Autor Wątek: "Czempion", nakład Ebonhawke - wybrane artykuły autorstwa J.Bleistifta  (Przeczytany 357 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Joseph Bleistift

  • *
  • Wiadomości: 6

38 Sezonu Kolosa 1333
Liga Sześciu Filarów - część I

Karczma “Pod Pijanym Kojotem” w Queensdale, 15 minut od drogowskazu. Udałem się tam w poszukiwaniu inspiracji - drogi ucieczki od rutyny pisania artykułów o dietach czy ćwiczeniach - w końcu trzeba dbać o różnorodność, aby nie zmęczyć jednego tematu i rozgrzać pióro i umysł od czasu do czasu. Liczyłem na ciszę, spokój, dobre ciemne piwo, a zamiast tego spotkałem długonogą uroczą blondynkę, która dała mi coś co wywróciło moje uporządkowane życie do góry nogami… Ulotkę gildii. Znalazłem w niej informacje, które mnie zainteresowały - gildia deklarowała, że nie przyjmują nielegalnych zleceń, mają zasady, a wachlarz spraw którymi się zajmowali jej członkowie był tak imponujący, że aż musiałem go zweryfikować w siedzibie Gildyjnej Inicjatywy, by się upewnić. I faktycznie - w ciągu pięciu lat istnienia ta gildia zgromadziła naprawdę imponujące portfolio, a ich ulotka zawierała prawdziwe informacje - walki ze smokami i ich czempionami, pomoc Paktowi i służbom porządkowym, Palawadan, liczne wyprawy, a także mniejsze i krótsze zlecenia, nawet dla mieszkańców małych miasteczek czy wsi to ich chleb powszedni. Niewiele jest gildii, które działają na skalę całej Tyrii, nie skupiając się tylko i wyłącznie na najbliższej okolicy, niewiele jest też takich, które mają zasady, poważnych przywódców i taką renomę, a do tego otwarcie zaznaczają, że zlecenia będą podlegały wstępnej selekcji.

Głęboko zaintrygowany, zacząłem ich odwiedzać. Otrzymałem na wstępie dość dużo troski i pytań. Grupa widząc mnie ubranego po cywilnemu bez broni nie do końca dostrzegała we mnie wojownika, mimo postury, wzrostu i muskulatury. Osoby niesięgające mi nawet do pachy niebędące przy tym asurami przeprowadzały ze mną pełen wywiad - kim jestem, kim byłem, co umiem, jak umiem, czemu chcę o nich pisać i jak zamierzam nie dostać kulki w łeb na pierwszym zleceniu, co wydało mi się z jednej strony całkiem zabawne, a z drugiej rozsądne - wszak trzeba wiedzieć, z kim się będzie stało być może ramię w ramię na jakimś zleceniu. Niektórzy, słysząc o moim zamiarze pisania artykułu o gildii odradzali mi to, przekonani że tak pokoloruję opowieść, że nasi Czytelnicy niezależnie od wieku i predyspozycji pobiegną się rekrutować, nieprzygotowani do roli najemnika, pijani opowieścią o bohaterstwie i zarobkach - swoją drogą - już Was uprzedzę - do gildii nie przyjmują niepełnoletnich wg. standardów danej rasy. I tak leniwie spędzałem czas słuchając, rozmawiając, obserwując i czekając na zlecenie, na które za pozwoleniem szefostwa mógłbym się z nimi wybrać, aż w końcu się doczekałem.


