tym wie.
     Jakiś czas temu nie byłaby w stanie sobie nawet wyobrazić siebie jako... nazywając rzeczy po imieniu, morderczyni. Morduje czy to słusznie czy nie i czy ktoś na to zasłużył czy też nie, stawała się panią cudzego losu odbierając życie. Czy to dobijając kogoś po kimś z ligi czy celując tak perfekcyjnie, że od razu wysyłała kogoś do mgieł.
Nie liczyła ile przelała krwi i starała się nie myśleć o tym na co dzień. Ukrywać tego faktu też nie miała zamiaru co czy uważać siebie za niewinną osobę. Robiła co robiła i nadejdzie na pewno dzień kiedy będzie z tego rozliczona. Bo nie ważne czy ktoś był zły do szpiku kości a jego jedynym celem jest siać chaos czy po prostu jest bandytą, którego życie potoczyło się tak a nie inaczej. Odbierała i takim i takim życie i zapewne jeszcze niejednokrotnie to zrobi.
Kobieta wychowana z dala od trosk świata, która posiadała wszystko co można by było kupić dziś ma na swoich rekach więcej krwi niż mężczyzna przed nią mógłby sobie wyobrazić. Na dobrą sprawę zawsze ją to dziwiło jak łatwo jest kogoś zabić w imię wyższej sprawiedliwości dzięki czemu nie ponieść żadnej kary za to. Tylko dlatego, że ktoś jest uznany przez przestępce ona może określić w jaki sposób dysponować jego życiem. I zawsze zadaje sobie pytanie czy w gruncie rzeczy wcale nie jest od nich gorsza albo i nawet taka sama. Światło sprawiedliwości stojące na wprost ciemności w ostatecznym podsumowaniu ma więcej cieni za sobą niż widać to na pierwszy rzut oka. Ciemność przynajmniej nie ukrywa swoich mroków pokazując swoją prawdziwą naturę od razu, a jak widać ramie kierowane dobrem świata, chowa swoje występki w blasku. Jednak to światło sprawia, że cienie stają się długie i bardziej pokraczne. Spaczenie świata które obserwuje będąc w lidze. Towarzysze, którzy podejmują się jakiegoś zadania i siekają swoich przeciwników w najlepsze a wręcz szukając za każdym razem sposobności na jakąś bitkę i ubicie większej ilości przeciwników od swojego kompana, którzy współpracują z paktem i niejedną organizacją która mianuje się prawą, pozostawiają za sobą więcej trupów i wesoło idą do karczmy na piwo czy wracając do swoich własnych spraw co codziennych.
      Annie sama przez to nie wiedziała czy w ostatecznym rachunku zostanie osądzona na równi z złem czy jednak jako tą dobrą, która niosła sprawiedliwość poprzez swoje czyny. Pewna była tylko jednej rzeczy... Aby żyć trzeba zabić. Tylko czy ta sytuacja jest w jakiś sposób podobna do tych które spotykają ją z ligą? Na pewno nie. Mężczyzna przed nią bardziej się boi od niej i na bank nie jest w stanie pociągnąć do człowieka z spust.  Annie powoli położyła rękę na broni mężczyzny zmuszając go aby ją lekko opuścił a ten to zrobił co też potwierdziło kobiece przypuszczenia, że jednak nie byłby w stanie wykonać swojego planu i strzelić do kobiety. Dziewczyna jednak nie miała zamiaru być łagodna bo gdy tylko poczuła, że ręka mężczyzny się poluzowała wyszarpała pistolet od niego. Nie było to trudne bo jej przeciwnik się tego nie spodziewał, spojrzał na nią jedynie z początku zaskoczony lecz długo też nie musiał czekać na jakiś odzew z jej strony. Annie chwyciła pistolet za lufę i odwinęła się by najmocniej jak potrafi zdzielić mężczyznę po głowie. Siły trochę miała w reku, w końcu była łucznikiem a to też wymaga nieco siły aby naciągnąć cięciwę. Facet oberwał na tyle, że się obrócił i złożył nieprzytomny na ziemie. Kobieta kucnęła i sprawdziła czy żył a jak się upewniła, że tak podniosła się na pięcie i ruszyła w stronę stolicy.

 
     Po drodze obiecała sobie, że jednak umawianie się z przypadkowymi facetami to nie jest zbyt dobry pomysł.

Mimetka

  • Radny
  • *****
  • Wiadomości: 626
  • Płeć: Kobieta
  • Naczelna maruda.
   Annie już sięgała po runę w której zaklęta była Kalista, jej szakal jednak po krótkiej chwili zastanowienia jednak ją schowała do kieszeni. Była ładna pogoda, powietrze zdawało się jakoś wyjątkowo czyste w tych rejonach Kryty, więc dziewczyna postanowiła jednak przebyć drogę od drogowskazu do miasteczka pieszo. Zazwyczaj jeżeli chodzi o sprawy związane z rodzinną firmą czasu zawsze było za mało, ale dzisiaj gdy już uporządkowała wszystkie dokumenty po przejęciu interesu, mogła sobie pozwolić na drobny relaks. Choć z drugiej strony czuła lekkie zniecierpliwienie, które towarzyszyło jej od samego rana. Minęło w końcu już tyle lat od ostatniego razu kiedy się widzieli. Jeszcze Patrycjusz żył gdy ostatnio dane im było wspólnie spędzić czas.
Ich rodziny były połączone wspólnymi interesami i jeszcze wtedy  nawet czymś większym niż tylko jedynie rozmowami handlowymi. O ile dobrze pamiętała to byli jedyni ludzie zapraszani do ich domu  nie związani bezpośrednio z arystokracją. Na pewno przyjaźnią by tego nie mogłaby nazwać od strony rodziców, jednak było coś w tych ludziach co na pewno ojciec wybitnie sobie cenił i starał się nawet na jego zadufany sposób pielęgnować. Może nawet to był jedyny czas kiedy mogła oglądać swojego ojca, który darzył kogoś tak szczerą zażyłością i szacunkiem, a wspólna gra w szachy i palenia cygara, wypełniona była luźną dyskusją nie przejmując się że ktoś wykorzysta jego poglądy i opinie przeciwko niemu. To były ostatnie momenty, kiedy widziała go bez zapiętego kołnierza aż po szamą szyję, z lekko rozczochranymi włosami i uśmiechem na ustach. Zawsze wtedy patrzyła na swojego ojca jak na jakieś niezwykłe zjawisko do którego jej oczy nie były przyzwyczajone. Nawet w swojej dziecinnej naiwności byłaby wstanie uwierzyć, że może ci ludzie przyczynią się do tego, że jej rodzina jednak będzie normalna i taki stan utrzyma się na dłużej. Wtedy było miło, Patrycjusz nieśmiało się uśmiechał a ona mogła nawet wejść na kolana ojca i z nich obserwować jak grał w szachy śmiejąc się z jakiegoś dowcipu, którego nie mogła przecież zrozumieć a jednak uśmiechała się i nikt jej nie gonił za to że nie trzyma odpowiedniej dla jej statusu postawy i etykiety. Matka była rzadszym towarzyszem przy tych spotkaniach, ale pamięta jeden raz kiedy przyszła coś przekazać ojcu. Została na małą chwilę, uśmiechnęła się podczas rozmowy, tak zwyczajnie i nawet by teraz mogła powiedzieć, że ciepło. To był jedyny raz kiedy pogłaskała ją po włosach i nie zaczęła się salwa krytyki na jej uczesanie, postawę czy nawet i zachowanie.
   Ale czas jest bezlitosny i takie dni kończyły się szybciej niż ona i jej brat by tego chcieli. Drzwi się zamykały i wszystko nagle traciło kolory, cisza ogarniała cały dom a każdy ponownie rozchodził się do swoich pokoi. Dystans jaki wtedy wdzierał się między wszystkich, zdawał się jeszcze większy niż zazwyczaj a dom stawał się na nowo zimny i pusty. I któregoś dnia nie przyszli już ci ludzie, którzy potrafili sprawić że na jeden wieczór nabierał on kolorów i jakiegoś nieuchwytnego ciepła. Przestali się pojawiać po śmierci Patrycjusza.
Nigdy się temu nie dziwiła.

   Dzisiaj tamte dni są jedynie wspomnieniem, wyidealizowanym przez dziecko, które prawdopodobnie zwyczajność tamtych wieczorów wzniosło wręcz do statusu jakiś cudów, które należy zamknąć głęboko w sobie i pielęgnować najlepiej jak się potrafi, nadać im jeszcze żywszych kolorów i nigdy o nich nie zapomnieć. Choć od momentu kiedy zaczęła życie z pewną gildią już nie musiała kurczowo trzymać się odległych wspomnień o tych kilku godzinach raz na jakiś czas w sezonie, bo takie ciepłe barwy towarzyszyły już jej za każdym razem.
   Jednak cały ranek odliczała każdą minute do momentu ponownego spotkania a powietrze zdawało się dzisiaj intensywniej pachnieć wiosną i morską bryzą. Wodę która była odpowiedzialna za zapach, który unosił się przy każdym zaciągnięciu do płuc powietrza ujrzała szybciej niż się spodziewała. Widok mieniącej się w promieniach słońca tafli wody zawsze jej się podobał, jednak do pływania w niej nie była już taka chętna. To nie tak, że nie umiała ale umiejętności te nie były zbyt wysokie. Można powiedzieć, ograniczają się do tego, że w sprzyjających warunkach jest w stanie utrzymać ciało na powierzchni wody a jeżeli chodzi o sprzyjające warunki to raczej tyczyło się to basenów czy gorących źródeł, gdzie żywioł ten jest łatwiejszy do kontrolowania. Morze nie należało do takich miejsc. Jego niestabilność jest zależna od pogody i wiatru, a oba te potrafią być zmienne szybciej i gwałtowniej niż niejedna kobieta przez całe życie. No i druga sprawa to taka w której to nie była zbyt dużą fanka pokazywania swojego ciała. Co innego krótka spódniczka czy nieco odpięte guziki przy koszuli a co innego paradowanie przed ludźmi w czymś co niektórzy nazywają kostiumem kąpielowym mimo że swoją budową jest identyczny jak zwykła bielizna. Choć swojej wielkiej świadomości mody, to takich różnic między tymi dwoma ubiorami nie rozumiała. I to i to pokazuje ciało w zdecydowanie za dużym stopniu i ewidentnie za dużo osób na ten widok jest wystawionych przez co obłapiają spojrzeniem prawie, że nagie ciało. Obojętne czy to kobieta czy mężczyzna. Wszystkiego za dużo się pokazuje i tyle. Nie jest tak, że nigdy stroju który nazywa się kostiumem kąpielowym nie używała. W końcu chodzi do spa, bierze tam kąpiele czy bywała w gorących źródłach, ale i tak starała się zawsze zakryć najwięcej jak się tylko dało. Takie paradowanie z widocznym praktycznie wszystkim ja krępuje. Pomimo, że na jej kobiece walory nie ma co narzekać a niejedna kobieta może jej spokojnie zazdrościć.

   Jednak jej myśli przerwało zatrzymanie się przed budynkiem jakich wielu w tym miejscu. Rząd drewnianych zabudowań, które łączyły się z sobą ścianami nie miały więcej niż dwa piętra. Budowane zapewne w tym samym momencie aby dać jak największe możliwości mieszkalne osobom, które lata temu osiedlali ten teren. Stały się częścią jednej z bocznych uliczek od głównego placu. Budynki pomalowane na różne kolory dawały poczucie odseparowania od swojego bliźniaka obok, dzięki czemu można było uchwycić delikatne różnice jakie wkładali właściciele segmentów by nie stać się jedną wielka podłużną bryłą drewna i kamieni. Niektóre nieruchomości zostały lepiej lub gorzej odremontowane po wielu latach stania tu jako niepisany pomnik poprzednich pokoleń, w innych na parterach utworzono witryny sklepowe, które miały kusić do ich odwiedzania poprzez kolorowe wystawy za szybami czy pieczołowicie wykonanymi szyldami nad wejściami. A dodatkowym atutem tej ulicy był wielki taras widokowy, z którego można było podziwiać ogrom morza wraz z niewielkim portem, który był przystanią dla rybaków i handlarzy.
   Ale teraz to wszystko się nie liczyło, bo Annie zatrzymała się przed swoim celem. Mały sklepik z witryną, która przyciągała na pewno jej wzrok wyczulony na niebieski kolor, który od dziecka był jej ulubionym. Połacie ładnie ułożonych soczyście niebieskich w różnych odcieniach tej barwy materiały, ozdobione bogato wzorkami, które nadawały swoistego charakteru materiałowi, były jedynie dobrym kontrastem by wydobyć z błękitów jego szlachetnego waloru a wszystko to mieszało się z sprytnie ułożonymi szklanymi buteleczkami które swoimi różnymi kształtami przyciągały wzrok i skupiały jego uwagę na tym co najważniejsze. Zawartości. Wypełnione płynami o niebieskiej barwie, mogły sprawić, że od ich intensywności można by było utonąć w ich delikatnych różnicach, zwłaszcza że staranność ich ułożenia nie była przypadkowa. Przechodząc od jasnych i zimnych odcieni niebieskiej barwy aż po te ciemne granaty a na  końcu prawie czarne płyny. Tylko wprawne oko mogło zauważyć, że mimo ciemności buteleczki, kryje się w nich jeszcze niewielka kropla barwy, która nadaje zupełnie nowego znaczenia czerni. Stojąc blisko witryny można było nie zauważyć tego starannego ułożenia, ale dopiero patrząc na to z daleka wszystko układało się w idealną paletę prezentująca wszystkie tony jednej barwy. Poza Annie nikt by się tak tym nie zachwycał, ale ona jednak doceniała ten niewielki szczegół zarezerwowany tylko dla tych co chcą zobaczyć kunszt pracy włożony w zwykły barwnik.
W końcu gdy szyje ubranie lub je projektuje ma ono być dopracowane w każdym najmniejszym detalu. Dlatego jej firma odnosi swoje sukcesy w branży i przykłada wielką wagę by nawet barwienie materiału odbywało się tylko i wyłącznie z najlepszych barwników. A ta zapewniała najlepsze w opinii jej rodziny. A przynajmniej kiedyś bo wszystko się zmieniło wraz z śmiercią Patrycjusza, gdzie współpraca została zerwana.
   Oczywiście zadbano o to by szybko znaleźć dostawców barwników równie wysokiej jakości, jednak sam ojciec zawsze powtarzał, że nadal nikt nie będzie w stanie zastąpić tych od Smithów. Jako dziecko Annie nie rozumiała kompletnie tej różnicy w kolorach, dla niej niebieski był niebieskim a taka sama reguła tyczyła się innych kolorów, ale z biegiem czasu i większego wprowadzania w to co zajmują się od pokoleń nauczyło ją wychwycić każda różnice w odcieniach i jakości. Żaden tańszy barwnik nigdy nie będzie w stanie osiągnąć takiej intensywności jak te które widziała właśnie przed sobą. Mimo wszystko ojciec nawet po wielu latach od  tamtej tragedii nie powrócił już w to miejsce i nie starał się nawiązać ponownej współpracy, ale teraz firma była jej i to ona decydowała o tym jak będzie prowadzona oraz z kim będą współpracować. A żaden inny kolor nie potrafił jej tak zahipnotyzować jak właśnie ten tutaj. I nie zawaha się nawet na wszystkie warunki jakie zostaną jej przedstawione by ponownie wznowić ich relacje. Mimo że w głębi duszy wiedziała że nie tylko mogło chodzić o same interesy.

   Annie otworzyła drzwi od sklepu i zaraz po jego wnętrzu rozległ się dźwięk dzwonka który był zawieszony nad wejściem aby informować właścicieli tego zakładu, że właśnie nadszedł klient.
Wnętrze było małe i przytulne, można odnieść wrażenie, że na przestrzeni tych wszystkich lat niewiele się zmieniło. Okrągły stolik na którym stał wazon z kwiatami a zaraz obok niego leżały próbniki materiałów, które miały ukazywać ofertę kolorystyczną wytwarzanych kolorów. Obok stolika dwa fotele na których niby to niedbale ale jednak z pewnym przemyśleniem leżały koce, które miały chronić siedziska przez zniszczeniem. Na ścianie nadal wisiały pułki na której była wystawa wszystkich możliwych buteleczek na barwniki jakie można spotkać, każda z nich była pusta jednak nie zapomniana bo nie szło na nich dostrzec żadnej warstwy kurzu gdyż zdawały się mienić od promieni słonecznych wpadających przez okno. Długa lada na której ponownie można było dostrzec wazon z kwiatami, tackę na której stał  imbryczek z filiżankami oraz wielką zamkniętą księgę. Za ladą znajdowało się przejście do dalszej części domu, choć dla niezaznajomionego klienta mogło być one postrzegano jako wejście na zaplecze. Jednak Annie wiedziała, że za nimi jest prosty korytarz łączący sklep zresztą domu. I to właśnie w nim pojawił się mężczyzna.
   Młody, niewiele straszy od Annie, rówieśnik Patrycjusza. Wysoki na tyle, że musiał nieco schylić głowę przechodząc przez przejście. Zdecydowanie wystrzelił w górę, mimo że z dobre ponad 10 lat temu nic nie zapowiadało, że aż tak urośnie. Ciemne włosy schludnie ale niezbyt sztywno zaczesane na bok, orli nos i wąskie usta. Na twarzy widniał kilkudniowy zarost ale oczy nadal pozostawały te same, emanujące jakaś nieopisaną radością życia o kolorze jakże ulubionym przez Annie.
   - Dzień dob... - Mężczyzna spojrzał na chwile na Annie i nieco wydawać by się mogło, że może ja rozpoznał. - ry. - Dokończył
   - Adam? - zapytała nieco niepewnie, choć miała zdecydowanie pewność że to ten sam chłopak którego pamiętała z dzieciństwa. Natomiast Adam spojrzał się jedynie na nią niezrozumiale. - Anastazja Oswald. - Przedstawiła się w końcu nieco zawiedziona.
   - Och. - Adam wydawał się grzebać w głowie w poszukiwaniu wspomnień. - Anastazja – Powtórzył powoli się rozpogadzając.
   Mężczyzna wyszedł zza lady i podszedł do dziewczyny aby jej się lepiej przyjrzeć. Miał przed sobą kobietę która ledwo sięgała mu do ramion. Ubrana luźno jednak schludnie i odpowiednio by wszystko ładnie ale nie wyzywająco podkreślić. Spodnie opinające jej nogi oraz jasno niebieska koszula z odpiętymi dwoma guzikami a z przodu nieco wsunięta w spodnie aby uwydatnić klamrę z paska, która była w kształcie prostokąta z tłoczonymi wzorami tworzącymi kwiatowy wzór. Przez chwilę się zastanowiła czy jednak nie powinna może lepiej przyłożyć się do swojego ubioru. Może bardziej elegancko, coś co mogło by każdego od razu powalić na kolana. Ale nie, jednak postawiła na prostotę i teraz tego żałowała.
   - Na słodką Lyssę ale ty wyrosłaś! - rzucił w końcu Adam przyciągając dziewczynę do siebie aby ją objąć.
   Annie nie lubiła być za bardzo przytulana choć zdarzały się wyjątki. Przede wszystkim nie była do tego przyzwyczajona i nie wiedziała jak się zachować przy czymś takim. Choć zazwyczaj odwzajemniała taki uścisk, to jednak uczucie lekkiego skrępowania nie umiało odpuścić. Na takie obejmowanie głównie pozwalała dziewczynom w gildii bo większość dla niej nie tylko było kompanami w walce ale również przyjaciółkami. Sama nie lgnęła do takich rzeczy, jednak jak już miała miejsce taka sytuacja to nie odpychała nikogo. Z mężczyznami było u niej znacznie gorzej. Po pierwsze nadal pewne rzeczy które wyniosła z domu miała mocno zakorzenione na tyle w głowie, że sama uznała je za całkiem prawidłowe. Może już nie była typową damulką z stolicy ale uważała że jednak kobiecie pewne spoufalanie się z mężczyznami nie przystoi. W porównaniu do Aeshri miała dość staroświeckie podejście, jednak źle się z tym nie czuła. W ostateczności może i by mogła dopuścić do takiego gestu niektórych mężczyzn z ligi ale jednak wolałaby jakoś tego uniknąć. Raz chyba Markus ją pocieszał gdy wpadła w jakąś spiralę wątpliwości w własną przydatności w Jahai i z Aurusem gdy tańczyli, więc nie liczyły się to tjako gest przytulania. No i nie licząc Ivana, który aż wręcz chciał na siłę zmienić u niej takie podejście co jedynie sprawiło, że całkiem straciła do niego zaufanie. Jednak Adam był dla niej wyjątkiem w całych tych wszystkich jej regułach. Aż sama była zawstydzona takim myśleniem.

