Autor Wątek: Banda  (Przeczytany 627 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Falkner

  • Egida
  • ******
  • Wiadomości: 1197
  • Płeć: Mężczyzna

I




O godzinie dziesiątej Legionista Falkner Węgloróg miał stawić się w Rdzeniu Imperatorskim u Centuriona Rocktroopera. Na pięć minut przed wejściem do największego i najbardziej rozpoznawalnego budynku Czarnej Cytadeli, popielec zatrzymał się przy mobilnym kramiku z prasą. Uwagę Węgloroga przykuł nagłówek dzisiejszego wydania "Powszechnej", typowego brukowca. Tego typu pisemkiem każdy podciera się na koniec dnia, a przynajmniej ci, którzy mają trochę w głowie poukładane. Tak czy owak, nagłówek głosił: "Centurion Cryttor Moistspitter - wyznania zdobywcy Cremare Arx".
Uznał, że w gazetę zaopatrzy się w drodze powrotnej, a teraz skierował swe kroki do Rdzenia. Nie mógł pozwolić, aby jego przełożony zobaczył go z tak tandetnym pismem w łapie, niemniej był desperacko ciekawy co ma do powiedzenia ten, który w jego mniemaniu ukradł mu zwycięstwo w operacji "Wschodni Przypływ".
Nie, to nie była kradzież tak naprawdę. Jeśli jednak wniknąć w psychikę naszego bohatera, nic nie może na tę chwilę zmienić jego postrzegania na tę sprawę. I on wcale nie zrezygnował z samobójczego (nie w jego mniemaniu) pomysłu przedarcia się między dwoma armiami by pojmać źródło problemu - Trybuna Smolderpawa i zakończyć wojnę po swojemu. Górnolotne aspiracje, lecz głosy rozsądku zestrzeliły je na ziemię.
- Stać! Cel wizyty?
Falkner zatrzymał się. Wyrwawszy się z zamyślenia dopiero spostrzegł wartownika, zagradzającego mu drogę. Cofnął się krok, poszperał po kieszeniach munduru.
- Legionista Falkner Węgloróg - rzekł, okazując odznakę swojego oddziału: okrągły medal na którym widniał symbol Żelaznych i dwóch skrzyżowanych górniczych młotów - Do Centuriona Rocktroopera.
- Pójdziecie pod eskortą, Legionisto - wartownik wskazał na żołnierza, który zachęcił Falknera do podejścia skinieniem łba.

Za dwie dziesiąta. Falkner nienawidził się spóźniać. Jego pytania o to, dlaczego jest eskortowany były zbywane. Rozglądając się, dostrzegł wzmożoną ilość straży. Niemalże każdy, kto nie należał do Adamantowych był prowadzony przez wartownika.
Weszli na pierwsze piętro Rdzenia, skręcili w prawo, do korytarza oświetlonego lampami naftowymi. Stalowa posadzka stukała pod butami, a mijani wartownicy przypatrywali się Węglorogowi, jakby mieli go za szpiega. Przed ciężkimi, rozsuwanymi drzwiami gabinetu Rocktroopera zatrzymali się oboje. Wartownik zastukał dwukrotnie w drzwi, które po chwili rozsunęły się, wydając z siebie jazgot trącego metalu i szum obracających się trybów.
- Legionista Węgloróg - obwieścił wartownik - Proszę o autoryzację.
- Autoryzuję, idź już - Rocktrooper podniósł się zza swojego biurka i zbliżył się do drzwi, wyganiając wartownika machnięciem łapy.
- Po co to wszystko? Straż to rozumiem, ale eskorta? Autoryzacja? Jestem na widelcu, czy co? - Falkner zwrócił się do Centuriona.
- Zaraz ci odpowiem, ale najpierw twoje maniery.
Węgloróg zamrugał i dopiero wtedy sobie przypomniał, czego wymaga etyka wojskowa. Fakt faktem, tego nie powinien zapomnieć nigdy a długa niewola w obozie jenieckim wcale go z tego nie zwalniała. Wyprężył się, uderzył pięścią w serce. Centurion po chwili powtórzył ten gest.
- Wybacz, Centurionie.
- Mhmm - mruknął Rocktrooper, kierując się do swojego biurka. Usiadł na obitym skórą siedzisku i wskazał Falknerowi siedzisko przed nim.

Falkner rozejrzał się krótko po niedużym gabinecie centuriona. Tyrron Rocktrooper mimo obejmowanego stanowiska zdawał się naprawdę niewiele chcieć od życia, o czym świadczyło miejsce, w którym odwalał papierkową robotę. Ba, nawet za kotarą, w lewym rogu gabinetu stało posłanie, na którym stał. Nie to jednak trapiło Węgloroga najbardziej. Dlaczego Centurion zdaje się być taki oschły? Ranga rangą, ale obydwoje przeszli niemało i mogli śmiało nazywać się przyjaciółmi.

- Więc? - podjął Falkner, przerywając ciszę - Po co ta szopka?
- Wczoraj Popielni pojmali szpiega, który miał dostęp do wielu, wielu z nas tutaj, w Rdzeniu. Szybko wyszło, że to nie jeden szpieg, a cała siatka. Stąd uruchomiono szereg protokołów i jak widzisz, jest jak jest.
- Czyj szpieg? Chyba nie Płomiennych?
Centurion machnął łapą i otworzył szufladę swojego biurka. Wyciągnął z niej cygara. Wziął jedno, po czym poczęstował Legionistę, który nie potrafił odmówić.
- Wątpię. Nie wiem czyj, o tym wie tylko góra. Słuchaj, są dwie sprawy: twój przydział i twoja banda.
Falkner kiwnął łbem i przygotował się na tyradę odnośnie skompletowania bandy na nowo i informacji o nowej robocie.
- Stan Węgli musi powiększyć się o czterech żołnierzy. Nie więcej, nie mniej.
"Czterech żołnierzy" - zapisał na kartach swojej pamięci Węgloróg.
- Skoro nie chcesz współpracować z Gorebladem tylko dalej ze mną, to póki co nie mamy co robić. Duchy to jedyne, co nam zostało a póki co wszystko jest obsadzone.
"Rocktrooper dalej moim centurionem, na razie nie robimy nic" - zanotował w głowie.
- I jest jeszcze coś. Pamiętasz śledztwo dotyczące śmierci Jadogrzmota?
- Yyy, kogo? - spytał Falkner, choć doskonale wiedział o co chodzi. Pyknął z cygara i kupił sobie chwilę do namysłu.
- Centurion Edyrr Jadogrzmot. Poprzedni dowódca Selba? Węglochwyt jako jedyny przeżył z centuriońskiej bandy, pozostałych zabito granatem wrzuconym do ich kwatery.
Falkner kiwnął łbem. Jak gdyby nigdy nic pyknął z cygara, czekając co jego dowódca ma do przekazania w tej sprawie.
- No... to ponoć jest jakiś świadek w tej sprawie.

***


- Popraw tu jeszcze, o. W lewo, w lewo! BARDZIEJ!
- No robię przecież!
- W LEWO! JESZCZE!
Gedwa uderzyła się otwartą dłonią w pysk. Wzięła kilka wdechów, przetarła powieki i spojrzała w górę. Znak wisiał nadzwyczaj krzywo.
- Tak jest dobrze? - zapytał jeden ze starych rolników Rancza.
- Nie, debilu, w lewo jeszcze.
Ciche pomruki zirytowania starych popielców nijak nie wzruszyły Gedwą.
- Węgloskrzydła, co tak wrzeszczysz?
Gedwa spojrzała na podchodzącego Selba. Pod pachą niósł drugi znak, który miał wisieć pod pierwszym na stalowej szopie.
- Mówię im w lewo, a ci głusi. Gdybym miała nogi, sama bym to zawiesiła.
- Właśnie. Gdybyś miała, to byś zrobiła - odezwał się rolnik - Ale nie masz, więc skończ piłować mordę. W lewo panowie, w lewo co by kaleka skończyła wrzeszczeć.

Gedwa Węgloskrzydła utraciła obie nogi w bombardowaniu Żelaznej Ostoi jakiś czas temu. Dziś w tym miejscu znajdowały się tylko ruiny, a pod nimi pogrzebani Żelaźni i cywile. Od tego momentu popielka spędzała czas jedynie na Ranczu, gdzie stacjonowała banda Węgla.
Zawsze powtarzała, że jeżeli coś ma jej się stać, to prawdopodobnie będzie to wybuch. Gedwa bowiem z profesji była saperem, i to całkiem niezłym. Nikomu jednak nie była potrzebna specjalistka od materiałów wybuchowych która nie potrafi chodzić.
Oficjalnie dalej należała do bandy i Falkner, jako dowódca, stawał na rogach żeby znaleźć jej jakiekolwiek zajęcie, jakkolwiek utrzymać w stałym składzie bandy. Była to jednak walka z wiatrakami. Tym bardziej, że Węgloskrzydła stała się okropnie upierdliwa od ciągłego siedzenia na tyłku, a z uwagi na to zdążyła się roztyć.

Gdy znak zawieszono, Selb machnął łapą do rolników na drabinach i rzekł:
- Zróbcie se przerwę, ja zawieszę ten drugi.
W ten sposób starał się uchronić "dziadków" od słuchania Gedwy i jednocześnie nie doprowadzić do rękoczynów. On dobrze zdawał sobie sprawę, że każdy ma swoje granice, że każdemu kiedyś przysłowiowo "pęka żyłka" i nie ma znaczenia czy jesteś kaleką, chorym na umyśle, czy... Centurionem.
- Tak jest dobrze? - zapytał, odwracając łeb na ile mógł w kierunku oddziałowej siostry.
- Mmm - mruknęła Gedwa - W lewo jeszcze.
- Jeszcze? - zapytał, gdy przesunął znak.
- Kawałek... nie, czekaj, teraz niżej.
- Teraz wisi dobrze?
- Kapkę w górę!
- A teraz?
- Nie...

Wieszanie znaków "Stodoła" oraz "Numer 2" zajęło w sumie prawie czterdzieści minut. Selb zabrał obie drabiny i wniósł do stodoły, po czym wychodząc, zapalił sobie papierosa.
- Daj jednego - rzekła Gedwa, wyciągając z daleka łapę. Selb podszedł, wyciągnął papierosa i wsadził Węgloskrzydłej do pyska. Już przysuwał zapalniczkę, lecz wtedy Gedwa wyszarpała mu ją z łapy.
- Nie jestem małym kociakiem, żebyś mi jeszcze pety do pyska wsadzał. Mlekiem mnie może jeszcze nakarm.
- No wybacz, ja...
- Łapy jak widzisz jeszcze mam - zamachała mu przed nosem, po czym buchnęła intensywnie pachnącym tytoniem obłokiem dymu. Nie rób ze mnie kaleki bardziej, niż jestem.
- Weź wyluzuj...
- Nie, kurwa, nie zluzuję! 
Selb zamknął pysk, unosząc obie łapy w geście obronnym. Tak było łatwiej: jeśli ma się wygadać, wylać żółć i nawkurzać, to śmiało. Nie pyskował, choć nie do końca mu to leżało. Ktoś wcześniej czy później będzie musiał ją postawić do pionu, a jeśli nie...
Wolał mimo wszystko w tych kategoriach nie myśleć. Gedwa była świetnym operatorem działa w ich czołgu. Gdy nad Żelazną Ostoją spadały bomby, nakryła go własnym ciałem. Los chciał, że w kolejnym straciła obie nogi.
Palili przez moment w ciszy. Gedwa wywaliła peta i złapała za koła wózka, na którym siedziała, a był on bardzo prymitywny. Nie liczono się za bardzo z kalekami. Gdyby straciła jedną nogę: pół biedy. Jedną rękę, oko, nawet pół szczęki dałoby się jakoś przeżyć. Ale z powodu dwóch brakujących kończyn dolnych była skazana na bycie nieprzydatną w oczach Cytadeli. Nie było roboty dla darmozjadów, a ona nie potrafiła znaleźć zajęcia, które mogłaby wykonywać bez względu na swoje kalectwo.
- Zawieź mnie do bunkra - mruknęła i odwróciła się tyłem. Selb nie odezwał się, tylko złapał za pionową rurę za siedziskiem wózka i popchał popielkę do domu.

***


Signa Węglowapiła stała w swoim pomieszczeniu przed niedużym alembikiem i dwoma rozłożonymi na stole kartkami papieru. Pierwsza z nich to oryginalna recepta na stymulant, druga zaś była przepisana, ale to na niej popielka odhaczała sobie kolejne kroki przygotowań substancji. Nigdy, przenigdy nie pisała na oryginalnej recepturze: lepiej było przepisać ją na nowo i opatrzyć we własne komentarze, niż bazgrolić zdanie pod zdaniem.
Odkąd Legionista Węgloróg złożył jej propozycję dołączenia do bandy, Signa objęła funkcję lekarza na Ranczu, gdzie stacjonowali. Nie była to robota przesadnie trudna: poza Węglami stacjonowała tu banda młodzików, którzy woleliby siekać Askalońskie duchy niż pilnować zapyziałej wsi, ale nie robili sobie krzywdy. Poza nimi był też kontyngent rolników, którzy nie posiadali już band, ale wciąż musieli pracować na rzecz Żelaznego Legionu. Oni znowuż byli bardziej podatni na choroby czy skaleczenia. Nic, czego Signa nie potrafiłaby wyleczyć.
W normalnych środowiskach lekarz jest osobą wysoce poważaną. Dzieje się tak z uwagi na to, że niewielu posiada zdolności do leczenia, czy to konwencjonalnego, czy magią. Wśród Legionów użytkownicy magii stanowili niewielki procent z uwagi na ogólne uprzedzenie, poparte latami historii tyranii, opresji i czczenia fałszywych bogów.
Signa była gdzieś pomiędzy. Nie korzystała z zaklęć, lecz wywodziła się z niewolnic Płomiennego Legionu. Wraz z przyjęciem pokojowo nastawionego odłamu Płomiennego Legionu przez Imperatora Krwawego Legionu Bangara Ruinbringera, pozostałe Legiony poszły w ich ślady. "Jeden naród, jedna rasa" - tak wykrzykiwała Krwawa propaganda przed twarzami pozostałych dwóch Imperatorów: Żelaznego oraz Popielnego. W obliczu tej sytuacji drogi były dwie: kolejna wojna domowa, lub zakopanie topora wojennego. Nie wszyscy jednak poszli tą ścieżką, a Signa znalazła się w niewoli tych, którzy woleli walczyć za swoje przekonania, niż dołączać do wroga i przyjmować srogie warunki pokoju.

Wtem drzwi do pomieszczenia Signy otwarły się z hukiem, do środka wpadło dwóch popielców i zrzucili wszystko, co stało na stalowym stole na środku pokoju. Signa odwróciła się i sięgnęła odruchowo po skalpel. Zabawnie, bo akurat miał jej się przydać.
Po chwili do środka wniesiono drącą się na cały regulator popielkę i położono ją na stole. Starzy rolnicy, którzy przynieśli ranną od razu się wycofali, jakby śmierć im w oczy spojrzała.
- Co jej jest? - wykrzyknęła Signa, podbiegając prędko do stołu i oglądając pacjentkę. Jej udo krwawiło obficie, krwotok zatamowany był przewiązaną szmatą.
- T-to był wypadek! Przy czyszczeniu broni! - odparł ktoś z wejścia, choć większość popielców zdołała się ulotnić.
- Kula przeszła na wylot? - zapytała, odchodząc w pośpiechu od stołu po swój przybornik.
- Nie. Niech... niech sanitariuszka coś z nią zrobi!
I wyszli, nawet nie zamykając za sobą drzwi.
"Psie syny" - pomyślała Signa, otwierając przybornik. Trudno było ukryć tutaj swoją przeszłość. Przede wszystkim dlatego, że starzy żołnierze lubią plotkować i przechwalać się swoimi wspomnieniami. Niewielu potrafi dożyć do momentu przejścia na emeryturę, to fakt. Lecz z wiekiem stają się coraz gorsi. Gdy trzeba tabletek na sen, bo koszmary dręczą: Signa, daj coś. Gdy robaki w dupsku gryzą: Signa, daj coś. Gdy ząb boli: Signa, daj coś.
Nikt jednak nie miał odwagi przebywać z nią dłużej, niż godzinę, no chyba, że na stole operacyjnym. Wtedy nie było wyboru. W przeciwnym wypadku omijano ją, kontakt ograniczano tylko do spraw konsultacji lekarskiej. Nie była przecież płomienną w pełnym rozumieniu: samicom nie pozwalano walczyć. Można im było za to ginąć za sprawę. Nocami wciąż przypomina jej się łapanka wśród najtęższych popielek, którym wygolono ogony, nałożono zbroję i posłano na front w ramach odwrócenia uwagi. Trzeba wspomnieć, że one zupełnie nie potrafiły walczyć. I jak łatwo można się domyśleć, były tylko przynętą. Zbędnymi mordami, które żrą, a nie są już potrzebne. Urodziły kilka młodych, starczy. Mamy przecież tuziny innych niewolnic.

Po udanym zabiegu (który w gruncie rzeczy nie był aż taki trudny), Signa nalała sobie szklankę whiskey. Gdzież by pomyśleć, by babom można było dawać popielczej whiskey u Płomiennych? Tutaj jednak mogła sobie na to pozwolić, jako wolna samica. No, nie do końca wolna, bo służyła u Żelaznych pod dowództwem Węgloroga, lecz była to własna decyzja. Bez poniżania, równa z pozostałymi.
A przynajmniej tak jej się wydawało na początku.
« Ostatnia zmiana: Czerwiec 07, 2020, 02:35:10 wysłana przez Falkner »

Falkner

  • Egida
  • ******
  • Wiadomości: 1197
  • Płeć: Mężczyzna
II


Kilka dni później do łap Legionisty Węgloroga przyszło wezwanie. Centurion Rocktrooper w swoim liście nakazywał, aby Falkner stawił się w jego biurze tego samego dnia, o godzinie siedemnastej. Było dopiero południe. Mnóstwo czasu.
Spożytkowanie go przynosiło ostatnimi czasy wiele kłopotu. Na ranczu wszystko było już zrobione: nowy płot, nowa stodoła czy remanent. Z nudów Falkner poprzykręcał wszystkie śrubki w siedziskach i łóżkach. Nie miał nic do czytania ani tym bardziej własnego warsztatu, w którym mógłby pomajsterkować. Przed ranczem nie stała żadna maszyna, do której mógłby wsiąść i raz z czas rozruszać silnik i przejechać się po okolicy. Dni upływały w ciągłym oczekiwaniu na nowy przydział, poszukiwaniu kolejnego członka bandy i wypatrując powrotu Selba z morskiej wyprawy.
Jeśli dzisiaj mieliby pakować się i wyruszać, to oddział jest niekompletny. Jako załoga czołgu, brakowało im kierowcy oraz ładującego a także strzelca.
Popielec postanowił przejść się do sąsiedniego rancza, około dwadzieścia minut piechotą. Odpalił papierosa i ruszył ścieżką pośród liczących sobie sto lat drzew.
Kontynuował myśl: obsadzenie stanowiska strzelca Gedwą stoi pod znakiem zapytania. Może nie zgrubła jeszcze na tyle, by nie zmieścić się przez właz, lecz nawracające bóle fantomowe nie raz, nie dwa stawiały cały odział na nogi o trzeciej w nocy. Nie mógł się jej pozbyć (i zdecydowanie nie chciał tego robić!), nie znalazłby dla niej innego stanowiska. Może jako asystent kierowcy, może...
Dużą pomocą w tej kwestii była Nisheera, która zgodnie z obietnicą, przybyła do rancza tydzień, a może dwa temu i zaprojektowała model protez. Te mechaniczne, amortyzowane nogi były gwarancją, że Gedwa nigdy nie zostanie przeniesiona do kontyngentu kalek wykonujących proste czynności, jak na przykład stróżowanie przy szlabanach, praca siedząca przy taśmie czy kiblowanie za biurkiem w jakimś pomniejszym urzędzie. Gedwa to znakomity saper i wyborny strzelec.
Kilka dni później popielka mogła już poruszać się o sztucznych, ale własnych nogach. Zrzędzenie jednak jej nie przeszło. Na samym początku nieufnie stawiała pierwsze kroki, przesiadywała w swoim pokoju lub za budynkiem przeznaczonym dla Bandy Węgla, siedząc na obszytym skórą siedzisku i gapiąc się pół dnia w... nie wiadomo co.
Plus był taki, że Signa mogła poduczyć się tego i owego od jednej z najlepszych sanitariuszek, w mniemaniu Falknera, jaki chodził po Tyrii. W głębi duszy obawiał się jak przebiegnie proces asymilacji Signy. W dalszym ciągu nie zostały jej wydrukowane oficjalne papiery, którymi mogłaby się legitymować jako pełnoprawny żołnierz Żelaznego Legionu. To już kolejny sezon, gdy Płomienni witani są w Czarnej Cytadeli nie jako wrogowie, a sojusznicy. Tak jest tylko na papierze i prawdopodobnie w głowie samego Imperatora. W praktyce, żołnierze dalej pozostają żołnierzami - jak taki szeregowy Rex ma zrozumieć, że wczorajszy wróg jest dzisiaj przyjacielem? Jeśli całe życie tłuczono mu: od fahraru, aż po czynną służbę, że wrogiem jest ten i ten?
Zwycięstwo każdym kosztem. Zwyciężyliśmy, ale czy tak, jak oczekiwaliśmy?