Ze zleceniem miałem zarówno szczęście oraz pecha. Szczęście - bo zadanie, które wykonywaliśmy ma szansę wpłynąć korzystnie na dobrobyt lokalnej społeczności, gdyż rozwiązaliśmy ich palący problem. Pecha - bo poza profitami przyniosło również lokalnym sporo smutku, a i dla najemnika w pełnej zbroi nie było najlepszym ze zleceń z uwagi na teren, w jakim przyszło nam działać. Nie wdając się w szczegóły - głupi zakład i brawura wyprowadziły młodego chłopaka do lasu, w którym według mieszkańców grasowała bestia - mieszkańcy stracili przez nią kilku swoich bliskich i przyjaciół, a także źródło dochodu - drake’i. Za lasem rozciągały się mokradła - i to tam musieliśmy się udać. Szukaliśmy śladów otoczeni smrodem gnijącej roślinności i stęchlizny, wybierając możliwie jak najpewniejsze ścieżki, gdyż jeden fałszywy krok mógł oznaczać wpadnięcie w błoto po uda. Ślizgaliśmy się po śliskich konarach, łapaliśmy się lepkich od błota pni i gałęzi, walczyliśmy o równowagę. A kiedy weszliśmy na najmniej przyjazny teren jaki można sobie wyobrazić, gdzie tylko oślizgłe konary były jedyną słuszną drogą przejścia dalej musieliśmy wdać się w walkę z władającym magią błota Ettinem, o skórze pokrytej głazami. Musieliśmy improwizować - niech rękę podniesie ten z Was, który walczył z czymś takim albo słyszał o czymś takim - nie było jak się na to przygotować, dlatego członkowie gildii najemniczej powinni się cechować sporą elastycznością i otwartym umysłem. Osłaniani barierami wyprowadziliśmy stwora na pewniejszy dla nas grunt - taki, po którym bieg i uniki byłyby możliwe bez ryzyka zapadnięcia się po pachy w bagno, gdzie nasz drużynowy elementalista zniszczył częściowo kamienny pancerz naszego przeciwnika odsłaniając jego słaby punkt, a celne strzały dopełniły dzieła. W najśmielszych wyobrażeniach na temat tej potyczki nie potrafiłbym sobie wyobrazić żadnej sprawniej poprowadzonej akcji, niż to, czego byłem świadkiem. Spotkanie stwora przyniosło jednak więcej pytań niż odpowiedzi - skąd się wziął, czy nasza zguba w ogóle się odnajdzie, czy to on stoi za zniknięciami mieszkańców - więc szukaliśmy dalej.

Potwór się być ofiarą eksperymentów grupki kontrowersyjnych asurańskich naukowców, którzy za tę “naukę” zapłacili własnym życiem - odnaleźliśmy pozostałości po ich obozowisku po wszystkim. Znaleźliśmy też zaginionego - młodzieniec przez prawie dobę ukrywał się w spróchniałym drzewie i tylko to ocaliło go od śmierci z rąk eksperymentu. Zagadkę zaginięć zostawiliśmy do rozwiązania Lwiej Gwardii przekazując im wszystko co wiedzieliśmy, aby mogli kontynuować rozpoczęte przez nas śledztwo w spokoju - w końcu mają większe kwalifikacje do prowadzenia tak delikatnych spraw niż gildia.


Praca najemnika nie jest lekka. Elastyczność i otwarty umysł to jedno, podejmowanie ryzyka to drugie, a umiejętność współpracy to trzecie. Bardzo istotna jest też znajomość współtowarzyszy - ich słabych i silnych stron oraz lęków i umiejętność czytania nastrojów.


