Autor Wątek: Dyscyplina  (Przeczytany 444 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Ez

  • Towarzysz
  • ***
  • Wiadomości: 40
  • Płeć: Mężczyzna
Zbiór luźnych i niepowiązanych ze sobą opowiadań i wspomnień z życia Nisaia.


I.
   - O Lysso, wyglądasz jakbyś umarł i podniósł się z grobu. Ze dwa razy co najmniej - usłyszał, gdy już wdrapał się najwyższe piętro budynku, gdzie znajdowało się jego mieszkanie. Cudem chyba w ogóle wspiął się na sam mur miasta, a tu jeszcze dobiły go schody. Znalazłszy się w końcu na ich szczycie, opadł na podłogę, musząc złapać oddech, nim odpowie.
   - Ale żyjesz, nie? - Po tym pytaniu obok sylvari przykucnął Kai, jego sąsiad, patrząc na niego pytająco. Prawdopodobnie właśnie wychodził z domu i przypadkiem tylko spotkali się na korytarzu.
   - Mhm - odmruknął Nisai w odpowiedzi. - Nic mi nie jest, tak właściwie. Jestem tylko zmęczony, a jak sam dobrze wiesz, mamy tu jeszcze do tego całkiem dużo...
   - Schodów. Tak, wiem - wtrącił Kai z uśmiechem, przerywając mu. - Wydaje mi się, ale chyba mieszkam tu nieco dłużej. - Mrugnął do sylvari, podnosząc się z kucek i wyciągając do niego rękę. - Ale chyba nie będziesz tak tu na nich siedział, co?
   - Nie, nie, zaraz się podniosę tylko... - Nisai pokręcił głową, zdejmując plecak i wyjmując z niego klucze do domu, które położył na otwartą dłoń człowieka. Ten tylko wzruszył ramionami i ruszył, żeby otworzyć drzwi do mieszkania sąsiada.
   - To co cię tak przetyrało? Bo chyba nie klienci w barze - zaśmiał się, przekręcając klucz w zamku.
   - Byłem z Ligą w Vabbi, sprawdzaliśmy źródło burzy chaosu.
   - Vabbi? To gdzieś w Elonie chyba, nie? Jak tam musi być gorąco - skomentował sobie pod nosem człowiek, otwierając drzwi na oścież. - Zapraszam - dodał, kłaniając się i szerokim gestem wskazując na wejście. Sylvari zebrał się z ziemi z cichym jękiem z powodu bolących kończyn i wszedł do mieszkania.
   - Gorąco, dużo słońca - zgodził się z sąsiadem, gdy już zrzucił plecak z ramion i ulokował go na krześle.
   - A to nie dla mnie - stwierdził albinos, wzruszając ramionami i zamykając drzwi za nimi na klucz, który potem odłożył na kuchenny blat. Sylvari popatrzył w jego stronę, myśląc chwilę.
   - A nie wychodziłeś gdzieś? - spytał, bo przecież Kai na pewno nie czaił się na korytarzu, czekając, aż na siebie wpadną.
   - Na obiad, ale jeśli masz coś w lodówce, to chętnie zostanę - stwierdził ten, wzruszając ramionami i opierając się o blat.
   - Nie wiem, musiałbyś sprawdzić - odpowiedział, odpinając bronie od pasa i kładąc je na szczycie niewielkiej komody, nim zabrał się za odpinanie samej uprzęży. Już zdążył się przyzwyczaić, że człowiek jadał obiady wtedy, kiedy on sam był już zwykle po kolacji.
   - Tobie coś tu się mieści w ogóle między tymi wszystkimi butelkami? Pewnie nie jeden alkoholik pozazdrościłby ci kolekcji - dobiegło go, gdy Kai otworzył już drzwiczki niewielkiej asurańskiej lodówki. Sylvari spojrzał w tamtą stronę, by natrafić na podnoszoną brew i zmarszczony przy wąchaniu zawartości jednej z butelek nos.
   - To likier kawowy - ostrzegł go, a ten zaraz z powrotem butelkę zakręcił.
   - Czuć.
   - Na dolnej półce sprawdź - rzucił, zmierzając do łazienki, gdzie puścił wodę z kranu, żeby zaczęła już wypełniać wannę. Bardzo powoli, jak zawsze, przy niebiańskim ciśnieniu jakie mieli na tej wysokości w rurach.
   - Hm, co powiesz na...
   - Kanapki? Mogą być - tym razem to Nisai się wtrącił, wracając do głównego pokoju i zaczynając bez krępacji zdejmować z siebie swoją zbroję. Kai parsknął ze śmiechu, nie patrząc nawet w jego stronę i  pozwalając się sobie porządzić w kuchni sąsiada jak w swojej własnej, nawet nastawiając czajnik wody na herbatę. Obaj wiedzieli, że kanapki to szczyt jego kucharskich zdolności.
   - Ale coś chyba mi opowiesz z tej wyprawy, co? - odezwał po dłuższej ciszy, zerkając w stronę Nisaia, który w tym czasie zdążył już rozebrać się do bielizny.
   - Jasne, daj mi się tylko odświeżyć - odpowiedział ten, rzucając mu uśmiech nim sam zniknął w łazience, skąd zaraz dobiegło pluskanie wody.
   Kiedy wyszedł, na stole już stały talerze z kanapkami i dwie parujące herbaty o całkiem przyjemnym zapachu. Jego plecak stał na ziemi niedaleko stołu, a Kai obracał coś błyszczącego w palcach, przyglądając się temu uważnie. Podniósł jednak zaraz wzrok na sąsiada, uśmiechając się szeroko.
   - Co to? - spytał Nisai, przechylając lekko głowę i kierując się do komody, żeby znaleźć coś luźnego do zarzucenia na siebie.
   - Też chciałem o to spytać - odpowiedział człowiek ku zdziwieniu towarzysza. Z koszulką w dłoni Nisai obrócił się w jego stronę, teraz orientując się, że Kai obracał w palcach złotego dublona z Ahdashim. - Pierwszy raz widzę monetę z czymś takim. Wygląda jak dżin. Tak myślę, nie widziałem nigdy dżina - dodał zaraz, wzruszając lekko ramionami.
   - Bo to jest dżin. Dostałem to od jednego z nich za pomoc dzisiaj - wyjaśnił sylvari, zarzucając koszulkę na kark i siadając przy stole.
   - Od dżina? - zdziwił się Kai, uważniej przyglądając się twarzy Nisaia, nim się uśmiechnął. - No teraz to na pewno musisz mi opowiedzieć - stwierdził, opierając się ręką o stół i pochylając w jego stronę. Monetę położył na blat między nimi, samemu biorąc się za jedną z kanapek. - Smacznego - rzucił jeszcze nim się w nią wgryzł.
