Autor Wątek: Cykl Nocy  (Przeczytany 302 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Nisheera

  • Vyvanse.6830
  • Radny
  • *****
  • Wiadomości: 891
  • Płeć: Kobieta
trudne pytanie


        Aeshri spoglądała przez chwilę na trzypiętrowy klub, do którego zamierzała się udać dzisiejszej nocy. Miała jeszcze kwadrans, nim przestaną wpuszczać do środka, a kolejka chętnych o tej porze nie była aż tak długa. Z wnętrza dobiegały przytłumione odgłosy równomiernego dudnienia i słabo słyszalnej melodii przewodniej klubowego numeru właśnie wybranego przez DJ’a. Widziała światła klubu rozproszone w wieczorno-nocnej mgle, najpierw jaskrawo różowe, po chwili intensywnie niebieskie. Odpaliła papierosa. Nie spieszyła się. Kilka osób, nie tylko asur spieszyło się w stronę klubu, by zająć miejsca w kolejce.

        - Co tam śliczna, sama tak na petku siedzisz? - mocno zawiany człowiek zagadnął jakże bystrze palaczkę. Sylvari zawiesiła na nim na moment spojrzenie. Bogaty szczeniak, przy koszuli drogie spinki wysadzane jakimś kamieniem szlachetnym, ale przez kiepskie światło trudno dojrzeć, czy to topazy czy szafiry. Błysk bogactwa wywołał u sylvari lekki uśmieszek. Nawet jego dziewiczy wąsik wydał się być całkiem uroczy w tym momencie, mimo pełnej świadomości dziewczyny, że ledwo ktoś zorientuje się, że chłopak ma przy sobie coś zbyt cennego, zabierze mu to i zaraz da mu dla pewności w zęby, tak żeby nie był w stanie wyraźnie zeznawać służbom porządkowymi.
        - Teraz już w całkiem, całkiem towarzystwie. - puściła mu oko, nawet nie myśląc dwa razy.

        Owiała jego twarz dymem papierosowym, wypuszczając powoli powietrze przez usta po zaciągnięciu się petkiem. Strategia była banalna - mężczyźni są wybitnie prości w obsłudze. Starczy odpowiedzieć sobie na pytanie - czego taki chce, czego taki szuka, a to już połowa drogi do sukcesu. Nieznane było tajemnicą, fascynacją, czymś, czemu chce się powiedzieć nie, ale ciekawość sprawia, że tylko opcja “tak” jest dostępna.  Często im ktoś wyżej, tym bardziej chce zostać upodlony, by zobaczyć jak to jest, a im ktoś niżej - wręcz przeciwne, lecz to nie reguła, a sugerowanie się zasobnością portfela było złudne. Oj, ileż poznała szczęśliwych biedaków, a ileż nieszczęśliwych bogaczy. Wyciągnęła w jego stronę paczkę papierosów otwierając ją kciukiem i spytała zaczepnie:

        - Chyba, że mi jednak odmówisz, hm?
        - Gdzież bym śmiał. Jak dają to brać, jak biją to wzywać straż - zażartował. Przygarnął papieroska - Ogień śliczna też masz?

        Wystawiła w jego stronę palec, nad którym roztliła płomyk, od którego on sam zaś odpalił szluga. W blasku ognika przyjrzała mu się uważniej; po tym  wiedziała jeszcze więcej.

        Tacy jak on szukali wrażeń, szukali kogoś, kto zachowa się nieszablonowo. Jakby życzył sobie pełnej kultury i ukłonów zostałby na swoich salonach i nie wymykał się wystrojony do asurańskiego “Widoku” i byłby spięty jak arystokratyczne pośladki utrzymujące dzielnie i wytrwale kija w dupie. Nie wyglądał też na uciekającego zbuntowanego nastolatka, ani na osobę, która jest przekonana o tym, że trafiła w naprawdę nieodpowiednie miejsce i tylko udaje brak paniki. Daleko mu było też do nieśmiałego typka, ale jednak był dość… niezorientowany. Pewnie pierwszy raz poszedł do klubu zamiast na bal albo nadętą arystokratyczną imprezę, nieświadomy że jest magnesem na złodziei. Zatem… Banalne, bezpośrednie komplementy, niewyszukany język, lekkie upodlenie rozmówcy epitetami, których mało kto się odważy obecnie używać wobec nich. Pochwały mogą zahaczać o majątek - nie bez powodu się przecież tak się stroił, a fakt, że był podpity tylko ułatwiał sprawę. Gdy lekko się odsunął z papierosem, zgasiła płomyk pstrykając palcami.
        Wiedziała już co ma mówić i jak czarować.




        Co zaskakujące, już po godzinie sylvari opuściła klub i zniknęła w Drogowskazie. Zamiast jednak wybrać ten cel co zwykle, przeniosła się na miejsce Zefiryckiego Festiwalu Czterech Wiatrów. Podmuchy hulały pośród Klifów - można było je nie tylko poczuć, ale i usłyszeć, gdyż wokół znajdowało się mnóstwo latawców, bambusowych ozdób czy lampionów, które mogłyby dać się porwać żywiołowi gdyby nie sznurkowe mocowanie. Wąziutkie festiwalowe uliczki były o tej porze wręcz wymarłe - nie kręcił się tu żaden żywy duch poza oszczędnie rozstawionych po terenie wartownikach, których rolą chyba było głównie dbanie o to, by nikogo nawet nie kusiło robienie zaspanym pracującym w ochronie chłopakom i dziewczętom problemów na warcie. Pojawienie się Aesh nie wywołało żadnej reakcji u nich - festiwalowicze często wracali w środku nocy do letniskowych wypożyczonych chatek na plażach, a elementalistka właśnie kierowała się w stronę jednej z nich.
        Zastukała ostrożnie i cicho do drzwi. Nie czekała długo, nim uchyliły się, a w szparze pojawiła się rozświetlona mlecznym blaskiem twarz znajomej elementalistki.
        - Cześć, Kruszyno - Aesh uśmiechnęła się wymuszenie do Nish. Uśmiech jednak nie mógł zakryć jej emocji - Sylvari była rozżalona, zraniona i do tego podpita i to na smutno, więc wszystko odczuwała dwa albo trzy razy bardziej.
        - Witaj, Piwonio - medydczka przywitała ją uprzejmie, maskując za to idealnie swoje zaspanie.
        - Pogadamy? - ton Aesh nie wskazywał na to, że jest to pytanie. Nish delikatnie skinęła głową.
        - Już się ubieram.
        - Weź mi jakiś sweter!


        Drzwi zamknęły się na moment, a po chwili lokatorka pojawiła się w nich w cienkim płaszczu, którym tylko zakryła koszulę nocną. Przyniosła ze sobą również koc, dodatkową bluzę oraz termos, jakby przewidywała dłuższe posiedzenie i wiele kłopotów do rozwiązania. Aesh zaraz podążyła za Nisheerą posłusznie, nie chcąc najwyraźniej ruszać dręczących ją tematów zaraz przy chatkach. Na początku nawet szła za nią w ciemno, bowiem ubierała bluzę przez głowę; elegancka, lecz odkryta “góra” sukienki, w której wcześniej imprezowała została zakryta.

        W pewnej odległości od domków, tuż przy wodzie koc został rozłożony, a elementalistki usiadły.

