Autor Wątek: Druga strona natury.  (Przeczytany 408 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Mimetka

  • Towarzysz
  • ***
  • Wiadomości: 533
  • Płeć: Kobieta
  • Naczelna maruda.


   I na co? I po co? Do czego mi to? Pytania kłębiły się w głowie niczym natrętna ćma w około źródła światła. Z jednej strony odpowiedzi były proste ale z każdym kolejnym krokiem zdawały się kompletnie nie ważne i bez sensu. Idąc przez gęsty i duszny las pełny małych natrętnych owadów, tym bardziej motywy tej wyprawy zdawały się głupie, zwłaszcza jak po raz kolejny trzeba była odgonić komara czy otrzeć czoło z potu. Plecak wbijał swoją ciężkość w ramiona a nogi powoli odmawiały posłuszeństwa. Już nie wspominając o ubraniu, które przesiąknięte potem zaczynało lepić się do ciała a sam paskudny zapach potu tylko wabił kolejne muszki i inne małe stworzonka, które upierdliwie brzęczały nad uchem. Odruch... może impuls? Głupie uczucie, które męczyło ją już od jakiegoś czasu, spędzające sen z powiek. Czuła wewnętrznie, że musi sama iść w tą drogę, ale czemu nie przewidziała, że wcale nie będzie to takie łatwe. Jak by ktoś jej powiedział co ją czeka, odpuściła by i za nic w świecie nie dała by się namówić na to. A tak? Wylądowała w środku niczego, otoczona również niczym.
Zatrzymała się i sięgnęła po mapę z kieszeni płaszcza. Chwilę się jej przyglądała i doszła do wniosku, że za jakieś dwie, może do trzech godzin powinna znaleźć się na skraju lasu gdzie będzie rzeka. Tam się zatrzyma do rana. W końcu i tak dookoła nie było absolutnie mowy o tym by znalazł się jakiś zajazd albo przynajmniej obóz kogokolwiek, kto będzie przyjaźnie nastawiony. Z jej kalkulacji wynikało, że dojście do celu zajmie jej przynajmniej trzy dni o ile nie będzie robiła za długich przerw i nie zboczy z trasy. Więc nic jej nie pozostawało jak tylko przeć przed siebie. Ciężko westchnęła i schowała mapę by ruszyć dalej.

   Może to był jedynie kaprys ale jak to bywa z kaprysami trzeba je zaspokoić, bo nie dadzą spokoju. A tym bardziej kobiecie tak rozpieszczonej i przyzwyczajonej do tego, że ma wszystko podstawione pod nos. Oczywiście wszystko kosztem jej postrzegania emocji... których jako tako kompletnie nie posiadała. Nie czuła jakiegoś wielkiego współczucia, nie rozumiała smutku czy radości. Gdzieś czasami miała wrażenie, że niekiedy coś się w niej odzywa dziwnego, ale zazwyczaj to ignorowała nie wiedząc czy przypisać to do odczuć pozytywnych czy negatywnych. Więc jedyne co robiła to dostosowała się do otoczenia. Podpatrywała zachowania innych w danych sytuacjach i je powielała uznając, że tak będzie najlepiej. Jak się pije i śmieje, to robi się to tak by z kimś pogadać i się pośmiać. Jak ktoś jest ranny to wykazujesz troskę o niego, choć nie do końca w ogóle obchodzi cię jego rana czy to co się stało. Zapytać o to jak się ktoś czuje i tyle, bo chyba na tym polega troska? Bo na czym innym? Co człowieka męczy w środku gdy o kogoś się martwi? Czym to się objawia? Mocnym biciem serca? To przecież jak się ktoś czegoś boi to też serce boje mocno. Więc do czego niby to wszystko przepisać? Jak to rozpoznawać i nauczyć się nazywać albo przynajmniej mieć świadomość, że płacze się żalu albo radości. Z kimś się człowiek śmieje bo się odczuło radość czy może z innego powodu? Póki co trzeba po prostu się dostosować i obrać kierunek obserwacji. Może kiedyś w końcu kobieta nauczy się dopasować odpowiednie emocje do stanu który odczuwa, choć kto ją miał czego nauczyć?
Więc najlepiej nie zawracać sobie zbyt głowy takimi trywialnymi rzeczami a najzwyczajniej w świecie skupić się na tym co umie się najlepiej i jest się w tym zdecydowanie wybitnym. Ale do tego potrzeba sięgnąć jeszcze dalej. Nie stać w miejscu. Naprawdę doskonale, że umie się wycelować w cel i go trafić jak nawet i to nie przynosi już takiej satysfakcji. Obserwując swoich towarzyszy jak oni są wprawieniu w boju i jakie posiadają umiejętności, odczuwa się narastającą irytację, że twoja celność jest absolutnie niczym w porównaniu do tego co potrafią inni.
Tym bardziej, że zdajesz sobie sprawę z natury swojej magii. Ale żeby ją lepiej wykorzystać potrzebny ci jeszcze lepszy łuk. Choć twój łuk jest świetny i nie jeden łucznik mógłby ci go pozazdrościć, ale jest czymś co mimo tak dużego przywiązania nadal będzie ci się kojarzyć z przeszłością. Niczym most łączący przeszłość z teraźniejszością a ten most należy spalić i zdecydowanie iść krok dalej, pozbyć się podświadomych ograniczeń. By iść głębiej, na samo dno by sięgnąć swojej prawdziwej natury.

   Przez to nie mogła spać. Dręczona myślami, które jak te muchy upierdliwie krążyły nad nią nie chcąc dać spokoju. Aż w końcu w jednej z tych myśli pojawiło się mgliste wspomnienie. Jeszcze z dzieciństwa. Gdzie jej trener wspominał o wytwórcy łuków. Ale zdecydowanie innym niż taki zwyczajny twórca broni znany z Divinity. Tworzy on zaklęte łuki, ale jest szalony i ekscentryczny. Odszukała informacji o nim i niewiele znalazła, po tym, że mieszka gdzieś właśnie pośrodku niczego i preferuje samotnie. Zaś niechętnie dzieli się swoimi dziełami. Popytała również w stolicy o niego i jedyne co się dowiedziała, że trzeba go naprawdę do siebie przekonać, bo inaczej odprawi cię z kwitkiem i tyle z broni. Kilka dni wypytywała o niego aż w końcu trafiła na podróżnika, który twierdził, że rok temu trafił na jego chatę. Wyrysował mapę kobiecie i ta w końcu postanowiła się wybrać do niego.
Choć w głowie ciągle jej kołatała myśl, że może to zwykła bajka czy plotka i to wszystko po nic. Ale świadomość, że jak by odpuściła i jednak nie poszła nie dawał by jej dalej spokoju. Gorzej jak okaże się to zwykłą plotką i wróci do karczmy z kwitkiem. Och jaka ona będzie zła na siebie. Jak bardzo się rozczaruje i zawiedzie sama na sobie.
Od nikogo nie chce być uzależniona i wszystkie decyzje podejmuje sama nie konsultując ich z nikim szczególnym. Bo niby z kim ma cokolwiek omawiać. Każdy jest zajęty swoimi sprawami a ona na siłę też nie chce wchodzić z nikim większe interakcje. Wszystko powoli i w swoim tempie.
Chociaż tak naprawdę nie zdawała sobie sprawy jak bardzo te kilka dni mogą odmienić jej podejście do życia jakie obecnie prowadzi i spojrzeć na wszystko z zupełnie innej strony.

   Gdy wyszła z lasy dopiero było późne popołudnie, słońce leniwie chyliło się ku horyzontowi, nieszczególnie się śpiesząc. Zaszła jeszcze kawałek i trafiła na rzekę która była zaznaczona na mapie. To był najlepszy moment na znalezienie odpowiedniego miejsca na obóz aby spędzić tu całą noc. Choć spanie pośrodku niczego w nieznanym terenie i do tego pod gołym niebem nie uśmiechał się jej, jednak wyboru nie miała. Gdy była z gildią na pustyni spała w nieco gorszych warunkach, będąc święcie przekonaną, że spanie w koedukacyjnym namiocie to zło absolutne i już lepiej spać pod gołym niebem niż tak.
   Gdy znalazła miejsce, które uznała za odpowiednie z wielką ulga rzuciła plecak na ziemie i odetchnęła. Zaraz po tym ściągnęła płaszcz z siebie i uznała, że to jest najlepszy moment aby skorzystać z dobrodziejstw natury i wykąpać się w rzece. Ale za nim to nastąpi uzbierała trochę drewna na opał. Choć po chwili gdy zaczynała zbierać w okolicy drewno uświadomiła sobie, że w sumie jej wyprawa na pustynie nie była aż tak dawno temu a jednak ma wrażenie, jak by od tego czasu minęły wieki a przynajmniej jej podejście i adaptacja do otoczenia mocno się zmieniła. Zrzuciła pięknie skrojone suknie na rzecz koszul i spodni, buty na obcasie zamieniła w skórzane i wygodne kozaki, fryzura, która była codziennie dokładnie układana, została całkiem ścięta na luźno  opadające krótkie włosy, których pielęgnacja ogranicza się do mycia i rozczesywania. Zaś mocny i wyrazisty makijaż całkiem znikł z jej twarzy, zastąpiony jej naturalną urodą. Na dobrą sprawę od tak dawna nosiła na sobie te wszystkie rzeczy jak i makijaż, że kompletnie nie zdawała sobie sprawy z tego jak pod płaszczem tych wszystkich niepotrzebnych dodatków wygląda. A w sumie jeszcze nie tak dawno temu nie umiała sobie wyobrazić życia bez tego wszystkiego. Oczywiście nie każde nawyki z niej wyszły jak jej garderoba z szafy. Nadal pozostała chęć codziennych porannych treningów aby utrzymać kondycję i zgrabną figurę przy tym. Nadal nie jada słodyczy i nadal chętnie sięga po wino. Choć do tych drobiazgów, które pozostały z dawnego życia doszedł nowy.
   Uwielbiała dosiadać swojego szakala i oddawać się uczuciu jaki towarzyszył jeździe na nim. Pęd, świst powietrza, wiatr uderzający w jej twarz, uderzenia łap Kalisty o podłoże i te krajobrazy które w zawrotnym tempie przemijały jak życie, które przelatuje między palcami raz lepiej przeżyte raz gorzej. Uderzenia jej serca gdy wraz z Kalistą wpadała w teleportację i dźwięk który temu towarzyszył, jak wściekłe uderzenie morza o skały. Czuła wtedy wolność i lekkość. To były jedyne odczucia które umiała tylko i wyłącznie w tej sytuacji zidentyfikować. I ten pierwszy oddech kiedy schodziła z szakala oraz pierwsze stąpnięcie stóp o ziemie, kiedy ma się wrażenie jakieś nierealności, gdzie nogi zdają się lekkie a ziemia jak by była miękka i uginała się pod tobą. A każdy kolejny krok przez małą chwile wprawia w odczucie jak by człowiek się unosił. Na chwilę obecną nie poznała jeszcze nic co było by wstanie przebić to uczucie jakie niesie z sobą szybka jazda na szakalu. Ale gdy czasami obserwowała innych i z nimi rozmawiała miała cichą nadzieję, że jeszcze może nadejdzie czas kiedy pozna różne oblicza emocji i będzie umiała je odpowiednio przeżyć. Bo obecnie czuła się nieco jak jak analfabeta emocjonalny.
   Nawet nie zauważyła kiedy ogarnęła drewna na tyle, że spokojnie mogłaby palić ognisko przez kolejne kilka dni. Tylko, że pojawił się problem którego nie potrafiła przewidzieć.
Nie umiała rozpalać ogniska. Zastanowiła się chwilę nad tym aby przypomnieć sobie jak to robią inni. Wyszukała w pamięci obrazu, choć było jej dość ciężko, bo po prostu nigdy nie zwracała na to uwagi. Cóż kamienie. Zazwyczaj okłada się dookoła kamieniami, żeby w razie co ogień się nie rozprzestrzenił. Zebrała kilka kamieni które leżały przy rzece i poukładała je w niewielki okrąg. Później doszła do wniosku, że zapewne trzeba ułożyć drewno i je podpalić. Jednak cóż, nieszczególnie wpadła na pomysł, że trzeba jeszcze jakaś ściółkę czy coś lżejszego podłożyć pod drewno by ogień łatwiej się rozprzestrzenił. I chwilę kobieta miała mocnego zagryziaka czemu ten ogień z zapałki nie chce podpalić tych patyków. W końcu zdenerwowana cisnęła zapałkami w plecak, stanęła nad ogniskiem, zakasała rękawy i przyzwała duszka słońca. Spal to, zakrzyknęła do niego a ten uderzył swoją łapą w drewno w ognisku i znikł w oślepiającym świetle. Kobieta na szczęście wiedziała co się stanie więc zamknęła oczy a gdy je otworzyła ogień, który pozostawia po sobie duch zaszedł na drewno i powoli zaczął je trawić. Blondyna uniosła wysoko podbródek, uśmiechając się do siebie, jak nie inaczej to sposobem. Odczekała chwilę by ogień na tyle zaczął się palić by mogła dorzucić więcej drewna i spokojnie poszła się wykąpać. Słońce akurat zbliżało się ku horyzontowi więc to była najlepsza pora. Jakie zdziwienie przeżyła gdy okazało się, że rzeka jest zimna. Jak gdyby nigdy nic jak szybko w nią weszła tak jeszcze szybciej z niej wyskoczyła rzucając przekleństwem niczym najzwyklejszy prostak. Rozejrzała się dookoła czy przypadkiem nikt nie usłyszał a gdy miała pewność, że jest tu całkiem sama powoli zaczęła wchodzić do rzeki.
Raczej nie zabawiła tam za długo, a gdy wyszła kompletnie oniemiała. Tak była zafrapowana szybkim umyciem się by nie spędzać za dużo czasu w zimnej wodzie, że nie zwróciła uwagi kiedy do jej prowizorycznego obozowiska wtargnął gość.
I siedział sobie spokojnie patrząc na nią z uśmieszkiem cwaniaka na twarzy przy okazji dłubiąc sobie jej strzałą w zębach jak wykałaczką. A ona taka naga jak ją Dwayna stworzyła stała ociekając wodą i nie wiedząc co powinna zrobić.