   - Smacznego - odpowiedział sylvari, samemu rozpoczynając konsumpcję. Żując któregoś z kęsów, spojrzał w stronę kubka, od którego dobiegał go przyjemny zapach. Podniósł naczynie, wąchając je z bliska i zastanawiając się, co to właściwie było. I przypominając sobie, że właściwie to on nie miał żadnej herbaty w domu. Podniósł pytający wzrok na towarzysza, ale nim przełknął, żeby zapytać, Kai już zdążył się odezwać:
   - Przyniosłem swoją. Zielona. Z jaśminem - dodał, wzruszając lekko ramionami i przenosząc wzrok za okno na chwilę, nim wrócił nim do Nisaia. - To co, zdradzisz coś?
   Sylvari parsknął, odstawiając póki co gorący napój.
   - Ale jesteś niecierpliwy.
   - Nie niecierpliwy tylko ciekawy - poprawił go Kai. - No ale weź, nie każ mi czekać dłużej, opowiedz coś.
   - W porządku, w porządku - zaśmiał się strażnik. - Od czego tu zacząć... No to tak...
   I tak między jednym kęsem a drugim Nisai powoli opowiedział sąsiadowi o podróży przez piaski Vabbi i brand, o ich przybyciu do ukrytego miasta dżinów i poskładaniu w całość Klucza, o goniącym ich czasie i podziale na grupy, żeby zabić Kardynałów w tym samym czasie, i jak to zawiodło, a także o wspieraniu Klucza w walce ze zbrandowanym dżinem Qadimiem, przy czym pominął właściwy powód ich wyprawy i istnienie Azylu.
   - Miałem farta, że wyszedłem z tego praktycznie nienaruszony, a tylko zmęczony. Jedna z najemniczek skończyła ze złamaniem otwartym nogi. Ale przynajmniej wszyscy przeżyli. Chociaż mogło się potoczyć lepiej, gdyby zostały podjęte inne decyzje - westchnął, ale zaraz pomachał ręką, żeby nie psuć końca opowieści takim gadaniem. - Mniejsza o to teraz zresztą.
   - Pomarudziłbyś sobie to by ci ulżyło. - Kai chyba był innego zdania, wpatrując się w sylvari podczas całej tej opowieści i popijając herbatę, a gdzieś w jej połowie wziął dublona z powrotem do ręki, zaczynając się nim bawić.
   - Innym razem.
   - No tak, po takich przygodach to pewnie nie masz już siły, co? To chyba nie będę cię dłużej męczyć w takim razie... Ale że też za to wszystko dali wam dosłownie taką o monetkę tylko - zdziwił się, niechętnie odkładając dublona na stół.
   - No to nie do końca zwykła moneta. Nawet nie jestem pewny, czy jest naprawdę ze złota, czy tylko tak wygląda, bo jest jednorazowego użytku, a potem nie wiem, może znika?
   - Jednorazowego użytku? - zainteresował się Kai, przenosząc wzrok z monety na Nisaia. - Jak to użytku?
   - Tym dublonem mogę przyzwać sobie dżina do pomocy w czymś. W czymś normalnym, raczej krótkim, niesprzecznym z interesami dżinów, a nie, że można sobie zażyczyć, żeby nagle wszyscy nas lubili czy żeby dżin chodził za nas codziennie do pracy.
   - Mhm, rozumiem. Interesujące - przyznał, podnosząc się od stołu z wzrokiem utkwionym w przedmiocie. - To zdecydowanie nie brzmi jak zwykła moneta. A teraz serio dam ci odpocząć, zanim padniesz twarzą w talerz. Nie zapomnij zamknąć drzwi - dodał, otwierając je kluczem i zostawiając go w zamku, nim pomachał jeszcze sąsiadowi od progu: - Dobranoc! - I zniknął.
« Ostatnia zmiana: Sierpień 25, 2020, 07:02:11 wysłana przez Ez »

Ez

  • Towarzysz
  • ***
  • Wiadomości: 40
  • Płeć: Mężczyzna

II.
   Był już środek nocy, kiedy w końcu wkroczył do kamienicy i ruszył na górę po schodach, macając w półmroku poręcz schodów. Podeszwy stóp jak zwykle dawały czadu po tylu godzinach przestanych za barem, akompaniowane skrzypieniem drewna pod jego ciężarem. Ale od wanny i łóżka dzieliły go już tylko dwa piętra schodów, a to było praktycznie nic w porównaniu z tym, co do tej pory przeszedł.
   Z taką pocieszającą myślą ruszył na górę, przesuwając dłonią po poręczy, by przypadkiem na coś nie wpaść. Rozumiał, oszczędność, nie palimy świateł na korytarzu w nocy, ale bez przesady. Sam chyba dokupi olej do lamp z własnej kieszeni, żeby nie musieć wspinać się po ciemku, bo przez te okna od południowej strony na klatkę nie wpadało nawet światło księżyca. Olej... Aż zrobiło mu się jakoś ślisko na jego myśl...
   Przystanął. To przecież niemożliwe, a jednak - pod dłonią zdecydowanie miał coś śliskiego i świeżego. Może nie jak olej, ale... Oderwał dłoń od balustrady i podniósł ją bliżej twarzy, ale w tej ciemności i tak nie było nic widać poza jeszcze ciemniejszą plamą. Za to ten zapach... Metaliczny, słonawy... Niczym krew.
   Teraz jeszcze bardziej przydałoby mu się światło. Szczęściem był przecież strażnikiem. Od razu sięgnął czystą dłonią do szyi i pod koszulkę, wyciągając wiszącą na rzemyku igłę. Odczepił ją od prowizorycznej zawieszki na wyczucie i tchnął w nią magię, formując niewielkie ostrze z twardego światła, które zaraz podstawił pod dłoń. Ciemnoczerwona ciecz zdobiła jej wnętrze rozmazanymi smugami.
   Więc jednak krew. Całkiem świeża. Tylko co robiła tutaj?
   Nim jednak zdążył się zastanowić, w ciemności rozległo się dzwonienie metalu o metal. Nad nim, wyżej, na jego piętrze. Zmarszczył się, spoglądając odruchowo w tamtą stronę. Rozproszył ostrze, ostrożnie ruszając wyżej, pokonując ostatnie stopnie na pierwsze piętro i starając się skrzypieć jak najmniej. Kolejną serię schodów pokonał już błyskawicznie, teleportując się w błysku światła na ich szczyt i ponownie formując jaśniejące ostrze na igle, rozglądając się za intruzem w tej chwilowej jasności.