        - Herbaty? To mieszanka na trawienie i uspokojenie - Nish spytała Aeshri wyciągając w jej stronę termos.
        - Jak na trawienie to daj, siedzi mi co na żołądku - Aesh szybko zabrała Nisheerze termos i nalała sobie naparu do nakrętkokubka. Czekając, aż ostygnie odezwała się po prostu - Popełniłam błąd, wiesz Kruszyno?
        - Któż ich nie popełnia…
        - Ale jaki błąd - rozemocjonowała się ognista, nie pozwalając Nish skończyć myśli - Podstawowy!
        - Spokojnie… Zaraz coś wymyślimy. - Nish towarzyszyły zupełnie inne emocje niż rozmówczyni - była spokojna, opanowana, nieco zatroskana. Nie działało to kojąco na Aesh - w swoim stanie elementalistka widziała głównie czubek swojego nosa i swój gniew, smutek, żal.
        - Nie będę spokojna. Chleję i odreagowuję już 6 dzień z rzędu, szefowa coraz bardziej krzywo na mnie patrzy, choć przychodzę trzeźwa i robię swoje i tak naprawdę odreagowuję po prostu wielkie nic - wycedziła. Herbaty zaś upiła spokojnie, siorbiąc przy tym nieznacznie.
        - "Nic" nie doprowadziłoby Cię do tego punktu. Wiesz, że możesz mi zaufać. Zanim zrobisz głupotę…
        - Tak, przyjść do Ciebie, to "albo mi pomożesz albo pokażesz mi inną ścieżkę". - przedrzeźniła rozmówczynię, ruszając lekko dłonią, jakby to za jej pomocą mówiła; mimo tego Nish była niewzruszona i niesprowokowana. Aesh kontynuowała: - Tu nie ma innej drogi. Leczę się z przywiązania. On się w ogóle mną nie interesował. Odkąd pamiętam… Zawsze ja tam szłam do niego. Czy przed wyprawą, czy po wyprawie, czy w wolny wieczór, potem coraz rzadziej. Wiem, że nie tak się ugadywaliśmy, ale gdzieś “zabawa” zmieniła się dla mnie w coś poważniejszego. A gdy w sumie sam z siebie z łaski swojej nawet nie przyszedł spytać czy żyję od czasu… Powrotu z “Raju”, nawet licząc jeszcze te moje krótkie wakacje to… Ugh!
        - Nie chcesz do niego pójść i z nim o tym pomówić, jak wytrzeźwiejesz i się wyśpisz?
        - Nie! Ja na siebie jestem wściekła! Z nikim nigdy nie miałam być na poważnie. A już na pewno nie z kimś kto może mieć kiedyś dzieciaki. I w ogóle, to mam być wolna, więc się leczę z tego.
        - Imprezami, podbojami i alkoholem? Oj, Aeshri - pokręciła głową - Zostań na Klifach na czas trwania festiwalu. Odpoczniesz.
        - Jesteś chirurgiem, a nie specem od złamanych serc - fuknęła na medyczkę - Przyszłam do Ciebie z jednego powodu z jednym pytaniem.
        - Chcę Ci tylko jakoś pomóc dziewczyno… - miała powiedzieć więcej, ale zauważyła ten specyficzny wzrok Aeshri - Zamieniam się w słuch.
        - Czy ja jestem puszczalska? Czy ja się nie szanuję? Czy ja się ku*wię? - Aesh nie spuszczała spojrzenia z Nisheery. Wyglądało na to, że jest śmiertelnie poważna i nie żartuje. Nish w życiu nie spodziewała się, że kiedykolwiek Aeshri przyjdzie do niej z takim pytaniem.
        - Ktoś Cię tak nazwał? - zaniepokoiła się. To było dość obraźliwe określenie, co nie znaczy że nie będące choćby w pewnym stopniu zgodne z prawdą.
        - Nie. Ale słyszałam definicję. W karczmie. Do tego dzisiaj w klubie… Zostawiłam swojego potencjalnego gwiazdeczka nocy czekającego w kiblu aż się zjawię i uciekłam, bo nie daje mi to spokoju. Więc jak?
        - To dość… Surowe i nazbyt mocne określenie, Aesh. Jesteś po prostu… - Nish szukała moment odpowiednio łagodnych słów - ponadprzeciętnie otwarta na wszelkie igraszki i lubisz w ten sposób odreagowywać, co nie zawsze jest dla Ciebie dobre i rzadko dobrze rozumiane, nawet wśród najemników.
        - Nie krąż wokół tematu! Jestem, czy nie? - nie dała się udobruchać. Spoglądała wyzywająco na sylvari roziskrzonymi oczami.

        Nish nie wiedziała, co powinna jej odpowiedzieć. Wiedziała za to, że to nie skończy się dobrze.

Nisheera

  • Vyvanse.6830
  • Radny
  • *****
  • Wiadomości: 891
  • Płeć: Kobieta
odpowiedzi na pytania



        Sala bankietowa była pełna ludzi, wirujących w tańcu o sztywnych zasadach, wymagających sztywnej głowy, sztywnych ramion do sztywnej muzyki. Krok do tyłu, krok do boku, leciutko z pięt na palce, z palców na pięty, nie odpaść, nie zachwiać się. Obrót, tylko wtedy gdy można, wtedy kiedy partner uniesie lekko dłoń, w której trzyma dłoń partnerki, wyznaczając kierunek odpowiednim ruchem dłoni pod łopatką partnerki. Tylko pan może prosić panią, a zadaniem pani jest nie odmówić, bo nie wypada. I jedno i drugie wystrojone w najbardziej niewygodne buty z szafy, najbardziej niewygodne i najmniej przepuszczające powietrze ubrania. Najbardziej intymną rzeczą, jaką można było zrobić nie naruszając żadnych zasad, to wpatrywać się w partnera jak w obrazek.

        Aeshri wpatrywała się więc w roziskrzone, nieco rozbiegane oczy tanecznego partnera. W odcieniu głębokiego niebieskiego, bardzo smutne, prawie nigdy nie zatrzymujące się na jej twarzy - dzisiejszy człowiek taksował salę spojrzeniem, zerkając co jakiś czas na pannę młodą - Isabellę - wirującą z panem młodym. Nawet gdyby nie wiedziała, że to robi, czułaby, jak jego palce sztywnieją, jakby zaciskają się z bezsilności. To był dobry klient - już kilka razy zaopatrywał się w pracowni, w której pracowała w garnitury i fraki szyte na miarę, a co ciekawe - także w “taktyczne” spodnie i porządnej jakości koszule na trening. Tego dnia też się pojawił w pracowni w poszukiwaniu muszki i od słowa do słowa dowiedziała się co się dokładnie wydarzyło. Było jej go żal. A jeszcze bardziej żal było jej dziewczyny, której staranny makijaż ukrywał zapłakane oczy, a gorset jakimś cudem jeszcze jej nie udusił. Miłość była okropną chorobą, a jej dzisiejszy partner taneczny był dobrym tego przykładem.