Z daleka dał się słyszeć warkot silnika, pracującego na niskich obrotach. Falkner przystanął i wytężył wzrok. W oddali dostrzegł ciemnobrązowego popielca, którego siwizna oprószyła cały pysk i brwi. Prowadził stary , niziutki traktorek - taki, którym posługiwali się głównie rolnicy.
- Czołem, Legionisto - popielec przybił pięścią w pierś. Choć jako emerytowany żołnierz przeniesiony do lżejszej niż walka na froncie pracy przeniesiony został do cywila, tak lata przyzwyczajenia oraz uprzejmość nie pozwalała mu nie oddać szacunku czynnemu podoficerowi.
- Witaj, Nagreb. Co u was słychać? Właśnie zmierzam do was.
- A ja do was - odparł staruszek, szczerząc pożółkłe kły.
Banda Węgla stacjonowała na ranczu, które należało do jednego z poległych jej członków: Jarrina. Byli tam w ramach ochrony, wraz z bandą kilku młodych popielców, którzy jeszcze nie doczekali się swojej roli na żadnym z frontów oraz starymi rolnikami. Nagreb z kolei był starym wyjadaczem sąsiedniej farmy. W teorii nie sprawował tam żadnej roli powierniczej: w praktyce jednak, to on rachował, zalecał dowodzącej temu miejscu Legionistce co należy zamówić, co wyrzucić oraz czuwał nad prawidłowym obsianiem całej połaci ziemi wchodzącej w skład wsi. Oba rancza wzajemnie sobie pomagały: a to w naprawach, a to wymieniali się rolnikami gdy w którymś się rozchorowali, nawet wspólnie bronili się przed najazdem nieumarłych pod wodzą Palawy Joko.
- Tak, czego potrzebujesz? - zapytał Falkner, na moment składając łapy za sobą
Nagreb wyłączył hałasujący silnik i sprawnie zeskoczył z traktorka. Jak na swoje lata, jego stawy były w idealnym stanie.
- Słuchaj, nie było u was kogoś, kto by roznosił te ulotki? - staruszek wyciągnął zza poły kamizelki zgiętą na cztery równe części kartkę papieru i wręczył Falknerowi.


- Mogę to zatrzymać? Wybieram się dzisiaj do swojego centuriona.
Nagreb kiwnął łbem legioniście i zaoferował podwózkę na ranczo Jarrina.
A jednak, do wyjścia znalazło się jakieś twórcze zajęcie.



Żołd za ostatni tydzień Gedwa odebrała z opóźnieniem. Trzy dni po operacji spędziła w izolacji między czterema kątami swojego pokoju. Jedyną osobą, i to jeszcze z polecenia Legionisty Węgloroga, która mogła wejść do pokoju Węgloskrzydłej była Signa.
Sanitariuszka nie miała łatwego życia z "siostrą". Na każde pytanie odpowiadała pomrukiwaniem. Po drugim dniu Signa zaczęła rozumieć zerojedynkowe odpowiedzi Gedwy: dłuższy pomruk oznaczał "nie", a krótki "tak". Co więcej, osoba ze sztucznymi kończynami, dopiero co "zaaplikowanymi" tym bardziej, wymagała sporo cierpliwości i odporności na krzyki,.
Wszystko to z powodu nawracających bólów fantomowych. Reszta bandy pukała się po głowie zadając sobie pytanie: jak może boleć coś (w tym przypadku obie kończyny dolne), czego nie ma? Nad tym pytaniem głowili się nie jedni lekarze. Signa nie miała zielonego pojęcia jak temu zaradzić, szukając rozwiązania w podręcznikach, traktatach naukowych i własnym medycznym doświadczeniu.
Czwartego dnia Gedwa Węgloskrzydła opuściła swój pokój o własnych siłach:
- Co? - spytała wszystkich Węgli gapiących się na nią ze zdziwieniem - Daliście mi te protezy żebym mogła chodzić, prawda?
Kolejne dni obfitowały w kolejne noce, podczas których wrzaski Gedwy budziły całą bandę. Ból przychodził z nikąd, potęgował się, jakby ktoś raził ciało prądem. Gryząc własne ramię do krwi by oprzytomnieć, Węgloskrzydła przestała ufać swoim zmysłom. Piąty i szósty dzień znowu spędziła w swoim pokoju, tym razem nie wpuszczając nikogo, poza Signą. Sanitariuszka tylko przynosiła jej jedzenie i została poinstruowana, aby "kulturalnie zmiatać" i zamknąć za sobą drzwi.

Przełom nastąpił kilkanaście dni później. Bóle  dalej nie odpuszczały, niemniej Węgloskrzydła nauczyła się chodzić bez niczyjej pomocy. Gdy koguty zaczęły piać, zeszła jako pierwsza na dół.
- Musimy poważnie porozmawiać, szefie. Chodzi o Gedwę.
Popielka zatrzymała się na schodach. Słuchała, nie wychylając się zza stalowej, działowej ścianki.
- Słucham - Gedwa rozpoznała głos Falknera. Był jeszcze zaspany.
- Kolejna noc, jak drze mordę w niebogłosy. Ja rozumiem, że boli, ale... nie powinniśmy jej wysłać na jakąś nie wiem... terapię? Do uzdrowiska? Sanatorium? Cokolwiek?
To był Selb.
Falkner westchnął. Przetarł oczy i ziewnął głośno, przeciągając się:
- Nie. Gedwa sobie z tym poradzi, ja to wiem.
- A co jeśli nie? Dzisiaj uczy się chodzić, a może zaraz będzie musiała wsiąść do czołgu i co wtedy? Będziemy ją ogromną przepychaczką do kibla tam wciskać?
- Pierdolisz, młody.
- Nie, nie pierdolę. Jesteśmy na misji, walczymy. Nasze życie zależy od jej celności, a ta zacznie się zwijać z bólu i co wtedy? Musisz to rozegrać rozsądnie.
- Nie pouczaj mnie, żołnierzu - ton Falknera przybrał na "służbistości" insynuując, że w jego bandzie nawet własny syn nie ma prawa wyjść przed szereg - Znam Gedwę dłużej od ciebie. Minął dopiero tydzień po operacji. Tydzień. Daj jej trochę czasu, by zebrać się do kupy.
- W uzdrowisku miałaby osoby, które by nad nią czuwały. I wtedy wróciłaby sprawna, a tak to nic tylko wszyscy odczuwamy jej humorki i bóle na swoich własnych uszach.
- Popatrz... wysłałem cię do wielorasowej gildii i wracasz z pyskiem od ucha do ucha. Zapomniałeś już, gdzie jest twoja rodzina? Co w ogóle znaczy rodzina?
- Nie, nie zapomniałem - odparł twardo Selb - i właśnie dlatego wolałbym, aby dochodziła do siebie pod okiem specjalistów. Signa jest tylko sanitariuszem, ja tylko żołnierzem a ty naszym szefem. Mamy swoje limity, jak mamy jej pomóc?
- Wiarą w nią Selb - odparł Legionista. Założył łapy za sobą, wyprostował się wypowiadając ostatnie słowa tej rozmowy - Przyjąłem twoją opinię. A teraz pakuj się, bo z tego co wiem, dzisiaj wybierasz się na szkolenie.

Przełomem w życiu Gedwy wcale nie było zejście na dół. Nie było nim też usłyszenie przykrych słów na swój temat, choć to niejako stało się paliwem, rozpaliło jej wewnętrzną iskrę która rozbłysła dzikim płomieniem. Tego samego dnia wybyła nad pobliską rzekę, aby przejrzeć się w jej tafli. Faktycznie, była za gruba. Metalowe nogi kształtem przypominały popielcze tylnie kończyny. Spróbowała się przebiec - wywróciła się po ośmiu krokach. Wstała i spróbowała ponownie. Zdyszana i spocona wróciła na ranczo. Jak gdyby nigdy nic, minęła zdziwionych rolników, strażników i udała się do stajni. Spróbowała się podciągnąć - wyszło piętnaście w pierwszym podejściu. Nieźle, ale też nie najlepiej.
Z każdym kolejnym dniem uczyła się robić coraz to większy użytek ze swoich nowych nóg. Na prośby Signy o oszczędzaniu się tylko prychała pod nosem. Nie było łatwo - okaleczone ciało wciąż walczyło o zaakceptowanie swojej ułomności.
Dlaczego więc Gedwa podjęła tę walkę?
- Żeby nigdy więcej żaden kmiot, którego zasłaniałam własnym ciałem przed bombardowaniem nie śmiał powiedzieć, że jestem w tej bandzie zbędna.



Gdy zegar wybił godzinę jedenastą, największe wydarzenie w życiu Signy właśnie miało się odbyć. Przekraczając próg niewielkiego, odseparowanego od innych działów w Imperatorskim Rdzeniu budyneczku, popielka w miała odebrać swoje nowe papiery.
Chudziutki urzędas Żelaznego Legionu trzy razy otwierał tę samą szafkę, poprawiał binokle, zaglądał do kartoteki nim w końcu wyciągnął to, czego szukał. Wyglądało to jednak tak, jakby celowo przedłużał swoją robotę z braku lepszego zajęcia lub z czystej złości. W końcu Signa wywodzi się z Płomiennych.

Naturalnie lwia część jej teczki spoczywała u Centuriona Rocktroopera a jej kopia w papierach Falknera. Ona jednak dostała swoją kartę, która identyfikowała ja jako Signę Węglowąpiłę, żołnierza Bandy Węgla. Dodatkowo otrzymała nieśmiertelnik, którego jedna strona zawierała informacje o niej, druga zaś nosiła grawer dwóch skrzyżowanych młotów górniczych. Wraz z tym momentem miał rozpocząć się nowy rozdział w jej życiu. Zdecydowała się więc opić go w Smokestead - osadzie umieszczonej zaraz u podnóża Czarnej Cytadeli.


Nie mogła wybrać gorszego miejsca - jedyna knajpa w okolicy nosiła nazwę "Dwór Trzech Legionów". Bądźmy szczerzy, temu miejscu daleko było do jakiegokolwiek dworu: żaluzje odsłonięte tylko w połowie, upaćkany kontuar i gnuśny barman za nim. Niektóre stoliki były porysowane do granic możliwości a siedzisko, na którym się usadowiła skrzeczało przy najmniejszym poruszeniu. Wrażenia ratowało tylko piwo, które jak na taki wygwizdów było całkiem dobre. Do tego jedna z maszyn obsługująca odtwarzanie wcześniej nagranego dźwięku przyjemnie brzdękała, ratując cały nastrój.
Poza Signą w barze było jeszcze pięciu żołnierzy: dwóch Żelaznych, dwóch Krwawych i jeden Popielny. Węglowapiła czuła na sobie ich spojrzenia - czy to dlatego, że nie nosiła munduru czy była tu po prostu jedyną samicą. Poza inwazją wzrokową nie przeszkadzali, więc konsumowała swoje piwo w ciszy. Raz jeszcze, dla własnej satysfakcji, czytała swoje papiery.

- Uhu, transfer widzę?
Signa podniosła wzrok na żołnierza z Popielnego Legionu. Nawet nie usłyszała jego kroków, a ten wścibsko spoglądał do jej papierów.
- Nie twój interes - odparła szczerząc przednie kły w ostrzeżeniu. Popielec bynajmniej nie zląkł się i kontynuował:
- Gratulujemy przyjęcia do Żelaznych, nie każdy Płomienny ma tyle szczęścia. Ale kobitkom to chyba łatwiej, nie? Nie walczyły, przecież, prawda? Ty walczyłaś?
- Nie twój zasrany interes, zjeżdżaj.
Popielec uniósł łapy w obronnym geście. W tym momencie pozostała czwórka podeszła do stolika. Signa na moment położyła po sobie uszy, ale dalej jej pysk wyrażał: "nie podchodź".
- Daj jej spokój z tym pieprzeniem, Birrbi - odezwał się jeden z Żelaznych. Jego niepoczesana bródka rozchodziła się na wszystkie strony świata, podczas gdy grzywa była jedynie przerzedzoną kępką włosia - Witamy w Legionach! Ale czy wiesz, że to i tak jest pic na wodę? Prawdziwi popielcy zbierają się pod nową banderą.
- Nie jestem zainteresowana.
- Och przestań, przecież skoro już nie jesteś wyrzutkiem, to możesz dać sobie szansę przejść na stronę tych, którzy chcą jak najlepiej dla popielców? Dla WSZYSTKICH popielców, niezależnie od Legionu. Koniec z podziałami, koniec z rangami. Nie będzie żadnych gladium i scrapperów, będą tylko zwycięzcy.
- Powiedziałam nie - odparła Signa, mocniej ściskając kufel w swojej łapie.
I nie było w tym żadnego zawahania. Popielka bowiem kierowała się lojalnością wobec swojego szefa. Osoby, która wydostała ją spomiędzy młota a kowadła - Trzech Legionów i fanatycznego odłamu Płomiennych którzy starli się nie tak dawno w ostatnim boju na śmierć i życie.
- Pozwól nam spróbować cię przekonać  - kontynuował Żelazny, niemniej jeden z Krwawych zaraz wszedł mu w słowo:
- Marnujemy czas na te Płomienne gówno. Dostała bilecik do Legionów i teraz zadowolona. Szkoda miejsca dla takich wśród prawdziwych popielców. Jednak to, co mówią o Płomiennych babach to prawda.
- Co mówią? - wtrąciła się Signa, stawiając wysoko uszy.
- Że baba z niewoli wyjdzie, ale niewola z baby nigdy.

Węglowapiła nie widziała innego rozwiązania, jak "uderz i uciekaj". Nie zamierzała zniewagi puścić płazem ani słuchać ich dalej. Barman nic sobie nie robił z pięciu gnojków zaczepiającą jedną samicę. Szybko zlustrowała ich pasy: żaden z nich nie nosił broni. Głowy mieli odsłonięte, żadnych hełmów. Zbroje ledwo się na nich trzymały, takie były zepsute.
Schowała więc papiery, uśmiechając się po słowach Krwawego i ściskanym w łapach kuflem grzmotnęła mu prosto w pysk. W starciu czterech (nawet nieuzbrojonych!) na jedną nie miała szans, zatem najlepiej było wyłączyć jednego i wiać. Zerwała się z siedziska i wystrzeliła do wyjścia.
Spodziewała się, że pozostali: jeden Krwawy, dwóch Żelaznych i Popielny podejmą pościg. Nie przewidziała jednak, że ten ostatni może jakąś zmyślną sztuczką pojawić się przed nią i pojmać. Tak się jednak nie stało.
Biegła ile sił w nogach, obejrzała się za siebie: dalej ją gonią. Nie miała pojęcia dokąd biegnie. Liczyła, że opuszczając Smokestead zgubi swój ogon, schowa się gdzieś w krzakach lub pobiegnie między wzniesienia i tam przeczeka.
Zamiast tego trafiła na pobliskie złomowisko. Stały tu dwa średniej wielkości żurawie służące do przenoszenia cięższych ładunków, na jednym z nich wisiał magnes a drugi wyposażony był w chwytak. Hałdy żelastwa tworzyły swoiste barykady, tak więc nie zastanawiając się dwa razy, Signa ukryła się za jedną z nich licząc na to, że w ten sposób nie zostanie odnaleziona.
Zerknęła zza ukrycia dostrzegając, że popielcy wchodzą na teren złomowiska.
Szlag!
Dostrzegli ją. Zerwała się i biegła dalej, w głąb stert rupieci. Hałas jaki zostawiała po sobie szybko naprowadziły pościg na jej ślady. Popielcy rozdzielili się i w ten sposób przecięli drogę uciekającej.
- I co Dorotko, zgubiliśmy się? - zarechotał Popielny.
Signa chwyciła za poniewierającą się po ziemi gazrurkę i przyjęła postawę obronną. Szybko jednak została otoczona i prowizoryczna broń zdała się na nic, gdy popielec z Żelaznych wytrącił ją z łap popielki. Drugi złapał ją za łapy z tyłu i sprowadził na kolana. Pozostali rechocząc najpierw naprzemian opluwali jej pysk, a potem zaczęli uderzać i kopać. Próbowała się wyrwać - nie dało rady. Próbowała ugryźć - byli za szybcy. Próbowała krzyczeć - wydobyła z siebie tylko pół zgłoski.

Wtem rozległ się huk wystrzału. Popielcy spojrzeli jak jeden mąż na drugi koniec złomowiska.
- SPIEPRZAĆ STĄD BANDO SKWAŚNIAŁYCH SCRAPPERÓW!
Drugi wystrzał.
- SPIERDALAĆ!
Popielcy puścili Signę i teraz to oni byli uciekinierami. Popielka podparła się przednimi łapami i spojrzała przed siebie.
- MÓWIŁEM SPIEPRZAĆ SCRAPPERZY!
- Nie jestem scrapperem... - wydusiła z siebie, próbując złapać oddech.
- Och...
Następną godzinę Węglowapiła spędziła w domku nadzorcy złomowiska. Był nim brązowy popielec o ściętych rogach i masywnym, acz głupkowatym pysku. Na oko miał może z czterdzieści lat. Mieszkał jak typowy zbieracz śmieci: w dusznym i ciemnym pomieszczeniu trzymał wszelakie pierdoły i własnej roboty gadżety, ale jedyną rzeczą jaka się w tym bajzlu wyróżniała był nienagannie utrzymany karabin z lunetą.
- Masz, to powinno pomóc .
Signa przyjęła napitek w powyginanym, metalowym kubeczku od popielca. Wychyliła łyka i od razu splunęła.
- To jest spirytus?
- Nie, wódka.
Parsknęła. Wypiła drugiego łyka, tym razem przygotowana na kopnięcie.
- Jak się zwiesz? - zapytał popielec, przysiadając obok przed obrysowanym, drewnianym stoliczkiem.
- Signa. Signa Węglowapiła. Ty?
- Borya.
- Borya kto?
- Po prostu Borya. Moja banda martwa od dawna.
Signa mruknęła i kiwnęła mu głową. Prawdę mówiąc, nie mogła się jakkolwiek do słów rozmówcy odnieść: wesprzeć, pocieszyć, zrugać ani zrozumieć. Nigdy tego nie przeszła.
- Dzięki. Za to - podniosła kubeczek - i za tamtych.
- Ach, te barany przebrzydłe. Banda scrapperów. Dupią karny przydział. Wywaliłem ich ze złomowiska, jak tylko dowiedziałem się, że kradli.
- To przecież złom. Nie może sobie ktoś tego wziąć po prostu?
- Dla ciebie to może tylko złom, ale jak przychodzi co do czego, to Cytadela mnie ze wszystkiego rozlicza. W Żelaznych nie ma tak, że czegoś jest za mało albo za dużo jakimś cudem. Wszystko jest policzone co do joty. Z jakiego legionu jesteś?
- Żelaznego - odparła i napiła się ponownie.
- To sama wiesz przecież, jak to jest.
- Mhmm - pokiwała głową.
Borya, jakkolwiek nie był dziwny, okazał się ciekawym rozmówcą. Kilka łyków tej jego wódki szybko rozwiązało obojgu języki. Oczywiście nie wyjawiła mu, że była Płomienną niewolnicą. On zaś otworzył się przed nią jak księga: jego banda niegdyś walczyła z duchami i byli w tym naprawdę dobrzy. Borya dekorowany był aż sześć razy, w tym trzy za odwagę.  Od sześciu lat mieszka na złomowisku, stając się niejako jego powiernikiem. Nigdy nie potrafił pogodzić się z utratą swojej rodziny i nie zażądał nowego przydziału. Oficjalnie powinien zostać gladium i tak zresztą się stało, niemniej nieoficjalna posadka "stróża złomowiska" sprawiła, że gdzieś tam wśród urzędników wciąż był przydatną figurą.
Zbierając się, Signa uścisnęła łapę wybawiciela:
- Powinieneś zastanowić się, czy chcesz użerać się z tymi scrapperami. Przeszłości nie cofniesz. Wybacz, ale gorzej nie będzie Borya. Mój szef szuka dobrych ludzi.