   Zdecydowanie był to norm. Wielki jak na swoją rasę przystało, zbudowany niczym przerośnięty doylak z łapami które by mogły kobietę rozgnieść bez problemu na dwa razy. Miał siwe długie włosy związane w warkocz i brodę również związaną w dwa warkoczyki. Sądząc po ilości zmarszczek jakie dziewczyna mogła na nim dostrzec z tej odległości, zdecydowanie był już wiekowy a oczy, które patrzyły na nią zadziornie, skrywały nieco szaleństwa i mądrości.
- No będziesz tak stała czy się okryjesz? - Odezwał się niskim i chrypkowatym głosem. - No chyba, że nie masz ochoty. Ale ostrzegam nie gustuje w ludzkich kobietach a tym bardziej takich młodocianych. - Zaśmiał się gardłowo po czym spojrzał na kobietę i dalej dłubał w zębach jej strzałą, która zdecydowanie w jego rękach wyglądała jak wykałaczka.
Annie nieszczególnie wiedziała jakie norm ma zamiary i jeszcze tak chwilę stała. Jednak gdy się wybudziła z chwilowego otępienia i uświadomiła sobie, że jest kompletnie naga a przybysz póki co nie rzucił się jej zabić, po prostu szybko skoczyła po ręcznik, który leżał naszykowany przy ognisku i się nim zawinęła. Przy okazji niepewnie zerkała na mężczyznę.
- Spokojnie, nie zrobię ci krzywdy. - starał się ją uspokoić, choć nie poskutkowało to za bardzo gdy zauważył jej spojrzenie. - No naprawdę. Podróżuje i chyba za bardzo zboczyłem z swojej trasy.
Kobieta w tym czasie przesuwała się nieco na około ogniska by powoli sięgać po swoje rzeczy. Choć najważniejsze takie jak plecak, łuk i kołczan znajdywały się koło wielkoluda co nieco wprawiło ją w rozżalenie.
- Nie bój się ludzka kobieto. - Norm ponownie się roześmiał widząc jak blondyna robi podchody pod swoje rzeczy. - Patrz nawet nie mam przy sobie żadnej broni. Specjalnie ją zostawiłem bliżej twojej strony żebyś się nie bała.
- Ty to możesz mnie w łapskach połamać. - Rzuciła ostrożnie i kątem oka spojrzała na broń którą dopiero teraz dostrzegła. Był to wielki dwuręczny miecz, który jak nic był prawie, że wzrosty dziewczyny co spowodowało wylew niezadowolenia na jej twarzy.
- A po co miał bym to robić? - Zaśmiał się na całego rozbawiony podejściem Anni do niego – Jestem Bragi Lightroar. Widzisz, znasz moje imię więc chyba nie mam złych zamiarów?
- Och a ja mogę powiedzieć, że jestem Królową Jeannah. - Wzruszyła lekko ramionami i gdy już założyła płaszcz na siebie, spojrzała na norma, żeby mu się przyjrzeć. Co prawda nie wyglądał na takiego, który by faktycznie chciałby jej zrobić krzywdę, ale pozostała jednak ostrożna. Westchnęła. - Annie.
- No to skoro już się poznaliśmy to siadaj. Akurat upolowałem dzisiaj kilka sztuk królików to zjemy razem. Bo tak szczerze, to z daleka i przy tak nikłym świetle można było policzyć twoje żebra. Co ty głodna chodzisz czy jak? - Bragii się roześmiał ponownie.
Annie zaś wolała zachować dystans. Powoli zbliżyła się do plecaka i szybko go pochwyciła od razu odskakując na drugą stronę ogniska. Tam usiadła bo uznała, że na chwilę obecną ucieczka nie ma najmniejszego sensu. Norm na tych swoich długich nogach by ją szybko dogoni a jeszcze sami bogowie wiedzą jakie sztuczki zna. Może umie tworzyć łańcuchy z światła albo zna inne cuda, które by ją uziemiły a on nawet nie wstał by z miejsca. Spoglądając co chwila na norma zaczęła grzebać w plecaku. Sprawdziła czy aby na pewno wszystko w nim ma. Trochę się zdziwiła kiedy okazało się, że zawartość plecaka jest nietknięta, ale jednak w żaden sposób jej to nie przekonało nadal do tego aby zaufać przybyszowi choćby odrobinę. Wyciągnęła z plecaka swoje jedzenie, które podwędziła z kuchni. Oczywiście miała nadzieję, że nikt nie zauważy, że zapodział się bochenek chleba i trochę kiełbasy czy sera. Chociaż jak zauważą to jej nie ma na miejscu więc nie będzie musiała udawać, że nie ma nic z tym wspólnego. Chociaż może właśnie przez to, że jej nie ma to właśnie podejrzenia padną na nią? Choć zaprzysięgła sobie, że odda pieniądze za to co wzięła jak tylko coś zacznie zarabiać w gildii bo ostatnio słabo z zleceniami a jej sakiewka powoli zaczynała świecić pustkami. Cóż najwyżej znowu pójdzie do okolicznych wiosek i po przegania trochę lisów czy innych nękających mieszkańców zwierząt. Zawsze kilka monet z tego zebrała a i gospodarze zawsze mili poczęstują jakiś dobrym obiadem.
   Norm widząc, że Annie kompletnie nie jest zainteresowana jego królikami, wzruszył tylko ramionami i sięgnął do swojej torby. Blondynka dokładnie obserwowała każdy jego ruch i nawet przez chwilę myślała, że wyciągnie pistolet czy inne mordercze narzędzie i ją zabije dla samej uciechy z mordowania. Ku kolejnemu zdziwieniu nic takiego nie nastąpiło a z torby wysunęły się truchła królików. Bragii całkowicie się zadomowił przy ognisku, które rozpaliła kobieta i wesoło pogwizdując zaczął obrabiać zwierzynę, pozbawiając ją skóry i innych niezjadliwych części ciała. Z niesamowitą wprawą wypatroszył je z nieczystości z środa a następnie ustawił prowizoryczny ruszt nad ogniskiem, dokładając jeszcze drewna do niego. W kilkanaście minut króliki natarte przyprawami z torby norma piekły się nad ogniskiem. Sam mężczyzna wesoło sobie pogwizdywał co jakiś obracając króliki na druga stronę by równo się piekły.
Annie patrząc na to i powoli czując to coraz apetyczniejszy zapach mięsa doszła do wniosku, że karczemna kiełbasa jak i chleb jakoś nie wyglądają apetycznie. Westchnęła ciężko i dłuższą chwilę biła się z własnymi myślami czy jednak zagadać do przybysza i nawiązać kontakt czy jednak lepiej go ignorować licząc, że szybko sobie pójdzie nie robiąc jej krzywdy.
- To w jakich celach podróżujesz? - Jednak wygrało burczenie w brzuchu i coraz apetyczniejszy aromat królików.
- Jak to norm. W poszukiwaniu kolejnej swojej legendy – spojrzał na Annie dość ciepło i lekko się uśmiechnął, ciesząc się, że ta postanowiła się odezwać. - A co taka panna jak ty robi w takim paskudnym miejscu i to sama na dodatek?
- Szukam pewnego człowieka. Tworzy niesamowite bronie. Podobno mieszka jakieś trzy dni drogi stąd. - Odpowiedziała nieco niepewnie, ale powoli wcześniejsze obawy związane z normem zaczynały ją opuszczać.
   Bragii na chwilę zamilkł bo zajął się obracaniem królików na ogniu i dołożył trochę drewna do ogniska. Słońce zaszło już za horyzont pozostawiając jeszcze na niebie pomarańczowo różową łunę, która za kilka minut ustąpi miejsca rozgwieżdżonemu niebu. Światło ogniska, aromat mięsa i ciepło wieczoru sprawiło, że Annie powoli odczuwała coraz to większą błogość a jednocześnie senność. Zrobiło jej się przyjemnie a nawet nie sądziła, że mogłaby pomyśleć, że cieszy się, że nie jest tu sama. Nawet nie zdawała sobie sprawy jak bardzo już się przyzwyczaiła do obecności innych osób w pokoju. Dopiero perspektywa samotnie spędzonej nocy z dala od wszystkiego uświadomiła ją, że nie wyobraża już sobie wracać i budzić się w pustym pokoju. Że możliwość wrócenia do pokoju i porozmawiania z kimś lub choćby obecność drugiej osoby sprawia jej pewne poczucie przynależności co czegoś większego. Zdziwiły ją te myśli i sama nie do końca wiedziała jak je traktować.
- Hmm... - Mężczyzna się odezwał po chwili i zasiadł wpatrując się w ogień. - Chyba wiem o kim mówisz. Kilka dni temu mijałem chatę w której spotkałem pewnego mężczyznę. Trochę stary był, ugościł mnie na noc. Miał pełno w chacie różnych dziwnych broni. Może to ten sam którego szukasz.
Annie po słowach norma wręcz aż rozpromieniała się. Poczuła dużą ulgę jako, że pogłoski o wytwórcy nie okazały się tylko zwykłą plotką. Odetchnęła jak by jakiś ciężki kamień spadł z jej serca. Jednak nie na darmo wybrała się w tą podróż, choć już miała kilka chwil gdy zwątpiła w to wszystko. A jednak możliwość zdobycia nowego dużo lepszego łuku była na wyciągnięcie ręki.
- Tyle, że trzeba przejść za wulkan. A tam tylko jedna droga prowadzi i to niezbyt miła. Trzeba wyminąć ogniste elementale i kilka placówek niezbyt przyjaźnie nastawionych Inquestów. - Dodał i spojrzał poważnie na Annie a tej mina z zadowolonej szybko zmarkotniała, gdyż nie słyszała o takich przeszkodach a może nawet nie raczyła się niczego więcej o nich dowiedzieć? Wiedziała, że tutaj nie jest szczególnie najbezpieczniej, ale sądziła, że jednak uda jej się wszelakie przeszkody ominąć bez zbędnych walk czy innych niebezpieczeństw. - Wiesz co? - Bragii spojrzał uśmiechnięty na kobietę. - Pójdę z tobą i tak jakoś nie mam nic szczególnego do roboty. Te parę dni ta moja legenda może poczekać.
- Poważnie? - Annie spojrzała się na norma nieco jak na wariata. Bo niby po co miał by jej pomagać i rezygnować z swoich planów. Nie znał jej a sama liczyła jeszcze kilka chwil temu, że mężczyzna szybko się zmyje. Ale chłodna kalkulacja po jego słowach jasno mówiła, że Annie nie ma absolutnie żadnych szans aby przedostać się samej do celu jaki obrała.
- Poważnie, poważnie. - Norm się zaśmiał i zaczął zdejmować króliki z ogniska. Jednego podał kobiecie, która powoli zaczęła się do niego dobierać. - Tylko powiedz mi po co ci on? Ja tam widzę, że masz całkiem niezły łuk.
Po prostu – Wzruszyła ramionami – Chce być lepsza w tym co jestem już świetna. A do tego potrzebuje nowego łuku.
Bragii spojrzał na Annie z nieco uniesionymi brwiami. Najwyraźniej nieco zdziwiła go jej odpowiedź. Bo kto normalny zapuszcza się w takie rejony tylko po to by spełnić swój kaprys. Patrzył na kobietę jak ta z obojętnością mówi o swoim celu jaki obrała dla tej podróży.
- Jak już zjemy to się prześpij. Czeka nas długa i ciężka podróż z samego rana. - Powiedział to już nieco innym tonem, którego Annie nie wychwyciła zbyt zajęta swoimi myślami.


 

Mimetka

  • Towarzysz
  • ***
  • Wiadomości: 533
  • Płeć: Kobieta
  • Naczelna maruda.

   Poranek nie należał do najprzyjemniejszych. A na pewno nie do najcieplejszych. Lekki wiatr niósł z rzeki powiew chłodu a rosa osadzająca się na trawie nie należała do mile widzianych. Annie obudził mocniejszy powiew wiatru oraz drgawki, które wstrząsnęły ciałem od chłodu. Otwierała oczy nie chętnie i jeszcze próbowała mocniej okryć się kocem, jednak widok chodzącego norna w około pozostałości po ognisku szybko ją otrzeźwił. Przez ułamek sekundy nie mogła skojarzyć faktów kim jest osobnik i nawet odczuła lekki strach, jednak głowa zaczęła dość szybko pracować pobudzona nagłym przypływem adrenaliny i kobieta skojarzyła fakty z wczorajszego wieczoru. Żyła, więc faktycznie przybysz, który ją wczoraj zaskoczył nie miał złych planów wobec niej. Podniosło ją to nieco na duchu i uspokoiła zbyt gwałtownie rozbudzone nerwy. Kobieta przeciągnęła się odrobinę, bo jednak spanie na ziemi nie należało do zbyt przyjemnych i zaczynała odczuwać zdrętwiałe mięśnie i nieco obolały kark od niewygody. Przyciągnęła tym uwagę nieplanowanego towarzysza podróży, który uraczył ją uśmiechem, ukazując nieco większe braki w swoim uzębieniu.
- No wstawaj, wstawaj. Czeka nas długa droga i trochę wspinaczki. A jak dobrze pójdzie dojdziemy dzisiaj wieczorem do pewnych ruin. Tam rozbijemy obóz. - Bragi popatrzył na kobietę nieco badawczo, ciekawy jej reakcji.
Annie z ziewnięciem na ustach wygramoliła się spod swojego koca i zaczęła go składać. Za nim schowała go do plecaka, wyjęła z niego bukłak z wodą i napiła się większego łyka. Odetchnęła z ulgą. Zatęskniła za wspólną łazienką na piętrze czy choćby za wychodkiem bo pęcherz zdecydowanie wołał o pomstę do nieba nie dając kobiecie złudzeń, że nie uniknie nieuniknionego. Rozejrzała się dookoła z nieco skwaszona miną. Jęknęła cicho i westchnęła ciężko a po tym bez słowa oddaliła się na przysłowiową stronę.

   Gdy wróciła ich prowizoryczne obozowisko było już spakowane a Bragi siedział na ziemi wyraźnie czekając tylko na powrót kobiety. Jednak gdy zobaczył jej minę wpadł w dziką histerię spowodowaną śmiechem.
- Och niech duchy mają cię dziewczyno w swojej opiece, wyglądasz jak byś przynajmniej musiała zjeść a po tym urodzić skarpetę Ettina.
- Bardzo śmieszne.
Annie odpowiedziała mu nieco jeszcze ironicznym uśmiechem i bardziej się skwasiła na myśl o Ettinowych skarpetkach. O ile w ogóle te paskudztwa nosiły taki ubiór. Ponownie tego dnia ciężko westchnęła po czym pozbierała swoje rzeczy i wyciągnęła mapę z kieszeni płaszcza aby na nią zerknąć. Bragi zajrzał jej przez ramie i ocenił oczywiście trasę jaką miała rozrysowaną po swojemu.
- O nie, zdecydowanie ta droga odpada. - Położył swój wielki paluch na kawałku papieru. - Jak pójdziemy tędy zdecydowanie będzie bezpieczniej, łatwiej i wygodniej. - Wyrysował swoją trasę palcem po mapie. - Twoja trasa jest może i krótsza ale  prowadzi przez tereny gdzie jeszcze idzie spotkać nieumarłych a uwierz nie jest to nic fajnego.
- Och naprawdę? - Zironizowała. Co on może wiedzieć o jej przeżyciach z nieumarłymi. Jej ton raczej nie wydawał się zbyt przyjemny co norn odczuł od razu.
- Spokojnie kobieto. - Oderwał dłoń od mapy i uniósł obie ręce w geście poddania. - Przecież nie chce źle dla ciebie. Jak pójdziesz swoją drogą to nawet nie będziesz miała gdzie się rozbić wieczorem by odpocząć, bo nawet jak ci się uda przejść koło tych bezmózgich pomiotów Zaithana to czekają na ciebie wygłodniałe Wurny i inne paskudztwa zamieszkujące tamte tereny. Lepiej iść trochę na około ale ominąć to wszystko.
- No nie wiem. Przecież to kompletnie jest bez sensu. - Annie popatrzyła na mapę – Wtedy faktycznie będę musiała przejść dookoła cały wulkan tak jak mówiłeś wczoraj po to by tylko wyjść w miejscu do którego stąd mamy prosto.
- To twoja decyzja co wolisz – Bragi wzruszył ramionami i czekał na decyzję kobiety.
   Annie chwilę się zastanawiała. W sumie może iść swoją drogą. Przecież kompletnie nie musi słuchać przybysza. Nie wie nawet czy imię które podaje jest prawdziwe, choć jak zerka na niego kątem oka nie wydaje jej się by planował coś złego. Może i oszalała ale dobrze patrzy mu z oczu. Zastanawia ją tylko po co iść na około skoro cel jej podróży jest znacznie bliżej w drodze którą miała już wyznaczoną i wyrysowaną przez osobę spotkaną w ludzkiej stolicy. Po co miała by słuchać norma i nadkładać dodatkowo drogi, która jest niczym innym jak pójściem całkowicie na około. A i tak z słów wielkoluda wynikało, że prędzej czy później na ich drodze stanie jakaś przeszkoda, więc co za różnica czy odłożyć ją w czasie czy lepiej mieć już ją za sobą. Gdzieś po głowie przeleciała jej myśl, że całkiem jest szalona, że zdecydowała się na taką podróż sama, ale przez dziwny zbieg okoliczności zyskała towarzysza, który wygląda na takiego co swoje umie i nie jedno widział. Więc czemu miała by być uparta w swoich przekonaniach i ryzykować, że Bragi jednak zdecyduje się ja opuścić tylko dlatego, że wybrała inną drogę niż zaproponował. Jeszcze gotowy jest ją zostawić na pastwę losu skoro chce się pchać prosto w paszczę niebezpieczeństwa jak samobójca. Skoro pojawił się ktoś kto zaproponował jej pomoc, to czemu ma ryzykować przez swoją upartość, stratę sojusznika. Westchnęła i schowała mapę do kieszeni po czym spojrzała nieco w górę by patrzeć w oczy Bragiego.
- No dobrze, niech będzie po twojemu. - Nieco zdziwił ją uśmiech, który pojawił się pod siwymi wąsami norma. Ale o dziwno w ogóle nie skojarzyła go z niczym negatywnym a wręcz wydał jej się dziwnie zadowolony z jej decyzji.

   Trochę kamieni i skał i odrobinę pod górkę... Przeklinała w głowie zapewnienia Bragiego. Wcale droga nie była ani łatwiejsza ani przyjemniejsza ani w ogóle miła dla Annie. W momencie kiedy obeszli rzekę by wyjść na polanę a stamtąd udali się dalej wcale nie było dziewczynie zbyt wesoło. Droga nie dość, że zaczynała iść pod górę to jeszcze pełna była krętych ścieżek pokrytych licznymi większymi i mniejszymi kamieniami o które kobieta ciągle się potykała a nie wspominając już o drobnych kamyczkach, które uparcie ciągle wpadały w buty, a po kolejnym razie wysypywania ich z obuwia już miała dość. A to dopiero był początek. Zaledwie po przejściu niecałych dwóch godzin w ciszy, stanęli przed pierwszą większą przeszkodą. Ściana skalna która może mierzyła tak z cztery dorosłe norny dla kobiety wydała się kompletnie nie do przejścia.
- Mam się wspinać? - Zapytała zdziwiona widząc jak norn zaczął się tulić do ścinany a następnie powoli wynajdując odpowiednie miejsca, brnie ku górze. - Tak bez żadnego sprzętu czy choćby jakieś liny...
- No daj spokój kobieto, przecież to ani nie jest wysoko ani jakoś szczególnie trudno. - Wysapał Bragi będąc już nieco wyżej.
Zależy dla kogo, pomyślała dziewczyna będąc kompletnie negatywnie nastawioną do tego pomysłu. Jednak gdy się rozejrzała nie widziała żadnego innego miejsca w którym by ściana choćby była odrobinę niższa czy posiadała jakieś większe półki skalne, które mogły by jej ułatwić zadanie. Cóż nie pozostało nic innego jak po prostu zacząć się wspinać, choć może jak by się lepiej temu przyjrzeć wcale nie jest to aż tak wysoko, więc w razie upadku co najwyżej złamie nogę czy mocniej się poobija.
   Już po pierwszych podrygach do góry nawet uznała, że wcale nie jest to jakoś trudne. Złapać się mocniej ręką i znaleźć stabilne podłoże dla stopy, choć coś czuła że na pewno na dłoniach wyskoczą jej zadrapania, ale największym bólem w jej odczuciu był moment w którym poczuła jak łamie jej się paznokieć, później kolejny. Przez całe życie nie znała ani nie rzucała w myślach tyloma przekleństwami jak w tym momencie. Choć zapewne tych przekleństw nie poznała na salonach tylko właśnie w gildii. Pomyślała, że w sumie jedna przydatna rzecz jaką od nich wyniosła to znajomość przekleństw, które doskonale pasowały do jej obecnego nastawienia na całą wyprawę. Zatrzymała się chwilę by spojrzeć na górę i ocenić ile jeszcze ma do przejścia, była tak w połowie drogi dopiero, a Bragi już właśnie wchodził na szczyt. Był większy, zapewne lepiej wprawiony w takie rzeczy i na pewno nie bał się tak jak ona odczuwa strach. Choć przed czym? Ustaliła jeszcze na dole, że ewentualny upadek nie zabije jej na miejscu, wspinaczka nie wydawała się jakoś trudna jak również zakładała, więc czemu odczuwa strach będą przyklejoną do tej ściany. Bólu który by towarzyszył ewentualnemu upadkowi a może, że Bragii jednak ją zostawi? A ani jednego i drugiego nie chciała. Norm może i ją irytował w jakiś nieznany dla niej sposób, ale zdecydowanie wolała już jego towarzystwo, choć nie do końca planowane, niż tułać się tu samotnie. A już miała okazję dzięki lidze i matce skosztować bólu jaki wiąże się z okaleczeniem ciała i zdecydowanie nie uznawała tego za przyjemne. A Bragii jak po złości nie pokazywał swojej głowy tam na górze i nie wyciągał ręki żeby jej pomóc się wspiąć. Samolub, pomyślała i zaczęła ponownie brnąć ku górze.
   I zaledwie kilka kroków jeszcze ją dzieliło od dojścia na szczyt gdy poczuła jak kamień, którego się trzymała, osunął się i wypadł, przez na ułamek sekundy poczuła jak traci stabilizację i po prostu zaczyna lecieć do tyłu. Ale nie leciała, bo trzymała ją wielka nornia łapa i zaczęła wciągać na górę. A może jej się przewidziało, że spanie i to tylko wyobraźnia podsuwała jej ten obraz chcąc jeszcze bardziej spotęgować odczucie strachu? Co by nie było, gdy stanęła już na górze serce kołatało jej jak szalone.
- Gdzieś ty był? - Wydyszała zmęczona nieco wspinaczką do towarzysza. - Nie widziałam cię.
- Ej, to że mnie nie widziałaś, nie znaczy że mnie tu nie było i nie czuwałem.
Norn spojrzał na nią i chwilę mierzyli się wzrokiem. Annie odpuściła pierwsza a jego słowa jeszcze długo odbijały się jej echem w głowie.