        - Dziękuję, że się dałaś namówić ale to był zły pomysł - łamiąc zasadę “sztywnej głowy”  i porządnej “ramy” partner Aeshri nachylił się jej do ucha - Ja...
        - Wiem, widzę. Zaraz coś wymyślimy. - odszepnęła mu. Normalnie by wykorzystała sytuację - miała go na widelcu. Smutny mężczyzna, do pocieszenia, porzucony, zmuszony by oglądać ślub przyjaciółki, której nie mógł nigdy wyznać miłości, bo rodzina już dawno ją skojarzyła z kimś z bogatej rodziny. Wystarczyłoby go zabrać dokądkolwiek, przekonać, że jest więcej wart niż jakiś zbyt bogaty fircyk albo że też zasługuje na nieco szczęścia, że musi odreagować, nawet małym kosztem namówić go na kilka drinków gdyby był oporny... ale to nie była dzisiejsza Aeshri. Dzisiejsza chciała pomóc; wbiła mocniej palce dłoni w jego plecy, by zadbać o to by był w pełny przytomny i tu i teraz, z nią. Mruknęła cicho - Udam, że mi słabo, zaprowadź mnie na taras.

        Zaczęła mu dosłownie lecieć przez palce, wspierając się na jego ramieniu. Przymknęła oczy. Stanowczo pociągnął ją ku świeżemu powietrzu, przepraszając osoby stojące w okolicy, lakonicznie tłumacząc, że partnerce słabiej. Dla efektu pożyczył nawet wachlarz od ciotki panny młodej. Podprowadził ją na ogrodową ławeczkę z dobrym widokiem na wejście i posadził na niej uczynnie, na wszelki wypadek. Przyklęknął i na wszelki wypadek ujął wachlarz w dłonie, ale Aesh pociągnęła go za rękaw ku górze kierując nim jak w tańcu by zrobił co chciała - usiadł obok.
        - Nie przesadzaj, tu już nikt nie patrzy. Gacie klękając pobrudziłeś, a ile ja się nazłościłam tnąc na nie materiał, takie chude nogi masz - Aeshri miała gdzieś to, co wypada, a co nie, gdy nikt nie miał za bardzo prawa i większego powodu oceniania jej kultury. Niezależnie od tego, z jaką osobą miała do czynienia gdy tylko można było wolała być na “Ty”, szybko sprowadzając rozmowę na swój poziom.
        - Przepraszam. Dzięki Tobie mogłem wyjść z twarzą. - poluzował muszkę, a gdy dłonią wygładzał klapy marynarki spojrzał na Aeshri jakoś tak bardziej przytomnie niż wcześniej i zaraz narzucił jej na ramiona tę wierzchnią część swojego dzisiejszego stroju zostając w samej koszuli. Opatuliła się nią szczelniej, nie mając serca mu powiedzieć, że prędzej on dostanie kataru nim jej zrobi się zimno. Wiedziała, że silnie potrzebował poczuć się trochę potrzebny.
        - Do usług. - rzuciła zwyczajnie, nawet mrugnęła do niego. Zadarła głowę by zerknąć w górę na rozgwieżdżone niebo, ale chyba wziął to za unikanie kontaktu wzrokowego, bo dalej się tłumaczył.
        - Nie powinienem w ogóle Cię tu ściągać. Nie chciałem iść sam ani robić Isabelli przykrości, przecież przyjaźnimy się od dziecka, a Ty przecież… Tylko szyjesz, ściągasz miarę i czasem doradzasz klientom w doborze kolorów czy krojów… W ogóle, widziałem Cię może z 5-6 razy w życiu i to za ladą sklepu. Na pewno nie czujesz się tu komfortowo. Przepraszam. - spuścił głowę.
        - Przeprosiny przyjęte, choć nie ma za co. Wiesz, lubię poimprezować i w ogóle, dzisiaj najadłam się, co wypić miałam to wypiłam, a teraz to już co najwyżej mi trochę głupio, bo widzę, że to jest taka stypa. - chrząknęła i wbiła w niego spojrzenie - Pogrzebano dwa serca. I żadne z nich nie jest Pana Młodego, powiem więcej - oba należą do Ciebie i Isabelli. co chcesz robić dalej?

        Rozmówca Aeshri ukrył twarz w dłoniach. “Ale mamlok.” - przemknęło przez myśli sylvari, niemniej po swoich ostatnich przeżyciach była bardziej wyrozumiała na miłosne cierpienie innych, nawet jak nie do końca pamiętała ich imię. Co więcej, już drugi raz w ciągu ostatnich dwóch tygodni była o tej porze trzeźwa i całkowicie przytomna, zatem jej empatia była nieprzytłumiona i miała sporo do powiedzenia na temat tego, jak należy się zachować w tym momencie, dlatego Aesh dała mu czas na zastanawianie się i odpowiedź bez poganiania.

        Traf chciał, że na balkon właśnie wyszła Młoda Para. Pan Młody wydawał się być rozzłoszczony. Ciągnął swoją nową żonę za łokieć i ledwo ich plecy zakryła firanka, pchnął dziewczynę na ścianę. Isabell zachwiała się i upadła, jedna z bielutkich ślicznych ślubnych szpileczek została na ziemi. Jej mąż złapał ją za włosy i zaczął ją podciągać w górę, a ona starała się nie pisnąć, widać było że nie jest to jakaś dziwna gra wstępna. Cokolwiek się wydarzyło między parą, to co widziała wystarczyło Aeshri by w niej zawrzało.

        - Dobra. Powiem Ci co masz robić dalej. Wykorzystać szansę i zająć się panną młodą za chwilę. - wcisnęła marynarkę swojemu partnerowi i wstała.

        Wszystko potoczyło się szybko - sylvari zadziałała  automatycznie. Niemalże wyrosła obok brutalnego pana młodego. Zdzieliła go pięścią w przeponę, zmuszając do wypuszczenia włosów swojej nowej żonki. Próbował złapać powietrze i odruchowo krzyknąć, ale nie pozwoliła mu - pchęła go na ścianę z dużą siłą, znacznie większą niż ta, która potraktował nową żonę i zatkała mu usta ręką nim krzyknął cokolwiek. Ugryzł ją w odpowiedzi, tak że aż zasyczała i przygryzła wargę, ale odpowiedziała natychmiast kopniakiem w piszczel. Mężczyzna miał szczęście, że kopniak był wymierzony butem na obcasie, a nie glanem, więc obyło się bez złamania, ale nie bez klęknięcia i przeszywającego bólu. Zakończyła walkę uderzeniem z kolana w podbródek, który akurat się nawinął pod jej nogę, co wyłączyło mężczyznę równie efektywnie, co sierpowy zawodowego boksera. Aesh sprawdziła jego puls, chwytając go pod szyję, co z boku mogło wyglądać jakby go dusiła; puls był wyczuwalny, a gdy pomajdała mężczyzną na boki jego głowa nie latała głupio, wyglądało na to, że kręgosłup też był całkiem cały. Sylvari odrzuciła go z pogardą i już miała splunąć, ale powstrzymała się. Przecież to był wypadek. Zerknęła na dziewczynę i odezwała się:

        - Cokolwiek chciał zrobić, wydawał się być chu*em. Spieprzaj od niego, pi*prz bycie z kimś takim. Czy najebany, czy trzeźwy - nie chcesz go, uwierz mi. I żadne siano, nieważne ile go ma Ci życia z nim nie wynagrodzi. Wymyślcie co powiecie gościom, on żyje jak coś.
        - Pani krwawi. Trzeba medyka... - wydusiła zapłakana Młoda, wskazując pogryzioną dłoń Aeshri. Makijaż jej nie pomagał już w ukrywaniu wszystkich dramatów które w sobie nosiła, ale co najważniejsze - wyglądało na to, że na ten moment nie przejmuje się mężem, więc może będzie po jej stronie w razie czego. Aesh podniosła od niechcenia rękę i aż gwizdnęła.
        - Łoo, jak dobrze, że to tylko lewa ręka. Więc czym prędzej do swoich medyków. I żadnego odprowadzania mnie, jak którekolwiek z Was stąd sobie pójdzie, będą Was maglować po wszystkim Seraph czy tam Ministerialni, a tego nie chcecie - sylvari zerknęła za siebie na swojego towarzysza, ale był blady jak ściana. Zawiesiła spojrzenie na Pannie Młodej i aż jęknęła widząc te wystraszone oczy - Martw się o siebie.