Kilka dni po wszystkim, gdy pancerz był wyszorowany na błysk, a błoto we włosach było już tylko wspomnieniem znów pojawiłem się w karczmie. I po kolejnym spotkaniu nie mogłem się już pozbyć myśli: “Hej, to niesamowite, jak różnorodną grupę można tam spotkać”. Miałem przyjemność uściśnięcia dłoni finalistki ROC 1333, piłem piwo ze zwyczajnym popielcem-żołnierzem, który zgodził się pójść z ludzkimi ślicznotkami do SPA po gorących namowach i też omal nie dałem się namówić, słuchałem opowieści marudy i hazardzisty, poznając jego ciekawe podejście do życia, dowiedziałem się, jak świetnie było mieszkać we wspólnym pokoju, a jedna z moich rozmówczyń ku mojemu zdziwieniu okazała się być właścicielką ogromnej i bardzo dobrze prosperującej firmy z oddziałami w całej Tyrii. Wspomnę jeszcze, że jedna z kobiet za sposób weryfikacji mojej przydatności podała przyjście do karczmy w ubraniach zaplamionych centaurzą lub ogrową juchą, zaś inni ochoczo rozmawiali ze mną na temat diet na masę i redukcję. Poznałem najmniej technologiczno-naukowe, a najbardziej nietypowe asury, jakie mógłbym sobie wyobrazić - asura, który utrzymuje, że pojedynkował się z nornami i asurkę - specjalistkę od surwiwalu bez grama technologii. W gildii można też spotkać dość wyjątkowych sylvarich, każdy tak inny od drugiego, że nikt nie powinien mieć problemu z ich odróżnieniem - każdy innej barwy, innego charakteru, innego zapachu. Jeden zaimponował mi troską roztaczaną nad swoim towarzyszem i strojem na Halloween, inny - zdroworozsądkową ciekawością i bardzo obiektywnym podejściem do nauki i mitów, przy dość kontrowersyjnym temacie.

Liga Sześciu Filarów to miejsce, gdzie spotka się zarówno osoby, które marzą o tym by zgromadzić tyle złota, by móc na nim spać, jak i osoby, które oddają bezinteresownie swoją wypłatę, nie w pełni zadowolone z efektów misji, jaką wykonały i z siebie, a także tych, którzy traktują najemnictwo jak hobby i możliwość rozerwania się, a co ciekawe, wszystkie te osoby mogą wytrzymać ze sobą przy jednym stole, wznieść toast i nie skoczyć sobie do oczu. To jedyna gildia, gdzie gildiowicze chętnie wyręczają swojego barmana, uiszczając rzetelnie opłaty i realizując zamówienia pozostałych gości bez mrugnięcia okiem, czasem z mniej lub bardziej szorstkim żartem na ustach. Prawie każda osoba z tej gildii, którą o to pytałem, jako najważniejszy powód, dla którego warto dołączyć do gildii odpowiadała krótko - współtowarzysze. Dlatego mój formularz rekrutacyjny z moim podpisem już znajduje się w gabinecie Opiekunów gildii. Brnę w to dalej i jak szczęście dopisze, z przyjemnością opiszę więcej przygód… O ile po drodze nie dostanę wywieszczoną mi kulką w łeb!



Joseph Bleistift


« Ostatnia zmiana: Listopad 06, 2020, 14:56:46 wysłana przez Joseph Bleistift »

Joseph Bleistift

  • *
  • Wiadomości: 6

52 Sezonu Kolosa 1333
Liga Sześciu Filarów - część II

Z radością mogę oznajmić naszym wspaniałym czytelnikom, że wciąż mogę kontynuować pracę dla redakcji - nie oberwałem jeszcze kulką w łeb. Ba! Nie słyszałem nawet huku ani jednego wystrzału, nie widziałem żadnej łuski po naboju. Jak część z Was może pamiętać, w poprzednim artykule przyznałem się do podglądania jednej z gildii najemniczych - Ligi Sześciu Filarów - grupy, która dzięki swojej elastyczności nie ogranicza się do tylko jednego rodzaju zleceń i do tylko jednego regionu. Ligowicze za opłatą rozwiążą każdy problem w każdym miejscu w granicach rozsądku i prawa.

