Autor Wątek: Co w fiołkach piszczy?  (Przeczytany 1046 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Walezy

  • Towarzysz
  • ***
  • Wiadomości: 46
Pokój, do którego właśnie wszedł nie zmienił się nic a nic od ostatniej wizyty. Ściany wyklejone tą samą, purpurową tapetą. Meble obite tym samym, bordowym materiałem. Na podłodze popielata wykładzina. Ubogo w ozdoby, zaledwie jeden obraz przedstawiający krajobrazy Orr, kilka, może trzy, rośliny doniczkowe przełamujące ciemnicę, jaka wytworzona została dzięki grubym zasłonom, przypominającymi bardziej kurtynę na teatralnej scenie. Żyrandol ulokowany w taktycznym centrum pokoju skupiał jakoby całą kiczowatość w jednym punkcie, mieniąc się kolorowymi szkiełkami.
Sylvari zamknął za sobą ciężkie, mahoniowe drzwi. Odskoczyły, więc pchnął je raz jeszcze. I drugi, w końcu trzaskając nimi mocniej, aż z łaski swojej ustąpiły. Speszył się, czując na sobie spojrzenie szarawych oczu siwej kobiety siedzącej na jednym z foteli. Miała na sobie lekką sukienkę do kolan. Czarną w różnokolorowe kwiaty. Jej oczy już od drzwi błądziły zza grubych szkieł za Veillchenem.
Dzień dobry pani doktor. – przywitał się z cichym odchrząknięciem, odsuwając się zgrabnie od upartych drzwi.
Dzień dobry, Veillchenie. – odpowiedziała siwa kobieta, poprawiając swoje okulary. Gestem dłoni wskazała na wolny fotel po drugiej stronie stoliczka do kawy. Wszystkie ruchy pani psycholog Van de Berg miały w sobie coś… coś. Subtelnego? Lekkiego? Sylvari nawet nie wiedział, jak dobrze opisać to wrażenie, jakie wywierała na nim psycholożka. Z pewnością była też trochę przerażająca. Obserwowała swoich pacjentów już od momentu naciskania na klamkę. Notatnik i pióro miała niemalże zawsze pod ręką, gotowa zapisywać kolejne uwagi.
Sylvari podszedł do fotela krokiem dosyć sztywnym jak na siebie. W tym miejscu zawsze czuł się nieswojo. Niczym intruz, którego nie powinno tu być. Wiedział już, że wrażenie minie za kilka minut, ale po dłuższych przerwach zawsze czuł się tak samo. Na stoliku stały już dwa kubki. W jednym kawa z mlekiem, w drugim herbata rumiankowa.
Ostatnia wizyta była chyba pół roku temu – odezwała się kobieta matczynym wręcz tonem, otwierając swój niezawodny notatnik, którego kartki obrzuciła przelotnym spojrzeniem. – Domyślam się, że nie przypadkiem wpadłeś akurat teraz. Co się stało, Veillchenie? – notatnik zamknęła, podnosząc swoje spojrzenie na pacjenta. Dłonie splotła razem i położyła na ciemnej okładce.
Oj, dużo by mówić – zaczął fiołkowy, błądząc po wnętrzu w poszukiwaniu jakiegoś zbawienia. W końcu jednak wzrok wbił w swoją dzisiejszą rozmówczynię. Ręce miał oparte o podłokietniki, z czego jeden z nich maltretował palcami, przesuwając paznokciami to w jedną, to w drugą stronę. – Pamięta pani, jak mi pani radziła, bym znalazł sobie jakieś zajęcie? Takie niemonotonne…
Pamiętam. – rzekła krótko, przyglądając się sylvari z większą uwagą.
No to właśnie. Zostałem najemnikiem.
Kobieta aż szerzej otwarła oczy.
Najemnikiem? Raczej miałam wtedy na myśli zajęcie mniej… niebezpieczne, ale dobrze. Kontynuuj proszę.