        Spokojnym krokiem udała się ku zejściu z tarasu. Wiedziała, jak to się skończy z nią (albo pobity złoży zgłoszenie u Seraph albo nie), nie wiedziała, jak będzie z nimi. Nie mogła się oprzeć wrażeniu, że nieco przesadziła z przemocą przy arystokratach, mogło się przecież skończyć znacznie gorzej. Gdyby złamała mu kark albo naruszyła kręgosłup, nie wymigałaby się absolutnie od więzienia, a tak mogła się jeszcze łudzić. Ledwo wyszła za zakręt i opuściła światło latarni sięgnęła po sztylet, by otulić swoją dłoń leczniczym popiołem. Skubany damski bokser ugryzł ją dość boleśnie, ale przecież nie będzie piszczeć jak mała dziewczynka. Nie gdy inni patrzą, jeszcze znów kogoś zmartwi bardziej niż powinna.




        Nazajutrz sylvari została wyrwana z pracy na pisemne żądanie Seraph. Strażnik-dostarczyciel odprowadził ją osobiście na posterunek, gdzie Aeshri musiała złożyć obszerne wyjaśnienia, pokazać dłoń, zostawić swój adres kontaktowy. Była dość posłuszna i kulturalna - starała się odpowiadać wyczerpująco, ale zeznała, że nie wiedziała kogo ogłusza - zobaczyła tylko, że ktoś robi krzywdę pani Isabell, i obawiała się, co się stanie z nią, gdyby ją tak zostawiła, więc nie mogła nie zareagować. Wyraziła skruchę, ale powiedziała, że wiedziała co robi, była na kursie samoobrony w 1332 AE i że nigdy jej intencją nie było sprawienie trwałego uszczerbku na zdrowiu. Nie zatrzymano jej, bo jej zeznania pokrywały się ze wszystkimi zeznaniami poza zeznaniami poszkodowanego, a jemu nic się nie stało poza dwoma siniakami, niemniej nakazano jej pozostawanie w pełnej dyspozycji i nie wyjeżdżanie na dłużej bez zgłoszenia tego u porucznika. Porucznik nieco udobruchany jej postawą i brakiem awantur powiedział jej, że grozi jej co najwyżej grzywna, ale pan Athan Dalpiaz (a więc tak nazywał się jej wczorajszy partner!) zadeklarował podczas swojego przesłuchania, że pokryje wszelkie koszta, jakie musiałaby ponieść Aeshri z powodu stanięcia w obronie kogoś słabszego i poszkodowanego.

        Gdy opuściła posterunek westchnęła, a ostatnio robiła to coraz częściej i ciężej. Nie było sensu wracać do pracy, więc ruszyła niespiesznym krokiem ku Drogowskazowi, by przenieść się do Queensdale. Wskoczyła na szakala, jednak zamiast do karczmy ruszyła w drugą stronę na polanę, by tam usiąść. Miała ochotę odpocząć od tłumu choć przez moment, ale wkroczyła między inny tłum - tłum kwiatów i owadów; ten jej jednak aż tak nie wadził. Oparła się plecami o swojego uczynnego Azora zwanego Burkiem, który przez ten moment wydał się jej mieć znacznie więcej ciepła i dobroci w sobie, niż przystało na kupę czarnych błyszczących kamieni, która się ruszała na jej wezwanie. Pogładziła go za uchem, a on bez żadnego pomruku, jaki mógłby wydać jej Ruta, pupil z Ogrodu złożył łeb na łapach i czekał aż skończy się magia lub aż Aeshri wstanie. Jej się jednak nie spieszyło. Zadarła głowę, by spojrzeć w błękitne niebo. Miała już skończyć z imprezami, te wesele miało być naprawdę takie ostatnie-ostatnie w tym całym ciągu. Zdawało jej się, że już wie co ma robić... A tu trach, stało się, chciała dobrze, zrobiła źle i jeszcze zubożały szlachcic chciał za nią płacić jej grzywnę, zamiast pomnożyć majątek, by być z ukochaną. Znajdzie go - postanowiła sobie - i naprostuje.


        Kilka dni temu rozmawiała z Nisheerą, przed-przed wczoraj rozmawiała przecież z Markusem, a przedwczoraj - z Annie i coś zaczynała rozumieć. Każdemu z tej trójki zadała te same pytania: Czy ja jestem puszczalska? Czy ja się nie szanuję? Czy ja się ku*wię? I… Żadne z nich nie powiedziało jej wprost, tak-nie, proste pytanie, prosta odpowiedź. Zamiast tego.. Na moment odpłynęła próbując sobie przypomnieć.. Nisheera powiedziała jej tak:

Cytuj
        “Jesteś po prostu… ponadprzeciętnie otwarta na wszelkie igraszki i lubisz w ten sposób odreagowywać, co nie zawsze jest dla Ciebie dobre i rzadko dobrze rozumiane, nawet wśród najemników. [...] Myślisz, że jesteś wolna, ale nie jesteś. Sterują Tobą Twoje emocje, głównie gniew, pożądanie, chęć błyszczenia, które rozpalają się, nawet nie wiesz kiedy. To przez nie czasem nie szanujesz się - Esh, spójrz krytycznie na swoje zdobycze. Możesz być wirtuozem w zdobywaniu, ale często to co łowisz, to są pijani mężczyźni, którzy Cię nie pamiętają, alb o których Ty nie pamiętasz. Ale nie powiedziałabym, że się ku*wisz. Robisz to bo… Zwyczajnie chcesz, masz ochotę, oni też mają, wszyscy są zadowoleni, ale nie wiem czy cokolwiek więcej zyskujesz. Wiem, że taki Twój urok, taka byłaś odkąd Cię poznałam, obie wiemy, że nigdy tego do końca nie zrozumiem mimo szczerych chęci.”

        Jej bladolistna przyjaciółka potrafiła być i dosadna i delikatna zarazem, tak że nie można się było na nią rozzłościć, a później, gdy już coś zaczynało się układać pod kopułą Aeshri potrafiła też spaprać sprawę rozmową na temat balansu, harmonii i medytacji i wmawaniem Aeshri (zresztą słusznie), że wydaje jej się że piromantka jest teraz, w tym smutku i rozgoryczeni, który jej towarzyszy otwarta na największe zmiany w swoim życiu. A co gorsza - medyczka odmówiła propozycji upicia się do nieprzytomności wspólnie. To nie był dobry dzień dla Aeshri na tak poważne rozmowy, to był dobry dzień na alkohol, więc resztę wieczoru spędziła sama. Kolejny był Markus, który dopadł ją po powrocie z pracy - czekał  na nią, szukał jej z tego czego się dowiedziała, a na pytania odpowiedział dość krótko:

Cytuj
“Nie. Robisz to co chcesz. Chodzisz na te imprezy z bezpośrednim zamiarem czego chcesz. Ty po to sięgasz, a nie zostajesz wyciągnięta. Jeżeli powiesz <<nie>> wtedy jest koniec.”