   Całe popołudnie zleciało na bardzo miłych rozmowach. Annie opowiadała o tym co się u niej działo przez te wszystkie lata. Głównym programem jej opowieści były przygody jakie przezywała z ligą. Nie pomijała niczego, dbając o to by jak najlepiej odwzorować wydarzenia z wszystkimi swoimi poglądami na to. Chyba dla niej to był taki jedyny moment w życiu gdzie się otworzyła jak nigdy wcześniej. Uśmiechała się szczerze, żartowała i była niezwykle naturalna co ciężko na co dzień u niej spotkać. Kompletnie była skupiona na tym by wywrzeć na Adamie jak najlepsze wrażenie, byle by nie widział w niej jedynie spadkobierczyni rodu Oswald. Żeby wiedział że już nie jest tą wystraszoną dziewczynką którą spotkał w dzieciństwie a jest samodzielną, silną i skromnie mówiąc piękną kobietą. Sama nie umiała tego racjonalnie wyjaśnić, bo gdyby na to spojrzeć z perspektywy rozsądku, to kompletnie nie znała Adama . Jedynie te kilka razy z dzieciństwa sprawiły że trzymała go w pamięci jak jakaś niezwykłą, jedyną i na zawsze pierwszą miłość, taką o której gdy nawet pomyślisz to pojawiają się rumieńce na policzkach. Ale Annie takie rzeczy jak rumieńce nie pasują zwłaszcza z tak irracjonalnego powodu jak  głębsze uczucia do drugiej osoby. Zamknęła to głęboko w jej zimnym na pierwszy rzut oka sercu i nigdy nie wracała do tego.
Ale nie była przecież jakaś zafiksowaną dziewczyną na punkcie jednego chłopaka... mężczyzny w tym momencie. Oczywiście oszalała z jakiś nieopisanych długo skrywanych w sobie uczuć, ale jednak ciągle w głowie kołatały myśli, że minęło przeszło dziesięć lat i w tym czasie mogło się naprawdę wydarzyć wiele w życiu Adama. Ile teraz ma lat? Dwadzieścia siedem, osiem? To by było takie głupie nie pomyśleć choć raz że nie ma dziewczyny  w gorszym wypadku nawet żony i dzieci, że nie zdążył założyć gniazdka, nie miał wielu kobiet po drodze aż w końcu ta jedyna go usidliła, urodziła dzieci i stworzyła mu jakiś miły i ciepły dom, a ona tu się zjawia jako relikt przeszłości o którym  najwyraźniej zapominało się skoro nie skojarzył jej od razu. A miała nadzieję że ją rozpozna.
   - Na bogów... - Annie wyjrzała przez witrynę sklepową zauważając, że dzień chyli się ku końcowi. - Późno już a nawet nie zdążyłam ci połowy opowiedzieć już nie mówiąc jaki cel mnie tu przywiódł.
   - To może zostaniesz na kolacji to jeszcze porozmawiamy. Staruszek na pewno się ucieszy gdy cię zobaczy. Zawsze uważał, że byłaś bystrą dziewczynką, tylko trochę mu cię było... - W ostatniej chwili zatrzymał swój słowotok i spojrzał przepraszająco na Annie.
   - Szkoda? Żal? - Annie wstała z fotela przy stoliku gdzie spędzili tu całe popołudnie. - Chętnie zostanę na kolacji.
   - Zamknę tylko sklep. - Sam również się podniósł z fotela i przeszedł za ladę by wyciągnąć klucz z szuflady do drzwi. - Ojciec był bardzo rozbity po wieściach o Patrycjuszu. - Zaczął nieco dość trudny temat, ale Annie miała wrażenie że porusza go tylko i wyłączenie po to aby przed spotkaniem z Ignacym Smitem jakoś usprawiedliwić jego decyzje z przeszłości.
   - Słuchaj Adam. - Annie oparła się o ladę i obserwowała jak Adam na chwile wyszedł z sklepu by zamknąć drewniane okiennice na witrynie. W pomieszczeniu pociemniało. - Naprawdę nie musisz tego robić. Rozumiem czemu przestaliście się pojawiać i czemu zerwaliście współprace. Może i byłam dzieckiem, ale takie rzeczy rozumiałam aż za bardzo. Zdziwiona bym była jak byście dalej kontynuowali odwiedzanie nas.
   - Ojciec spanikował. Bał się o siebie...
   - I ciebie przede wszystkim. - Dokończyła za niego i za nim w drzwiach przekręcił się klucz zauważyła potwierdzające skinięcie głową.  Nawet Annie przez chwile poczuła ukłucie, że jednak w tym wszystkim nikt nigdy się o nią tak nie zamartwiał.

   Spotkanie z Ignacym Smitem wbrew jej początkowym przypuszczeniom potoczyło się bardzo miło. Sam człowiek zdążył się postarzeć i to zdecydowanie bardziej niż by się blondynka mogła spodziewać. W późniejszej rozmowie się dowiedziała jedynie, że Ignacy ciężko choruje przez co Adam praktycznie zaczął się zajmować sklepem i produkcją barwników. Ale mimo wszystko dalej tryskał poczuciem humoru. Sama kolacja przygotowana przez Adama była skromna ale bardzo dobra a po tym Annie została zaproszona na lampkę wina i partyjkę szachów z seniorem rodu. I wszystko było by niezwykle piękne i kolorowe gdyby nie otwierające się drzwi a tam pojawiająca się młoda kobieta z niemałym okrągłym brzuchem. Ale w końcu Annie była przygotowana na taką ewentualność i nawet przez chwilę nawet ją dziwiło, że nie ma w mieszkaniu ukrytej w szafie żony Adama czy rozbrykanej gromadki dzieci. Była pewna że w tym momencie usłyszała dźwięk podobny do tłuczonego szkła.
   - Klaudia. - Adam od razu wręcz skoczył do drzwi przywitać kobietę.
Miała ona ciemno brązowe włosy, które falami opadały jej na ramiona, Na pierwszy rzut oka wydawała się wyższa od Annie o prawie głowę, cera lekko opalona, małe usta, trochę garbaty nos, piegi... pełno piegów na policzkach i jasno brązowe oczy. Po za brzuchem ciążowym ewidentnie było widać, że kobieta mogła mieć ładną figurę.
   - Tyle czasu im mówię, żeby nie przejmowali się mną i w końcu się pobrali. - Odezwał się trochę konspiracyjnie Ignacy wyrywając Annie z swoich własnych myśli.
   - Tato, mówił Ci że dopiero jak ci się polepszy. - Odezwał się Adam wprowadzając Klaudie do pokoju.
   - Przecież powiedziałam Ci że nie odpuszczę ci... - Klaudia spojrzała na Annie i chwilę się jej badawczo przyglądała.
   - Anastazja Oswald. - Annie wstała aby się przedstawić kobiecie i lekko złapał ją w jakimś serdecznym geście za dłoń. - Jestem starą znajomą...
   - Oswald? - Kobieta powtórzyła nazwisko i spojrzała pytająco na Adama.
   - Tak. - Wywrócił oczami. - Od tych ciuchów co zawsze musisz na nie popatrzeć jak jesteśmy w Divinity.
   - Och... - Klaudia aż przyłożyła dłoń do ust aby chyba nie pisnąć.
   - No cóż... w końcu to moja firma. - Przynajmniej w tym ma nad nią przewagę. Pomyślała smutnie.
   Choć nie chciała tego przyznać to dalej wieczór toczył się nadal przyjemnie choć ona czuła jak mocno przygasła w sobie. Jako mistrzyni udawania emocji i przyklejania na siebie niezwykle wiarygodnych uśmiechów nie miała trudności aby dalej być tą zadowoloną Annie która tu była przed pojawieniem się Klaudii. W międzyczasie luźnych rozmów zdążyła się dowiedzieć, że Adam z Klaudią mieli się już ponad rok temu pobrać, ale choroba ojca pokrzyżowała te plany i teraz czekają jak mu się polepszy na co medycy zapatrują się pozytywnie. A ciąża... cóż wiadomo jak do niej dochodzi więc poza tym, że mieli czekać z dzieckiem do czasu aż już będą małżeństwem to jakoś tak wyszło. Oczywiście nasłuchała się jak to są niesamowicie z sobą szczęśliwi, Klaudia nie umiała przestać się zachwycać sukniami jakie można zobaczyć na wystawie sklepu jej rodziny, Adam oczywiście jej dokuczał... No żyć nie umierać, pomyślała blondynka z jakimś jadem przy kolejny upiciu wina z kieliszka. Przy okazji się dowiedziała, że rodzice Klaudii mają tu swoją małą karczmę, miejscowy dom kultury jak w żartach to nazywają.
Dzisiaj stary Sam znowu odgrażał się że pójdzie i sam pogoni tego ducha. - Zaczęła Klaudia chyba chcąc opowiedzieć jakaś anegdotkę.
   - Ducha? - Dopytała Annie będąc chyba tym tematem zainteresowana bardziej niż słuchaniem o cudownej miłości zakochanej parki.
   - Widzisz, mamy swoją własną atrakcje turystyczną. - Zażartował Adam – Mówi się, że dawno temu nieopodal wybrzeży rozbił się statek i cała załoga zatonęła. Przeżyła jedna osoba, która na urwisku rozpalała ognisko by jej załoga która mogłaby przeżyć a błąkała się na wodach mogła odnaleźć drogę na brzeg. Ta się nie odnalazła a kobieta aż do śmierci się nie poddawała, podobno w rozpaczy w końcu sama się zrzuciła z urwiska w objęcia morza, jednak jej duch pozostał na tym świecie i dalej kontynuował dawanie sygnału w postaci ogniska.
   - Jak byłem jeszcze młodym chłopcem – Wtrącił się Ignacy – Faktycznie bardzo często widywano na sąsiednim urwisku nikłe światło dawane przez płomienie, jednak z biegiem lat stawało się to coraz rzadsze. Och jeszcze kiedyś byli tu badacze z Durmand Piory aby zbadać historię naszego ducha, ale od tamtego czasu minęło naprawdę sporo lat. A sami poza szczątkową historią niewiele się dowiedzieli a ducha zostawili w spokoju.
   - Ogień z biegiem lat pojawiał się coraz rzadziej aż któregoś dnia po prostu znikł. No pomyśleliśmy, że duch w końcu odszedł do Mgieł, ale pół sezonu temu ogień znowu się pojawił. Z początku nikt nie zwrócił na to większej uwagi, niektórzy myśleli, że starsza młodzież sobie robi zabawy by postraszyć dzieciaki, ale w końcu kilku naszych myśliwych postanowiło sprawdzić kto jest za to odpowiedzialny i pogonić dzieciaki. - Kontynuował Adam. - No ale okazało się, że to jednak ten duch tyle, że nie był już tak spokojny jak kiedyś. Nawrzeszczała na nich w jakimś szale i zaatakowała.
   - Wśród nich był mój brat – Dodała Klaudia a Annie pomyślała, że akurat to jej nie prosiła o wtrącanie się. - Duch się rzucił na nich, zaatakował i wywiązała się niewielka walka, jednak na szczęście poza kilkoma niegroźnymi ranami nic się nikomu nie stało.
   - W mieście zarządzono by nie udawać się w tamten rejon i dać duszy spokój. Głównie chodziło o młodzież, żeby nie chcieli się wykazywać w głupi sposób by zaimponować dziewczynom. I w sumie było spokojnie. Czasem duch zawodził po nocach nie dając nam spać, ale nie zdarzało się to za często. - Dodał ponuro Ignacy.
   - Problemy zaczęły się trochę ponad miesiąc temu, kiedy rybacy znaleźli uszkodzone siatki i skrzynie. Z początku myśleliśmy, że to jacyś wandale ale sytuacja stawała się coraz częsta i kilku rybaków postanowiło przyczaić się na wandali. Jak się okazało to duch był sprawcą zniszczeń a co gorsza rzuciła się na rybaków w czym jeden w ciężkim stanie trafił do medyka. Niestety nie przeżył do rana. Po tym sytuacja stawała się coraz gorsza bo dusza zaczęła wręcz schodzić z swojego urwiska do miasta i atakować ludzi w nocy, niszczyć łodzie czy choćby nawet sprzęt naszych rybaków no i oczywiście zawodzić na molo w porcie.
   - Oddaje ich, oddajcie ich... - Klaudia zawyła udając, że jest duchem.
   Annie wysłuchała całej opowieści w skupieniu. Jako najemnik miała już do czynienia z różnymi sytuacjami w tym i duchami. Z doświadczenia wiedziała, że duchy nie należą do łatwych przeciwników. Ich umiejętności może nie były aż jakoś przesadnie bogate w porównaniu do innych tworów z którymi miała do czynienia, ale jednak potrafią być upierdliwe choćby tym swoim znikaniem i pojawianiem się w zupełnie innym miejscu. Ogólnie nie przepadała za takimi sprawami. Umęczone dusze które pozostały na tym świecie, kojarzyły jej się jedynie jako symbol wielkiej straty która ostatecznie nawet po śmierci doprowadza do szaleństwa, co w obecnej sytuacji jeszcze bardziej ja dobijało. Nawet przez chwilę zastanawiała się czy jej dusza kiedy nadejdzie czas odejdzie spokojnie z tego świata i rozpocznie swoją niekończącą się wędrówkę w mgłach czy jednak zgorzknienie jakie towarzyszy jej sercu zatrzyma ją tutaj i będzie prowadziła marny żywot ducha, który w swoim bólu i cierpieniu utraci resztki zmysłów.
   - Powinniście się tym zająć. - Odezwała się po chwili milczenia. - Jak nie macie w miasteczku nieco bardziej przeszkolonych wojowników czy magów to zwrócicie się do odpowiednich osób. Może teraz to tylko upierdliwy duch, ale z biegiem czasu może stać się poważnym zagrożeniem, tym bardziej że doprowadził już do jednej śmierci.
   - Odpowiednich osób? - Adam spojrzał na nią niby niewinnie ale wyczuła że pomyślał aż zbyt o konkretnych osobach.
   Milcz. Zadudniło jej w głowie. Wcale nie chcesz być aż tak dobrą i miłą osobą i jeszcze tu wracać. Milcz póki nie jest za późno.
   - Porozmawiam z swoją gildią. Na pewno się zgodzą pomóc. - A jednak nie umiała zamilknąć.

   Odwiedziny dobiegły końca. Ku lekkiej uldze Annie a jednocześnie z równie lekkim żalem. Rozdarcie między radością po tak długo wyczekiwanym spotkaniu a zawodem że jednak jest już za późno trawiło w palący sposób serce blondynki. Sama nawet nie spodziewała się, że jednak w całej swojej obojętności na takie trywialne sprawy jak emocje, nie umie być do końca obojętna. Od momentu kiedy zaczęła żyć na własną rękę i sama dyktować sobie warunki tej wolności zdarzało się że parę razy stawała w podobnej sytuacji. Oczywiście, nie były to takie same uczucia, ale dość podobnie ją zaskakiwały. Radość, smutek, rozczarowanie i wiele innych  wlewały się w nią całkiem nieproszone. Im więcej tego było tym bardziej czuła, że coraz mniej może być przygotowana na to co za tym się kryje. Łatwo jest iść przez życie nie zwracając uwagi na wewnętrzne rozterki. Łatwo jest być obojętnym, nieczułym, nieprzywiązanym, nie zastanawiającym się nad dobrem a złem a jedynie przyjmować świat takim jakim jest bez doszukiwania się drugiego dna. Ale chyba powoli zaczynał się czas w którym to będzie musiała sama przed sobą zacząć przyznawać, że takie łatwe dni zaczynają powoli się kurczyć i będzie mieć coraz bardziej pod górkę.
   Adam postanowił, że odprowadzi Annie do drogowskazu. Wszyscy zgodnie, poza nią, uznali że to bardzo dobry pomysł biorąc pod uwagę okoliczności związane z duchem. Sama dziewczyna nie była zbyt pewna co do słuszności tego pomysłu. Mogła po prostu użyć swojego szakal i znalazłaby się przy drogowskazie znacznie szybciej niż spacerem. No nie może skłamać przed samą sobą, że jej taka perspektywa nawet nie odpowiada, ale jednak w porównaniu do Adama i jego rodziny ona przynajmniej umie walczyć. Choć i tak takie słowo jak walka w jej przypadku jest mocno przesadzone bo jest jedynie łucznikiem a nie wprawionym wojownikiem to jednak na pewno ma większe doświadczenie z radzeniem sobie w trudniejszych sytuacjach niż osoba, która z walką nigdy nie miała do czynienia a jej umiejętności magiczne są nie wyćwiczone. Co prawda nie miała z sobą swojego łuku bo i nie widziała potrzeby brania go dzisiaj z sobą, ale bez swojego sztyletu ukrytego w bucie się nie ruszała, więc katalizator do  magii ma, swoje duchy będzie w stanie przywołać i nie tyle co podejmować się jakieś walki, ale przynajmniej mieć czas na bezpieczne wycofanie się. I choć powiedziała, że dla niej to nie problem i skoczy szakalem szybciej do drogowskazu tak wszyscy jakoś pomijali ten fakt uznając, że będą spokojniejsi wiedząc, że Annie dotarła bezpiecznie do drogowskazu.
   Wieczór był ciepły a powietrze bardzo przyjemne, niebo rozgwieżdżone i tylko jakoś romantycznej atmosfery by brakowało by można było uznać zwieńczenie tego dnia za niezwykle udany. Nie było źle a przynajmniej tak sobie to Annie wmawiała. Odnowiła współpracę z Smithami, mogła spędzić czas z Adamem i nawet uznać, że wszystko i tak nie skończyło się tak źle mimo lekkiego rozczarowania. Rozsądek powoli zaczynał brać górę nad niepoprawnymi iluzjami, które jej się urodziły z rana w głowie i zaczynała się godzić z tym, że czas od ostatniego spotkania się nie zatrzymał i każdy poszedł swoją drogą. Adam miał swoje życie, które dawało mu szczęście a Annie swoje, które też ja umiarkowanie satysfakcjonowało a na pewno było lepsze niż jak by miała zostać w rodzinnym domu w Divinity i nigdy nie go nie opuszczać. W ciągu roku zobaczyła więcej niż przez dwadzieścia kilka lat swojego życia, przeżywała przygody o jakich można tylko czytać w książkach i wiedziała o takich rzeczach o jakich nigdy by nie mogła usłyszeć wcześniej w swoim wygodnym życiu. Była zadowolona.
   - Ciesze się, że... - Zaczął Adam chcąc chyba przebyć ten niewielki kawałek z miasteczka do drogowskazu w jakiejś milszej atmosferze niż niezręczna cisza z strony Annie.
   - Widziałeś? - Annie wskazała jakieś miejsce w kierunku lasu, gdzie wydawało jej się, że coś mignęło jej tam.
   - Gdzie? - Mężczyzna zmrużył oczy myśląc ze chyba w ten sposób lepiej będzie mógł dostrzec to co Annie. - To stary Sam. - Powiedział gdy zauważył niską i pulchną sylwetkę zataczającą się między drzewami.
   - Nie za późno na wieczorne spacery po lesie?
   Annie mruknęła pod nosem dając krok w stronę lasu. Oboje chyba postanowili podejść bliżej i sprawdzić co człowieka skusiło do takich przechadzek.
   - Klaudia mówiła, że się odgrażał w karczmie. - Stwierdził ciszej Adam. - Hej SAM! - Zakrzyknął do niego by zwrócić na siebie uwagę mężczyznę.
   - Co on ma do tego ducha? - Zaciekawiła się Annie zerkając w stronę lasu, czy mężczyzna zareagował na wołanie. Nie zareagował.
   - Zniszczyła mu łódź. Naprawa kosztowała go całe oszczędności. Ma prawo być zły. - wyjaśnił na szybko. - SAM! Hej SAM! - ponownie krzyknął w stronę starca.
   Dystans między Annie, Adamem a Samem sporo się zmniejszył dzięki czemu ich zauważył bo zatrzymał się. Odwrócił się w ich stronę i przyłożył rękę do czoła jak by miało to mu pomóc w dostrzeżeniu tego, który go nawołuje. Mężczyzna z trudem utrzymywał się na nogach z powodu prawdopodobnego upojenia alkoholowego które zapewnił sobie dzisiaj w karczmie w reku zaś trzymał siekierę. Annie pomyślała, że stary Sam prawdopodobnie faktycznie chyba chciał się wybrać na samotną walkę z duchem, choć w jego stanie pewnie uszedł by jeszcze kilka kroków i wywrócił się na najbliższym korzeniu czy nawet o własne nogi.
   - A...dam?... - Wyburczał gdy oboje byli już na tyle blisko siebie by można było się rozpoznać. - Szto...hic.. rob...
   Stary Sam nie zdążył dokończyć swojego pytania gdy jego usta nagle zostały zakryte półprzezroczystą ręką a za jego głowy wyłoniła się niezbyt przyjemna twarz w której poza obłąkaniem nie szło doszukać się niczego innego.
   - Oddaj... mi... ich... - Zadrżało powietrze w około a stary Sam nagle zabrany z wielka szybkością w głąb lasu zdążył jedynie wypuścić swoją siekierę na ziemie.