Wszystko zaczęło się od tego, że wpadłem do takiej jednej tawerny. Nawet już nie pamiętam, jak się nazywała, ale to nie jest ważne. – sylvari oderwał ręce od oparć, by zacząć nimi gestykulować. Napięcie całkiem szybko go opuszczało, gdy zaczynał opowieści. – Było tam sporo osób. Był Dianto, wysoka drabina, do tego bez nosa. Był, uh, Ivan, taki… ciemnowłosy gość. Był Alex, który zaczepiał chyba Dianto, no i była też Ana. – fiołek westchnął ciężko, co pani psycholog wyłapała od razu. Nie przerywała jednak, pozwalając liściastemu opowiadać dalej. – To jest temat rzeka, pani doktor, oj temat rzeka. Ta tawerna to była siedziba właśnie jakiejś grupy najemniczej, więc, a co tam, zaciągnąłem się. Głównie przez to, co pani mówiła i przez to… że no chciałem chyba trochę zaimponować. Nie wiem, sobie? Bo Anie chyba nie, bo na pierwszej misji to ona ratowała mnie. –  zaśmiał się gorzko. – Te początki były… fajne. Trochę pokręcone,trochę pogmatwane. Piliśmy przy barze wspólnie, graliśmy w butelkę, gadaliśmy dużo… Ja, Dianto, Ana, Alex, Ganross, Ivan… Choć ten ostatni… cóż. – nie dokończył, spuszczając tylko wzrok na kubek z parującym naparem z rumianku. – Byłem nawet całkiem… szczęśliwy w tej grupce. Z Aną robiliśmy takie gówniackie podchody do siebie, Dianto mi robił za mentora, Ivan był trochę… dziwny, ale też do pogadania. Chodziliśmy grupą na misje, no i… no, wiadomo, jak to najemnicy. Tu jakieś katakumby, tam jacyś… cyrkowcy czy inni sekciarze. – zrobił chwilową przerwę na wzięcie głębokiego oddechu. Nie dał jednak się wtrącić w swój monolog i klepał dalej. – Pani pewnie wie, co się robi na takich zleceniach, więc może to przemilczę i opowiem bardziej o Anie. Już na pierwszym spotkaniu rwałem ją, jak pies szynkę… czy jak to się mówi. W sumie trochę tak w formie żartu, wie pani, z założeniem niepowodzenia, a jak odpowiedziała flirtem na flirt, to trzeba było improwizować i tak wyszło, że zaprosiła mnie do pokoju, chociaż tam mnie wkręciła i zostawiła w chmurze motyli. – aż machnął rękami w powietrzu z rozemocjonowania.
Chmurze motyli? – dopytała krótkim wtrąceniem psycholożka.
Aha, bo to mesmerzyca. Wie pani, trochę to było demotywujące, więc wróciłem po tym incydencie się jednak trochę upić i całe szczęście, że był tam Dianto, bo mnie zgarnął do pokoju i położył grzecznie spać. Dobry z niego przyjaciel, wie pani? Nie wymieniłbym go na nikogo innego. Cieszę się, że go poznałem. – zamilkł na moment, zatapiając się w oparciu fotela.
Wspominałeś o podchodach. Jak to potoczyło się dalej? – zapytała kobiecina po chwili spoglądania na fiołkowego sylvari.
Ah, no tak, tak. Były podchody. Ana to bardzo… ładna dziewczyna. Znaczy, rozumie pani. Śliczne włosy, śliczna figura, śliczna twarz. Oczywiście, że myślałem sobie, głupi Fiołku, przecież to nie twoja liga – postukał się palcem w czoło. – A jednak jakoś tak się to potoczyło, że coś tam zaiskrzyło. Raz udawałem jej partnera, żeby nie rwał jej inny gość, później jakimś cudem poszliśmy na… randkę, chociaż niby to nie była randka. Rozmawialiśmy i… i miło spędzaliśmy czas. Tylko to wszystko działo się… za szybko. Znaczy, ah. Na Matkę. Zanim doszło do czegoś więcej, pamięta pani o tym, jak pani mówiłem o moich wizjach związku? Powiedziałem jej o tym i wpierw było dobrze, ale jednak uznała, że nie da rady tak. No i zerwaliśmy wtedy, ale później jednak znowu się spiknęliśmy. I jeszcze była na jednej wyprawie jakaś dziwna mara i rzuciłem w stronę Any wyznanie miłosne, chociaż wcale… wcale jeszcze to nie było to, ale jednak słowa padły. A potem jeszcze na weselu rzucałem takimi deklaracjami i i… i potem znowu razem, później ona mówiła mi, że wiecznie czekać nie będzie, wiadomo, z czym, a ja chyba trochę ze stresu, że faktycznie ode mnie ucieknie, to postanowiłem, że raz się żyje! No i doszło do… tego. I było naprawdę… fajnie, ale, uh.
Mówisz bardzo chaotycznie, Veillchenie. – zauważyła spokojnie pani psycholog.
Przepraszam. – odetchnął, sięgając zaraz po kubek, który ujął w dłonie, by tak rękami nie gestykulować. – To tak… bardzo w skrócie. Generalnie ten związek był bardzo chaotyczny. Ale wszystko zaczęło się sypać, jak… jak zacząłem przechodzić na koszmar, a do tego… – wstrzymał oddech na moment. – …wrócił Nae.