   I spostrzegł kształt przy jednych z dwóch drzwi, odziany w ciemne ubrania i kaptur. W dłoni trzymał coś krótkiego i metalowego, a na ten błysk podskoczył jak oparzony, odsuwając się w głąb klatki. Drugą z dłoni trzymał przy ciele i przy zapadającej z powrotem ciemności, on sam obrócił się w ciemność, znikając Nisaiowi całkiem z oczu.
   - Stąd nie ma innej drogi, nawet nie próbuj, bo... - zaczął sylvari, ale nie zdążył skończyć, bo tak szybko jak nieznajomy zniknął, to zaraz się pojawił, przerywając mu:
   - Nisai? Droga Dwayno, prawie dostałem zawału. - Zaraz wypuścił też głośno powietrze, opierając się o ścianę i opuszczając dłoń, w której trzymał pęk z kluczami. Teraz w tym nieco łaskawszym półmroku mógł spostrzec jaśniejącą pod kapturem skórę i jeszcze jaśniejsze włosy. W dwóch lodowo niebieskich oczach odbijało się światło jego ostrza.
   - Kai? Myślałem, że to jakiś włamywacz. - Strażnik opuścił ostrze niżej, rozluźniając się. Ten głos znał już dobrze i nie miał wątpliwości, do kogo należał. Albinos uniósł kąciki ust na to stwierdzenie.
   - Widzisz, a to tylko ja - odpowiedział, wracając z powrotem do swoich drzwi, najwidoczniej chcąc je otworzyć, bo wracał właśnie do mieszkania.
   - Te oszczędzanie na światłach wszystkich nas zaprowadzi do grobu. I nie tylko nas. Znalazłem krew na poręczy na dole - dodał sylvari ciszej, podchodząc do sąsiada, który usiłował trafić kluczem do zamka po ciemku i to jedną ręką, a przy świetle zorientował się, że celował zbyt nisko.
   - Krew na poręczy? - powtórzył za nim mężczyzna niczym echo.
   - I to całkiem świeżą. Nie wiem, czy ktoś tu niedawno nie był... - Nisai uniósł ostrze nieco wyżej, żeby przyjrzeć się własnym drzwiom z zewnątrz. Nie nosiły żadnych widocznych śladów włamania. Potem przysunął je w stronę drzwi Kaia.
   - Ał, świecisz mi po oczach - odezwał ten zaraz, a grymas ozdobił jego twarz, gdy mrużył oczy.
   - Wybacz. - Sylvari zaraz opuścił światło. - Sprawdzałem tylko, czy wszystko w porządku - usprawiedliwił się. - W razie gdyby jeszcze gdzieś mógł tu być - dodał, przyglądając się tej próbie otwierania drzwi dość bezmyślnie. Do czasu, gdy coś znów zaczęło mu nie grać... Patrzył dalej przed siebie, nie potrafiąc tego nazwać i marszcząc się prawie niczym sam Kai na podstawione mu pod nos światło. Wydawałoby się, że to mu pomoże drzwi otworzyć, a tymczasem Nisaiowi zdawało się, że temu idzie coś opornie. A gdy ten sięgnął między uchylone już drzwi a framugę, zorientował się, o co chodzi.
   - Kai? Wszystko w porządku? - spytał, przenosząc wzrok w stronę twarzy mężczyzny.
   - Jasne, czemu pytasz?  - odpowiedział ten luźno, przesuwając odpowiednie blokadki z drugiej strony drzwi.
   - Bo jesteś praworęczny i zawsze otwierasz drzwi prawą ręką, a nie lewą.
   - Co? Myślisz, że ja to nie ja? - odezwał się ten niemalże od razu z nutką wesołości w głosie, zastanawiając się, jakim cudem sylvari w ogóle pamiętał taki detal. - Myślisz, że ktoś mógłby mnie podrobić, hm? - Kai spojrzał w górą na sąsiada spod tych swoich niemożliwych do podrobienia białych rzęs i posłał mu uśmiech. Nisai zachował jednak poważną minę.
   - Myślę, że coś jest nie w porządku. Z tobą. To twoja krew?
   - Moja? - Kai przewrócił oczami. - To ci dopiero dziwne skojarzenie - stwierdził, otwierając w końcu drzwi do swojego mieszkania szerzej. Wierzch jego lewej dłoni pokrywały ciemne smugi, wyraźnie odbijając się od alabastrowej skóry, a prawa pozostawała poza polem widzenia sylvari. Mężczyzna wkroczył do środka. - To dobranoc - rzucił, wyraźnie chcąc uciąć tą konwersację i zamknąć za sobą drzwi, ale Nisai zdążył wetknąć stopę między zamykane drzwi a framugę.
   - Kai. - Ton głosu sylvari stwardniał mimo jego niskiej głośności. - Pokaż prawą dłoń.
   - Nisai. Daj spokój, pogadamy rano. - Mężczyzna lewą dłoń oparł na drzwiach, chcąc je docisnąć i może zmusić tym sylvari do cofnięcia się, ale nie tylko było to niewygodne, co nie dało żadnego efektu. - I zabierz stopę, nie baw się w akwizytora.
   - Nie musisz mówić, co się stało, ale trzeba to opatrzyć. Daj sobie pomóc.
   - Nie dasz mi spokoju, co? - westchnął Kai zrezygnowany. Normalni ludzie zwykle w tym momencie odpuszczali.
   - Trafiłeś. Masz czym opatrzyć?
   - Nie.
   - No to przyniosę od siebie. Nie zamykaj drzwi, nie chcę musieć ich wyważać w środku nocy.
   - Pójdę z tobą - odezwał się człowiek po chwili ciszy, otwierając szerzej drzwi i wychodząc z powrotem na klatkę. Tym razem nie starał się już ukryć owiniętej w płaszcz prawej dłoni. Nisai zdążył już się zabrać za otwieranie własnych drzwi, świecąc sobie o wiele krótszym obecnie ostrzem.
   Kiedy już znaleźli się w środku, sylvari zapalił światło i rozproszył swoje ostrze. Igłę odłożył na komodę i zaczął grzebać w jednej z szuflad mebla, żeby wyciągnąć z niej jakąś buteleczkę ze spryskiwaczem, zapakowaną gazę i schludnie zwinięty bandaż.