   Jak by tak chwile się zastanowić cała ta sytuacja wydawała się tak absurdalna, że w pierwszej chwili nawet ciężka do zarejestrowania. Przynajmniej dla Adama, który zatrzymał się w pół kroku i z przerażeniem wgapiał się w puste miejsce w którym przed chwilą był jego znajomy. Może i rozważał nawet możliwość, że mogło mu się to wszystko przewidzieć i tak naprawdę nikogo tu nie było a on powinien wrócić do domu uznając, że chyba za dużo wina dzisiaj wypił, położyć się spać z zadowolony sam z siebie a rano spotkać Sama w piekarni i utwierdzić sam siebie, że było to jedynie jakieś przewidzenie albo w najlepszym przypadku uznać wszystko jako kiepskiej jakości sen z którego się obudzi bo tak naprawdę to już dawno temu odprowadził Anastazję do drogowskazu i wrócił do domu, wypił może jeszcze z ojcem trochę wina i za bardzo oderwał się przez promile od rzeczywistości. Tak, zdecydowanie to właśnie było najlepsze wyjaśnienie. Zwłaszcza kiedy do jego uszu dobiegł dźwięk dzwoneczków a zaraz po tym poczuł koło swojej twarzy wielki i włochaty pysk jakiegoś zwierzęcia. W pierwszej chwili to nawet pisnął wystraszony i powoli odwrócił wzrok w stronę zwierzęcia.
   - Szybko. - Usłyszał głos należący do Anastazji, która siedziała na wielkim białym lisie i wyciągając do niego rękę. - Nie ma czasu. - Dodała pospiesznie a on mimo że nie chciał to schwytał dziewczynę za dłoń i został wciągnięty na zwierza. - Trzymaj się mocno.
   Trzymał i to mocno mając chyba wrażenie, że za mocno ściska Anastazje w pasie co mogło jej może nawet sprawiać ból. Ale nie  umiał poluzować uścisku bo strach przed spadnięciem z tego stworzenia był o wiele silniejszy od jego rozsądku. Bo skoro Anastazja na nim jedzie i zdaje się, że ma wprawę to chyba nie powinien się bać, tyle że w porównaniu do niej zapewne nie miał takiego doświadczenia czy choćby odwagi by przezwyciężyć uczucie strachu. W pewnej chwili zamknął oczy bo obraz przesuwającego się z niezwykłą prędkością świata wywoływał tylko zawroty głowy, musiał się skupić na czymś innym by nie odpłynąć.
   Od razu poznał Anastazję jak weszła do sklepu. Mimo że kochał swoją wybrankę i uważał ją za najpiękniejszą kobietę pod słońcem, tak wyjątkowości Anastazji nie szło pomylić z nikim innym. Już wtedy kiedy pierwszy raz ją poznał zdążył sobie uświadomić, że żadna dziewczynka z jego miasteczka nie jest w stanie jej dorównać. I mimo że był zaledwie dzieciakiem niewiele starszym od niej to polubił ja na tyle mocno by później, mimo zerwanych kontaktów jeszcze długo stawiać ją jako swój ideał dziewczyny a później kobiety. Ale życie toczyło się dalej i w końcu młodzieńcze ideały zostały zastąpione zupełnie innymi upodobaniami, ale czasami się łapał na myśleniu o niej kiedy tylko zobaczył jakąś blond dziewczynę. Dochodziły do niego jakieś plotki wypisywane w rubryce plotkarskiej w prasie, ale poza tymi niekoniecznie prawdziwymi informacji nigdy nic już o niej nie usłyszał ani nie spotkał.
   A dzisiaj kiedy od dawna już o niej nie myślał stanęła w jego sklepie jak jakiś duch przeszłości sprawiając, ze wiele zapomnianych wspomnień odżyło. Oczywiście była piękna w jego ocenia ale już na młodzieńczy zachwyt było zdecydowanie za późno. Jego serce już od dawna nie miało miejsca na jakieś westchnięcia w kierunku Anastazji. Przecież oboje byli z tak różnych rozdzielonych na wiele lat światów, że jedynie głupiec by żył rozmarzając o dziewczynie, która miała nigdy już nie spleść swojej drogi z jego.  Ale jednak losy ich się splotły. A na pewno on ją oplatał rękoma zdecydowanie za mocno nie w takich okolicznościach o których sobie lubił fantazjować jako nastolatek. I musiał przyznać, że w swoich fantazjach to na pewno nie galopowali na jakiś wielkim lisie nocą po lesie. W końcu biegł się skończył i zatrzymali się. Adam puścił ją z uścisku a kobieta od razu zeszła z lisa, w końcu i on się odważył otworzyć oczy.

   Sytuacja wcale jej się nie podobała. Udało jej się dogonić ducha wraz z porwanym mężczyzną ale co dalej? Nie miała żadnego planu i nawet biegnąć na szakalu takiego nie potrafiła wymyślić. Bo niby jak ma walczyć kiedy na szali jest życie zwykłych cywili a przeciwnikiem rozszalały duch? Jak ona zaczyna mieć dość tego dnia, jak nie rozczarowania to duchy. Po co w ogóle tu lazła? Przez jakieś sentymentalne dziecinne wspomnienia, bo sobie dopisała do zwykłych kolorów jakieś niesłychane historie? Przecież w całej Krycie by mogła znaleźć mnóstwo osób które by jeszcze całowali ziemie po której stąpa tylko za to że brała by od nich barwniki. Nie dość że zostali by docenieni, zauważeni to jeszcze niemałe pieniądze by dostawali za współprace. Ale nie, musiała być sentymentalna jak jakaś kretynka. Byłaby teraz w domu czy nawet w karczmie i piła by sobie wino czytając książkę lub robiąc cokolwiek innego co nie było by rozmyślaniem nad tym jak uwolnić starego Sama z łap ducha, który swoją drogą trzymał mężczyznę nad urwiskiem i wrzeszczał coś kompletnie niezrozumiałego w jego stronę. Jeden fałszywy ruch i facet poleci w dół i to długo poleci, bo odległość od lądu na którym są a wodą która jest pod nimi była zdecydowanie za duża i zdecydowanie nie gwarantowała tego, że można by było przeżyć upadek w nią.
Spojrzała na Adama który siedział wystraszony na Kaliście i przyłożyła rękę do ust aby dać mu znak, że póki duch ich nie zauważył to ma zachować ciszę. Mężczyzna jedynie potrząsnął głową na znak że rozumie. Choć Annie podejrzewała że pewnie jest tak wystraszony, że pewnie nie byłby w stanie pisnąć nawet słówka. Lepiej dmuchać na zimne.
   Annie odwróciła się w stronę ducha i zrobiła bardzo powoli dwa, może trzy kroki w jego stronę. W jej dłoni zaczęło nieśmiało pojawiać się różnobarwne światło, które było znakiem rozpoznawczym chęci przyzwania Ducha Siły przez nią. W tej sytuacji uznała że umiejętność posługiwania się korzeniami tego ducha może być niezwykle pomocne, jednak nie spieszyła się aby sama zaatakować, sytuacja w końcu była niezwykle delikatna. Zrobiła kolejne kroki do przodu aby zmniejszyć dystans ale zachować na tyle bezpieczną odległość by nie zwrócić na siebie uwagi ducha, który to nadal darł się niezrozumiale na człowieka. Stary Sam zachowywał przytomność i chyba zdecydowanie wytrzeźwiał najszybciej w swoim życiu. Mamrotał coś pod nosem co można było odczytać jako błaganie o życie czy słowa przeprosin za to że myślał o zrobieniu krzywdy zbłąkanej duszy. Bladość na twarzy podkreślona jedynie czerwonymi oczami od płaczu a na spodniach poniżej pasa jedna wielka mokra plama. Człowiek się bał i Annie się temu nie dziwiła. Pewnie rok temu gdyby znalazła się w takiej samej sytuacji zapewne wyglądała by niewiele lepiej. Ale w ostateczności kobieta wolała aby jednak Sam był nieprzytomny.
   Puściła w końcu światło przywołujące ducha na ziemie a ten wyrósł przy niej równając się z nią głową. Jego gałęzie były dużo wyższe od niej samej, przez co duch wydawał się jeszcze masywniejszy niż jego duchowe odpowiedniki z których Annie również korzystała. Trudno go było przeoczyć gdy miało się twarz skierowana w jego stronę i w oczach chęć przeżycia. Sam może myślał, że duch tego nie zauważy gdy ten przestał błagać o życie i że dusza w swoich wrzaskach nie jest skupiona na człowieku. Pomylił się, Annie też.

   Duch odwrócił głowę w stronę Annie, wydarł się przeraźliwie głośno zmuszając Adama i Annie do zakrycia na chwile uszu. Obojgu przez chwilę w nich jeszcze dzwoniło po tym jak paszcza rozwścieczonej duszy zamknęła swoje usta i puściła Sama z rąk by z niezwykłą szybkością wpaść na Annie i ją odrzucić do tyłu. Samowi już całe życie zdążyło przelecieć przed oczami i pogodził się z swoją śmiercią uważając, że i tak żył bardzo długo i może właśnie nadszedł czas aby odpocząć w mgłach, jednak nie było mu to pisane bo chyba tylko łaska bogów nad nim czuwa i pozwoliła Duchowi Siły złapać go w swoje korzenie i wciągnąć na ląd. Magiczny twór Annie nie był zbyt łagodny w swoim działaniu, bo machnął korzeniami i przerzucił mężczyznę  pod łapy szakala prawdopodobnie łamiąc mu przy tym żebra, jednak cel został osiągnięty. Człowiek żył.
   - Zabierz go stąd! - Krzyknęła Annie do Adama, który nadal był na szakalu i z otępieniem przyglądał się całej sytuacji. Krzyk dziewczyny przywołał go do porządku i poruszył swoim nieco sparaliżowanym z strachu ciałem aby nieudolnie podjąć próby wciągnięcia Sama na szakala.
   Sama Annie nie mogła mu w tej chwili pomóc. Musi sobie sam poradzić i najlepiej jak stąd ucieknie. Dwóch cywilów jej teraz nie było potrzebnych bo musiała się sama skupić na własnej ucieczce od zagrożenia, martwienie się jednym nieprzytomnym i drugim wystraszonym człowiekiem za bardzo jej utrudniało skupienie się na sobie.  A musiała szybko zareagować gdy duch w momencie jej powalenia na chwilę znikł w lesie a po tym znowu z niego wypadł. Łapy miał wyciągnięte do przodu z zamiarem pochwycenia kogokolwiek kto będzie stał na jego drodze. Annie w ostatniej sekundzie zdążyła wykonać przewrót do przodu by jednak uniknąć podobnego losu od którego ledwo udało jej się ocalić Sama. Adam w tym czasie ledwo co wciągnął Sama na grzbiet szakala.
   - Kalista! - Wydarła się na swojego runicznego towarzysza a ten odwrócił się od niej i pobiegł w stronę lasu.
   Annie zarejestrowała że szakal jej posłuchał tak jak nie raz nim ćwiczyła na podobną ewentualność. W końcu musiała być przygotowana na wszystko. Szakal miał odstawić mężczyzn w bezpieczne miejsce i wrócić do kobiety a do tego czasu musi sama sobie poradzić.
Annie widząc ze duch postanawia znowu wykonać podobny manewr co ostatnio ponownie uskoczyła z jego drogi, jednak tym razem pozostawiając po sobie duszka słońca. Liczyła, że ten da jej przewagę i zadziała na ducha swoim oślepieniem dzięki czemu będzie mogła odbiec w stronę lasu, gdzie jak przypuszczała może być odrobinę bezpieczniejsza niż na otwartej przestrzeni. Po wykonanym przewrocie i szybkim podniesieniu na nogi zaczęła biec w stronę lasu. Słyszała jak po oślepieniu duch ponownie się wydarł wniebogłosy sprawiając że Annie się skrzywiła ale za bardzo była skupiona na tym by dobiec do drzew. Została złapana za nogi i przewrócona na ziemie, zaraz po tym pociągnięta do tyłu co nie było zbyt miłym doświadczeniem zwłaszcza gdy kamienie zaczęły drapać jej skórę. Duch ją przyciągnął do siebie i przerzucić uchwyt rąk na szyje pociągając Annie do góry. Zdążyła zarejestrować jedynie wyraz twarzy ducha kiedy ten szybko jej znikł z oczy.
   - Oddaj...
   Niosło się echo w jej uszach.

   Gdy lecisz w dół w magiczny sposób czas nie zwalnia aby przypomnieć ci o wszystkich wydarzeniach z życia. Przelatują ci one tak szybko w głowie, że nie jesteś w żaden sposób  na żadnym z nich się skupić. Właściwie nie jesteś w stanie pomyśleć o niczym sensownym bo strach przed tym co za chwilę cię czeka całkiem zaczyna wstrząsać twoim ciałem, które stara się jeszcze automatycznie złapać czegoś tylko w tym wypadku nie ma czego. Wiesz doskonale, że za chwile uderzysz w tafle wody i modlisz się by uderzenie było na tyle skuteczne by jednak mogło ci odebrać życie bo jak nie to całe twoje ciało wstrząśnie się w agonalnym bólu łamiąc ci chyba wszystkie możliwe kości a niemożność utrzymania się na wodzie jedynie w okrutny sposób pozbawi cię oddechu. Modlisz się aby nie bolało, żeby to było szybkie. I było, ale za nim umysł Annie spowiła ciemność jedno dość wyraźne wspomnienie zdołało się wydobyć przed jej oczami.
   - Masz ładne oczy. Niebieskie. - Powiedział wtedy nieznany jej jeszcze chłopak, które widziała pierwszy raz w życiu a został on przyprowadzony z Ignacym Smitem do jej ojca.





Mimetka

  • Radny
  • *****
  • Wiadomości: 626
  • Płeć: Kobieta
  • Naczelna maruda.
   Najpierw był szok spowodowanym gwałtownym wybudzeniem. Ostatnie co zachowało się w pamięci Annie to było spadanie w otchłań nocy prosto do wody, więc gdy odzyskała świadomość odruchowo chciała się czegoś złapać i zawalczyć o siebie by nie uderzyć w wodę. Jednak jej dłonie jedyne w co mogły się teraz wbić to był piasek na którym leżała, więc gdy jednak zarejestrowała że nie spada pojawiły się inne oznaki, które wstrząsnęły jej ciałem. Najpierw pojawił się kaszel i z jakiegoś powodu walka o oddech. Jedno i drugie mocno się wykluczało bo jedno próbowało dostarczyć organizmowi niezbędnego tlenu do życia, zaś drugie z jakiegoś powodu starało się je wykasłać. Chwile trwało za nim Annie się uspokoiła i zdecydowała się czy najpierw chce kaszleć czy łapać oddech, ale zaraz po tym pojawił się inny ból. Na tyle mocny że dziewczyna która dopiero co zdołała się podnieść chociaż na kolana upadła praktycznie twarzą w piach wstrząśnięta tym, jak bardzo może wszystko ja bolec.
   Chwilę wiła się w silnych bólach jęcząc i zawodząc za nim powoli zaczęło trochę wszystko się uspokajać. Jednak za nim ponownie się poruszyła, bojąc się kolejnej fali zalewającego bólu, postanowiła poleżeć w bezruchu. Pulsujący ból głowy utrudniał pozbieranie myśli a jakiekolwiek wysiłki by ułożyć w jakiś logiczny sens kończyły się na jeszcze większym chaosie i większym biciem dzwonów w środku czaszki. Wiec zaprzestała nawet myślenia. Leżała po prostu zwinięta w kłębek i pusto patrzyła się przed siebie, czekając. Jeszcze nie wiedziała na co czeka, ale na pewno świadomie czuła, że nie będzie to nic przyjemnego.

   W końcu gdy ciało jak i umysł się uspokoiły Annie poczyniła pierwsze kroki by wprawić swoje ciało w ruch. Najpierw poszły ręce które podgarniały splątane i sklejone włosy z jej twarzy a po tym nadszedł momenty by powoli podnieść tułowie i spróbować usiąść. Robiła to powoli aby nie zakręciło jej się w głowie, mimo to na chwilę ściemniało jej przed oczami. Na szczęście nie było to nic groźnego więc po kilku sekundach zawroty ustąpiły jednak na ich miejsce zaraz powiło się zdziwienie.
   Jeszcze za nim się podniosła i leżała dłuższą chwile na ziemi sądziła, że jakimś cudem udało jej się przeżyć upadek z klifu i pewnie woda wyrzuciła ją na brzeg gdzieś niedaleko miejsca upadku i najzwyczajniej w świecie musiała sama Dwayna mieć ją w swojej opiece. Ale obraz który miała przed oczami nieco przeczył jej teorii a po szybkim rozejrzeniu się dookoła zdecydowanie jej początkowe przypuszczenia legły w gruzach. Postanowiła się podnieść co z początku wywołało lekki ból, w końcu upadek z wysokości w wodę zostawia po sobie znaczące ślady. Nawet nie chciała myśleć ile ma stłuczeń i siniaków i oby niczego nie złamanego. Jednak krok za krokiem powoli ostatnie wykluczyła choć to co widziała przed oczami nie napawało jej żadnym pozytywnym myśleniem.
   - Gdzie ja do cholery jestem?
   Zapytała samą siebie po przejściu dłuższego dystansu i utwierdzając się w tym, że w żaden sposób nie umie wymyślić gdzie ją wyrzuciło. W pierwszej kolejności logicznym było, że mogło ją wyrzucić gdzieś nieopodal urwiska na którym była, jednak szybko to wykluczyła. Następnej kolejności pomyślała o terenach Tengu. Urwisko z którego spadała było w Kessex Hills a ten z dwóch stron otoczony był terenami zamkniętych na świat Tengu, jednak za nic nie umiała z żadnej strony zauważyć choćby zarysu wielkiego muru który otaczał ich ziemie, więc powoli te myśli stawały się kruche i coraz mniej prawdopodobne.
Annie nawet nie zdając sobie sprawy zaczynała przyspieszać i iść przed siebie, targana coraz to bardziej niemiłymi przeczuciami. Póki co starała się za wszelką cenę znaleźć jakiś charakterystyczny punkt, który pomoże jej dopasować to do znanych terenów. Ale ten się nie pojawiał a ją ogarniał coraz to większy niepokój.  Mogła się pochwalić tym, że miała nawet niezłą pamięć fotograficzną i wszelakie mapy zawsze potrafiła szybko zapamiętać. A od czasu kiedy dołączyła do Ligii czytała naprawdę sporo o wielu rzeczach magicznych jak i tych całkiem przyziemnych jak historia czy zwykłe geograficzne książki opisujące tereny i ich historie. Jednak gdzieś coś zawiodło i albo miejsce którym się znajduje kompletnie wyrzuciła z głowy uznając je za całkiem nie potrzebną wiedzę albo w ogóle o tym nigdy nie przeczytała czy nie usłyszała a to zaczynało jej się nie podobać.
   Może i nie biegła tak jak zazwyczaj bo ciało nadal odczuwało skutki upadku ale lekkim truchtem przebyła całkiem spoty kawałek od jej początkowego miejsca i niestety musiała sama przed sobą przyznać, że nie wie gdzie jest.
Miejsce otoczone dookoła wodą, długa plaża, brak jakiś widocznych śladów ingerencji wysoko rozwiniętej rasy w ukształtowanie terenu, las który wyglądał na gestu i niezbyt zachęcający i to przeczucie, że nawet jak by przeszła całość dookoła to z każdej strony wyglądało by to tak samo.
   Była na jakieś wyspie pośrodku niczego.

   Przede wszystkim potrzebuje się uspokoić. Nerwowe dreptanie w kółku i bicie się z własnymi myślami w niczym obecnie jej nie pomoże. Spokój i jeszcze raz spokój. Ale łatwiej mówić niż wykonać i Annie obecnie była tego świadoma. Zaraz po tym jak zdezorientowanie brakiem wiedzy o swoim obecnym położeniu zastąpiły inne rzeczy, które zaraz się z tym wiązały. Ile czasu minęło od tamtego wydarzenia, czy w ogóle żyje a to nie jest jakiś głupi rodzaj mgieł i w ogóle jak wrócić do domu?
   Panika zaczęła za mocno w niej narastać co zaczynało ją powoli irytować gdyż nie umiała zapanować nad swoimi galopującymi niepotrzebnymi emocjami. Nie lubiła się czuć jak by myśli wymykały się spod jej własnej kontroli. Zawsze uważała się raczej za rozsądną osobę, która na pewno nie daje się ponieść emocją a na chłodno wszystko kalkuluje i ocenia.
Kucnęła i okryła głowę rękami, przymknęła oczy i powoli zaczęła wszystko porządkować w głowie. Nie wie gdzie jest, nie zauważyła jeszcze niczego co mogło by świadczyć o tym że teren jest przez kogoś zamieszkany, ale wcale tak nie musi być. Tak kołatało jej się w myślach stwierdzenie o bezludnej wyspie, ale może po prostu woda zniosła ja od strony po prostu nie zdatnej do zamieszkania a z innej strony normalnie jest jakaś wioska albo nawet miasto i mają tam port z łodziami lub w jeszcze lepszym przypadku nawet i Drogowskaz. Sądząc po wysokości słońca na niebie było dość wczesne południe, więc ewidentnie nie mogło jej aż tak daleko od brzegu wywiać. Noc była spokojna, nie było silnych wiatrów, a przynajmniej tak sobie wmawiała, więc niemożliwym by było, by znalazła się tak po prostu gdzieś gdzie nikt nie dotarł. Co prawda nie dostrzegała żadnego zarysu linii brzegowej Kessex czy nawet innego miejsca w Tyrii ale lepiej być tej dobrej myśli niż całkiem poddać się panice.
   Więc w pierwszej kolejności musi wejść w głąb miejsca w którym jest i odszukać śladów czy dróg prowadzących do miejsca z którego będzie mogła wrócić do domu. Panika i irytacja są niewskazane bo zaburzają trzeźwą ocenę sytuacji. Wiec uspokoiła oddech ale jeszcze dla pewności chwile pozostała w swojej pozycji. Gdy wstała postanowiła nieco zrobić rekonesans na sobie. Nie była w najlepszym stanie. Rozdarte spodnie i koszula, roztargane włosy, kilka dość widocznych zadrapań ale brak jakiś poważniejszych i głębszych ran. To na pewno duży plus. Za minus uznała brak butów i sztyletu który miała przyczepiony do nogi. Duża wada. Nie będzie miała jak korzystać z magii w razie konieczności, mimo to liczyła że nie będzie musiała stanąć w takiej sytuacji gdzie będzie potrzebować skorzystać z magii. Wykluczając na razie potencjalne zagrożenie z ludzi czy innej rasy, która nie koniecznie mogłaby być zadowolona z jej obecności w tym miejscu, choć w sumie czemu mogłoby tak być? W końcu jest lekko ujmując rozbitkiem i to nieuzbrojonym więc nie powinna zakładać, że ktokolwiek może być do niej wrogo nastawiony. Możliwe, że te myśli pojawiły się przez fakt zbyt częstego pakowania się w kłopoty od momentu dołączenia do gildii. Za często narażała swoje życie i za często to co wydawało się bezpieczne z bliska okazywało się jedynie sprytną pułapką.
   No ale nie może być pewna co do żyjących tutaj dzikich zwierząt. Choć... jakie by miały żyć w takim miejscu? Wykluczyć mimo wszystko tego nie powinna. Lepiej dmuchać na zimne niż się sparzyć. Szczęście w nieszczęściu było takie, że jest łowczynią. Wbrew powszechnej opinii umiała polować i nie zgubić się w lesie. Tylko na ile to zapewni jej teraz bezpieczeństwo?