Ten Nae? – upewniła się doktorka, unosząc lekko brwi. Powoli otworzyła swój notatnik.
Dokładnie ten. Ten Nae. Wpierw… wpierw bałem się iść na spotkanie, a jak teraz o tym myślę, czuję się… podle. – sylvari spochmurniał, wzrok spuszczając na trzymany w dłoniach kubek. – To była chyba nasza największa kłótnia z Aną. Ona chciała iść ze mną na spotkanie, a ja nie chciałem, żeby tam szła. Oczywiście się obraziła. A gdy w końcu odważyłem się tam iść, to się okazało, że i tak polazła za mną. –  wykrzywił usta w niezadowoleniu. – Byłem kłębkiem nerwów. Nie wiedziałem, co mam myśleć o tym nagłym powrocie. Może powinienem być zły, że tak zniknął? Ale nie umiałem, wie pani, że… ekhm. Jak usłyszałem jego harfę, to mi serce zmiękło. A jak go zobaczyłem, to już  w ogóle. – westchnął ciężko, uciekając wzrokiem w bok. –  Słyszała pani o tym SPA i tych sylvari…?
Tak. – odparła krótko, lekko przechylając głowę. Śledziła wszelakie zmiany w wyrazie twarzy swojego pacjenta. Wszelakie zmiany tonu głosu, zmiany szybkości mówienia. Wszystko, wszystko miało znaczenie. Nagłe pogorszenie nastroju oraz dobitne pytanie nie pozostawiało żadnych wątpliwości. Ze zmartwieniem pani doktor Van de Berg przyglądała się fiołkowemu sylvari. – Jak się czujesz? – zadała tak banalne pytanie, jednak ton, z jakim to zrobiła był tak ciepły i wyrozumiały, że brzmiało niczym czysta troska.
Źle. – przyznał sylvari bez owijania w bawełnę. Oderwał jedną z dłoni, by przetrzeć nią oczy. – To… to nie jego powinno to spotkać. Dlaczego jego to spotkało…? Gdybym… gdybym wtedy szukał, nie wiem, bardziej… Na Matkę, mdli mnie na myśl o tym, że gdyby nie uciekł, to dalej by tam… a ja, ja nic bym nie wiedział. – oddychał ciężej, a dłonią zakrył oczy. Musiał chwilę zbierać się w sobie, bo ilość negatywnych emocji znowu zaczynała go przytłaczać.
Nie tłum w sobie emocji, Veillchenie. – poradziła łagodnie pani psycholog. Sięgnęła do pobliskiej szafeczki nocnej, w szufladzie której trzymała materiałowe chusteczki. Jedną z nich, starannie wyprasowaną, wyjęła, by zaraz podsunąć ją fiołkowemu sylvari. Przyjął ją z cichym podziękowaniem, ocierając zaraz oczy.
Dziękuję… potrzymam ją chwilę.
Jest dla ciebie, nie przejmuj się tym.
Sylvari chwilę miętosił w palcach kawałek materiału, nim kontynuował swoje opowieści.
Więc… wrócił Nae, zamieszkał u mnie. Starałem się mu pomóc, chociaż… Ana twierdziła, że trzymam go pod kloszem. Że przesadzam. Ale… jak miałem inaczej z myślą, że jakiś chuj… przepraszam, ale no kurwa. – machnął ręką z chusteczką, marszcząc przy tym brwi w irytacji. – Jakby tego było mało, to ciągle żarliśmy się wtedy z Aną, a ja chodziłem wkurzony jak osa, bo tu jakaś drama, tu cała ta sytuacja z tym jebanym spa, tam jeszcze przechodzenie na Koszmar, tam u tych najemników odpierdalały się jakieś farmazony. To było już… za dużo. Zerwałem z Aną i myślałem, że może będzie ciut łatwiej i… i poniekąd było, ale poniekąd. Bo oczywiście to ja jestem tym złym, co zrywa i nie rozumie. – fuknął pod nosem i w końcu wziął spory łyk rumiankowej herbaty. Niestety, nie była to melisa, choć najpewniej i to by nie pomogło na szalejące w fiołkowym emocje. – A potem pojawił się jeszcze różowy pajac, co zaczął się przystawiać do Naerthaxa, kiedy, uhhhh. Bogowie, sama myśl mnie mdli. – wzdrygnął się, znów chcąc zapić to herbatą. Nawet pił już z agresywną manierą. – Żałuję, że nie zrzuciłem go z dachu.