- Kurwa... - popielka mruknęła, spoglądając na kartę którą wyrzucił Selb
- Jak chcesz grać tak dobrze jak ja, to musisz nie dawać po sobie poznać emocji.
- Oho, nie zesraj się mistrzu kart.
- No co? To tylko koleżeńska rada - Selb wyszczerzył kły w głupim uśmiechu. Cmoknął, gdy Signa wyrzuciła swoją kartę i natychmiast z ręki wyrzucił dwie.
- Tak można?
- No jasne, że tak. To jest para.
- Para srara - mruknęła Signa, wyrzucając kolejną kartę.
- No no... W ogóle powiedz mi, jak się czujesz? Jak już masz swoje papiery i w ogóle?
- Tak samo. Moje życie nie obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni tylko dlatego, że wydali mi papier z nowym nazwiskiem i jakimś krzywym portrecikiem narysowanym przez typa o trzęsącej się łapie.
- Pokaż!
- Nie.
- No weź pokaż!
- Nie i spieprzaj. Graj.
Selb mruknął i wyrzucił kolejną kartę. Talia kart którą grali składała się z numerów od dwa do dziesięć, Legionistów (asów), Centurionów (walet), Trybunów (królowa), Imperatorów (król) oraz jednego Khan-Ura (joker). Kolorami rozróżniającymi karty był podział na Legiony: Żelazny, Krwawy, Popielny i Płomienny. Wyznaczały one również symbole na kartach: Żelazna piątka była zilustrowana pięcioma zębatkami, Krwawa dwójka dwoma mieczami, Popielna szóstka to sześć sztyletów, zaś Płomienna dziesiątka stanowiła dziesięć pochodni.
- No co za... A dław się! - Signa wyrzuciła ze swojej ręki następną kartę. Selb się zaśmiał.
W tym momencie do pomieszczenia wszedł Falkner. Zdjął z łba czapkę i rzucił ją na stolik:
- Co tam banda?
- Gramy w karty. Komu kibicujesz - zapytała Signa.
- Nikomu.
- A jakbyś miał wybrać?
- Nikomu.
- Czemu?
- Bo nawet jak rżniecie w karty i przewalacie swój żołd na zakładach, to mnie nie przystoi nikogo faworyzować.
- Nawet Selba?
- Nawet Selba.
- No weź, jeszcze powiedz, że wymagasz ode mnie więcej, niż od innych - rzucił Selb, odpalając papierosa.
- Wymagam od ciebie tyle samo, co od innych. Właściwie, to mam dla was pierwszy rozkaz.
- Jaki? - zapytała Signa, na moment odkładając karty, które miała na ręce. Selb wychylił się, ale Węglopiła położyła je rewersem na wierzchu.
- Dostaliśmy przydział i wezwanie do mobilizacji. Będziemy prać się z Dominium Bangara. Muszę załatwić jeszcze sprawę Brigga z Rocktrooperem, ale to nad ranem. Signa, jutro udajesz się do Cytadeli na powtórkę z pierwszej pomocy.
- Pff, banał.
- Selb, żadnych wypraw z Ligą w ciągu najbliższych kilku dni. Potrzebuję cię w pełnej gotowości.
- Mhmm...
- Dostałem też raport z twojego szkolenia.
Selb położył po sobie uszy i zaciągnął się papierosem. No to się zacznie. Signa z kolei z zainteresowaniem spojrzała na Falknera.
- Więc tak... pomijając teorię która wyszła ci nawet dobrze, to praktyka... cytuję: "Żołnierz nieumiejętnie rozporządzał maszyną podczas jazdy na wzniesieniu"...
- Bo pod górkę daje się więcej gazu. Kij z tym, że piłowałem silnik, miałem zjechać na całą kolumnę?
- Dalej -kontynuował Falkner - "Żołnierz podczas symulowanej sytuacji zacięcia działa wjechał w cele treningowe, taranując je i uszkadzając czołg"
- To były tylko drewniane cele, co mi miały zrobić? Strzelić drzazgami?
Signa roześmiała się, spoglądając teraz na Selba z szyderczym uśmiechem.
- No i wreszcie: "Żołnierz przełamał formację wyjeżdżając naprzód podczas symulowanej sytuacji starcia z działami przeciwpancernymi".
- Bo w podręczniku pisali o zasadzie "Strzelaj i przemieszczaj się". Nie moja wina, że tamtejszy dowódca to zapyziały ćwok który uważa, że walkę toczy się w równej linii. Pieprzeni amatorzy.
- Och Selb, winszuję ci błyskotliwej kariery jako dowódcy centurii czołgów w przyszłości - odezwała się Signa, na co Selb tylko pokręcił głową.
Falkner odwrócił kartkę, i przeczytał ostatni cytat:
- "Podsumowując: nie rekomendujemy żołnierza Selba Węglochwyta na rolę kierowcy czołgu".
Falkner zwinął papierek w rulon i rzucił na stolik. Wyciągnął papierosa, zapalił i przerywając ciszę, rzekł:
- Pierdolenie.
Zarówno Signa jak i Selb roześmiali się. Oboje wzięli karty w łapy. Węglopiła kiwnęła łbem, że teraz ruch Selba.

- Makao i po makale - rzekł, wyrzucając ostatnią parę piątek na stół.
« Ostatnia zmiana: Czerwiec 07, 2020, 02:37:55 wysłana przez Falkner »

Falkner

  • Egida
  • ******
  • Wiadomości: 1197
  • Płeć: Mężczyzna
III


Poruszenie związane z wojną nie było jeszcze widoczne w Czarnej Cytadeli. Życie toczyło się tu tak jak zazwyczaj: potężne przemysłowe piece pracowały po szesnaście godzin na dobę, długie i masywne kominy dyszały czarnym dymem, hałas pracujących maszyn nie ustawał, cywile przemierzali ulice goniąc za swoimi sprawami a straż, jak to straż, pełniła wartę.
Mieszcząca się w Dystrykcie Przemysłowym Agentura Zaopatrzeniowa wydała z nakazu Falknera dwa komplety nowego umundurowania dla pięciu członków oddziału.
Pięciu, dokładnie tak.
Na zewnątrz czekał Borya, kopcąc naprawdę mocnego papierosa. Popielec miał przy sobie tobołek, w którym pomieścił całą swoją własność: sakiewkę tytoniu, szczotkę do czyszczenia kłów, cztery komplety bielizny i sześć par skarpet a do tego dwa opakowania naboi. Przez ramię przewieszony miał karabin z lunetą, bardzo dobrze utrzymany choć model liczył sobie dziesięć lat.
- Dość papierkowej roboty na dziś - Falkner przystanął obok "świeżej krwi" (Borya nie należał do młodych popielców) i zapalił swojego papierosa. Komplety ubrań zostały zapakowane na nieduży wózek o czterech stalowych kołach, który Legionista przywiózł ze sobą z rancza.
- Tak jest - odparł Borya, prężąc się nie wiedzieć czemu.
- Skoczmy na piwo, na ranczu i tak nie ma co robić.

Wybrali się więc do Ząbkowanego Ostrza - knajpy mieszczącej się w Dystrykcie Przemysłowym. To był ulubiony przybytek Falknera w stolicy, który przywoływał wspomnienia o poprzednim oddziale, w którym służył - Bandzie Smoka. To był niesamowity okres, ale z drugiej strony dziwny. Legionista Węgloróg przybrał wtedy nazwisko Smoczyróg i dokonał transferu do Legionu Krwi. Stało się tak głównie za sprawą znajomego, który wówczas (a nawet dalej) nosił rangę Centuriona. Draco Smoczeserce oraz jego banda otrzymała całkiem spory posterunek umieszczony na północny wschód od Ebonhawke: Ostrze Śmierci. I jakby los chciał im zrobić na złość, pierwszego dnia po zakwaterowaniu w okolicy nasiliła się aktywność Piętna co dało początek długiej, aczkolwiek pełnej przygód kampanii zakończonej krwawą walką pod Steeleye Span, gdzie Falkner spojrzał śmierci głęboko w oczy.
Ząbkowane Ostrze nic się nie zmieniło. Pamiętał dobrze, jak przychodził tutaj ze Smokami: Draco, Maud, Harvestem, i innymi. Zamawiali po napitku będącym specjalnością zakładu i pili przez długie godziny, a potem przenosili się do Posterunku Ostrza Śmierci by wypić jeszcze po jednym lub dwóch i spać.
Borya i Falkner usiedli przy stoliku mieszczącym się blisko ściany. Zamówili po piwie. Z początku żaden z nich nie wiedział, jak zainicjować rozmowę: Borya był sztywny jak maszt, zaś Falkner liczył na to, że nowy żołnierz sam zacznie rozmowę.
- I jak wrażenia? Nowy oddział, nowe zadanie? - podjął w końcu Węgloróg widziąc, że rozmówcę trzeba pociągnąć za język.
- Póki co znam tylko Signę i pana, szefie.
- Starczy szefie. Poza służbą po imieniu - Falkner napił się łyka i zerknął na moment w kierunku wyjścia - Jak na tak długi czas poza służbą, wybrałeś najbardziej odpowiedni moment na powrót w kamasze.
- Yhmm. Coraz więcej i więcej moich starych kumpli zaczęło dezertować. Mnie to do końca ta wizja Bangara nie kupuje - Borya wzruszył ramionami i zaraz popatrzył w kierunku wyjścia za szefem, ciekaw co tam dostrzegł.
- Próbowali cię zwerbować?
- Żeby jeden raz.
- Dobrze, że się nie dałeś. W tych czasach kolejny konflikt zbrojny który nie jest walką ze smokami to paranoja, jeśli chcesz znać moje zdanie.
Borya pokiwał tylko łbem. Z jakimś niemrawym wyrazem pyska upił solidnego łyka z kufla, próbując dodać sobie animuszu do dalszej rozmowy. Czego on się w ogóle spodziewał? Że wcielą go do nowego oddziału bez zadawania jakichkolwiek pytań?
Upił jeszcze jednego łyka, zerując zawartość kufla. Falkner dostrzegając to domyślił się, że Borii się chyba spieszy, ale brązowy popielec zaraz podjął:
- Chcę mieć to za sobą - otarł pysk, na którym ostało się trochę piwnej piany - Od pięciu lat nie dostałem żadnego przydziału. Nie prosiłem się o niego ani o nowy oddział. cztery lata spędziłem żyjąc na tym złomowisku i prowadząc spis dla Cytadeli. Śmieciowa robota, ale scrapperowi by jej nie dali a ja formalnie jestem, znaczy byłem gladium. Nie powinienem dostać nic, ale ufali mi bardziej niż randze karnej.
Bandę straciłem pod posterunkiem Ebonshore w Diessa. Tego dnia duchów nasrało tyle, że wezwano dwie centurie wsparcia. Broniliśmy się tak długo, jak było to możliwe. Moja rodzina: Basker, Rura, Arrton, Nić, Dopalacz - cała banda, poza mną tego dnia poległa. Ocaliłem się jedynie tym, że prowadziłem ogień ze skał. Wsparcie przyszło za późno. Rura wykrwawił się w lazarecie, Dopalacz dwa dni po hospitalizacji zszedł na serce. Reszta zginęła podczas ataku.
Falkner pokiwał dłonią. Machnął do barmana, aby przyniósł jeszcze po jednym piwie dla każdego. Borya kontynuował:
- Pojawienie się Signy na moim złomowisku dało mi trochę do myślenia. Nawet dalej nie jestem przekonany, czy dobrze robię. Świat zmienił się podczas gdy ja liczyłem funty stali: Płomienni teraz są naszymi kolegami a Imperator Krwawych wznieca powstanie. Pewnie gdyby góra chciała, to wcieliliby mnie tak czy owak. To już wolałem iść tam, gdzie kogoś znam.
Do stolika doniesiono nowe piwa, choć barman nie był z tego rad. Tutaj w gruncie rzeczy panowała samoobsługa lecz z uwagi na to, że niższej rangi oficer i jego żołnierz byli tutaj sami, to włodarz uczynił wyjątek.
- Borya, doskonale rozumiem twój ból. Sam straciłem bandę dawno, dawno temu. W mojej obecnej zginęło kilku naprawdę dobrych żołnierzy. Potrzebuję teraz takich jak ty, szczególnie na tą wojnę. Brzmisz na takiego, któremu można zaufać.
Borya pokiwał głową. Z jakąś większą ochotą złapał za kufel i podniósł go widząc, że Falkner robi to samo.
- Za twoich i moich poległych towarzyszy.
- Niech im ziemia lekką będzie.
Stuknęli się kuflami i wypili.

- Swoją drogą, jakie nazwisko wybrałeś? Nie popatrzyłem jeszcze do papierów.
- Węglomiot. Borya Węglomiot.




W dniu transportu Banda Węgla musiała stawić się punktualnie o szóstej nad ranem w Hangarze im. Pyre Fierceshot'a. Położony w południowej części kompleks wojskowy służył głównie budowie i konserwowaniu floty powietrznej należącej do Żelaznego Legionu: charrcopterów i sterowców. Jednym z powodów, dlaczego wylot nie odbył się z Czarnej Cytadeli była obawa przed ewentualnym sabotażem ze strony szpiegów Dominium. Mimo podwojonej liczbie straży i częstym nalotom Adamantowych na kluczowe miejsca zbiórki żołnierzy, Trybunowie wciąż obawiali się działań wywrotowych wroga, mających na celu udaremnić wysłanie wsparcia na front.
Tym razem na froncie pojawili się Imperatorzy wszystkich Legionów, oczywiście poza Krwawym. Objęcie dowództwa nad Żelaznymi przez Imperatora Smodura miało strategiczny wpływ na morale oraz kształtowanie nowego społeczeństwa popielców. W końcu od teraz, hasło ogłoszone po raz pierwszy na festiwalu Bangara zostało wepchnięte w ramy doktryny każdego z Legionów: "Wszyscy popielcy razem!". Ktoś, kto uprawiał teoretyzowanie na temat spraw politycznych mógł szybko domyśleć się, że wyścig po tron Khan-Ura właśnie się rozpoczął. Naturalnie, najlepszym kandydatem jest ten, który jest w posiadaniu insygniów władzy, czyli Smodur. Niemniej nie można wyłonić przywódcy, jeśli jedna z frakcji się buntuje. A właściwie, to wszystkie cztery, formując zbiorowisko Krwawych, Żelaznych, Popielnych i Płomiennych pod zarządem powierniczym Krwawego Imperatora.

Konflikt utrzymywany był w tajemnicy dla wielu popielców. Dopiero teraz, kilka dni po rozmowach między obiema stronami (gdzie Dominium ewidentnie przyparło wroga do ściany) które zakończyły się fiaskiem, każdy z Legionów sięgnął do puli swoich prawdziwych rezerw i wyciągnął z nich wszystkich, których mógł.
Banda Węgla miała zaokrętować się na "Nieboskramiaczu IV", sterowcu budową przypominające te Paktowe. Podobno na modelu IV inżynierowie popielczy, ludzcy i asurańscy zbudowali Paktowe sterowce, które poleciały na ofensywe do Orr, a później zostały strącone nad dżunglą. Mimo tak sromotnej porażki floty, nie można było winić maszyny za to, że smok zaatakował w nieprzewidziany sposób. Przystosowane do działań wojennych Nieboskramiacze wyposażone były w cztery działa przeznaczone do ostrzału obiektów naziemnych i latających, oraz dwanaście dział na każdej burcie przeznaczonych do walki z przeciwnikiem w powietrzu. Załoga statku mogła zająć się sobą w jednej z trzech wielkich, wspólnych sal znajdujących się bezpośrednio nad ładownią.
Sterowiec wyruszył na północny-zachód o godzinie szóstej trzydzieści.

Banda Węgla, wchodząca w skład centurii Tyrrona Rocktroopera zajęła salę numer dwa, dzieląc ją z jeszcze jedną centurią pancerną służącą pod Barwarem Horncutterem. Dowódcy band spędzali czas ze swoimi: popijając z piersiówek, grając w karty, kości, gadając o tym i owym lub żartując. Niektórzy przysypiali, tak jak Selb lubujący się w drzemkach. Falkner, Borya i Signa grali w karty, zaś Gedwa komentowała wynik gry, rzucając od czasu do czasu jakimś wspomnieniem z poprzednich starć. Centurion Rocktrooper zajęty był czytaniem książki, podczas gdy jego banda czytała gazety. Tłuste nagłówki i pełne inspirujących zwrotów artykuły traktowały o sytuacji na froncie i o "wielkim przełomie", który miał nastąpić w ciągu kilku dni.
W skład centurii Rocktroopera poza Węglami wchodziła jeszcze dobrze znana Falknerowi banda Torch a także nowe bandy, które po roszadach znalazły się pod skrzydłami Tyrrona: Leaf, Ground, Point oraz Lash. Wszystkie te oddziały miały niewiele czasu na wspólne manewry przed wyruszeniem na wojnę, więc od zdolności Rocktroopera zależało, jak wielu z nich wróci do domu. I jak prędko? Żadnych oficjalnych informacji dowództwo średniego szczebla (centurionowie) jeszcze nie posiadało, ale ogólna zasada mówi: "Powalczycie ciężko kilka dni i was zluzują". A potem znów ciężka walka i znów luz, dopóki wróg nie skapituluje lub nie pozostanie po rebelii nic poza żołnierzami wysłanymi do kolonii karnej lub na szafot. 



Jedyni członkowie węglowej rodziny, którzy związani ze sobą byli wspólną krwią wyszli na pokład aby zapalić. Teoretycznie można było to zrobić na dole, ale ograniczony obieg powietrza sprawiał, że siedzący tam żołnierze powoli się wędzili.
Oboje wyciągnęli po papierosie, Falkner odpalił sobie i synowi. Oparli się o reling i spoglądali prze moment w dół, na gęste lasy ciągnące się wzdłuż i wszerz. Mijała siódma godzina lotu i niebawem mieli znaleźć się na miejscu.
- Jak wrażenia? - spytał Falkner, niespiesznie zaciągając się papierosiem.
- Miałem o to samo pytać - odparł Selb, szczerząc kły - Nie mogę się doczekać, aż zejdziemy na ziemię. W dupie mi się przewraca od tego lotu już.
- Nosi cię? Mnie też.
- Nosi, nosi... sądziłem, że nie będę jakoś specjalnie zachwycony kolejną wojną a czuję się tak samo, jak po zaciągnięciu się na poprzednią.
- Rodzisz się po to by walczyć, potem uczysz się po to by dobrze walczyć i jak już masz walczyć, to nic innego jak walka ci nie podchodzi. Tak właśnie jest?
- Poniekąd tak. Ale zawsze. Tylko tutaj jakoś tak... ciągnie do bitki.
- To będzie posrana wojna, Selb. Ty, ja, Gedwa czy Borya - wszyscy wiedzieliśmy od małego, że wojna z Płomiennymi trwa. Ledwie się skończyła i mamy następną, ale z Dominium - Legionista skipnął papierosa i spojrzał na popielca o jasnoszarym futrze - Co im strzeliło do głowy? To już nie są Płomienni, a wszyscy do kupy razem wzięci.
- Wróg to wróg - odparł Selb, niewzruszony filozofowaniem dowódcy.
- I tyle? Nie rozumiesz, że tam po drugiej stronie mogą znajdować się twoi starzy kumple, mordy z którymi kiedyś piłeś, nie wiem, osoby z dawnej pracy? I to już nie będzie: "Czołem, co tam, idziemy na petka?" tylko albo ty albo on.
- Wybrali swoją stronę. To zdrajcy - wzruszył ramionami - A moi kumple znajdują się pod pokładem. Ostatniego przyjaciela pochowałem w okopach pod Płomienną Cytadelą.
Falkner mruknął. Wyciągnął drugiego papierosa, gdyż wiatr więcej spalił tytoniu niż on sam. Zaciągnął się głęboko i wypuścił kłęb dymu, który pod wpływem prędkości z jaką poruszał się sterowiec rozpierzchł się prędko. Selb również zapalił drugiego, idąc w ślady Legionisty.
- Posłuchaj Selb. Musiałem ustalić jedną ważną rzecz na wypadek, gdybym skończył w lazarecie. Postanowiłem, że brevetem zostanie Gedwa.
- Mhmm - mruknął Selb.
- Rozumiem, że zgadzasz się z moją decyzją?
- Ty jesteś tu szefem, nie ja. Ty rozkazujesz, my kiwamy głowami.
- W takim razie rozkazuję ci powiedzieć, co o tym sądzisz.
Selb zaciągnął się, zbierając chwilę myśli.
- Gedwa jest dłużej ode mnie w bandzie, więc zrozumiałe. Ale...
- ... ale jest kaleką?
- Trafiłeś w sedno. Nie wiem, w moim mniemaniu dowódca ma dwie ręce i nogi oraz łeb na karku. Gedwa na pierwsze i trzecie.
Teraz to Falkner przeznaczył chwilę na zebranie myśli i głębokie westchnięcie.
- Prawdę mówiąc, staż w bandzie nie ma teraz tak dużego znaczenia. Połowa z niej jest nowa, druga połowa to ty i Gedwa, z czego ona jest o wiele dłużej, niż ty. Po prostu stawiam na kogoś, kto ma większe doświadczenie w boju bez względu na to, czy nie ma oka, nosa, połowy gęby czy obu nóg.
- Nie no... tak tylko mówię, wypełniam rozkaz.
- Nie czuj się uprzywilejowany Selb. Byłbyś następny w kolejce do objęcia dowodzenia gdybyś miał więcej stażu.
- Rozumiem ,rozumiem - wypalonego papierosa wyrzucił za burtę i odpalił trzeciego. Przybrał bardziej poważny wyraz pyska. Falkner dostrzegł to i nie chcąc dłużej drążyć, klepnął młodego w plecy:
- Ale nie martw się, tanio skóry nie oddam. Będę się opierał hospitalizacji do ostatniego kępka futra.
Mimowolnie, oboje zaśmiali się cicho.
- Opowiadaj więc - podjął Falkner - Jak to walczysz z Ligą jako najemnik? Jakieś godne odnotowania potyczki?
To pytanie chyba wyrwało Selba z zamyślenia, bo na pytanie odparł od razu:
- Poza Thunderhead w sumie to tak byle jak. To nie wojsko, żeby bombardować moździerzem, palić miotaczem i rozsadzać charrzooką, ale są miłe chwile gdy ciężki sprzęt się sprawdza. Właściwie, to opowiem ci o innej walce. Słownej.
- Zwyzywałeś kogoś na zadaniu i dostałeś szlaban na piwo?
- Goń swój ogon. Nie, wygraliśmy dyplomacją.
- Oho, zamieniam się w słuch.
Opowieść o Zakonie Oka i historii Dostrzeżonego trwała około dziesięć minut. Węglochwyt nie potrafił wyjść z samozachwytu gdy wraz z Annie uratowali sytuację przed rzezią, która w ich mniemaniu była nieunikniona. Przy okazji historia tego, jak uciekał przez norskie góry i potoki z kryształem, który był jednym z trzech do stworzenia broni, która miała ostatecznie rozprawić się z tzw. Dostrzeżonym - nieznanym bytem zamkniętym dawno temu przez Jotuny. Z opowieści wynikało, że to jeszcze nie koniec. Zaczął więc opowieść o wyprawie statkiem na nieznaną wyspę, lecz wtedy na cały statek rozległ się warkliwy głos kapitana sterowca:

- Wszystkie oddziały, przygotować się na lądowanie za piętnaście minut. Powtarzam: przygotować się na lądowanie za piętnaście minut.