        Po nim nie spodziewała się takiej otwartości, zaskoczył ją. Był przyjazny, ciepły, cierpliwy gdy wszystko jej tłumaczył i prostował, nawet sprzedał jej trzy swoje sekrety - jej, samozwańczej największej plotkarze w gildii. Do tego opowiedział jej jak jemu opowiadano o miłości. Według słów opiekuna dwie miłości - rybia i prawdziwa. Miłość rybią zilustrował jej prosto za pomocą historii o młodzieńcu, który złowił rybę, zabił rybę, wypatroszył rybę, ugotował rybę ponieważ kochał rybę… Jeść, tak mu posmakowała, tak jak jej Matt. Miłość rybia to miłość samolubna, taka miłość, gdzie istotne jest tylko to, czy otrzymujemy jakąś korzyść, rodzaj ukojenia, większą satysfakcję z kochania kogoś innego. Miłość prawdziwa dla odmiany to zdaniem Opiekuna miłość, która oznacza kochanie tych, którym się “daje”, bez względu na to, czy spełniają oni potrzeby kochającej czy nie. Powiedział, że Esh ma w sobie dwie te formy miłości - po części kocha siebie, bo szuka towarzystwa innych, by zaspokoić swoje potrzeby, ale według Markusa Esh też dba o każdego bez wymagania jakiejkolwiek wzajemności - zwrócił jej uwagę na te imprezy, prezenty które robiła każdemu w pokoju. Sylvari pomyślała jeszcze o tym, jak trochę wbrew innym i sobie i tej irytacji jaką czuła broniła niemądrej Lei jak lwica, czy kryła Brigga co finalnie skończyło się przymusowym malowaniem pokoju przez wszystkich.

        Annie z kolei odpowiedziała jej jeszcze inaczej:

Cytuj
        “Na bogów, serio mam odpowiedzieć?! [...] Słuchaj, to jak prowadzisz swoje życie to Twój wybór. Z jednej strony uważam, że tak, nie szanujesz siebie, ani swojego ciała chodząc z kim popadnie do łóżka, ale zauważ, że ja mam bardziej tradycyjne podejście do spraw sercowych. I nie wiem, jak bardzo chciałabyś tłumaczyć światu, że to dla wolności, że bez zobowiązań to i tak sprowadza się do tego, że zapewne nie jedna osoba Cię tak właśnie oceni. Ja mimo wszystko Cię uwielbiam, choć nie pochwalam tej Twojej strony. Ale jak Tobie z tym dobrze i nie masz nic sobie w tej kwestii do zarzucenia i nie męczy Cię później sumienie, to nikt Cię nie zmusi do zmiany. [...]. Wiesz, jak trafiłam do Ligi to nawet Ci trochę zazdrościłam. Wiesz, tego że byłaś taka wyluzowana, obrotna, że tak się ze wszystkimi dogadywałaś, a ze mną do tej pory ciężko jest wdać się w rozmowę, bo po prostu jestem sztywna. Ale już dawno przestałam Ci tego zazdrościć, bo zrozumiałam, że każdy idzie przez życie w swoim tempie. I szczerze czasami Ci współczuję jednak tego, z czym wiąże się Twój styl życia, bo Ty zawsze musisz zabłysnąć, zrobić wokół siebie szum, poderwać kogoś.. A w głębi duszy nie masz nawet na to ochoty czy humoru. Ale to co sobie narzuciłaś zobowiązuje jakoś Ciebie do tego, że musisz pokazać że jesteś super i w ogóle, nie zostawiając miejsca na Aeshri, która ma coś więcej w sobie.”.

        Słodka blondwłosa przyjaciółka Aeshri wyjaśniła jej, że szalejąc martwi wszystkich wokół - wszystkich tych, których na niej zależy i tak naprawdę niewiele zmienia to, że Aeshri nie życzy sobie zamartwiania się o nią. Próbowała zbyt wielu nowych rzeczy i wpadła w zakręt ze zbyt dużą prędkością. Zachęcila ją, by próbowała być taka, jaka jest, tylko przewartościowała swój styl bycia - mniej szaleć i odsuwać się z “centrum”, bo to naprawdę nie jest jej potrzebne do niczego. Kilka babskich godzin w SPA i wspólne złożenie zamówienia na brokat, materiał i kilka innych niezbędnych rzeczy do powitania Brigga po powrocie poprawiło jej humor na kilka godzin.


        Aeshri westchnęła, po raz kolejny dziś. Mieli rację, wszyscy. Wiedziała w którą stronę chce iść i na czym się skupić bardziej, na czym mniej. Musiała jeszcze zdecydować, w którą stronę chciałaby pójść zawodowo. Dzieciaki w sierocińcu już jej nie potrzebowały - skończyły się rzeczy, których mogłaby je nauczyć, a warsztat krawiecki… Cóż. Miała wrażenie, że się tam marnuje. To była spokojna, stała praca, dość kreatywna… I nic poza tym. Zanim jednak zmiany i takie decyzje, sylvari musiała odwiedzić Shaemoor - osobę, z powodu której wszystko się zaczęło i z tymi imprezami i życiowymi przemyśleniami. Wypuścić oficjalnie rybę z tej Markusowej opowieści spowrotem do wody. Już pora.
« Ostatnia zmiana: Sierpień 23, 2020, 17:57:20 wysłana przez Nisheera »

Nisheera

  • Vyvanse.6830
  • Radny
  • *****
  • Wiadomości: 891
  • Płeć: Kobieta
wnioski i decyzje


        Aeshri podumała jeszcze chwilę na trawie, ale koniec końców miała już przed sobą możliwe do wykonania zadanie, znała miejsce, a porę ustawiła sobie w głowie na: “jak najszybciej”.  Wsiadła na szakala. Doskonale pamiętała drogę, mogłaby jechać z zamkniętymi oczami i czasem nawet tak robiła, gdy przemierzała ją częściej. Mimo tego tym razem i tak skręciła do karczmy, by wziąć prysznic, przebrać się cztery razy, żeby ostatecznie zostać w zwykłym topie, chuście, szortach, butach o wyższej cholewie, a do tego w międzyczasie zdenerwować się bardziej, wypić kieliszek wódki, zagryźć chlebem, wyjść i wskoczyć znów na wierzchowca.

        Była bardzo nerwowa, a w środku dosłownie cała drżała. Umówiła się sama ze sobą że zrobi to szybko, bezboleśnie. Powie mu, że to koniec, że ta relacja nie ma sensu, że to on zapomniał o niej, że ona nie chce, by to tak wyglądało, mimo że czuła, że ta rozmowa może być z góry bezsensowna - może on przestał się odzywać, bo po prostu kogoś znalazł? A do tego jak to tak, po dwóch sezonach braku znaku życia nagle się pojawić i wielce zrywać? Kiedy jednak zaczynała się od środka palić ze wstydu, wmawiała sobie, że to jest jej potrzebne, by oczyścić atmosferę, by móc naprawdę zacząć od nowa. Przecież to powinno być dla niej tyle co nic - wiele razy czasem nawet w ciągu jednego wieczora dawała komuś kosza, mniej lub bardziej brutalnie. Nie rozumiała swojego zdenerwowania i tych nóg, jak z waty, które miękły na samą myśl, że ma zobaczyć Strykera, bo od samego początku była świadoma zasad gry - zakochasz się, znaczy tyle co przegrywasz.