Tym razem nasze najemnicze zlecenie zakładało podział na trzy grupy i równoległe wykonywanie trzech różnych zleceń, których celem było pozyskanie różnych form pomocy do pewnego większego wydarzenia, jakiego częścią będzie gildia w związku ze współpracą z dreszczogórską filią Akademii im. Grobana Wszechwidzącego. Dreszczogóry nam, mieszkańcom Ebonhawke kojarzą się z regionem na mapie wyjątkowo zimnym, jeszcze bardziej nieprzyjaznym niż nasze miasto, mimo braku zieleni i zniszczonej szaroburej ziemi za miastem - ot, biel aż po horyzont, za to u nas czasem przewinie się jakiś inny kolorek i nie ma przynajmniej aż tak zimno. Część grupy ruszyła po wiedzę do chaty pustelniczki, część pod ziemię do Dredgy, by ramię w ramię z nimi zawalczyć z destroyerem, zaś część - do Hoelbrak. Ja miałem przyjemność być w tej ostatniej z wymienionych grup. Naszym zadaniem było przekonanie przywódcy Wolfbornów (przyp.red. nornski odpowiednik służb porządkowych) do udzielenia nam wsparcia, a nasz zleceniodawca podejrzewał, zresztą jak się okazało - słusznie, że pomoc gildii się przyda w tym zadaniu.

Nasz kontakt - syn Knuta Białego Niedźwiedzia (przyp. red. Biały Niedźwiedź jest przez niektórych określany jako przywódca nornów) był zajęty rozwiązywaniem konfliktu dwójki nornów, obwiniających się wzajemnie za wybuch w gorzelni, którą się razem z całymi rodzinami zajmowali. Jeden z nich był jednak właścicielem, zaś drugi - pracownikiem. Atmosferę dodatkowo podgrzewał fakt, że w wybuchu w gorzelni ucierpiały dzieci (dorosłe, ale wciąż) jednego i drugiego. Gildia zgodnie uznała, że zaplusujemy u Wolfbornów i szybciej pójdzie, jeśli pomożemy Skartiemu w rozwiązaniu konfliktu - norn przecież musiał pilnować, by zwaśnieni wspólnicy nie dali upustu agresji. Choć nie było z nami żadnego dowodzącego, plan ustalił się sam - podzieliliśmy się na dwie grupy. Ci, którzy mieli większy dar do łagodzenia sytuacji i pewniej czuli się jako dyplomaci zostali z nornami na zewnątrz, aby ich uspokoić i spróbować doprowadzić do wstępnej zgody między nimi, zaś Ci, którzy mieli w sobie zacięcie do śledztw, znali się nieco na aparaturze do produkcji alkoholu albo uznali, że bardziej pomogą w środku ruszyli zbadać “pobojowisko”.

Nie mieliśmy wielu pomieszczeń do sprawdzenia - hol, warzelnia, magazyn, piwiarnia ze stolikami, a także punkt “wysyłkowy”, w którym znajdowała się zjeżdżalnia, którą spuszczano na dół zamówione przez karczmarzy beczki trunku. Musieliśmy ustalić co zawiniło - czy doszło do celowego sabotażu, czy zemsty, czy nieszczęśliwego wypadku. I - może Was zaskoczę, może nie - ale w prawie każdym z tych pomieszczeń trafialiśmy na coś ciekawego i wnoszącego do sprawy. Najpierw chcieliśmy wykluczyć sabotaż - nigdzie nie znaleźliśmy śladów po ładunkach wybuchowych, a do tego nawet jeden z Ligowiczy postanowił osobiście na sobie sprawdzić, czy produkowany trunek nie został przez kogoś zatruty, choćby przez konkurencję chcącą wygryźć właściciela gorzelni z interesu. Bardzo ryzykowna akcja, aczkolwiek niekiedy takich osób po prostu trzeba w drużynie.