Falkner

  • Egida
  • ******
  • Wiadomości: 1197
  • Płeć: Mężczyzna
IV

Spoiler: Disclaimer odnośnie Drizzlewood Coast • pokaż

Na potrzeby opowiadania lokacja jest powiększona. Trudno mi sobie wyobrazić, aby całe zastępy Połączonych Legionów mieściły się w takim małym obozowisku. To samo dotyczy min. sprzętu: Smodur wspomina o wysłaniu maszyn do boju, podczas gdy na mapie widzimy jedynie kilka pojazdów opancerzonych po stronie Dominium.




Obóz Zjednoczonych Legionów: Krwawego, Żelaznego, Popielnego i Płomiennego mieścił się w środku obszernej, otwartej groty. Otoczony skałami ze wszystkich czterech stron, stanowił dobre stanowisko obronne przeciwko piechocie i pojazdom Dominium. Na skałach rozłożone były stanowiska obrony przeciwlotniczej, a bliżej południa działa artyleryjskie sięgały swymi lufami wysoko w niebo, gotowe na rozkaz spuścić deszcz zniszczenia na wrogie umocnienia. Na drewnianych lądowiskach stały tuziny charrcopterów.
U podnóża skał rozciągały się rozbite w równych odstępach namioty, każdy oznaczony herbem swojego Legionu. Znajdowały się tutaj dwa namioty z natryskami, dwa pełniące rolę stołówki, trzy będące punktami zaopatrzenia piechoty oraz jeden duży, w którym Imperatorzy Zjednoczonych Legionów przeprowadzali obrady.
Na co trzecim drzewie umieszczony był okrągły głośnik, za pomocą którego wydawano rozkazy, informowano o godzinach wydawania posiłków czy budzono o szóstej rano grą na bębnach. Oczywiście naczelną funkcją systemu nagłaśniającego było przekazywanie motywacyjnych komunikatów. Osiągnięcie pełnej kontroli nad poglądami, a może wręcz myślami o przeciwniku było celem każdej ze stron konfliktu. Nikt nie potrzebował szeregowego, który zawaha się w decydującym momencie, takiego, który nie będzie nacierać lub co gorsza zdezerteruje.

Banda Węgla włóczyła się za oddziałem Rocktroopera, a za nimi inne przynależne jego centurii bandy. Akurat natrafili na porę wydawania ostatniego posiłku, zatem Tyrron zezwolił reszcie się posilić podczas gdy on odbędzie naradę z Trybunami.
Selb na sam widok kolejki do namiotu obozowego kucharza numer dwa przypomniał sobie, błyskawicznie, takie same kolejki w okopach za Płomienną Cytadelą. I nie były to jakieś bardzo złe wspomnienia. Przepychanki, groźby, dowcipy, pogaduszki, chwalenie się fantami, zakłady czy opowieści z innych sektorów - wszystko to działo się gdy zastępy głodnych żołnierzy czekali z aluminiowymi miseczkami na swoją kolej.
- Dla kalek jest osobna kolejka? - Gedwa wychyliła się z kolejki by spojrzeć na sam jej początek - Ej, spieprzaj Borya, ja tu stoję.
- Oho, jeszcze czego. Stój jak inni. Ciebie już nogi nie bolą - odparł Borya Węglomiot.
- Ha, ha, bardzo śmieszne. Jak ci nakopię do dupy tymi stalowymi okuciami protezy to zesrasz się podwójnie, a nawet potrójnie z bólu.
- Chciałbym to zobaczyć.
Gedwa zmierzyła popielca od stóp do głów i wyszczerzyła kły. Borya wyprostował się na moment, już pewien swojego sprytu, gdy Węgloskrzydła z całej siły nadepnęła mu na palce u stopy.
- TY WSZARO! - nacisk stalowej protezy na palce faktycznie bolał podwójnie, jak nie potrójnie.
- Nie podskakuj mi, następnym razem ci ogon przydepczę.
Reszta bandy zarżała. Falkner powiódł spojrzeniem po obozie i wskazał na zbite z drewna zagrody otoczone drutem kolczastym i zamknięte na klucz. W środku stali popielcy Krwawego, Płomiennego i Popielnego Legionów. Ich ręce były związane, a stopy przykute łańcuchami do podłoża. Gdyby nie fakt, że każdy z nich na ramieniu i na piersi nie nosił insygniów Dominium, Legionista Węgli z pewnością zastanawiałby się, dlaczego niektórych zamykają w klatkach.
- Dobrze im tak - rzucił Selb, widząc gdzie powędrowało spojrzenie ojca - Rozprawimy się z nimi raz dwa, a potem pod trybunał ich i do kopalni w Żelaznej Marchii. 
- Mhmm - mruknął w odpowiedzi Falkner - Nie widzę wśród nich żadnych Żelaznych.
- I dobrze, żelazo się nie ugina pod wolę jakiegoś świra.
Wtedy na rozmowy wtrącił się żołnierz, który opuszczał kolejkę niosąc porcję ryżu z małymi kawałkami mięsa:
- Żelaznych w klatkach nie znajdziecie. Żelaźni są o tam.
Żołnierz wskazał na równo ułożoną stertę ciał w oddali, gotową do spalenia. W rzeczy samej, umundurowanie popielców wskazywało na to, że znajdują się tam sami Żelaźni.
Przez moment Falkner nie mógł odwrócić od tego miejsca oczu. Selb również, choć gdy kolejka posunęła się naprzód, pociągnął swojego szefa, wyrywając go z zamyślenia. Żołnierz, który wskazał im to miejsce rzucił nim odszedł delektować się jedzeniem:
- Imperator Smodur nie akceptuje zdrajców. Każdy złapany Żelazny który zmienił stronę idzie pod lufę.
Selb z Falknerem popatrzyli po sobie.
- Idźcie rzesz dalej - burknęła Gedwa.

Każda Banda otrzymywała swój własny namiot. Z polecenia Centuriona, jego żołnierze zostali rozlokowani na wschodniej części obozu, tuż obok strumyka. Zaprowadził ich tam jeden z żołnierzy Straży Obozowej, specjalnego oddziału desygnowanego do utrzymywania porządku i ładu. Najczęściej byli to starzy wyjadacze z Adamantowej Gwardii lub Sentinelów.
Węgle posiłek dokończyli w swoim namiocie. Każdy miał jedną zwierzęcą skórę na której mógł spać, poduszkę i szmaciany wór do którego mógł włożyć swój przybytek.
- Obóz nawet całkiem - odezwała się Signa Węglowapiła, rozsiadając się na swoim legowisku.
- Widywałem gorsze - rzucił Selb, dokończywszy jeść. Miseczkę schował do swojego worka, żeby mieć na przyszłość.
- Ciekawe gdzie nas poślą - dołączył się Borya - ile już terenu zajęliśmy. Szef pewnie nie wie?
- Nie mam pojęcia - odparł Falkner, zbierając się do wyjścia na zewnątrz aby zapalić.
W tym momencie do namiotu wsadził głowę Centurion Tyrron Rocktrooper, gwiżdżąc.
- Zbiórka przed namiotami w dwuszeregu.

Prawie trzydziestu żołnierzy ustawiło się równo na rozkaz dowódcy. Tyrron Rocktrooper, Centurion Żelaznego Legionu, był szanowany wśród swoich podopiecznych. Było w nim coś, co jawiło się jako najważniejszy atrybut dowódcy - miał posłuch. Postawa, sposób wypowiedzi a nawet indywidualne podejście do każdego z żołnierzy sprawiało, że nikt nie zaniechał wydanego rozkazu. Przynajmniej Falkner sobie nie przypominał by taka sytuacja miała miejsce.
- Spocznij - mruknął Rocktrooper i opuścił trzymane za sobą łapy - Będę z wami szczery: jesteśmy w dupie. Ten obóz to nasz ostatni przyczółek w okolicy. Nad ranem odbyły się rozmowy z dowódcą Dominium, Rylandem Steelcatcherem. Nie poddali się. Idziemy w bój.
Wypowiedzi dowódcy brakowało entuzjazmu, co jego podopieczni odczytali jako: "nie cieszcie się, mam jeszcze inne złe wieści".
- Nasze czołgi utkwiły na drodze. Wraża partyzantka zaatakowała konwój i uszkodziła transportery. Będziemy kilka dni kiblować tutaj bez naszego sprzętu, dlatego wraz z Trybunem Kindleshot uznaliśmy, że dopomożemy naszej piechocie. Wiem, że wielu z was uznaje czołgi za drugi dom, ale w końcu po coś każdy z nas był w fahrarze. Dostosowujemy się do zmian.
- Dalej - kontynuował Centurion - Chcę, aby każdy z was zapoznał się z obozem. W trakcie spoczynku zostają nam przydzielone następujące role: Bandy Leaf, Węgla oraz Rock wspomagają oddziały obrony przeciwlotniczej, Bandy Ground, Point oraz Lash  pełnią warty na perymetrze. Za dwa dni zmiana. Czy to jest jasne?
- Tak jest, panie Centurionie! - odpowiedziały wszyscy chórkiem.
- To chciałem słyszeć. Czy Legioniści mają jakieś pytania?
- Wiadomo, kiedy przybędą nasze maszyny? - spytał Falkner, nie wychodząc ani kroku przed szereg.
- Jak będą to będą. Informować będę na bieżąco.
Falkner kiwnął głową i zamilkł.
- Żołnierze, są jakieś pytania?
Zapadła cisza.
- W takim razie mam dla was jeszcze inne kwestie. Pierwsza: oczy i uszy szeroko otwarte. Szpiedzy wroga czają się na każdym kroku. Nie paplać z nieznanymi typami. Legitymować się gdy was o to poproszą, tak samo wy legitymujecie innych. Każde podejrzane zachowanie raportować do waszych dowódców, a dowódcy do mnie. Jeśli nie ma mnie w pobliżu: każdy inny Centurion, jakiego napotkacie. Druga: zakaz rozmawiania z więźniami. Trzecia: pod żadnym pozorem nie opuszczać obozu bez pozwolenia. Jeśli ktoś was przyłapie, jesteście dezerterami. Czwarta: żadnych zaczepek między Legionami. Krwawi są już wystarczająco upokorzeni tą sytuacją. Żelaźni stracili najwięcej żołnierzy. Popielni wypruwają sobie flaki żebyśmy mieli jak najlepszy wywiad. Płomienni zostają z nami na stałe i również odwalają kawał dobrej roboty. Nie chcę słyszeć o żadnych sprzeczkach między Legionami. Piąta: na terenie obozu możecie zauważyć ludzi. To Seraph, czyli ludzkie wojsko które w ramach traktatu pokojowego przybyło nam z pomocą. Dominium nie znosi ludzi więc ich walka tutaj też jest w jakimś celu. Żadnych zaczepek, żadnych bójek z ludźmi bo kłaki z was powydzieram i dostaniecie karny przydział przy grzebaniu martwych. Szótka: za dezercję Żelaźni są rozstrzeliwani. Nie ma żadnej taryfy ulgowej według Imperatora Smodura i w pełni się z tym zgadzam. Pytania?
Znowu zapadła cisza. Trudno jednak stwierdzić czy to dlatego, że Centurion wytłumaczył wszystko jak krowie na rowie, czy ze strachu przed ostatnimi słowami.
- Świetnie. Pamiętajcie, za co walczymy. Bangar to uzurpator, a te jego całe "Dominium" to nic więcej, jak zbierania oportunistów, warchołów i scrapperów którzy nie znają swojego miejsca w szeregu. Ta wojna będzie tą, która zakończy raz na zawsze wojny pomiędzy popielcami. Nigdy więcej nie będziemy już rzucać się sobie do gardeł jeśli łeb Ruinbringera zostanie zatknięty na pal a ostatni sztandar Dominium spłonie. Czy to jest jasne?
- Tak jest, panie Centurionie!

***


Wieczorem banda Węgla i Leaf zajęły swoje stanowiska przy działach obrony przeciwlotniczej. Były to stanowiska ogniowe składające się z metalowej podstawy, siedziska dla obsługującego działo oraz samego działa o kalibrze 30mm. Do jego obsługi potrzebne były dwie osoby: strzelec oraz obserwator/ładowacz. O ile zadanie pierwszego jest dosyć oczywiste, tak celem drugiej osoby było wynajdowanie celi, informowanie o nich strzelca oraz w przypadku wystrzelenia wszystkich pocisków wymiana skrzyni z pasem amunicji.
Węgle podzielili się dwójkami: Falkner z Gedwą oraz Signa z Boryą. Selb z kolei nie miał swojej pary, więc "wypożyczono go" na czas warty do bandy Leaf.
Prawdę mówiąc, takiego rodzaju warta nie była potrzebna. W podręcznikowych warunkach, w wypadku ataku żołnierze mieli się rozejść i objąć swoje stanowiska. W praktyce, w tej konkretnej sytuacji tak być nie mogło. O ile obozowisko Zjednoczonych Legionów było dobrze ufortyfikowane dzięki naturze, tak przeciwnik dysponował sporą liczbą charrcopterów które absolutnie niwelowały tę przewagę. Skutki bombardowań widoczne były  gołym okiem zaraz po przybyciu do obozu: podniszczone namioty, osmalone i połamane drzewa, częściowo zakopane leje po bombach.

- Strzelałaś kiedyś z czegoś takiego - Borya zagadał do Signy, nabijając sobie drewnianą fajkę tytoniem. Nie kwapił się do siadania na stanowisku strzelca.
- Nie. Może ty lepiej siedź.
- No co ty. Zawsze musi być ten pierwszy raz, dawaj. Ja ci ponoszę ciężkie skrzynki w razie czego.
- Chcesz mi powiedzieć, że nie dam sobie rady z noszeniem ciężkich rzeczy? - ton Signy gwałtownie się podniósł.
- Ależ skąd! Skoro nie strzelałaś nigdy, to będzie to twój pierwszy raz. Zawsze kiedyś musi być.
- Mhm... dobra.
Signa rozsiadła się na stanowisku strzelca. Przymknęła jedno oko i spojrzała przez celownik. Potem spojrzała na dwa koła z uchwytami do kręcenia: pionowy i poziomy.
- Do czego to służy?
- Tym obracasz działo - odparł Borya, szukając w kieszeni spodni zapałek - Spróbuj.
Popielka poddała to próbie. Obróciła działo w lewo, w prawo, w dół i w górę.
- A czym strzelam?
- Pod prawą stopą powinnaś mieć taki pedał do naciśnięcia, ale nie naciskaj teraz! Wtedy strzelasz.
- Dobra, rozumiem.
Borya odpalił fajkę. Przysiadł zaraz u podstawy działa i spojrzał w górę. Bardziej od potencjalnie zbliżających się charrcopterów zajął się obserwowaniem gwiazd.
- A ty... - podjęła w końcu Węglowapiła by przerwać ciszę - strzelałeś z czegoś takiego kiedyś?
- Tylko na doszkalających kursach. Duchy z Askalonu nie dysponują siłą lotniczą, więc wiesz.
- Rozumiem... i jak to jest? Strzelać z tego?
- Em... normalnie? - Borya przez chwilę zapomniał, co opowiadała mu Signa. Przecież ona jest samicą, wywodzącą się z niewolniczej kolonii będącej własnością Płomiennych. Tych starych płomiennych. Mlasnął i kontynuował:
- To było tylko na ćwiczeniach, strzelaliśmy do baloników, ale i tak: siedzisz za tym działem i nagle do ciebie dociera, że wszystkie marzenia o lataniu szlag trafia, bo możesz je strącić z ziemi.
Faktycznie. Signa wyobraziła sobie przez chwilę, jak prawdziwy atak ma miejsce. Przymknęła oko, spojrzała przez celownik. Oczami wyobraźni zobaczyła, jak jeden z wrogich charrcopterów nadlatuje, stając się łatwym kąskiem dla takiej myśliwej jak ona. Nagle trach! Dym, ogień i maszyna uderza w ziemię.
- Słuchasz mnie, Signa?
- Ta. Zamyśliłam się. Co mówiłeś?
- Że strzelaliśmy do baloników i w sumie to fajne, jak strącasz coś z nieba. Im się wydaje, że z powietrza im nic nie zrobimy a tu sru i całuj ziemię.
- Tak.. heh... heheh.
- Nie wiesz jak to jest, prawda? Taka wojna pełną parą?
Signa wciągnęła powietrze, znów czując, jak w niej coś wzbiera. Odetchnęła i przekręciła się na siedzisku, by spojrzeć na Boryę. Ten podniósł głowę maksymalnie w górę i z jej punktu widzenia wyglądał po prostu komicznie. Zdenerwowanie odpłynęło.
- Moje boje toczyłam nie na polu bitwy, a w lazarecie. Nie walczyłam w ten sam sposób jak ty albo inni z bandy. Ja ratowałam życie, zamiast je odbierać. No dobra... czasami ucięłam jakiemuś zwyrodnialcowi nogę a wcale nie musiałam. Ale hej, kto podważy autorytet sanitariusza, co?
- Dobrze, dobrze. Rozumiem. Nie irytować cię, bo zostawisz mnie bez nogi.
- Zamknij się, Borya - roześmiała się mimowolnie - O twoją nogę to bym walczyła. Jesteś w porządku.
- Ty też - zaciągnął się fajką - Co za czasy nastały...
- W sensie?
- Wyzwoliliśmy Płomiennych, okazali się być w porządku, ale sami się podzieliliśmy.
- Wiesz, że to nie z tego powodu?
- Wiem. Ale w sumie jaki jest powód tego, że powstało Dominium według ciebie?
- Bo komuś się nie podobało w Legionach? Bangarowi w sensie.
- Od tylu lat prowadził Krwawych i nagle mu się w głowie poprzestawiało?
- No nie wiem, są takie świry.
- Ja sądzę, że to jakiś grubszy interes. No bo zobacz: to on pierwszy wyciągnął łapę do Płomiennych. Inni poszli jego śladami. Mógłby równie dobrze zostać Khan-Urem, gdyby Smodur nie miał Pazura w swoim gabinecie.
- Pfft... nie wiem Borya, nie wiem. Szczerze mówiąc to trochę czuje, że nie pasuję do tej wojny. Ale jestem to winna szefowi.
- Czemu?
- Patrz: moja osada, tak zwany Kocioł-II znajdowała się na Wschodnim Froncie Askalońskim. Tam, gdzie nasi prali się z fanatycznym odłamem Płomiennych po raz ostatni niedawno. No i Falkner, nasz szef, też tam był. Pewnego razu wpadł do naszej osady z innymi płomiennymi i w ogóle, żołnierzami wszystkich legionów gdy uciekli z obozu jenieckiego. Udzieliliśmy im pomocy, nawet postanowiliśmy pomóc w opuszczeniu frontu. Widzisz, moja osada wtenczas była już dobra. Nie chcieliśmy mieć nic wspólnego z fanatykami, bo wśród nas było więcej cywili, kobiet i młodych niż żołnierzy. No i szef postanowił, że nigdzie nie ucieka. Zostaje i walczy. Zebrali się w partyzantkę i napadali na wroga aż do czasu, gdy nie przybył Selb z jego gildyjnymi kompanami. Wtedy uciekliśmy wszyscy z frontu i... teraz jestem tutaj. Może gdyby ktoś z Dominium nas wyciągnął, to teraz byłabym po drugiej stronie.
- I dobrze. Pamiętasz przecież tych scrapperów, którzy cię gonili aż do mojego złomowiska? Bangar zebrał sobie same niziny, najgorszych z najgorszych. Dalej nie wiem po co na dłuższą metę to zrobił, ale nie zmienia to faktu, że to po prostu zdrada.
- Mhmm... no i teraz jestem tutaj. Na wojnie, która mnie niejako nie dotyczy.
- Dotyczy nas wszystkich, Signa. Może w Dominium żylibyśmy sobie swobodnie i w ogóle ekstra, ale to dalej zdrada. Słyszałaś, ponoć Bangar nie cierpi ludzi. Po co nam kolejna wojna? Świat obróci się przeciwko nam tak samo, jak zrobił to ze smokami. Smokami - tymi wielkimi kurwiskami, które kilkanaście lat temu wydawały nam się nie do zabicia. A padły już trzy. Czymże jest więc Bangar i jego Dominium w obliczu całego świata?