        Zapukała do drzwi ponownie i czekała, odliczając sekundy dla zabicia czasu i zbicia myśli na inny tor. 1..2..3…. ..39.. 40. Za długo. Już miała odejść, ale pojawił się w drzwiach jej dawno niewidziany mężczyzna, jeden z dwóch stałych adresów, a jedyny pod którym "odreagowywała" w miarę regularnie swego czasu. Strykera był odziany w luźną koszulę wciśniętą w spodnie na tych dziwnych szelkach i buty - nawet w takim anturażu sprawił, że odebrało jej na moment oddech, rozum, głowę. Zbombardowały ją emocje. Nie powinna na niego aż tak zareagować!

        - Aeshri. Witaj, wejdź - usunął się jej z drogi, zupełnie jakby widzieli się wczoraj, a nie taki kawał czasu temu.
        - Um... Cześć. A mogę? - spytała głupio. Próbowała się przywołać do porządku, lecz absolutnie jej to nie wychodziło, za to zrobiło jej się jeszcze goręcej. “Nie wchodź tam, załatw to w progu, olał Cię, nie powinnaś się wahać!” - rozum próbował przejąć nad nią kontrolę, ale wiedziała, że była stracona. Trzeba było to załatwić listem.
        - Tak. zapraszam przecież - ściągnął brwi. Oj, na Matkę, ależ on seksownie wyglądał, gdy jego twarz nabierała surowszego wyrazu!
        - Ale jak Ci coś przerwałam to w porządku, mogę poczekać. - wszystkie emocje które w niej buzowały zakryła pod maską zakłopotania. Wytarła buty o wycieraczkę i weszła do środka.
        - Jeżeli czajnik nie wybuchnie, to nie masz się o co bać - zamknął za nią drzwi. Akurat rozległo się piszczenie wymienionego - O wilku mowa. Czego się napijesz?
        - Tego... Co Ty. - chyba nie chciała za bardzo się zastanawiać i rządzić. Żeby mu nie wadzić w kuchni, podążyła za nim, zamierzając odbić w stronę salonu.
        - No więc herbata, zwykła - rzekł w drodze - Rozgość się, śmiało.

        Zdjął czajnik z palnika i wyciągnął z szafki drugi kubek wraz z zaparzaczem. Nasypał do niego kilka liści, zalał wrzątkiem oba naczynia, ona zaś zatopiła się w wysiedzianym fotelu. Starała się nie zerkać na sprzęt w tym mieszkaniu, z którym miała jakieś cieplejsze wspomnienia, ale głowa, jak na złość podsuwała jej obrazy z ich igraszkami w tym domu i wspólnej wyprawy do Elony, na tych wariackich papierach, z kupowaniem map i Skimmera na szybko, bez wizji w ogóle jak przejść przez mur, a po tym wszystkim… Kilka słodkich dni w Ogrodach Seborthina. Przygryzła dolną wargę. Na ciernie, Matt zabrał ją na jej najlepszą i najdłuższą randkę w życiu, a miał naprawdę dużą konkurencję. Gdy się rozpalił, potrafił być równie szalony jak ona, dotrzymywać jej kroku a czasem ją wyprzedzać, a do tego zawsze respektował jej warunki. A podczas zbliżeń… Aż przeszedł ją dreszcz. Na szczęście nie czekała zbyt długo, bo Matt wrócił niebawem z obydwoma kubkami. Jeden ustawił przed Aeshri i zagadnął:

        - Przy wejściu wydawałaś się jakaś nieswoja.
        - Jesteś spostrzegawczy - skinęła mu delikatnie głową, ale nie zaatakowała od razu tematu, z którym przyszła. Zamiast tego zwyczajnie się odezwała - Co tam słychać? Jak życie?
        - Byle jak - machnął ręką. - Właściciel tego domu wyjechał ze stolicy do Lwich Wrót, więc jakiś czas nie muszę się martwić, że zechce mnie wywalić.
        - Masz kłopoty z utrzymaniem tego mieszkania? Czy z właścicielem? - spojrzała na niego uważnie, przenikliwie. Liczyła, że uczepi się tego tematu, by na moment nie myśleć o tym, co ma mu powiedzieć.
        - Z nikim - poniósł kubek, zawodząc tymi słowami jej oczekiwania - Właściciel jest w porządku.
        - Czyli u Ciebie tylko tyle, że możesz tu dalej mieszkać i nic poza tym? - zakryła swój kubek od góry ręką na moment. Wiedziała, że to bezsensowna reanimacja tematu i odwlekanie trudnej dla niej rozmowy.
        - Pracuję - upił małego łyczka gorącego naparu - Dalej jako ochrona. Dalej karawany. A Ty?
        - Pracuję. Jako krawcowa, ale niebawem rzucę tę robotę. I... Wciąż zajmuję się gildią. Ostatnio wysypało rekrutami dość.. Obficie. - odpowiedziała mu w podobnym tonie, równiez upijając łyczka, jak lustrzane odbicie.
        - Więc przechodzisz na pełny etat najemniczki? - upił łyka wpatrując się w nią uważnie, a ona celowo patrzyła na jego czoło, by nie zatracać się w jego oczach.
        - To nigdy nie będzie pełny etat. Muszę znaleźć coś nowego, podjąć jakieś decyzje, a opcji i rzeczy których chcę spróbować jest za dużo.
        - Więc przyszłaś ze mną porozmawiać o opcjach - wysnuł całkiem logiczny wniosek.
        - Nie tylko - urwała. Nie mogła bardziej tego odwlekać, bo nie potrafiła już wytrzymać napięcia i wzniosła na moment oczy w górę - Na Matkę, czemu to musi być takie trudne. Zawsze mówiliśmy, że to nie na poważnie.

        Ściągnął brwi. Czuła, że się domyśla, unikała kontaktu wzrokowego, nie wiedziała, czy chce by coś powiedział, czy żeby kazał jej wyjaśniać, na razie nic nie mogła wydusić, ale obmyślała co mogłaby dodać, kompletnie bez sensu. Milczał moment, po chwili poprosił, wzbudzając tym samym lawinę.
        - Powiedz jak potrafisz
        - Sprawa jest prosta. Kiedy ja nie przychodziłam do Ciebie nawet nie napisałeś pół wiadomości. Czy żyję, czy nie żyję, czy cholera.. Nie wiem co. - przetarła twarz rękoma. To źle, nie tak! - Nie, nie jest prosta. Źle się wyraziłam. - poklepała się delikatnie palcami po policzkach dla otrzeźwienia. To już powiedziała szybko, prawie na jednym wydechu -  Zorientowałamsięzapóźno, żesięzaangażowałamiżemiCiębrakuje, aniepowinno.

        Otworzył usta z wyraźnym skonfudowaniem. Dla Aeshri zwolnił na moment czas, w myślach zaczęła powtarzać niczym mantrę: “rozzłość mnie tak, bym znienawidziła, każ mi wychodzić, wyśmiej mnie, aby mi się raz a porządnie odechciało…”, ale mężczyzna tylko spuścił głowę i zabrał swój kubek z herbatą.
        - Chodź, pójdziemy nad rzekę.