   - W ogóle ty to jakaś magię czy inne umiejętności masz poza strzelaniem z łuku?
Ugodziło nieco ją to zdanie wypowiedziane tak zdawkowo byle by zacząć jakaś rozmowę. W końcu droga przed nimi długa a ile można milczeć. Dalsze etapy drogi póki co nie różniły się jakoś szczególnie od poprzednich. Kręte ścieżki, kamienie, skały i wyżyny do tego coraz bardziej przyprószone drzewami i krzakami aż końcu znowu ścieżka znikała w lesie do którego weszli.
- Umiem. Przyzywam duchy natury i do tego jestem świetna w szyciu. - Stwierdziła nieco unosząc podbródek, choć na dobrą sprawę pominęła fakt, że na chwile obecną z magią nie jest zbyt zaprzyjaźniona i mimo pewnych umiejętności odstaje od pozostałych swoich towarzyszy a szycie tylko i wyłącznie przypomina jej o korzeniach jakie posiada. Ale jedna i druga umiejętność są jej bardzo potrzebne w obecnych życiu. Samymi drewnianymi strzałami wiele nie zwojuje, zaś bez szycia nie stworzy nowej zbroi.
- O duchy natury. - Bragii skinął głową – Akurat moja rasa jest bardzo zaprzyjaźniona z duchami. Bardzo sobie je cenimy. Więc mogę powiedzieć, że masz bardzo piękne w mojej opinii umiejętności magiczne. Pewnie również cenisz sobie naturę, skoro posługujesz się takimi duszkami?
   Nie do końca, pomyślała kobieta. Akurat nie ma ona jakiegoś szczególnego umiłowania do natury jak podobni do niej czy driudzi. Już nie wspominając o zdawkowym podejściu do zwierząt. Na dobrą sprawę gdyby nie brat i jego nauka, zapewne była by tylko zwykłą łuczniczką a z magią związaną z naturą kompletnie nie miała by nic wspólnego. Co prawda bardzo doceniała tą drobną umiejętność i już kilka razy zdążyła się przekonać o zaletach jakie ona niesie, ale nie widziała w tym nic pięknego czy nadzwyczajnego. A wręcz przeciwnie, sądziła że jest ułomna magicznie i w żaden sposób nie dorówna innym w gildii swoimi umiejętnościami. Faktycznie jeżeli chodzi o łucznictwo to śmiało może powiedzieć, że nie ma jakoś konkurencji w tym a zwłaszcza jak odebrała lekcje łucznictwa na wierzchowcu poczuła, że jej poziom staną na jeszcze wyższych szczeblach, ale obserwując taką gildię zawsze zgrzyta zębami widząc, że pomimo wysokiego poziomu łucznictwa gdzieś stoi z tyłu i na nic się niekiedy mają jej strzały do przeciwników. A sama magia ją męczy i nie jest w stanie częściej przyzwać ducha. Nature... jako tako lubiła. Nie jest tak, że jest na nią całkiem obojętna ale nie umie w niej dostrzec harmonii. Jest to dzikie i nieprzewidywalne środowisko, które z jednej strony może oczarować cię pięknem słońca przebijającego się przez korony drzew po to tylko aby w następnej chwili zza jednego z tych drzew wypadł wygłodniały wilk i się na ciebie rzucił. Lubiła obserwować gwiazdy na niebie, lubiła słuchać szumu wiatru czy choćby cieszyć oczy pięknymi kwiatami, ale czy to wystarczyło by sięgnąć głębiej w magię natury jaką zgłębiają inni łowcy czy choćby druidzi?
   Nigdy nic nie podpatrywała w naturze, co mogło by bardziej ułatwić jej dostosowanie magii do swoich potrzeb, a słyszała o takich co to potrafią mieczem wywijać z siła niedźwiedziej łapy czy nadać sobie szybkości oraz lekkości niczym ptak by rzucić się na przeciwnika. Ona jedynie umiała podpatrywać zachowania innych i dostosować się do sytuacji w jakiej się znalazła. W końcu nigdy nie wpadnie na pomysł, że to co robi nie wiele się różni od tego co robią inni łowcy. Że jej  wsłuchiwanie się w wiatr czy szumy w lesie jest tym samym co obserwowanie otoczenia. Że jej świadomość, że za pięknem natury kryją się niebezpieczeństwa mówi o tym, że ma duży respekt oraz szacunek do tego co może się kryć w gęstwinie lasu.
- Trochę lubię. - Odpowiedziała zdawkowo dając towarzyszowi do zrozumienia, że nie chce kontynuować dalej tego tematu. Ku jej zaskoczeniu norn zrozumiał aluzje i nie podejmował dalszej rozmowy, pozostawiając Annie w głębokiej zadumie.

   Dalsza droga raczej przebiegła spokojnie. Bragii kilkukrotnie zaczynał jakieś luźniejsze tematy, jednak rozmowa nie zbyt się kleiła a do tego za każdym razem Annie dawała sygnały, że nieszczególnie jest zainteresowana rozmową. Więc po południu, kiedy droga stała się przyjemniejsza i mniej kręta a także zaczynała powoli prowadzić w dół, norn zaprzestał dalszych prób nawiązania kontaktu. Sam jedynie co jakiś czas jedynie zerkał na kobietę zastanawiając się jaką ona jest na co dzień osobą, albo jakie kryje w sobie sekrety, że zdaje się być tak nieprzyjacielska. Po głowie chodziło mu pytanie czy ona w ogóle ma jakiś przyjaciół, czy jednak jej niezbyt miły a nawet niekiedy paskudny i krnąbrny charakterek nie odpycha od niej wszystkich dookoła. Ale jakoś nie miał ochoty jej o to pytać.
- O tam rozbijemy na noc obóz – Bragii nieco odetchnął kiedy za drzewami dostrzegł wyłaniające się ruiny o których wcześniej mówił.
- Co to w ogóle za miejsce? - Zapytała ciekawie Annie, co zaskoczyło mężczyznę, że w ogóle poza nią samą są rzeczy które ją mogą interesować.
- Hmm... Szczerze kompletnie nie mam pojęcia. Może to jakieś pozostałości po czasach kiedy ludzie zajmowali dużo większe tereny? - Zastanawiał się na głos. - A może te budowle jeszcze pamiętają czasy za nim to wszystko się pojawiło. Piory prowadziło tu jakieś badania, ale to było lata temu. Od tej pory stoją tu tak nietknięte przez nikogo.
- Skąd wiesz, że lata temu były tu badania? - Spojrzała na Bragiego nieco podejrzliwie wychwytując dla niej tą dziwną niespójność w jego wypowiedzi.
- Słyszałem od tego twojego cudotwórcy od broni – Wzruszył lekko ramionami a Annie nie drążyła tematu uznając wypowiedzieć kompana za satysfakcjonującą.

   Kilka minut później dotarli pod ruiny. Kilka kamiennych ścian się zachowało, nie koniecznie obok siebie, przez co ruina w żaden sposób nie tworzyła jakieś spójnej budowli. Wieżyczka w rozsypce, jakieś murki porośnięte mchem czy trawą, niekompletne łuki które w połowie się kończyły bo konstrukcja już dawno temu się zawaliła pozostawiając jedynie kamienie na ziemi w nietkniętych od lat kupkach gruzu. Po samych ruinach trudno było by powiedzieć przez kogo było to zbudowane, czy to dzieło ludzkie czy zupełnie innej rasy albo faktycznie może powstała za nim ludzie czy bogowie w ogóle pojawili się na tej ziemi i rozpoczęła się dla tego świata całkiem nowa historia. Czy był to dom dla jakieś rodziny czy może twierdza w której schronienie znajdywali żołnierze? Może badacze doszli to tego czym kiedyś było to miejsce, ale Annie zupełnie nie wiedziała o tym i nie odczuwała potrzeby poznania lepiej historii tego miejsca. Dzisiaj to miało być jej schronienie na noc. Oboje zgodnie uznali że najlepszym miesiącem będzie wciśniecie się w kąt po pozostałościach dwóch ścian i pierwszy ruszył Bragii a zaraz za nim Annie.
Dziewczyna przez chwilę kompletnie nie ogarnęła tego co się stało przed jej oczami, bo z jednej strony norn był a chwilę po tym trzask, świst i norna nie ma. Zamrugała kilkukrotnie mając nadzieję, że jednak Bragii pojawi się przed jej oczami ale jednak nic takiego nie nastąpiło. Dopiero chwilę po pierwszym szoku zauważyła dziurę w ziemi do której wpadł norn.
- Bragi? Żyjesz? - ostrożnie podeszła do wielkiego otworu ziejącego smrodem zgnilizny i nieprzeniknioną ciemnością w dole. - Bragi?
- Uh... - Usłyszała jęknięcie. - Chyba żyje, ale... o na duchy... coś z nogą mi się stało. Krwawi i boli.
- Widzisz tam jakieś wyście? - Zapytała pełna obaw.  Zdecydowanie nie wyobrażała sobie wciągać tak potężnego norna na górę. Po za tym nawet nie miała żadnej linki.
- Nie, nic nie widzę, ciemno tu jak nie wiem co. - Usłyszała w odpowiedzi.
No pięknie. Pomyślała. Same problemy. I po co je było zgadzać się na wspólną podróż z nornem? A może by go tak tu zostawić? Przecież nikt nie wie, że tu jest a tym bardziej nikt nie wie, że jest tu z nornem. Umrze w tej dziurze i nikt nie wpadnie na pomysł, żeby go tutaj szukać. A ona pozbawiona wszelakich górnolotnych emocji po prostu zapomni o sprawie i ruszy dalej do swojego celu. Bo przecież tylko on się tu liczył? Zdobyć łuk i pokazać wszystkim jak bardzo jest świetna. Utrzeć nosa tym wszystkim plotką, które mówią że się nie nadaje do gildii najemników. Że sama poszła i zdobyła a i nawet jak trzeba wydarła siłą łuk twórcy broni. A o Bragu nikt nie musi wiedzieć. Przecież nawet po drodze nikogo nie mijali, więc szansa że jego śmierć w tej dziurze mogli by z nią powiązać jest równa zeru. Chwilę dziewczyna biła się z swoimi paskudnymi myślami ale w końcu ciężko westchnęła.
- Schodzę do ciebie – Krzyknęła do dziury.
Wyjęła z plecaka zapałki i koc, który miała z sobą, rozejrzała się za jakaś większą gałęzią i również ją wzięła. Ku jej nieszczęściu zauważyła miecz Braga, który leżał nieopodal dziury. W pierwszej chwili pomyślała, że najlepiej będzie zrzucić go w dół, ale jednak ryzyko że trafi w norna było zbyt duże. Pokręciła głową i pomasowała się po skroniach, karcąc siebie w środku by zaczęła szybciej myśleć. Norn był wojownikiem a mając sprawne ręce tym mieczem jest w stanie zrobić więcej na dole z nim niż bez niego. A zawsze istniała szansa, że gdzieś tam musi być wyjście. Zapewne musiała to być jakaś piwnica albo coś w tym rodzaju, może jakieś tajemne przejście gdzie wyjście z niego jest zupełnie po drugiej stronie. Również pomyślała, że w takim ciemnym miejscu zapewne coś musi żyć, coś co nie będzie do nich przyjaźnie nastawione. Oczywiście mogła się mylić ale podświadomie miała przeczucie, że jednak Bragii długo tam sam nie pobędzie a z ranna nogą i bez miecza jest łatwym celem. Zaś ona nie powinna tracić czasu na szukanie nie wiadomo gdzie wyjścia... choć i takie w ogóle mogło by nie istnieć.
   Podeszła do miecza norna i postanowiła go zabrać z sobą. Ku jej zdziwieniu, mimo że miecz wyglądał dorodnie i był prawie jej wzrostu nie należał do wybitnie ciężkim .Co prawda do lekkich też nie, ale po owinięciu jakoś go w koc i przełożeniu przez ramie nie dawał wrażenia, że zaraz miała by się z nim przewrócić czy upaść od jego ciężaru. Ciążył jej ale nie było tragicznie. Bragii nie spadał zbyt długo sądząc po dźwiękach jakie zarejestrowała w momencie kiedy znikł z jej oczu. Może maksymalna wysokość piętra w karczmie plus minut trochę wyżej. Jak by nie zranił się w nogę sam by wyszedł zapewne bez problemu, jednak ta noga stanowiła problem, który utrudniał szybkie rozwiązanie sytuacji. Annie podeszła do dziury i usiadła na jej krawędzi a po tym trzymając się mocno spuściła się na dół tak, że zawisła wyprostowana w dół. Po dwóch głębszych wdechach puściła palce i poleciała ku ciemności.

   Lot jednak był dłuższy niż przewidziała a lądowanie niezbyt przyjemne. Najpierw postarała się lekko wylądować z zgiętymi nogami w kolanach by przypadkiem nie połamać nóg ale ciężar przywiązanego miecza pociągnął ją do ziemi zbyt agresywnie przez co upadła na plecy. Jęknęła czując jak gwiazdy zaczynają jej błyskać przed oczami a całe ciało przeszedł niemiły dreszcz bólu. I na co jej to było? Nie lepiej było by tego wielkoluda tu zostawić na pastwę losu.
- Annie żyjesz? Nie widzę gdzie jesteś – Usłyszała głos Bragiego.
- Ummm... - Jeknęła zbierając powoli myśli a przede wszystkim sprawdzając czy sama nic sobie nie złamała. Na bogów jak ona się czuła teraz idiotycznie. Wskakiwać do dziury tylko dlatego bo jakiś przerośnięty stary norn tam wpadł. Jak by ją teraz kto zobaczył, pewnie skomentował by ją jako kretynkę.
- Nic ci nie jest? - Usłyszała głos Bragiego.
- Nie...
Annie powoli dochodziła do siebie. Najpierw wymacała supeł z koca który wiązał ją z mieczem i go rozplątała. Dwa większe wdechy i podniosła się do siadu. Dobrze było, poza stłuczeniami nic nie więcej nie odczuwała. Dobra teraz światło ogarnąć... Wyciągnęła zza paska zapałki, patyk i rozdarła koc aby na ślepo wszystko z sobą połączyć. Po zapaleniu zapałki i przyłożeniu jej do związanego materiału na patyku uzyskała chwilowa pochodnię. Co prawda bez odpowiedniego paliwa materiał zapewne dość szybko się spali, ale prowizorycznie przynajmniej się rozejrzy, oceni sytuacje i będzie mogła zobaczyć ranę Bragiego a może i nawet czas wypalania materiału będzie na tyle łaskawy że dostrzeże wyjście tego miejsca.
   Z rzeczy które chciała osiągnąć zdążyła podnieść się na nogi, podejść do kompana i ocenić jego ranę, którą uznała za dość paskudną, ale nie groźna na tyle na ile się spodziewała, więc póki miała światło z swojej prowizorycznej pochodni, oderwała kolejny skrawek materiału i przewiązała nim nogę norna żeby nie krwawiła bardziej ani się nie zapaskudziła. Następnie oceniła miejsce w którym się znajdywali, korytarz długi, ciemny i zdecydowanie za ciasny aby pozwolić sobie na pomoc szakala, który by się przydał teraz. Jednak nie było szans aby zwierze mogło swobodnie się tu poruszać. Pomogła nornowi podnieść się i stęknęła pod niego ciężarem. Gdy Bragi stał już podpierając się ściany ta szybko przebiegła po kawałku w każdą stronę korytarza i niestety zdecydowanie to było za mało by ocenić w którą stronę powinni iść. W końcu gdy prowizoryczna pochodnia przygasała, zatrzymała się przy swoim sojuszniku i obdarła koc z kolejnego skrawka by owinąć przygaszający materiał, by ten na nowo zajął się ogniem i ponownie dawał im światło.
- To co teraz? - Zapytał Bragi – Mogłaś zostać na górze i tak jestem stary już i swoje przeżyłem. Może duchy tak chciały...
- Och daj spokój – Przerwała mu, ale jakiś złośliwy głos podpowiadał jej w głowie, że jednak mogła zostać na górze. Annie również wykorzystując to, że przerwała nornowi nieświadomie zaczęła słuchać dźwięków jakie do niej docierały. Z dziury nad nimi słyszała ptaki, szum liści z drzew, zaś po korytarzy przebiegał wiatr z charakterystycznym dźwiękiem towarzyszącemu pomieszczeniom z przeciągiem i zdecydowanie dźwięk ten nie unosił się od ich pechowej dziury w ziemi. - - Dasz radę iść? - zapytała po chwili milczenia.
- Jasne, teraz powinienem dać radę. - Odpowiedział jej cicho norn, który dokładnie obserwował kobietę oświetloną przez pomarańczowy blask płomienia z pochodni.
Annie zdecydowała się na kierunek ich marszu. Bragii szedł powoli, kuśtykając i wspierając się o ścianę, ale nie narzekał i nie wydał z siebie choćby najmniejszego pojękiwania bólu. Kobieta zaś co kilka minut dokładała do swojej pochodni kolejne skrawki koca licząc, że jednak uda jej się dotrzeć do jakiegoś wyjścia nim te się skończą. Jednak niestety tym razem los nie był jej sprzyjający bo materiał w końcu zaczął się kończyć.
- Możemy iść po ciemku – Mężczyzna się odezwał widząc jak Annie dokłada ostatni kawałek materiału.
- To akurat będzie głupie. Lepiej widzieć co jest przed nami. Nie uśmiecha mi się w razie co trafić na kolejną dziurę.
- W sumie masz rację. Wiec co? Będziesz spalała swoje ubrania? Jak coś mogę ci użyczyć swoich gaci. - Norn postarał się nieco zażartować by rozładować sytuację. Nawet dostrzegł nikły uśmiech na jej twarzy co wprawiło go w lepsze samopoczucie.
- Czekaj... słyszysz? - Zapytała Bragiego zatrzymując go w połowie kroku. Ten wsłuchał się w ciemność, ale najwyraźniej nie wiedział czego dokładnie ma słuchać, więc pokręcił głową. - Wiatr. Jest głośniejszy więc przed nami musi być jakieś wyjście.