***


Krwawi ryzykowali swoją własną skórą, żelaźni stawiali na maszyny wojenne i ciężkie działa, płomienni zaklinali pociski i robili użytek ze swojej magii, a popielni… Próbowali wyprzedzić wroga, pozyskać informacje, dostawać się tam, gdzie nie mogły się dostać jednostki któregokolwiek z innych legionów, instalowali podsłuchy i współpracowali… z Seraph. Centuria Noira Ghostmakera miała pełne ręce roboty, ale dzięki dobrej organizacji każdy miał co robić, a komunikatory zapewniały płynną komunikację między dowódcami. Wszystko chodziło jak w dobrej maszynie. Najnowsze rozkazy nie były wyjątkiem. Cała centuria miała wspomóc natarcie żelaznych na obleganą przez Dominion wioskę, z której nazajutrz będzie można przeprowadzić bombardowanie Petraj. Po tylu dniach na froncie z codziennym widokiem wozu transportującego ciała większość band miała świadomość, że pewnego dnia ten wóz może wieźć kogoś od nich - jak nie ich wszystkich. Popielcy to jednak zdecydowanie najtwardsza z ras, uczona tego od fahraru - zdecydowana większość band traktowała takie wieczory przed bitwą jak dobry moment by zwyczajnie wyluzować i napić się ze swoimi, oczywiście w granicach zdrowego rozsądku.
Nie inaczej było z bandą Ghost przebywającą w Umbral Grotto. Część członków znajdowała się w namiotach, zaś część stłoczyła się przy ognisku przed przydziałowymi namiotami z naszytym symbolem legionu na ich ściankach. Noisia stroiła gitarę, Gruhor kurzył papierosa i mieszał coś wyglądającego co najmniej podejrzanie w misie, Aharja, Zama i Dravor rypali ostro w karty, Flint przeglądał kolorowe pisemko o wdzięcznym tytule  “Gołe Baby”, a Sonja stała za nim i żywo skomentowała to co widzi:
- Flint! Schowaj tego chuja, ona przecież nie jest warta wyciągania go na światło dzienne! Wygląda jak jakiś dachowiec, jak z bajeczki dla Kryteńskich myszy! Wtarli w nią chyba cały zapas olejku do pielęgnacji futerka! Słodka też nie jest, widzisz przecież że jej łaty to jej farbami domalowali! Sztuczne kurwiszcze!
- Sonja. Słownictwo - Maud wyszła akurat z namiotu i pacnęła lekko młodszą siostrę w czubek łba. Sonja położyła po sobie uszy zrugana, aczkolwiek wyraz jej pyska jasno mówił, że nie podeszła do słów Maud poważnie - wiedziała, że kocica się tylko zgrywa. Starsza popielka zerknęła na Flinta by przekonać się, czy Sonya nie robiła igieł z wideł i od razu się skrzywiła - A Ty poszedłbyś do namiotu z tym. Najlepiej jakiegoś pustego. Przez Ciebie moja siostrra może mieć zaniżone standarrdy co do skali.
- Maud, ani mnie nie wkurwiaj. Bo Ci naboje ponacinam - Flint wyszczerzył zębiska w uśmiechopodobnym grymasie - Zaswędziało mnie. I trzeba przewietrzyć.
- Ta kuśka wiecznie się wietrzy, a starczyłoby choć raz ją umyć. Ciebie ona to w ogóle ciągle swędzi. - Sonya słusznie zauważyła. Poza zadaniami Flint z uporem maniaka paradował bez gaci, afirmując życie, przewiew i ogólnopojętą wolność szczególnie przy Sonyi… Do czasu, aż Noir nie wezwał go przed swoje biurko i nie wyjaśnił mu pokrótce, że niebawem nie będzie miał z czym paradować, jak będzie tak paradował publicznie, tam gdzie będzie ktoś więcej niż tylko jego centuria, która zdążyła już przywyknąć do zwyczajów ekscentryka.
- No. Trzeba ostatnie dni odreagować. No nie powiesz, że mieliśmy łatwo, co nie? - Flint jednak schował, co było na wierzchu, a nie powinno być.- Najpierw ta niepewność, że Imperator wyśle całą centurię jako agentów do Dominionu, potem te zadania z czapy. Jeszcze nie przywykłem!
- Nie mieliśmy łatwo… Ale też nie najgorzej. Nie wróciliśmy jeszcze na wozie - Maud delikatnie potrząsnęła łbem, nie zgadzając się w pełni z samcem.

Kocica doskonale wiedziała, że ich obecny przydział to jak wygrana losu na loterii. Nie byli rozdzieleni - to jedno. Działali zazwyczaj na dystans to drugie. Nie zostali przydzieleni do szpiegowania sił Dominionu - to trzecie i najważniejsze. Maud może czułaby się tam jak ryba w wodzie, ale nie mogła tego powiedzieć o innych członkach bandy, tym bardziej, że dołączył do nich jej partner. Co więcej - pociągnęła centuriona Noira za język. Jej przełożony miał pewne podejrzenia, że nie tylko Malice jest zainteresowana szpiegowaniem Dominium ale również inny Imperator, mniej subtelny w swoich działaniach; Noir sam zasugerował, że jego banda najlepiej się sprawdzi przy eliminacji wrogich snajperów, pewny tego, że infiltracja tam, gdzie wpływ będą próbowali wywrzeć różni imperatorzy może być ryzykowna. Do tego dochodził fakt, że Noir popełnił dwa znaczące błędy przy doborze członków swojej bandy - Maud i Sonyę. Nie powinno to mieć aż takiego znaczenia, ale krew z krwi traktowało się inaczej - jak dziedzictwo, o którego bezpieczeństwo koniecznie chciało się zadbać.
Poza natarciami również było względnie bezpiecznie. Część bandy tylko pracowała nad podsłuchami, a reszta zajmowała się tym, czym potrafiła najlepiej - zwiadami. Nie musieli uczestniczyć w żadnym osłanianiu transportów, mechaników, w żadnych szarpanych bitkach między Seraph i niektórymi bandami Popielnych przeciw Dominium. To, że podejmowali mniejsze ryzyko nie znaczyło jednak, że robili mało. Eliminacja snajperów była jednym z najpoważniejszych i ważniejszych zadań, jakie popielna banda mogła otrzymać podczas natarcia, zaraz za zadaniem eliminacji wrogich dowódców. Wytrenowany snajper wrogich sił pozbywając się dowódców lub kierowców czołgów mógł zasiać tyle fermentu wśród Legionów, że Dominion nawet mimo braku przewagi liczebnej mógłby wygrać. Praca wymagała jaj ze stali - często było tak, że snajperzy polowali na snajperów, a nie na cele bardziej strategiczne, dlatego eliminacja tych snajperów, którzy zwrócą najmniej uwagi swoją śmiercią była bardzo istotna. Nie warto zapominać o tym, że Dominion zasiliły również bandy Popielnych, z których część podczas natarć przeszukiwała okoliczne wzniesienia, zarośla i inne punkty, w których Legiony mogłyby ukryć swoje asy strzelectwa. Zarówno oni, jak i Legiony mieli wśród siebie wzajemnie swoich agentów, więc napięcie, jakie towarzyszyło ich pracy było ogromne.
- A ten oddział Dominium przed którym ledwo ocaliliście Zamę gdy rozstawiliśmy się nad Vloxen dwa dni temu? - Flint obnażył zębiska. Był wtedy obserwatorem Aharji, bo banda działała dwójkami, rozstrzelona po  całym terenie - Ale się to przyjemnie oglądało przez lunetę. A później te padające ciała zdrajców. Czekałem, aż Zama nad nimi zatańczy.

Zama, popielka z ogromnym doświadczeniem bojowym, najstarsza w całej bandzie, niemalże rówieśniczka Noira miała chyba to głęboko pod ogonem, bo właśnie krzyknęła:
- Po makale, leszcze! Aharja, zapierdalaj 20 pompek, Dravor tyle ile w kartach, a ja się tu doliczyłam wlaśnie 180! I migiem, bez żadnych postaw wojownika! Ha!
- Zama, miejżesz ochłap serca pod tymi żebrami, zanim ja te pompki skończę to wy rozegracie z 2 inne partie - fuknął Dravor, krzywiąc się. - Zamiast tego daję nieprzydziałowy, nielegalny bimber.
- A jak potrzebowałem bazy alkoholowej do mikstur to jakoś nie było - Gruhor zerknął na Dravora szczerząc zębiska - Odlejcie tak z połowę flaszki, zrobię Wam coś ekstra!
- Ejże, ejże, a mi tak z ćwiartkę. Na poczet sztuki oczywiście i inspiracji! - Noisia szarpnęła struny gitary mając już pewność, że wszystko jest nastrojone jak trzeba
- Nic dla nas nie zostanie - Aharja zerknęła na Zamę - Ale przynajmniej jutro łapsko się nie zatrzęsie i może jakieś medale dostaniemy, nie to co te darmozjady nasze. No, może jeszcze ten kocur od Maud jedyny porządny i nasz centurion!
- Chyba dla Ciebie, łeb nie ten to dla mnie i ta ćwiartka styknie - Zama fuknęła żartobliwie na Aharję i wskazała jej ziemię - Pompki.
- Jak znam Dravora ma zapas na pół roku bitwy. Skarpety wywalił z torby wywalił, żeby więcej wódy wziąć na nocne alkoholizacje  - Noisia zarechotała, a Dravor przybrał minę “co złego to nie ja”. Popielka zaczęła coś przygrywać na instrumencie, popielec zaś zniknął w namiocie. Nikt się nie spodziewał, że flaszki Dravora mają pojemność 100ml, a popielec przyniesie tylko jedną.

***


Centuria Rocktroopera otrzymała swoje pierwsze zadanie bojowe po 2 dniach od przylotu. Zjednoczone Legiony postanowiły kontratakować po wielu dniach zastoju. Siła uderzeniowa miała zostać podzielona na dwa fronty: puszczę i plażę. Popielny i Krwawy Legion pod wodzą Imperator Malice Swordshadow oraz Trybun Crecii Stoneglow wsparte przez oddziały Seraph miały zająć zachodnią stronę terytorium wroga. Żelazny Legion Imperatora Smodura oraz Płomienny pod wodzą quasi-imperatora Eframa Greetsglory mieli przejąć wschodnią, mocniej ufortyfikowaną flankę wroga. Inwazja miała rozpocząć się następnego dnia i w pierwotnym założeniu Kopalnię Vloxen na zachodzie i osadę Petraj na wschodzie. Oczywiście Legiony nie podzieliły się wzdłuż osi dzielącej Drizzlewood Coast na zachód i wschód w sposób "ten Legion tu, a ten Legion tam". Naturalnie, na potrzeby misji Żelaźni asystowali na zachodzie, a Popielni na wschodzie. Zjednoczone Legiony pragnęły w pełni wykorzystać potencjał, jaki wnosi każdy odłam: siłę szturmową Krwawych, maszyny bojowe Żelaznych, spryt i planowanie Popielnych oraz hart ducha i tajemne magiczne zaklęcia Płomiennych.
Jeżeli kiedykolwiek popielcy mieli zostać jedną rasą, różnice wynikające z przynależności do Legionu musiały zostać odrzucone.

Centurion Rocktrooper z Żelaznych oraz Centurion Noir Ghostmaker z Popielnych mieli dać temu przykład we wspólnej misji, której celem było przejęcie wzniesienia na północny zachód od osady Petraj. Po pierwsze: umożliwiłoby to Zjednoczonym Legionom obserwację całego posterunku Dominium oraz wykluczyłoby zdolność prowadzenia ognia artyleryjskiego w kierunku nadchodzącej piechoty. Z wywiadu wynikało, że podejście jest mocno ufortyfikowane: gniazda karabinów powtarzalnych, bunkry, okopy a także pięć porzuconych przez mieszkających tu wcześniej ludzi domów, które również mogą stanowić niebezpieczeństwo.
Oczywiście można by próbować zniszczyć to miejsce za pomocą bombardowań z powietrza, niemniej obecne przeciwlotnicze działa zarówno w miejscu docelowym jak i osadzie Petraj mogłyby te plany prędko pokrzyżować. Użycie artylerii wykluczono aby zdobyty teren jak najłatwiej ufortyfikować i wraże działa przejąć. Stanowiło to zatem niełatwe zadanie dla atakujących.
Odprawa rozpoczęła się o godzinie dziewiątej. Planowany start operacji: godzina siedemnasta zero zero. Centuria Rocktroopera miała za zadanie wdrapać się na górę wzniesienia i zabezpieczyć teren, ubezpieczana przez snajperów Centurii Ghostmakera. Z wywiadu wynikało, że wróg ma w okolicy wielu strzelców, co uczyni próbę przejęcia znacznie trudniejszą. Z tego powodu Rocktrooper i walczące pod nim Bandy miały zostać wyposażone w przenośne karabiny szybkostrzelne napędzane korbą - taki, jak nosi ze sobą Selb. Ukształtowanie terenu nie sprzyjało wspinaczce, ale założenie punktu prowadzenia ognia zaporowego było znacznie ułatwione. Liczne ścieżki wokół górki sprawiały, że sześć Żelaznych band mogło okrążyć przeciwnika i zaatakować z kilku stron na raz. Wspierani przez Popielnych snajperów, mieli zająć cel i jak najszybciej użyć dział przeciwnika przeciwko niemu, gdyby przybyło wsparcie.

- Fajnie, że ktoś nam będzie ubezpieczał plecy - rzekł Borya po wyjściu z namiotu w którym miała miejsce odprawa. Powiedział to z lekkim przekąsem.
- Co jest Borya? - zapytał Falkner, sięgając do kieszeni kurtki po papierosa.
- Też potrafię, a mnie nikt takiej roboty nie zaproponował.
- Nie to, żebym wątpił w twoje zdolności żołnierzu, ale zostawmy tę robotę Popielnym - odparł Falkner, odpalając petka od zapałki - Po pierwsze: potrzebuję cię przy nas. Jak taki z ciebie dobry strzelec, to będziesz wykluczać stanowiska ogniowe. Po drugie: ufam im. Tam jest Maud.
- Kto?
- Koleżanka szefa - odparła Signa - albo może nawet...
- Koleżanka - odparł Falkner stanowczo - Poniekąd to siostra, kiedyś służyliśmy w jednej bandzie.
- Szef był u Popielnych? - zapytał zdziwiony Borya
- Nie, razem byliśmy w Krwawych. Stare dzieje. Zresztą poza Maud jest tam też Harvest, jej partner. Im obu bym swoje życie zawierzył.
- Obydwoje są w porządku - dorzucił swoje trzy grosze Selb.
Poszli do punktu wydawania zaopatrzenia aby dozbroić się przed zadaniem, przede wszystkim pobrać amunicję. W środku namiotu oznaczonego tabliczką: "Zaopatrzenie", za kontuarem stworzonych z posztaplowanych skrzynek stał popielec w średnim wieku o czarnym, acz delikatnie siwiejącym na głowie i pysku futrze.
- Czego chcą? - zapytał marudnie.
- Banda Węgla chce pobrać zaopatrzenie na dzisiejsze zadanie. Mam pokazać papier od Centuriona? - rzekł Falkner, opierając się o skrzypiące skrzynki.
- Nie trzeba. Do uszu questora wszystko dociera w pierwszej kolejności. Ty i ty - wskazał na Selba i Boryę - Za mną, ponosicie.
Węglochwyt i Węglomiot przynieśli na rozkaz kwatermistrza skrzynie z nabojami. Zrzędliwy, czarny popielec złapał Selba za ramię i spytał:
- Co to za antyk?
- Co?
- Twój karabin. Stare gówno, zaraz dostaniesz nowy.
- Nie potrzebuję nowego. Ten mi dobrze służy.
- Nie zdziwiłbym się, gdyby posłużył ci ostatni raz. Ile razy się zacina, co?
- Prawie wcale.
- Aha, akurat. Oddawaj ten złom.
Falkner kiwnął głową Selbowi, aby postąpił według zaleceń questora. Z niechęcią ściągnął karabin z ramienia, wypinając skórzany pasek umożliwający noszenie go przewieszonego przez plecy.
- Mmm... Selbstlader 1305. Stary jak świat. Czekaj tu chwilę.
Kwatermistrz zniknął między drewnianymi skrzyniami z tyłu namiotu. Ze zgrzytem otworzył jedną, podłużną i płaską.
- Ten się nada.


- To też Selbstlader, ale najnowszy model: 1333 - kontynuował questor - Klipy zamienione zostały przez kartridż za nabojami ładowany od prawej strony. Łuska opuszcza komorę poprzez odrzut lufy w tył i zaraz można wystrzelić następną, zupełnie jak w poprzednim, ale szybciej. No i masz miejsce na bagnet. Lepsza muszka i szczerbinka, bez osłony przedniej ale zgodzisz się ze mną, że beznadziejnie się z tym celowało?
- Mmm... - mruknął Selb - A mogę dostać mój stary karabin?
- Nie - odparł questor i oparł łapy o swój prowizoryczny kontuar - Przetopimy go na stal która posłuży do budowy nowej broni. U nas nic się nie marnuje.
- Dzięki, questorze - odparł Falkner kończąc rozmowę i zachęcając gestem łapy aby banda opuściła namiot.
- Tamten stary wcale nie był zły... - burknął na zewnątrz Selb.

***


Kluczem do sukcesu było dobrze przygotowanie, dyscyplina i spokój, niezależnie od okoliczności. O pierwsze dwa banda zadbała. Plan był prosty - banda Quiet zajmuje się patrolowaniem lasu pod kątem zwiadowców i grupek do bitki szarpanej Dominionu, zaś reszta centurii - bandy Spectral oraz Ghost miały zająć się eliminacją wrogich snajperów z dystansu. Zadbano o dobre pozycje i świetny kamuflaż, a także połączenie radiowe - każda z par i grupek miała jeden komunikator i awaryjną jedną flarę, która miała oznaczać jedno - niech nikt z oddziału nawet nie próbuje się kierować w te miejsce. Bandy były zdyscyplinowane - choć centuria nie miała zbyt wielu okazji występować razem, udało im się zżyć. Wszyscy wydawali się być całkowicie wierni Legionom - weterani, którzy niejedno widzieli, z niejednej beczki piwo pili, ale jakoś wrócili do swoich. Zaś zachowanie spokoju… Cóż. Czas pokaże. Nie zawsze doświadczenie i przygotowanie wystarczy by pozostać przy zdrowych zmysłach. Maud wiedziała, że nie będzie mogła za siebie ręczyć, jak Harvest pęknie i przejdzie na stronę Dominionu - w końcu miał na bakier z Cytadelą nie raz, nie dwa. Podejrzewała też, że jak coś stanie się jej oraz Sonyi, Ghostmaker zamiast dowodzić centurią zacznie się zachowywać jak ojciec, a nie popielec i z opanowanego przełożonego stanie się zawładniętym żądzą zemsty kocurem, a do tego dopuścić nie mogła - miała pewność, że jak ktokolwiek ma ich przeprowadzić przez tę wojnę w całości, to jest to właśnie Noir Ghostmaker.