   Annie ruszyła w głąb wyspy. Z początku zdawało się to nawet całkiem łatwe. Zieleń głównie składała się z niewysokich krzaków przelatanych co chwila jakimś drzewem czy palmą. Zwierzyna zdawała się póki co nie pokazywać a ziemia dla gołych stóp była w miarę przyjemna. Jednak z biegiem czasu zaczęła się potykać o korzenie ukryte w liściach, kamienie zaczęły się dotkliwie wbijać w stopy a krzaki i drzewa zaczęły gęstnieć i stawać się coraz wyższe. Powoli spokojny spacer zamieniał się w upierdliwą konieczność, ale jako, że nie miała możliwości obejść wyspy dookoła pozostało jej jedynie to wyjście. No nic, byleby to nie trwało za długo i jednak przez zmierzchem dotarła do jakiegoś punktu który okaże się śladem cywilizacji albo przynajmniej da jej schronienie.
   Niestety taki moment nie chciał się jakoś pojawić a zmęczenie powoli zaczynało brać górę. Co prawda słońce zdawało się być jeszcze wysoko, jednak osłabiony, obolały i głodny organizm zaczyna się buntować po jakimś czasie. Annie niestety poza typowymi dźwiękami wydawanymi przez ptaki oraz swoje kroki zaczęła słyszeć jak zaczyna burczeć jej w brzuchu. Dobra nie pierwszy i nie ostatni raz. Jako, że i tak całe życie była trzymana na diecie tylko po to by utrzymywać idealną figurę była przyzwyczajona do małych posiłków. Z głodu jeszcze nie mdleje więc burczenie można zignorować choć na pewien czas. Mimo to zaczęła trochę wodzić wzrokiem dookoła chcąc zauważyć cokolwiek co będzie się nadawało do jedzenia. Jest tu dość bujna roślinność może któryś krzak daje jadalne owoce.
Owoców brak, zwierząt brak, śladu jakieś cywilizacji brak, żadnego charakterystycznego punku...
   - Gdzie ja do kur...
   Annie nie zdążyła skończyć swojego zdania gdy nagle tak po prostu ziemia pod jej stopą się skończyła a ona nie zdążyła złapać równowagi i upadła. Zaczęła się staczać po ziemi na dół. Rekami starała się chronić swoją głowę choć ciało odruchowo próbowało walczyć i łapać się czegoś. Czuła jak kamienie, korzenie czy pniaki wbijają się w jej ciało wywołując kolejne salwy bólu. Mimo, że długo nie staczała się na dół dla niej trwało to wieczność. Upadek zakończył się mocnym przywaleniem plecami w coś twardego. Zabolało na tyle mocno że od razu się wygięła nieco do tyłu, zajęczała a w oczach z automatu stanęły łzy.
Na bogów... - wyjęczała wijąc się na ziemi w własnym zbolałym świecie. - Oby to się okazał jakiś popaprany sen.
   I właśnie miała się podnieść gdy jej ręką natrafiła na coś dziwnego pod liśćmi w miejscu w którym upadła. Z początku z jej ust wyrwało się coś co mogło by przypominać pisk kobiety, na którą spadł jakiś robal a ona wybitnie ich nie lubi, jednak nie był to robak. Chociaż w takiej sytuacji to może robak nie byłby niczym złym. Powoli zaczęła odgarniać liście. Serce jej waliło jak opętane gdyż rozum już wiedział jak zinterpretować to co poczuła pod palcami jednak nie chciała tego przyjąć do wiadomości. Niestety jej przeczucia się sprawdziły. Z ziemi wystawały kości. A dokładnie czaszka która wyglądała na starą. Puste oczodoły właśnie zaśmiewały się z miny Annie, która teraz postanowiła spojrzeć na rzecz o którą uderzyła a wcześniej uparcie ją ignorowała. Kamień na którym wyryte były jakieś napisy oraz liczby jak nic mogło świadczyć o prowizorycznym nagrobku. Właśnie stała na grobie a w jej dłoniach leżała głowa gospodarza tego miejsca.
   Pisnęła i całkowicie ignorując wszelakie normy w swoim zachowaniu po prostu podniosła się i rzuciła na ziemie z jakimś obrzydzeniem czaszkę jaka miała w reku. Najzwyczajniej w świecie jak przerażony kot który zauważył za sobą położonego na ziemi ogórka, odskoczyła. Co nie skończyło się dla niej za dobrze, bo teren nie był równy i jedna stopa upadła dość krzywo i przechyliło jej ciało w bok a zaraz po tym dziewczyna upadła.
   - KURWA! - Krzyknęła łapiąc pulsująca z bólu stopę.
   To wszystko dzieje się nie tak jak trzeba. Gdzie tu logika która uwielbia się posługiwać, gdzie ta zimna kalkulacja i chłodna ocena sytuacji? Gdzie ten brak emocjonalnego podejścia do wszystkiego co cię otacza? Nic nie działo się normalnie i ona czuła że zaczyna zachowywać się wbrew samej sobie. Przeklinanie, piski, krzyki? Przecież to nie ona? Ale sytuacja w której jest nie nadawała się do podejścia takiego jakie ma na co dzień. Choć jeżeli to sen to czemu się nie budzi? Już dawno powinna otworzyć oczy. Ale to się nie działo. Wszystko ją bolało ale obecnie najbardziej noga. Modliła się o to by nie była złapana a ból idzie z powodu że źle na niej stanęła. Co prawda po kilku minutach ból nieco zelżał pozostając pulsującym przypomnieniem, że jednak coś z nogą jest nie tak. Złamana na szczęście nie była, ale może skręcona? Sama nie wiedziała w końcu medyk z niej żaden a swoje umiejętności ograniczają się do przepłukania rany i naklejenia na niej plasterka. Albo w ostateczności niezgrabnego owinięcia się bandażem.
   Siedziała tak chwile kuląc się sama w sobie. Opanowanie jakim starała się kierować powoli zaczynało z niej schodzić i przechodzić w zrezygnowanie. Może nie potrzebnie wchodziła w głąb lasu? Ale z drugiej strony zostawać na plaży i czekać na nie wiadomo jaki cud? Nie umiała siedzieć z założonymi rekami i dać kierować swoim losem przypadkowi lub niezbyt wiarygodnym cudom. Od momentu opuszczenia domu i wzięcia swojego życia w własne dłonie nie miała zamiaru nic nie robić i czekać na to aby cokolwiek się samo rozwiązywało. Jednak teraz nie była zbyt pewna swojej decyzji. Czuła się niepewnie, nawet mogłaby powiedzieć że dziwnie samotna a do tego zagubiona. W głowie miała pustkę i kompletnie nie umiała wymyślić żadnego sensownego planu. Już nie mogła się łudzić ze wszystko to jest kiepskim snem z którego nie umie się wybudzić ani, że jest w miejscu które zna. Była gdzieś, prawdopodobnie sama i nawet nie wiedziała co robić dalej. Siła jaką uważała że dysponuje w sobie po prostu gdzieś odeszła a ona poczuła się mała i bezbronna jak nigdy wcześniej. Podciągnęła nogi pod brodę i objęła się ramionami wtulając się mocniej w siebie. Schowała głowę między kolana i zapłakała.

   Czas mijał a słońce zaczynało powoli schodzić coraz niżej. Annie nie zrobiła żadnego ruchu od dłuższego czasu. Siedziała. Tak po prostu zwinięta w kłębek mając całkowitą pustkę w głowie. Nawet nie miała ochoty na niczym skupić swoich myśli. Tępo wpatrzona w kamień który robił za nagrobek i wyglądał zdecydowanie zbyt staro by mógł jej dawać nadzieję, że jednak niedaleko może być jakaś nadzieja dla niej. A może po prostu już nawet nie chciała w to wierzyć lub zwyczajnie zmęczenie i uczucie zagubienia wygrywało nad zdrowym rozsądkiem? Była brudna, potargana, głodna i spragniona a zmęczone ciało poddawało się coraz bardziej odmawiając poruszenia się. Jednak gdzieś z głębi umysłu dobiegało do niej echo rozsądku by jednak się poruszyła. Walczyła  usilnie z tym odczuciem nie chcąc się zmuszać. Bo i po co? Po co ma zawalczyć o siebie i dla kogo?
   Usłyszała coś. Gdzieś z głębi, gdzieś daleko wydobył się dźwięk niepodobny do żadnego innego, który otaczał ją do tej pory a jednocześnie tak dobrze znany. Jej zmysły zareagowały automatycznie. Poczuła się jak kot, któremu ucho nagle skręciło w kierunku z którego pochodził dźwięk i momentalnie podniosła głowę by skierować w tamtą stronę wzrok. Może jedynie jej się przewidziało? Nasłuchiwała przez dłuższą chwile ale znajomy świst wiatru się nie pojawił. Mrużyła oczy w nadziei że jednak coś zauważy między drzewami, ale i krajobraz uparcie stał nieruchomo. Jej umysł właśnie najwyraźniej spłatał jej figla, ale na tyle skutecznego, że jednak postanowiła się podnieść. Nieco zdrętwiałe ciało z początku zrobiło to strasznie otępiale a ona miała wrażenie jak by to nie należało do niej. Z lekkim grymasem bólu na twarzy nadal wpatrywała się w miejsce gdzie wydawało jej się słyszeć dźwięk, który wyrwał ją z zawieszenia i z braku lepszych pomysł skierowała swoje kroki w tamtą stronę.
   
   Wychodząc z gęstwiny lasu sama nie była pewna czy to co widzi przed oczami jest prawdziwe, czy jednak może zasnęła gdzieś tam w lesie a to co ujrzała jest niczym więcej jak tylko wytworem jej podświadomości. W końcu mogło by tak być. Czytała wiele książek nie tylko związanych z rachunkami, nauką czy historią. Lubiła zaczytywać się w romanse i przygodowe powieści a w tych drugich często przejawia się motyw z piratami. Więc znajdując się w dziwnym miejscu, póki co sama, po jeszcze dziwniejszym wieczorze nic dziwnego, że podświadomość zaczęła wyciągać pokręcone obrazy z owych powieści. Ale czy na pewno? W końcu nie umiała określić miejsca w którym się znajduje a wszystko wskazywało na jakąś zapomnianą przez świat wyspę. Element wraku jakiegoś statku idealnie wpasowywał się w krajobraz. Mogłaby powiedzieć, że to mogłoby być nawet do przewidzenia i zakrawa o jakiś typowy książkowy przykład. Czyli bez rewelacji jak całe jej życie. Wszystko przewidywalne i niczym nie zaskakujące. A przynajmniej do tej pory nie zaskoczyło ją nic takiego czego nie umiała by jakoś logicznie wyjaśnić czy nie znajdywałoby to swojego miejsca w świecie. Nawet przeżycia w gildii zdawały się być całkiem pasujące do otaczającego świata. Schodząc w dół z pagórka na którym się znajdywała nawet mogłaby powiedzieć, że czuje się lekko rozczarowana. Wrak statku na wyspie.
   - Też mi zaskoczenie. - Mruknęła ostatecznie pod nosem podchodząc pod to co kiedyś pływało na morzu.
   Pozostałości statku były osadzone na niewielkiej plaży która leżała tuż nad strumykiem. Annie doszła do wniosku, że albo strumyk kiedyś mógł być wielką rzeką która przecinała wyspę albo zdarzyło się coś innego, że wrak znajdywał się tak głęboko lądu. Tak czy inaczej nie miała ochoty zastanawiać się nad tym drugim uznając, że i tak to nic nie zmieni. Z góry przyjęła od razu pierwszą wersję.
   Wrak nie prezentował z sobą nic co mogłoby choćby odrobinę przypominać jego postać z czasów świetlistości. Dość długi element który możliwe, że był kiedyś kadłubem... choć Annie nie miała pewności bo nie znała się na statkach. Bliżej zauważyła długą belę drewna która może była kiedyś masztem unoszącym żagiel. Jak by mogła ocenić wrak swoim niezbyt obytym w tej dziedzinie okiem, uznałaby by to za coś co kiedyś mogłoby być statkiem, ale obecnie bardziej przypomina gruz zbutwiałego drewna, które jakimś cudem jeszcze nie zamieniło się w jedną drewnianą paćkę. Zaglądając do środka wraku również w niczym się nie zaskoczyła. W środku nie ostało się nic co mogłoby wskazywać że kiedyś coś na nim było przewożone albo ktokolwiek na tym płyną. Pewnie statek musiał osiąść tu już bardzo dawno temu i pozostał porzucony na dobre. Nawet na chwilę przeszła jej przez głowę myśl zaciekawiona  losami załogi tego wraku, ale zaraz stała się ona ulotnym wspomnieniem do którego nie chciałaby wracać i nad nim rozmyślać. Zwłaszcza jak połączy ten wrak z kośćmi na które trafiła w lesie.
   - Kiedyś to był piękny okręt. Największy i najszybszy.
   - Pewnie tak.
   Annie odpowiedziała odruchowo przez ułamek sekundy nawet nie zastanawiając się nad tym, że pierwsze zdanie nie było wypowiedziane przez nią. Głos był męski co też wykluczało jej nieświadome wypowiedzenie jakiś słów samej do siebie. Gdy po sekundzie dotarło do niej to co się właśnie stało, odwróciła głowę za siebie by ujrzeć ducha a zaraz po tym by pisnąć z przerażenia. Nie dlatego że było to straszne doświadczenie ale bo się tego nie spodziewała.

   Za nim minął pierwszy szok, Annie zdążyła chwile powrzeszczeć przestraszona, odskoczyć kilka kroków do tyłu i prawie stracić przez to równowagę oraz nerwowo się rozglądać za czymś co mogło by jej pomóc w ewentualnej obronie. Upatrzyła sobie spróchniały kawałek drewna i machając nim na lewo i prawo starała się przegonić ducha. Ale nie można by powiedzieć by wyglądała chociażby odrobinę groźnie przy tym. Dopiero gdy resztki rozsądku doszły do głosu, na chwilę się zatrzymała i przyjrzała się swojemu przeciwnikowi... No na pewno nie wyglądał obecnie na kogoś co by rzucał się na dziewczynę w celu zaatakowania jej. Wręcz przeciwnie. Stał spokojnie i chyba czekał jak Annie się uspokoi a gdy to się w końcu stało, odezwał się.
   - Nie mam zamiaru cię skrzywdzić. - Annie nie wyglądała jak by miała uwierzyć w tak proste słowa bo nawet o milimetr nie opuściła swojego kija. Duch westchnął ale nawet nie drgnął. -
   - Nazywam się Jin Hao. Byłem kapitanem tego statku.
   Blondynka podniosła wzrok na wrak w który zaczął się wpatrywać jego były kapitan a po tym spojrzała na niego. Opuściła swoją improwizowaną broń gdy zrozumiała, że duch przed nią miał wymalowane cierpienie na swojej półprzezroczystej twarzy, jakiego jeszcze nie widziała na oczy.
   - Annie. - Przestawiła się na co Jin przeniósł na nią spojrzenie u ukłonił się nisko.
   - Już nie pamiętam kiedy ostatni raz rozmawiałem z kimś żywym. - Na jego twarzy pojawiło się coś co miało by sugerować uśmiech, ale było to niezbyt udane.
   - Nie jest to pocieszająca wiadomość. Oznacza to, że w tym miejscu nie ma nikogo, kto pomoże mi wrócić do domu.
   - Powiedziałem że nie rozmawiałem a nie, że nie ma tu nikogo. - Wyjaśnił dokładniej co spotkało się z nagłym wzrostem nowej nadziei u Annie. - Ale ci co tu się pojawiają raczej nie należą do pomocnych.
   - Kto?
   - Piraci -  odpowiedział krótko.
Przez głowę Annie przeleciała myśl o tym, że nadzieja jest nieodkrytym rozczarowaniem.