Na rozwiązanie naprowadziły nas inne rzeczy - a to natknęliśmy się na pismo, że zwolniono pracowników odpowiedzialnych za kontrolę rur, a to zauważyliśmy brak kasetki z pieniędzmi, a to czytaliśmy zażalenie od jednego z gospodarzy o pogorszeniu jakości trunku, a to odkryliśmy kufle po piwie w miejscu pracy, a to zbadaliśmy wskaźnik ciśnienia, którego wskazówka zatrzymała się grubo poza skalą, a to natrafiliśmy na karteczki z drobnymi rozmowami między pracownikami odnośnie zwiększenia produkcji. Po dołączeniu do tego kiepskiego stanu rur mieliśmy pełny obraz - zwolniono pracowników odpowiedzialnych za kontrolę rur i nikt tego nie robił, zwlekano z wymianą rur aby ograniczyć koszta, zwiększono produkcję, aby zwiększyć zyski, sprzęt nie wytrzymał, pracownicy nie zdążyli zareagować przez zbyt luźną atmosferę w pracy, są ranni. A kasetka z pieniędzmi? Właściciel ją zabrał “ratować” i nie powiedział o tym wspólnikowi, ale koniec końców i tak się okazało, że obie strony były winne. Dzięki pracy ekipy “dyplomatycznej” uspokoili się, a gdy skonfrontowaliśmy ich z faktami i dowodami, splunęli w dłonie i uścisnęli je - u nornów tak się robi na znak zgody.

Wedle moich informacji pozostałe zadania poszły równie sprawnie i gładko, niemniej każde z nich było z zupełnie innej “bajki” - my mieliśmy śledztwo, inni walkę, jeszcze inni eksplorację z zagadkami. Gildia najemnicza pozwala na swobodę, której nie da żadna służba - wybierasz, gdzie chcesz iść, uczestnictwo w zadaniach jest dobrowolne, zawsze prędzej czy później trafisz na zadanie, które jest zgodne z Twoimi kwalifikacjami i możesz je ciągnąć bez ciągłego raportowania i odmeldowywania się u przełożonego. Niemniej, niezależnie od tego co potrafisz, dobrze potrafić się też bronić albo chociaż sprawnie odsunąć, by nie utrudniać grupie niektórych zadań jeszcze tym, że dodatkowo trzeba Cię chronić - oczywiście, zawsze trzeba dbać o towarzyszy, ale nie zawsze się uda. Będę to powtarzał w każdym moim artykule, ale decyzja o dołączeniu do gildii powinna być odpowiedzialna i przemyślana. Jeśli szukasz przygody, a nie potrafisz o siebie zadbać, przygodą może być wycieczka w góry, a nie gildia najemnicza. Jest jednak szansa, że w gildii najemniczej łatwiej spotkać kogoś, kto może Ci pomóc się tego fachu nauczyć.



Joseph Bleistift

« Ostatnia zmiana: Listopad 20, 2020, 20:12:23 wysłana przez Joseph Bleistift, Powód : Groban jest wszechwidzący a nie wszechwiedzący »

Joseph Bleistift

  • *
  • Wiadomości: 6
52 Sezonu Kolosa 1333
Akademia im. Grobana Wszechwidzącego alternatywą dla prywatnych nauczycieli magii?

Czy ktokolwiek z Was, drodzy Czytelnicy słyszał o Akademii im. Grobana Wszechwidzącego? Głowę daję, że mało który z Was, mimo że Akademia ma trzy filie w trzech różnych częściach Tyrii - Sparkfly, Bloodtide, Dredgehaunt. Próżno natknąć się na ich reklamy w gazetach, Akademia reklamuje się sama, choć natknąłem się na tę szkołę zupełnym przypadkiem, podczas wykonywania zadania najemniczego. Z miejsca ujęła mnie sama koncepcja Akademii, która poniekąd nie dość, że dba o uczniów to dba również (mniej lub bardziej bezpośrednio) o bezpieczeństwo okolicy i komfort swoich uczniów, dbając o kontakty z Wolfbornami i nie szczędząc grosza okazjonalnie na wynajem innych form pomocy dla regionu - takich jak gildie najemnicze. Chciałem lepiej poznać tę organizację, więc zwróciłem się z listowną prośbą do najważniejszej osoby w filii Dreszczogórskiej - kuratora Malvikka.