Kamuflaż duetów rozstawionych na wzniesieniach był świetny. Dostosowany do skalistego i leśnego otoczenia sprawiał, że pozostający w bezruchu popielcy byli praktycznie niemożliwi do wykrycia. Nawet Ghosttooth nie umiała żadnego dojrzeć przez lunetę swojego karabinu, mimo że znała ich przybliżoną pozycję, podobnie jej siostra - Ghostscream z lornetką. Lornetka gwarantowała młodej znacznie szersze pole widoku, ale ona oczywiście nie strzelała - zadaniem Sonyi było podanie pozycji celu z możliwie jak największą dokładnością strzelcowi. Co więcej, młodsza siostra miała również zwracać uwagę na to, co dzieje się wokół i na wszelki wypadek została uzbrojona w pistolety z tłumikiem, które przewodzą jej magię. Noir niechętnie, ale połączył siostry w jedną parę, głównie ze względu na to, że Maud szkoliła Sonyę  - nie tylko na treningach bandy, ale również w Zakonie Szeptów - tylko one i Noir przynależeli dodatkowo do tej organizacji. Trudno o bardziej zgrane osoby niż dawnego ucznia i nauczyciela. Co więcej, obie posługiwały się szyfrem, częściowo inspirowanym popielczym skryptem znakowym. Góra oznaczała północ, Fala oznaczała południe, dom oznaczał wschód, drzewo oznaczało zachód. Co bardzo istotne, Sonya podawała Maud dokładniejszą pozycję podając liczbę  od 1 do 90 (zgodnie z ruchem wskazówek zegara), podobnie pozycję w dół lub w górę - tylko z zakresu -90 do 90, gdzie liczby ujemne oznaczały cele poniżej Maud i Sonyi. Trzecia podana cyfra oznaczała liczbę kroków -   E oznaczało inżyniera effigy, D oznaczało dowódcę, C - dowódcę lub kierowcę czołgu, K - pilota charrkoptera, S - snajpera, O - stanowisko ogniowe,  Sz - kluczowego szamana, P - konieczność wsparcia swoich. Kluczowym sygnałem było również N - które oznaczało niebezpieczeństwo; zestawione z literą Z lub U odpowiednio wiązało się ze zmianą miejsca lub ukryciem się. Odpowiednia intonacja Sonyi miała też za zadanie podpowiedzieć Maud jak szybko ma się zająć danym celem. Znajdowały się na południowy zachód od szturmowanej wioski usytuowanej w dolinie, zatem najbardziej prawdopodobne, że najwięcej celów do ostrzału będzie we współrzędnych “Góra” i “Dom”.


- Żelaźni się wspinają. Dasz wiarę, że mają popielkę z protezami obu nóg? - Sonya zdecydowanie się zdziwiła.
- Centuria Rocktroopera, banda Węgla, Gedwa Węgloskrzydła - Maud nawet nie musiała przesuwać lunety w tamtą stronę, wszak miała komplet informacji o członkach centurii, którą przyjdzie im osłaniać - rzuciła okiem na dokumenty na biurku Ghostmakera, a bandą Węgla swego czasu musiała się mocno zainteresować, by znaleźć powody, dla których dwa sezony temu centurion miałby ją wysłać na misję z upoważnieniami. Dokonywała ostatnich pomiarów i poprawek swoich przyrządów celowniczych. Upewniła się jeszcze, że nabój w jej karabinie jest odpowiednio ułożony - Za trzy minuty start, Sonya. Skup się.
- Ghost. Trzy stanowiska ogniowe na froncie. Maud, Sonya, bierzemy najbliższe - Sonya odezwała się w komunikator. Wyłączyła go -  Dom, 20, -60, 1800, O. - popielka wyrecytowała natychmiast.

Duża dokładność pozwoliła Maud natychmiast skierować lunetę w tamtą stronę i zauważyć cele. Jeszcze był czas - widziała strzelca, jego ładowniczego który nakładał taśmę z nabojami do powtarzalnej szybkostrzelnej broni, widziała popielca siedzącego na skrzynce z nabojami. Palił papierosa, próbując co jakiś czas rozwiać łapskiem dym by nie zdradzić pozycji. Wiedzieli, że Legiony nadchodzą. Czego nie wiedzieli na ten moment to tego, że Maud będzie miała czysty strzał. Sonya za to zaczęła coś spisywać w notesie, prowadząc obserwacje.

I wtedy rozgorzała walka. Maud powoli wypuszczała powierze nozdrzami, gdy pierwszy pocisk opuścił jej karabin. Nie sprawdzając czy trafiła przeładowała broń. Wiedziała, że jak strzał się nie powiedzie, Sonya da jej natychmiast znać. Zamiast tego padały kolejne współrzędne, po każdym ze strzałów.
-  Dom, 25, -60, 1600, S.
-  Góra, 86, -70, 1500, O.
-  Góra, 86, -65, 1800, C.
-  Powtórz.
-  Dom, 10, -60, 1400, P.
Wydech. Strzał. Wdech. Dwa pierwsze takty zamka. Wydech. Dwa ostatnie takty zamka. Wdech. Wycelowanie. Wydech… Strzał. Maud i Sonya zachowywały spokój. Było to niczym rytm. Rutyna, w którą natychmiast wpadły po pierwszym trupie.
-  Dom, 15, -65, 1200, S.
-  Góra, 86, -60, 1200, S.
-  Dom, 8, -60, 1800, P.
-  Dom, 10, -70, 1400, P.
Maud poczuła dziwne mrowienie pod skórą. Podłoże wydało jej się lekko dudnić, ale jego źródłem nie była bitka w dole tylko coś niedaleko, coś na bok od niej.
- Sprawdź - Fala N i Fala S. - zwróciła się do Sonyi
- Fala. 17, -10, 300.  N. U.  4+2 raptory. Idą tu. - Sonya złapała zaraz Maud, ale brzmiała na naprawdę zdenerwowaną. Sonya wyciszyła komunikator, by żaden szmer nie zdradził jej pozycji, a Maud otuliła je obie zaklęciem Cienistego Azylu, sięgając po sztylet, powoli zwracając pysk w stronę niebezpieczeństwa.

Grupa zbliżyła się, a jeźdźcy zsiedli z raptorów. Rozglądali się. Maud rozpoznała w dwóch z nich zwiadowców bandy Quiet - Quietfoot i Quietrun, zaś pozostali dwaj wydawali się być jej całkiem obcy.. Nie tak się dogadywała z Ghostmakerem, miała znać osoby w najbliższym patrolu. Przyjrzała się nieznajomym - zrozumiała, czemu Sonya uznała ich za niebezpieczeństwo. Nie nosili barw popielnych, ani żelaznych, tylko krwawych, a w tej potyczce Krwawych być nie miało.

Quietfoot uniósl pazur w górę. Starczyłoby, by przeszedł dwa metry w prawo i mógłby się potknąć o którąś z dziewczyn, ale nie wiedział tego.
Zaczął węszyć, ale Maud zadbała o to, by zakamuflować również zapach swój i siostry przed całą akcją, a Sonya zaczęła oddychać nieco płycej. Walczyła ze sobą, by jej ogon ani nie drgnął.
- Uważajcie. Suki Ghostmakera używają magii. - Quietrun zwrócił się do swoich po cichu, ale stał na tyle blisko, że Maud wyraźnie słyszała.

Popielka obserwowała ich. Skupiała się na zaklęciu, starając się je utrzymać możliwie jak najdłużej, a czas się dłużył. Dosłownie czuła, jak jej siostra cała się spina, jak jej futro dosłownie staje dęba. Ghostscream była gotowa do bitki. Starczyłoby podnieść się, wykonać skok cienia wspólnie, krzyknąć siejąc w sercach oponentów paraliżujący przestrach, a potem dobić oponentów strzałami z pistoletów z tłumikiem, albo cięciami sztyletów po wykonaniu serii skoków cienia od jednego do drugiego. Mogły to zrobić, dałyby radę załatwić to w mniej niż 10 sekund, może nawet powinny to zrobić, Maud jednak ani drgnęła.

Grupa pokręciła się chwilę po okolicy, szukając dziewcząt. Ledwo odsunęli się kilkanaście metrów dalej i zniknęli szukając ich głębiej w lesie, starsza popielka podniosła się i pociągnęła Sonyę dalej w las. Zabrała jej komunikator, by przejść na częstotliwość bandową:

- Duchy. Tu Maud. Doszło do zdrady. Każdy na wszelki wypadek - zmienić pozycję. Oczy dookoła łbów i jedno w dupie. Wypełniać rozkazy, ale przede wszystkim pilnować swoich ogonów. Centurionie Ghostmaker, ostrzeż legionistę bandy Spectral.

Wyłączyła wyłapywanie dźwięku przez komunikator. Sonya patrzyła na nią bez zrozumienia:
- Maud, co to było? Mogłyśmy się ich pozbyć. Mieć od razu winnych.
- Sonya. To nie metody Popielnych, by od razu pozbywać się nitki, która mogła doprowadzić do większego kłębka. Teraz mamy na głowie potyczkę, a po potyczce… Zobaczymy czy Quietrun i Quietfoot wrócą do obozu jak gdyby nigdy nic - Maud obnażyła zębiska w uśmiechopodobnym grymasie. Parła dalej naprzód - Znajdźmy nowe stanowisko strzelnicze. Jesteśmy 18 strzałów ze snajperki w dupę, trzeba nadgonić.

***


O równej siedemnastej Centurion Rocktrooper wydał rozkaz do ataku. Podczas, gdy oddziały Centuriona Ghostmakera osłaniały ich z daleka, Żelazna "piechota" miała przebijać się w górę podejścia.
Niestety, trudno oczekiwać od czołgistów takiej samej dyscypliny jaka panowała wśród wyspecjalizowanych frontowców. Pierwszy ogień otwarty z trzech stanowisk ogniowych skutecznie udaremniły natarcie.
- RUSZAĆ DUPSKA! DO ATAKU! - krzyczał Rocktrooper.
Ale jego żołnierze zupełnie spanikowali. Węgle, Leaf, Ground, Point i Lash - wszyscy powciskali się za osłonę i nie chcieli z niej wyjść, przykryci ogniem nieprzyjaciela.
- POPIELNI NIE ZROBIĄ ZA WAS ROBOTY! RUSZAĆ SIĘ, JUŻ!
Rozwścieczony centurion złapał Borra Rockchewer'a, swojego breveta za kołnierz, podciągnął i kopnął prosto w zad. Wrogie kule świstały w kierunku podejścia, lecz jakimś cudem żadna z nich nie znalazła prostej drogi w ciało Centuriona.
Pierwsze stanowisko ogniowe zostało uciszone przez któregoś z popielnych jednym, precyzyjnym strzałem w głowę operatora karabinu. Zaraz zagrzmiały wrogie rogi, informując pobliskie patrole i osadę Petraj o starciu. Czasu więc było niewiele.

- Węgle, nacieramy! Selb, osłaniaj nas ogniem z KMu. Gedwa, z Boryą, asystuj mu w wyszukiwaniu celi. Signa, trzymaj się moich pleców.
Falkner Węgloróg wziął głęboki wdech. Zaraz, gdy korbowy KM Węglochwyta zaczął śpiewać pieśń ołowiu, wybiegł za osłony i przyciskając swój karabin do ręki pobiegł naprzód. Signa, trzymając nisko głowę biegła za nim. Torba sanitariusza tylko trochę spowalniała popielkę, niemniej wyposażona została tylko w broń podręczną - ośmiostrzałowy pistolet.
Nikt nie chciał tego mówić na głos przed akcją, ale nawet sama Gedwa Węgloskrzydła zdawała sobie sprawę, że wspinaczka z protezami obu nóg będzie trudnym zadaniem. Wyposażona w standardowy karabin Żelaznej piechoty, asystowała Borii w wyszukiwaniu celi. Węglomiot poszedł w bój ze swoim karabinem wyposażonym w lunetę z czterokrotnym przybliżeniem. Spostrzegawczość Gedwy i celne oko Borii miały wkrótce przynieść rezultaty.
Pozostałe bandy Rocktroopera okrążały górkę i atakowały z flank. Żadna z nich nie obeszła górki całkowicie aby nie wystawić się na ogień snajperski nieprzyjaciela. Powoli, ale stabilnie, Zjednoczone Legiony zdobywały teren.
Selb chwycił swój KM za rączkę nad lufą i pobiegł za kolejne skały w celu znalezienia kolejnej osłony. Wroga kula przeleciała zaraz obok jego głowy, nieznacznie nadszarpując prawy róg.
- Potrzebujemy osłony, Selb! - wykrzyczał Falkner, chowając się za skałami.
- Robi się!
Gedwa wraz z Boryą wcisnęli się we wnękę między skałami. Węgloskrzydła wychyliła się na moment i od razu wroga snajperska kula świsnęła nad jej ramieniem.
- Kurwa, dosięgniesz go? - spytała Borii
- Nie ma mowy. Popielni muszą to zrobić za nas!
- Pieprzone sukinkoty!
Wychyliła się nieznacznie, dosłownie kątem oka obserwując miejsce, skąd padł strzał. Błysk lunety odbijającej promień podchodzącego do zajścia słońca zdradził pozycję nieprzyjaciela.
- Tam jest! Między dwoma drzewami układającymi się w literę "V". W krzaku pod nimi. Widzisz?
Borya wychylił się, lecz w tym momencie pognał tam strzał z drugiej strony skał. Popielni wykonywali swoją robotę na medal.
Pobiegli więc w celu znalezienia kolejnej osłony, trzymając się nisko na nogach. Borya wyprzedził Gedwę i nagle dostrzegł, jak ze skał pond nim wychyla się wrogi Żelazny. Strzelba w jego dłoni w tym momencie wyglądała tak samo groźnie, jak spojrzeć rozwścieczonemu dolyakowi prosto w oczy gdy ten szykuje się do szarży. Wystrzelony śrut wbił się w prawe ramię Borii nim zdążył się w pełni schować za osłoną. Węgloskrzydła ze stresu przewróciła się, lecz w ostatnim momencie przejęła kontrolę nad stresem: po upadku wycelowała i przestrzeliła tchawicę wroga, który nie schował się za osłoną na czas.

Falkner wraz z Signą przechodzili od osłony do osłony, ubezpieczani ogniem Selba. Węglochwyt ustrzelił dwóch śmiertelnie a trzeciego ranił. Węgloróg w tym podejściu zaliczył dwóch, ale sam został ranny w udo. Wraz z Węglowąpiłą ukryli się w skalistej wnęce.
- Muszę szefa opatrzeć, niech się szef nie rusza.
- Rób co musisz. Selb! Osłaniaj nas!
Signa wyciągnęła z torby opaskę uciskową i gazę. Nie było mowy, aby kulę wyciągać w tych warunkach i szyć ranę, ale zejście z podejścia również odpadało. Banda Rocktroopera miała dwóch rannych i jednego martwego, pozostałe oddziały straciły po jednym żołnierzu. Tylko Węgle póki co nie straciły nikogo.
- Wal stymulantem - rzekł Falkner - Wytrzymam to. Zostało nam niewiele!
W ogniu walki rozkazy brzmią zupełnie inaczej. Nikt nie pyta się dwa razy, czy to na pewno dobre, nie ma czasu zastanowić się i zapytać: "Czy mnie się to podoba?". W stresie wywołanym śmigającymi kulami i wrzaskami robi się to, co ktoś mówi. A przynajmniej zadziałało to na Signę. Wyszperała w swojej torbie strzykawkę ze stymulantem i wbiła Węglorogowi w ciało.
Zaraz po tym nadszedł rozkaz Centuriona: rzucać granaty! Jak jeden mąż członkowie oddziałów zaczęli obrzucać wrogie umocnienia (w przypadku Węgli był to Selb, Falkner oraz Gedwa). Po kilku sekundach z góry słychać było wybuchy, wznoszące w górę piach i odłamki skał.
Gdy rozpoczęło się finalne natarcie, sojuszniczy ogień snajperski ucichł, zmuszając bandy Rocktroopera do chowania się za skałami, wałami obronnymi i, gdy wdrapali się na górę, za ludzkimi chatkami porzuconymi przez właścicieli na początku starcia.
Borya Węglomiot z walki wyszedł z dwoma ranami: prawego ramienia i lewego uda, gdy kula snajperska dosięgła go podczas wspinaczki. Gedwa została ranna w lewą łapę oraz dostała wstrząsu, gdy kawałek kamienia spadł jej na głowę. Legionista Węgloróg oberwał w udo. Signa i Selb wyszli z akcji bez szwanku.

***


Zabezpieczenie terenu zajęło dziesięć minut. W tym czasie Zjednoczone Legiony przejęły cztery działa artyleryjskie i trzy działa przeciwlotnicze. Gdy nie dostrzegli zagrożenia z powietrza, skierowali je prosto na skały okupowane przez wrogich snajperów, ułatwiając swoim eliminację i wykurzenie wroga z perymetru.
Bandy Rock i Węgla wpadły z hukiem do najszerszego domu w całej osadzie. Ku ich zdziwieniu, znaleźli tam nieprzyjaciela, lecz obeszło się bez walki. Byli to ranni żołnierze, jak się później okazało, z porannego patrolu który miał za zadanie przeprowadzić rozpoznanie, ale zostali zauważeni.
- Co z nimi zrobimy, Tyrronie? - zapytał Falkner, gapiąc się na dwunastu żołnierzy Dominium w skład których wchodziło: 6 Żelaznych, 4 Krwawych i 2 Płomiennych.
- Krwawych i Płomiennych odseparować. Wezwę posiłki, niech zaprowadzą ich do obozu i przesłuchają.
- A Żelaznych?
- Zaraz się dowiem. Węgloróg, Węglochwyt, ze mną. Reszta: wyprowadzić Żelaznych jeńców na zewnątrz.
Odeszli kawałek za dom. Wszyscy trzej rozejrzeli się za snajperami i przykucnęli za wałem usypanym z worków pełnych piasku. Centurion dobył komunikatora:
- Obóz, tu Rocktrooper. Potwierdź odbiór.
Cichy szelest odpowiedział z drugiej strony. Rocktrooper musiał przysunąć urządzenie prosto do swojego ucha, aby cokolwiek usłyszeć.
- Mamy tu dwunastu jeńców. Odsyłamy ich do obozu. Oraz sześciu Żelaznych, co z nimi zrobić? Też do was?
Znów przystawił komunikator do ucha aby usłyszeć odpowiedź. Jego pysk zmarniał, gdy zakończył rozmowę tymi słowami:
- Przyjąłem, bez odbioru.

Sześciu Żelaznym związano ręce i ustawiono na skraju górki. Tylko Tyrron, Falkner i Selb byli obecni. Reszta została oddelegowana do ogarniania obozu.
Tę trójkę łączyło trochę więcej, niż wspólna służba. Węglochwyt i Rocktrooper służyli w Thunderhead Peaks podczas walki z Kralkatorikkiem, mimo że w różnych oddziałach (Selb był wtedy z najemnikami) a potem uknuli plan odbicia Węgloroga z płomiennej niewoli i wszyscy trzej uratowali ludność cywilną ze Wschodniego Frontu Askalońskiego. Wydawałoby się, że tej dwójce Centurion mógł bardziej zaufać, że nie pękną, niż własnej bandzie.
- Zdradziliście swój Legion przyłączając się do imperatora-renegata - podjął Rocktrooper, mówiąc do więźniów stojących do niego tyłem - Imperator Smodur nie wybacza wam tej zdrady.
Wtedy rozległy się pierwsze trzy strzały ze standardowych, przydziałowych pistoletów piechoty. Trzech Żelaznych, którym łapy z tyłu zawiązano wstęgami Dominium jakie nosili na zbrojach zleciało bezwładnie w dół.
- Niech żyje Dominium! Precz z fałszywymi imperatorami! - wykrzyczał jeden z pozostałej trójki która została przy życiu.
Falkner, Selb i Tyrron pociągnęli za cyngle swoich pistoletów.

Falkner

  • Egida
  • ******
  • Wiadomości: 1197
  • Płeć: Mężczyzna
V


- W DOMINIUM BANGARA NIE MA GLADIUM. JEST TYLKO SIŁA NASZYCH KŁÓW I PAZURÓW ORAZ WROGOWIE U NASZYCH STÓP!
Wszystkie Węgle poderwały się jak jeden mąż. Borya przycisnął do siebie karabin i zaraz spojrzał w sufit. Falkner wyszarpnął z kabury pistolet i przypadł do ściany przy drzwiach prowadzących na zewnątrz. Selb wymacał łapą nowy karabin (którego jeszcze nie miał okazji użyć) i wyjrzał zza okna. Gedwa podczołgała się do swojej broni i również pokryła okna.
Jedynie Signie coś nie pasowało.
- FAŁSZYWI IMPERATOROWIE, MIEJCIE KRZTYNĘ HONORU. PRZYZNAJCIE SIĘ DO PORAŻKI I POZWÓLCIE SWOIM LEGIONOM STAĆ SIĘ CZYMŚ WIĘCEJ - STAĆ SIĘ DOMINIUM!
Nagle z zewnątrz uszu oddziału dobiegła eksplozja, drażniąca ich nerwy jeszcze bardziej.
- Bez nerwów! - zawołał ktoś spoza chatki, w której nocowali po akcji Węgle - To tylko głośnik, wyłączyliśmy go na dobre, he he he.
- Normalna osoba nie potrafi tak drzeć japy - skwitowała Signa, odetchnąwszy w spokoju.
- Przypomnieć ci, jak Gedwa ryczała po nocach? - odparł Selb, po czym zaraz w kierunku jego łba poleciał pusty, aluminiowy kubek w którym Węgloskrzydła parzyła kawę.