   - I co teraz? - Bragi przycisną się do ściany obserwując obraz przed sobą, zaś Annie również wciskała się w ścianę nie mając pojęcia co zrobić.
Droga przez długi korytarz na szczęście zakończyła się wraz z wypaleniem ostatniego kawałka materiału na prowizorycznej pochodni. Parę minut szli w całkowitych ciemnościach ostrożnie stawiając każdy krok aż na końcu tunelu dostrzegli punkt, który zdawał się być wyjściem. Oboje ucieszeni jakoś żwawiej ruszyli ku wolności, która jednak nie chciała zbyt nadejść łatwo. Wyjście z tunelu prowadziło do jaskini a przed jaskinią majaczyły posępnie żywiołaki ziemi. Dwa duże na jakieś nieco ponad dwa metry kamienne konstrukty bez większego celu przesuwały się w okolicy jaskini nie dając dwójce podróżników szans na odetchnięcie. Swoją drogą Annie uświadomiła sobie, że korytarzem szli z dobra godzinę, więc zdecydowanie bardzo się oddalili od ruin w których zostały ich rzeczy. Jedyne co wzięła z sobą na dól to łuk, miecz, kołczan, koc i zapałki. Z czego koca już nie miała. A patrząc również na zewnątrz była już noc więc wracanie z rannym w nogę jakoś nieszczególnie ją napawało radością. W ogóle dalsza podróż z Bragiem była wykluczona. Może użyć szakala ale nieszczególnie na takim terenie Kalista jej się przyda. Lasy były gęste, drogi kręte i pełno było skał i innych pagórków a także poprzewracanych wielkich drzew które wyrastały co jakiś czas na drodze. Cóż teren był mocno dziki i nie zamieszkały więc nie ma co się spodziewać miłych krajobrazów i przyjaznych terenów jak w Queensdale. A teraz jeszcze te żywiołaki. Jak ona zaczyna nienawidzić tego wszystkiego. Jak bardzo była wściekła na siebie. Mogła przegonić tego norna i iść swoją wcześniej wyznaczoną drogą i nie przejmować się jego zdaniem. Mogła go zostawić w tej dziurze. Mogła zrobić wszystko co tylko podkreśli jej samolubne uwielbienie siebie ale nie... musiała jednak zejść po ten chodzący problem i mu pomóc, wbrew swoim przekonaniom. Wbrew temu co sądziła o sobie i swojej obojętności na otoczenie. Wbrew temu co myślała o tym, że nie obchodzi ją nic poza sobą. Na przekór swoim myślą, że nic nie jest dla niej teraz tak ważne jak zdobycie tego łuku. A jednak postawiła całą swoją podróż pod znakiem zapytania tylko po to by pomóc nieznajomemu, który w sumie przez nią wpadł w tą dziurę. Bo gdyby się nie spotkali, gdyby nie postanowił jej zaprowadzić do twórcy broni to nie znalazłby się w tych ruinach.
- Coś wymyślę... - Szepnęła do Bragiego i powoli ściągnęła łuk z pleców a także wyjęła strzały z kołczanu. - Już w sumie mam nawet plan. - Spojrzała na norna i się do niego uśmiechnęła.
- Powodzenia w takim razie. - Odpowiedział jej również z uśmiechem.
   Annie powoli zaczęła się przesuwać ku wyjściu z jaskini. Nie miała jakiegoś wielkiego planu ale ten który stworzyła na biegu liczyła, że się powiedzie i szybko rozprawi się z przeciwnikami. Gdy już była na tyle blisko wyskoczyła za żywiołaki. W jej ręku pojawiła się lekka łuna jasnego światła, którą rzuciła na ziemie. Lodowy duszek gdy tylko się zmaterializował zaczął biec do żywiołaków po to by spełnić swoje przeznaczenie a mianowicie, uderzyć łapą w ziemie i zniknąć pozostawiając po sobie połać lodu, która miała przymrozić przeciwników. Gdy to się udało, Annie naciągnęła strzałę na łuk, dodając do niej zaklęcie by wystrzeliła z wplecionym zaklęciem odrzucenia. Liczyła, że żywiołak przewrócony od jej strzały się rozpadnie na drobne kamienie z których się składał i niewiele się pomyliła, pierwszy przeciwnik szybko został zlikwidowany, ale gdy skupiała się na jednym nie zwróciła uwagi na drugiego, który już cisnął w nią wielkim kamieniem. Nie miała czasu na reakcję, kamień już w nią leciał. Wtedy tuż przed nią wyrósł Bragii który ją odepchnął a kamień przyjął na siebie. Dziewczyna wylądowała na ścianie wypuszczając łuk z rąk. Ponownie ją to zabolało, bo jednak norn nie był z tym odepchnięciem zbyt delikatny, jednak nie miała czasu aby w ogóle myśleć o bólu jaki spowodowało uderzenie w ścianę jaskini.
   Kątem oka zarejestrowała jak norn gdy tylko dostał kamieniem upadł i niezbyt szybko zaczynał wstawać, zaś pozostały przy życiu żywiołak właśnie miał rzucić w mężczyznę kolejnym kamieniem. Kobieta poczuła wściekłość, nie dość, że wszystko się zaczynało z jej wielkiego planu sypać to jeszcze miała pozwolić by ten natręt który stał się jej towarzyszem w podróży miał tak marnie skończyć? A gdzie jego zdobycie kolejnej legendy? Po co w ogóle miała by się nim przejmować? Kompletnie nie rozumiała tego odczucia które w niej zagościło, mieszanka, złości, żalu, a może i nawet dość sporej determinacji, która sprawiła, że w jej ręku mocniej zajaśniała energia, która miała przywołać ducha natury. Jednak ten duch był zupełnie inny. Większy i to o wiele bardziej od tych które tworzyła do tej pory. A może jej się to wydawało? Może adrenalina którą poczuła w przypływie złości wyolbrzymiła obraz jaki przez chwilę widziała? A widziała wielkiego ducha natury, który swoim uderzeniem zmiażdżył kamiennego żywiołaka a ona chwile po tym poczuła jak energia z niej ulatuje a obraz ciemnie.

Mimetka

  • Towarzysz
  • ***
  • Wiadomości: 533
  • Płeć: Kobieta
  • Naczelna maruda.


   Po raz kolejny pobudka nie należała do przyjemnych. Pomijając całkowicie warunki pogodowe, to Annie potwornie bolała głowa. W życiu nie czuła się tak paskudnie jak dzisiaj. Obrazy z dnia poprzedniego powoli do niej wracały. Niezbyt przyjazna droga a po tym długi i ciemny korytarz, zraniona noga Bragiego, aż w końcu te przeklęte żywiołaki. A ostatni obraz wydawał jej się czymś nierealnym, oddalonym i widzianym przez mglę. Przyłożyła dłoń do czoła i bezwiednie opuściła ją na głowę po chwili żałując tej decyzji. Lekkie stuknięcie dłoni w czoło wywołało mocniejsze uderzenia w głowie, poczuła jak by ktoś od środka walił młotkiem wywołując coraz to mocniejszy ból. Postanowiła po prostu to przeleżeć, dać sobie spokój. Niech jej tam coś tłucze w głowie, niech najlepiej ją zatłucze, bo ma tak paskudne samopoczucie, że nie ma ochoty w ogóle wstać. Co z jej zdobyciem łuku, co...
- Bragi!? - Podniosła się szybko do siadu, czego momentalnie pożałowała bo ponownie zakręciło jej się w głowie. Świat jak opętany zaczął wirować a obraz na nowo powoli się ściemniał. Ale nie tym razem, teraz nie może dopóki nie upewni się co się stało z jej towarzyszem.
- Annie? - Usłyszała jak echo w głowie znajomy głos i odwróciła głowę w jego stronę.
Norn siedział nieopodal niej. Wyglądał paskudnie. Potargane włosy i broda, widoczne cienie pod oczami mogły sugerować, że nie spał on całą noc. Noga dalej zawinięta w brudny koc na którym widniała ciemniejsza plama od krwi, zaś luźno zwisająca ręka na jego boku mogła świadczyć, że do urazów doszedł kolejny. Prawdopodobnie spowodowany upadkiem po oberwaniu kamieniem. No pięknie, pomyślała kobieta. Nie dość, że ona czuła się fatalnie to i Bragii nie wyglądał lepiej a wręcz znacznie gorzej i jak nic potrzebował jakiegoś medyka albo przynajmniej jakiś mikstur leczących, które pomogą mu w miarę doczłapać się do drogowskazu.
   Annie powoli przesunęła głową po miejscu w którym się znajdowali. Dalej to była jaskinia która wczoraj stała się ich wyjściem z korytarza. Jej łuk leżał tuż obok niej, zaś strzały niedbale i nie wszystkie pozbierane wysuwały się z kołczanu. Miecz Bragiego leżał oparty o ścianę tuż koło norna, zaś kobieta leżała pod ścianą na wprost norna. Zdecydowanie już był dzień, ale z swojej pozycji ani w swoim obecnym stanie, nie była kompletnie ocenić jaka może być już pora dnia.
- Jak się czujesz? - Bragii spojrzał spod swoich rozczochranych włosów na kobietę.
- Mogło by być lepiej. - Jęknęła starając się powoli wstać.
Gdy już udało jej się stanąć na nogach, poczuła ponownie lekki zawrót głowy. Nawet nie do końca była pewna czym to jest spowodowane. Czy uderzyła się za mocno w ścianę czy może to co jednak uważa za swoje omamy były jej tworem magicznym, który spowodował u niej takie osłabienie. W sumie jak by się zastanowić duch był znacznie większy więc nakład magiczny również musiał być znacznie większy, a że ona nie ma za dużej praktyki w czarowaniu to właśnie odczuwa tego efekty.
Powoli przesuwając się blisko ściany doszła do wyjścia z jaskini. Spojrzała na niebo oceniając jaka może być właśnie pora dnia. Położenie sugerowało, że jest dość wczesne popołudnie, co niezbyt cieszyło kobietę. Na jej twarzy wypłynął obraz niezadowolenia, dodatkowo potęgowany faktem, że nie ma pojęcia gdzie są. Według tego co wczoraj wyliczyła, tunelem mogli iść nieco ponad godzinę i to dość wolno, więc może nie są jakoś daleko od ruin a co za tym idzie od szlaku jakim się poruszali. Okolica zaś niewiele się różniła od tej wczoraj, pełno drzew i krzaków, kamienie zwłaszcza te po wczorajszych żywiołakach, smętnie leżały przed jaskinią. Annie podeszła do nich i wściekle kopnęła jeden z kamieni, który jeszcze wczoraj składał się na ciało tworu ale szybko znowu tego pożałowała bo młot w jej głowie odezwał się z zdwojoną siła na tyle mocno, że aż ścięło ją z nóg i upadła na kolana. Przeklęty niech będzie dzień kiedy spotkałam tego norna.
- Wszystko w porządku? - Doszedł do niej głos Bragiego co jeszcze bardziej ją zezłościło bo był tak pełny troski o nią a ona właśnie żałowała, że go spotkała.
- Tak, dobrze. - Odpowiedziała mu dość zdawkowo i pomyślała, że trzeba z tego jakoś wszystkiego wybrnąć.
Podniosła się i wróciła do Bragiego. Skoro z dwojga kompanów to ona była bardziej na chodzie zacisnęła zęby starając się ignorować walenie młotka w głowie. Kucnęła koło niego i obejrzała najpierw rękę. Nie wyglądała ona za dobrze, mocno spuchła i zsiniała na przedramieniu. Może złamana? Annie nie znała się na medycynie, tyle co tam kiedyś dawno temu w szkole mówili, że jak się poparzysz to do zimnej wody a skaleczenie to przemyć czymś i w plasterek. Nigdy by nie pomyślała, że kiedykolwiek jakaś podstawowa wiedza o pierwszej pomocy mogłaby się jej przydać. No bo po co? Dama z wyższych sfer to ma własnego prywatnego medyka, gotowego być na każde zawołanie, nawet jak by miało ono dotyczyć ukucia igłą przy szyciu. Choć co prawda do niej przychodził do poważniejszych zabiegów jak niejednokrotne łatanie ją po matczynych zabawach. Nie lubiła tego medyka, za każdym razem z wielką obojętnością przychodził, robił co do niego należało i wychodził. Nie zawsze jego metody były delikatne i absolutnie nigdy nie zapytał się jak mógłby jej pomóc albo przynajmniej jak ona się czuje. Zawsze to była obojętność nigdy nic poza nią. Obojętność starszego brata na sytuację w domu, obojętność ojca, który wielokrotnie jedynie rozkładał ręce i najzwyczajniej w świecie uciekał z domu w swoje ważne sprawy. Całe to szlacheckie i ważne otoczenie, które całkowicie ślepo patrzyło na otaczających ich świat i nie ważne czy ktoś by przyszedł połamany, poturbowany albo z odciętą ręką wszystko było w porządku byle by to nie zaszkodziło ich reputacji albo interesom. Jedna osoba w którymś momencie przestała być na nią obojętna, oboje może potrzebowali tego wzajemnie by w szarości dnia znaleźć kawałek swojego cieplejszego świata. Ale nie trwało to zbyt długo i zakończyło się szybciej niż oboje zdążyli choćby nieco poczuć namiastkę braterskiej miłości. Więc została sama w obojętnym świecie i sama zobojętniała.

   - Paskudnie to wygląda. - Delikatnie zdjęła z nogi Bragiego kawałek materiału, który robił za opatrunek. Rana była dość spora idąca od kolana po całej łydce w dół, zabrudzona i zropiała co również dało się odczuć nosem. Zdecydowanie nornowi potrzebny jest medyk i nie ma ku temu żadnych wątpliwości. Ale od najbliższego drogowskazu są przynajmniej z dobre dwa dni oddaleni a to nie była za dobra wiadomość. - Trzeba to przynajmniej oczyścić... - mruknęła pod nosem i spojrzała na mężczyznę. - Jesteś w stanie wstać?
- Nie bardzo... - Powiedział do niej mocno zawiedzionym głosem. - Noga paskudnie rwie a ręki to nie czuje. - Dodał do tego.
Niedobrze. Zdecydowanie nie wygląda to dobrze. Annie odsunęła się i usiadła po to by schować twarz w dłonie. Myślała intensywnie co powinna zrobić. Udać się po pomoc? Jak zostawi tu norna to skarze go w sumie na śmierć od dzikiej zwierzyny albo innych zagrożeń, które mogą tu czyhać. Zaś skoro ten nie ma jak się ruszyć to zabieranie go w takim stanie do drogowskazu jest kompletnie nie możliwe. Przecież go nie podźwignie a nawet jak by chciała skorzystać z szakala to teren tutaj nie jest zbyt przychylny by ten jej mógł pomóc. Zsunęła dłonie z twarzy i przyglądała się nornowi. Stary już był to było pewne. Zdecydowanie swoje już przeżył i jak by miał tu umrzeć to może nie było by takie złe? Zostawić go i nie przejmować się jego losem. W końcu kto w ogóle się przejmował jej losem i tym co działo się w domu. A może ulżyć jego cierpieniom i po prostu władować w jego serce strzałę. Przynajmniej nie musiałby się męczyć i dogorywać z tą nogą i ręką przez kilka dni trawiony gorączką i bólem. Tak przynajmniej będzie szybko i bezboleśnie. Odda mu przysługę w końcu i skróci jego męki. Bragii zdaje się że zauważył w Annie jakieś mroczne myśli malujące się na jej twarzy i zaśmiał się jak jakiś stary poczciwy człowiek.
- Stary jestem, weź mnie tu zostaw. Najwyraźniej duchy się już o mnie upominają.
Kobiecie zrobiło się nieco głupio gdy to powiedział. Nie sądziła, że jej myśli mogą być tak mocno widoczne na jej twarzy. A może to nie było spowodowane odczytaniem tego co chodziło jej po głowie a sam myślał podobnie do niej.
Annie podniosła się i wzięła swój łuk i pozbierała strzały do kołczanu. Nałożyła je na plecy i bez słowa wyszła z jaskini. Rozejrzała się czy przypadkiem nic nieproszone go się tu nie zbliża, po czym ruszyła w wybranym przez siebie kierunku. Norn jedynie patrzył ja ta odchodzi po czym oparł głowę o ścianę jaskini i ciężko westchną czując jak zaczyna go trawić gorączka.

   Annie odeszła od jaskini na tyle by znaleźć się na bardziej otwartym ternie. Tam wyciągnęła swoją mapę z kieszeni płaszcza i przyjrzała się jej. Najpierw odnalazła na mapie ruiny a później palcem wodziła w około nich szacując w którym kierunku się od nich oddalili. Sądząc po pagórkowatości terenu na jakim była oszacowała swoje potencjalne położenie względem mapy a później wyznaczyła nową drogę do miejsca w którym znajdował się wytwórca broni. Doszła do wniosku, że niewiele zboczyła z wcześniejszej drogi a wieczorem powinna się znaleźć na drodze prowadzącej koło wulkanu a stamtąd już tylko rzut beretem do jej upragnionego celu. To był już trzeci dzień jej podróży który nieubłaganie dobiegał końca uświadamiając kobiecie jak  bardzo jest w plecy z swoim planem. Trzeciego dnia już miała dochodzić do celu a nie być dopiero niewiele ponad połowę drogi  od niego. Złożyła mapę i schowała ją do kieszeni rozglądając się dookoła. Uświadomiła sobie, że strasznie chce jej się pić i jeść ale nie miała czasu aby jeszcze wracać po swój plecak w ruinach. Zdecydowanie wtedy nadłoży dodatkowo drogi i cały jej nowy plan kompletnie runie w gruzach a ona nie wiadomo na ile jeszcze utknie na tym odludziu. Wyciągnęła z kieszeni runę szakala i chwilę się jej przypatrywała zastanawiając się czy jednak ryzykować. W końcu w oddali usłyszała delikatny dźwięk dzwoneczków, które bardzo szybko się do niej przybliżały, schowała runę do kieszeni i spojrzała na Kalistę po czym wskoczyła na nią wydając rozkaz do biegu.

   Tak jak przewidziała, nie było łatwo. Droga przez lasy i pagórki nie należała do ulubionych wybiegów dla tego stworzenia. Kalista z trudem omijała drzewa i w ostatniej chwili przeskakiwała przeszkody a Annie z trudem manewrowała szakalem by nie wpaść na jakieś drzewa, parę razy sama prawie, że spadła z wierzchowca ledwo udając jej się utrzymać w siodle. Kalista również bardzo szybko się zmęczyła co kobieta odczuła na jej zwolnieniu i oraz nie tak szybkich reakcjach na jej rozkazy. Przytrzymała szakala przynajmniej do drogi która nie wyprowadzi jej na ścieżkę pod wulkanem a i tak póki co sporo dzięki Kaliście nadrobiła drogi. Ryzykowne bo ryzykowne ale jednak odczuwała zadowolenie, że dały wspólnie radę. I faktycznie, kiedy Annie ujrzała przed sobą koniec lasu i skalisty teren wznoszący się zdecydowanie za wysoko, zwolniła i odwołała szakala licząc, że ta odpocznie do czasu aż jej będzie ponownie potrzebować. A będzie i tego była pewna.
Teren w około wulkanu był dość ponury, ale Annie nie odczuwała obecnie potrzeby mu się dokładnie przyglądać czy podziwiać krajobrazy dookoła. Było buro, gorąco i niezbyt przyjemnie. Ale nikt nie mówił, że w ogóle ta wyprawa należała do jakiś rekreacyjnych wakacji. Odszukała wzrokiem miejsca na którym miała by znajdować się droga o której wspominał Bragii, przebiegła kawałek w jedną i w drugą stronę aż ją odnalazła. Nie byłą ona jakoś szczególnie oznaczona ale wyróżniało ją to, że wydawała się jak by bardziej udeptana od terenu dookoła a pewności dodawała tabliczka która była wbita tuż przy niej z ostrzeżeniem że teren ten jest niebezpieczny. Ścieżka wiła się pod górę, nie prowadziła ona do krateru wulkanu a omijała go bokiem i po drugiej stronie rozwidlała się dopiero w dwie strony. Właśnie potrzebowała tam dość bo to rozwidlenie już było przedsionkiem prowadzącym do jej celu. Nadal bolała ją głowa i od czasu do czasu miała odczucie że odlatuje gdzieś w nieświadomość, ale póki była na siłach ignorowała to wszystko po to tylko aby w końcu zakończyć tą podróż. Westchnęła ciężko, zacisnęła mocniej pasek od kołczanu i pobiegła.