   - Chodź nad zlew i pokaż - poprosił, kierując się do łazienki, gdzie na brzegu umywalki postawił medykamenty. Kai powoli odwinął dłoń z płaszcza i podstawił ją bliżej Nisaia, prezentując szarpane cięcia ociekające krwią. Strażnik aż rozszerzył oczy i otworzył usta, ale zaraz je zamknął. W końcu drążenie pochodzenia rany jeszcze może mężczyznę przepłoszyć. - Daj pod kran, trzeba to opłukać. - Sięgnął, żeby podwinąć rękaw wyżej i samemu podstawił dłoń sąsiada gdzie trzeba. - Może trochę zaboleć - ostrzegł jeszcze, chwilę przed tym jak odkręcił zimną wodę, nie puszczając jego nadgarstka. Człowiek drgnął i syknął, gdy ta spotkała się z jego skórą, potęgując i tak paskudny już ból. Lekko tylko dłoń przymknął, powstrzymany kolejną falą nieprzyjemnego uczucia przy ruchu. Sylvari przemył delikatnie ranę z pomocą gazika, pozbywając się ziemi i innych zabrudzeń, które już zdążyły ranę zanieczyścić, nim sięgnął po buteleczkę. - A teraz może zaboleć jeszcze trochę - dodał, odtykając zakrętkę i spryskując powierzchnię rany preparatem.
   - O Dwayno, czemu leczenie tak boli - jęknął albinos, marszcząc się w cierpiętniczym grymasie i odwracając wzrok w drugi kąt pomieszczenia.
   - Wybacz, trzeba to odkazić. Niestety nie znam się na magii leczniczej.
   - A wtedy mniej boli?
   - Są zaklęcia uśmierzające ból, więc pewnie tak.
   - Szkoda, że ich nie znasz - westchnął marudliwie mężczyzna, opierając się bokiem o umywalkę i podnosząc drugą dłoń do czoła. - Ał!
   - Nie wierć się, to nie będę lał po ranach - upomniał towarzysza, parskając pod nosem, nieco rozbawiony mimo powagi sytuacji. Kai wydawał się czasem taki dziecinny jak świeżo przebudzona sadzonka, że ciężko mu było przy nim zachować powagę.
   Albinos mruknął jeszcze coś niezrozumiałego pod nosem, po czym zamknął usta na kłódkę, cierpliwie znosząc opatrywanie. Chociaż bez syczenia się nie obyło.
   - No i już, gotowe - stwierdził w końcu sylvari, puszczając starannie owiniętą bandażem rękę człowieka. Ten przyciągnął ją bliżej siebie i przyjrzał się jej krytycznym wzrokiem, starając się nią zbytnio nie ruszać.
   - ...dzięki - mruknął, przenosząc wzrok w górę na towarzysza, który tylko uśmiechnął się ciepło.
   - To co, może herbaty? Kupiłem malinową, pomarańczową i... to chyba było jabłko z pigwą? - zastanowił się na głos sylvari, opuszczając łazienkę i kierując się, żeby wstawić wodę na gaz.
   - Jeśli próbujesz mnie w ten sposób wyciągnąć ode mnie, co się stało, to mam dla ciebie raczej przykre wieści... - zaczął albinos, na co Nisai zaśmiał się cicho.
   - Prawie jak z otwartej książki, co?
   Człowiek wzruszył ramionami, samemu wracając do kuchni.
   - Ale nie odmówię herbaty - stwierdził, rozsiadając się przy stoliku. - Może być to jabłko z pigwą - dodał, opierając się o ścianę plecami. Przez chwilę zastanawiał się, czy aby Nisai nie jest zmęczony, a on nie powinien się ulotnić, no ale... przed darmowymi rzeczami się nie ucieka. Szybko odgonił tą myśl od siebie, rozglądając się po pokoju. Może przybyło coś nowego ciekawego? - A jak tam w pracy? - spytał, nie tyle zainteresowany, ile z potrzeby zaczęcia jakiegoś tematu.
   - Jak to za barem. Zawsze znajdzie się ktoś z historią swojego życia do opowiedzenia - parsknął Nisai, przygotowując kubki z listkami herbaty. - A poza tym to całkiem przyjemnie. Lubię rozmawiać z Krzyżowcami, zawsze idzie dowiedzieć się czegoś ciekawego. W sumie to tęsknię za Zakonem - przyznał, wzdychając. - W Lisach było całkiem fajnie i zgranie, ale tu to jakaś masakra.
   - Czy to ten czas, kiedy w końcu zdecydowałeś się pomarudzić? I co to te Lisy?
   Sylvari westchnął. Niby już mu się wymsknęło, ale świadome marudzenie nie leżało w jego naturze, więc odpowiedział tylko: - To była moja poprzednia grupa. A jak było z tobą? - I zmienił temat, opierając się o szafkę i wbijając spojrzenie w Kaia.
   - Jak ze mną?
   - No dzisiaj.
   Albinos przewrócił oczami i odwrócił głowę, spoglądając byle dalej od towarzysza.
   - Nie patrz w ten sposób, to na mnie nie działa - stwierdził obojętnym tonem. Nisai mimo tego przyglądał mu się przez dłuższą chwilę.
   - Ale powiesz mi, gdybyś miał jakieś kłopoty?
   Kai zwrócił na niego wzrok z powrotem, unosząc brew.
   - Nie martw się, i tak nas nie skojarzą ze sobą - rzucił, posyłając strażnikowi jakiś dziwny uśmiech i wzruszając ramionami. Wyraz twarzy sylvari zmienił się na nieco zdziwiony, nie potrafił pojąć toku rozumowania drugiego.
   - Nie o to mi chodzi. Gdybyś potrzebował pomocy, to możesz mi powiedzieć. Z ranami, czynszem, zakupami. Zdążyłem zauważyć, że praktycznie nic nie jesz. Ale też jakbyś miał problem z czymś poważniejszym, z czymkolwiek... To daj znać.
   Kai podniósł dłoń do karku, czując się dość nieswojo w tej całkiem nowej sytuacji. Spuścił wzrok na swoją drugą, zabandażowaną dłoń, która spoczywała na jego nodze.
   - Chyba mogę to zrobić - stwierdził w końcu dość niepewnie jak na siebie, zerkając na Nisaia. Przywyknął do bycia panem sytuacji, swojej nieskazitelnej maski i samowystarczalności, a teraz sam nie wiedział, jak się zachować w obliczu tej szczerej troski. Szczególnie kiedy sylvari obdarzył go zaraz potem szerokim i pokrzepiającym uśmiechem. Kai odkaszlnął, odwracając wzrok.
   - Daj już lepiej tę herbatę - mruknął, przysłaniając usta dłonią.
« Ostatnia zmiana: Sierpień 25, 2020, 07:05:13 wysłana przez Ez »

Ez

  • Towarzysz
  • ***
  • Wiadomości: 40
  • Płeć: Mężczyzna

IIIa.
   - ...no i myślałem, że to będzie taki jednorazowy wypad - westchnął sylvari, stawiając kubki z herbatą na stole i opadając na wolne krzesło. - A tu się okazuje, że może nas nie być ponad dwa tygodnie albo i więcej, a jeszcze do tego dochodzą treningi. Na treningi to bym mógł spróbować zamienić zmiany, zależy, kiedy będą, ale kto mi da taki urlop na nie wiadomo ile? Już pomijając, że ponad dwa tygodnie to sporo i tak. - Nisai rozłożył ręce, zaraz podpierając się o stół.