Weź kilka głębokich wdechów, Veillchenie. – poleciła kobieta, widząc wzrastającą irytację pacjenta. Sylvari zastosował się do zalecenia. Czy pomogło? Być może, choć nadal Veill stukał nerwowo stopą o wykładzinę.
Dobra, mniejsza już o to. I tak typ przegnany. – to wypowiedział nawet z dumą. – Wie pani, że, tego, wzdychałem trochę do Nae jeszcze jak graliśmy razem w zespole. No i… cóż, wylew... wyelowuło... wyewoluowało to w coś… mocniejszego. Wie pani, jak tak zamieszkał u mnie i… i po tych przeżyciach to chciałem mu pomóc. Znaczy… nie wiem, sprawiać przyjemności, zasypać wsparciem i czułością. Robiłem mu śniadanka, obiadki, kakałko. I to nie byle jakie, ale takie dobre, z pianeczkami i w ogóle, z posypkami. Bo Nae to… to taki pluszak, naprawdę. Jest kochany, miły, bardzo cichutki i nieśmiały. Uprzejmy… Zasługuje na serio na wszystko co najlepsze, na… szczęście. Eh. – po chwilowym rozczuleniu znów spochmurniał. – Głupia sprawa, ale myślałem, że heeej, przecież znamy się te siedem lat, nie musi niczego przede mną ukrywać, okazuję mu wsparci i się troszczę, przecież mi nie da kosza, no nie? Ale jakoś nie przyszło mi do głowy, że może mnie traktować tylko jak przyjaciela i jak wyznam coś więcej, to będzie to… pewna strata. Koniec końców jest… źle pani doktor. Bardzo źle. To wyznanie uczuć to było chyba najgorsze wyznanie w historii wszechświata.
Psycholożka pozwoliła sobie zrobić pewien ruch, który stosowała raczej dosyć rzadko. Przysunęła swój fotel bliżej fotelu Veillchena, chcąc z wygodnego siedziska móc sięgnąć do jednej z jego dłoni. Fiołkowy sylvari był prostym w obsłudze pacjentem. Czasami wystarczyło pogłaskać jego dłoń, by poprawić mu nastrój. W takich momentach czuł, że nie robi niczego złego i chyba przejmuje się wszystkim podwójnie.
Chcesz o tym opowiedzieć? – zapytała spokojnym, wyrozumiałym tonem, uważne spojrzenie zawieszając na pacjencie. Ten pokręcił lekko głową.
To był istny cyrk. Autentycznie się bałem, że to już kompletny koniec znajomości. – wyznał smętnie, biorąc ciężki oddech. –  Na szczęście jakoś to wyjaśniliśmy, ale… Bogowie, jest tak bardzo niezręcznie. Wie pani, to taka… próżnia. Niby coś, ale jednak nic. Punkt bez wyjścia. Nie da się wycofać, a droga przed wydaje się po prostu ogromną przepaścią. Z jednej strony chcę mu przede wszystkim pomóc, wspierać go i no… sprawić, by czuł się lepiej. A z drugiej czuję się tak, uh, źle? Jakbym złamał jakieś wielkie tabu i został królem zwyrolstwa. Jakbym w momencie, kiedy Naerthax mnie najbardziej potrzebuje, dał mu po prostu siarczystego liścia w twarz. Niby mieszkamy razem, jest jeszcze Weendie, która chyba każdy mój ruch ocenia, serio. Jak jakieś oko Janthira, wszystko kur...de widzi. No ale tego. Niby w jednym pokoju, ale i tak unikam. Jak mogę. Mam doskonałą wymówkę, bo zacząłem treningi z rana, potem jeszcze trening boksu, strzelania, magii, zmiana jako kelner w tawernie, potem jeszcze szyję na zamówienia kiecki albo idę na jakieś zlecenie i tak po prawdzie prawie ciągle się mijamy. No czasami się uda na jednej zmianie grać razem. Ale tak to… cięgle, ciągle wychodzę. I niby nie ma tego, tej niezręczności, ale… znowu czuję się źle, że w ogóle go nie wspieram. Wróć. Że ich nie wspieram, bo Weendie też… niby dostali namiary na psychologów i wybrali jakąś jedną sylvari psycholożkę, niby jakieś zajęcia mają, ale… nie wiem. Dwayno, nie wiem. Poziom mojej frustracji na swoje w ogóle istnienie dobił takiego poziomu, że wieczorami łażę po… siedzibie gildii i śpiewam jakieś smęty a potem płaczę w kąciku jak… jak ostatni frajer. – sylvari skończył swój wywód, wysuwając dłoń spod ręki pani doktor i wykonując losowy gest dłonią w powietrzu. Kobieta wycofała się, siadając prosto i patrząc dłuższą chwilę na zmarniałe oblicze sylvari. Sam jego sposób mówienia był chaotyczny, bardzo emocjonalny, szczególnie w połączeniu z ilością gestykulacji rękami. Poprawiła okulary.