Oddział Węgloroga, jak i cała Centuria Rocktroopera nie zostały zluzowane aż do czasu oblężenia Osady Petraj. Wyłuskanie kul i zszycie ran rannych żołnierzy okazało się dla Signy i dwóch innych sanitariuszy pod wodzą Centuriona nietrudnym zadaniem, niemniej zgodnie z zasadami, powinni oni zostać oddelegowani na tylną linię aby dojść do siebie. W praktyce wsparcie przyszło po godzinie wraz z rozkazem, aby za wszelką cenę bronić zdobytego wzgórza. Zdrowy lub ranny - bez znaczenia, jeśli była pomoc medyczna. Jedynie ci, którzy byli w bardzo złym stanie zostali ewakuowani przy pomocy charrcoptera z powrotem do sztabu Zjednoczonych Legionów.
Poza tym, ani Falkner, ani Borya ani Gedwa nawet nie myśleli o tym, by na moment zejść z linii i pozostawić swoich chociażby na tę jedną noc. Centurion Rocktrooper dobrze o tym wiedział, zresztą to było powszechne zjawisko wśród większości band.
Noc w zdobytej osadzie na wzgórzu przebiegła spokojnie. O godzinie trzeciej nad ranem spostrzeżono patrol nieprzyjaciela, który szybko został pogoniony z powrotem poprzez otwarcie w jego stronę ognia. Zarówno Dominium jak Zjednoczone Legiony znały wartość przechwyconych dział: nieprzyjaciel mógł próbować zbombardować wzgórze, jednak wiązałoby się to ze stratami wśród maszyn latających z uwagi na obecność dział przeciwlotniczych. Legiony zaś mogłyby rozpocząć ostrzał osady, lecz bez natarcia piechoty nie miałoby to sensu i stało się marnotrawstwem pocisków. Obie strony konfliktu gotowały się do nieuniknionego starcia o Osadę Petraj.
Starcia, w którym Centuria Rocktroopera miała nie uczestniczyć.

Pięć dni później Zjednoczone Legiony wyraźnie zaznaczyły swoją obecność na polu bitwy. Nad Osadą Petraj, Portem Cascadia oraz Kopalnią Vloxen powiewały czarno-złote sztandary Żelaznych i Popielnych lojalistów, Płomiennego odłamu wiernym idei powrotu do wspólnoty oraz Krwawych powstańców, którzy wytoczyli wojnę własnemu Imperatorowi. Smodur, Malice, Efram oraz Trybun Crecia Stoneglow zajęli prawie połowę spornego terytorium, wciąż knując strategię jak dotrzeć na samą północ i rozprawić się raz na zawsze z Dominium i przewodzącym mu Bangarem Ruinbringerem.
Na zachodzie ofensywa zatrzymała się w lesie, dwa kilometry od Fortu Opór (Fort Defiance). Krwawa piechota, znana ze swojej nieustępliwości i niesamowitym zdolnościom szturmowym została zatrzymana przez liczne pułapki, gniazda snajperów czy zmasowane bombardowania które z łatwością łamały ponad stuletnie drzewa. Nacierający okopali więc swoje pozycje i tkwili tak dniami i nocami, czekając na przybycie uzupełnień czy wsparcia z powietrza.
Wschodni front miał teraz najtwardszy orzech do zgryzienia: przeprawić się przez usianą okopami i stanowiskami ogniowymi plażę, otwarty na ostrzał ze skał po lewej i morzem po prawej.
Obie strony konfliktu wreszcie były w stanie wytoczyć przeciwko sobie maszyny bojowe.
- Spocznij - Centurion Tyrron Rocktrooper spojrzał po swoich podwładnych. Wszyscy zdrowi, czyści i najedzeni. Na froncie nie walczyli długo i nawet lepiej: wreszcie będą robić to, po co tutaj naprawdę przybyli.
- Dzisiaj po południu mają przybyć czołgi. Nowiusieńkie, nieśmigane Kły-III-A. Niektórzy z was są obeznani z tymi maszynami. Będziecie mieli dzisiaj czas się z nimi zapoznać i zamienić na swój nowy dom.
Żołnierze centurii z entuzjazmem kiwali łbami i szczerzyli kły do siebie.
- Oszczędzajcie siły, bo jutro wyruszamy. O szczegółach poinformuję was w swoim czasie na wypadek, gdyby wróg nas podsłuchiwał. Zapamiętajcie: wasz czołg jest waszą odpowiedzialnością. Nikogo nie wpuszczać do środka, nie dawać się przejechać ciekawskim, nie dzielić się zaopatrzeniem z nikim spoza swojej centurii.

***


Od momentu zejścia z frontu aż po dzisiejszy dzień każdy, kto nie był ciężko ranny, otrzymał pracę w głównym obozie Zjednoczonych Legionów. Najciężej ze wszystkich pracowali Selb i Signa. Węglochwyt służył za osiłka przy rozładowywaniu zaopatrzenia - żywności, naboi, uzbrojenia i rynsztunków. Miało to swój urok, bowiem zawsze udało mu się "skonfiskować" kilka granatów lub przepysznych brzoskwiń w puszce.
Węglowapiła z kolei została oddelegowana do namiotu sanitariuszy i lekarzy. Przez pierwsze dwa dni asystowała w operacjach, wydzielała leki żołnierzom i przebierała ich w pieluchy. To ostatnie nie było niczym chwalebnym, lecz było potrzebne. Jak ktoś z dwoma nogami w gipsie miał wstać i oddać mocz, lub wyskoczyć na dwójkę?
Trzeciego dnia talent Signy został dostrzeżony przez naczelnego chirurga, Centuriona Brouvarra Rippingmawa, będącego szychą wśród lekarzy i sanitariuszy Zjednoczonych Legionów. Stary, nieco opryskliwy w obyciu ale przede wszystkim doświadczony i wyrachowany popielec z początku nie był w stanie zaufać Signie, która w jego mniemaniu była wątpliwego pochodzenia (Signa nigdy nie przyznała się do swoich korzeni). Jednakże, stała się pierwszym wyborem Rippingmawa jeśli chodzi o asystenta podczas operacji i w ten sposób powierzono jej przeprowadzenie kolejnych, samodzielnie. Czwartego dnia Centurion zaproponował jej transfer do jego bandy, gdzie jak to ujął: "Grzałabyś tylnie linie nie narażając siebie na szwank, a walczyć i tak byś walczyła. O życie tego mięsa armatniego które idzie w pierwszej linii na rzeź".
Signa jednak kulturalnie odmówiła, wymawiając się lojalnością wobec swojego oddziału.

Selb wszedł do namiotu sanitariuszy po skończonej robocie. Niedopałek z papierosa zostawił przed wejściem, zdeptując go gdy została jeszcze jedna czwarta do wypalenia. Niepotrzebnie, bowiem w środku zaraz po silnym zapachu stosowanych medykamentów  w powietrzu ulatniał się zapach tytoniu. Ranni, którzy mieli pysk i co najmniej jedną łapę na chodzie palili niczym piece w Czarnej Cytadeli. Widocznie tylko tak mogli zabić czas przykuci do łóżek i posłań.
- Selb - rzuciła Signa, wypatrując towarzysza z oddziału z daleka - Chodź tutaj mi pomóc.
- Kiepski ze mnie sanitariusz, wiesz? - mimo tego popielec poszedł za Węglowąpiłą, wchodząc za kotarę gdzie rozłożony był sprzęt alchemiczny. Niektóre leki, szczególnie te punktowo uśmierzające ból pozyskiwano mieszając okoliczne rośliny z innymi odczynnikami, które przybywały z Cytadeli. Wychodziło taniej i szybciej.
- Nie potrzebuję sanitariusza by podawał mi rzeczy, o które poproszę - odparła popielka, siadając przy stole na którym stał pokaźnych rozmiarów moździerz którym mielono zioła.
- Oho, to teraz jestem chłopcem na posyłki? Takich wam tu brakuje?
- Zdecydowanie brakuje. Jak już tu jesteś, to mi się przydasz do czegoś.
- Mhmm... jasne - odparł bez entuzjazmu Selb, rozkładając łapy - To co pierwsze?
- Druga szuflada, niebieskie pudełko. Garść ziół ze środka.
Westchnąwszy, Węglochwyt spełnił życzenie siostry z oddziału.
- Widzę, masz przerwę? - zagadała podczas rozcierania ziół.
- Mam fajrant. I trochę czasu wolnego.
- To popatrz, spędzisz go produktywnie. Znowu druga szafka, żółte pudełko. Daj mi je całe.
- Masz - po kilku sekundach podał jej pudełko, z którego biło zapachem mięty.
- Dzięki - odparła bez cienia złośliwości - Żebyś nie czuł się poszkodowany twoim obecnym zajęciem to powiem ci, że ta prosta robota ratuje czyjeś życie.
- Nie pomyślałbym - Selb zaszeleścił wyciąganą paczką papierosów z kieszeni munduru. Zapalił.
- Musisz być taki zgryźliwy? Umiesz tylko odbierać życie, a potrafisz je ratować?
- Oczywiście, że potrafię.
W tym momencie Signa nie potrzebowała niczego, więc Selb usiadł. Żeby udowodnić sanitariuszce z przerośniętym ego swoją rację, opowiedział jej o tej sytuacji, gdy Annie oraz Markus z Ligi wybrali się na przeszpiegi, które zakończyły się pojmaniem drugiego z nich. Nie omieszkał wspomnieć o kilku planach odbicia, mnogości planów i wstępnego niezdecydowania i duży nacisk położył na rolę Annie i swoją w dogadaniu się z "Zakonem Oka", stojącym za porwaniem. Signa słuchała go pilnie, choć nie okazywała tego bezpośrednio zajęta swoją pracą.
- Zwracam ci honor Węglochwyt - odezwała się, gdy alembik zawrzał - Choć chciałabym tego posłuchać jeszcze z innego źródła. Tak na wypadek, jakbyś koloryzował.
- Niczego nie koloryzuję - odparł Selb, nerwowo sięgając po kolejnego papierosa - Woda ci bulgocze, uważaj.
- Ma bulgotać, geniuszu.
- I co ty właściwie robisz za lek?
- Tabletki na kaszel -odparła Signa, wstając z krzesła i przeciągając się chwilę.
- Mhmm... jakoś nie widziałem, żeby w obozie była grypa.
- To dla tych schwytanych jeńców. Plują krwią, rzygają, ledwo chodzą.
- Robisz lekarstwa żeby wyleczyć wroga? - ze zdziwieniem spytał Selb - Po co?
- Żeby żyli?
- Po co? To wrogowie. Gdyby mieli okazję, zabiliby cię.
- Ja pieprzę Selb, czemu ty jesteś taki głupi? Jak zaczynasz gadać z sensem, to zaraz potem pierdolisz jak naiwniak który dopiero co otrzymał pierwszą odznakę w fahrarze.
- Co ty wiesz o fahrarze, hmm?
- Nie zmieniaj tematu - Signa zatrzymała się przed Selbem i wlepiła w niego oczy, obnażając kły - Wróg czy nie wróg, to dalej popielec. A skąd wiesz, że to nie twój kumpel który postanowił zmienić stronę?
- Więc do piachu z nim, co za różnica? To zdrajca, sam sobie wybrał.
- Aha, czyli jak ja zmieniłam stronę to też jestem zdrajczynią i powinnam iść do piachu?
- Teraz to ty pierdzielisz głupoty. Ty się URODZIŁAŚ wśród zdrajców i wybrałaś dobrą stronę.
- Wiesz, że gdyby nie twój ojciec to prawdopodobnie skończyłabym w Cytadeli, albo na została na jakimś ranczu i przeczekałabym wojnę. Może by mnie wcielili. Ale Falkner dał mi W Y B Ó R - Signa przeliterowała na moment odwróciła się od Selba, aby trochę przygasić płomienie podgrzewające alembik - Legionista Węgloróg w żadnym z nas nie widział wroga. Ani we mnie, ani w moich siostrach czy braciach. Wiedział, że wczorajszy wróg może być dzisiejszym sojusznikiem. Tak samo jest z Dominium: dziennie słyszymy jakim kłamstwem Bangar faszeruje swoich żołnierzy. Brak rang, brak hierarchii, dominacja najsilniejszych, wielka i silna nacja popielców ponad wszystko. Akurat ty Selb spośród wszystkich nas tutaj musisz wiedzieć, że świat nie kręci się wokół naszych ogonów.
- Czyich?
- Naszych, popielczych - Signa westchnęła - Jak sobie wyobrażasz dalsze lata, co? Wypowiemy wojnę ludziom? Wybijemy wszystkich nornów? Ruszymy na asury a sylvari spalimy niczym trawę bo "Popielcy ponad wszystko?". Wiesz, już gdzieś to słyszałam: ci sami Płomienni, którzy z taką pieśnią na pysku biegli się bić z wami wrzeszczeli w lazarecie najgłośniej. I to nie dlatego, że byli od urodzenia debilami ale dlatego, że ktoś im wpajał od małego w fahrarach, że są jedynymi godnymi popielcami. Że nie ma im równych. Że pewnego dnia zagarną dla siebie całą Tyrię. A potem, leżąc i wrzeszcząc na noszach dociera do nich, że to kłamstwo. Widząc, jak palą ciała ich kumpli na stosie orientują się, że nie chroni ich żadna "boska tarcza", nie mają immunitetu od śmierci. I tacy jak oni odłączyli się, prowadzeni przez Eframa i dołączyli do twoich Legionów.
- Co nie zmienia faktu Signa, że Dominium to psubraty i nie warto ich ratować.
- Może i są psubratami, może i zdecydowali, że wolą iść za Bangarem i tworzyć kolejną wojnę domową. W twoim mniemaniu zasługują na kulkę, lecz nie zdziw się, gdybyś wpadł w niewolę i dostałbyś to samo.
- Wolałbym już zdechnąć, niż przyłączyć się do Dominium. A ty?
Signa pokręciła głową.
- Zależy mi na życiu, Selb. Pomyśl sobie, co robią Popielni - są szpiegami, udają żołnierzy z Dominium a są po naszej stronie. Jak ktoś wpada w niewolę to robi wszystko, aby przeżyć. Więc... jeśli spotkasz kiedyś kogoś, kto dla ratowania własnej skóry musi UDAWAĆ przeciwnika, to pohamuj swój osąd na chwilę. Gdybyśmy najpierw zadawali pytania a potem strzelali okazałoby się, że nie musiałabym wypruwać sobie płuc w tym namiocie, robić tabletek na kaszel i zmieniać komuś obsranej pieluchy.
- Signa... - podjął Selb, zapalając papierosa - Słuchaj, jeśli ktoś świadomie zdradził swój Legion, przeszedł na stronę wroga bo dajmy na to podoba mu się wizja Dominium, to w jaki sposób chcesz go wcielić z powrotem do Legionów? Taki ktoś będzie tylko pasożytem, a jeszcze zadziała na naszą niekorzyść. Będzie nas sabotować. Będzie robić dokładnie to samo, o czym mówiłaś mi wcześniej: byle przeżyć, byle dotrwać powrotu do swoich. Będziesz ratować jednego wroga tylko po to, by narazić trzech swoich których ten może pewnego dnia zranić albo zabić?
- Dla mnie to bez znaczenia Selb. Jeśli tobie mówią weź karabin i strzel zdrajcy w łeb, to masz to na swoim sumieniu. Mnie mówią: ratuj te życie, więc to robię. A gdybym miała wybrać sama, to i tak bym ratowała obie strony. Możesz się z tym nie zgadzać, możesz się pukać po łbie i szczerzyć na mnie kły ile chcesz, a ja zdania nie zmienię.
- Ani ja - odparł Selb, wstając z krzesła. Wsadził do ust czwartego papierosa i nerwowo odpalił - Idę na zewnątrz. Potrzebujesz czegoś?
Popielka podniosła wzrok na Węglochwyta i sapnęła:
- Daj mi jednego papierosa. I przynieś flaszkę spirytusu.
- Pewnie, przyniosę jeszcze dwa kubki do tego.

***


Popołudniowa odprawa u Centuriona Rocktroopera miała miejsce około godziny siedemnastej. Udział brali Legioniści wszystkich band centurii. Podczas tegoż spotkania omówione zostały plany natarcia na okopy dzielące Port Cascadię a kolejny posterunek nieprzyjaciela umieszczony przy latarni morskiej. Zajęcie go było kluczowym elementem planu pokonania Dominium i ekspansji dalej na północ.
Falkner, zdając sobie sprawę z tego jak wyglądała poprzednia okopowa wojna w której brał udział był przekonany, że czołgi przybyły w odpowiednim momencie. W rozległej sieci tuneli wroga ciągnącej się od plaży po same skały koczowały setki żołnierzy i broń przeciwpancerna, gotowa zatrzymać jakikolwiek pojazd, który się zbliży. Nie wątpił jednak w nieustępliwość Żelaznej myśli technicznej: nacierające czołgi zaraz po nalocie artyleryjskim, wspierane przez popielcze lotnictwo i własną artylerię utorują im drogę do nieprzyjacielskich umocnień. Gdy tylko będą wystarczająco blisko, Żelazna i Płomienna piechota mają wpaść do środka i przedzierać się naprzód, wspierani przez siły pancerne i powietrzne.
W teorii wszystko to brzmiało świetnie. Największy problem, zdaniem Legionisty Węgloroga, stanowił odcinek pozbawiony jakiejkolwiek osłony. W tym momencie nacierające czołgi były odsłonięte na atak, niemniej ilość maszyn rzuconych w bój (cztery pancerne centurie, które w sumie mają na wyposażeniu 30 czołgów) powinna zniwelować ten problem. Dominium nie dysponowało ciężkimi czołgami, a jedynie pojazdami wyposażonymi w działa kalibru 80mm. To jakby zbudować szklaną armatę. Naturalnie wywiad doniósł, że nieprzyjaciel wzniósł osłony dla swoich pojazdów na pierwszych liniach z worków z piaskiem czy stalowe barykady. Niewykluczone, że wroga piechota dysponuje bronią przeciwpancerną a na pewno działami polowymi, których neutralizacja będzie naczelnym celem lotnictwa Zjednoczonych Legionów.