Kai przyglądał się jego nieszczęśliwej minie z drugiej strony blatu, ująwszy w swoje dłonie kubek. Przyjemny, malinowy zapach już zdążył rozproszyć jego uwagę, więc teraz musiał skupić ją ponownie i wymyślić jakąkolwiek odpowiedź, która świadczyłaby o tym, że się interesuje.
   - No to rzeczywiście trochę problem - zgodził się z nim, zahaczając jedną stopę o drugą pod stołem i podnosząc naczynie. - Ale wiesz, jak taki wypad byłby tego wart, to czemu nie? I tak masz dwie prace. Nawet jak cię zwolnią z tej... a drugiego takiego barmana jak ty pewnie i tak nie znajdą - wtrącił, wzruszając lekko ramionami i przewracając oczami z niewinnym uśmiechem, na co sylvari tylko parsknął krótko. - ...To zawsze zostaje ci ta najemnicza robota... Z której w sumie chyba byłeś niezadowolony, a nadal tam siedzisz? - Kai nie omieszkał tego sąsiadowi wytknąć, kierując na niego z powrotem wnikliwe spojrzenie.
   - Wiesz jak jest... - Tym razem to Nisai wzruszył ramionami, samemu tym razem odwracając wzrok w inną część mieszkania. - Tak jakoś... Nie wiem, z jednej strony chciałbym czegoś więcej, a z drugiej... niektórzy są w porządku, no i tak to wychodzi... No - stwierdził niezbyt składnie, po czym odchrząknął, ewidentnie nie chcąc dalej ciągnąć tematu. - I nie wiem właściwie, czy ten festiwal, czy co to właściwie jest, jest tego warte. Znaczy, słyszałem, że fajne. Nawet Nisheera wydawała się być żywsza, kiedy mówiła na temat tej Floty i Święta. No i pewnie będzie to jedyna taka okazja...
   - No to nie wiem, czemu się jeszcze zastanawiasz. Brzmisz, jakbyś chciał tam iść. Czy płynąć. Czasem przydałoby ci się odpocząć jak każdej innej, normalnej osobie, nie? Chyba nic wielkiego do stracenia nie masz.
   - No... Właściwie to nie - stwierdził sylvari po chwili patrzenia w niebyt i zastanawiania się. Pieniędzy mu nie brakowało, a jak nie ten bar, to inny. Tu i tak swoje już zdążył przepracować.
   - No to...? - Kai pochylił się w jego stronę, lekko kiwając głową, ze wzrokiem mówiącym, że odpowiedź jest tylko jedna w takim wypadku. Nisai wrócił do niego wzrokiem, po czym uśmiechnął się szerzej, odchylając się na krześle.
   - No to w sumie mogę popływać - stwierdził strażnik, chyba już nieco weselszy, bo napięcie zniknęło całkiem z jego twarzy. - W sumie jak chcesz, to mogę spróbować i spytać, czy nie znajdzie się jeszcze jedno m-...
   - O nie, moje stopy zostają na stałym lądzie - przerwał mu stanowczo człowiek, kręcąc głową z poważną miną i odstawiając chwilowo kubek. - Nie ma mowy, że wsiądę na jakąś łajbę na tak długo.
   Sylvari tylko parsknął, kręcąc lekko głową. - A mnie to namawiał...
   - Po prostu nie pływam, okej? O ile jest taka opcja. A raczej jest.
   - Boisz się wody? Czy nie umiesz pływać? Wiesz, zawsze mógłbym zostać twoim personalnym ratownikiem - zaśmiał się sylvari, obdarzając towarzysza szerokim uśmiechem, ale tego zdecydowanie perspektywa życia na statku nie kusiła, bo tylko pokręcił głową i prychnął, zanurzając usta w gorącej herbacie. Po chwili udawanego przejęcia napojem, mężczyzna spojrzał ku oknu i zmarszczył brew. Zaraz dobiegło z tamtej strony tąpnięcie o podłogę i Nisai obejrzał się przez ramię.
   - A kto to wrócił, co? - odezwał się, widząc, kto pojawił się w mieszkaniu. Okręcił się na krześle, a do jego nóg zaraz przyłasiła się biała kupka futra, zaczynając mruczeć i nadstawiać łebek. Kai nadal mierzył kota wzrokiem z drugiej strony stołu jakby ten był co najmniej dziką panterą, która nagle pojawiła się w pomieszczeniu, usta zacisnąwszy w wąską kreskę. - No, malutki, pewnie jesteś głodny? - Nisai posmyrał zdecydowanie niemałego kota pod brodą, po czym podniósł się, żeby odszukać blaszaną miskę i zabrać się za nakładanie do niej kociego żarcia. Jego pupil podążył za nim, okrążając człowieka przy stole lekkim łukiem i strosząc ogon na jego widok, ale zaraz znów zaczął się łasić do roślinnych nóg.
   - Właściwie... jeśli nie będzie mnie kilka tygodni, to będziesz karmił Demona, co? - spytał sylvari, stawiając miskę na kuchennej podłodze i wracając do stołu, żeby nie przeszkadzać kotu w posiłku. Kai, obrócony teraz plecami do ściany, cały czas patrzył spod zmarszczonych brwi na futrzaka i teraz dopiero przeniósł wzrok na sąsiada. Chwilę żuł własny język, a przynajmniej tak to wyglądało, nim się odezwał:
   - Jeśli cokolwiek ode mnie przyjmie, to chyba mogę to zrobić.
   Strażnik uśmiechnął się na niechętny ton, jakim to zdanie zostało wypowiedziane.
   - Myślę, że jak je po prostu zostawisz tu w misce, to nie pogardzi. Pewnie i tak będzie tu rzadko wpadał. Jak zwykle z resztą. - Sylvari przeniósł wzrok na wygłodniałe zwierzę, które dalej siedziało z łbem w misce. - Jemu to chyba nawet obojętne, kto go karmi.
   - No tak, dlatego się tak do ciebie łasi, a mnie omija z daleka, nie? - mruknął Kai, popijając swojej herbaty i nie spuszczając kota z oczu. Niby znał futrzaka o wiele dłużej niż znał go Nisai, a jednak wciąż żywili do siebie taką samą niechęć bez większego powodu i człowiek nawet nie próbował tego zmieniać. Kot, zdawałoby się, również, bo gdy w końcu zjadł, oblizał się i umył łapką pyszczek, zafukał na Kaia, manifestując swoje niezadowolenie z jego obecności tutaj, i wskoczył na komodę, by stamtąd móc obserwować to spotkanie przy herbacie.