        I wtedy, gdy się rozsiedli na leżakach zaczęli mówić, oboje znacznie więcej i przede wszystkim na temat. On przyznał, że się nie interesował, potem próbował odwrócić kota ogonem że ona też nie, ale po tym powiedzieć że nie chodzi o wymienianie się winą czyli koniec końców nieodwracanie kota ogonem, przeprosił że zaczęło jej zależeć i… Ona opowiedziała mu przypowieść o rybie i samolubnej miłości, wyznała, że kocha, ale chce by ułożył sobie życie po ludzku, on mówił, że nie chce jej robić problemów, wspomniał że jest tylko człowiekiem z trudną przeszłością, który gada z nieżyjącym chłopem i babą w swojej głowie i że tak czy siak wskoczyłby za nią w ogień, ale nie chce być ciężarem. Od tego wszystko jeszcze bardziej zaczęło się pierdzielić, bo Aeshri pomyślała, że absolutnie w takim stanie nie powinna go zostawiać, a do tego może odwzajemniał jej uczucia.

        A potem okazało się, że dała się złowić. Że sama się wypatroszyła, by pokazać wyrwane z piersi serce na dłoni, które nikomu tu nie jest potrzebne - w rybie smaczniejsze są inne rzeczy. Okazało się też, że sama rozpaliła ognisko i jeszcze do niego wskoczyła zadając pytanie: “Czy odreagujemy?”. Cykl dobiegł końca i zaczął się na nowo. Była w tym samym miejscu w którym zaczęła - nie wiedziała nic więcej, była wściekła na siebie i znów nie ma pomysłu, co dalej. Tym razem w jej głowie nie ma pytań - tylko pustka. Wiedziała, że tylko niepotrzebnie pozbawia się serca, bo on nic nie chciał zmieniać, ale sama też już nie była pewna, czy sama chce w ogóle cokolwiek zmieniać. Przecież tak wygodnie jest po prostu odreagować, a potem pluć w swoje odbicie w lustrze, że pożądanie jest silniejsze niż rozsądek, a uleganie mu to tylko przedłużanie jej zakochańczej agonii. To jednak bolało duszę tylko po, nie przed, nie w trakcie.




        Podmuchy leniwie hulały pośród Klifów - można było je nie tylko poczuć, ale i usłyszeć, gdyż wokół znajdowało się mnóstwo latawców, bambusowych ozdób czy lampionów, które mogłyby dać się porwać żywiołowi gdyby nie sznurkowe mocowanie, które i tak ledwo wytrzymywało - jeden z lampionów właśnie wyrwał się na wolność i spadał w dół odbijając się od skał, coraz mniej przypominając siebie sprzed dwóch tygodni. Wąziutkie festiwalowe uliczki były już wręcz wymarłe i puste, mimo tego, że wieczór był jeszcze młody - festiwalowicze znajdowali się na wyższych piętrach, przy wyścigach albo na samej górze, gotując się do gaszenia effigy balonami z wodą. Aesh więc pojawiła się na dole ze sporym pakunkiem pod pachą i właśnie kierowała się w stronę plaży i chatek.

        Zastukała ostrożnie i cicho do drzwi. Nie czekała długo, nim uchyliły się, a w szparze na dole pojawiły się dwa pyski paprotnych ogarów oraz rozświetlona mlecznym blaskiem twarz znajomej medyczki. Ta nie kryła swoich emocji - nie tylko “słychać”, ale również widać było jej zatroskanie, ledwo wyczuła w jakim stanie jest ciemnokora siostra.
        - Witaj, Aeshri. Co mogę dla Ciebie zrobić...?
        - Cześć. Cśś.  - Aesh uśmiechnęła się do niej lekko, acz wymuszenie i położyła palec na jej ustach  - Nie martw się o mnie, przejdzie mi. Zaraz rocznica Twoich Obudzin!
        - Hmpf… - Nish zdjęła palec Aeshri ze swoich ust. Wyszła na zewnątrz przymykając za sobą drzwi i odcinając psiaki od widoku na Aeshri. Spojrzała na rozmówczynię tak przenikliwie, że Esh nie mogła się pozbyć wrażenia, że niczego przed nią nie ukryje - Esh, przecież widzę. Powiedz co się stało.
        - Nie odpuścisz, co? Dobra. Poszłam do niego, pogadałam z nim, najpierw chciałam zerwać, potem zrozumiałam, że nie dam rady, łudziłam się, że jednak mnie kocha, ale wyszło że nie do końca i chce by między nami było bez zmian. -  wywróciła oczami pociągając nosem, oj, bolało - Czyli dalej nic nie wiem, nie wiem czego chcę i co zrobię, ale dzisiaj aż nie chcę o tym myśleć i w ogóle to o tym nie gadajmy, bo to Ty dzisiaj jesteś gwiazdą.

        Nish bez słowa westchnęła głęboko i zwyczajnie ją przytuliła do siebie; ciemnokora aż na moment zesztywniała, nim początkowo nieco sztywno wtuliła się w niższą koleżankę. Wciągnęła nosem zapach elementalistki, wciskając twarz między jej obojczyk, a szyję. Uspokajający zapach szałwi, który Esh wyczuwała od Nish dopiero z tak bliskiej odległości połaskotał ją lekko w nozdrza, ale z pewnością w jakimś stopniu koił jej zszargane ostatnimi dniami nerwy. Ostatni raz tak przytulała elementalistkę ponad rok temu, gdy ta szła wręcz samobójczo zbadać organizację zwaną Ogrodem i przy tym prawdopodobnie zabić jej byłego kochanka, wciskając ją dla bezpieczeństwa w szeregi Ligii, podczas gdy Esh po prostu beczała wzruszona po raz pierwszy odkąd pamiętała, niby za dziewczętami z nerwów, a w rzeczywistości to za tym pajacem, Felvindem. Nie było nic gorszego, niż zakochana Aeshri. Moment tak trwała, pozwalając medyczce głaskać się po plecach i kołysać leniwie na boki, aż nie poczuła się nieco pewniej, bezpieczniej, spokojniej przy tej najmniej bojowej ze znanych jej sióstr.

        - Przykro mi, Piwonio. Nawet nie wiesz jak bardzo. Ale wiem, że sobie poradzisz, jesteś twarda i silna i tak chcesz być postrzegana. Ale jak coś… - Nish na moment się cofnęła, by spojrzeć Esh prosto w oczy.
        - Tak, wiem, wszystko wiem, zawsze do Ciebie - ciemnokora wywróciła oczami, ale leciutko się uśmiechnęła - Nie róbmy tu scen, bo się rozkleję.
        - Dobrze. Tylko spróbuj spojrzeć na to inaczej - Nish ujęła w palce amulet Aeshri z białym kryształem filaru wolności u jego szczytu, podnosząc go wysokość jej oczu  - Może sobie nieco zaprzeczę, ale… Jesteś wolna, póki nie miotają Tobą emocje. Wciąż możesz robić dokładnie to co chcesz, a Matt… Cóż. Zna sytuację. Odwzajemni to z czasem albo nie - możesz złapać się nadziei, albo nie. Może myślisz o nim tak poważnie, ale masz czas - obie się zgodzimy, że wątpliwe, że ktoś taki jak on nagle zapragnie założyć rodzinę. Może według ciebie historia zatoczyła koło, ale nie sądzę, abyś była w tym samym miejscu co wcześniej. Wydajesz się być… Szlachetniejsza. Czystsza. Dowiedziałaś się też czegoś o sobie.
        - Ja dziękuję za taką wiedzę takim kosztem i generalnie w sumie to nic nie wiem, ale… Pomyślę nad tym - Esh nie wyglądała na zbyt przekonaną, ale mimo to postanowiła zapamiętać słowa Nisheery. Miały jakiś swój sens i przyjemnie koiły jej nerwy na tyle, że już mniej roztrzęsiona mogła zwyczajnie spytać - Mogę wejść?
        - Jasne, zapraszam - Nish zaakceptowała w pełni te “odcięcie” się Aeshri od tematu i otworzyła szerzej drzwi.