   Słońce już zachodziło a w głębi wyspy gdzie znajdywała się Annie, jego ostatnie promienie już nie dochodziły spowijając krajobraz w szarości. Dla dziewczyny oznaczało, że musi jakoś rozpalić ognisko, ale w wraku statku nie znalazła nic co mogło by jej w tym pomóc a sama nie posiadała przy sobie żadnych zapałek czy krzesiwa. Więc zdana była na marne umiejętności przetrwania o których czytała z książek. Mimo że dzień był ciepły to noc nie zapowiadała się na taką. Coraz chłodniejsze powietrze nie było groźne, ale jednak spędzenie nocy bez ognia czy jakiegoś okrycia mogło należeć do niezbyt przyjemnych.. Uzbierała trochę drewna z lasu i ściółki a po tym z upartością doylaka tarła dwa kije o siebie starając się je rozgrzać i zaprószyć nieco ognia na ściółkę. Na pewno w książkach jakie czytała wydawało się to łatwiejsze i nawet przy pomocy porad nowego duchowego towarzysza zadanie nie należało do przyjemnych i łatwych. Dłonie się szybko męczyły, mięśnie już i tak obolałe zaczynały się buntować sprawiając więcej bólu niż pożytku a mimo panującej niższej temperatury, pot zaczynał ozdabiać jej czoło. Ale się nie poddawała. Zaciskała zęby i raz za razem dawała z siebie wszystko. Choć nigdy by nie przypuszczała, że tyle skrupulatności będzie musiała kiedykolwiek przyłożyć do tak zdawałoby się prostego zadania. Ale trud popłaca i gdy w około panowała ciemność, niewielki kawałek piasku na którym siedziała był oświetlony pomarańczowo żółtym światłem wydobywającym się z niewielkiego ogniska. Dopiero wtedy Annie gdy mogła usiąść zadowolona z rezultatu przyjrzała się swojemu towarzyszowi.
   Trudno było jej określić z półprzezroczystego bytu w jakim wieku umarł mężczyzna bo twarz była słabo widoczna w tym oświetleniu. Trochę żałowała że wcześniej nie skupiła się by mu się przypatrzeć. Ale po ich krótkiej rozmowie została od razu zagoniona do tego że musi rozpalić ognisko bo za chwilę będzie noc a one tu nie należą do najcieplejszych. Na chwilę obecną mogła jedynie powiedzieć, że rysy twarzy mogą wskazywać na pochodzenie Kintajskie. Duch był ubrany w niekompletne ubranie. Brakowało mu butów a spodnie i bluzka wydawały się poniszczone. Duch również posiadał broń. Oczywiście też w formie duchowej. Nigdy nie potrafiła do końca zrozumieć tego rodzaju zjawiska. Rozumiała, że duch to dusza, pewien byt balansujący gdzieś między światem rzeczywistym a mgłami, jednak widząc duchy w Askalonie, ich bronie oraz maszyny wojenne nie umiała zrozumieć jak to działa. Broń to przedmiot, stworzony za pomocą ludzkich rąk, więc w jaki sposób zyskują one formę... ducha? Strażnik który przywołuje swoje bronie bardziej formuje swoją magię lub światło w kształt który potrzebuje ale jak to się dzieje, że osoba która umiera zabiera z sobą swój oręż i powracają oboje w formie ducha.
   - Coś cię trapi? - Annie wyrwana przez pytanie podniosła wzrok na Jina.
   - Zastanawiam się nad tym co tu robisz?
   - Mój statek jak widać się tu rozbił. - Jin odpowiedział lakonicznie i nieco smętnie.
   - Raczej nigdzie mi się nie śpieszy, więc chętnie posłucham.
   Jin milczał i to zdecydowanie za długo. Blondynka uznała, ze pewnie nie ma ochoty dzielić się swoją historią z nią. Choć musiała przyznać sama przed sobą, że nieco ją to rozczarowało. Siedzenie na tym wygwizdowie w ciszy przyprawiało o jakieś zwariowanie a skoro miała towarzystwo... nawet i nie żywe to liczyła na rozmowę. Ułożyła się na piachu, podkładając dłonie pod głowę i podkulając nogi do siebie. Może chociaż zaśnie to jakoś ta noc minie a ona się jednak wybudzi w swoim łóżku.
   - Podróżowałem z Kinatju do nowego królestwa ludzi. Przewoziliśmy dla nowej koloni dary w postaci ziaren, nasion czy narzędzi rolniczych. To było... - zawiesił się na chwilę a Annie jednak wróciła do siadu by rozmówca nie poczuł się zignorowany. - bardzo dawno temu. Nie minęły z trzy... może cztery pokolenia po odejściu bogów. Jednak ich obecność nadal dla nas była mocno odczuwalna co tez dawało wiele nadziei na ich powrót a nam istotą które stworzyli dodawała odwagi do poznawania coraz to dalszych zakamarków świata. Posiadałem największy wtedy statek handlowy więc nic dziwnego że mój władca właśnie nam zlecił to zadanie. Po za tym byłem jednym z najlepszych żeglarzy a moja załoga uchodziła za skrupulatną, oddaną i uczciwą.
   Jin mówił powoli, wcale się nie śpieszył a każde zdanie wypowiadał ostrożnie jak by w zastanowieniu. Może jego życie już było tak odległe, że sam nie miał pewności czy ono w ogóle się wydarzyło.
   - Po za darami mieliśmy też przedstawicieli dyplomacji oraz ten łuk. Miał on być prezentem dla nowego przywódcy w nowym królestwie ludzi. Powiadali, że materiał z którego został on wykonany był jedyny w swoim rodzaju a tknięty potężną magią miał uchodzić za drogowskaz dla dusz. - Kwaśno się uśmiechnął i wzruszył ramionami. - Zresztą nie mnie to było oceniać co ten łuk umie a co nie umie. Płacono mi za dostarczenie go i tyle. Cała podróż... PRAWIE cała przebiegała bez żadnych komplikacji. Ale na dwa dni przed przewidywanym dotarciem do portu rozszalała się burza. Nigdy nie widziałem takiego gniewu morza, nigdy nie sądziłem że żywioł który tak bardzo kochałem okaże się dla mnie bezlitosny...
   Annie czekała na dalszą cześć opowieści, ale ponownie mijał czas a Jin nie zbierał się do jej kontynuowania. Trochę się bała odezwać i zapytać co było dalej. Miała wrażenie, że wtedy musiało stać się coś naprawdę strasznego, coś o czym nawet będąc martwym nie umie się opowiedzieć albo ubrać w słowa. Zaczynała współczuć Jinowi. Bolało go to nawet po tak niewyobrażalnie długim czasie jaki minął od tamtego zdarzenia.
   - Po wszystkim rozbiliśmy się na tej wyspie. Tylko garstka nas przeżyła i znalazła się na tej wyspie. Statek był po prostu w strzępach... w sumie na ta wsypę morze jedynie oddało jego fragment reszta pewnie poszła na dno wraz z pozostałymi... - ponownie ta sama cisza przez dłuższa chwilę. - Chcieliśmy zbudować jakaś prowizoryczną łódź by móc dopłynąć do kontynentu, ale nie daliśmy rady. Na wyspie poza owocami nie znaleźliśmy żadnego innego jedzenia, co przy kilku mężczyznach pracujących fizycznie nad budową tratwy praktycznie z niczego i bez odpowiednich narzędzi było za mało. Głód, zmęczenie, umierająca nadzieja szybko zaczęły wypalać w nas zapał i chęci. Jako kapitan musiałem w pierwszej kolejności martwić się o swoją załogę i ich bezpieczeństwo. Oddawałem im wszystkie owoce jakie tylko znalazłem, jednak to się odbiło na tym, że moje życie skończyło się jako pierwsze. Moje ciało zostało spalone a prochy pogrzebane na tej wyspie. Może dlatego mój duch jest tu uwiązany. - Wzruszył ramionami i spojrzał na Annie poważniej. - Prześpij się. Rano ci pokaże gdzie są owoce a także piraci i ewentualnie twoja droga ucieczki stąd. Choć nie pogniewałbym się na towarzystwo.
   Co jak co ale ostatnie zdanie Annie się nie spodobało, choć liczyła na to że był to po prostu żart sytuacyjny. Ponownie położyła się i starała się zasnąć i choć była zmęczona i wyczerpana całym dniem to sen nie chciał łatwo przyjść. Zamiast martwić się o siebie szczerze współczuła i rozmyślała o losie Jina.   

   Pobudka była rozczarowująca. Jednak Annie nie obudziła się w swoim łóżku które było by miękkie, miłe, ciepłe i przede wszystkim w pokoju w karczmie. Rozczarowania bolą i wpędzają w paskudny humor. Więc i taki od razu ją złapał. Mimo, że jej duchowy towarzysz nadal tu był i nie znikł, nie napawał jej optymizmem. Wiedziała, że jedyne co musi zrobić to stąd się wydostać i choć na horyzoncie była jakaś perspektywa na to, to jednak słowo „pirat” nie kojarzyło się z definicja bezpieczeństwa. A wręcz przeciwnie, budziło lekki niepokój. Nie mogła przecież przewidzieć jak by mogli się zachować jak gdyby nigdy nic podeszła do nich kobieta na rzekomo bezludnej wyspie i poprosiła o ratunek oraz odstawienie do domu. Uprowadzenie statku było tak bezsensownym pomysłem, że nawet przez chwile nie chciała nad nim się za długo zastanawiać. Może im zaproponować zapłatę gdy dotrą do domu ale czy uwierzą jej na słowo?
Idąc za Jinem do miejsca gdzie rosły owoce starała się to wszystko poukładać. Dawno nie czuła się tak bezradna i bez sił by jakoś to wszystko uciągnąć do przodu. Mimo nikłego towarzystwa czuła się samotna. Jin nie należał do zbyt rozmownych a i ona nie do końca wiedziała o czym rozmawiać z osobą która od wieków nie żyje. Nie chciała go męczyć o przeszłość bo zdążyła zauważyć, że jest ona wystarczająco dla niego bolesna a opowiadanie o jej życiu nie wydawało jej się na miejscu. Jego życie zakończyło się tragicznie więc czemu ma go zamęczać swoimi problemami.
   - Jak się tu znalazłaś? Też gdzieś płynęłaś. - Jin zapytał gdy dotarli na miejsce a Annie zaczęła zbierać owoce by się nimi najeść.
   - Głupia sprawa... Wściekły duch zrzucił mnie z klifu a gdy się obudziłam była tutaj.
   - Faktycznie. - Odpowiedział krótko i w ciszy pozwolił Annie się najeść.
Annie musiała przyznać, że owoców nie było tu za dużo i zdecydowanie nie przeżyłaby dłuższego czasu na nich samych na tej wyspie. Rozumiała teraz czemu i Jinowi wraz zresztą ocalałych się nie udało.  Umieranie w takim miejscu z daleka od bliskich po stracie większości załogi musi być strasznym przeżyciem...
   - Na bogów! - Nagle olśniona jakąś myślą spojrzała na Jina a ten zaskoczony jej nagłym ożywieniem również spojrzał na nią pełny zaskoczenia. - Córka... Miałeś córkę? – Zapytała jak głupia bez żadnego taktu.
   - Morze ją zabrało. - Odpowiedział po chwili cicho... za cicho ledwo słyszalnie.
   - To ona... to musiał być jej duch. To ona mnie zrzuciła z klifu. Jest o niej legenda, że podróżowała do Tyrii z Kintaju ale jej statek nie dotarł a ona ocalała co noc rozpalała ognisko.
   - Taya! - Jin jak by się nagle ożywił tknięty od wieków nadzieją. - Musisz mnie do niej zabrać!
Poczekaj... a jak to nie ona. Tak mi się tylko...
   - Błagam. Nawet jak to nie ona, muszę po prostu wiedzieć. Musze wiedzieć czy udało jej się przeżyć czy nie. Od wieków o tym myślę.
   Annie wpatrywała się w Jina i długo się zastanawiała jak miała by dokonać transportu ducha. Nawet nie miała pewności, czy uda jej się samej bez problemów wrócić do domu a co dopiero wyjść na spotkanie z piratami i poprosić jeszcze o miejsce dla ducha na pokładzie.
   - Czemu wcześniej w takim razie nie opuściłeś tej wyspy. Jesteś duchem nie powinno to być dla ciebie trudne. - Zaczęła ostrożnie.
   - Próbowałem, ale nie mogłem. Zawsze jak próbowałem to coś mnie tu trzymało.
   - Coś?
   - Moje prochy... a dokładniej skrzyneczka do której zostały wsypane. Jedyna rzecz należąca do mojej córki która ocalała w resztach statku. - Wyjaśnił Annie spokojnie. Dziewczyna w sumie domyślała się, że jakieś silne życzenie, niechęć albo właśnie niepewność o losy kogoś bliskiego w połączeniu z ważnym przedmiotem lub miejscem są w stanie zatrzymać dusze na tym świecie. Annie jedynie skinęła głową godząc się na prośbę ducha i może to był błąd?
   - A gdzie pogrzebano te prochy? - Zapytała po tym jak dała słowo, że mu pomoże.
   - W miejscu gdzie teraz jest obóz piratów.
Kurwa... przekleństwo które niewypowiedziane zawisło nad nią jak czarne chmury zwiastujące burze.

   Za nim Annie udała się z Jinem w stronę obozu piratów dowiedziała się o nich kilku informacji. I żadna z nich w żaden sposób nie napawała ją radością. Przybyli na wyspę jakoś ponad rok temu i od tamtej pory regularnie tu się pojawiali. Jin twierdził, że wyspa stała się ich pewnego rodzaju kryjówka. Zwozili tu swoje łupy, zbudowali niewielki obóz a w pewnym momencie pojawiali się tu nawet z jeńcami albo osobami, które zamykali w klatkach. Co jakiś czas niektórych ponownie wywozili na statku a innych bez znanych dla Jima powodów zabijali i wyrzucali ich cała w innej części wyspy. Zdecydowanie zwykłe podejście do nich i poproszenie o pomoc nie wchodziło w takim przypadku w grę. Annie się domyślała, że pewnie są jakimiś handlarzami żywym towarem lub wynajmowani są do porywania ludzi w celach jakiś okupów a jak ich nie otrzymają po prostu pozbywają się zbędnego więźnia. Naprawdę była pod wrażeniem, że takie osobniki jakimś cudem wymykają się władzy z rak i robią co im się żywnie podoba. Ale teraz nie był to odpowiedni czas na rozmyślania. Piraci byli, są i pewnie długo się tej plagi nie wytępi.
To tam.
   Jin się zatrzymał na skraju lasu i wskazał dłonią w dół. Annie przyczaiła się za drzewem by z góry obejrzeć obóz piratów. Faktycznie statek cumował w bezpiecznej odległości od mielizny, na brzegu zauważyła dwie mniejsze łodzie, którymi pewnie przybyli na ląd z okrętu. Sam obóz był trochę w głębi lądu. Nie był faktycznie okazały. Kilka namiotów, dość liche drewniane chaty i sporo klatek które obecnie były zapełnione ludźmi. Samych piratów nie widziała za bardzo. Z tej odległości trudno jej było o szczegóły. Widziała głównie zarysy sylwet w klatkach i jakieś dwa... może trzy inne sylwetki chodzące w ich okolicach.
   - Gdzie pogrzebali twoje prochy? - Podniosła głowę by spojrzeć na Jina.
   - Za jakieś dwadzieścia metrów za obozem.
   - Nie jest to dobra wiadomość. - Podsumowała mając kompletną pustkę w głowie.
Jak niby ma wykopać skrzynkę z prochami Jina, obejść jakoś piratów, dobrać się do łodzi i stąd się wydostać.
   Nawet przez chwilę pomyślała o tym, by w nocy podejść i ukraść im łódkę którą podpływają do brzegu i nią spróbować swoich sił w ucieczce z tej wyspy. Zostawić sprawę Jina za sobą, bo niby co ma ją interesować los wiekowego ducha i może jego córki. Ale z drugiej strony dała mu słowo a na dodatek tam w dole, w obozie w klatkach byli pozamykani jacyś jeńcy a to oznacza, że na pewno albo zostaną sprzedani albo zabici. Ale przecież nie mogłaby od tak opuścić tej wyspy nie starając się nawet jakoś im pomóc. Do końca życia by się zastanawia co się z nimi stało i pewnie myślałaby o najgorszym a wyzuty sumienia skutecznie by ją wykańczały.
   Jest bez broni, nie może skorzystać z magii, nie jest silna, nie ma za dużych możliwości by sobie jakoś z tym poradzić. Nie jest nikim innym z Ligi, którzy by sobie z tym wszystkim zapewne znacznie lepiej poradzili. Mieli by jakieś pomysły, mieli by siłę, doświadczenie albo przynajmniej znacznie miej chłodnej kalkulacji od niej i bez rozmyślań nad konsekwencjami, rzuciliby się na to wszystko nie dbając o to co może się stać. Z drugiej strony albo pozostaje jej samej się oddać piratom i zostać... cholera wie? Zabitym, sprzedanym albo jeszcze coś innego, ukraść im łódkę i może nie dopłynąć nigdy do Tyrii i umrzeć gdzieś na otwartych wodach, albo zaszyć się w innej części wyspy i czekać jak śmierć sama nadejdzie. Albo przynajmniej może spróbować zawalczyć o siebie i tych ludzi w klatkach, ponieść klęskę, bo była pewna, ze taką na pewno poniesie, ale przynajmniej umrzeć na swoich warunkach. I im dłużej nad tym rozmyślała, nie spodziewała się aby wróciła do domu.
   Tylko gdzie jest jej dom? W miejscu w którym się wychowała? W lidze i w pokoju w karczmie? Tego pierwszego nie umiała nazwać domem a to drugie... nie wiedziała czy może, czy powinna i czy na pewno tam pasuje. Tak minęło już tyle czasu czasu od dołączenia do ligi i mimo że lubiła o niej myśleć jak o rodzinie, przyjaciołach to zawsze zastanawiała się czy to również działa w drugą stronę. Pokręciła głową energicznie karcąc się w myślach, że teraz nie ma co jeszcze sobie dokładać dodatkowych zmartwień.
   - Musimy podejść odrobinę bliżej bym mogła dokładnie policzyć ile jest piratów, jak są uzbrojeni oraz ile osób trzymają w klatkach. - W jej głowie urodził się plan. Głupi z marną szansą na powodzenie ale jedyny jaki miała.

   Annie z Jinem znaleźli miejsce bliżej obozu zostawiając dla siebie bezpieczną odległość. Przczaili się tam i spędzili większość dnia na obserwacji. Blondynka nie miała problemów wyłapać pewne rutyny piratów, których naliczyła piętnastu a także dziesiątkę osób w klatkach. Jeńców ku jej niezadowoleniu było z przewagą dla kobiet a to oznaczało, że prawdopodobne siły pojmanych jako jej sprzymierzeńców są słabsze. Oczywiście nie musiało tak być, bo już nie raz była świadkiem tego jak to kobieta jest dużo bardziej odważna i bojowa od niejednego mężczyzny, ale z drugiej strony osoby w klatkach wyglądały jak zwykli wieśniacy. Przynajmniej ich odzienie mogło to sugerować. Jednak nie można było wykluczać tego, że ich lepsze stroje czy zbroje zostały im odebrane a oni dostali to na przebranie. Mimo wszystko wolała z góry założyć, ze jednak są to wieśniacy którzy nie są zbyt wprawieni w bojach, dzięki czemu mogła lepiej opracować swój plan tak by uwzględnić każdy szczegół. Gdyby założyła, że jeńcy jednak okażą się silniejszy mogłaby gdzieś jakiś szczegół nie dopracować lub zbyt polegać na przypuszczeniach o silniejszym wsparciu co mogło by tak kruchy plan położyć na łopatki.
Sami piraci raczej w niczym ją nie zaskoczyli. Zwykła zbieranina wyjętych spod prawa oprychów, w różnym wieku, różnej postury i niestety z różną bronią. Trzech zaobserwowanych piratów szczególnie się wyróżniało. Wysocy o dość umięśnionej sylwetce. Pozostali raczej mieli w większości dość przeciętne sylwetki, dwóch wyglądało na dość wychudzonych i jeden wiekiem starszy od innych. Długo próbowała zlokalizować który z nich mógłby być kapitanem ich pirackiego okrętu jednak żaden z nich nie wyróżniał się jakoś bardzo na tle innych. Trochę jej to utrudniało sprawy. Bo wiadomo, że jak uderzyć to najlepiej od razu w lidera. Zawsze to daje większe szanse, że reszta bez dowódcy może się poddać, albo przynajmniej zacząć działać w chaosie. Nie musi tak być, ale zawsze jest to jakaś lepsza opcja niż działanie po omacku. Niestety zmuszona będzie w tej kwestii działać po omacku.
   - Umiesz strzelać? - Annie zagadała w pewnym momencie do Jina by nieco mogli odpocząć od ciężkich rozkmin nad planem.
   - Nie.- odpowiedział od razu. - Za życia preferowałem walkę mieczem.
   - To po co ten łuk? - Wskazała palcem na broń którą nosił przy sobie.
   - To jest ten łuk co miał być darem dla nowego władcy... Nie wiem czemu, ale po mojej śmierci on został ze mną. - Wyjaśnił. - Może gdy palono moje ciało, spalono je z tym łukiem. W końcu miał być to cenny dar, więc moi towarzysze uznali, że kapitan zasługuje na pochówek z taką wyjątkową bronią. - Wzruszył ramionami i spojrzał na Annie, która spoglądała badawczo na łuk, który kształtem był w jej oczach naprawdę wyjątkowo ładny,ale za dużo o nim nie mogła powiedzieć. W końcu był przezroczysty a jego szczegóły niewidoczne przez to. - Widziałem go raz za nim został zamknięty w skrzyni. Faktycznie materiał z jakiego został wykonany nie przypominał mi żadnego znanego a jego wykonanie było niezwykłe. Na pewno nie widziałem nigdy takiego łuku. Ale zastanawiało mnie po co komu łuk, który nie miał cięciwy. A przynajmniej nie była ona nałożona na niego gdy był pakowany na statek. Załoga plotkowała, że jest to łuk który potrafi sam tworzyć strzały. Twierdzono że gdy odpowiednia osoba go dobywa ten zmienia swoją formę zamieniając się w czyste światło. Mówi się, że gdy umierasz widzisz światło, które prowadzi cię na drugą stronę. Idź w stronę światła i tym podobne rzeczy, których ja nie doświadczyłem umierając. Podobno właśnie tym światłem mają być strzały z tego łuku. Które wskazują drogę do mgieł. Mówili że nazywa się Faro.
Nigdy nie słyszałam. Ale ciekawa legenda. - Annie się uśmiechnęła pierwszy raz od momentu kiedy znalazła się na tej wyspie. Wyobraziła sobie taki łuk ale raczej rozum podpowiadał jej, że przecież jest to niemożliwe by mogła istnieć taka broń. W końcu najwyraźniej ludzie uwielbiali już od zarania przypisywać jakieś niezwykłe historie do broni. Bo w końcu jak są tacy co nazywają swoje pistolety imionami kobiet, to i znajdują się też tacy co dopisują niezwykłe historie do zwykłych rzeczy.
   - Może coś opowiesz o sobie? - Zagadnął Jin po dłuższej chwili ciszy z strony kobiety.
Raczej nie lubię mówić o sobie.
   - Czemu? Masz coś do ukrycia? Jesteś przestępcą? Raczej nie musisz się obawiać wydania w ręce władzy strony ducha. - Na jego półprzezroczystej twarzy zagościł lekki uśmiech wskazujący na żart.
   - Nie... Po prostu. Mało kogo to interesuje. - Wzruszyła lekko ramionami. - Każdy jest pochłonięty swoimi problemami, swoim życiem, każdy ma swoją przeszłość o której w większym lub mniejszym stopniu mówi, świat jest pełny problemów. Nie wiem. Raczej nie chce nic od siebie dokładać. Jak by kogoś coś związanego ze mną interesowało to umiał by zapewne zapytać. Tak naprawdę nawet moi przyjaciele to kompletnie nie wiedzą o mojej przeszłości, o problemach jakie mnie trawią. To zrozumiałe. Mało kiedy zdarza się osoba, która by bardziej była zainteresowana życiem innym niż własnym.
   - A nie pomyślałaś może o tym, że jak sama nie zaczniesz mówić to nikt tak naprawdę nie będzie wiedział, żeby pytać?
   - Może. Ale wole słuchać innych i postarać się im pomóc. - Annie ponownie zamilkła, choć minę miała jak by nad czymś się zastanawiała. Skierowała wzrok ponownie na piracki obóz jak by tam chciała znaleźć odpowiedzi na swoje własne pytania, jednak odpowiedzi nie przychodziły co jedynie poskutkowało ciężkim westchnięciem. - Wydaje mi się, że jak bym miała zacząć mówić o swoich bolączkach ktoś mógłby pomyśleć, że jestem słaba.
   - A jesteś?
   - Wolę myśleć, że nie.
   Po tych słowach Jin nie kontynuował rozmowy.