Nie czekałem długo na zaproszenie. Do gabinetu bohatera dzisiejszego wywiadu zaprowadziła mnie jedna z nauczycielek. Akademia mimo tak krótkiej przechadzki z miejsca wydała mi się niezwykłym miejscem - w ogromnej sali pełniącej funkcję jadalni ambitny nauczyciel poza zajęciami zabawiał młodzież niezwykłym spektaklem doświadczeń alchemicznych, pokazując im pękające gluty, tęczowe obłoki, fajerwerkowe smoki czy mikstury zamieniające na moment w kurę - chyba te ostatnie wywoływały najwięcej emocji. W tym miejscu nie tylko atmosfera czy nauczyciele są niezwykli - w Akademii znajduje się ogromna platforma pełniąca rolę windy zasilanej samą magią. Sam gabinet dyrektora również mnie zachwycił - pełny kanap i foteli, z kominkiem dającym przyjemne ciepło - poczułem się jakbym właśnie wszedł do pokoju osoby, która często miewa gości i stara się zrobić wszystko, by poczuli się u niego mile widziani. Ciekawym dodatkiem, podkreślającym magiczność tego miejsca był żyrandol ze świeczkami płonącymi zielonkawym światłem nekromanckiej magii. Dyrektor podziękował Pani Balbinie i po wymianie uprzejmości zaprosił mnie do arcyciekawej rozmowy.



J: Bardzo mi miło, że zgodził się Pan poświęcić dla naszej gazety trochę czasu. Ledwo przekroczyłem próg Akademii i już jestem zauroczony tym miejscem. Myślę, że wiedza o takich miejscach jak to powinna być zdecydowanie szerzej dostępna - pochodzę z wielodzietnej rodziny i wiem, jak ciężko było znaleźć specjalistów dziedzin magicznych.

M: Zdecydowanie tak. Czy wiedział pan, że jeszcze nie dawniej, jak sto lat temu użytkownicy magii pochodzili za towar niemalże egzotyczny? Za czasów Askalonu, jego świetności, z rezerwą podchodzono do nauczania zwykłego zjadacza chleba. Dziś się to zmieniło, w naszym ekosystemie krąży tyle sił magicznych, że nawet pięcioletnie dziecko jest w stanie przypadkiem rzucić zaklęcie, bardzo niekontrolowanie. Pojawiło się więcej mentorów, nauczycieli, mniejszych szkół czy instruktorów, którzy biorą na naukę dzieci z talentem lub takich, które są w stanie sobie na to finansowo pozwolić.

J: Dokładnie, jak  pan już o tym wspomniał pięciolatkowie są w stanie rzucać zaklęcia, a każdy rodzic chciałby zapewnić swoim pociechom najlepsze możliwe wykształcenie w miarę swoich możliwości. Dlaczego warto postawić na Akademię?

M: Po pierwsze: Kadra. Na każdym etapie nauki uczeń otrzymuje wysoko wykwalifikowanego nauczyciela, który zna się na rzeczy, a jego talent został kilkukrotnie sprawdzany i zweryfikowany. Po drugie: plan nauczania. Dzielimy naukę na trzy etapy, aby najmłodszych nie mieszać z najstarszymi. To doprowadza do trzeciego punktu, czyli atmosfera: uczniowie pozostają w grupach zbliżonych ich wiekowi, przez co neutralizujemy tzw. konflikt pokoleń. Po czwarte: wielkie zbiory naukowe, będące do dyspozycji uczniów. A po piąte - bezpieczeństwo. Placówki Akademii wybrane są w takich miejscach, że można tu bezpiecznie
eksperymentować z zaklęciami, oczywiście pod okiem nauczycieli.


J: To naprawdę istotne punkty i dobra argumentacja. Jak odbywa się u Państwa nauka? Są państwo placówką z internatem, czy rodzice  przyprowadzają do Państwa pociechy z wykorzystaniem Drogowskazów?