Domyślam się, że nie będzie to dla ciebie żadna rewelacja, ale przede wszystkim wszyscy musicie uporządkować swoje myśli. Nae i Weendie szczególnie tego potrzebują, nawet, jeśli sami nie będą na początku chcieli skorzystać z pomocy. Dobrze, że jednak się o to pokusili. – zrobiła krótką przerwę na upicie łyczka kawy. – Jeśli zaś chodzi o ciebie, Veillchenie, musisz się uspokoić. Musisz chcieć się uspokoić. I nie brać wszystkiego na siebie. To, co spotkało Nae to nie jest twoja wina. Zrobiłeś, co byłeś w stanie zrobić. Nie snuj wizji, co by było gdyby, bo to tylko pogorszy twój nastrój. Skup się na tym, co jest teraz, a teraz masz przyjaciela, który cię potrzebuje bardziej, niż kiedykolwiek. – bardzo wyraźnie zaakcentowała ostatnie słowa. – Nie uciekaj, Veill. W innym wypadku najpewniej doradzałabym inaczej, ale to… to nie jest łatwa sytuacja. Wiem jednak, że sobie poradzisz. Przemyśl wszystko na spokojnie, rozmawiaj, bo rozmową wiele da się zdziałać. Jednak nie pod wpływem nagłych emocji. – zaznaczyła dosyć stanowczo, na co sylvari pokiwał lekko głową. Sam popijał swój rumiankowy napar, czując, że chyba czas wizyty powoli będzie się kończyć.
Dziękuję, pani doktor. – mruknął ciszej fiołkowy, podnosząc w końcu na kobietę wzrok. – Wygadanie się całkiem pomaga. – prychnął cicho, kręcąc głową i wzdychając znowu. – Mogę wpadać częściej…?
Co więcej, nawet nalegam, byś robił to częściej. – psycholożka uraczyła pacjenta lekkim uśmiechem, na co i tamten wykrzesał z siebie koślawą odpowiedź.
Postaram się. Może, może wizyta co pięć dni?
Pani Van de Berg przekartkowała notatnik, po czym odpowiedziała – Co pięć dni. Po czterdzieści pięć minut o tej samej porze, co dzisiaj.
Mhm, może być. To tego, jesteśmy umówieni. – rzucił sylvari nieco lżejszym tonem, chcąc pokusić się o ton o zabarwieniu niewinnego flirtu. Kobieta zapisała kolejną adnotację odnośnie fiołkowego sylvari, zamykając zaraz swój tajemny notatnik. Oparła się o fotel z lekkim uśmiechem. Mieli jeszcze kwadrans, który szybko minął na luźniejszych pogawędkach. Rozmowy o pogodzie, najświeższych modowych nowościach czy zmianach żywieniowych ostatniego czasu. Fiołek najbardziej ożywiał się zawsze przy temacie ubrań, choć i tematy kulinarne od jakiegoś czasu go interesowały odrobinę bardziej. Szczególnie kwestie kuchni wegetariańskiej, którą wnikliwie zaczął studiować, głównie ze względu na swoich współlokatorów. Nae nie jadał mięsa prawie wcale, Weendie wcale, do tego niekiedy wzgardzała nawet jajkami, przez co trzeba było sporo kombinować. Po wizycie Veillchen był spokojniejszy w małym stopniu, jednak uznał, że lepsze to, niż nic. Nie dowiedział się niczego fenomenalnego, nie dostał żadnej życiowej rady, która pozwoliłaby mu zmienić swoją sytuację na lepszą. W zasadzie nie wiedział tak samo wiele, jak przed przyjściem tutaj, a jednak. Jednak lżej czuł się po tej rozmowie. Wygadanie się prawie obcej osobie jednak miało coś w sobie. Był wieczór, ludzi na ulicach nie było zbyt wiele. Sylvari spojrzał na pnące się wysoko budynki. Zaciągnął się miastowym zapachem i ruszył chodnikiem przed siebie. Musiał kupić jeszcze jedzenie do mieszkania.
« Ostatnia zmiana: Wrzesień 15, 2020, 01:06:51 wysłana przez Walezy »