   Gdy zaczęło się ściemniać Annie wraz z Jinem powoli zaczęli się przygotowywać do realizacji planu. Oboje mieli świadomość, że jest to szaleństwo które w niewielkim stopniu ma w ogóle szanse na powodzenie. Ale jak Jinowi to nie sprawiało jakiegoś większego problemu, bo i tak był martwy. Tak dla Annie było to bardzo ryzykowne... zdecydowanie raczej zaczynała myśleć, że może z tego nie wyjść cało, ale dochodziła do wniosku, że od dawna jest przygotowana na losowe wydarzenie, które doprowadzi ją do mgieł. W końcu życie najemnika obfituje w niebezpieczeństwa a to z Ligą zwłaszcza. Gildia zdawała się działać jak magnes na problemy, zawsze wciągana w wydarzenia, które zakrawają o wielkie sprawy, jednak tym razem nie było tu gildii i była zdana sama na siebie. Nikt nie wyskoczy przed tłum z mieczem w reku by zabrać się za najtrudniejszego przeciwnika, nikt nie wyczaruje ognia czy innych aspektów magicznych, nikt nie podleczy gdy będzie potrzeba. A ona tym razem nie może stać z boku i jak zawsze obserwować. Nie może czuć się bezpieczniejsza, nie może wspomagać i nie mieszać się w główną walkę, nie może wręcz być prawie że niewidzialną i niezauważalną przez większość przeciwników bo jest tak nieważna na polu bitwy. Teraz to ona musi wyjść naprzeciw przeciwnikowi i to jedynie w podartej koszuli. Więc jakie są szanse że jednak wszystko się uda?
   Gdy było już ciemno, podeszła najbliżej obozowiska jak się dało i powoli, by zachować cisze zaczęła przygotowywać chrust na ognisko, które według jej założeń miało odwrócić chociaż na chwile uwagę piratów. Zauważyła, że gdy miała właśnie zacząć je rozpalać, trzęsły jej się ręce. Bała się? Gdy tylko wznieci ogień nie będzie już odwrotu. A przecież naprawdę może olać jeńców a tym bardziej prochy osoby która nie żyje już od wieków bo co niby ją ma interesować los córki i ojca których rozdzieliło przeznaczenie. Zwłaszcza że owa córeczka sama doprowadziła do tego w jakiej sytuacji znalazła się Annie. Chociaż raz mogłaby pomyśleć o sobie a nie ciągle przejmować się innymi. Nadejdzie w końcu taki dzień, że za dużo uzbiera się chowanych wewnętrznie żali, smutków czy innych problemów a wtedy nie będzie wstanie zapanować nad własnymi emocjami. Nie odnajdzie już powrotu z drogi rozgoryczenia. Ale nie teraz... nie w momencie kiedy mimo wszystko lekko roztrzęsione ręce doprowadziły do powstania ognia.

   Gdy ogień zaczął w zawrotnym tempie rozprzestrzeniać się niedaleko obozu piratów, Annie stała i obserwowała jak z początku nic się nie działo. Jednak gdy płomienie stały się dużo większe i zdecydowane widoczne w obozie zaczął się robić popłoch. Zdezorientowani piraci zaczęli się wzajemnie wybudzać i biegać jak opętani nie wiedząc chyba co zrobić z tym faktem. No w sumie pewnie sama była by kompletnie zdezorientowana gdy na bezludnej wyspie od tak powstał by pożar.
   Gdy jej cierpliwość została wynagrodzona a piraci pobiegli jednak do źródła ognia by je ugasić za nim to się za bardzo rozprzestrzeni, Annie ruszyła. Ostrożnie podeszła do obozu i zaczaiła się za drzewami przy namiocie przy którym zaobserwowała coś w rodzaju jakiegoś centrum dowodzenia. Wypatrzyła, że stąd są wydawane zapasy, broń jak i również jedzenie dla więźniów oraz liczyła, że w takim przypadku również znajdzie tu klucze do klatki, co może było zbyt wygórowanym życzeniem, ale w końcu to w jej ocenie było jedyne miejsce w którym powinna zacząć szukać. No i broń. Cokolwiek może tu znaleźć na pewno lepiej się przyda niż gołe ręce. Kluczy niestety nie znalazła, ale przynajmniej zdobyła miecz co znacznie ją pocieszyło.
Wyszła z namiotu i rozglądając się powoli zaczęła zbliżać się do klatki z jeńcami. Ci zdezorientowani pożarem wiercili się w klatce jak opętani. Nic dziwnego, kto by się spodziewał takiego obrotu sprawy.
   - Klucze... Gdzie są klucze? - Wyjątkowo podejście do klatki niezauważoną jej się udało, ale serce łomotało jej jak szalone. W każdej chwili piraci mogą wrócić albo któryś zabłąkany w obozie ją zauważy. Mężczyzna który stał najbliżej niej z niedowierzaniem spojrzał na kobietę. Chyba uznał ją z początku za przewidzenie albo jakieś dziwne pirackie sztuczki, bo wyciągnął rękę do niej i złapał za już i tak mocno wymiętoszoną i zniszczoną koszule, by gwałtownie przyciągnąć ją do klatki.
   - Co to za podstęp? - Wysyczał jej prosto w twarz a pozostałe osoby w klatce zwróciły uwagę na to co działo się tuż obok.
   - Klucze od klatki... - Annie powtórzyła spokojnie ale z nutą zniecierpliwienia. - Kto je nosi? - Położyła swoją dłoń na dłoniach mężczyzny by poluzował swój uścisk. Na szczęście temu chyba pierwsze niedowierzanie minęło i zaczął szybko główkować.
Ich kapitan chyba je ma. - Wskazał na drewnianą prowizorkę która robiła za coś podobnego do chaty. - To jego chata.
   Annie nie wdawała się w kolejne dyskusje. W końcu czas ją naglił, więc niezbyt się pilnując przebiegła do chaty, którą wskazał mężczyzna. Teraz jedynie sprawdzić czy nikogo nie ma w środku i znaleźć te cholerne klucze. Wie gdzie jest broń, jak uwolni więźniów zapewne może wywiązać się walka, ale piraci się tego nie spodziewają. Mają spory element zaskoczenia i jedyne co w całym tym planie pozostawało niewiadomą, to czy jeńcy potrafią chociaż trochę walczyć. Albo chociaż niech wyglądają groźnie. Piraci pobiegli w las bez broni, muszą ich jedynie sami zagonić do klatki i uciec stąd.
   Dziewczynie prawie serce wyskoczyło z klatki piersiowej gdy na stoliku w chacie zobaczyła pęk z kluczami. Chwyciła je i wybiegła z chaty. Wszystko się układało, jeszcze tylko odpowiedni klucz dopasować. Tylko szkoda, że z całej tej ekscytacji nie zwróciła uwagi na otoczenie. Może by zauważyła, że czasu zostało jej niewiele, bo pomarańczowa łuna ognia, która przebijała się przez drzewa jest praktycznie niezauważalna, co oznaczało że piraci poradzili sobie całkiem sprawnie z ogniem. I może by również zwróciła uwagę, że z lasu ktoś wybiega prosto na nią.
   - Uważaj!
   Ktoś krzyknął z klatki, ale już było za późno. Nim odwróciła głowę by chociaż mieć szanse wykonać unik, poczuła jak wielkie cielsko w nią wpada jak rozpędzony taran który całym swoim ciężarem sprawił, że całe powietrze jakie miała w płucach w jednej chwili z niej wyleciało. Kawałek poleciała do tyłu i upadła w piach który sukcesywnie wypełnił jej usta. Już chciała go odkaszleć ale zaraz oberwała solidnego kopniaka w brzuch. Chciała zwinąć się w kłębek by uchronić się przed ewentualnym ciosem ale nim ciało zareagowała oberwała ponownie w brzuch. Na tyle mocno że aż przed oczami jej ściemniało.
   - Co za dziwka?
   Wielka łapa wylądowała na jej głowie i łapiąc garść włosów podciągnęła ledwo przytomną Annie do góry by chyba na nią spojrzeć, abo jeszcze jej przyłożyć. Odruchowo dziewczyna podniosła rękę do góry by próbować zawalczyć przed powyrywaniem jej włosów z głowy. Wtedy sobie przypomniała o kluczach. Podniosła ciężkie powieki do góry by ocenić jak daleko jest od klatki. Zadanie należało do dość trudnych bo obraz jej się rozmazywał, tylko nie była pewna czy dlatego, że umysł z bólu chce wyłączyć ją na ten czas czy to od łez które również spowodowane przez kopniaki napłynęły jej do oczu.
Klatka nie była daleko, ale jeszcze z dwóch do trzech kroków potrzebowała by aby dorzuć klucze. Odruchowo drugą ręką złapała garść piasku i sypnęła w swojego przeciwnika. Sztuczka stara jak świat, ale zawsze skuteczna. Wielka łapa ją puściła a mężczyzna zaczął krzyczeć na Annie wiązanki przekleństw jakich nawet w karczmie nigdy nie słyszała. Z trudem się podniosła czując wręcz przeszywający ból w całym ciele. Nie teraz... powtarzała sobie w głowie, najpierw te klucze a po tym niech się dzieje wola bogów. Udało się. Rzuciła nimi, ale nie dane jej było zobaczyć czy dolecą, bo poczuła jak jest pociągnięta za nogę i ląduje twarzą w piasku, nawet nie zdążyła zareagować jak ponownie wielka łapa ją złapała i miała chyba zamiar trafić ją z całej siły w twarz i to na pewno zaboli, pomyślała dziewczyna dostrzegając jak łapsko zaciska się w pieść.
   - Annie!
   - Co do...
   Duch? Może już umarła? Nie, zdecydowanie nie to, kojarzyła już tą sylwetkę. To jej towarzysz niedoli a tej wyspie, którego tu spotkała. Jin biegł w jej stronę. Miłe z jego strony, że chce jej pomóc, ale co może taki duch zrobić? Nie wiedziała czy ten posiada jakieś umiejętności, ale na pewno dzięki niemu chwila w której ją bardzo mocno zaboli, została przełożona na później. Pirat ją wypuścił, chyba chcąc się jakoś obronić przed duchem a Annie upadła na piasek. Musi od niego uciec, ale sił zaczęło jej brakować. To koniec... pomyślała po raz kolejny od momentu kiedy obudziła się w tym miejscu. Może to taki rodzaj snu w którym aby się obudzić trzeba najpierw umrzeć.
   - Annie.
   Ponownie głos Jima wyrwał ją z własnego otumanienia. Odwróciła głowę w jego stronę, był blisko na tyle blisko, że dostrzegła wykonywany przez niego zamach. Rzucał w jej stronę swój łuk. Po co? Co może zrobić z łukiem który nawet nie ma swojej fizycznej formy? Pirat też zareagował bo swoją wielką łapą chciał pochwycić łuk w locie, jednak ten przeleciał przez niego jak by ten nie istniał.
Jednak Annie go złapała.

   Snop białego światła który swoje źródło mogłoby się zdawać miał gdzieś wysoko na niebie spadł na dziewczynę sprawiając, że ta w niem zniknęła. Światło rozeszło się z silną energią na boki, sprawiając, że sam pirat aż został odrzucony do tyłu i nim zdążył się pozbierać i ogarnąć co się stało między jego oczami już sterczała świetlista strzała. Samo zjawisko trwało może z ułamek sekundy, ale Annie zdążyła poczuć przytłaczająca energie jaka temu towarzyszyła. A gdy zniknęła w jej reku nadal spoczywał łuk, który już nie był półprzezroczystym tworem a jak najbardziej prawdziwą bronią.


Mimetka

  • Radny
  • *****
  • Wiadomości: 626
  • Płeć: Kobieta
  • Naczelna maruda.
   - Hej Anastazja... - Poczuła lekkie szturchnięcie za ramie. - Annie! - Głośniejsze wypowiedzenie jej imienia połączonego z ponownym szturchnięciem za ramie, sprawiło że niechętnie ale otworzyła oczy.
   Podniosła głowę i się rozejrzała. Na wpół przytomnie docierało do niej, że musiała na chwilę odpłynąć. Poczuła jak boli ją kark. Jednak pozycja siedząca przy stole nie jest najwygodniejsza do przyśnięcia. Pokręciła nieco głową dookoła by rozruszać zbolałe mięśnie a po tym dłonią zaczęła je lekko rozcierać.
   - Daj ja to zrobię.
   I nawet nie czekając na zgodę mężczyzna wstał z swojego fotela i przeszedł zza biurko, by stanąć za kobietą. Annie poprawiła się w fotelu by ułatwić dostęp do jej ramion a mężczyzna delikatnie odgarnął rozpuszczone włosy  a po tym położył dłonie na odsłoniętą skórze i zacząć ją rozmasowywać.
   - Powinnaś trochę odpocząć.
   - Później jak już to wszystko się skończy. - odpowiedziała Annie i przymknęła oczy czując jak napięcie zaczyna schodzić z ramion i robi jej się przyjemnie.

   Daniel Purget był jej asystentem. Prawą ręką. Był dla niej niezastąpioną pomocą, świetnym i wiernym pracownikiem jak i również przyjacielem a przynajmniej od jakiegoś czasu. Poznała go... chyba zaraz jak zaczęła prowadzić biuro inwestycyjne. Wszedł wtedy do niej z ulicy, obnażył zęby w zbyt pewnym siebie uśmiechu i wręcz teatralnie się przedstawił.
   - Jestem tym kogo musisz zatrudnić.
   Powiedział na samym końcu, kłaniając się nisko kończąc swój występ. Annie musiała przyznać, że była to najdziwniejsza rozmowa o pracę jaką widziała. Choć wtedy nikogo do pracy nie szukała tak zaskoczenie, które wywołał w niej Daniel szybko zamieniło się w rozbawienie. Daniel nie posiadał żadnych kwalifikacji ani porządnego wykształcenia, więc nie mogła go przyjąć. Jednak inwestycje wymagają sporej wiedzy a on takiej nie posiadał.
Odprawiła go dając mu namiary na kilka osób, które mogły by przyjąć ucznia do nauki jakiegoś zawodu i życzyła powodzenia. Jakie było jej zdziwienie gdy następnego dnia ten sam mężczyzna wpadł do jej biura i ponownie poprosił o prace. Skończyło się tym samym co dzień wcześniej.

   Jednak Daniel należał do osób wybitnie upartych i jak już sobie wbił coś w głowę i na czymś mu zależało nie miał zamiaru się łatwo poddać. Przychodził do Annie dzień w dzień, przez prawie dwa tygodnie. Aż w końcu z wielka rezygnacją w głosie kobieta wskazała mu fotel przed jej biurkiem.
   - Lubię osoby które dążą do swoich celów jak i charakternych. Ale nie masz żadnych kwalifikacji ani do tej branży ani do krawiectwa...
   Daniel doskonale o tym wiedział i za każdym razem gdy blondynka mu to powtarza to zawsze zaklinał się, że stanie nawet na głowie ale zatrudni się u Oswaldów. A zwłaszcza u obecnej głowy rodziny. Anastazji. Tyle że był nikim. Zwykłym chłopakiem z miasta wychowanym w wielodzietnej rodziny, która może biedna nie była ale w domu zawsze było tyle co na styk. Nie żyć w biedzie, ale daleko im było do luksusów. Skończył zaledwie podstawowe klasy szkoły z dość średnim wynikiem. Chciał by może lepiej i miał umysł który by wyciągnął lepsze oceny, ale warunki w domu nie zawsze na to pozwalały. Tu trzeba było pomóc przy młodszym rodzeństwie, coś się zepsuło i trzeba było pomóc, albo gdzieś złapać robotę dorywczą aby pomóc.
Rodzina Oswald była znana w mieście, bo kto by nie znał rodzinny z tak wpływową pozycją i bycia jednym z najstarszych rodów, który wywodził się jeszcze z początków Askalonu a przodków mają jeszcze z czasów wielkiego królestwa Orr. Kto by nie chciał choć zbliżyć się do takiej rodziny? W Divinity było jeszcze kilka znaczących rodów ale chyba żaden... a przynajmniej w oczach Daniela nie posiadał tak pięknej córki.
   Zobaczył ją pierwszy raz jak był nastolatkiem. Wychodziła w towarzystwie swojej rodziny z sklepu, a drugi raz na turnieju łucznictwa który wygrała. Oczywiście wiele razy widywał jej portrety w gazecie czy w broszurach modowych w których zawsze była w pięknych sukniach. A później zniknęła na długi czas. Gazety przestały plotkować o urodziwej spadkobierczyni wielkiego rodu, a na broszurkach z sklepu już były inne modelki. Nawet przez chwile zapomniał kompletnie o ślicznej blondyneczce i wpadł wir swojego codziennego życia aż do momentu kiedy wracając z pracy znowu ją zauważył. Jak wychodzi z biura inwestycyjnego.
Na drugi dzień ubrał się w najlepsze ciuchy jakie miał i wskoczył prosto z ulicy do biura. Bez planu, bez najmniejszej szansy na prace ale z wielką możliwością, że zostanie wywalony na zbity pysk.
   - … ale przydał by mi się... pomocnik. Nie obiecuj sobie dużo. Musiałbyś czasem wyskoczyć na miasto z by zanieść jakieś paczkę czy list. Odebrać pranie. - Czyli przynieść, podaj, pozamiataj pomyślał Daniel. - Nie wiem czy takie coś w ogóle by ci odpowiadało, ale absolutnie...
   - Biorę.
   Nie miał zamiary wybrzydzać. W końcu od zawsze chciał pracować dla Oswaldów obojętnie na jakim stanowisku. Może i być chłopakiem na posyłki. Czemu nie, zawsze lepsze to niż bycie malarzem czy pomocnikiem budowlanym.

   Początki były trudne. A wręcz urok jaki rzucił na niego wygląd Annie zaczął tracić na znaczeniu a czasami myślał o niej w kategoriach zołzy czy zimnej... No. Z początku wyobrażał sobie, że będzie siedział z ładną kobietą w jednym pomieszczeniu, podawał jej kawkę i rozmawiał o pogodzie. Ale nie... Anastazja Oswald okazała się pracoholiczką, która jest wymagająca. Potrafiła całe dnie siedzieć w biurze, przyjmować interesantów, biegać na jakieś spotkania a Daniel? Ten biegał do drukarni, po zakupy, po herbatę, do pralni czy kwiaciarni. Ale piekło zaczęło się kiedy Annie stanęła na czele swojej rodzinnej firmy. To już do poprzednich sprawunków doszły kolejne związane z farbami, kredami, materiałami... jej jak on miał już ochotę rzucać tą robotę. To nie tak miało wyglądać. Każdego dnia obiecywał sobie, że dzisiaj właśnie jest dzień w którym się zwolni i niech znajdzie sobie innego naiwnego, który skusi się wielkim nazwiskiem i uroda dziewczyny.
   Jędza tylko tak ładnie wygląda a w środku to Balthazar wcielony. Tyle, że zamiast głowy ojca ta w rękach trzyma głowy swoich pracowników. Oj wiele złych rzeczy dopisywał kobiecie i czuł się coraz bardziej zirytowany. Dziecięce marzenia prysnęły jak bańka mydlana a jemu tęskno było za budowlanką i przerzucaniem cegieł, które wydawały się niezwykle relaksującym zajęciem przy tym co teraz miał. Już nawet w żaden sposób nie czuł lekkiego miłego łechtania w brzuchu gdy znajomi mu zazdrościli pracy dla Oswaldów. Teraz mu współczuli i pocieszająco klepali po ramieniu, kiedy wyżywał swoje frustracje w towarzystwie obsmarowując swoją szefową i zaśmiewając się z niej w najlepsze.  Nawet przez chwilę nie czuł żadnych wyrzutów sumienia tak jak ona nie czuła żadnej litości nad obarczaniem go zbyt dużą ilością zadań.