M: Akademia to placówka z internatem. Zdecydowano, aby nie dopuszczać rodziców dzieci do nauki z jednego prostego powodu: każdy ma swoje zasady. A my mamy swoje, opracowane tak, aby nauka była jak najbardziej efektywna. Poza tym, lepiej aby uczniowie od najwcześniejszych lat uczyli się życia w zgodzie z rówieśnikami, nie pod kloszem swoich rodzin. Koniec końców nie tylko uczymy tu magii, ale i podstawowej wiedzy przydatnej do życia.

J: To zrozumiałe i dodatkowo dość ekonomiczne podejście - wszystko w jednym miejscu. Obawiam się jednak, że nie każde dziecko i nie każdy rodzic dobrze znoszą rozłąkę. Jak wygląda sprawa z przerwami między semestralnymi, świętami i wakacjami? Uczniowie normalnie wracają do rodzin?

M: Tak. Jak najbardziej. Ponadto rodzice mogą w dowolnym momencie zażądać, aby ich pociecha wróciła do domu na pewien czas, jeśli jest taka potrzeba. Z kolei uczniowi, którzy z przyczyn różnych do domów wrócić nie mogą, zostają w Akademii. Mam tu na myśli dzieci osierocone, które z uwagi na swój talent do zaklęć zostały przyjęte do Akademii w specjalnym trybie.

J: Jak dobrze rozumiem, Akademia prowadzi również działalność charytatywną?

M: Będąc szczerym, to nie do końca działalność charytatywna, Wtedy musielibyśmy pomagać wszystkim, a z uwagi na profil uczelni, możemy przyjąć tylko osoby, które w młodym wieku wykazują talent. Choć po części tak: jeśli jest taka możliwość, szukamy talentów wśród dzieci skrzywdzonych przez los. Odnajdują tu dom na najbliższe lata, a po ukończonej nauce wychodzą wyekwipowane w zdolności i wiedzę, która pozwoli im zbudować swoje życie.

J: Można do Państwa listownie zgłaszać takie przypadki?

M: Jak najbardziej. Sami również próbujemy je odnajdywać.

J: To wciąż bardzo charytatywne podejście - fundują Państwo kilka lat nauki i życia młodym magicznym talentom. Zatem w Akademii uczą się dzieci różnych ras z rodzin o różnej zamożności i o różnym potencjale magicznym. Jestem pod wrażeniem, jak Państwu udaje się zachować taką dyscyplinę - korytarze wydawały się być ciche, a mury nie nadniszczone uczniowskimi rysunkami.

M: (śmiech) Czego oko nie widzi, tego sercu nie żal. Rysunki były, są i na pewno jeszcze pozostaną, w końcu to tylko dzieci. My jednak mamy nasze magiczne sposoby, aby je zmywać z powierzchni ścian. Co zaś tyczy się dyscypliny: każdy nauczyciel wprowadza swoje zasady, dajemy im wolną rękę. Pochwały za dobre sprawowanie i kary za złe. Nic jednak, co by naruszało sferę cielesną dzieci. Innymi słowy: żadnego bicia. Przemoc nie jest rozwiązaniem. Czasami organizujemy konkursy z dobrymi nagrodami, aby wzbudzić ducha rywalizacji jeśli są to konkursy grupowe. A w przypadkach bardzo skrajnych, to rozmowa z dziećmi, potem z  ich rodzicami.

J: Nic nie insynuowałem, po prostu - pozwolę sobie na osobistą dygresję. Czwórka umagicznionych dzieciaków w domu, jedno teleportowało się z jednego kąta w drugi, inne wspinało się na  szafy i znikało, aby straszyć rodziców i starsze rodzeństwo krzykami znikąd, jeszcze inne przestawiało meble przyjmując wojowniczą postawę siły, a ostatnie - cóż, miało predyspozycje do bycia elementalistką, bardzo wyraźne. Jak tu nie oszaleć, a to tylko czwórka! (śmiech) Zatem uczniowie zamiast broić wolą zasłużyć na pochwałę?