   Biegać to ona umiała bardzo dobrze. Niejednokrotnie jej treningi polegały głównie na ćwiczeniach fizycznych połączonych z nie lada dużym wysiłek sprawdzającym jej  wytrwałość. Czuła się oczywiście zmęczona i każdy krok sprawiał coraz większe bicie młotka w głowie, ale obecnie liczyło się utrzymanie w miarę stałego tępa i oddechu bo to jest teraz jej klucz do przebiegnięcia jak największego odcinka drogi. Później na chwilę zwolni do marszu by niego dać wytchnienie mięśniom i ponownie rozpocznie bieg. Nie wiedziała tak naprawdę jak długa jest droga, ale póki ma silę i chęci to będzie po prostu biec. I nawet jak opuściła rodzinny dom nie zaprzestała swoich porannych ćwiczeń więc jej ciało nie zapomniało o wysiłku a mięśnie pracowały doskonale.
Jednak jej myśli głównie były skupione na dotarciu do celu przez co kompletnie zapomniała o niebezpieczeństwach jakie mogą tu czyhać a one szybko się o nią upomniały w postaci wyładowania elektrycznego które leciało w jej stronę. W ostatniej sekundzie zdążyła odskoczyć a ładunek minął ją o milimetry. Za nim musiała po raz kolejny uskoczyć zdążyła zarejestrować golema i coś małego z długimi uszami koło niego. Inquest, pomyślała i ponownie uskoczyła. Bragii mówił, że w okolicach znajdują się laboratoria, więc może właśnie była w okolicy jednego z nich a to albo była zbłąkana asura która prowadziła tu badania albo strażnik, który pilnował wejścia do niego. Jednak kobieta nie miała ponownie czasu na zaprzątanie sobie tym głowy bo kolejny ładunek poleciał w jej stronę a ona musiała dać nura za skały, których na jej szczęście było tu dość pełno. Przykleiła się do skały plecami wcześniej zdejmując łuk i strzałę, którą już przyłożyła do cięciwy.
- Jestem tylko podróżniczką – Zakrzyknęła by asura ją usłyszał. - Chce jedynie przejść spokojnie na drugą stronę. - Dodała głośniej licząc, że asura jednak ją puści.
- To jest teren badań mojego Krewe tu się podróżnicy nie zapuszczają. Pewnie chcesz ukraść nasze badania. - Usłyszała wściekłą odpowiedź.
- Zbłądziłam dwa dni temu i to jest jedyna droga jaką znalazłam – Dodała naciągając powoli cięciwę. - Chce jedynie przejść, nawet nie wiedziałam, że tu ktoś może być.
- Kłamiesz! - Asura warknął wściekle. - Powiedz kto cię nasłał to może daruje ci życie.
- Mówię prawdę, nie wiem o czym ty w ogóle mówisz.
- Jasne ja już wiem, że niejeden chciałby przejąć moje laboratorium.
Nad głową Annie przeleciała kolejna wiązka wyładowania elektrycznego z golema a ona słuchała jak ci powoli się zbliżają. Przez całe życie nie widziała tyle golemów co przez ten niewielki czas spędzony z ligą i już nawet raz miała z nimi do czynienia unikając ich ataków. Wiedziała, że jest to dość trudne żeby zdezaktywować takiego golema, bo te miały kryształy energetyczne, które zasilały konstrukty. A ona obecnie ma tylko i wyłącznie jedną szanse aby to zrobić. Przywołała obraz, który zdążyła zarejestrować przed kolejnymi unikami. Kompletnie nie interesowała ją asura, skupiła się na obrazie golema i miejsca gdzie znajdywał się jego kryształ. Jedna szansa na powodzenia na wiele innych możliwości niepowodzenia. Dosięgła powoli drugiej strzały by mieć ją już w ręku. Jedna na golema jedna na asure. Jedna po drugiej i będzie po kłopocie. Jakiś asura z swoim durnym golemem stanął jej na drodze, niedoczekanie. Słuchała ich kroków. Asura jeszcze coś przeklinał do niej wygrażając się w najlepsze a golem oddał kolejne dwa strzały. Annie siedziała, liczyła kroki, swoje oddechy i uderzenia swojego serca a kiedy uznała, że nadeszła odpowiednia chwila wplątała w strzałę zaklęcie odrzucenia i wstała. Kolejne sekundy w jej umyśle zostały zarejestrowane dość wolno. Podniosła się i w mgnieniu oka namierzyła kryształek na obudowie golema, po czym wystrzeliła pierwszą strzałę, ta trafiona w golema nie dość, że strzaskała kryształ to jeszcze odrzuciła złom do tyłu, po tym drugą strzałę którą już miała w pogotowiu skierowała na asure.
- Lekarstwa. - Powiedziała do knypka. - Potrzebuje lekarstw. - Powtórzyła mierząc prosto między jego oczy. Najwyraźniej asura już bez swojego golema nie był tak odważny jak chwilę wcześniej bo nieco wystraszony uniósł łapki do góry, skinął głową. - I transportu – Dodała ciskając na asura złowrogim spojrzeniem.

   Pierwotny plan Annie gdy opuszczała jaskinię zakładał aby jak najszybciej dostać się do domu wytwórcy broni. Jednak zamiast prosić o broń miała zamiar prosić o lekarstwa i pomoc dla Bragiego. Mimo sprzecznych z sobą myśli jakoś nie umiała zostawić starego norna na pastwę losu. Choć i tak opuszczenie go było dla niej dość ciężkie bo bała się, że gdy wróci jednak ten już nie będzie żył, ale będzie miała poczucie, że przynajmniej się starała, że chciała mu pomóc. A zostając z nim w jaskini bez żadnych medykamentów raczej by tylko towarzyszyła mu w jego ostatnich chwilach, a z tym nie umiała się do końca pogodzić, choć gdzieś tam w głębi jednak nie raz chciała już go zostawić i dać mu skonać. Temu ryzykowała jazdę z szakalem bo w sumie mogła się z nią gdzieś rozbić na jakimś drzewie i stracić ją na parę dni, żeby znowu musiała się regenerować, ale jednak się udało jakoś przebrnąć przez dłuższy kawałek drogi. Również jak tylko znalazła się u stóp wulkanu odwołała Kalistę po to by ta odpoczęła i była gotowa na drogę powrotną by jak najszybciej dostać się do Bragiego. Asura zaś z golemem, mimo że stworzyli dla niej zagrożenie okazali się bardzo dobrą alternatywą, która pozwoli jej zaoszczędzić trochę czasu i szybciej wrócić do norna i mu pomóc. Bo pomoże, prawda? Nurtowało ją to pytanie.
   Teraz stojąc przed ukrytym między skałami wejściem do Ingquestowej placówki badawczej czuła jak ma nóż na gardle. Nie wiedziała czego może się spodziewać, bo przecież takie asury na pewno mają pełno zabezpieczeń a ich ilość w środku może być kompletnie zbyt duża aby w ogóle tym razem się do niej szczęście uśmiechnęło.
- Pamiętaj, jeden fałszywy ruch a nim zdążysz pomyśleć o Wiecznej Alchemi już będziesz mógł sam się przekonać czy ona istnieje. - Zagroziła asurowi szturchając go końcem strzały w jego głowę. Cały czas trzymała łuk z naciągniętą strzałą właśnie w jego głowę.  - Chce tylko lekarstwa, bandaże, coś na złamaną rękę i coś co pomoże mi przetransportować rannego kolegę do drogowskazu oraz wodę i prowiant. Jak mi to dasz to rozejdziemy się każde w swoją stronę.
Starała się brzmieć groźnie i stanowczo ale w głębi ducha bała jak się jak nigdy dotąd. Na własne życzenie pchała się właśnie w paszczę lwa i nie wiedziała jak bardzo to może jej się odbić. Asura jedynie skinął jej głową i otworzył przejście do swojego laboratorium.
   Annie zobaczyła długi korytarz oświetlony kryształkami a tuż za wejściem stały dwa golemy, zaś na końcu korytarza dostrzegła kolejne wejście. Popatrzyła po ścianach ale nie umiała ocenić czy w nich znajdują się jakieś dodatkowe zabezpieczenia, lasery czy inne wynalazki, które szybciej jej odbiorą życie niż ona zdąży zareagować. Asura przeszedł przez wejście a golemy nie zareagowały, podszedł do ściany i stuknął w nią po czym pojawiła się konsola, Annie obserwowała to wszystko starając się zachować jak największą czujność.
- Przynieść mi apteczkę z miksturami i bandażami, lewitujące nosze i prowiant z wodą. - Odezwał się do konsoli a po tym spojrzał na dziewczynę. - Nie będę cię dalej zapraszał jak oboje tego nie chcemy.
Uśmiechnął się nieco ironicznie do Annie a ona to odwzajemniła tym samym. Z dość dużym niepokojem zerkała w głąb korytarza mając wrażenie, że minęła cała wieczność za nim drzwi po drugiej stronie się otworzyły a w nich pojawił się kolejny asura który po zrobieniu kilku kroków i zobaczeniu co się dzieje po drugiej stronie stanął nie wiedząc co zrobić. Patrzył to na Annie to na prawdopodobnie swojego lidera. Zamrugał kilka razy i widząc gest dłoni lidera, przywołujący go do siebie niepewnie ale ruszył w ich stronę. Blondynka obserwowała to jednego to drugiego modląc się w głębi ducha aby jednak nic się złego już nie wydarzyło. Asura z apteczką i noszami złożonymi póki co podszedł do nich i spojrzał się pytająco na oboje.
- Weź to – Powiedziała Annie do lidera krewe – Wyjdziesz ze mną, położysz to na ziemi i wrócić do środka zamykając drzwi z sobą.
Annie uznała, że w momencie kiedy by odebrała rzeczy od asura musiała by go spuścić z muszki a to oznaczało, że w każdej chwili mogli by ją zaatakować. Jednak jak oddali się od złowieszczo stojących po bokach golemów, będzie kazała asurowi wrócić i zamknąć drzwi za sobą zyska moment, w który pochwyci rzeczy i szybko z nimi odbiegnie. I to była jedyna możliwość jaką obecnie widziała za najbardziej realna w daniu jej szans na bezpieczną ucieczkę. Asura potulnie wykonał prośbę kobiety i wraz  z nią mając na swoją głowę wycelowaną strzałę, oddalił się kawałek po czym odłożył fanty na ziemie. Annie zaś kiwnęła mu głową że ma spadać do swojego laboratorium cały czas w niego mierząc z łuku. Gdy drzwi od laboratorium się zamknęły, kobieta chwyciła leki i zaczęła biec przed siebie by się oddalić stąd jak najszybciej. Nawet nie oglądała się za siebie woląc nie mieć świadomości, że za chwilę masa golemów i wściekłych asur rzuci się w pogoni za nią. Biegła przed siebie ile tylko miała sił w nogach trasą jaką pamiętała gdy asura ją prowadził do laboratorium a gdy w końcu trafiła na leżący nieaktywny golem na ziemi, skręciła w drogę z której przybyła wcześniej. Dzień już dawno zamienił się w noc i na takim pustkowi ledwo już było cokolwiek widzieć. Droga nie była kompletnie niczym oświetlona a jedyne źródło światła jakie było to gwiazdy i księżyc na niebie, ale liczył się teraz czas. Zdobyła leki i nosze które ułatwią jej zabranie Bragiego do medyków. Wróci po ten łuk najwyżej kiedy indziej, lepiej przygotowana i może nie koniecznie już sama, ale na pewno nie zrezygnowała z tego pomysły. Co prawda będzie jej strasznie ciążyło, że musiała obejść się smakiem będąc jednak tak blisko, ale mimo jej wewnętrznego potwora który chciał zostawić norna na pewną śmierć, wybrała jednak że chce mu pomóc, mimo że przeklinała go w głębi ducha. Przez te myśli dziewczyna się potknęła i przewróciła. Stoczyła się kilka metrów z górki i mocno poobijała, ale ściskała apteczkę byle tylko jej nie wypuścić.
- Do jasnej cholery!!!
Krzyknęła z całych sił jakie tylko jej pozostały gdy już się zatrzymała i podniosła. Jak ona miała już tego dość. Jak nienawidziła i przeklinała to wszystko w najlepsze, tupiąc, skacząc i wściekle kopiąc każdy napotkany kamień. Na chwilę obecną jak by ktoś z znajomych ją spotkał, kompletnie by jej nie poznał, dziewczyna miała w fatalnym stanie płaszcz, cały poobdzierany i brudny, jej włosy były potargane i skołtunione w niektórych miejscach a cała jej buzia zakurzona z jaśniejszymi stróżkami od potu. Paznokcie połamane a na dłoniach pełno zadrapań od wspinaczki, nie wspominając o tym, że jej dyskretna ale zawsze piękna kompozycja perfum dawno już uleciała zastąpiona zapachem potu i stęchlizny która do niej przylgnęła po wędrówce po długim i ciemnym korytarzu. Wyglądała koszmarnie i tak też się czuła a gdy się wyładowała na wszystkich znanych jej bogów, alchemii i innych wierzeniach, ruszyła ponownie przed siebie sprawdzając czy runa szakala jej nie wypadła oraz czy łuk się nie połamał. Niestety w kołczanie zarejestrowała utratę znacznej ilości strzał jakie miała przy sobie i z smutkiem stwierdziła, że zostały jej trzy. A wracać i szukać w ciemności nie będzie by marnować czas, którego i tak uznała że ma zdecydowanie za mało i powinna wrócić jak najszybciej do jaskini.

   Gdy zbliżyła się do miejsca w którym poprzednio odwołała szakala zatrzymała się ponownie. Las który przebiegła po południu z Kalistą wydawał się teraz ciemną i nieprzyjazną otchłanią, która tylko czeka jak potencjalna ofiara do niej wpadnie.  Zakładała, że od wytwórcy broni będzie wracać dopiero nad ranem więc uznała, że obecnie ryzyko pokonywania tego lasu z szakalem jest zbyt poważne. Nie przewidywała, że spotka asurę którą wykorzysta, więc jej obliczenia zakładały, że do swojego pierwszego celu dotrze w środku nocy i dodając czas który tam chwilę spędzi plus przedarcie się ponowne przed drogę przy wulkanie, stawiał ją przed tym lasem, kiedy słońce miało wschodzić. A obecnie przez nieprzewidywalną zmianę planów była na skraju lasu w samym środku nocy. Szakal odpadał... Nawet wędrówka na własnych nogach przez ciemność jaką oferował las była i tak głupotą, ale jaki miała wybór. Mogłaby tu jednak przeczekać te kilka godzin i odpocząć aby ruszyć z samego rana, ale świadomość, że Bragii właśnie może tam w każdej chwili wyzionąć ducha albo coś może go zaatakować pod jej nieobecność nie dała by jej możliwości odpoczynku. Ciągle by te myśli wierciły by w jej głowie okropne obrazy a ona i tak już czuła się paskudnie, nie potrzebowała jeszcze dodatkowych bodźców pogarszających jej paskudne samopoczucie. Z ciężkim bólem westchnęła  kręcąc głową by odgonić jakieś natrętne myśli a po tym wzięła większe wdechy i weszła między drzewa.
   Doga tak jak zakładała nie należała do prostych. Las skutecznie blokował światło księżyca i popadał w mroku a każdy jej krok stawiała z dużą dozą ostrożności dwa razy sprawdzając stopą stabilność podłoża. Ledwo widziała cokolwiek przed sobą a ziemia była niczym jedna wielka niekończąca się czerń przeplatana cieniami i wywołująca szelesty od uginających się od jej ciężaru liści i łamanych gałęzi. Każdy dźwięk jaki wywoływała miała wrażenie, że niesie się niesamowitym echem po całym lesie alarmując leśną zwierzynę, że właśnie ktoś obcy chodzi po ich terenie i należy go zjeść ale mimo swoich obaw starała się nie zwalniać kroku, tylko łapiąc się kolejnych drzew utrzymywała ślepo kierunek w którym miała się poruszać i starając się nie przewrócić. Oczywiście kilkukrotnie upadła oraz nie raz słyszała podejrzane dźwięki w około siebie ale starała się je ignorować by nie dać się zwariować. Za każdym razem wmawiała sobie, że to zwykły mały i puchaty zajączek gdzieś przebiega, albo wiewiórka czy jeż, absolutnie wykluczała wszelakie inne zwierzęta dużo większe od tych którym przepisywała odgłosy. Po prostu wolała o tym nie myśleć, bo czuła jak samo myślenie o tym może ją sparaliżować przez co się rozproszy i straci tępo oraz kierunek w jakim szła. Póki była skupiona po prostu stawiała krok za krokiem i dla zajęcia myśli, liczyła każdy kolejny postawiony przez nią krok. Uparcie patrzyła tylko przed siebie, nie rozglądała się w ogóle. Póki nie ujrzy czegoś innego niż ciemność przed sobą to nie ma w ogóle mowy by mogła zwolnić. Choć niekiedy przez korony drzew przebijało się światło księżyca a Annie dostrzegała to kątem oka nawet nie raczyła tam spojrzeć. Ma swój kierunek do którego ma iść i póki nie wyjdzie z tego lasu nie spuści go z oczu.

   Nie wie ile szła przez ten las, była zajęta liczeniem kroków i utrzymaniem tępa ale w momencie kiedy tylko drzewa zaczęły rzednąć a między pniami zaczynała powoli wyłaniać się oświetlona polana, przyśpieszyła. Byle by tylko wyjść z tego lasu, już nawet nie patrzyła na to czy się przewróci czy też nie. Po prostu polana oznaczała, że jest niecałe pół godziny drogi od jaskini, prostej drogi więc może skorzystać z szakala i znaleźć się na miejscu w zaledwie w kilka minut. I wtedy będzie wiedziała czy całe to poświęcenie które właśnie przeszła było warte zachodu czy jednak wszystko pójdzie na marne.
Ledwo postawiła jedną nogę poza las a już miała w ręku runę, nim cała wyszła z lasu Kalista już nią nią czekała. Szybko ją dosiadła i pobiegła z nią do jaskini, pokonała drogę ale i tak uznała, że było to zbyt długo. Jaskinię opuściła wczesnym popołudniem a teraz był środek nocy albo przynajmniej zbliżała się godzina świtu, więc norn był zdecydowanie za długo pozostawiony sam sobie. Poraniony z świadomością, że może się z tego nie wylizać a kobieta go zostawiła na pastwę losu. Mimo, że sam tego chciał, to jednak go zostawiła. Ale wróciła i zaraz wszystko naprawi, nie pozwoli by Bragii umarł a po tym zabierze go na tych noszach do drogowskazu i stamtąd już tylko do medyka. Da radę, przecież teraz z lekami, prowiantem i noszami powinno być znacznie łatwiej nie po to bogowie postawili tą asurę na jej drodze by to wszystko poszło na marne. Tylko Bragi musiał żyć.
- Bragi! - Zeskoczyła z Kalisty i wbiegła do jaskini. - Bragi! - Serce biło jej jak opętane gdy podchodziła do sylwetki norna, który się nie ruszał. Może spał?
Gdy kobieta go dotknęła zarejestrowała, że ten ma wysoką gorączkę więc na dobrą sprawę dla niej to był dobry sygnał. Przynajmniej norn żył a jak żył to mogła mu pomoc. Szybko dobrała się do medykamentów. Najpierw wylała misktrurę na ranę na nodze, która była podpisana jako płyn oczyszczający, następnie znalazła coś co było podpisane jako dezynfekujący a po tym poleciało już wszystko co tylko było podpisane jako leczące, gojące czy znieczulające. Absolutnie nie wiedziała co ma robić ani w jakiej kolejności używać fiolek, ale skoro są leczące to chyba nie zaszkodzą. Choć nawet gdzieś przez chwilę pomyślała, że może to trucizny ale porzuciła tą myśl uznając, że już niepotrzebnie zaczyna panikować. Na końcu znalazła jakąś maść która też była podpisana jako do gojenia więc wysmarowała nogę norna grubą warstwą i owinęła bandażem, który również był w apteczce, wiążąc go dość nieudolnie. Ale najważniejsze że się trzymało. Najgorsze było, że nie wiedziała co ma zrobić z jego ręką, więc też po prostu powylewała co się dało na nią i owinęła bandażem. Gdy już to wszystko skończyła wyjęła pakunek z prowiantem i gdy tylko znalazła butelki z wodą od razu jedną wypiła duszkiem. Dopiero teraz odczuła przeraźliwe zmęczenie które nagle ją zbiło z nóg. Usiadła opierając się o ścianę i jeszcze zdążyła podciągnąć kolana pod brodę a następnie odpłynęła.