   - Gorzej jak pod oczami sąsiadek z dołu - prychnął albinos, w końcu odwracając się z powrotem przodem ku stołowi. - Ale niech ci będzie, coś mu czasem rzucę.
   - To jak będę wyjeżdżać, to zostawię ci swoje klucze. Przynajmniej będę mieć pewność, że nie zgubię ich na pełnym morzu - dodał w żartach, ale zaraz zorientował się, że to wcale nie jest głupi pomysł. - Może najlepiej będzie w ogóle nie brać niczego cennego ze sobą, czego nie trzeba... - zastanowił się na głos, opierając głowę o ścianę. - Ale do tego jeszcze w sumie masa czasu. Wpierw musimy nauczyć się żeglować, nim w ogóle to całe Święto Morza dojdzie do skutku. W sumie liczyłem, że szybciej się zbliży jakaś impreza... - westchnął sylvari, sięgając z powrotem do swojego kubka z herbatą. Przez te dość losowe zmiany w pracy ciężko było mu znaleźć jakiś solidniejszy balans między robotą a rozrywką, bo ciągle musiał odsypiać. Przeniósł wzrok za okno, gdzie i tak właściwie już robiło się ciemnawo, zastanawiając się, czy może jednak nie lepiej będzie z czegoś zrezygnować, kiedy do głowy przyszła mu nagle całkiem spontaniczna myśl, po której spojrzał w stronę sąsiada z jakimś ożywieniem.
   - Wiesz co, może nawet i dziś się zbliży. Ta impreza, znaczy. Nie chcesz może gdzieś się razem wyrwać? Jest taki klub w Metrice, nazywa się "Widok". Grają tam taką żywszą muzykę, można potańczyć i w ogóle. Kiedyś często tam chodziłem, ale ostatnio jakoś... niezbyt miałem na to energię i chęci. Nie musimy tam siedzieć do białego rana. Postawię ci jakiegoś drinka czy co tam będziesz chciał. Dawno nie piłem nieswoich drinków - zorientował się sylvari, który chyba zdążył popaść w jakiś lekki trans z powodu ekscytacji tym małym, nieplanowanym wypadem, bo zaczął dość żywo gestykulować wolną dłonią. Kai obserwował to z rosnącym rozbawieniem. Nie zdążył się jeszcze nawet zgodzić, a sylvari już chyba uznał ich małą wycieczkę za pewnik.
   - No nie wiem, nie jestem szczególnym tancerzem - odpowiedział, kiedy Nisai popatrzył w jego stronę jakby oczekiwał odpowiedzi. Wzruszył też lekko ramionami, zerkając w stronę okna na chwilę, niby to się zastanawiając, chociaż odpowiedź właściwie już znał. - Ale drinka właściwie mógłbym się napić, skoro stawiasz. Mogę nawet popilnować twojego, jak już udasz się w dzikie tańce - dodał, uśmiechając się lekko i wracając wzrokiem na sąsiada. Ten za to, wyraźnie rozpromieniony, już podniósł się z miejsca, chyba mając na myśli "dziś" jako "teraz", bo swój kubek odstawił i podszedł do komody. Odgarnął ogon Demona i otworzył jedną z szuflad, zaczynając sobie nucić coś pod nosem, co, Kai zgadywał, mogło być jakąś klubową piosenką. - Już chcesz wychodzić? Dałbyś chociaż dopić herbatę - zaśmiał się, przystawiając kubek do ust, żeby napoju upić. Kto tam wiedział tego sylvari, a szkoda by było takiej nienajgorszej herbaty marnować.
   - Siedź jeszcze, siedź. Muszę znaleźć ciuchy - rzucił, przerzucając szmatki z miejsca na miejsce, po czym spojrzał na Kaia krytycznym okiem. - Hmm... - mruknął, taksując wzrokiem jego ubranie, na co człowiek próbował się nie roześmiać, bo sylvari miał przy tym niemal tak poważną minę jak przy opowiadaniu o walkach z oszalałymi dżinami.
   - W sumie możesz tak iść - stwierdził po chwili, wracając do grzebania w komodzie, bo jemu najwyraźniej nie wystarczała zwykła koszulka i spodnie. Kai przewrócił oczami i wrócił do picia herbaty, zerkając tylko czasem na kota. Strażnik w końcu zamknął szufladę, usatysfakcjonowany swoim znaleziskiem, przeprosił towarzysza na chwilę i z kupką ubrań w dłoniach poszedł do łazienki. Albinos, wciąż obserwując kątem oka futrzaka, zdążył wypić całą herbatę, zanim Nisai w końcu się wyłonił.
   - O Lysso... - skomentował na jego widok, zatrzymując wzrok dłużej na falach liści luźno spływających po plecach. - Nie wiedziałem, że te twoje liście to w ogóle da się rozpuścić - dodał, unosząc kąciki ust i obrzucając całego sylvari jeszcze jednym spojrzeniem. Prezentował się zdecydowanie kolorowo i całkiem wygodnie, ubrany w luźny, nieco za długi bezrękawnik i spodnie z wyglądającego na lekki i rozciągliwy materiału. No i te krótkie buty o dziwnie grubej podeszwie...
   - Jasne, że się da - prychnął Nisai, uśmiechając się.Odpiął jeszcze z szyi wisiorek z igłą i odłożył go do jednej z szuflad, z której zamiast tego wyciągnął jakieś kolorowe bransoletki. Kiedy przechodził obok, Kai dostrzegł, że ten pomalował sobie powieki czymś metalicznym i aż sam zmrużył oczy.
   - No teraz to czuję się niedoubierany - zaśmiał się, zerkając w dół na swoje czarne ubrania, które właściwie mógł zamienić na... inne czarne ubrania, taką bogatą w kolory miał garderobę. Przez chwilę poczuł się nawet jak ta brzydka przyjaciółka, ale zaraz mu przeszło. Gdzie on, a gdzie jakaś wystrojona jak na Dzień Zimy choinka. - Więc teraz to ty musisz poczekać - dodał, podnosząc się ze swojego miejsca z zamiarem wybycia do swojego mieszkania. Odprowadziło go parsknięcie sylvari, który zabrał się za dopijanie swojej herbaty. Gdy człowiek wrócił, nie było po nim widać jakiejś specjalnej zmiany w wyglądzie, wciąż był biało-czarny i dopiero po chwili Nisai dostrzegł, że ten założył na powrót swoje srebrne kółka do uszu i coś czarnego na szyję, co, zdawało mu się, nosiło miano chokera.
   - No to co, idziemy?