M:  Rozumiem, jednak wolałem postawić sprawę jasno - bez przemocy. A co dzieci wolą to ich sprawa. My stwarzamy możliwości, by zamiast wyładowywać się na szafach, krzycząc na innych i rzucając kule ognia przekuć swój talent w kierunku czegoś pożytecznego i zostać wtedy nagrodzonym. Zresztą, czymże byłaby magia bez praktyki?

J: Niemniej lepiej, jak taka praktyka odbywa się w dobrych ku temu warunkach. Niemniej, aby nazwać Akademię dobrą alternatywą dla nauczania prywatnego muszę dopytać o jedną bardzo delikatną kwestię - czy ceny kształcenia u Państwa są porównywalne z kształceniem przez prywatnych nauczycieli, po odjęciu kosztów zakwaterowania i możliwe do opłacania przez średnio zamożnych?

M: Średnio zamożna rodzina może mieć mały problem, jeśli chodzi o posłanie tutaj swojej pociechy. Mówię to bez ogródek, bowiem nauka tutaj trwa nawet do piętnastu lat. Wierzymy jednak w siłę talentu I nie chcemy go marnować: jeżeli dziecko w trakcie nauki przejawia niemały talent, to Akademia pragnie ten talent dalej szlifować. Nawet jeśli miałaby za to dostać miej, lub zupełnie nic. Dlatego, jeśli którykolwiek z rodziców obawia się o to, czy będzie go stać: najpierw sugeruję wizytę u nas lub u siebie. Nauczyciel oceni, ile jest talentu w danej osobie i wtedy będziemy mogli się dogadać. Jak wspominałem, bierzemy sieroty z talentem które nie mają nam z czego zapłacić, więc możemy też brać uczniów z talentem z mniej majętnych rodzin.

J: Zatem talent również otwiera Państwa drzwi. Ale czy dla każdego - czy mogą się u Państwa uczyć też dorośli, którzy zdołali odłożyć nieco oszczędności?

M: Od zera? Niestety nie. Jeżeli posiadają zdolności, które kwalifikowałyby ich do ostatniej grupy wiekowej: tak. Wyjątek stanowią sylvari oczywiście.

J: A jakie to zdolności? Mają państwo sylabus (przyp.red. informator zawierający program nauki danego przedmiotu, wymagania i kryteria egzaminacyjne oraz przykładowe zadania) każdej profesji?

M: Dla każdej profesji sylabus jest inny, owszem. Dla przykładu, jeśli chodzi o profesję nekromanty, osoba dorosła która chciałaby dołączyć do ostatniej grupy powinna potrafić: wejść i wyjść z powodzeniem z całunu, znać po jednym zaklęciu z każdej dziedziny zaklęć związanych nekromancją, z powodzeniem przywołać chowańca i potrafić posługiwać się minimum jedną bronią.

J: Zatem najlepiej się z Państwem skonsultować indywidualnie w tej kwestii i dopytać osobiście. A jak wygląda sytuacja w innych filiach? Gdzie się znajdują, czyn podlegają tym samym zasadom?

M: Pozostałe Filie znajdują się w Bloodtide Coast oraz w Sparkfly Fen. Tamtejsi Kuratorzy, czyli osoby obejmujące najwyższą funkcję w Filii, podlegają tym samym zasadom ogólnym, lecz mogą wprowadzać : swoje, takie, które nie przeczyłyby ogólnym zasadom Akademii.

J: Dziękuję Panu za ten wywiad. Myślę, że może pomóc wielu osobom w wyborze ścieżki kształcenia dla siebie lub swoich bliskich.

M: Głęboko w to wierzę!


Artykuł powstał w wyniku współpracy z Kuratorem Filii Dreszczogórskiej - Malvikkiem
Joseph Bleistift