Mimetka

  • Towarzysz
  • ***
  • Wiadomości: 533
  • Płeć: Kobieta
  • Naczelna maruda.

   Poczuła miękkość poduszki i ciepło kołdry a także jej twarz muskał delikatny wiatr, który dopieszczał ją wpadającymi promieniami słońca. Było przyjemnie i ciepło a jeszcze nie otworzyła oczu i nawet nie miała zamiaru. Uwielbiała wylegiwać się pod pościelą przy otwartym oknie, które wpuszczało przyjemny powiew świeżości zwłaszcza jak zza oknem śpiewały melodyjnym głosem ptaki. Jeszcze chwilę się poleni i dopiero wtedy pójdzie na trening, zdecydowanie nie miała ochoty jeszcze się ponosić. Jednak nagle usłyszała jak drzwi do jej pokoju z wielkim impetem się otwierają  a gdy otworzyła oczy ujrzała wściekłą twarz matki.
- WSTAWAJ!

   Stała z opuszczoną głową, ręce bezwiednie spuszczone w dół powoli zaciskały się coraz mocniej w pięść aż powoli zaczynały jej sinieć palce. Miała całkowitą pustkę w głowie, nic kompletnie się nie pojawiało. Żadna myśl, żaden pomysł... nic. Tylko deszcz i wiatr przemykający w złowrogim jęku w około, aż w którymś momencie ciszę jedynie przerwał  dźwięk pioruna, który na chwilę oświetlił okolicę ukazując jak z jej policzków nawet nie płynie ani jedna łza. Nawet nie umiała zapłakać, nie umiała odpowiednio oddać swoich emocji. Nie mogła, to zawsze było postrzegane jak słabość a nikomu nie można pokazać, że jest się słabiakiem bo tylko wystawiasz się na ból i cierpienie a także na to, że ktoś to wykorzysta przeciwko tobie. Ale przecież teraz stoi tu sama i nikt nie zobaczyłby że uroniła trochę łez. Co by się stało? Nikt by nie powiedział, że okazuje słabość, nikt by nie wyśmiał jej czy nie chciał obrócić jej bólu przeciwko niej. A jednak nie umiała, tylko coraz mocniej ściskała swoje ręce w pięść licząc, że kiedyś będzie umiała zapłakać za kimś. Kolejny piorun przeszył niebo a na nią wylało się więcej zimnego deszczu, którego zdawało się, że w ogólnie nie odczuwała. Nawet nie wiedziała czy jej przykro. Odeszła i opuściła cmentarz w milczeniu zaś niebo ponownie przeszyła kolejna błyskawica, która szyderczo śmiała się z jej obojętności na śmierć swojego brata.

   Tradycją stało się to, że w ostatnich dniach, momenty przebudzenia nie należały do zbyt przyjemnych, jak nie chód to ból głowy, zaś dzisiaj wszystko się z sobą skumulowało dodając do tego obolałe mięśnie, potłuczenia i dodatkowo wybitnie beznadziejne samopoczucie. Była brudna, śmierdząca, głodna i kompletnie zrezygnowana z wszystkiego. Całą noc praktycznie spędziła w pozycji siedzącej i obudziła się przez to odrętwiała. Nawet nie chciała spojrzeć w stronę Bragiego, tylko oparła głowę o ścianę jaskini i odwróciła wzrok w przeciwnym kierunku. Patrzyła nieco bez wyrazu w jeden punkt, który zaczął się zlewać w całość z otoczeniem tworząc jedną wielką plamę pozbawioną kształtu i wyrazu a jego kolor był tak samo nijaki jak jej wnętrze. Jedna wielka papka wyzbyta wyrazistości, okrutnie zlewająca się z tłem. Gdzie się nie ruszy zawsze będzie tylko taką beznamiętną papką pozbawioną empatii, nie wyróżniająca się i jedynie będącą tłem w świecie, nic nie znaczącym pyłem niesionym przez wiatr, na którego nie warto zwrócić swojej uwagi. Jest jedynie zepsutym trybikiem w wielkiej machinie, która napędza losy każdej rasy prowadząc do czegoś większego, zaś ona niczym skaza, kaleczy tą machinę zwaną życiem.
   Podniosła rękę by odgarnąć przylepione do jej twarzy włosy i ponownie oddała się swoim ponurym myślą, którymi torturowała się od niepamiętnych czasów, wmawiając sobie te wszystkie okrucieństwa a nie dostrzegając w sobie nawet jednej wartościowej zalety. Każda próba, bunty kończyły się dla niej fiaskiem a każdy najmniejszy przejaw własnej woli jedynie prowadził do tego samego co zawsze. Demony niedawnej przeszłości w żaden sposób nie chciały ją opuścić i teraz ponownie zawodziły dzikim śmiechem, drwiąc z jej marnej próby kosztowania wolności i decydowaniu o swoim losie. I tym razem zawiodła samą siebie i tym razem próba okazała się jedynie kaprysem, który powinien ją już dawno temu  znudzić i z podkulonym ogonem wrócić do domu. A ona jednak obrała swój kierunek w którym uparcie starała się utrzymać i ewidentnie wszystko poszło źle.

   Nie znała się na asuriańskiej technologii więc chwilę jej zajęło za nim rozłożyła nosze i uruchomiła kryształki, które wprawiły mechanizm lewitacji w ruch, gdy już ogarnęła jak to wszystko działa wyłączyła kryształki i doszła do wniosku, że już nie może dłużej zwlekać i musi ruszyć w drogę. Podeszła do Bragiego i zaczęła go wciągać na nosze. Bezwładne ciało norna było wielkie i ciężkie więc za nim udało jej się wciągnąć norna na nosze napociła się i najęczała a gdy już mężczyzna wylądował na cudem zdobytych noszach, usiadła by złapać na chwilę oddech. Nawet nie patrzyła na Bragiego gdy ponownie uruchomiła kryształki w urządzeniu, po tym pozbierała resztki swoich rzeczy a miecz norna wcisnęła jeszcze na tragi. Gdy wyszła z jaskini nawet się nie odwróciła na nią gdy ciągnęła norna za sobą. Chciała już zapomnieć o tym miejscu i nigdy więcej, choćby w snach nawet do niego nie wracać. I szczerze, nie miała bladego pojęcia co powinna zrobić. Gdzie iść, co zrobić z Bragim albo czego nie robić, czy iść do karczmy czy może do wytwórcy broni?
W końcu tam miała iść więc czemu nagle wizja, że odnajduje go i zdobywa nowy łuk nie wydawała się dla niej wcale przyjemna a wręcz odczuwała gorzki smak w ustach na samą myśl o tym. Jak by się tu nie pojawiła przez swoje własne widzimisię, to nigdy by do tego nie doszło. Bragi by jej nie spotkał i nie zdecydował by się na podróż z nią, zaś ona jak by nie jej głupota na pewno nie udawałaby się tu samotnie więc i nawet jak by spotkała Bragie, to mając swoich towarzyszy nie potrzebowała by jego pomocy. Wszyscy byli by szczęśliwi i każdy by poszedł swoją drogą, drogą które nie powinny się nigdy razem spleść w jedno a ona nie miała by tak przytłaczającego uczucia poczucia winy. Że to wszystko jej wina, że to przez nią do tego doszło, przez jej samowolkę, pragnienie i poczucie że może mieć wszystko co tylko zapragnie by ponownie zagłuszyć swoje poczucie beznadziejności i na jakiś czas zalśnić ponownie swoimi umiejętnościami byle by tylko ją podziwiano, byle by tylko na  nią patrzono bo będzie jedną z najlepszych. A tu jednak taki psikus od losu i wszystko to zdaje się trywialne w porównaniu do tego co obecnie odczuwała jako priorytet, tylko nie miała pojęcia jak to zrobić. Na chwilę się zatrzymała by złapać oddech i nieznanym płomieniem który tlił się w jej oczach ruszyła w jedyną stronę  którą mogła iść aby jak najszybciej wyratować Bragiego.

   Bragii miał bardzo płytki oddech a gorączka się utrzymywała, przez co w żaden sposób nie mogła dobudzić norma. Domyślała się, że jedną nogą jest już w mgłach i coś nie wydaje jej się by śpieszył się z powrotem. Kobieta tuż przed opuszczeniem jaskini jeszcze powylewała wszelakie mikstury lecznicze jakie tylko jej zostały, i ponownie nałożyła maść na ranę a po tym ją zabandażowała, ale najwyraźniej to nie pomagało, bo noga norna wcale nie chciała nawet zacząć wyglądać lepiej. Cały czas była zapaskudzona ropą i wyglądała jak by jakieś wyjątkowo paskudne zakażenie ją trawiło. Tak naprawdę nie wiedziała o co się skaleczył w tym tunelu a przecież mogło to być wszystko od zwykłego patyka po stare kości jakiś zwierząt czy bardziej rozumnych istot, a może w ranę dostało się coś jeszcze bardziej paskudnego co mogło nieść w sobie jakiś rodzaj klątwy. Przecież tam mogło być wszystko a jak zawsze to sprowadzało się tylko do poczucia jej winy. Trzeba przyznać, norn był stary i nawet na samym początku sama z własnej woli pragnęła go zostawić na pastwę losu aby sczezną w tej jaskini czy dziurze w którą spadł. Przecież jak by zrobiła to wtedy teraz już by miała to co chciała i zapewne nawet nie poświęciła by ułamka sekundy na rozpamiętywanie norna. Ale nie... Ta cała bylejakość jej wnętrza stwierdziła że musi zrobić coś więcej niż tylko dla siebie, bo później, kiedyś obudzi się w niej poczucie winy, że to jej wina i nie będzie umiała sobie tego wybaczyć a to jedynie będzie prowadziło do tego, że nigdy nie będzie umiała szczerze poczuć jakiś emocji i je odpowiednio przepisać do smutku. Tak jak wtedy gdy stałą nad grobem brata, chciała zapłakać, ale w głębi duszy to się cieszyła, że już go nie ma, że nie musi się męczyć i może jest w lepszym miejscu, do tego jeszcze poczucie jego samolubności, bo jak mógł ją tu samą z tym wszystkim zostawić? Ale nie tym razem. Teraz postanowiła iść ponownie do asur. Były pół dnia drogi od jej położenia i obecnie są jedyną i ostatnią deską ratunku dla Bragiego, bo przynajmniej musiała liczyć około dwóch dni do najbliższego drogowskazu a tyle czasu to nie miała. Oczywiście nawet nie łudziła się na to że asury postanowią jej pomóc, ale nie widziała innego wyjścia. Z osobą na pograniczu śmierci nie mogła wybrzydzać a jedynie starać mu się za wszelką cenę pomóc. Choć sama nie rozumiała czemu jej tak zależy by to zrobić.
   Ta myśl ją trawiła już od dłuższego momentu, przecież to był kompletnie nie znany dla niej norn a do tego nie proszony w jej podróży. Nawet jakoś szczególnie nie zabiegała o to by starać się z nim o czymś porozmawiać czy go poznać, sama wyjść z jakimś pytaniem, zainteresować się czy ma rodzinę, dzieci, gdzie mieszka albo jakie już krążą legendy o nim. Nic, zero inicjatywy z jej strony. Obca osoba, z której najlepiej po wszystkim miała by się już nie spotkać, więc po co ma się interesować jego życiem. Niech każdy pilnuje swojego nosa, powtarzała sobie jak mantrę spędzając z nornem podróż. Niech go nic nie interesuje i przestanie gadać, niech nie pyta i nie wtrąca ani nie wyraża opinii o krajobrazach czy innych elementach natury który ich otaczały, miała to delikatnie rzecz ujmując w nosie. Przecież świat jest tak zbudowany, że każdy interesuje się tylko własnym czubkiem nosa a gdy próbuje wejść w twoje życie to tylko po to bo  czegoś chce, widzi w tym interes lub chce wykorzystać. Pomijając choćby świat z którego pochodzi to czy to choć w gildii, czy znajduje jakieś większe różnice? Nieszczególnie je dostrzegała a przynajmniej jak takowe były to ich nie zauważała. Jedni podpierają ściany zasłaniając twarze maskami czy szalikami, inni przychodzą się jedynie napić albo porozmawiać o kompletnie nie ważnych sprawach, a wszystkich, cały świat łączy tylko jedna wspólna cecha: dbanie o swój tyłek. I nie ważne czy pokazujesz jaki jesteś prawy rycerz, zdegenerowany pijaczyna czy szlachcic lub zwykły rybak i tak wszystko będzie się sprowadzać do tego aby dbać o siebie i swoje potrzeby. I w takich przekonaniach Annie się wychowała więc też tylko dbała o siebie i swoje kaprysy ale najwyraźniej jeden z jej kaprysów przesunął nawet i jej nieczułą i pozbawioną sensu istnienia granicę.
   Zostawić kogoś na pewną śmierć i nie zrobić czegokolwiek aby postarać się ratować jedno istnienie, które z własnej i nieprzymuszonej woli postanowiło jej podać pomocą dłoń a ona mimo tego, tak bardzo nie umiała tego docenić. Więc teraz ciągnie na noszach już prawie martwego poczciwego norna przez las i zaklina wszystkie duchy w które ten wierzy, że jak asury jej nie pomogą to osobiście je wszystkie pośle do wiecznej alchemii.

   Gdy dotarła pod wejście do laboratorium asur nie miała już siły. Starała się całą drogę utrzymywać  szybkie tępo wiedząc, że ma mało czasu. Za nim w ogóle odnalazła drogę straciła też sporo czasu. Golem którego w nocy sprzątnęła liczyła, że ułatwi jej odnalezienie miejsca w którym zboczyła z trasy by odnaleźć wejście do laboratorium, ale najwyraźniej asury go zabrały, więc gdy to sobie uświadomiła musiała wytropić ślady, które by ją zaprowadziły ponownie do celu. Nie należało to do zbyt prostych, ponieważ asury zadbały o to aby nie zostawić po sobie choćby cząstki swojego istnienia, ale gdy krążyła mając wrażenie, że ciągle kręci się wkoło, trafiła na niewielki metalowy odłamek, choć mogło to tu być przez przypadek i nie pochodzić od golema, to był jedyny trop jaki znalazła i zaczęła się kierować w stronę kolejnego skupiska skał tego dnia. Tym razem okazało się to w końcu strzałem w dziesiątkę i rozpoznała wejście do laboratorium.
Przyśpieszyła kroku i zatrzymała się dopiero pod samymi drzwiami rozglądając się za jakąś konsolą którą wczoraj tamten asur użył do otwarcia drzwi ale nic nie znalazła, choć przemacała całe drzwi i ścianę dookoła. W końcu zrezygnowana zaczęła walić w te drzwi, krzycząc i błagając o pomoc. Waliła i zawodziła tak z prawie godzinę i nic poza jej własnym echem jej nie odpowiadało. Czuła, że ma już zdarty głos i ledwo jest w stanie cokolwiek powiedzieć, że ręka ją boli od ciągłego walenia w drzwi, że spuchła i zaczęła krwawić od ciągłego walenia, aż w końcu opadła na kolana i spuściła głowę starając się po raz kolejny zebrać w sobie siły by jakoś te przeklęte drzwi otworzyć.
   Aż w końcu ustąpiły a w nich stanął asura do którego mierzyła w nocy z łuku i patrzył na nią jak na asurę przystało, z góry i ignorancko.
- Mieliśmy się już nigdy więcej nie spotkać. - Powiedział na miłe dzień dobry.
- Mój towarzysz umiera, potrzebuje pomocy.
- I że niby ja mam mu pomóc? Wzięłaś wczoraj medykamenty – Asura wyjrzał zza Annie by spojrzeć na nosze a na nich kompletnie nie przytomnego Bragiego. - I nosze. - Dodał.
- Wiem, ale nie mam wyboru, tam gdzie byliśmy do najbliższego drogowskazu miała praktycznie dwa dni, do was tylko pół dnia. Uwierz nie przychodziłabym tu gdybym nie musiała.
   Annie patrzyła na asure a ten z pełną obojętnością miną kompletnie nic sobie nie robił z tego co mówiła Annie. Za nim asura w ogóle się odezwał minęły wieki w których to w głowie kobiety zaroiło się miliarda różnych planów aby jakoś wybrnąć z tej sytuacji, od zwykłych gróźb po zabicie asura łącznie z całym jego krewe aż po najbardziej abstrakcyjne pomysły które kompletnie nie były możliwe do zrealizowania. Ale się pojawiły i Annie była gotowa nawet i z nich skorzystać.
- Dobrze, ale ty tu zostajesz. - Powiedział asura i zamknął drzwi a kobieta poczuła jak kamień spada z jej serca.

   Niedługo po tym pojawił się lider krewe w asyście trzech innych przedstawicieli tej rasy. Jeden z nich mierzył do Annie z broni a drugi w razie co mierzył w norna w ramach środków ostrożności. Na początku zrzucili z noszy miecz należący do Bragiego a później sprawdzili dokładnie czy norn nie ma innej ukrytej broni a także obmacali nosze. Kiedy uznali, że norn nie jest jakąś pułapką i faktycznie mężczyzna potrzebuje pomocy wprowadzili nosze do środka i żaden nawet nie spojrzał na blondynkę by cokolwiek powiedzieć a jedynie zamknąłi drzwi. Annie została sama.
   Ale mimo tego nagłego poczucia osamotnienia odczuła ulgę. Teraz wszystko zależy od tego jakimi środkami i medykiem dysponują asury. Ale w takim laboratorium przecież musi być dobre zaplecze medyczne, w końcu nie wiadomo jakie badania prowadzą, zresztą co to za placówka badawcza bez medyka, zwłaszcza w tak zdradliwych rejonach jakie są okolice wulkanu. Kobieta usiadła na ziemi nieopodal wejścia, liczyła że jak tylko stan Bragiego się zmieni to chociaż ktoś przyjdzie jej o tym powiedzieć a modliła się do wszystkich bogów o to aby norn przeżył. Nawet już nie chciała iść do wytwórcy broni. Już miała to kompletnie gdzieś, chciała tylko usłyszeć dobrą nowinę i wrócić do karczmy by się wykąpać, najeść i iść spać by wszystko już wróciło do swojej codziennej bezsensownej i bezcelowej normy jaką prowadziła do tej pory. Oparła głowę o skałę i patrzyła jak leniwie przesuwają się chmury po niebie. Jedna druga, kilka naraz... dużo za dużo ich w końcu zliczyła... jedna za drugą odmierzały przemijający czas. Najpierw minuty, później te przerodziły się w godziny aż niebo zrobiło się różowo pomarańczowe, by przejść w purpurę i w końcu ustąpić miejsca nocy. Za długo, pomyślała. Za długo to trwa. A jak te asury zabiły Bragiego a ona tu czeka na nie wiadomo na co? Wstała, choć poniesienie się ją zabolało, bo po ostatnim nadwyrężaniu ciała czuła jak każda drobniutka część w niej odzywa się i błaga o relaks i odpoczynek, ale na to jeszcze nie było czasu. Zaczęła krążyć nerwowo w około wejścia do laboratorium asur, może znowu zacząć się dobijać? Ale jak ich zdenerwuje to gotowi faktycznie jeszcze skrzywdzić i ją i norna, musi czekać cierpliwie bo przecież jest na co czekać. Na dobre wiadomości których tak bardzo pragnie i musi je usłyszeć, bo jak ich nie usłyszy to sobie nie daruje, wysadzi te cholerne ruiny w powietrze, żeby już nigdy nikt tam nie zrobił sobie krzywdy, zasypie w cholerę tą jaskinie a asury sama własnoręcznie ukatrupi a później pogrzebie ich w środku, będzie gotowa zniszczyć wszystko co tylko przyczyniło się do tego wypadku i co może jej o nim przypominać. Zatrzymała się... Wszystko co się do tego przyczyniło, czyli ona w głównej mierze. Na szczęście nie musiała za długo oddawać się tym myślą bo drzwi od laboratorium się otworzyły i w nich staną asura, sam lider znajdującego się tu krewe a jego mina raczej nie zapowiadała dobrych wieści.
- Niestety było już za późno.
Usłyszała wyrok, który wlał w jej serce jeszcze więcej ciemności niż powinien.