   Raz wracał z takiej posiadówki w karczmie przy piwie z kolegami. Miał dość i zdecydowanie miał za dużo alkoholu w krwi bo wpadł na durny pomysł. Gdzieś musiał dać ujście swojej długo skrywanej frustracji. I padło na dom kobiety. Powybija jej szyby, albo się włamie, ostatecznie podpali. Cokolwiek. Mogą go nawet złapać, ale pokaże jej jak bardzo jest na nią wściekły.
Nogi zatoczyły go do dzielnicy w której mieszkała. Ładny domek stojący na uboczu uliczki dla bogatszej społeczności miasta, idealnie wkomponowywał się w otoczenie. Zadbany trawnik, kwiaty i krzewy świadczyły na pewno o regularnie przychodzącym ogrodniku, tak samo zamiecione schodki prowadzące do wejścia sugerowały o tym, że dom jest odwiedzany przez sprzątaczkę. Daniel prychnął. Przecież ona nawet tu nie nocuje a służba i tak musi być. Wiedział, że kobiety na noce w mieście nie było. Zawsze podkreślała, że wszelakie sprawy musi mieć załatwione do wieczora bo później jej nie ma w domu. Nigdy nie powiedziała gdzie wybywa na noce choć z czystej ciekawości próbował ją podpytać na kilka sposób ale nigdy nie pisnęła nawet słówkiem.
   Tu w tym mieszkaniu był zaledwie dwa razy. Raz kiedy za dnia kazała mu odnieść jakieś projekty a raz biegł z praniem odebranym z pralni. W samym środku nie był. Zawsze otwierała mu starsza kobieta, która pewnie musiała być tu jakaś gosposią, dziękowała i zamykała drzwi przed nosem. Dzisiaj miał pewność, że blondynki znowu nie ma na noc w mieście, bo wyjątkowo wcześnie wyrwała się z pracy. Wręcz wyglądała jak by się śpieszyła. Tylko gdzie? W sumie miał to w nosie, dla niego mogła nawet w nocy robić za jakąś panią do towarzystwa gdzieś w jakieś spelunie.
   Odszedł dom dookoła szukając jakiegoś okna które nie będzie się rzucać w oczy w razie wścibskich sąsiadów. A gdy takie znalazł wybił okno najciszej jak mógł. Choć nocna cisza zakłócona zbijaną szybą zdecydowanie poniosła się za bardzo echem, ale w końcu to ludzka stolica, tu często coś się dzieje a poza tym mogła to być butelka która się rozbija o ziemie. Daniel nie należał do osób łamiących prawo więc starał wmówić sobie, że wszystko skończy się dobrze. Mimo, że ręce mu drżały a serce waliło jak opętane. Wśliznął się do środka, raniąc się trochę w dłonie i zrobił dziurę w spodniach o szkło które zostało w witrynie. Nawet jak jej nie ma to utrudnia mu życie, pomyślał.
   W domu panowała ciemność i grobowa cisza. Chwilę stał skulony pod oknem jak by okazało się, że gosposia mieszka, to zawsze szybko ucieknie, albo jak by jednak właścicielka posiadłości zmieniła zdanie i wróciła na noc do domu. Ale nic się nie działo. Po za swoim własnym oddechem i szczekaniem psów na zewnątrz nic nie słyszał. Odczekał dla pewności jeszcze chwilę by wzrok przyzwyczaił się do ciemności i ruszył w głąb domu. Zaskoczyło go jak nogi mu drżą, sam nie wiedział czy to przez strach czy przez alkohol. Kilka razy jako smarkacz wdał się w jakieś bijatyki z rówieśnikami ale na tym zakończyła się jego kariera przestępcza. A teraz? Teraz się włamał do cudzego domu i miał zamiar go okraść. Co mu strzeliło do głowy? Przecież nie był taką osobą. Mógł być wściekły, mógł psioczyć i przeklinać swoją szefową ale to co teraz zrobił jednak zdecydowanie przekroczyło nawet jego najśmielsze oczekiwania. Jak złość pobudzona alkoholem może wpędzić człowieka w paskudne pomysły. A teraz adrenalina skutecznie zaczęła wypłukiwać jego zamroczenie z głowy i dopuszczać głos rozsądku do świadomości. Nie, pójdzie stąd i po prostu jutro się zwolni. Koniec. Ma już dość a poza tym jak by mógł pracować u kogoś do kogo właśnie się włamał i miał z początku nikczemne plany aby się zemścić. Teraz już po wszystkim, wróci do domu, ogarnie się a od jutra może budowlanka?. Albo może poszuka innych możliwości zarobkowych. W końcu miasto jest wielkie i pracy dużo.
   Daniel pogrążony w swoich myślach i wyrzutach sumienia zaczął się wycofywać do okna. Chciał jak najszybciej opuścić dom i zapomnieć o całej tej sprawie. Było mu głupio nawet przed samym sobą. Gdy już jedną nogą dotykał ziemi na zewnątrz usłyszał za sobą dyszenie a po tym świst. Tuż koło niego na wysokości jego głowy wbiła się strzała. Świecąca strzała.
Ruszysz się a następna wbije się już w ciebie. - Usłyszał za sobą cichy głos. Wydawało mu się, ze za chwile popuści. Na bogów tylko tego by mu jeszcze brakowało . - Wyciągnij drugą nogę i z rękoma w górze się odwróć.
   Jednak jakiś sąsiad musiał go dostrzec mimo środka nocy i powiadomić straż. Cóż nic nie nie ukradł więc może dostanie łagodniejszy wyrok. Ale jaka szkoda tak sobie zmarnować życie. Zrobił to co mu kazano i gdy już się odwrócił jego twarz spotkała się z wielkim zwierzęcym pyskiem, który obnażał swoje zęby patrząc na niego beznamiętnie. Daniel o mały włos faktycznie nie popuścił w gacie z strachu, ale gdy w nerwowym rozejrzeniu się za możliwością ucieczki dostrzegł kto siedział na zwierzu. Wtedy strach szybko zastąpiony został zdziwieniem.
   - Daniel?
   Znajomy głos szefowej zdradzał również jej wielkie zdziwienie a mężczyzna wzrokiem podążył za łukiem który upuszczała w dół a strzała na nim zniknęła. Takiej broni to on nie widział nigdy. Annie szybko zeskoczyła z szakala i od razu ściągnęła z niego jakiś koralik sprawiając, że w magiczny sposób bestia po prostu zniknęła. Szakal... Przemknęło Danielowi przez głowę. Słyszał o nich od podróżników w karczmach, ale nigdy nie miał okazji takiego zobaczyć na własne oczy. Choć to pierwsze spotkanie z tego typem wierzchowca nie przypadło mu do gustu. Po tym przeniósł wzrok na blondynkę. Ubrana zupełnie inaczej niż widywał ją w pracy. Ciemna zbroja, roztargane włosy, zabrudzona twarz... Krew? Czy on widział krew na jej ramieniu? Kim była ta kobieta teraz?
   - Możesz mi to wyjaśnić? - Wskazała skinieniem głowy okno za nim. A Daniel nie umiał nawet złożyć sensownie w głowie jednego zdania zbyt zszokowany tym co widział teraz przed sobą. Ruszał jedynie bezdźwięcznie ustami jak wystraszony dzieciak, który został przyłapany na czymś złym. Widziała to, był pewny że widzi jego zagubienie i strach przed tym co będzie dalej. Patrzyła na niego wnikliwie, twardo... zmęczona? Aż w końcu przesunęła swój wzrok na jego dłonie. - Krwawisz. Wejdźmy do środka... tym razem drzwiami.
   Co miał zrobić? Uciekać już nie było kompletnie sensu gdy został przyłapany na gorącym uczynku. Więc nawet jak by uciekł to jutro by miał na karku straż z oskarżeniem o włamanie. Trudno, gdzieś od samego początku w głębi duszy wiedział, że to nie skończy się dobrze i ma nauczkę. Szedł za kobietą tępo wpatrując się w jej plecy. Wyglądała w tej zbroi zupełnie inaczej a jednocześnie dalej emanowała pewną elegancją. Mimo zmęczenia które dostrzegł na jej twarzy dalej szła prosto, prawie że dumnie sprawiając, że Daniel sam w sobie czuł się malutki przy niej, choć wzrostem przeważał ją o dobre dwie głowy. Przeszli pod wejście. Kobieta wyciągnęła klucz i gdy otworzyła drzwi weszła pierwsza do środka. Daniel wsadził ręce do kieszeni, nieco się zgarbił i przeszedł przez próg. Po chwili w mieszkaniu zaczęły rozpalać się lampy i żyrandole, Ale teraz mógł spojrzeć na dziewczynę która stała przed nim. Czarno niebieska zbroja wydawała się idealnie skrojona, choć zdecydowanie stworzona pod walkę. Dostrzegł na niej metalowe wstawki jak i przy pasie przewieszony miecz a także sztylet. Łuk dalej spoczywał w jej ręku. Miała przybrudzoną twarz na której widniały jaśniejsze ślady które mogły świadczyć o strużkach potu, włosy nie dość, że potargane to jeszcze przyprószone jakimś kurzem czy pyłem. Miała jakieś zadrapanie na policzki oraz na ramieniu rozcięty materiał zabarwiony na ciemny kolor, który mógł zostać po krwi, jednak rany nie widział. Co to wszystko znaczy? Co to jakaś królowa podziemia? Nie wygląda jak osoba którą widywał kilka razy w tygodniu. Osoba która go zatrudniła, była czystą, pachnąca i niezwykle zadbaną kobieta o nienagannie ułożonych włosach i wyprasowanych kostiumach. Która biega w butach na wysokich obcasach a teraz ma na sobie jakieś dziwne płaskie, chyba z metalu całe zabłocone.  Annie spojrzała na Daniela od góry do dołu co tylko bardziej sprawiło, że zapadł się w sobie, a po tym bez słowa odwróciła się i ruszyła w stronę kuchni. Przez ułamek sekundy zastanawiał się czy jednak nie dać nogi, ale ostatecznie w końcu i tak było to bez sensu. Więc z wolna ruszył za nią. Można przyznać, że nawet nie chciało mu się już rozglądać po mieszkaniu które jeszcze przed chwilą chciał okraść. Wszedł za nią do przestronnej kuchni z wielkim stołem pośrodku. Blondynka właśnie odkładała na niego łuk i miecz i przeszła do kredensu by go otworzyć i wyjąć z niego miskę.
   - W piecu jest wygaszone więc musisz się zadowolić zimną wodą. - Nie bardzo zrozumiał o co chodzi. Może chce go utopić w tej misce. W sumie patrząc teraz na jej odzienie i bronie uznał, że pewnie może być do tego zdolna. Nabrała do miski wody i postawiła na stole. Zaraz zaczęła szperać za czymś innym w szafkach. - Umyj te dłonie. - Powiedziała odwracając się w jego stronę i widząc jak ten stoi skulony jak jakaś sierota na środku kuchni. Daniel wykonał polecenie jak by było wydawanym rozkazem. Usiadł na krześle przy stole i zamoczył dłonie w zimnej wodzie. Zapatrzył się w ciecz gdy ta z czystej stawała się zabrudzona na czerwony kolor. Nawet nie sądził, że aż tak głęboko skaleczył się o to szkoło z szyby. Trochę mu się zakręciło w głowie. Nie lubił widoku krwi a teraz miał całą misę zabarwioną w tym kolorze. Dopiero wzrok podniósł gdy na krześle obok usiadła Annie, kładąc ręcznik i jakieś pudełeczko obok siebie.
   - Daj. 
   Poleciła by wyciągnął dłonie z wody. Zawisły one nad białym ręcznikiem, zaraz robiąc na nim plamy z ściekającej wody z rozcieńczoną w niej krwią. Aż mu się głupio zrobiło i zaraz chciał dodać że upierze tą szmatę, ale ugryzł się w język bo to by była druga najdurniejsza rzecz jaką dzisiaj zrobił. Kobieta chwile oglądała dłonie pod światło z bliska. Czuł jeszcze nikłą woń jej perfum wymieszaną z lekkim zapachem potu, ale najbardziej wyczuwalny był zapach ziemi, czegoś zgniłego i miejsca w którym musiała być a ten go nie znał. Lekko drgnął gdy się odezwała i spojrzała na niego.
   - Nie widzę nigdzie szkła, ale lepiej jak by to zobaczył jakiś medyk. - Położyła jego dłonie na ręczniku, który już całkiem był ufajdany a sama sięgnęła do pudełeczka z którego wyjęła jakaś buteleczkę wykonana z brązowego szkła, którą za chwilę otworzyła i już miała lać na jego dłonie gdy ponownie dodała. - Będzie szczypać. - I nim Daniel zdążył zarejestrować te słowa płyn wgryzł się w jego dłonie powodując w pierwszej chwili nieprzyjemne ostre szczypanie odkażanej rany jakimś medykamentem. Chciał syknąć ale się powstrzymał więc jedynie zazgrzytał zębami. Już i tak wyglądał przy tej kobiecie jak mięczak więc chociaż postara się zachować resztki jakiegoś męskiego honoru. Po chwili szczypanie zaczęło ustępować a Annie na dłoń zaczęła nakładać jakaś maść a następnie przyłożyła opatrunek i zaczęła owijać bandażami. Daniel musiał jedno przyznać. Gorszego zawinięcia i związania bandaży to w życiu nie widział i był pod wrażeniem jak kobieta, która na co dzień jest perfekcjonistką tak fatalnie wykonała pozornie proste zadanie. Sama na to patrzyła niezadowolona i mlasnęła zrezygnowała. - No na pewno musi ci to ktoś poprawić.
   Nie, coś było nie tak. Przecież to ta wredna zołza którą tak mocno znienawidził kiedy zaczął u niej pracować. Ta przed nim wydała mu się miła, serdeczna a nawet jak by rozczarowana tym, że nie mogła lepiej opatrzyć rany. To mu się nie zgadzało. Przecież jędza z którą obcował na co dzień powinna w tym momencie już go rugać za jego zachowanie, wzywać straż i załatwić mu po znajomościach jakieś najciemniejsze lochy w zapomnianych celach Seraph. Patrzył na nią z niedowierzaniem jak bez słowa wstała i zaczęła sprzątać miskę i brudny ręcznik i coś zaczynało w nim zgrzytać. Obraz jakoś mu się zniekształcał a swoje apogeum skrzywienia osiągnął w momencie kiedy przed nim wylądowała szklanka z sokiem a blondynka usiadła ponownie koło niego z słowami, że jedynie to znalazła do picia.
   Wyrwał się z krzesła jak oparzony przewracając szklankę z której wylała się zawartość a szkło potoczyło się po blacie i spadło na ziemie, rozbijając naczynie. Czuł się jak niespełna rozumu kiedy wybuchły w nim te wszystkie skrywane frustracje. Wszystko wypłynęło z jego ust. Od najzwyklejszych pretensji aż po najróżniejsze epitety skierowane pod jej adresem. Aż drżał z wściekłości a całe to odczucie potęgowało jeszcze zachowanie Annie. Siedziała cały czas spokojnie, przyjmując jego krzyki w milczeniu i ani razu nie spuściła z niego wzroku. Dlaczego? Czemu teraz się tak zachowuje, jest miła, spokojna, pomogła mu, czemu to tak mocno utrudnia. W pracy...
   Coś go trafiło. Jak grzmot z jasnego nieba, poczuł jak absolutnie wszystko z niego uleciało, wypompowało z niego wszystkie resztki sił i emocji. Usiadł ciężko na krześle i jedynie jeszcze prychnął pod nosem.
   - Dobrze a teraz pozwól, że ja ci coś powiem.
   Spojrzał na nią tego wieczoru zupełnie inaczej. Jak by w końcu zobaczył prawdziwą osobę a nie ta którą sobie ciągle wyobrażał czy to jako śliczną panienkę z bogatej rodziny czy jako wymagającej szefowej.

   - Lepiej?
   - O tak zdecydowanie, dzięki. - Annie podniosła na niego oczy i lekko się uśmiechnęła w podziękowaniu. Daniel wrócił na swoje miejsce i złapał za notes który zostawił tu parę minut temu. - Skończyliśmy właśnie na analizie kosztów wynajmu sklepu w cytadeli.
   - Na bogów... - Annie aż na chwile przymknęła oczy. - Nie no zdecydowanie ich oferta jest nie do przyjęcia. Cena jak za małą wieś a nie klitkę na uboczu. Musimy nowy plan przedstawić i negocjować. - Daniel jedynie się uśmiechnął widząc jak szefowa nabiera nowej energii do pracy i otworzył notes by notować wszystko co powie.

   Od tamtego wydarzenia miną praktycznie rok. Rok ciężkiej pracy ale od momentu kiedy zrozumiał i zaczął słuchać uważniej kobiety przed nim, dużo przyjemniejszej.


« Ostatnia zmiana: Wrzesień 26, 2020, 11:35:36 wysłana przez Mimetka »

Mimetka

  • Radny
  • *****
  • Wiadomości: 626
  • Płeć: Kobieta
  • Naczelna maruda.
   Przez okno zaczęły wpadać pierwsze promienie słońca demaskując maciupeńkie drobinki kurzu tańczące w powietrzu. Annie kompletnie nieprzytomnie wpatrywała się w to zjawisko. Słońce wdzierało się coraz głębiej w gabinet ukazując kolejny upływ czasu jaki mijał od świtu. Promienie padały teraz na stolik na którym stała filiżanka z niedopitą herbatą oraz imbryczek wypełniony całkowicie zimnym naparem, talerz z smętnie wyglądająca sałatką, którą miała zjeść ale kompletnie nie miała na nią apetytu. Otwarta gazeta na nieinteresującym ją artykule o politycznych przepychankach w ministerstwie. Niedbale rzucona poduszka na sofę i koc który nadal złożony leżał koło poduszki. To wszystko sprawiało jak by czas kompletnie się zatrzymał dla tego pomieszczenia. Wyłączając w nim nawet jakikolwiek dźwięki. Jak by zapauzować na chwilę wszystko, i tylko ten kurz przypominał, że jednak tak się nie stało.
   Zegar wybił godzinę ósmą rano a Annie podskoczyła na fotelu całkiem wyrwana z swojego lekkiego otumanienia. Wszystko ruszyło i wbiło się brutalnie w dziewczynę, spanikowane myśli które wystraszone przez zegar w pierwszej chwili nie wiedziały nawet co się dzieje. Gwar uliczny oznajmiający, że życie wcale się nie zatrzymało. Bicie serca które teraz miała wrażenie jak by nagle przypomniało sobie o tym że ma bić by na chwilę przyśpieszyć by nadrobić to co straciło. Ciężkość powiek, które od kilku godzin przynajmniej powinny być zamknięte by dać odpocząć ciału i pozwolić się naturalnie zregenerować. Ale tym razem nie spełniły swojego zadania, więc musiały jakoś o tym dać znać.
   Annie podniosła dłoń do oczu by lekko je przetrzeć. Czuła że najchętniej by je teraz zamknęła i dała chwilę odpocząć choć za bardzo ją obecnie sen przerażał. Nie chciała do tego wracać. Do tego poczucia strachu, przegranej, sytuacji bez wyjścia, obrzydzenia. Zmęczenie wydawało jej się obecnie komfortowym rozwiązaniem, które daje jej możliwość odkładania tego co może nastąpić gdy tylko zamknie oczy. Ciężko westchnęła odsuwając dłoń i zerkając na swoje biurko aby przypomnieć sobie co robiła w tym czasie kiedy kompletnie odpłynęła. Praca... no tak. Dużo pracy. Bierze na siebie więcej niż powinna i ma tego pełną świadomość. Ale to potrafi najlepiej. Pracować. Nie jest super towarzyska, sztywniara, trudna do zaakceptowania przez wiele osób, oschła psuja zabaw... Pokręciła głową wyrzucając z siebie te myśli. Zmęczony umysł podsuwa zawsze ponure myśli. Odchyliła się na krześle by spojrzeć na sufit. Trudno dzisiaj będzie się skupić na swoich obowiązkach, a miała ich całkiem sporo do nadrobienia. Czekało ją kilka spotkań i do tego miała jeszcze dyżur w lidze przez co wszystkie swoje spotkania musiała przenieść na popołudniowe godziny a to zazwyczaj oznaczało, że nawet nie ma pojęcia kiedy ten dzień się zakończy. Ale za nim to się zacznie musi się odświeżyć i przebrać a na szczęście to nie pierwsza nocka którą miała zarwać w biurze na pracy więc zawsze miała kilka ubrań na zmianę. A zaletą bycia dyrektorem w własnej firmie jest prywatna mała prywatna łazienka z prysznicem, który teraz w swojej zimnej formie da na pewno kopa pobudzającego aby jakoś to przetrwała... a później. Później się pomyśli.

   W niecała godzinę później Annie stała w recepcji rozmawiając z swoją sekretarką. Wyglądała jak  gdyby ta kobieta, która niedawno bała się zamknąć oczy kompletnie nie istniała. Zamiast tego stała tu wyprostowana w szpilkach kobieta odziana w elegancką i obcisłą sukienkę z narzuconym na to krótkim żakietem z bufkami. Do tego nieodłączne szpilki aby dodać sobie kilka centymetrów w wzroście jak i podkreślić i tak już niezłe nogi. W pracy rzadko kiedy nosiła rozpuszczone włosy, które wtedy sięgały praktycznie końca jej pleców. Stawiała na koki czy inne wiązania które ujarzmią je na cały dzień. I dzisiaj również tak było. Mocno związane w gruby kok z którego i tak kilka kosmyków niesfornie się wydostały... a może i specjalnie, by opadać nieco na twarz i odciągać uwagę od zbyt mocno przykrytych makijażem worków pod oczami. Po naniesieniu kilku poprawek w grafik, spakowała kilka dokumentów nad którymi miała pracować w nocy a kompletnie nie umiała na nich się skupić i ruszyła do karczmy by spędzić tam swój dyżur. Raczej nie przypuszczała aby ktokolwiek przyszedł do niej to przynajmniej może zmiana otoczenia pomoże w przejrzeniu zaległości.