Plan Legioniście Węglorogowi się podobał między innymi dlatego, że wreszcie jego banda będzie robić to, do czego była szkolona. W teorii, bowiem Borya, Signa i poniekąd Selb na stanowisku kierowcy musieli przeżyć swój chrzest bojowy. Zastanawiał się również, jak Gedwa odnajdzie się w swojej starej roli po tak długiej przerwie i ciężkiej rekonwalescencji. Prawdę mówiąc, był zdumiony postawą Węgloskrzydłej od rozpoczęcia tej wojny: przestała narzekać, walczyła nie mniej zaciekle, co pozostali.
Słońce powoli zachodziło, więc Legionista przycupnął na moment na skrzyni i postanowił zapalić sobie papierosa. Lubił patrzeć w słońce chowające się za horyzontem i tę pomarańczową barwę, którą przybiera w tym czasie niebo. Gdyby miał porównać, to zjawisko najbardziej podobało mu się w regionie Maguumy - Metrica, Las Caledon, Kessex Hills.  Naturalnie, Legionista Węgloróg nie jest w ciemię bity i zdążył naoglądać się świata podczas swoich naciąganych przepustek.
- Hej, psst.... Hej... - Falkner dosłyszał bardzo słaby półszept za sobą. Odwrócił się, wyjrzał za róg namiotu by dostrzec swoistą "zagrodę" wzniesioną ze stali i drutu kolczastego. W tej prowizorycznej klatce umieszczano jeńców, ale tutaj był tylko jeden: noszący skrawki munduru Krwawych popielec opierający się obiema łapami o kratę płotu.
- Hej... po-poczęstujesz?
Falkner w pierwszej chwili zawahał się: otóż miał przed sobą jeńca, renegata który porzucił lojalność wobec...
Właśnie. Wobec kogo porzucił lojalność? Swojego Imperatora? Wręcz przeciwnie, pozostał lojalny imperatorowi, a ten ściągnął go na samo dno popielczego społeczeństwa, odpłacając mu za jego służbę statusem wyrzutka.
Z drugiej strony byli tutaj przecież Krwawi lojaliści, którzy w porę domyślili się, że ich własny imperator spiskuje przeciwko popielczej rasie lub... nie zaliczali się w poczet osób godnych zaufania. Prawdę mówiąc, Falkner dziękował losowi za to, że Krwawych przerzucono na zachód do walki w lesie, niż tutaj. Choć wraz z Żelaznymi trzymali się Płomienni, z dwojga złego ufał tym drugim.
- P-poczęstujesz?
Falkner rozejrzał się w lewo, w prawo i za siebie. Nikogo, wszyscy po naradzie się rozeszli. W teorii rozmawianie z jeńcami było zabronione, lecz nikt nie mówił że nie wolno im choć trochę ulżyć w niedoli tak prostym gestem, jakim jest podarowanie papierosa. Krwawy jeniec praktycznie ledwo stał na nogach, nosił ślady pobicia a na prawym boku nosił trzydniowy opatrunek. Węgloróg rozpoznał to po smrodzie.
- Na zdrowie - Falkner wcisnął papierosa do pyska popielca i jeszcze z dobrego serca mu odpalił. Ten z kolei, wolno uginając nogi przeszedł do siadu, wciąż trzymając się kratek.
- Dzięki s-stary. Ró-równy z ciebie gość.
- Mhmm - mruknął Węgloróg.
- H-hej, wiem co sobie o m-mnie myślisz - odparł popielec, odetchnąwszy gdy w końcu zdołał usiąść na obitej rzyci - J-jakbym mógł cofnąć czas, to b-bym nigdy nie p-posłuchał rozkazu wyjścia w g-góry.
- Hm? Opowiadaj.
- Heh... o-opowiadałem już o t-tym na przesłuchaniu. Ale m-mi nie uwierzyli - popielec zaciągnął się i z błogim uśmiechem wypuścił dym z pyska - Jestem świeżo po f-fahrarze. Dołączyli mnie do b-bandy Centuriona S-Steelcatchera. Tego, który p-prowadzi teraz Do-dominium. N-nikt się nie p-pytał czy chcę, czy nie. Ale odmówić S-Steelcatcherowi to się nie da. Toż to p-prawdziwa legenda wśród krwawych.
- Mówisz, jakbyś chciał mnie przekabacić. Może mam dla ciebie jeszcze klucz zdobyć i puścić cię wolno?
- N-nie... znaczy byłoby w po-porządku, ale nie. Ze S-Steelcatcherem przebyliśmy kawał g-gór. N-napotkaliśmy nawet k-krasnoludy.
- Krasnoludy wymarły.
- S-skądże! Znaczy tamte u-umarły ale jakby nie do końca.
- Duchy?
- M-można tak powiedzieć.
- Więc chcesz mi powiedzieć, że znalazłeś się tu w klatce bo tylko wykonywałeś rozkazy swojego Imperatora. Wybacz, Centuriona.
- N-no jasne że t-tak - popielec zaciągnął się znowu, wzdychając ciężko - S-słuchaj stary. Nie chcę t-twojej litości, s-serio. Ale zobacz, co za d-durna sytuacja. Jakby tobie twój Imperator dał rozkaz: i-idź za mną, to c-co byś zrobił?
- Zapewne bym poszedł - odparł szczerze Węgloróg, nie mogąc we własnym sumieniu znaleźć innej odpowiedzi.
- No właśnie! J-jak mówiłem, nie ch-chodzi mi to o litość. J-ja nigdy nie chciałem się b-bić z innymi popielcami. I ch-chujowo, że teraz tu siedzę. Na p-popielca się ręki nie podnosi, tak uczyli w fahrarze. Teraz to nawet na p-płomiennego nie można.
Falkner zapalił kolejnego papierosa i zamilkł. To samo uczynił jego rozmówca, rozkoszując się dogasającym petkiem. Legionista Węgloróg pokręcił łbem i wyciągnął jeszcze jednego papierosa, odpalił i podał jeńcowi.
- Masz, na odchodne. Jakbyśmy się więcej mieli nie zobaczyć.
- D-dzięki, stary! B-będę trzymał kciuki, żeby ci się n-nic nie stało. I żeby się B-Bangar poddał, żeby r-rozumu do głowy dostał. Chujowo się tak b-bić ze swoimi jednak.
Falkner kiwnął łbem i rozejrzał się. Nikogo. Ruszył zatem do namiotu ćmiąc swojego papierosa po drodze i rzucając niedopałek na ziemię. Ze zirytowaniem go zdeptał i pociągnął łyka czystej wódki z piersiówki, którą nosił przy sobie. Wtargnął do namiotu w nietęgim nastroju, a przecież musiał jeszcze przekazać wieści z namiotu centuriona.

***


Natarcie wyznaczono na godzinę piątą trzydzieści. Skoro świt artyleria Zjednoczonych Legionów miała rozpocząć swój śpiew, bombardując umocnienia przeciwnika. W tym czasie centurie pancerne, w tym ta należąca do Rocktroopera miały pokonać otwarty odcinek drogi jak najprędzej i przystąpić do zniszczenia wrogich dział i umocnień. W trakcie tego, wsparcie z powietrza miało niszczyć wrogie działa, stanowiska ochrony przeciwlotniczej oraz neutralizować inne umocnienia. Zaraz za czołgami miały gnać transportery wyposażone w broń przeciwlotniczą i karabiny, które z łatwością mogły posłużyć również do niszczenia wrażych umocnień. Na transporterach znajdowała się piechota: Żelaźni wyposażeni w strzelby, pawęże i broń sieczną a także Płomienni, których trzonem byli berserkerzy a także rodzaj wojsk które były prawdziwym postrachem pola bitwy: Podpalacze - popielcy, którzy poprzez liczne magiczne rytuały wyglądali bardziej jak czort, a do tego niosący miotacze płomieni. Nie takie, jak konstruuje Żelazny Legion - Płomienni posługiwali się żywym, własnoręcznie wyczarowanym płomieniem.

Dokładnie o uzgodnionej godzinie, działa artyleryjskie rozmieszczone przy Porcie Cascadia zaczęły ostrzeliwać wrogie okopy. Komenda za komendą, salwa za salwą, załadować nowy pocisk, komenda i kolejny wystrzał. I tak przez pięć minut, zmuszając wroga do ukrycia się. Z daleka widać było latające kawałki drewna, którymi wzmacniano ściany okopów, eksplozje składów amunicji, wznoszącą się ziemię lub kawałki ciał rozerwanych przez odłamki żołnierzy, którzy mieli po prostu pecha.


- Wszystkie czołgi, potwierdzić gotowość!
Na tę komendę równo po sobie odpowiedzieli członkowie Centurii. Rocktrooper kontynuował:
- Na rozkaz przemieszczamy się naprzód. Każdy pilnuje swojej flanki. Przypominam zasadę: ruch i atak. Ruch i atak!
- Ruch i atak - powtórzył Selb, wciskając na łeb hełm - Słyszysz Gedwa? Ja rucham, ty atakujesz.
- Kurwa Węglochwyt, jak ja cię zaraz zaatakuję to już w życiu nie poruchasz - odparła Gedwa, działonowy w załodze Kilofa-III, czołgu Węgli.
- No no, dla takiego młodego amanta to byłaby wielka szkoda - dodał Borya, cicho rechocząc.
- Odpieprzcie się ode mnie, dobra? Pożartować nie można - odparł Selb.
- Ależ oczywiście, że można - do rozmowy włączyła się Signa - Właśnie to robimy.
- Ostrzał zakończony, naprzód! - wyharczał przez komunikator trzymany przez Falknera głos Rocktroopera.
- Skupcie się - rzekł Falkner- Selb, cała naprzód. Gedwa, wskazuję cele. Signa, nie otwieraj ognia jeszcze. Borya, bądź gotów do załadunku tego, o co poproszę.
- Ta jest - odparli wszyscy prawie równo.
Silniki zbierających się do jazdy czołgów zawyły chórem. Gdy zrobiło to prawie trzydzieści maszyn, przez moment nie można było usłyszeć własnych myśli. Ryk ten dla osoby stojącej z boku był przerażający, a gdyby spojrzeć na te kłęby dymu które buchały z rur silników, to niebo na chwilę zaciągało się czarną mgłą. Niejeden wielbiciel natury dostałby ataku serca na taki widok, jeśli nie ze strachu.
- Kurwa, ale mi tego brakowało!
Słowa Selba podzielała i Gedwa i Falkner, bowiem obydwoje zaśmiali się i postukali pięściami w bok maszyny. Borya i Signa nie podzielali ich entuzjazmu. Oni, jako czołgiści właśnie przeżywali swój chrzest.
W tym momencie Falkner, stojący na swoim stanowisku dowodzenia przy otwartym włazie dostrzegł nad sobą przelatujące przyjacielskie charrcoptery. Coś jednak było nie tak. Piloci w ostatnim momencie dostali zmianę rozkazów, bowiem zamiast lecieć na wraże umocnienia zaczęli oskrzydlać wrogie okopy od strony morza.
- Wsparcie przeciwlotnicze nam się skończyło - wymamrotał Rocktrooper - Nasze lotnictwo leci uciszyć artylerię, zanim się odezwie.
Ale było za późno potężne huki wrogich dział, mimo że stojących na tylnich liniach, ostrzegły nacierające wojska o nadciągającym "deszczu".
- Zamknąć włazy! - Rocktrooper wykrzyknął komendę.
- Deszcz idzie - rzekł Falkner, zamykając właz wieżyczki za sobą i przycisnął oko do peryskopu.
Po krótkiej chwili ziemia zatrzęsła się od spadających, kilkunastokilogramowych pocisków które zostawiały po sobie leje w piasku. Widoczność na moment była przesłoniona naturalną zasłoną, lecz nie usłyszawszy rozkazu, czołgi Zjednoczonych Legionów parły naprzód. Za chwilę odezwała się szybkostrzelna broń przeciwlotnicza, polująca na przyjacielskie charrcoptery.
- Wysyłają przeciwko nam lotnictwo! Nie zatrzymywać się pod żadnym pozorem! - wykrzyczał Rocktrooper, powoli wchodzący w typową dla niego ekstazę.
- Selb, nie zwalniaj - Falkner omiótł spojrzeniem okolicę poprzez peryskop.
- Ta jest. 
Transportery, które z równą czołgom nieustępliwością poruszały się naprzód otworzyły ogień do wrogiego lotnictwa. Charrcopter nie był najbardziej zwrotną maszyną i używanie go do bombardowania było dla załogi bardzo ryzykowne. Po obu stronach konfliktu znajdowali się jednak żołnierze gotowi oddać własne życie za sprawę, za którą walczyli.
Dwa transportery zostały trafione wrogim nalotem, czołgi wyszły z nich bez szwanku. Pancerna maszyna chroniła swoje załogi nadzwyczaj dobrze, ale nie szczędziła im obić, siniaków czy pękniętych kości przy uderzeniach.
- Ale jebło! - Borya aż złapał się fotela Gedwy, gdy czołgiem zatrzęsło po dwóch zrzuconych bombach z powietrza, które eksplodowały niedaleko.
- Nie rozpraszajcie się - odezwał się Falkner - Gedwa, widz-
- Wrogie umocnienia przed nami! Dziesięć osiemdziesiątek! Walić do nich!


- Gedwa, pierwsza godzina. Wal... - rzekł Falkner, ale działonowa wypaliła nim ten zdążył skończyć zdanie.
- Działo polowe zneutralizowane - odparła Gedwa.
- Borya, ładuj zapalający. Gedwa, wysa-
- Mam go! Działo płonie! - Węgloskrzydła zaśmiała się - Borya, ładuj kolejny, mam dobrą passę!
- Wykończ te działo przeciwlotnicze. Godzina czw-
Działo czołgu znów wypaliło szybciej, niż dowódca zdążył dokończyć rozkaz.
- Wszystkie czołgi, nie zatrzymywać się! - odezwał się Rocktrooper przez komunikator - Nadciągają pojazdy opancerzone. Pamiętajcie, że to kruche gówienka, ale ich działa mogą-
Kilof-III wystrzelił po raz kolejny. Tym razem pocisk kumulacyjny trafił w bok wrogiego pojazdu, przebijając się do składu amunicji i wysadzając całą maszynę w powietrze.
- Gedwa... Borya, ładuj kolejny kumulacyjny. Gedwa, godzina trzecia.
- Się robi!
Celność Węgloskrzydłej tego dnia była bezbłędna. Kolejny pojazd Dominium szykujący się do wystrzału został uciszony zanim jego załoga zdążyła zaatakować.
Pojazdy pancerne Dominium nie mogły się równać pancerzem z tym, co rzucił przeciwko nim Żelazny Legion.  Zapalały się jak domki złożone z zapałek. Z kolei ich pociski, mimo że ze sporych dział, to w głównej mierze nie były w stanie jednym uderzeniem zniszczyć maszynerii Zjednoczonych Legionów. Wiele pocisków rykoszetowało, gdyż Centurie pancerne Legionów miały dość "pasa startowego", aby nabrać prędkości i wykorzystać swą mobilność na swoją korzyść.
- Gedwa, walnij w tego- Falkner w końcu sapnął i rzekł- A co ja ci kurwa będę mówić, co masz robić. Ledwie zdania nie skończę, a ty już strzelasz!
- Borya, ładuj kolejny. Szef niech patrzy i mówi mi dalej, ja robię swoją robotę - odparła Gedwa, przyciskając oko do okularu działa.
- Czy tylko ja jedyna będę się tu nudzić? - odparła Signa, po czym Selb pacnął ją w udo.
- Oczy przed siebie, zaraz sobie postrzelasz - rzekł Węgloróg.
- Wrogi pojazd, godzina jedenasta. Gedwa...
- Już go nie ma, szefie.
Mimo wsparcia z powietrza, artyleria Dominium zdołała oddać trzy salwy. Stanowiło to duże zagrożenie dla piechoty, która poruszała się na transporterach. Bez piechoty samymi czołgami i charrcopterami okopów przejąć się nie dało.
- Wszystkie czołgi, zatrzymać się dziesięć metrów od okopów. Otworzyć ogień do wszystkiego, co się rusza!
Rozkaz Rocktroopera zabrzmiał wyraźnie i wszyscy: działonowi i asystenci kierowców czołgów otworzyli ogień z dział oraz przednich karabinów, tym samym torując drogę wysiadającej z transporterów piechocie do środka okopów.
- Signa, załatw wszystko, co wystawi swój łeb spoza okopu.
- Ta jest, szefie!
- Gedwa, widzisz to działo na pra-
Tym razem dowódca maszyny przerwał nie dlatego, że jego działonowa go uprzedziła. To działo wypaliło prosto w nich. Wszystkimi w środku zatrzęsło. Signa przydzwoniła głową w bok maszyny, Selb o mało włos nie stracił zębów.
- Skurwysyn! - wykrzyczała Gedwa i przycelowała we wraże działo frontowe. Ze złością nacisnęła na pedał odpowiadający wystrzałowi. Wraz z Falknerem widzieli, jak stojący za nim żołnierz odlatuje kilka metrów w tył po eksplozji zapasu amunicji trzymanego zaraz przy dziale.
- Wszyscy cali? - zapytał Falkner - Selb, będziemy mogli jechać?
Węglochwyt wymamrotał coś niezrozumiale na początku, a potem odpowiedział na pytanie:
- Ta jest, wszystko w porządku. Kilof nas dobrze chroni.

O ile branie udziału w walce było momentalnym zastrzykiem adrenaliny, tak oglądanie jej było nieraz jeszcze większą rozrywką. A szczególnie, że Płomienny i Żelazny Legion zdawali się współpracować ponadprzeciętnie.
Piechota wpadła do okopów, niemalże błyskawicznie zajmując przedni rząd umocnień. Porażającym widokiem było uwolnienie potencjału Podpalaczy, którzy torowali drogę zbrojnej piechocie dobijającej pozostawionych na pastwę losu rannych i tych, którzy nie zdołali uciec. Niektórzy dobijali trawionych przez ogień żołnierzy aby oszczędzić im cierpienia. Co rusz słychać było kakofonię wystrzałów strzelb, szczęk mieczy, toporów i buław a także pełne zawziętości okrzyki bojowe.
Dominium wydawało się być zupełnie nieprzygotowane na taki obrót spraw. Wraz z kolejnymi zajętymi odnogami okopów, czołgi Zjednoczonych Legionów przesuwały się naprzód, torując drogę swojej piechocie poprzez niszczenie kolejnych umocnień, stanowisk ogniowych czy dział. Banda Węgla, jak i cała Centuria Rocktroopera wyszła z tej walki bez szwanku. Niektóre czołgi, w tym Kilof-III ucierpiały wskutek bombardowań i ostrzału lecz nie było to nic, czego nie można było naprawić. Poza tym, czołgi na polu bitwy nigdy nie były naprawione w stu procentach, gdyż było to po prostu zbyt czasochłonne i nieopłacalne. Wyjątek stanowiły te, które dopiero co zjechały z linii produkcyjnej i zostały zabrane na front.

Natarcie wypadło zadziwiająco dobrze. Po niespełna czterech godzinach ataku, Zjednoczone Legiony były w stanie wziąć wszystkie okopy, torując sobie prostą drogę do posterunku przy latarni morskiej. Zdaniem Centuriona Rocktroopera poszło aż za dobrze, wywiad przewidywał o wiele większy opór. To jednak nie przeszkadzało podoficerom i szeregowym żołnierzom cieszyć się ze zwycięstwa.

***


Tego samego dnia wieczorem siedemdziesiąt procent nacierających żołnierzy nocowało w zdobytych okopach. Nie były to dobre warunki: wszędzie śmierdziało spalenizną, część przejść była połowicznie lub całkowicie zasypana, brakowało zapasów. Niemniej, Zjednoczone Legiony upiły się wywalczonym zwycięstwem i niewygody w nowym miejscu nocowania nie stanowiły aż takiego problemu.
Banda Węgla umiejscowiła się w jednym z nienaruszonych schronów wykopanych wgłębi ziemi. Miejsce dzielili z bandą Rocktroopera i bandą Leaf. Celebrując zwycięstwo, oddali się nieco przesadzonej popijawie i grom hazardowym: kartom i kościom. Nawet Tyrron Rocktrooper i Falkner Węgloróg przyłączyli się do zabawy, która w pewnym momencie przeistoczyła się w obstawianie własnego żołdu.
Selb nie do końca chciał wydawać swoje ciężko zarobione pieniądze. Wśród zapasów pozostawionych po poprzednich właścicielach zdołał znaleźć nieruszoną butelkę popielczej whiskey. Miał szczęście, bowiem nie był to typowy okopowy sikacz jaki z przydziału wpadał w łapy szeregowych, a wykwintna produkcja przeznaczona dla pysków oficerów. Postanowił zatem chwilę przeznaczyć na listy, które z pewnością jutro zostaną oddane do wysyłki.
Siedział pod gołym niebem, ryzykując, jeśli nagle rozpocznie się ostrzał. O snajperów nie musiał się bać, ale zgodnie z wywiadem, znajdowali się w zasięgu działania artylerii umieszczonej w posterunku obok latarni morskiej. Mimo tego usiadł spokojnie, zapalił papierosa i zaczął pisać, popijając trochę whiskey.
Jego uwadze nie mogli umknąć Płomienni, których pyski kojarzył jako tych, którzy pierwsi od ich strony wpadli do okopów. Siedzieli we własnym gronie przy ognisku, ogrzewając się w trakcie zimnej nocy. Węglochwyt najpierw skończył pisać. Wszystkie listy starannie zgiął i schował do kieszeni kurtki, po czym pociągnął łyka z gwintu flaszki, spoglądając raz jeszcze na wyalienowanych żołnierzy nieopodal.
- Czołem - rzekł, podchodząc do zgromadzenia. Popielcy spojrzeli na niego, niektórzy wstali odruchowo. Ogólnie rzec biorąc, wyglądali na nerwowych.
- Hej, tylko się witam. Chcecie po łyku?
Żołnierze popatrzyli po sobie. Jeden wyciągnął łapę, lecz dopiero po chwili zastanowienia. Skosztował, pokiwał głową i podał dalej.
- Nieźle walczyliście dzisiaj - rzekł Selb, starając się jakoś przełamać pierwsze lody (a to podobno Płomienni są tymi od ognia i zamiany wody ze stanu stałego w płynny).
- Dzięki - odparł jeden z nich - Nie udałoby się nam, gdyby nie wy, czołgiści.
- Hehe, wszyscy wykonujemy swoją robotę, nie? - odparł Selb, szczerząc kły w uśmiechu.
Płomienni pokiwali głowami, niektórzy cicho się zaśmiali i przyznali mu rację. W rzeczy samej wyglądali na dość wystraszonych obecnością popielców z pozostałych Legionów.
Mimo tego, zaczęli rozmawiać. Trochę o walce, później o bandach, następnie temat zszedł na racje żywnościowe. Co do jednego byli zgodni: jeśli dawali ciepłe żarcie a do tego mały deser to oznaczało to, że niebawem szykuje się jakaś gruba akcja. Mimo swoich wstępnych uprzedzeń Selb zdołał odnaleźć się w towarzystwie tych, których niegdyś szczerze nienawidził. Koniec końców przecież walczyli po tej samej stronie i o tę samą sprawę.

Tylko o co tak naprawdę toczył się bój? O to kto ma rację: Bangar czy pozostali Imperatorzy? Niektórzy uważali, że gra toczy się o coś więcej.