   Asura okazało się, że nazywa się Garry i w ramach przypływu nagłego współczucia kiedy Annie upadła bez życia po raz kolejny w ostatnich dniach na kolana, zaproponował że może u nich spędzić noc zaznaczając, że rano ma stąd spadać gdzie pieprz rośnie, bo już nie będzie taki miły. Garry prowadził Annie do pomieszczenia które uznał za stosowne na jej sypialnie dzisiejszej nocy. Najpierw przeszła przez długi korytarz który widziała poprzedniej nocy a po tym weszła do większego pomieszczenia, gdzie stało kilka asur przy różnych konsolach i aparaturach, każda na chwilę zatrzymała się z swoją pracą by jakoś smętnie spojrzeć na przechodzącą ludzką kobietę. Annie niezbyt nawet myślała aby się rozejrzeć czy choćby lepiej wszystkiemu przypatrzeć. Później na małą chwilę zatrzymali się przy kolejnych drzwiach, które Garry otworzył i znaleźli się w kolejnym korytarzy prowadzącym również do pomieszczenia podobnego do poprzedniego, dopiero następny korytarz zaprowadził ich do pomieszczeń socjalnych i gospodarczych ale asura zaprowadził Annie jeszcze dalej. Znalazła się w czymś co wyglądało jak magazyn czy inne pomieszczenie w którym składuje się różne pudła, worki czy inne skrzynki chaotycznie poukładane na wysokich półkach, pod jedną z ścian znajdował się stolik na którym była tacka z jedzeniem i dzbankiem wody a na ziemi leżał koc i poduszka.
- Ciesz się, że chociaż tyle – Powiedział wyniośle Garry, ale Annie nie miała siły w ogóle jakoś tego komentować. - Zaraz obok tych drzwi masz łazienkę i nigdzie indziej bez mojego nadzoru nie wolno ci iść. Zresztą będzie tu postawiony golem więc jak zaczniesz coś kombinować to cię po prostu usmaży na miejscu.
- Co zrobicie z ciałem? - Zapytała patrząc na Garrego a ten wzruszył ramionami po czym zaczął iść do wyjścia. - Powiedz, co z nim zrobicie?! - Krzyknęła do niego i coś było w jej głosie, że nie pozwoliło asurowi wyjść obojętnie z pomieszczenia.
- Pochowamy. - Powiedział krótko i wyszedł.

   Annie gdy została sama w pomieszczeniu zrzuciła swój łuk i kołczan w którym znajdowały się jedynie trzy strzały na ziemię, po tym ściągnęła z siebie płaszcz którym też się nie szczególnie przejmowała bo wylądował na ziemi i stała. Stała i nie wiedziała co ma zrobić. Miała na sobie koszulę, która brudna i nieco podarta lepiła się do jej ciała a także spodnie w beznadziejnym stanie, zaś buty wyglądały jak by przynajmniej przed nią nosiły je z trzy osoby. Nie wiedziała czy czuje się beznadzieje z powodu tego jak wygląda czy z powodu tego co się stało. Cały wysiłek, nocne gonitwy po lesie, bieganie, modlitwy, wewnętrzna walka z swoją drugą paskudną naturą na marne... A może to właśnie ta okropna strona odpowiadająca za chęć porzucenia norna była jej prawdziwą naturą a ten przejaw ratowania Bragiego jest jej drugą, ukrytą i niezbyt chętnie pokazującą się stroną? Na której z tych stron by wyszła lepiej? Zdecydowanie na tej gorszej, tego na pewno była pewna. Kto wie, może by właśnie wracała do karczmy z pięknym nowiutkim łukiem i zadowoloną z siebie miną? I nie musiała by stać w jakimś durnym asuriańskim laboratorium ponownie odczuwając jedynie pustkę w której nie umie zapłakać nad stratą Bragiego mimo takiego wysiłku czy nad swoją beznadziejnością, że jednak nie umiała go uratować.
   Drzwi do pomieszczenia w którym stała ponownie się otworzyły i pojawił się w nich Garry. Nieszczególnie zainteresowało go to, czemu kobieta stoi na środku pokoju i wgapia się beznamiętnie w podłogę. Przeszedł do stolika i położył na nim mały pakunek oraz małą konsolę przy której chwile coś pomajstrował i wyświetlił się na niej holograficzny monitor.
- Tu masz jakieś ciuchy, nie wiem czy będą pasować, jeden z moich laborantów znalazł je w magazynie z rzeczami po obiektach doświadczalnych. - Podniósł wzrok by spojrzeć czy Annie jakoś na to zareaguje, nie widząc reakcji kontynuował. - Musze cię przepytać co się stało do naszej dokumentacji. - Zaczął klikać coś na konsoli a znaki na monitorze zaczęły się przesuwać. - W jakim celu podróżowałaś.
- Szukałam człowieka który tworzy bronie, słyszałam że ma tu gdzieś swój dom. - Zaczęła odpowiadać, w sumie nie czuła potrzeby by się kłócić czy pyskować.
- Jak się nazywał ten norn i gdzie go spotkałaś?
- Nas rzeką położoną z dwa dni drogi stąd... A nazywał się Bragi... - Nastąpiła chwila ciszy. Była pewna, że podał jej jeszcze nazwisko... choć nie norny nie mają jako tako nazwisk. Ale on jej powiedział i jest tego pewna, że je usłyszała, jednak nie umiała tego wydobyć z głowy a Garry czekał. Lekko przekrzywił głowę i wpatrywał się w kobietę, a ta zacisnęła pięści i przegryzła dolną wargę. - Nazywał się Bragi... - Powtórzyła cicho nie mogąc wydobyć z siebie co było dalej.
- A coś więcej. - Dopytal Asura chyba bardziej świadom tego, że musiał mieć jakieś nazwisko.
- Nie pamiętam. - Przyznała w końcu sama przed sobą, że nie tyle co nie pamięta ale jak jej się przedstawiał miała głęboko w poważaniu jak się nazywa a teraz tego żałowała z całego serca.

Na bogów jaka jestem była obrzydliwą istotą.


 

Mimetka

  • Towarzysz
  • ***
  • Wiadomości: 533
  • Płeć: Kobieta
  • Naczelna maruda.

   Annie weszła nad ranem do karczmy, do pokoju wspólnego na piętrze. Starała się być cicho by nie obudzić nikogo, kto tej nocy spał. Po ciemku przeszła do swojego łóżka i złożyła pod nim swoje pakunki a następnie po omacku wyszukała ręcznika i przyborów do mycia. Dopiero jak je znalazła, równie cicho wyszła z pokoju by udać się do łazienki i tam w końcu skorzystać z upragnionej kąpieli. A miała co z siebie zmywać po ostatnich dniach.

   Poranek nie przyniósł żadnych nowych zaskakujących obrotów sprawy. Garry przyszedł z samego rana i uraczył dziewczynę zaledwie jakąś breją, która miała robić za owsiankę i pozwolił zabrać ubrania, które jej wczoraj wieczorem dał. Stwierdził, że może jeszcze skorzystać przed wyjściem z łazienki ale zaledwie ma na to wszystko około pół godziny po czym ma się ulotnić z ich laboratorium. Dodał jeszcze miło, że jeżeli kiedykolwiek dojdzie do ich ponownego spotkania nie będzie już taki wyrozumiały, a tym bardziej ostrzegł ją, że jeżeli zauważy jakikolwiek podejrzany ruch przy jego laboratorium, znajdzie ją choćby na końcu Wiecznej Alchemii i da jej nauczkę.
Jednak Annie słuchała go z całkowitą obojętnością. Miała kompletnie gdzieś co się z nią może stać, jak dla niej to i asura mógłby teraz się z nią rozprawić. Czuła się struta i jakaś jednocześnie pusta w środku. Pomijając kwestię że czuła się pusta w środku, to była zmęczona i obolała ale przede wszystkim nie wiedziała co powinna zrobić. Wrócić do karczmy czy jednak iść dalej do swojego celu. Tylko obecnie ten cel wydawał się kompletnie bez sensu. Zapłaciła za niego największą cenę jaką tylko mogła i do tego nie swoim złotem. Cudze życie, niewinnej osoby, która chciała jej pomóc właśnie się zakończyło, bo ona kompletnie nie przemyślała swojej decyzji a postanowiła bez żadnego przygotowania, pchana po prostu zwykłym kaprysem, zaspokoić głód bycia kimś więcej niż zwykłym strzelcem. Jak bardzo była w siebie zapatrzona a jednocześnie jak mocno ślepa na otaczający ją świat. Czy to kwestia wychowania w świecie w którym nie uczono jej żadnych wartości poza zwykłym pozerstwem i jeszcze większym bogaceniu się. Ile z tych wszystkich bali czy innych przyjęć wyniosła pożytecznych nauk, które mogły by jej zapewnić większą szansę na przetrwanie w życiu? Nic, była zwykłą pusta lalką, która nawet pozbywając się pięknych sukni i kosmetyków nadal jedynie jest powłoką, która otacza puste naczynie.
   Chciała w siebie wlać coś więcej co ją lepiej ukształtuje ale jedynie wlała obecnie poczucie winy i odpowiedzialność za cudzą śmierć. Była na siebie zła. Zła bo szukała wymówki aby usprawiedliwić te wydarzenia zrzucając winę na świat, przeznaczenie czy Bragiego. Ale jednak po tym czuła się jeszcze bardziej paskudnie, więc jedynie jej pozostało pogodzić się z faktem, że zawiodła nie tylko siebie ale i norna. Teraz to już i tak bez znaczenia. Nie cofnie czasu choć bardzo by tego chciała.

   Wejście do laboratorium asur zamknęło się za nią głucho, jak by miało zwiastować zamknięcie jakiegoś rozdziału w jej życiu. Jednak zdecydowanie takie coś nie wchodziło w grę, wydarzenia, które miały miejsce w ostatnich dniach mocno wczepią się w jej serce nie chcąc odpuścić i na zawsze będą jej przypominać, że za głupotę i nieprzemyślane decyzje trzeba płacić. Była słaba, więc właśnie cierpi i odczuwa swój własny ból z tym związany. Ale nie może stać w miejscu, gdzieś musi iść i podjąć jakąś decyzję. Chciałaby wrócić do karczmy i jakoś to przeboleć rzucając się w wir codziennych spraw ale jednocześnie czuła, że jest winna Bragiemu dojście do celu. On się dla niej chciał poświęcić zbaczając z swojej drogi by jej pomóc dotrzeć tam gdzie chciała, więc czemu miałaby teraz odpuścić? Chyba tyle w tym swoim marnym życiu może zrobić. Przecież jest bliżej niż dalej. Pójdzie i przekona się czy to wszystko warte było takiego poświęcenia. Choć nie wiedziała czy w ogóle chce teraz ten łuk. Doszła do wniosku, że jednak go nie chce, jedynie chce dotrzeć do końca.
Westchnęła i spojrzała na niebo by ustalić porę dnia. Wygrzebała pogniecioną kartkę z mapą i ustaliła swoje położenie na niej. Wychodziło na to, że jest wczesny ranek a ona znajduje się mniej więcej na południowym wschodzie, więc mocno nie zboczyła z trasy. Według jej obliczeń do miejsca docelowego powinna dość nie dalej jak późnym popołudniem jak nic nie stanie jej na przeszkodzie a z czego wiedziała te rejony są dość obsiane w różne ogniste stworzenia, które swoją moc czerpią z umiejscowionego wulkanu. Rozglądając się po terenie nie pocieszał ją fakt, że ciężko było by tu iść jakąś boczną trasa by nie narażać się na widok. Płaskie podłoże obsiane większymi czy mniejszymi kamieniami nie zapewniało odpowiedniego schronienia. Tyle co mogłaby schować się na chwilę za jakąś większą skała, ale... no właśnie ale.
   Przypomniała sobie o szakalu. Przecież to może jej pomóc pokonać tą drogę. Jest płasko i bez większych przeszkód, które mogły by zaskoczyć szakala i zmusić do nagłego manewru. A ona nie może pozwolić sobie zbyt się wystawiać na niebezpieczeństwa mając jedynie trzy strzały w kołczanie a i do tego brak pewności czy w ogóle jej ogólne zmęczenie pozwoli by była wstanie naciągnąć odpowiednio łuk czy szybko zareagować. Więc szakal to dobre rozwiązanie a i nadrobi spory kawałek drogi, dzięki czemu nawet szybciej dotrze na miejsce. Najwyżej odwoła wierzchowca dopiero wtedy, kiedy teren nie pozwoli jej na jego bezpieczne użytkowanie. Jak by nie czuła bólu głowy, który towarzyszył jej od paru dni, to może i palnęła by się w czoło, że się zamartwiała o drogę niepotrzebnie. Ale mogła się w tym przypadku usprawiedliwić, że jest ogólnie przemęczona i kiepsko wychodzi jej skupianie się.
Odszukała po kieszeniach runy szakala licząc, że nigdy jej nie zgubiła ani tym bardziej, że nie została ona u asur bo faktycznie kolejne dobijanie się do nich skończyło by się źle, a Garry na dzień dobry poczęstował by ją wiązkami elektrycznymi z golemów. Kamień z serca jej spadł gdy znalazła runę i jeszcze większą ulgę poczuła gdy Kalista pojawiła się po przywołaniu. Bała się, że jednak zwierze będzie nadal zbyt osłabione po biegu przez las, który był męczący i niebezpieczny. Dosiadła wierzchowca i ruszyła.
Dzięki Kaliście przebyła ponad połowę drogi jaką miała przed sobą a co za tym idzie mocno nadrobiła czasu. Jednak gdy teren stał się zbyt podmokły szakal zaczynał mieć trudności z jego pokonaniem. Annie zeszła z wierzchowca i odwołała go do runy dziękując mu za pomoc jaką otrzymała od niej. Teraz na spokojnie mogła iść już do celu, choć powoli znowu zaczynały ją nachodzić ponure myśli i rozmyślania to jednak postanowiła skupić się choćby na krajobrazach by na chwilę chociaż dać wytchnienie swojemu umysłowi.
   A miała co podziwiać. Podmokły teraz otoczony był różnymi niewysokimi drzewami oraz bujną roślinnością. Co jakiś czas miękkie od wody podłoże zamieniało się w większe kałuże które można by spokojnie nazwać stworzonymi przez naturę oczkami wodnymi a to w porównaniu do poprzedniego, niezbyt przyjaznego krajobrazu, wylało nieco spokoju na jej zmęczone serce. Pogoda również dopisywała delikatnie rozpieszczając ją przyjemnym ciepłem, które jedynie potęgowało zapach otaczających ją dziko rosnąć kwiatów. Istna sielanka można powiedzieć a to zaledwie pół dnia od skalistego podłoża wulkanicznego. Nie dostrzegała tu jakiś niebezpiecznych stworzeń poza ptakami i gdzieś przemykającymi jej między drzewami stworzeniami zwanymi Moa. Raj pośrodku piekła w czeluściach niczego, pomyślała kobieta i spojrzała na swoją mapę by ponownie ustalić swoje położenie. Z jej domniemań wynikało, że jest rzut beretem od swojego celu a dopiero było wczesne popołudnie. Więc nic jej nie pozostało jak po prostu już dojść do celu. Na miejscu będzie się zastanawiać co zrobić już z tym faktem.

   Jednak najpierw musiała się zastanowić nad tym, czy właśnie ktoś sobie z niej nie zakpił a wszystko to było kompletnie nie potrzebne. Stała w miejscu w którym powinien znajdywać się dom twórcy broni... ale tu nie było nic. Trawa, drzewa, różowe moa i woda. Zero śladu po jakimkolwiek domostwie. Nawet nie ma żadnych ruin, płota, ścieżki... nic. Kompletnie nic. Czyli to wszystko było na nic. Czyli że została oszukana? Ale jak to, przecież Bragii mówił, że spotkał tego twórce broni. Więc jak do jasnej cholery nic tu nie ma. Pokręciła głową, starając się uporządkować myśli. Może domostwo znajduje się dalej? Rozejrzała się, ale jak sięgał wzrok tak nie było mowy by były tu jakiekolwiek ślady życia istot rozumnych. Stała i nie wierzyła. Nie było mowy o pomyłce, bo sam Bragii nawet jak widział jej mapę to potwierdził, że to dobre miejsce, więc gdzie popełniła błąd? Patrzyła się na krajobraz co chwilę zerkając w mapę, starając się wychwycić gdzie może zboczyła z drogi, ale wszystkie znaki na niebie wskazywały to miejsce gdzie się właśnie znajdywała. Kompletnie nie rozumiała co się stało. Nie dość, że czuła się już wystarczająco kiepsko pod względem samopoczucia to doszły kolejne emocje, które powili zaczynały ją przytłaczać. Zagubienie, poczucie bezsilności, poczucie winy, strach, smutek, żal... oraz wiele innych negatywnych emocji, które zaczynały w niej zbierać szukając jakiegoś ujścia. I znalazły.
Dziewczynie najpierw rozmazał się obraz przed oczami dając efekt jak by patrzyła na świat za szybą po której spływa deszcz. Następnie wylew łez popłyną po jej policzkach, ale nie szlochała, zaczęła krzyczeć. Krzyczała ile miała sił w płucach by tylko wydobyć z siebie cały ten ból minionych dni, by w końcu dać sobie upust tego co ją gryzło od środka. Nie powstrzymywała się i nie zważała na to czy jej krzyk wymieszany z płaczem oraz przeklinaniem wszystkiego na świecie ściągnie na nią uwagę. Nie martwiła się oto co może się stać. Była tu sama, otoczona niczym a ona rozdzierała tą pustkę swoimi emocjami. I nie przestawała do czasu aż zaczęło ją boleć gardło a w głowie potężna ilość młotów uderzała z zdwojoną siłą. W końcu usiadła i przestała się wydzierać z zmęczenia ale nadal odczuwała jak łzy lecą jej po policzkach.
   Położyła się w trawie i zwinęła w kłębek chcąc zniknąć. Powoli się wyciszała, nie szlochała a łzy również przestały płynąć po jej policzkach, jedynie czasem jeszcze pociągała nosem. Patrzyła się tępo w jeden punkt i nic nie docierało z zewnątrz do niej. Zamknęła się w swoim świecie by ponownie nie wpaść w jakąś panikę i na nowo nie zacząć odczuwać tej beznadziejności. Po prostu leżała, starając sobie gdzieś w tej obolałej głowie poukładać to wszystko, ale mętlik jaki obecnie miała nawet nie pozwalał jej na zrozumienie najprostszych informacji jakie przelatywały jej przez umysł.
Dopiero po dość długiej chwili dotarło do niej, że nie jest sama. Że ta plama kilka kroków od niej to nie jest zwykła plama, bo gdy zaczęła powoli się wyciszać by uspokoić, zaczęła ona nabierać kształtu. Patrzyła na nią już jakiś czas, ale była tak daleko zamknięta w swoim umyśle, że nie była sobie w stanie nawet przypomnieć momentu kiedy ta plama się pojawiła. A kształt miała człowieka, najpierw zaczął on przybierać męską sylwetkę z siwymi włosami, która siedziała nieopodal niej i patrzyła na nią paląc papierosa. Annie odruchowo chciała sięgnąć po swój łuk, ale nie miała go pod ręką bo gdy dała ujście swoim emocją, wściekle cisnęła nim i kołczanem oraz pozostałymi rzeczami gdzieś na bok. Nie była też na siłach aby zerwać się na równe nogi i zacząć biec, więc powoli zaczęła się podnosić by lepiej przyjrzeć się obcemu.