____________________

   Kiedy w końcu udało im się dostać do środka klubu, Kai odniósł wrażenie, że zaraz oślepnie od tej ilości świateł i kolorów, nie wspominając już o tym, co głośna muzyka właśnie robiła z jego bębenkami usznymi. Ale trzeba było zachować dobrą minę do złej gry, więc rozglądał się po wnętrzu i zebranej w środku tłuszczy, a przylepiony lekki uśmiech tkwił na jego ustach. Nawet kiedy zorientował się, że większość tańczących zdecydowanie nie jest ludźmi.
   - Drugiego tak odjechanego miejsca w Tyrii nie znajdziesz - zapewnił go sylvari, pochylając się nieco w stronę towarzysza, by ten lepiej go słyszał. On także wodził wzrokiem dookoła, ale dla odmiany chłonął ten imprezowy klimat całym sobą. Jedna noga nawet chodziła mu już w rytm muzyki. Zdążył się już stęsknić za tym miejscem. - Na pewno nie chcesz potańczyć? - Przyjrzał się Kaiowi, mrużąc lekko oczy, a kolorowe światła malowały jego powieki na coraz to inne, wręcz oślepiające barwy. Więc po to mu to było... Do oślepiania innych tancerzy, wszystko jasne.
   Albinos obdarzył tłum jeszcze jednym spojrzeniem, ale te wygibasy i skoki zupełnie do niego nie przemawiały. Czy to w ogóle dało się nazwać tańcem? Rzucił Nisaiowi przepraszający uśmiech. - Nie wiem, pierwszy raz jestem w klubie. Muszę się chyba nieco zaklimatyzować... i może coś wpierw podejrzeć.
   - Mhm - mruknął Nisai, jakąś logikę w tych słowach odnajdując, ale zmieniająca się piosenka skutecznie odwróciła jego uwagę. - Oo, lubię ten kawałek - przyznał z entuzjazmem, a jego ciało zaraz dołączyło do podrygującej nogi i tak oto sylvari kiwał się już w rytm muzyki cały. - Tooo... daj mi kilka minut, piosenkę albo dwie, i możemy iść czegoś się napić. Tu jest bar albo piętro wyżej - dodał, wskazując Kaiowi przejście. - Tam jest nieco spokojniej, no i są kanapy, jakbyś chciał usiąść trochę wygodniej. Znajdę cię - zapewnił go jeszcze, już idąc tyłem na iście kolorowy parkiet pośrodku pomieszczenia i strzelając w stronę białowłosego z pistoletów ułożonych z palców, nim dołączył do tańczącej grupki.
   Albinos zamarudził jeszcze chwilę w miejscu, patrząc za sąsiadem i zastanawiając się, czy na pewno chciał go znać od tej strony. I wchodzić do takiego lokalu jak ten. No ale... Darmowych rzeczy się nie odmawia.
   Omiótł wzrokiem "tancerzy", chwilę jeszcze zastanawiając się, jak można być tak zadowolonym z robienia tak dziwnych gestów i póz, ale postanowił głębiej w to nie wnikać i rozejrzeć się po samym budynku, o ile można tak nazwać chodzenie po wnętrzu z wzrokiem w okolicach podłogi większość czasu. Przynajmniej ona nie świeciła, jeśli nie liczyć wydzielonej strefy na środku, ale tam się nie zbliżał. Dotarł za to pod dwa wejścia do innych pomieszczeń i z ciekawości zajrzał do jednego z nich, by zaraz zmarszczyć lekko brwi w zastanowieniu, nim zerknął na same drzwi uważniej. No tak, łazienka, gdzieś musiała się znaleźć. Ale czemu była tak dziwnie... pomniejszona? Zamknął drzwi, przystając na chwilę obok, ale zagadka rozwiązała się sama, nim zdążył zastanowić się poważniej. Zbliżył się do niego jakiś asura o nażelowanym, niebieskim irokezie, obrzucił dziwnym spojrzeniem i rzucając krótki komentarz, że "łazienki dla innych, mniej inteligentnych ras są na piętrze wyżej", pchnął drzwi od pomieszczenia, które albinos chwilę wcześniej sprawdzał. Kai odpowiedział mu tylko miłym uśmiechem, powstrzymując wszelkie riposty dla siebie i zaraz ulotnił się z tamtych okolic, dusząc w środku dreszcz obrzydzenia. Łazienki dla szczurów, paskudztwo.
   Dotarł w okolice baru dopiero otrząśnięty po tym spotkaniu i rzucił wzrokiem na alkoholowe menu, żeby zaraz go odwrócić. Ceny były powalające i aż go to zabolało w środku. Dobrze, że to nie on miał płacić za drinki. Przeszedł jeszcze kawałek pod ścianą w stronę schodów na górę i zerknął w stronę parkietu, gdzie Nisai zdawał się... cóż, bawić dobrze. A przynajmniej tak myślał Kai, wnioskując po tych skaczących góra-dół kolorowych liściach, między którymi ciężko było dostrzec twarz strażnika na dłużej niż moment. Mógł mieć tylko nadzieję, że ten nie zapomni o jego egzystencji, bo zdawał się znaleźć już jakieś roślinne grono do wspólnej zabawy. A on sam między ten tańczący tłumek nie zamierzał, broń Dwayno, wchodzić.
   Zamiast tego postanowił zwiedzić to wyższe, ponoć cichsze piętro i, ku jego uldze, rzeczywiście okazało się dla niego nieco bardziej przystępne. Było tu mniej tłoczno ogółem, a do tego wypatrzył sobie jakiś luźniejszy kąt na jednej z białych kanap, gdzie zaraz opadł, tylko po to, by odkryć... że kompletnie nie wie, co począć ze sobą dalej. Wodził wzrokiem po niewielkich grupkach. Ludzie, sylvari, nawet nornowie, ale przede wszystkim asury siedzieli w swoich grupkach, rozmawiali, pili, śmiali się. Nic szczególnie ciekawego, ale jednak było to jakieś zajęcie. Powinien był przemycić ze sobą jakąś książkę, ale kto mógł się spodziewać...
   Sięgnął po stojącą na stoliku kartę z alkoholami. Ceny, ku spokojowi własnej duszy, zakrył palcem, ale mimo niezbyt skomplikowanej lektury i tak rozpraszały go migoczące światła. Irytowały go wręcz. Z czytania książki i tak zdecydowanie nic by tu nie wyszło. Odchylił głowę w tył, przymykając oczy i wzdychając. Ale nawet powietrze było tu niezbyt przyjemne, duszne, a kant kanapy wbijał ku się w plecy. Nie to co jego własny fotel... Wyprostował się z powrotem i znów rozejrzał po pomieszczeniu. Dość odruchowo zerknął na mężczyznę, który podniósł się od stolika na półpiętrze centralnie na przeciw niego, ale gdy zatrzymał na nim wzrok na dłużej z nudów, odniósł wrażenie, że skądś kojarzy te rysy twarzy. Zerknął więc na jego towarzyszy, szukając wskazówek.