        Chatka wcale nie należała do dużych. Mała prosta kuchnia w jednym końcu, niski stolik, poduszki, drewniana mata do siedzenia i dwa przejścia - prawdopodobnie do prostej łazienki bez udziwnień i do sypialni, z której właśnie wychodził Roeryn. Przywitał się od razu, zauważając Aeshri w przejściu:
        - Cześć!
        - Cześć Roe! Niryn, Rora, spokojnie, tylko jedną rękę mam! - Aesh weszła do środka obskakiwana przez psiaki parki, próbując jedną ręką poczochrać za uchem to jedno, to drugie, rękę z pakunkiem unosząc wyżej - zwierzęta, a szczególnie te czworonogi sprawiały że jej zły nastrój umykał natychmiast, jakby przerażony ilością słodkości w powietrzu.
        - Niryn, Rora. Dajcie Esh wejść. - Nish zwróciła się do psiaków spokojnym tonem. Posłusznie zeszły z drogi Aeshri i zamiatając z radości ogonami podłogę siadły pod ścianą.
        - Uff! Dzięki! - Esh zwróciła się do Nishy i wyciągnęła w jej stronę pakunek - No to jak mówiłam. Zbliża się rocznica Twoich Obudzin i życzę Ci wszystkiego dobrego, jeszcze setki albo i więcej takich rocznic! To dla Ciebie. Otwórz!

        Nish z nieokreśloną miną sięgnęła po skalpel i zaczęła precyzyjnie rozcinać kolorowy papier w odpowiednich miejscach. Spod opakowania na światło dzienne wyjrzała ręcznie szyta maskotka Aurene, para kapci dzierganych na drutach i dla kontrastu - nowe torby na najpotrzebniejsze medykamenty, spódnica, buty, rękawice i diadem jak dla jakiegoś bojowego maga, który nie dość, że jest praktyczny, to jeszcze ma wyglądać.
        - Oj.. Nie trzeba było... Przecież nawet imprezy nie robię. - westchnęła nieco zawstydzona, ale widać było, że prezent jej się spodobał. Przymierzyła rękawice, a potem nawet nałożyła diadem i wyjęła spódnicę by przyłożyć ją do siebie i odwrócić się do partnera. Roeryn co prawda gwizdnął na partnerkę żartobliwie jak na jakąś laskę na ulicy, ale poszedł podnieść maskotkę by sobie ją pooglądać.
        - Trzeba, trzeba, bo chciałam! Ha! To będzie świetnie leżeć! - Aesh od razu zareagowała na strój nieco żywiej niż Roe.
        - Jest piękny, ale czy aby nie odsłania zbyt dużo…? - wskazała wycięcia w okolicy bioder.
        - Oj, a ile dziewczyn odsłania więcej i się nie wstydzi. Ale nie przebieraj się, idź w tym w czym Ci wygodnie, stawiam ciasto i wino! - ton Esh nie pozostawiał miejsca na sprzeciwy.
        - Mieliśmy właśnie zamiar iść na górę do baru. Może pójdziesz z nami poświętować? - Nish lekko się uśmiechnęła do dziewczyny, ciesząc się z tego, jak bardzo poprawił jej się nastrój od czasu ich rozmowy przed chatką.
        - Jasne! Jak Roe nie ma nic przeciwko!
        - W porządku! - wywołany strażnik natychmiast się odezwał.




        Wieczór był całkiem przyjemny. Alkohol szumiał w głowie Esh głośniej niż fale uderzające co chwila o brzeg i skały na plaży. Świętowanie… Cóż. Można było zaliczyć do udanych jak na tak małą imprezę. Sylvari przysiadła na skałach obok wynajętej chatki Nisheery i Roeryna, mając oko i na wodę i na psiaki parki, które w nocy potrzebowały się bardziej wybiegać. Niryn intensywnie kopał w piasku, zaś Rora naprzemiennie gonił fale, a potem od nich uciekał. Ich właścicielka pytana przez Aeshri, czemu nie wykorzystuje ich prawdziwego potencjału zawsze odpowiadała, że to łagodne stworzenia, które nigdy nie powinny być szkolone do walki i wysyłane w bój, nawet jako pomoc sanitariuszy choć czasem zabierała je ze sobą do lecznicy - Ligowej i w Gaju. Często mówiła, że są czyste i szlachetne. Piromantka zadumała się. Na razie jeszcze nie rozumiała, jak jej przyjaciółka mogła dostrzec te same cechy u niej, co u tych wesołych stworzeń, które niczym nie musiały się przejmować, bo miały zawsze pełną miskę i mogły się po prostu bawić, zaznajamiać z innymi, czekać lojalnie na swoich najbliższych, by wręczyć im zaraz zabawkę na wejściu o którą nikt nie prosił, a do tego nie były przymuszane do niczego -  co najwyżej czasem pomagały innym z własnej nieprzymuszonej woli, gdy były tam, gdzie ich magia mogła się na coś przydać… Aesh otworzyła szerzej oczy. Ledwo tak określiła to w swojej głowie, nagle wszystko zrozumiała, a przede wszystkim to, jak bardzo jest do nich podobna - tak samo mogłaby opisać siebie, gdyby zamienić kilka słów, a pod wpływem alkoholu wszystko wydawało się łatwiejsze.


        Nie potrzebowała tych wszystkich facetów wokół, jednonocnych przygód, ciągłych imprez, picia na umór, użalania się nad sobą, no ileż można?! To, że się zakochała naprawdę niczego nie zmieniało. Rozumiała przecież te uczucie, to już trzeci raz. Wciąż chciała brać z życia garściami, próbować czegoś nowego. A praca? Po co podejmować wiążące decyzje z konsekwencjami na wiele lat w przód już teraz? Miała odłożone pieniądze, mogła po prostu zrezygnować z aktualnej pracy i znaleźć nowe miejsce na wolontariat, pójść za praktykantkę do detektywa, spróbować sprzedać obrazy, uszyć coś nowego, pomagać w organizacji przyjęć, cholera, nawet zostać testerem mebli, smakoszem tytoniu i nalewek, krytykiem kulinarnym, piekarzem, cyrkowcem, a nawet pszczelarzem! Kto jej zabroni? Miała nowy plan, którym był... brak sięgającego w daleką przyszłość planu.


        Odchyliła głowę w tył i zalana falą nieokiełznanej radości zaniosła się takim jazgotliwym śmiechem, że oba psiaki natychmiast podbiegły do niej. Niryn, cały z piachu próbował ją lizać po rękach i twarzy, a Rora wpatrywał się w nią czujnie, jakby straciła rozum albo miała gorączkę. Sylvari przygarnęła oba psiaki do siebie i przytuliła. Wraz z nimi przez kilka minut patrzyła w gwiazdy ocierając łzy ze śmiechu, a dowolna osoba mogłaby wziąć ją za wariatkę - na szczęście poza zaalarmowaną Nisheerą stojącą w progu domku letniskowego nie było już tu żywego ducha.




« Ostatnia zmiana: Wrzesień 02, 2020, 00:49:59 wysłana przez Nisheera, Powód : kolorek jednego zapomnianego dialogu »