   - To ty!
Wydała z siebie pierwsze słowa po dłuższym czasie wpatrywania się w mężczyznę. W pierwszej chwili kompletnie go nie skojarzyła uznając go za obcego człowieka. Dopiero po chwili przyszła myśl, że widziała tą twarz a skoro pojawił się taki zamysł to musiało oznaczać, że na pewno go widziała. Zaczęła szukać w pamięci, choć najpierw całkiem błądziła po losowych wspomnieniach ale w końcu gdy mężczyzna się odezwał skojarzyła ten głos i miała stu procentową pewność gdzie go widziała.
   Rozpytywała kilka dni w Divinity's o słynnego, owianego legendarną plotką twórcę broni, który jest w stanie stworzyć niepowtarzalne narzędzie, którego pragnie każdy, który się o nim dowie. Jednak zasięgając plotek w stolicy nie zasłyszała nic co by ją mogło naprowadzić na konkretny trop. Dopiero gdy już zrezygnowana siedziała w jednej z karczm podszedł do niej mężczyzna. Siwe włosy, krótko ścięte i starannie ułożone górowały nad wysokim czołem pokrytym licznymi zmarszczkami na którym odznaczały się krzaczaste szare brwi a one były idealna osłona do małych, szarych acz bystrych oczu. Mężczyzna wyglądał na takiego, który najlepsze lata ma za sobą a jego skromne, lecz czyste ubranie świadczyły o tym, że nie należał on do żadnej bogatej strefy. Mężczyzna przedstawił się jako podróżnik, obieżyświat, który zasłyszał czego poszukuje Annie. To właśnie on dał mapę i wyjaśnił jak dotrzeć na to miejsce. Zaś teraz siedział sobie w trawie przed nią na całkowitym odludziu. I po raz kolejny Annie poczuła jak nic nie rozumie ani co to wszystko ma znaczyć. Choć w pierwszej chwili kobieta odczuła chęć zastrzelenia tego człowieka. W końcu to on jej dał mapę i powiedział jak tu iść a więc cała wina za wszystko co ją spotkała leży po jego stronie. Jednak ten plan musiała odłożyć na bok, gdy zauważyła swój łyk z kołczanem koło człowieka.
- Oczekiwałem cię nieco wcześniej. W Divinity's wydawałaś się dość zdeterminowana odszukaniem mnie. - Mężczyzna spojrzał na Annie wypuszczając kłąb dymu z ust.
- Odszukaniem ciebie? - Zdziwiło ją to stwierdzenie. - Poszukiwałam pewn... - urwała, kiedy sens jego słów dotarł do niej. Zamilkła całkiem zaskoczona starając się to wszystko zrozumieć.
- Och zawsze tak samo się każdy dziwi jak już tu dociera. Choć większość rezygnowała już na starcie nie mając ochoty aż tak się starać dla broni. - Człowiek podniósł się z trawy i założył łuk należący do Anni na plecy, zaś kołczan trzymał w ręku. - Wyglądasz jak byś ledwo uszła z życiem w tej przeprawie przez ogniste żywiołaki. Choć, chyba pora sobie porozmawiać.
- Nie spotkałam żadnych ognistych żywiołaków. - Prawie że krzyknęła w jego stronę co spowodowało, że mężczyzna się zatrzymał i spojrzał na nią zdziwiony. - Bragi. Mówi ci coś to imię?

   Annie udała się z mężczyzną do jego domu, które jak się okazało było całkiem niedaleko miejsca w którym się spotkali. Wystarczyło kilka minut drogi by znaleźć się pod wysokimi skałami w których było wejście do jaskini, bardzo dobrze zamaskowane. Kilka kroków po ciemnym wnętrzu skały i wychodziło się na otoczoną z każdej strony skalnymi ścianami polanę na której stała drewniana chata. Annie niezbyt zwracała uwagę na otoczenie, starała się znowu to wszystko poukładać w głowie, ale złapała się na tym, że dzisiaj już tyle razy próbowała cokolwiek z tego wszystkiego zrozumieć, że lepiej po prostu odpuścić i dać się nieść z prądem. Więc gdy człowiek zaprowadził ja do swojego domu, nawet nie zauważyła, że tuż za rogiem koło samotnie rosnącego drzewa znajduje się drogowskaz. Była zbyt otępiała by to dostrzec, ale może to i dobrze, bo gotowa jeszcze gołymi rękoma udusić człowieka.
- Nazywam się Nicklaus Cassani. Ale możesz mi mówić po prostu Nick. - Mężczyzna się przedstawił gdy zaprosił Annie do domu.
   Izba do której weszli była czymś w rodzaju kuchni połączonej z jadalnią i przedpokojem. Tylko ułożenie mebli jakby dzieliło pomieszczenie na poszczególne strefy a wszystko łączył stół z czterema krzesłami stojący pośrodku pomieszczenia. Pod jedną z ścian stał piec a obok niego kilka szafek stojących i wiszących zaś przy wejściu postawiona była komoda i regał na którym stało dość sporo książek. W pomieszczeniu nie było żadnych osobistych ozdób... no poza tym że wszędzie walały się różnego rodzaju bronie. Pod ściana stały poustawiane miecze w lepszej lub gorszej fazie tworzenia. Można było dostrzec wszelakie młoty czy toporki, na ścianach wisiało kilka łuków również w różnych fazach tworzenia. W izbie mimo tak obleganych kątów przez narzędzia pomagające w walce, panował względy porządek a Annie dostrzegła dwie pary drzwi na jednej z ścian sugerujące, że nie jest to jedyne pomieszczenie w chacie. Odrobinę żałowała, że nie przyjrzała się budynkowi z zewnątrz, ale na to było już za późno. Nick, zaprosił dziewczynę do stołu a chwilę po tym podszedł do pieca by rozpalić pod nim ogień. Dziewczyna rozglądała się po pokoju i przez chwilę zastanawiała się której z tej broni mogłaby użyć do szybkiego zamordowania człowieka, choć ta myśl ją przerażała, pojawiła się ona i w żaden sposób nie chciała odpuścić. W końcu dzięki temu mogła choć na chwilę zrzucić z siebie brzmię poczucia winy za cudzą śmierć.
- Bragi... - Ciszę przerwał mężczyzna. - Pamiętam, dość poczciwy norn, nie dalej jak kilka dni temu dałem mu schronienie na noc. Czemu pytasz?
- Nie żyje. - Wysyczała przez zęby Annie czując jak rośnie w niej złość, która szuka ujścia.
- Och...
- Och!?
Złość szybko znalazła ujście dając pokaz swojej furii. Annie wstała z krzesła, które przewróciło się na ziemię. Och, tylko tyle miał do powiedzenia człowiek przez którego to się stało. Nie panowała nad sobą a myśl, że może całą winę przerzucić na kogoś innego dodatkowo ją napędzała. Doskoczyła do najbliższej broni jaką miała na wyciągnięcie ręki. Gdy tylko chwyciła toporek ponownie chciała doskoczyć do mężczyzny i się zamachnąć by wbić jego ostrze w Nicka. Nawet nie baczyła na to gdzie je wbije, byle by tylko wbić. Jednak wybuch złości ma to do siebie, że nie myśli się trzeźwo. Może i Annie miała ochotę wysłać do mgieł mężczyznę, ale siła i doświadczenie jej przeciwnika były dużo silniejsze od jej pragnienia. Nick złapał ją za nadgarstek w którym trzymała broń i tak długo go wykręcał aż ta pościła toporek, który spadł z głuchym brzdęknięciem na ziemie a ona nie upadła na kolana, czując napór siły mężczyzny.
- Co w ciebie kobieto wstąpiło? - Wysyczał zaskoczony Nick gdy ta przestawała stawiać opór.
- To wszystko twoja wina! - Krzyknęła zaciskając zęby – Przez ciebie Bragi nie żyje!
- Przeze mnie? - Zdziwił się mężczyzna i patrzył się w pełne złości oczy Annie.
Przez niego, powtarzała sobie kobieta coraz bardziej chcąc w to wierzyć. Ale im dłużej mierzyła się wzrokiem z Nickiem tym bardziej ta wersja wybielenia się przed samym sobą zaczynała kuleć aż w końcu głos rozsądku przebił się przed wzburzoną energię złości i wygrał, uświadamiając Annie, że to w żaden sposób nie jest wina Nicka.
- Nie... Przeze mnie. - Powiedziała spokojniej i opuściła głowę by akurat w tym momencie nie patrzeć już człowiekowi w oczy.
   Annie gdy się uspokoiła i zapewniła Nicka że już więcej jej nie odwali, ten ją puścił i pozwolił jej zasiąść ponownie przy stole. Kobieta zebrała się w sobie powoli, pozwalając by ostatnie dni same powoli zaczynały się porządkować w jedną spójną historię. Opowiedziała o tym jak spotkała Bragiego i jak ten zaoferował jej pomoc. Dokładnie nawet z najmniejszym szczegółem opowiedziała wypadek jaki mieli i to co działo się po tym. Opowiedziała o asurach, lekarstwach, noszach i o tym jak norn jednak nie przeżył a ona właśnie obwinia siebie za to bo miała kaprys na nowy łuk. Nick jej nie przerywał. Słuchał jej cierpliwie, podstawiając jej tylko po pewnym czasie kubek z parującym naparem, który w swoim zapachu przypominał kawę ale im dalej Annie opowiadała i im bardziej jej się łamał głos, koło kawy został postawiony kieliszek z wódką a kobieta pierwszy raz w życiu chętnie z niego skorzystała, wypalając nim gorycz jaka rosła w jej gardle. A gdy skończyła Nick siedział na wprost niej i z współczuciem jej się przyglądał.
- Bardzo mi przykro z powodu tego co cię spotkało. - Słowa Nicka wydały jej się szczere.
- Mnie też jest przykro. - Podsumowała całą swoją relację.
W izbie zapanowała na dłuższy czas niezręczna cisza. Annie już nie wiedziała co ma dodać, zaś Nick zdawało się, że nie wie jak ma pocieszyć kobietę.
- Zajmuje się tworzeniem broni, co już wiesz. - W końcu mężczyzna przerwał cisze wstając z swojego miejsca i podchodząc do paleniska by zamieszać w garnku, który na nim stał a po tym nalał gorącej zupy do talerza i podał Annie. Dziewczyna z początku nie chciała, ale najwyraźniej była na tyle głodna, że poddała się i zaczęła ją pałaszować. - Nauczyłem się w swoim życiu, że broń nie musi być zwykłym narzędziem do zabijania. A może posiadać duszę, która będzie idealnie współgrać z swoim użytkownikiem. Kiedy byłem w twoim wieku, moja sława mnie przerosła. Tworzyłem tyle broni ile się dało a zamówienia nadal przychodziły. W końcu zrozumiałem, że takie bronie nie mogą być dla wszystkich a jedynie dla tych, którzy udowodnią swoją wartość. Zaszyłem się tutaj a w stolicy słuchałem ludzi którzy mnie poszukiwali i dawałem im mapy. Takie same jak dałem ją tobie. Oczywiście z biegiem lat moja historia zaczynała być zapominana, tak więc i poszukiwaczy stawało się coraz mniej. Nawet nie pamiętam kiedy ostatni raz ktoś pragnął mieć moją broń. - Gdy Annie zjadła zupę, Nick podstawił jej kolejny kieliszek wódki a po tym kontynuował. - Byłem w siebie i swój talent na tyle zapatrzony, że gdy po wielu latach, kiedy ponownie ktoś zaczął o mnie rozpytywać wręcz się ucieszyłem. - Mężczyzna sam sobie polał wódki i usiadł na wprost Annie. Rozejrzał się po pomieszczeniu. - Ale jak zobaczyłem ciebie, taką dumną i wyniosłą, uznałem że los ze mnie zadrwił i jakaś rozpieszczona dziewucha szuka przygód. Wybrałem dla ciebie najgorszą z możliwych dróg do przejścia i liczyłem, że odpuścisz na starcie.
- Najgorszą z możliwych dróg? - Zdziwiła się Annie pomijając już te wzmianki o tym jak ją postrzegał Nick. Sama raczej nie miała zbyt dobrego zdania o sobie.
- Tak. - Mężczyzna pokiwał głową i przechylił kieliszek, wlewając do gardła wódki, gdy ta zleciała w dół a ten odetchnął, kontynuował. - Dawno temu założyłem, że osoba, której zależy na mojej broni z czystego serca a nie z jakiś kapryśnych powodów, będzie wstanie mnie odnaleźć spotykając po drodze kilka przeszkód. Jak zauważyłaś to w tej krainie zdecydowanie króluje wulkan, asuriańskie laboratoria i mnóstwo innych paskudnych rzeczy. Dopiera ta część jest spokojna i jak by stanowiąca bezpieczną przystań a prowadzi do niej kilka dróg. Każdy śmiałek, który chciał do mnie trafić musiał przejść jedną z nich. Czy to tak jak tobie wybrałem, tuż u stóp wulkanu, czy przez las w którym czyhają wielkie pająki... Zazwyczaj te drogi nie były aż takie straszne jak się może wydawać, bardziej chodziło o determinację i dążenie do celu. Wytrwania w swoich postanowieniach i silnej woli. - Nick na chwilę zamilkł oddając się zamyśleniu. Annie na niego patrzyła przez chwilę a po tym odchrząknęła przywołując Nick do rzeczywistości. - Tak.. Tylko droga którą tobie wyznaczyłem była tą którą dawałem osobą, które chciałem z miejsca odstraszyć. A jak to nie skutkowało to i tak rezygnowali już na wstępie przed dotarciem nawet nad rzekę. Nigdy nie sądziłem... że może dojść do...
- Nieoczekiwanego obrotu sprawy? - Zapytała Annie i ponownie przechyliła kieliszek z wódką, czując jak ten zaczyna mocno na nią wpływać. Zmęczenie, mała ilość snu, wyczerpanie psychiczne skutecznie powoli ją wyłączało z rzeczywistości co Nick zdaje się zauważył.
- Przygotuje ci gorąca kąpiel oraz łóżko. Powinnaś wypocząć. - Powiedział zdradzając w swoim głosie wielki smutek.

   Annie nie spała zbyt długo. Mimo dużego zmęczenia, jej nocne demony powróciły nie dając jej spokojnie odpocząć po tym wszystkim. Starała się jeszcze na siłę zasnąć, ale poddała się po kilku próbach, które kończyły się jedynie przysypianiem i ciągłym wybudzaniem się. Zrezygnowana podniosła się i rozejrzała. Zwykła sypialnia z łóżkiem i szafą oraz lustrem. Podeszła do niego by się przyjrzeć swojemu odbiciu. Wyglądała koszmarnie a mimo to, że mogła zaznać spokojnej kąpieli w ciepłej wodzie nadal czuła się brudna. Jedyne pocieszenie w tym wszystkim jakie znalazła, to takie że odrobinę to wszystko jej się poukładało w głowie, ale podejrzewała, że upłynie jeszcze wiele dni za nim to wszystko sobie przyswoi i w końcu przestanie się zadręczać wydarzeniami jakie miały tu miejsce. A może jednak nigdy nie przestanie się tym zadręczać?
Pokręciła głową i wyszła z sypialni do głównej izby.
- Powinna się zbierać. - Powiedziała do Nicka który siedział przy stole. Podeszła do niego i zauważyła, że na stole leży jej łuk oraz drugi inny.
- To dla ciebie. - Powiedział po chwili ciszy mężczyzna a w jego tonie szło usłyszeć lekkie zakłopotanie.
- Przestało mi na tym zależeć, nie chce go.
- Nie, nie traktuj tego jako nagrodę czy pocieszenie na otarcie łez. Łuk który posiadasz się dobry, ale nie będzie ci odpowiednio służył na drodze jaką zaczęłaś podążać. Ten znacznie lepiej sprosta twoim oczekiwaniom.

   Annie stała w łazience na pietrze i wsmarowywała w siebie maść, na siniaki, którą otrzymała od gildyjnej medyczki. Liczyła, że ta skutecznie szybko wyleczy jej siniaki i nikt ich nie zauważy. Rozmyślała nad słowami Nicka odnośnie łuku. Ten jej oczywiście wyjaśnił jego działanie ale dziewczyna miała opory aby go brać. Bała się, że gdy go zacznie używać, za każdym razem będzie myślała o nim jak o formie pocieszenia albo zagłuszenia bólu. A bolało, tak cholernie te ostatnie dni ją bolały i nie wiedziała jak sobie z tym ma poradzić. A nowy łuk zawinięty w materiał pod jej łóżkiem czekał na moment aż Annie będzie gotowa go użyć.

Epilog

   Nick siedział przy swoim stole w kuchni i pił herbatę. Gdy skończył wstał od stołu i podszedł do miski z wodą by go umyć. Następnie wyjął z szafki butelkę z alkoholem i postawił ja na stole a sam zabrał się do przygotowywania jedzenia. Annie jakiś czas temu opuściła jego chatę drogowskazem a on odczuwał po tym jakiś gorzki smak. Jednak długo nie musiał się zastanawiać nad dzisiejszym dniem bo do drzwi ktoś zapukał.
- Garry ile razy ci mówiłem, że nie musisz pukać. - Nick krzyknął a do pomieszczenia weszła asura.
- O widzę, że już szykujesz zakąskę? - Asura się uśmiechnął i podszedł do stołu, po czym wyciągnął papierosa z kieszeni i go zapalił. - Ale ześ tym razem poleciał...
- O chłopie, dziewczyna traumę do końca życia będzie miała. - Zaraz za asurą wcisną się norm do pomieszczenia. - Chyba żeśmy trochę przesadzili tym razem? - Bragi nieco kuśtykając na jedną nogę podszedł do krzesła i zasiadł na nim.
- Chyba tak. - Nick się odwrócił i postawił na stole zagryzkę a po tym wyciągnął czyste kieliszki na stół.
0 Da sobie rade dziewczyna. Gdybyś ty widział jak ona na mnie patrzyła się jak mierzyła do mnie z łuku. - Asura zatarł ręce widząc jak Nick rozlewa alkohol.
- Na mnie się z toporkiem rzuciła. - Dodał nieco smętniej Nick.
- Stary, nie zamartwiaj się. Da sobie radę. - Zarechotał Bragi
Cała trójka spędziła wieczór świetnie się bawiąc.