   Tak jak przypuszczała, dyżur przebiegł jak w większości przypadków bez nagłych ligowych spraw, więc mogła się na chwilę skupić na swojej pracy. Choć nim na dobre się rozkręciła, uświadomiła sobie, że już dawno powinna wyjść i wręcz biec do Divinity na spotkanie zarządu Domu Mody Oswald. Wyjątkowo nienawidziła tych spotkań. Została głową rodziny i prezesem rodzinnej firmy, wzięła na siebie całe to bagno przykryte pięknem jedwabi czy damasków o delikatnych koronkowych wzorach. Każdy wie, że z rodziną najlepiej wychodzi się na portretach i z jej było tak samo. Spojrzenia kierowane na nią głównie były okraszone niechęcią może i nienawiścią. Słuchali się jej bo musieli, ale zdawała sobie sprawę, ze tylko jedno małe potknięcie z jej strony i bardzo szybko wykorzystają to aby się jej pozbyć z stołka. Rządne władzy ciotki, wujkowe, kuzyni czy kuzynki, którzy jako członkowie rodu posiadali swoje udziały w firmie.
   Sama kilku już takich osób się pozbyła z firmy uznając ich po dokładnej analizie jako tych, co działają na szkodę rodu. Szemrane interesy na boku, układy i układziki, wykorzystywanie swoich wpływów do niekoniecznie legalnych spraw. Już jakiś czas temu postanowiła, że wyprostuje ten ród do tego jakim był kiedyś. Prosty ród, skupiony na tworzeniu mody, wyznaczaniu pewnych trendów na lata, będący inspiracją dla innych, obierający pewne nowe kierunki które mają być przełomowe. Choć mało osób tak o tym myśli. Ciuch to ciuch. Oswaldowskie ciuchy są drogie, nie stać ludzi na nie, ale to mniejsze zakłady krawieckie podglądają od nich co ma być modne.
   Tego sezonu niebieski to szyją niebieskie, innego brązy więc zamawiają bele brązowych materiałów i szyją z nich koszule zainspirowane ta którą widzieli u Oswaldów. Nie, nie zgapiają. Inspirują się. Więc jedna rodzinna firma jest pewnego rodzaju natchnieniem innych w tej dziedzinie. I to Annie chce osiągać. A przynajmniej jeżeli chodzi o markę główną, bo An:et jest spełnieniem jej marzenia o własnej firmie bez żadnego zarządu, bez narzucania gigantycznych cen gdzie na jedną suknie stać tylko niewielki procent społeczeństwa. Gdzie każdy może wejść i nie jest zatrzymany przez ochronę a ekspedientka nie chce go obsługiwać. Miejsce w którym moda zderza się z praktycznością... i udaje jej się to. I to bardzo dobrze. Nie dość, że dała prace setka ludzi nie tylko na szwalniach, ale nawiązała współprace z małymi firmami i innymi przedsiębiorcami zapewniając im dobre warunki na umowach. Ale kosztowało ją to sporo nieprzespanych nocy, nerwów, negocjacji i wkładu finansowego, który musiała sama sobie zapewnić bo to miało być jej dziecko a nie dziecko Oswaldów. Dlatego podjęła się inwestycji.
   Niepewny grunt ale udało się wyszła w tym wszystkim na duży plus, że po dłuższym czasie nastąpiło otwarcie wszystkich sklepów jednocześnie. Ale komuś to zaczęło przeszkadzać. Włamanie w Lwich Wrotach skutecznie postawiło ją przed kolejną przeszkodą, która pojawiła się na jej drodze. Poradzi sobie i z tym. Zawsze sobie poradzi. Czy sama czy z przyjaciółmi, których w jej życiu zaczęło się robić coraz więcej.

   - Zleciłaś wycenę modernizacji szwalni i to w Lwich Wrotach? Przecież w pierwszej kolejności powinny być te w Divinity modernizowane.
   Annie przeniosła lekko nieprzytomny wzrok na ciotkę Klementynę, która nie omieszkała nadać swojemu głosu nieco pretensjonalnego tonu. Poprawiła się na swoim fotelu który zajmował miejsce na szczycie długiego szklanego stołu. Zaraz po Klementynie odezwał się jej syn Wiktor. Ledwo co udało mu się skończyć odpowiednią szkołę z zarządzania a już cioteczka wkręciła go do zarządu, przekazując mu pakiet udziałów.
   - Przecież to nieopłacalne. Tam się szyje dla klasy średniej jedynie, to tu powinno się inwestować jak najwięcej. Najlepszym rozwiązaniem będzie modernizacja szwalni w Divinity a te
maszyny od nich przekazane do Lwich.
   Buc jeden... Ale temu bucowi kilka osób potaknęło kiwając głową i mrucząc coś pod nosem że to lepsze rozwiązanie.
   - W ogóle powinniśmy rozważyć sens utrzymywania tamtego sklepu, ktoś nam zaczął robić konkurencje tam. - Kilka par oczy z wyrzutem spojrzało na Annie, oczywiście piejąc do jej An;Et.
   Blondynka posłała im uroczy uśmiech, wyprostowała się na krześle i spojrzała po nich wszystkich... i nagle uderzył ją ten już znany ból głowy. Zamroczyło jej przed oczami, które na chwilę przymknęła. Bogowie byleby nie teraz. Zacisnęła mocniej zęby by tylko zachować kamienny wyraz twarzy. Byle by nie pokazać, że coś jest nie tak. Nie tutaj, nie przed tymi ludźmi, którzy by się na pewno ucieszyli widząc ją w fatalnym stanie.
   - Szwalnie w Divinity były modernizowane zaledwie... - Pulsujący ból głowy się nasilił i z trudem powstrzymała się by nie przyłożyć dłoni do skroni. Słowa też przy takim bólu trudniej się składały w jakąś logiczną całość. - kilka lat temu. - Poczuła, że zrobiło jej się duszno, chciałaby teraz poluzować kołnierz sukienki. Pomasować czoło, zajęczeć choćby z bólu by dać mu jakoś ujść. - A ta w Lwich chyba od ćwierćwiecza nie była modernizowana. - Z trudem wypowiedziała te słowa i aby zająć się czymkolwiek zaczęła zgarniać swoje dokumenty z stołu. Ręka jej ciążyła, obraz lekko się rozmywał ale za wszelką cenę chciała by to był jedynie ta pojawiająca się migrena a nie utrata przytomności. A zmęczenie jakie oganiało ją z braku snu potęgowało bodźce. Zgarnięte dokumenty schowała do teczki. Poczuła jak w środku zaczyna dygotać bo z duszności nagle zrobiło jej się zimno. - Resztę omówimy jak otrzymam wycenę. - Wstała z fotela a wraz z nią podnieśli się wszyscy i patrzyli jak Annie wychodzi z konferencyjnej. Nic nie zauważyli mimo że każdy krok musiała chyba z kilka razy przemyśleć by nie był tym który spowoduje utratę równowagi. A nogi ciążyły.
   Z trudem opuściła budynek w którym siedzibę miało biuro Oswaldów i dopiero na świeżym powietrzu ból zaczął powoli odchodzić aż ostatecznie znikł. Dopiero teraz pozwoliła sobie na pomasowanie skroni i cichy jęk. I tak czuła się fatalnie przez przesiedzenie całej nocy w biurze to ten nagły ból kompletnie jej nie pomógł. Sprawił, że teraz czuła się beznadziejnie. Teczka ciążyła jej w dłoni a nogi zaczęły niemiłosiernie boleć od szpilek. A przed sobą miała jeszcze tyle rzeczy do zrobienia. Ostatecznie zakończyło się na tym, że kupiła napój energetyczny i go duszkiem wypiła.

   Dwa kolejne spotkania miała na mieście w czym jeden był obiadem biznesowym co w sumie jej bardzo pasowało bo już zapomniała kiedy miała coś w ustach. Na jej szczęście ból głowy nie pojawił się ponownie więc mimo że miała trudności z składaniem myśli w jakąś całość nawet mogła zaliczyć spotkania do całkiem udanych. Teraz wystarczyło wrócić do biura i przyjąć jeszcze dwie osoby oraz spotkać się z Seraph odnośnie tego włamania w Lwich Wrotach. Po tym posiedzi jeszcze chwile nad grafikiem zapewne z Danielem by omówić plan na następne dni. A co dalej?
Prawidłowo powinna w końcu położyć się spać. Odpocząć. Ale sama myśl napawała ją wewnętrznym drżeniem. Z jednej strony wiedziała, że to są jedynie sny i nic jej nie grozi, ale z drugiej ich realność i to doskonałe trafienie w jej największe strachy były zbyt... no za bardzo na nią działały by umiała tak po prostu przyłożyć głowę do poduszki i bez obaw zasnąć.
Nie wiedziała czy na pozostałych one działają również tak mocno jak na nią, ale sądząc po tym jak inni również wyglądali i jak bywali niedospani i zmęczeni, nie była jedną która je przeżywała. I choć już zdarzyła zaobserwować, że niektórzy przeszli z tym jak by do porządku dziennego, ona nadal je przeżywała za każdym razem gdy tylko zamykała oczy i odpływała. Raz po razie budziła się z krzykiem, przerażeniem i poczuciem bezsilności. Sytuacje w których była stawiana w swoich snach były bez wyjścia, nie mogła w nich nic zrobić. Po prostu wrzucano ją na głęboką wodę stawiając przed paskudnym wyborem. A później... Aż odruchowo potarła się po ramionach czując ponownie jak te paskudy ją obłażą i się wzdrygnęła.
   - Coś nie tak panno Oswald?
   Seraph? Moment jak to Seraph? Aż w pierwszej kolejności rozejrzała się nerwowo po swoim gabinecie. Znowu śni? Gdzieś jej umknęły z życia spotkania jakie miała jeszcze odbyć. A może odbyła a zmęczony umysł kompletnie ich nie zarejestrował, albo już tak działała na automacie, że nie wie nawet co robiła. Na bogów znowu śni? Spojrzała nieprzytomnie i z lekkim przestrachem na przedstawiciela prawa. Nie, to nie ta osoba i jest sama. To nie sen...
   - Proszę o wybaczenie. - Odezwała się lekko drżącym głosem do służbisty który miał jej przedstawić postępy w sprawie śledztwa. Albo już przedstawił? Sama nie wiedziała i usilnie starała się jakoś uporządkować ostatnie godziny w głowie, ale nie umiała się w ogóle na nich skupić. Pomasowała się po skroniach czując powracający ból głowy. Znowu migreny? A może sygnał, że organizm jest na wycieczeniu i domaga się odpoczynku. - Przepraszam, czy możemy to przełożyć na jutro?
   - Oczywiście. - Mężczyzna odpowiedział po dłuższym milczeniu, który poświęcił na przyglądaniu się Annie i jej stanu. Jednak ostatecznie postanowił ruszyć do wyjścia. - Na pewno wszystko w porządku? - Dopytał się przed wyjściem ale otrzymał twierdząca odpowiedź.
   Annie dłuższy czas siedziała przy biurku po wyjściu służbisty. Gabinet pogrążał się w mroku zwiastując nadejście kolejnej nocy. Próbowała poukładać sobie wszystko w głowie. Przypomnieć sobie spotkanie, rozmowy, nawet przyjście Serapha. Ale była jedna wielka pustka. Całkowicie gdzieś się wyłączyła a myślenie o tym ponownie potęgowało migrenę. Cóż obecnie nic nie poradzi na to. Lepiej wrócić do domu i ostatecznie położyć się spać. Przeboleć kolejny koszmar albo liczyć na szczęście, że ta noc będzie ich pozbawiona i wypocznie odpowiednio.
   Ledwo wstała od biurka i poczuła jak nogi jej miękną a obraz całkiem stał się ciemny.

   Nie wie ile czasu była nieprzytomna ale gdy wróciła jej świadomość odezwał się ból na poziomie żeber. Musiała uderzyć w fotel gdy upadała. Pewnie będzie siniak. Powoli i z trudem pozbierała się do siadu i chwilę tak została wpatrując się tępo w jeden ciemny punk na ziemi. Nawet już nie miała siły myśleć. Podniosła się powoli z ziemi i ruszyła do domu mając jedynie nadzieję, że nikogo nie spotka po drodze i nie będzie musiała się z niczym tłumaczyć czy zapewniać, że będzie na siebie uważać.
« Ostatnia zmiana: Luty 21, 2021, 03:58:16 wysłana przez Mimetka »

Mimetka

  • Radny
  • *****
  • Wiadomości: 626
  • Płeć: Kobieta
  • Naczelna maruda.
   Czasem Annie uważała się za niezwykle cwana i dość przebiegłą osobę. Nawet bywały momenty kiedy pod postacią nic nie wyrażającej buźki, kryła się roześmiana z własnej przebiegłości osoba. Niekiedy potrafiła sobie nawet wyobrażać, jak to stoi i po prostu śmieje się z wszystkich, wytykając im jak bardzo powierzchownie oceniają innych i widzą tylko to co im jest wygodnie widzieć. A u niej widzieli rozsądną, sztywną kobietę, która nieszczególnie grzeszy poczuciem humoru i chęcią rozerwania się. No dobrze, nie ukrywajmy, była taka a przynajmniej przez większość czasu. Praktycznie przy lidze nie zdarzały się momenty kiedy jej podskórny mały diabełek mógł w ogóle wyjść z kącika, nieco się wyszumieć i znowu wrócić w odmęty zapomnienia, czekając na kolejną okazję do zaistnienia.
   Leciutko uniosła kącik ust gdy przewracała stronę książki. Tytuł na okładce nie zachęcał ciekawskich oczu by zainteresowali się jej zawartością. Księgowość. Jak zaoszczędzać 0.21324 sekundy na obliczeniach. Nikt normalny by na to nawet nie chciał spojrzeć a w Anni diabełek chichrał się w najlepsze. Oczywiście zawartość była całkowicie daleka od tej którą sugerował tytuł.. W tym momencie Annie przerzucała kartkę jednego z wielu gorących romansów w które bezkarnie się zaczytywała przy wszystkich. Zawsze skrupulatnie ukrywając je w okładkach jakiś starych książek wykupywanych w antykwariatach tylko po to by brutalnie zedrzeć z nich sztywną okładkę, która miała chronić jej wizerunek. Nawet jej najbliżsi przyjaciele nie mieli pojęcia o tym co wyczynia z tymi biednymi książkami na strychu. Nikt nigdy nie pomyślał aby tam wejść. A na pewno znalazł by istne cmentarzysko porzuconych okładek i książek do których kiedyś te należały. Jak i również całą stertę romansów które mimo że posiadają elementy które zawsze wywoływały w niej wypieki na policzkach, nigdy nie przechodziły dalej. Oj na erotyki to nawet by jej podskórny diabełek nie byłby wstanie aż tak odważnie wyskoczyć z ukrycia.
   To były rzeczy tylko zarezerwowane dla niej. Które miały ją cieszyć w samotności, które sprawiały, że dni stawały się znośne a ona nie zatracała się w swojej powadze, powoli wypalając się jak świeca. Miała kilka takich sekrecików, ale o nich również nikt nie wiedział. I nikt nigdy by się nie domyślił, że właśnie dzięki nim wiele przytłaczających rzeczy które przeżyła, nie załamały jej. Drobiazgi sprytnie ukryte a jednocześnie tak bardzo na widoku. Strona Annie której nikt nie chce zobaczyć ani odkryć.
   Sięgnęła dłonią po swoją filiżankę z herbatą która powinna stać nieopodal. Jednak nie trafiła w nią i musiała oderwać wzrok od książki. Przy okazji rzuciła sobie okiem na karczmę i tego jak kilka osób w przeciwległym końcu pomieszczenia wesoło sobie rozmawia. Podniosła filiżankę do ust i już miała wrócić do sceny gdzie Carlos właśnie odkrywał zdradę Quancity gdy wzrok jej utkwił w mężczyźnie który właśnie podchodził w jej stronę.
Przyglądała mu się przez chwilę. No co jak co, ale musiała sama przed sobą przyznać, że był to przystojny na pierwszy rzut oka mężczyzna. No ale mało to takich na świecie. Choć tym razem w głowie zakołatało jej wrażenie, że gdzieś już go widziała. Nie poświęciła jednak tej myśli zbyt dużo czasu nie widząc za bardzo sensu aby się nad tym zastanawiać. Równie dobrze mógł jej po prostu przypominać kogoś, kogo już widziała albo rozmawiała. Czarnowłosy mężczyzna o jasnej cerze i dobrze zbudowanej sylwetce to przecież żadna nowość ani nic co tak bardzo mogło by sprawić, że czymś się wyróżniał. Przysiadł niedaleko Annie i złożył zamówienie u Nathana. Sama blondynka raczej wróciła do swoje książki ciekawa co ten Carlos zrobi i na tym by się wszystko mogło skończyć. Ona by sobie czytała, nieznajomy by sobie siedział z swoim zamówieniem i każde ostatecznie poszło by w swoją stronę. Nie ukrywajmy. Karczma Ligowa to w końcu tylko karczma i może do niej wejść absolutnie każdy. Nie ma wymogu gadania z każdym kto jest w środku, witania się z nieznajomymi od progu czy znania w ogóle samej ligi. Przecież wchodząc do innej karczmy, restauracji, sklepu czy w ogóle jakiegokolwiek publicznego miejsca, to jedyną osobą jaką witasz to może być sprzedawca, barman czy kelner. Nie witasz każdego gościa tylko przez to że byli oni przed tobą w środku. No przecież to bez sensu nawet jak dla osoby takiej jak Annie, która od zawsze była uczona manier i kultury. I zawsze, ale to zawsze fenomen karczmy Pod Pijanym Kojotem ją zaskakiwał. Kiedyś nawet postanowiła sprawdzić, czy po drodze nie ma jakiś znaków, że na przywitanie od wejścia dostaje się darmowe piwo.
   Niestety nie znalazła nic co by mogło wskazywać na jakiś głębszy sekret tego dziwnego zjawiska, więc odpuściła. Najwyraźniej większość osób które tu przychodziły z jakiegoś tajemniczego powodu uznawały, że trzeba się witać. A może tu chodziło, że osoby w środku wyglądają tak groźnie, że lepiej powiedzieć to dzień dobry niż zaraz stracić głowę. Annie prawie parsknęła herbatą jak sobie wyobraziła w tym momencie jak ligowicze się rzucają się na nowego nieznajomego z księgą z zasadami savoir-vivre  i zaczną go nią okładać.
   Aż nie umiała się powstrzymać by ukradkiem nie spojrzeć na gościa i ponownie go ocenić. Na słabego nie wyglądał, raczej mógłby nawet się postawić niektórym i prędzej samemu ich zdzielić ową książką. Ten zaś siedział sobie spokojnie, kompletnie nieświadomy tego, jakie to dziwne myśli krążyły po głowie blondynce obok niego. Z lekkim uśmieszkiem znowu wróciła do swojej książki gdy jednak mężczyzna o fioletowych oczach sam na nią spojrzał i postanowił zagadać.

   Nieznajomy, który w jej wyobraźni był okładany książka do etykiety przez ligowiczy okazał się dziennikarzem. I na dodatek, nie sprowadzało go w te strony nic wielkiego, przełomowego czy choćby jakikolwiek interes do gildii. Poszukiwanie natchnienia, inspiracja, chęć napicia się piwa. Nawet i z początku nie miał być osobą, która w ogóle do kogoś tutaj zagada. Posiedzi, napije się, może złapie jakąś luźną myśl która nada kształt nowemu artykułowi. Takie rzeczy jednak się nie stały. W zamian dostał ulotkę o gildii najemniczej, która posiadała łatwą do przekręcenia nazwę. W dodatku nie do końca nawet wierzył w ta prawość i działania zgodnie z literą prawą. To ostatnie nawet Annie nie zaskoczyło jakoś szczególnie. Nikt nie spodziewa się by najemnicy byli do końca tacy nieskazitelni jak starają się to mówić. A i sama doskonale wiedziała, że prawo posiada wiele interpretacji, często zbyt luźnych co bez wyrzutów sumienia liga wykorzystuje. Sama była przecież tego jednym z lepszych przykładów. Jak trzeba było, jak ktoś z jej przyjaciół byłby zagrożony, jak by coś miało zagrażać członkom tej społeczności... jest w stanie nagiąć tak prawo, że zostanie z niego jedynie sama nazwa. Taka była. Taki diabeł siedział pod jej skórą, który zrobi wszystko by chronić miejsce które stało jej się domem.
   Ale przecież dziennikarz nie musi o tym wiedzieć. Więc jak przystało na dobrego opiekuna przedstawia ligę w jak najkorzystniejszym świetle, kompletnie pomijając te ciemne kąty z ukrytymi diabełkami innych osób, których nie trzeba widzieć od razu. A przecież nie spodziewała się, że dziennikarz faktycznie pojawi się tu ponownie. Mimo wyrażenia chęci współpracy. No dobrze, chce to czemu nie. Darmowa reklama w zamian za łykniecie kilku przygód w takiej społeczności i zobaczenia na własne oczy z czym przychodzi się jej mierzyć. Nawet nie musi się zapisywać do gildii, luźna współpraca z której obie strony będą miały korzyści. Czemu by nie? 
   Joseph Bleistift zostawił Annie w przekonaniu, że będzie to raczej krótka znajomość, która zakończy się bardzo szybko. Czysta współpraca na kilka przygód w której jedyne wrażenie jakie po sobie zostawił to to, że skądś go kojarzy i był bardzo szarmancki.
 


« Ostatnia zmiana: Luty 28, 2021, 18:19:19 wysłana przez Mimetka »