   Miejsce naprzeciw niego zajmował inny mężczyzna, blondwłosy, z niewielkim pionowym paskiem brody tuż pod ustami, a nieco wgłąb, na miejscu obok 'niby znajomej twarzy' dostrzegł kobietę o długich, brązowych włosach zarzuconych na ramię. Cała trójka miała na sobie raczej eleganckie ubrania, a przynajmniej tak oceniał Kai z tej odległości, ale koniec końców, nic mu to nie powiedziało. To chyba nie był jego dzień, jeśli chodziło o rozwiązywanie zagadek.
   Na jego szczęście za to nie przyszło mu się nudzić o wiele dłużej. Zaraz usłyszał stukanie o kanapę za sobą i odwrócił głowę, by zobaczyć uśmiechniętego strażnika.
   - Już jestem! Widzę, że zdążyłeś się już zaznajomić z ofertą? - zaśmiał się, zerkając na kartę w dłoniach albinosa i obchodząc kanapę, żeby stanąć przed towarzyszem. - Wybrałeś coś?
   - Mmm... - Kai zerknął na menu. Z tego całego szukania sobie zajęcia nawet nie zaczął się zastanawiać. Na jego twarzy pojawiło się niezdecydowanie, więc Nisai spytał zaraz:
   - Może coś ci doradzić czy polecić? Lubisz jakieś konkretne smaki?
   - A nie miałeś odpocząć od tego swojego barmanowania, co? - parsknął albinos. - Coś sobie wybiorę. A ty co bierzesz? - spytał, zerkając na sylvari na chwilę, nim wrócił do pobieżnego czytania nazw i szukania czegoś znajomego.
   - Podwójne Niebo. Albo Rajską Zatokę - dodał zaraz strażnik, samemu nie mogąc się zdecydować. Teraz też noga chodziła mu w rytm muzyki, ale nieco słabiej, pierwszy taniec zdążył już nieco rozładować jego napięcie. - Chyba jednak Niebo.
   - To ja wezmę... Bellini - stwierdził w końcu albinos. Musujące wino i mus brzoskwiniowy nie brzmiały tak zabójczo jak reszta alkoholi. Co jak co, trzeźwość trzeba było zachować w takich miejscach i on to wiedział bardzo dobrze. Odstawił kartę na stół i podniósł się z siedziska, zerkając raz jeszcze w stronę stolika na półpiętrze. Została tam teraz tylko dwójka, a jego "znajomy" gdzieś zniknął. - Widziałem, że znalazłeś sobie towarzystwo na parkiecie - zagadał do Nisaia, kiedy ruszyli do baru.
   - Starzy znajomi, poznaliśmy się tutaj. Kiedyś bywałem tu więcej, to zdążyliśmy się nieco lepiej zapoznać. A jak obserwacje parkietu? Czujesz się gotów do nas dołączyć? - spytał sylvari, uśmiechając się do towarzysza szeroko, na co ten przewrócił oczami.
   - No tak, w końcu oglądałem te wasze tańce całą minutę, to muszę być już mistrzem, nie? Ile czasu ty uczyłeś się tańczyć? Bo raczej nie minutę - parsknął, ale Nisai nie odpowiedział. Po kilku krokach Kai zatrzymał się i obejrzał za siebie, przekonany, że zgubił towarzysza jakimś cudem po drodze, ale nie musiał go szukać. Nisai stał tylko kawałek od niego i wpatrywał się w coś, co obecnie było za plecami Kaia, a cała ekscytacja i radość zdawała się gdzieś z niego ulotnić jak z dziurawego balonu. Albinos obejrzał się w stronę baru, próbując wyśledzić, gdzie ten patrzy, i jego oko zawisło na ludzkiej parze, kobiecie i mężczyźnie, którzy gawędzili w oczekiwaniu na swoje drinki.
   Ta pierwsza była całkiem szczupła, średniego wzrostu, o lekko zakręconych jasnobrązowych, a może nawet wpadających w blond, włosach do ramion i całkiem ładnym nosie; Kai zdecydowanie nie widział jej wcześniej. Mężczyzna za to, obrócony nieco bardziej plecami w ich stronę, był zdecydowanie wysoki, dość krępy, a jego ramion sięgały aksamitne, czarne i falowane włosy. Im dłużej człowiek się mu przyglądał, tym większe odnosił wrażenie, że go skądś kojarzy. Teraz to, a wcześniej jeszcze ten stolik na górze...
   I coś w jego głowie kliknęło, trybiki w końcu się zazębiły, a on sam miał wrażenie, że jego serce stanęło na chwilę tylko po to, żeby za chwilę zabić dwa razy szybciej. Zdążył już zapomnieć o osłupieniu Nisaia, samemu będąc w chwilowym szoku. Obrócił się na pięcie, szybkim krokiem podszedł do towarzysza i złapawszy go za ramię, pociągnął w stronę schodów na dół, chcąc się jak najszybciej ulotnić z pola widzenia pary.
   - Wiesz co, zmieniłem zdanie, trochę tu duszno i głośno - wyrzucił z siebie dość szybko, na potwierdzenie swoich słów sięgając do koszuli i wachlując się nią przez chwilę. - Może byśmy jednak poszli gdzie indziej się napić, co? - Zerknął za siebie na Nisaia, który zdawał się go nawet nie słuchać, a potem w stronę baru, akurat by dostrzec, że kobieta spogląda w ich stronę nieco zdumiona i już otwiera usta.
   - Nisai! - zawołała, a przynajmniej tak się albinosowi wydawało, że to ona, bo już prawie byli przy schodach na dół, a on nie zamierzał ryzykować i się zatrzymywać, by to sprawdzać. Ciekawość nie była tego warta w tym przypadku. Jakoś udało mu się zgubić podążającą za nimi kobietę i odeskortować strażnika do wyjścia z klubu, nie taranując po drodze zbyt wielu osób, a kiedy znaleźli się już przed Spectrum Tower, Nisai w końcu sam nieco otrzeźwiał dzięki porządnej dawce świeżego powietrza. Spojrzał na Kaia już nie tak nieobecnymi oczami, potem w stronę wejścia do budynku, i przetarł twarz dłonią, wzdychając. Nietrudno było zauważyć, że miotają nim jakieś sprzeczne emocje.
   - Wiesz co, może napijmy się jednak w domu - zaproponował albinos, na co ten tylko skinął głową i ruszył za nim do drogowskazu.
« Ostatnia zmiana: Wrzesień 05, 2020, 05:24:13 wysłana przez Ez »